Zamek Poenari - Krystian Kłomnicki

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

6

Zdezelowany uaz 469b zjechał na pobocze, ale kierowca nie wysiadał, tylko wyjął z kieszeni munduru polowego komórkę i odczytał wiadomość, którą otrzymał. Adi zapraszał go na kawę do zajazdu przy Trasie Transfogaraskiej.

- Jak pierwszy dzień urlopu? - spytał z szerokim uśmiechem na ustach Radu i dokończył papanasi.

- Właśnie zaczynam go z tobą od deseru i kawy...

- Dziś zastępuję starego i mam chwilę, nim zasypię się wywózką tarcicy. Drzewo już się ścina na naszą nową siedzibę. - Dziwny uśmiech pojawił się na twarzy przyjaciela. - Dzień, jaki by nie był, to najlepiej zacząć od kawy z pączkiem. Aha, zapomniałbym... Stoica wspominał ci o sobocie?

Lazar podniósł filiżankę z kawą i przyglądał się przyjacielowi.

- Nic a nic - mrukął. Miał spore trudności z poćwiartowaniem deseru łyżeczką, gdyż spomiędzy małego pączka a oponki wyciskały się śmietana z dżemem. Postanowił więc nie męczyć się z deserem sztućcem, tylko wziął go w palce i ugryzł spory kawałek, brudząc się pod nosem.

- Rozesłałem kilka listów do ważnych osobistości... Stary chce po polowaniu urządzić zjazd u ciebie w leśniczówce - ciągnął tymczasem Radu.

- Nic mi o tym nie wspominał.

- Najwidoczniej zapomniał. Chyba nie masz nic przeciwko?

- Wręcz przeciwnie. - George uznał, że przyda mu się rozrywka.

- Spotkanie będzie dotyczyło tego, co z zamczyskiem...

- Sądzisz, że stary szuka ludzi, którzy dorzucą się do odbudowy? - Lazar był przekonany, że pryncypał będzie werbował wspólników z grubym portfelem.

- Raczej w kierunku zburzenia go organizuje zjazd. Gmina urządza przetarg, licytację na te nikomu niepotrzebne ruiny i wydaje się, że wygra ten, kto da mniej, ale zobowiąże się zrobić coś, co nie będzie przypominało nawet gruzu po starej siedzibie Draculi, bo przecież nie może konkurować z tą w Branie. Najlepiej, gdyby zrównano pozostałości zamku z ziemią, ale z tym byłoby trudniej.

- Licytację przeważnie wygrywają ci, co dają najwyższą cenę?

- Nie chodzi o zysk gminy, tylko o zatarcie resztek śladów po...

- Prawdziwej siedzibie Draculi - wtrącił George.

- Sam rozumiesz. Ten, kto nabędzie ruiny nawet za symbolicznego leja, pod pretekstem wzniesienia czegoś znaczącego dla całego rejonu, a nawet całej Rumunii będzie musiał wyłożyć grubą kasę. Zobowiąże go do tego wieloletnia umowa, czym narobi sobie kosztownego kłopotu. Dla władz najlepiej by było wjechać tam buldożerami i zrównać konkurenta Castelul Bran z ziemią, a w jego miejscu posadzić las. Tak więc najlepiej będzie zmienić przeznaczenie, jak mówią, tego trupa, który nie może się rozłożyć, a i z pochówkiem jest również kłopot. Restauracja czy imprezy okolicznościowe raczej w nim nie pójdą... Nie ma dla kogo ich organizować w tym wyludnionym i dogorywającym miejscu - kontynuował Radu. - Poza tym wydaje się, że tylko nadleśnictwo będzie stać na dotrzymanie umowy... Nawet gdyby odnowiona i przekwalifikowana posiadłość miała służyć jedynie na zjazdy, aby się napić, dobrze najeść tym, co upolujemy, i bez obaw wysrać z urwiska, to stary ma najlepszy pomysł, jak na tym zbić kokosy. Na własne oczy widziałem biznesplan, który jeszcze leży w szufladzie jego biurka. Ma konkretną wizję. - Radu nie potrafił ukryć podniecenia tym, o czym mówił.

George z rozkojarzeniem słuchał tego, o czym mówił przyjaciel. Wiele wiedział o pomyśle nadleśniczego, ale żaden biznesplan go nie obchodził, bo przecież nie miał zielonego pojęcia o robieniu interesów. Może powinno się zostawić te ruiny tak, jak są...

- Na mnie już czas. - Lazar wstał od stolika, bo nagle zaczęło mu się spieszyć do domu.

- Jak to? Przecież masz urlop - zagadnął z uśmiechem przyjaciel.

- Zrobię w leśniczówce porządek, skoro zanosi się na imprezę. Sobota tuż-tuż - usprawiedliwiał swój pośpiech George. Nim wsiadł do samochodu podniósł wzrok na szczyt góry nad trasą, skąd spoglądały na niego ruiny zamku.

1

Ogień na kominku wygasł, tylko resztki zwęglonej olszyny żarzyły się delikatnie pod wpływem wpadającego przez komin podmuchu. Mężczyzna wsłuchiwał się w ciche wycie wiatru. Machinalnie pochylił się do stojącego obok kosza wiklinowego i biorąc z niego polano, dorzucił je do tlących się w popiele resztek. Przez chwilę dmuchał w żar, próbując wzniecić płomienie.

Usiadł w fotelu i na kolanach położył dwururkę - po całym dniu spędzonym w lesie był śmiertelnie zmęczony, nie miał nawet sił, aby zdjąć kurtkę. Poczuł, że zaczyna ogarniać go senność. Spojrzał w okno, za którym od kilku godzin królowała noc. Wiatr coraz bardziej przybierał na sile, a ogień gwałtownie wychylił się z kwadratowej niszy kominka.

Gdy rozległo się mocne pukanie do drzwi, zasypiający w fotelu mężczyzna powoli wstał i ruszył do wejścia. Drewniana podłoga zaskrzypiała pod jego traperami, gdy żwawo przemierzył korytarz i otworzył drzwi.

- Dobrze myślałem, że jeszcze nie śpisz - powiedział stojący za progiem gość. Zdjął kaptur i bez zaproszenia wszedł do środka. - Ma się na śnieg czy co? - Gdy znalazł się w salonie, szybko podszedł do kominka i wyciągnął dłonie nad ogień, który chciwie pożerał wrzuconą wcześniej polanę. Zmarznięty dorzucił jeszcze kilka drew do paleniska, a iskry, które wystrzeliły ku wylotowi, eksplodowały z trzaskiem jak maleńkie fajerwerki. - Zdaje się, że Stoica bardzo poważnie podchodzi do tej sprawy. Nadleśnictwo rozkłada ręce, jednak gwarantuję ci, że stary, jak się na coś uprze, dopnie swego. - Mężczyzna na krótko spojrzał w stronę Lazara. - Masz coś na rozgrzewkę? - zapytał przybysz, który wyglądał, jakby rozbierała go choroba.

- Palimkę. - George podszedł do kredensu i wyjął manierkę z szuflady. Sam również poczuł ochotę na alkohol, być może to właśnie on postawi go na nogi.

- Już to widzę... Bankiety, tańce, kobiety! - Przyjaciel nie potrafił ochłonąć z ekscytacji. Podniecony wyobraźnią na chwilę się zamyślił i jak zahipnotyzowany wpatrywał w ogień. Podniósł wzrok na Lazara. - To wszystko rozpala zmysły... Niebawem te ruiny przestaną być ponurym miejscem. Trzeba je tylko ożywić!

George z podziwem patrzył na młodego podleśniczego.

- Zapomniałeś o kalekim dozorcy.

Adi włożył dłonie pod pachy i stojąc ze skrzyżowanymi nogami otworzył usta - na parę sekund zaparło mu dech.

- Jak zauważyłeś, to tylko stary i kaleki dozorca. Lepiej polej...

2

George Lazar zbliżył się do okna wypełnionego przeniknioną czernią nocy. Leśniczówka, w której mieszkał, posadowiona była w leśnych ostępach w okręgu Ardżesz w Rumunii na Wołoszczyźnie niedaleko wzgórza, gdzie wznoszą się wzmocnienia twierdzy Vlada Palownika górującego nad doliną uformowaną przez rzekę Ardżesz, blisko Gór Fogaraskich. Chata, którą otrzymał od nadleśnictwa, miała się bardzo dobrze. On sam jednak odczuwał silne osamotnienie w tym miejscu.

Nie chcąc już o tym rozmyślać, wyszedł na podwórze przewietrzyć głowę.

Na zewnątrz było bardzo spokojnie. Mrok nocy rozbijało tylko światło gwiazd. Mimo pozornego spokoju coś dusznego wisiało w powietrzu i odzywało się w klatce piersiowej, za mostkiem.

Spojrzał przez lornetkę w niebo obsypane gwiazdami, bardzo przejrzyste. W północnej części gwiazdozbioru Andromedy, niedaleko konstelacji Kasjopei przypominającej wyglądem przekręconą lekko literę W, wypatrywał Galaktyki Andromedy, którą można było dostrzec gołym okiem. Przypatrywał się niewielkiej smudze mgły, a towarzyszące mu poczucie olbrzymiej samotności dręczyło go w tej chwili tak mocno... Obserwując bezmiar wszechświata, odczuł nagle bezsens swojego istnienia. Zdawał sobie sprawę z tego, że pojedynczy człowiek nic nie znaczy w tej niekończącej się przestrzeni, której skrawek teraz tak chciwie pochłaniał źrenicami. Oderwał wzrok od czarnego nieboskłonu i spojrzał w głąb lasu, tym razem nie przez lornetkę. Głucha cisza oraz mrok niepokoiły go, odkąd pamiętał.

Szedł tyłem do leśniczówki. Obawiał się odwrócić plecami do czegoś, co zdawało się go obserwować - obserwować z tej przerażającej ciemności wołoskiego boru.

***

George Lazar siedział w salonie przed maszyną do pisania i spoglądał w stronę kominka. Za oknem leśniczówki wiał porywisty wiatr, który wpadając przez komin w palenisku, kładł płomienie we wszystkie strony. Mężczyzna siedział przed nawiniętą na bęben kartką i nie potrafił przestać myśleć o zamku Draculi.

Wstał od stołu i podszedł do kominka, oparł się o drewnianą półkę i obserwował niespokojny ogień. Przez komin wpadał coraz to silniejszy wiatr i zdawał się huczeć złowrogo. Słyszał niewyraźne słowa. Myślał o wyjeździe stąd na dobre. Światło z kilku świec ustawionych na stole poruszało się i wskrzeszało cienie w pomieszczeniu. George wrócił wreszcie przed maszynę i zawinięty na bęben zaczęty arkusz.

5

Przedzierał się przez chaszcze i niektóre odbijały mu w twarz, a jeszcze inne zaciągały materiał wokół kostek nóg. Zatrzymał się w miejscu i szarpnął mocniej prawą nogą, zrywając kolczaste pędy, które go wstrzymywały, i uwalniając się wreszcie z ich objęć. Spojrzał do góry, mrok wpadał w korony sosen, świerków i buków, a zza pni wypływała mgła czerwona od zachodzącego słońca. Nagle rozszedł się echem po lesie strzał. Padł w sporej odległości.

Lazar znalazł się na przełęczy. Ciemna postać pochylała się nad zwłokami tego, co właśnie upolowali.

- Jest tutaj! - odezwała się Adi i na chwilę spojrzał w stronę George.

Ten zbliżył się i oniemiał. Na poszyciu leżało ciało ludzkie. Nie miał pojęcia, do kogo należało i w jakim wieku jest postrzelony.

- Trzeba odciąć jego głowę! Nie wystarczy zdjąć z niej skórę - Radu podniósł z poszycia siekierę i zaczął odrąbywać głowę od reszty leżącego ciała. Po wszystkim wziął ją w dłonie i podsunął przed oblicze George. - On znów powrócił! Słyszysz?! - Odrzucił głowę i dalej rąbał zwłoki na kawałki.

Lazar się zbudził. Przez okno do pokoju wpadało światło księżyca - strużką wlewało się po ścianie i spływało na środek drewnianej podłogi. Szybko wstał z łóżka i podszedł do okna, aby je otworzyć i wpuścić świeże powietrze. Przez chwilę obejmował dłonią klamkę i wpatrywał się w niebywale olbrzymią pełnię, a jej światło raziło go w oczy. Nagle zaczęło brakować mu powietrza, uporczywie przekręcał klamkę i wreszcie otworzył jedno skrzydło okna. Do pokoju wraz ze świeżym nocnym powietrzem pachnącym igliwiem napłynął spokojny świergot ptactwa. Mężczyzna łapczywie chłonął rześkie nocne powietrze, chcąc się nim nasycić. Gdy się uspokoił, ubrał się i wyszedł na zewnątrz gajówki. Stanął na tarasie i rozglądał się po zalesionej okolicy. Szybko zapomniał o przerażającym śnie. Zerknął wzdłuż traktu, który prowadził na skraj lasu, uniósł wzrok nad korony drzew wlepiając go w górę - na jej szczycie w świetle wiszącego nad nią księżyca ciemniały pozostałości po Cytadeli Poenari.

Na tarczę księżyca nasunęła się chmura i zupełnie ją przysłoniła. Zrobiło się ciemno. Ucichło ptactwo leśne - cisza stawała się coraz głębsza. Z nagła podniósł się wiatr, a szum w koronach otaczających go strzelistych sosen wzmagał w mężczyźnie niezrozumiałe zaniepokojenie. Poenari wzbudzało w nim dziwne odczucia. Lazar ciągle był zaniepokojony i pełen, wydawałoby się, bezpodstawnych obaw. Tyle nasłuchał się i naczytał o tym miejscu, iż czuł je teraz żywo. To miejsce zdawało się pulsować ciągle tamtym przerażającym czasem. Od dziecka żył opowieściami o Vladzie Palowniku, a kiedy wreszcie udało mu się przyjechać do tego wymarzonego miejsca, to niemal bezludne miejsce okazało się równie przerażające w rzeczywistości, co w opowieściach. Spoglądał za siebie, jakby sądził, że wszystkie spojrzenia skierowane są tylko na niego. Każdy wschód i zachód wyglądały tak, jak gdyby na horyzoncie płonął ogień, który strawi napotkane wsie, w których giną brutalnie mordowani ludzie - mordowani przez mistycznego potwora rozrywającego żywcem ciała na kawałki, pożerającego ich mięso i popijającego krwią.

- Te koszmarne czasy przecież już dawno minęły - wyszeptał, jakby w obawie, że ktoś go usłyszy, przyjdzie i zrobi z nim to, co zrobiono z ludźmi za czasów Tepesa. Wrócił do domu, zamknął okno i usiadł w salonie przy stole. - Może wsiąść na motocykl i odjechać, choćby teraz...