Zaranie
Na łące, położonej u stóp jednego z zagubionych wśród roztoczańskich bezdroży pagórków, pasła się czarna, dorodna koza z imponującymi rogami. Zwierzę przechadzało się leniwie po ukwieconym terenie - najwyraźniej pozostawionym samemu sobie, przeto skrzącym się różnorodnością kwiatów. Bydlątko flegmatycznie skubało bujną, soczystą trawę, a potem bardzo powoli przeżuwało każdy kęs. Rogate zwierzę było do tego stopnia pochłonięte tą jakże prostą, a zarazem nieodzowną czynnością, że zdawało się nie dostrzegać, jak od tyłu, powoli, na ugiętych łapach, podkrada się wielkie, czarne, kosmate psisko, szczerzące nienaturalnie długie i ostre zębiska.
- Dobrze się bawisz, Lichyju? - spytała nagle koza takim tonem, jakby upominała niesfornego dzieciaka. - Chyba nie sądzisz, że cię nie wiedziałam albo, co gorsza, nie wyczułam?
- Nie mogłem się powstrzymać - zarechotał stwór, przemieniając się w okamgnieniu w upiorne, wychudzone, jednookie monstrum o szarej, napiętej skórze, zadziwiająco długich i chudych kończynach oraz paszczy najeżonej zębiskami ostrymi i szpiczastymi jak igły. - Taka okazja nie zdarza się często.
- Chyba nie chciałeś się ze mną spotkać li tylko dla przyjemności? - Koza prychnęła lekceważąco.
Stwór zawarczał cicho i zmrużył jedyne ślepię. W tym samym momencie rogate zwierzę również zaczęło się przeobrażać. Po chwili na łące stała ślicznotka, której uroda mogła dorównywać samej bogini Dziewannie. Złociste włosy okalały oszołamiająco piękną twarz o gładkiej cerze, wystających kościach policzkowych i idealnie wykrojonych ustach. Perfekcyjne kształty podkreślała chabrowa, sięgająca kostek sukienka z delikatnego, niemalże prześwitującego materiału.
Jedyne, co nie pasowało do tej idealnej istoty, to tchnące chłodem oczy. W stalowych tęczówkach czaiła się odwieczna mądrość, wiedza, potęga, bezwzględność i stanowczość.
- Och, piękna pani - wysyczał Lichyj i zachichotał upiornie. - Widzę, że idziemy na ostro.
- Sam zacząłeś. Po co te popisy? - Otaksowała go od stóp do głów znaczącym spojrzeniem, pod ciężarem którego przerażający demon przyjął postać człowieka podobnego najzupełniej do nikogo. W odpowiedzi piękność zmieniła się w kobietę o urodzie w najlepszym wypadku przeciętnej. Wyglądali teraz niczym dwoje turystów zabłąkanych na roztoczańskich bezdrożach.
- Pobawiliśmy się trochę, a teraz racz mi wyjawić, czego ode mnie chcesz, łaskawco.
- Co ty wyprawiasz, Matoha? - wypalił prosto z mostu. - Po co ci ten... - skrzywił się ze wzgardą - ...człowiek?
- Och, czyli już wiesz.
- Połowa naszych już wie, tylko nie wiemy, po co ci on. I jak bardzo okaże się groźny.
- Bo dbam o nasz rodzaj, a ten człowiek... - zawiesiła głos i łypnęła z ukosa na rozmówcę. - Groźny, powiadasz. Nie, ten człowiek może nam się przydać. Bardzo przydać.
- Ja również dbam o nasz rodzaj - warknął. - Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy mieszać do tego ludzi.
- Jak wiesz, mam w tej sprawie całkiem inne zdanie. Również w kwestii ludzi w ogólności.
- A może wreszcie nadszedł czas, żeby obyć się bez nich?
- Nadal nie potrafisz zrozumieć, że jeśli zginą ludzie, my przestaniemy istnieć wraz z nimi - westchnęła kobieta. - Jesteśmy z nimi powiązani od zarania. Tak jak oni z nami. Pojmij to wreszcie. Ale chyba nie o tym chciałeś rozmawiać?
- Nie pozwolę ci zrobić z niego... - warknął stwór przez zęby.
- Nie pytałam cię o zdanie, Lichyju. - Matoha weszła mu w słowo beznamiętnym tonem. - Poza tym chyba masz świadomość tego, co się dzieje?
- I co mnie to obchodzi? - prychnął z pogardą. - To twoi kończą marnie, moich nikt i nic nie tyka.
- Bo siedzicie po lasach, zapadliskach i w dziurach, gdzie słońce nie dochodzi. Ale to jest coś, co dopadnie wszystkich. I ludzi, i nas, i was również. To jest jakaś dziwna, nieznana mi wcześniej niszczycielska siła, której, nie wiem dlaczego, nie potrafię przeniknąć. - Demonica spochmurniała nagle. - Czuję tylko, że ona ciągle rośnie, czuję skrywającą ją, potężniejącą, obrzydliwą szarość. Coś równie demonicznego, jak i... - zawahała się - ...jak i ludzkiego - dokończyła powoli. - Nie wolno nam tego lekceważyć, Lichyju. - Łypnęła podejrzliwie na rozmówcę, ale wyraz jego twarzy nie zmienił się ani na jotę.
- Ludzkiego, powiadasz - wycedził stwór w skórze człowieka, a w kącikach jego ust zatańczył ironiczny uśmieszek. - Czyli po to jest ci potrzebny ten człowiek. Chcesz go wykorzystać. Wykorzystać jego człowieczeństwo.
- Chcę, żeby nam pomógł. Nam wszystkim. Także tobie i wszystkim twoim pobratymcom. To nie ma i nie będzie miało niczego wspólnego z człowieczeństwem. Jeżeli już, to wręcz przeciwnie.
- A od kiedy tak troszczysz się o nasz los? - wysyczał.
- Muszę troszczyć się o wszystkich, bo jesteśmy ze sobą powiązani. Mam nadzieję, że kiedyś wreszcie przyjmiesz to do wiadomości. To, co teraz nadchodzi, może zniszczyć wszystkich. Wszystkich, rozumiesz? Ludzi, nas i was. A wtedy skończy się świat, jaki wszyscy znamy.
Czerwcowe, mocne i gorące, słońce zachodziło powoli przy akompaniamencie narastającego żabiego rechotu. Świat nie stanął w miejscu, chociaż może właśnie wtedy, na chwilę, powinien.