W lasach otaczających Vinryd panował spokój. Promienie południowego słońca przenikały przez korony drzew, ścieląc się złocistymi pasmami na poszyciu. Słychać było wesoły świergot ptaków, przekrzykujących się pośród gałęzi, szelest liści poruszanych lekkim wiatrem.
Na wąskiej ścieżce prowadzącej do traktu handlowego pojawiła się grupa młodych ludzi wracających do wioski z polowania. Ich wesołe nawoływania i rozmowy mieszały się z odgłosami lasu. Upolowana sarna stanowiła powód do dumy. Przodem szła niewysoka, szczupła dziewczyna. Jej długie, jasne włosy powiewały na wietrze, gdy odwrócona w stronę jednego z chłopców ze śmiechem coś do niego mówiła. W jednej ręce niosła łuk, drugą położyła na pasku przytrzymującym kołczan przewieszony przez plecy. Ubrudzona posoką koszula świadczyła wyraźnie, że dziewczyna brała czynny udział w polowaniu.
- Jutro przed świtem - rzucił wyrośnięty chłopak, kiedy zbliżali się już do wioski.
Przytaknęła ochoczo. Lubiła wyruszać z nimi na łowy; wszak nikt tak jak ona nie umiał podchodzić zwierzyny. Szybka i zwinna, przemykała po leśnych ścieżkach niczym duch, bez trudu odnajdując tropy tam, gdzie inni nic nie zauważyli. Kiedy chłopak wraz z braćmi zniknął za płotem jednego z gospodarstw, ona poszła dalej. Niebieskie oczy zerkały ciekawie w stronę mijanych chat.
Skrzywiła się lekko na widok obejścia, ku któremu zmierzała. Pochylony ze starości spróchniały płot, w którym brakowało co drugiej sztachety, otaczał niewielkie gospodarstwo. Dach drewnianej chaty pokryty zbutwiałą strzechą sprawiał wrażenie, jakby miał rozpaść się na kawałki przy silniejszym podmuchu wiatru.
Westchnęła ciężko i omijając leżące pod płotem stare koryto, wkroczyła ostrożnie na podwórze. Zostawiła pod szopą łuk, by szybkim krokiem ruszyć w stronę pobielonej chałupy. Uchyliła skrzypiące cicho drzwi, wsadziła głowę w szparę i zajrzała. Sień była prawie pusta, nie licząc spłoszonej myszy, która umknęła pospiesznie. Kyla wślizgnęła się do środka i od razu zahaczyła stopą o porzucone wiadro. Zaklęła pod nosem i popchnęła drzwiczki do izby. Ani żywej duszy. Powiodła wzrokiem po ubogim wnętrzu.
Od długiego czasu nic się tu nie zmieniło, a przynajmniej ona nie pamiętała żadnych zmian. Trzy niewielkie okna wpuszczały znikomą ilość światła. Skrzynie z odzieniem, które zwykło zalatywać stęchlizną, tkwiły pod ścianą frontową, w tym samym miejscu co zawsze, a znajdujący się pośrodku izby stół jak zwykle lepił się od brudu. Zerknęła na chybotliwe zydle tuż obok; często spadała z nich jako dziecko, nie mogąc utrzymać równowagi na tak niestabilnym i niewygodnym siedzisku. Zatrzymała wzrok na kociołku wiszącym nad paleniskiem. Apetyczny zapach gotowanej strawy podrażnił nozdrza głodnej Kyli. W kociołku coś zabulgotało, sprawiając, że dziewczynie zaburczało głośno w brzuchu. Sięgnęła po zawieszoną nieopodal drewnianą łyżkę, zamierzając skosztować gotującego się dania.
- Aha! Tutaj jesteś! Na górę! - Rozkazujący głos Rebeki wdarł się w uszy Kyli, świdrując je bezlitośnie. Przestraszona nagłym wtargnięciem opiekunki do izby, wypuściła łyżkę z rąk. Nabrana potrawka chlupnęła na klepisko. Kyla czym prędzej schyliła się, by podnieść chochlę, zanim Rebeka skrzyczy ją za niezdarność. - Znowu gdzieś łazisz, a kozy od rana niedojone! - Starsza kobieta, w prostej, gdzieniegdzie łatanej sukni okrywającej jej pełne kształty, przepasana szarym fartuchem, stanęła na środku izby. Rzuciła na stół pęk ziół i spojrzała surowo na dziewczynę. - Gdzie znowu byłaś, co? Nie pomyślisz o tym, że trzeba mi pomóc?
Kyla wzruszyła ramionami. Od wrzasków opiekunki zaczynała ją boleć głowa. Znowu to samo. Miała już tego dosyć. Najchętniej zatkałaby czymś ciotce usta, byle tylko nie słyszeć jej zrzędliwego głosu. No i co z tego, że się nią zajmowała? Nie musiała się tak drzeć.
Evan, liczący niespełna pięć wiosen, przybrany brat Kyli, wsunął się cicho do chaty, a słysząc podniesiony głos matki, schował się ze strachu pod stół. Objął brudnymi rączkami nogę zydla i przytulił do niej usmarkany policzek.
- Wuj wróci, to z tobą porozmawia! - zagroziła rozgniewana Rebeka. - Tak dłużej nie może być! - Sięgnęła po szeroki, skórzany pas, wiszący na ścianie nad skrzynią z odzieniem. - Nie przystoi młodej pannie włóczyć się z synami kowala na polowania! Powinnaś zająć się gospodarstwem! Kozy wydoić! Owce zagnać na łąkę! Kury znowu uciekły na podwórko tej wiedźmy obok - mówiąc to, skrzywiła się. Z sąsiadką nie gadała od kilku dni, kiedy to pokłóciły się o wywieszone na płocie uprane koszule. - Jakby tego było mało, ciągniesz ze sobą Evana! - piekliła się kobieta, zbliżając do podopiecznej. Zamachnęła się ze złością. Powietrze przeszył głośny świst.
Dziewczyna odskoczyła w kąt izby, uchylając się zwinnie przed wymierzonym niezbyt celnie uderzeniem, i popatrzyła z kpiącym uśmiechem na jazgoczącą Rebekę.
- Lubię ich - odparła spokojnie, wiedząc, że cichym głosem zirytuje ciotkę jeszcze bardziej. - Daveth też ich lubi - dodała prowokująco, co zwykła robić w takich sytuacjach. Bawiło ją drażnienie opiekunki, która na samą wzmiankę o Davecie dostawała furii. Czerwieniła się, sapała i wyglądała, jakby zaraz miała pęknąć z złości. Kolejny krnąbrny uśmieszek pojawił się na ustach młódki. - Jemu też byś zabroniła wyjść na polowanie? - podjudzała. - A może wuj zabrałby się za robotę, zamiast tyle chlać u Zarena? - Przezornie przesunęła się pod okno, kątem oka zerkając w stronę drzwi. Kilka kroków... i Rebeka tyle ją będzie widziała.
Co prawda od pięciu zim nie miała od kuzyna żadnych wieści, jednak wciąż wierzyła, że wróci do wioski. Czekała na tę chwilę z utęsknieniem, wyobrażając sobie, jak znowu wspólnie siedzą nad jeziorem i rozmawiają. Pokaże mu, czego się nauczyła; a ćwiczyła pilnie przez cały ten czas.
- Daveth?! - wrzasnęła rozsierdzona kobieta. Po jej twarzy przemknął cień smutku, jednak szybko się opanowała. - Codziennie dziękuję bogom, że go zadźgali pod tym Arwen! Wolał walczyć, zamiast nam pomóc, to ma! Tylko blaszka po nim została. - Wrogość bijąca z głosu Rebeki sprawiła, że Kyla wzdrygnęła się i cofnęła pod jedną ze skrzyń. - Był w wieku Evana, gdy go przygarnęliśmy, jeszcze z koszulą w zębach latał, a on tak nam się odwdzięczył! Przygód mu się zachciało! Złota! A na roli nie miał kto robić!
- Daveth...? - Kyla przełknęła głośno ślinę, otwierając szeroko oczy ze zdumienia. Poczuła nagle, że coś uciska ją w piersiach; postać Rebeki rozmyła się, gdy Kyla gorączkowo łapała oddech. Nie! To niemożliwe! Ciotka na pewno kłamie! Chciała jej dopiec i podle skłamała!
Dziewczyna nie dopuszczała do siebie myśli, że nigdy więcej nie zobaczy ukochanego kuzyna. Może po prostu wyjechał na tyle daleko, że słuch o nim zaginął? Może przesłał przez kogoś wiadomość, która nie dotarła? Może...
- Jak to... nie żyje? - wydusiła wreszcie przez ściśnięte gardło. Oczy wezbrały jej łzami, których nie umiała powstrzymać.
- Przestań wyć! - huknęła Rebeka i zakrzątnęła się po izbie, wyciągając ze skrzyni stojącej pod oknem skórzany woreczek. Ze złością rzuciła go w stronę podopiecznej, która zręcznie złapała mieszek. - Taki los najemnika. Śmierć mu pisana wcześniej czy później. Jak twojej matce przynieśli ten sygnet, długo się nim nie nacieszyła. Umarła tego samego dnia. I nikt po niej nie płakał. Kto by się przejmował dziewką, która włóczyła się z najemnikami? Tylko dlaczego porządni ludzie muszą się potem użerać z cudzymi bękartami? Bo niby rodzina? Do dziś się wstydzę za twoją matkę. I co ona sobie myślała? Że ten cały dowódca zbrojnych ją poślubi? Głupia! - wybuchnęła tłumionym od dawna gniewem.
Słowa kobiety paliły serce Kyli żywym ogniem. Drżącymi palcami otworzyła mieszek, wysypując jego zawartość na rękę. Srebrny sygnet zatrzymał się we wgłębieniu dłoni, a dwie blaszki oplecione cienkimi rzemykami z cichym brzękiem upadły pod stół.
- Czyje to jest? - spytała, oglądając uważnie pierścień. Wyryty na nim herb nic jej nie mówił. Widziała sygnet pierwszy raz w życiu. Srebro zalśniło w jej dłoni, promieniując przyjemnym ciepłem.
- A czyjeż by mogło być? Tego nicponia, twojego ojca! - krzyknęła z oburzeniem Rebeka, schylając się z trudem po blaszki. - Zbałamucił Kernę, by potem zginąć gdzieś pod Terlin! A może pod Arwen...? Cholera wie, gdzie go zakatrupili! - sapnęła rozzłoszczona. - Jakby tego było mało, że wcześniej zginęli rodzice Davetha, którego też musieliśmy przygarnąć. A ten poszedł w ich ślady! Zachciało im się wszystkim przygód i dostali za swoje! - wysyczała z nienawiścią.
- Sczeźli już dawno, w proch się obrócili. Bałamutni najemnicy i ich dziewki. Kerna i Elira, matka Davetha, która też za zbrojnymi oczami wodziła, zamiast przykładnie zająć się gospodarstwem i pracą na roli. A potem ja musiałam ich bachory niańczyć! Same kłopoty przez tę waszą rodzinę. Oddaj to! - Wyciągnęła żylastą rękę po sygnet.
- Dostaniesz, jak za mąż będziesz wychodziła! Za porządnego człowieka, a nie za jakiegoś - splunęła z pogardą na podłogę - żałosnego najemnika!
Kyla zacisnęła szybko dłoń, chowając w niej pierścień i pokręciła przecząco głową. Miała wrażenie, że wszystko, co usłyszała, jest jakąś wierutną bzdurą. Może to tylko straszny sen, z którego zaraz się obudzi? Przecież to nie mogła być prawda! Może poza wiadomością o rodzicach, których nigdy nie poznała. Czemu Daveth nic jej o ojcu nie powiedział? Może czekał, aż mała Kyla podrośnie, i... nie zdążył.
- Kim był mój ojciec? - spytała cicho; jej usta drżały.
Rebeka łypnęła na nią gniewnie. Wyrwała z dłoni Kyli woreczek i wrzuciła na powrót blaszki do środka.
- Jednym z tych durniów, którzy wybrali miecz zamiast uczciwej pracy! - wrzasnęła kobieta. - Oddawaj, głupia dziewucho! - Spróbowała wyrwać sygnet z zaciśniętej dłoni podopiecznej. Ta jednak zacisnęła palce, wyszarpując rękę i chowając ją za plecy. - Przebierz się lepiej, umyj i uczesz porządnie! Wieczorem przychodzi Zaren - dodała nieco spokojniej, przestając szamotać się z Kylą. - Zapomniałaś już, że mu się spodobałaś? Wuj porozumiał się z nim w twojej sprawie. Weźmie cię za żonę i nawet nie chce posagu. - Oczy Rebeki błyszczały radośnie. - Przynajmniej wydatki odpadną. I tak już za wiele nas kosztowałaś. Czyż to nie dobra nowina? - Popchnęła oniemiałą Kylę w stronę drabiny, po której dziewczyna wspinała się na poddasze, do swojej izdebki. - Najwyższa pora, abyś wyszła za mąż. Skończyłaś już siedemnaście wiosen! Inne w tym wieku już dawno mają męża i dzieci!
- Ten... stary Zaren? - wyjąkała z niedowierzaniem Kyla.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.