6
Zdezelowany uaz 469b zjechał na pobocze, ale kierowca nie wysiadał, tylko wyjął z kieszeni munduru polowego komórkę i odczytał wiadomość, którą otrzymał. Adi zapraszał go na kawę do zajazdu przy Trasie Transfogaraskiej.
- Jak pierwszy dzień urlopu? - spytał z szerokim uśmiechem na ustach Radu i dokończył papanasi.
- Właśnie zaczynam go z tobą od deseru i kawy...
- Dziś zastępuję starego i mam chwilę, nim zasypię się wywózką tarcicy. Drzewo już się ścina na naszą nową siedzibę. - Dziwny uśmiech pojawił się na twarzy przyjaciela. - Dzień, jaki by nie był, to najlepiej zacząć od kawy z pączkiem. Aha, zapomniałbym... Stoica wspominał ci o sobocie?
Lazar podniósł filiżankę z kawą i przyglądał się przyjacielowi.
- Nic a nic - mrukął. Miał spore trudności z poćwiartowaniem deseru łyżeczką, gdyż spomiędzy małego pączka a oponki wyciskały się śmietana z dżemem. Postanowił więc nie męczyć się z deserem sztućcem, tylko wziął go w palce i ugryzł spory kawałek, brudząc się pod nosem.
- Rozesłałem kilka listów do ważnych osobistości... Stary chce po polowaniu urządzić zjazd u ciebie w leśniczówce - ciągnął tymczasem Radu.
- Nic mi o tym nie wspominał.
- Najwidoczniej zapomniał. Chyba nie masz nic przeciwko?
- Wręcz przeciwnie. - George uznał, że przyda mu się rozrywka.
- Spotkanie będzie dotyczyło tego, co z zamczyskiem...
- Sądzisz, że stary szuka ludzi, którzy dorzucą się do odbudowy? - Lazar był przekonany, że pryncypał będzie werbował wspólników z grubym portfelem.
- Raczej w kierunku zburzenia go organizuje zjazd. Gmina urządza przetarg, licytację na te nikomu niepotrzebne ruiny i wydaje się, że wygra ten, kto da mniej, ale zobowiąże się zrobić coś, co nie będzie przypominało nawet gruzu po starej siedzibie Draculi, bo przecież nie może konkurować z tą w Branie. Najlepiej, gdyby zrównano pozostałości zamku z ziemią, ale z tym byłoby trudniej.
- Licytację przeważnie wygrywają ci, co dają najwyższą cenę?
- Nie chodzi o zysk gminy, tylko o zatarcie resztek śladów po...
- Prawdziwej siedzibie Draculi - wtrącił George.
- Sam rozumiesz. Ten, kto nabędzie ruiny nawet za symbolicznego leja, pod pretekstem wzniesienia czegoś znaczącego dla całego rejonu, a nawet całej Rumunii będzie musiał wyłożyć grubą kasę. Zobowiąże go do tego wieloletnia umowa, czym narobi sobie kosztownego kłopotu. Dla władz najlepiej by było wjechać tam buldożerami i zrównać konkurenta Castelul Bran z ziemią, a w jego miejscu posadzić las. Tak więc najlepiej będzie zmienić przeznaczenie, jak mówią, tego trupa, który nie może się rozłożyć, a i z pochówkiem jest również kłopot. Restauracja czy imprezy okolicznościowe raczej w nim nie pójdą... Nie ma dla kogo ich organizować w tym wyludnionym i dogorywającym miejscu - kontynuował Radu. - Poza tym wydaje się, że tylko nadleśnictwo będzie stać na dotrzymanie umowy... Nawet gdyby odnowiona i przekwalifikowana posiadłość miała służyć jedynie na zjazdy, aby się napić, dobrze najeść tym, co upolujemy, i bez obaw wysrać z urwiska, to stary ma najlepszy pomysł, jak na tym zbić kokosy. Na własne oczy widziałem biznesplan, który jeszcze leży w szufladzie jego biurka. Ma konkretną wizję. - Radu nie potrafił ukryć podniecenia tym, o czym mówił.
George z rozkojarzeniem słuchał tego, o czym mówił przyjaciel. Wiele wiedział o pomyśle nadleśniczego, ale żaden biznesplan go nie obchodził, bo przecież nie miał zielonego pojęcia o robieniu interesów. Może powinno się zostawić te ruiny tak, jak są...
- Na mnie już czas. - Lazar wstał od stolika, bo nagle zaczęło mu się spieszyć do domu.
- Jak to? Przecież masz urlop - zagadnął z uśmiechem przyjaciel.
- Zrobię w leśniczówce porządek, skoro zanosi się na imprezę. Sobota tuż-tuż - usprawiedliwiał swój pośpiech George. Nim wsiadł do samochodu podniósł wzrok na szczyt góry nad trasą, skąd spoglądały na niego ruiny zamku.