Zamaskowany dżentelmen - L. Sherman

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Lon­dyn 1811

Ru­pert

- Puść go albo strzelę. - Ce­lo­wa­łem w dwóch po­ma­gie­rów lorda Sul­li­vana. Je­den z nich trzy­mał chłopca za koł­nierz, tak że jego stopy wi­siały pół me­tra nad zie­mią. Dzie­ciak miał naj­wy­żej dzie­sięć wio­sen, cho­ciaż pew­nie po­wi­nie­nem po­wie­dzieć zim, zwa­żyw­szy na prze­ni­kliwy gru­dniowy chłód, ja­kim w tym roku ra­czył nas Lon­dyn. Czu­łem swój go­rący i wil­gotny od­dech pod czer­woną je­dwabną chu­stą, którą za­kry­łem nos i usta. Kiedy męż­czy­zna pu­ścił chłopca, ten upadł, ude­rza­jąc mocno o zie­mię, ale na­wet nie jęk­nął. Le­żał sku­lony, w cał­ko­wi­tej ci­szy, ocze­ku­jąc na roz­wój sy­tu­acji. Nie­trudno było się zo­rien­to­wać, że jest jed­nym z se­tek lon­dyń­skich dzieci, które chowa ulica. Jego wi­dok roz­dzie­rał mi serce.

Tych dwóch ła­chu­drów ła­twiej było prze­sko­czyć, niż obejść. Gó­ro­wa­łem nad nimi swo­imi pra­wie dwoma me­trami wzro­stu. Wzro­stu, który był na tyle nie­spo­ty­kany, że za­wsze przy­cią­ga­łem uwagę, do czego co prawda zdą­ży­łem się przy­zwy­czaić. Pod­czas mi­sji sta­no­wił on jed­nak nie lada pro­blem, nie mo­głem więc ry­zy­ko­wać, że ktoś mnie roz­po­zna.

- Łap to i leć! Lamb's Con­duit Field, Fo­ul­ding Ho­spi­tal - krzyk­ną­łem. W po­śpie­chu po­da­łem mu pa­ku­ne­czek i od­wró­ci­łem się za bie­da­kiem, który zdą­żył już rzu­cić się do ucieczki. Bez­li­to­sny wiatr hu­czał za ro­giem wą­skiej uliczki mię­dzy bu­dyn­kami. W pa­ku­neczku, który da­łem dzie­cia­kowi, były pie­nią­dze na do­rożkę, je­dze­nie i na­zwa sie­ro­cińca - lub szpi­tala, bo tak wła­ści­wie brzmiała na­zwa pla­cówki, a także na­zwi­sko prze­ło­żo­nej, sio­stry Agnes. Z otwar­tymi ra­mio­nami przyj­mo­wała dzieci, które do niej wy­sy­ła­łem. Chło­pak znikł w śnie­życy sza­le­ją­cej na uli­cach Lon­dynu, ja zaś na chwilę stra­ci­łem czuj­ność. Ból prze­szył mi pierś, a za­raz po tym po­czu­łem silne ude­rze­nie w głowę. Upa­dłem. Je­żeli miał­bym umrzeć, pew­nie tak wła­śnie by to wy­glą­dało. Już dawno po­go­dzi­łem się z tym, że ry­zy­kuję ży­ciem, ra­tu­jąc te dzie­ciaki. Moje ro­dzeń­stwo było do­sta­tecz­nie duże, by o sie­bie za­dbać, a ja nie mia­łem zo­bo­wią­zań wo­bec żony czy wła­snych dzieci.

Py­ta­nie tylko: jak długo mogę ukry­wać swoją toż­sa­mość? To była ostat­nia myśl, jaka przy­szła mi do głowy, za­nim zro­biło mi się czarno przed oczyma. Moje ciemne ubra­nie przy­sy­pał biały puch, a są­cząca się z piersi krew po­zo­sta­wiła na śniegu czer­woną plamę.

Roz­dział 2

Lon­dyn 1811

Poppy

Lady Dah­lia prze­bu­dziła się gwał­tow­nie i usia­dła na łóżku. Po­ru­sza­jący za­sło­nami chłodny wiatr spra­wił, że za­drżała z zimna. Otwarte okno sta­no­wiło je­dyny do­wód na to, że był tu­taj w nocy. Za­ma­sko­wany dżen­tel­men lub - jak uwiel­biała go na­zy­wać - za­ma­sko­wany ko­cha­nek. Od czasu, kiedy ko­lejny raz za­pu­kał do jej okna i po­pro­sił, by go wpu­ściła, po­żą­dała go całą sobą. Przy­szedł do niej w nocy, ko­chał się z nią, po czym wy­czer­pani le­żeli obok sie­bie w ci­szy. Na­stęp­nie po­ca­ło­wał ją w czoło i znik­nął. Lady Dah­lia do­tknęła ręką miej­sca, w któ­rym na­dal czuła jego usta...

- Nie mogę spać. - Sam stał, ści­ska­jąc w ręce swo­jego wy­słu­żo­nego żół­tego mi­sia. - Boję się.

Mój sze­ścio­letni syn, mały czło­wiek, któ­remu od­da­łam całe serce, i je­dyna mi­łość mo­jego ży­cia, pod­szedł do biurka, przy któ­rym ślę­cza­łam nad ko­lej­nym od­cin­kiem o Za­ma­sko­wa­nym Ko­chanku. Tekst mu­sia­łam od­dać już w pią­tek, za­tem zo­stały mi dwa dni. Mo­głam pi­sać tylko wie­czo­rami. W ciągu dnia w kuchni swo­jego miesz­ka­nia przyj­mo­wa­łam pa­cjen­tów. To tu­taj po­chy­la­łam się nad miesz­kań­cami dziel­nicy i ich pro­ble­mami. Czę­sto nie byli w sta­nie za­pła­cić go­tówką. Ob­słu­gi­wa­łam ich na kre­chę lub pła­cili w roz­ma­itych to­wa­rach, za­zwy­czaj żyw­no­ścią. Moja spi­żar­nia pę­kała w szwach od zbóż, ziem­nia­ków, szynki i be­konu. Nie gło­do­wa­li­śmy, ale wie­dzia­łam, że w ży­ciu ni­czego nie można być pew­nym. Do­sko­nale pa­mię­ta­łam, jak to jest kłaść się spać z pu­stym żo­łąd­kiem, i po­przy­się­głam so­bie ni­gdy nie do­pu­ścić, by Sam tego do­świad­czył.

- Wrócę za chwilkę, ko­cha­nie. Zro­bię ci her­batę ru­mian­kową z mio­dem.

Kiedy wsta­łam, usły­sza­łam ci­che pu­ka­nie do drzwi.

- Ktoś przy­szedł, mamo. - Sam mocno się do mnie przy­tu­lił, a ja po­gła­ska­łam go po gło­wie.

- Bie­gnij do łóżka. Spraw­dzę, kto to. Może ko­muś coś się stało albo ja­kaś ko­bieta bę­dzie ro­dzić. - Sam wie­dział, że cza­sem mu­sia­łam zo­sta­wić go w środku nocy, by po­móc przy po­ro­dzie. Ka­te­go­rycz­nie za­bra­nia­łam mu wtedy wpusz­czać ko­go­kol­wiek do domu.

- Przy­kryj nogi ko­cy­kiem, za­raz przy­niosę ci her­batę.

Przez sześć lat było tak: nas dwoje prze­ciwko światu. Udało mi się stwo­rzyć nie­wielki, skromny in­te­res w po­staci kli­niki, a od czasu do czasu, je­śli szczę­ście się do mnie uśmiech­nęło, pu­bli­ko­wano moje tek­sty. Przy­ja­ciel mo­jej matki znał Henry'ego z wy­daw­nic­twa. Fry­wolne hi­sto­ryjki szły jak cie­płe bu­łeczki, ja zaś z przy­jem­no­ścią je wy­my­śla­łam. Po­cząt­kowo nie były aż tak pi­kantne, ale jako że ich po­pu­lar­ność ro­sła, pod­krę­ca­łam at­mos­ferę. Krą­żyły plotki o za­ma­sko­wa­nym męż­czyź­nie, który w Lon­dy­nie ra­to­wał nie­winne dzieci od przy­mu­so­wej pracy i pro­sty­tu­cji, za­pew­niał im dach nad głową i po­ma­gał im się wy­kształ­cić. Je­żeli czło­wiek ukry­wa­jący się za czer­woną chu­stą fak­tycz­nie ist­niał, mu­siał być ja­kimś świę­tym. Po­zwo­li­łam so­bie pu­ścić wo­dze fan­ta­zji na te­mat tego, ja­kim byłby ko­chan­kiem.

Z po­czątku ci­che, pu­ka­nie do drzwi sta­wało się co­raz gło­śniej­sze i co­raz bar­dziej na­tar­czywe.

- Wpuść mnie, je­żeli tam je­steś. Miej li­tość. - Zza drzwi do­biegł mę­ski głos. Był to głę­boki ba­ry­ton, choć stłu­miony i pe­łen skargi.

Na­tych­miast uwol­ni­łam się od idio­tycz­nego snu na ja­wie o mo­jej opo­wie­ści. Musi po­cze­kać, do ju­tra wie­czora albo i do nocy, je­żeli mam zdą­żyć z ko­lej­nym od­cin­kiem. Od­cinki po­wie­ści wy­da­wano co pią­tek, a w ten naj­bliż­szy mia­łam od­dać tekst, który ukaże się w przy­szłym ty­go­dniu.

Znowu ktoś po­trze­buje mo­jej po­mocy.

"Masz do tego dar, có­reczko, odzie­dzi­czy­łaś to po mnie". W gło­wie roz­brzmiał mi głos matki, pa­mię­ta­łam go do­kład­nie, mimo że zmarła sto­sun­kowo młodo. Nie­za­leż­nie od tego, gdzie się znaj­do­wa­łam i ja­kiej nie­spra­wie­dli­wo­ści ży­cie ka­zało mi do­świad­czać, za­wsze była przy mnie.

Od­blo­ko­wa­łam za­mek i ostroż­nie otwo­rzy­łam drzwi. Męż­czy­zna, ską­d­inąd bar­dzo wy­soki - mu­sia­łam mocno za­drzeć głowę, by spoj­rzeć mu w oczy - stał na naj­niż­szym stop­niu, opie­ra­jąc się o ścianę. W sła­bym świe­tle lampki, którą trzy­ma­łam w dłoni, wi­dzia­łam, że jego twarz wy­krzy­wia ból.

- Umie­ram... - Zro­bił krok, jęk­nął i upadł, a przez to, że był tak wy­soki, jego ciało się­gnęło aż do mo­jej kuchni. Udało mi się od­su­nąć i tylko cu­dem nie prze­wró­cił się na mnie.

- Nie żyje? - Sam przy­lgnął do mnie, cho­wa­jąc się za moją spód­nicą.

Klęk­nę­łam nad ol­brzy­mem, który le­żał nie­przy­tomny na pod­ło­dze w na­szej kuchni.

- Po­móż mi wcią­gnąć go do środka, że­by­śmy mo­gli za­mknąć drzwi. Śnieg wpada do środka, a całe cie­pło ucieka. - Pró­bo­wa­łam sama po­cią­gnąć nie­zna­jo­mego za ra­miona, mu­sia­łam jed­nak uwa­żać, bo nie wie­dzia­łam prze­cież do­kład­nie, gdzie zo­stał ra­niony. Sam, który ob­ser­wo­wał moje bez­sku­teczne usi­ło­wa­nia, przy­szedł mi na ra­tu­nek, dzięki czemu w końcu, z jego po­mocą, udało mi się wtasz­czyć tego czło­wieka do środka i za­mknąć drzwi. Oby­dwoje opa­dli­śmy na pod­łogę.

- Skar­bie, przy­nie­siesz, pro­szę, po­duszkę i kilka ko­ców? Mu­szę po­móc mu tu­taj, na pod­ło­dze. Sami nie damy rady go pod­nieść. - Mój mały po­moc­nik po­śpiesz­nie za­brał się za po­wie­rzone mu za­da­nie, a ja nie bez trudu zdję­łam na­szemu nie­spo­dzie­wa­nemu go­ściowi czarny płaszcz.

Biała ko­szula cał­ko­wi­cie prze­siąk­nęła krwią, ba­łam się, że może być za późno. Przy­ło­ży­łam dwa palce do jego nad­garstka, żeby zba­dać mu tętno. Było wy­czu­walne, ale słabe. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem ro­ze­rwa­łam ko­szulę i od­sło­ni­łam klatkę pier­siową. Krew pły­nęła wart­kim stru­mie­niem. Nie wi­dzia­łam rany, mia­łam jed­nak świa­do­mość, że w ciągu kilku mi­nut mój nie­zna­jomy gość może się wy­krwa­wić. Wy­tar­łam więk­szość krwi ka­wał­kami ro­ze­rwa­nej ko­szuli i z ulgą stwier­dzi­łam, że rana po­strza­łowa - wła­śnie taką po­dej­rze­wa­łam - znaj­duje się po­wy­żej płuc, bez­po­śred­nio pod bar­kiem. Czło­wiek, z któ­rym mój nie­zna­jomy wiel­ko­lud wdał się w kon­flikt, na jego szczę­ście był fa­tal­nym strzel­cem. Na chwilę ode­tchnę­łam z ulgą, wie­dzia­łam jed­nak, że mu­szę się spie­szyć, nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na to, by obcy męż­czy­zna zmarł na mo­ich oczach. Jak mia­ła­bym po­zbyć się tak ogrom­nego ciała? Przy­cią­gnę­łoby to zbyt dużo uwagi, a ja wo­la­łam spo­kojne ży­cie.

- Sam! - zde­spe­ro­wa­nym gło­sem za­wo­ła­łam syna.

- Tak, mamo? - Uklęk­nął przy mnie i po­dał mi po­duszkę i koc, które przy­tasz­czył w ma­łych rącz­kach. Ostroż­nie wsu­nę­łam po­duszkę pod głowę męż­czy­zny, a nogi przy­kry­łam mu ple­dem.

- Mo­żesz mocno przy­ci­snąć ma­te­riał do miej­sca, w któ­rym wi­dzisz otwór, tam skąd są­czy się krew?

- Tak. - Zro­bił do­kład­nie to, o co go po­pro­si­łam, a ja po­spie­szy­łam wsta­wić wodę do prze­my­cia rany. Ana­li­zo­wa­łam w my­ślach, ja­kie zioła mam w domu, i uśmiech­nę­łam się, kiedy przy­po­mnia­łam so­bie, że nie­dawno otrzy­ma­łam nową por­cję ginu od do­stawcy. Al­ko­hol do­sko­nale nada­wał się do oczysz­cze­nia miej­sca po po­strzale i zła­go­dze­nia bólu, je­żeli tylko uda­łoby mi się na­kło­nić męż­czy­znę do tego, by wy­pił odro­binę. Po­sta­wi­łam gar­nek z wodą nad ogniem i się­gnę­łam na półkę ze sło­icz­kami. Szał­wia i krwaw­nik na go­rączkę, która za­pewne wkrótce wy­stąpi, oraz im­bir, cenny skład­nik, który cho­wa­łam na wy­pa­dek, gdyby coś się przy­da­rzyło mnie lub Sa­mowi. Dziś jed­nak na­de­szła czarna go­dzina, poza tym był to je­dyny śro­dek prze­ciw­bó­lowy, jaki mia­łam.

Kiedy woda się za­go­to­wała, wy­pa­rzy­łam w niej ście­reczki, któ­rymi za­mie­rza­łam go ob­myć, wy­mie­sza­łam me­dy­ka­menty i po­spiesz­nie wró­ci­łam do syna, który na­dal uci­skał ranę.

- Znowu po­trze­buję two­jej po­mocy, skar­bie. Kiedy już prze­myję ranę, mu­szę usu­nąć kulę, która utkwiła w barku. - Nie prze­szła na wy­lot, więc mu­sia­łam po­zbyć się ciała ob­cego. - Ty przy­trzy­masz lampę, żeby mama wszystko wi­działa.

Po­da­łam Sa­mowi pal­nik Ar­ganda, lampkę ole­jową, która świe­ciła znacz­niej ja­śniej ani­żeli zwy­kłe świece. Nie po raz pierw­szy mi po­ma­gał, ni­gdy wcze­śniej jed­nak sy­tu­acja nie była na tyle po­ważna.

Pra­co­wa­li­śmy w peł­nym sku­pie­niu i cał­ko­wi­tej ci­szy. Nie­zna­jomy ci­chutko po­ję­ki­wał, kiedy ma­new­ro­wa­łam długą pę­setą w głę­bo­kiej ra­nie. Był to do­bry znak, więc na chwilę prze­rwa­łam, by zwil­żyć mu usta gi­nem. Wzię­łam głę­boki od­dech, po­nie­waż nie wi­dzia­łam do­kład­nie wnę­trza rany i mu­sia­łam po­le­gać na do­świad­cze­niu i wpraw­nych pal­cach. Jest! Po­czu­łam opór, zde­cy­do­wa­nie nie było to nic mięk­kiego. Kula kilka razy mi się wy­śli­zgnęła. Ja­sna cho­lera! Po­czu­łam, że czoło mam mo­kre od potu, i głę­boko wcią­gnę­łam po­wie­trze, pró­bu­jąc się sku­pić. Chwy­ci­łam kulę, a na­stęp­nie zde­cy­do­wa­nym, szyb­kim ru­chem wy­cią­gnę­łam ją i odło­ży­łam do por­ce­la­no­wej mi­seczki. De­li­kat­nie prze­my­łam ranę al­ko­ho­lem, łyk wla­łam rów­nież w usta po­szko­do­wa­nemu, który po­woli od­zy­ski­wał świa­do­mość. Za­ło­ży­łam opa­tru­nek, co nie było ła­twym za­da­niem, jako że mu­siał on obej­mo­wać bark i klatkę pier­siową. Do­piero po wszyst­kim po­zwo­li­łam so­bie prze­stu­dio­wać wzro­kiem tors mo­jego pod­opiecz­nego - był wy­jąt­kowo umię­śniony. Po­kry­wało go nie­znaczne owło­sie­nie, a ja ga­pi­łam się jak za­hip­no­ty­zo­wana na piękne sutki. Ni­gdy wcze­śniej nie po­dzi­wia­łam tej czę­ści ciała żad­nego męż­czy­zny. Nie zda­rzyło się to, ale w tym je­go­mo­ściu, naj­wy­raź­niej rów­nież w jego sut­kach, było coś osza­ła­mia­ją­cego.

Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, tego ro­dzaju my­śli były dość nie­sto­sowne. Za­pewne to moje opo­wie­ści o lady Dah­lii spra­wiły, że za­czę­łam śnić na ja­wie.

- Sam, bar­dzo ci dzię­kuję za po­moc, ko­cha­nie. Bie­gnij do łóżka. Przy­go­tuję ci do­dat­kowy ter­mo­for. - Reszta wody, którą go­to­wa­łam, na­dal była w garnku nad ogniem. Zo­sta­wi­łam męż­czy­znę na pod­ło­dze i za­pro­wa­dzi­łam synka do jego po­koju, gdzie uło­ży­łam go do snu z cie­płym na­czy­niem. Na ze­wnątrz wciąż sza­lała śnie­życa, a je­dyne okno w miesz­ka­niu było cał­ko­wi­cie przy­kryte śnie­giem. Nie mo­głam przez nie wyj­rzeć, ale przy­naj­mniej w po­miesz­cze­niu było cie­pło i bez­piecz­nie. Kiedy wró­ci­łam, za­mie­rza­łam spraw­dzić, czy uda mi się prze­nieść ran­nego do łóżka.

Sam za­snął, za­nim wy­szłam z jego sy­pialni. Mie­li­śmy wię­cej szczę­ścia niż więk­szość spo­łe­czeń­stwa - dys­po­no­wa­li­śmy trzema izbami. Wielu lu­dzi mu­siało za­do­wo­lić się ży­ciem na mniej­szej po­wierzchni, ale ja po­szłam na kom­pro­mis w po­staci miesz­ka­nia w su­te­re­nie, gdzie cza­sem czuć było wil­goć. Sta­ra­łam się jed­nak ogrze­wać wszyst­kie po­miesz­cze­nia, co po­ma­gało nam chro­nić się przed chło­dem i cho­ro­bami.

Uklęk­nę­łam przed męż­czy­zną i po­gła­ska­łam go czule po po­liczku. De­li­kat­nie po­ru­szył po­wie­kami, jed­nak nie na tyle mocno, by otwo­rzyć oczy.

- Czy je­żeli panu po­mogę, da pan radę wstać? Od mo­jego łóżka dzieli nas tylko kilka me­trów.

- Łóżka? - wy­mam­ro­tał. - Umar­łem i tra­fi­łem do nieba? - W ni­skim, ję­czą­cym gło­sie po­brzmie­wała nutka hu­moru.

- Był pan bli­ski śmierci, ale my­ślę, że bę­dzie pan żył. Po­cze­kajmy i zo­baczmy, co przy­nie­sie ju­tro. - Z tru­dem udało mi się pod­nieść go i po­móc mu usiąść.

Po­woli otwo­rzył oczy i się­gnął ręką do mo­ich wło­sów.

- Piękne. - Jego głos był szorstki, a on sam naj­wy­raź­niej znaj­do­wał się pod wpły­wem znacz­nej ilo­ści ginu, którą w niego wla­łam.

- W po­rządku, wielki je­go­mo­ściu, do łóżka. - Po­da­łam mu rękę i po­mo­głam wstać. By nie upaść pod jego cię­ża­rem, opar­łam się o stół. Kiedy sta­nął na no­gach, zła­pa­łam go pod ra­mię. - Jesz­cze trzy kroki i je­ste­śmy na miej­scu.

Padł na łóżko jak długi, w do­słow­nym słowa zna­cze­niu, a ja osu­nę­łam się na fo­tel przy biurku. Nie mo­głam po­ło­żyć się spać, mu­sia­łam czu­wać przy nim w nocy, spraw­dzać opa­tru­nek i kon­tro­lo­wać tem­pe­ra­turę. Cze­ka­jąc na wy­stą­pie­nie wy­so­kiej go­rączki, mo­głam kon­ty­nu­ować pi­sa­nie o lady Dah­lii i jej Za­ma­sko­wa­nym Ko­chanku. Z zim­nymi okła­dami i zio­ło­wym na­pa­rem na ból i go­rączkę pod ręką znowu mo­głam za­nu­rzyć się w hi­sto­rii za­ka­za­nej mi­ło­ści.

Lady Dah­lia owi­nęła się ja­poń­skim, je­dwab­nym ki­mo­nem, ale na­dal drżała z zimna w chłod­nym po­koju. Ogień nie zdą­żył jesz­cze po­rząd­nie się roz­pa­lić, a zimno prze­ni­kało przez ce­glane ściany. Czy przyj­dzie tej nocy? Od jego ostat­niej wi­zyty mi­nął po­nad ty­dzień, za­czy­nała się nie­cier­pli­wić... na tyle, że nie mo­gła jeść ani pić. Ca­łym cia­łem łak­nęła tylko jego...

Pi­sa­łam jak opę­tana o lady Dah­lii, o jej peł­nym po­żą­da­nia ko­chanku, wy­obra­ża­łam so­bie, jak to jest mię­dzy dwoj­giem za­ko­cha­nych lu­dzi, któ­rzy pra­gną sie­bie na­wza­jem rów­nie mocno, i za­pi­sy­wa­łam te ob­razy. Mię­dzy roz­dzia­łami do­glą­da­łam pa­cjenta. Go­rączka się na­si­liła, więc po­mo­głam mu wy­pić letni już na­par z krwaw­nika i szał­wii. Nie krzy­wił się z po­wodu gorz­kiego smaku, po pro­stu ro­bił to, co mu przy­ka­za­łam. W moim łóżku ni­gdy nie go­ścił ża­den męż­czy­zna. Zer­k­nę­łam na niego, za­sta­na­wia­jąc się, kim jest. Dla­czego zo­stał po­strze­lony? Zna­la­złam przy nim ze­ga­rek kie­szon­kowy. Był bar­dzo eks­klu­zywny i - jak się do­my­śla­łam - rów­nież bar­dzo kosz­towny. Mimo że mój gość ubrany był dość zwy­czaj­nie: czarne spodnie, weł­niany płaszcz w tym sa­mym ko­lo­rze i biała ba­weł­niana ko­szula, jego rze­czy nie były sprane ani dziu­rawe, jak w przy­padku in­nych miesz­kań­ców wschod­niego krańca Lon­dynu. Jakby tego było mało, pięk­nie pach­niał - czy­stą, upraną w my­dle odzieżą, ale miał też wła­sny, wy­jąt­kowy za­pach, przy­wo­dzący na myśl las świer­kowy świeżo po desz­czu, przy­pra­wiony nutą sło­nej mor­skiej bryzy.

- Bie­gnij, bie­gnij - wy­ję­czał w go­rącz­ko­wym oma­mie. - Fo­ul­ding Ho­spi­tal...

Wy­ci­snę­łam świeżą szmatkę i otar­łam mu pot z czoła. Ciem­no­brą­zowe włosy kle­iły się do wil­got­nej skóry, więc od­su­nę­łam je de­li­kat­nie na bok. Mo­kry ka­wa­łek ma­te­riału wy­ko­rzy­sta­łam jako zimny okład. Wi­dzia­łam, że przy­nosi mu to ulgę. Bez skrę­po­wa­nia po­dzi­wia­łam jego rysy twa­rzy, w końcu i tak spał. Nos nie był cał­ko­wi­cie pro­sty. Miał na grzbie­cie nie­wielką nie­rów­ność, jak gdyby zła­mano go w bójce. By­naj­mniej jed­nak nie uj­mo­wało mu to urody. Prze­ciw­nie, drobna nie­do­sko­na­łość do­da­wała mu cha­rak­teru. Nie wi­dzia­łam ko­loru oczu, ale rzęsy były ciemne i wy­jąt­kowo gę­ste. Bez za­sta­no­wie­nia po­gła­ska­łam go po po­liczku, po szorst­kim za­ro­ście, który z go­dziny na go­dzinę sta­wał się co­raz bar­dziej wi­do­czny. Nie­zna­jomy miał krót­kie baczki, a jego fry­zura sta­no­wiła cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo pa­nu­ją­cej ak­tu­al­nie mę­skiej mody: był ob­cięty na krótko, na czubku głowy jed­nak włosy miał dłuż­sze. Mój wiel­ko­lud był przy­stoj­nym męż­czy­zną, ale mógł być kim­kol­wiek, na­wet naj­więk­szym zbrod­nia­rzem w Lon­dy­nie. Nic o nim nie wie­dzia­łam.

- Zimno mi, tu jest tak... tak po­twor­nie zimno. - Szczę­kał zę­bami. Marzł, a jed­no­cze­śnie roz­pa­lała go wy­soka go­rączka.

Nie mia­łam wyj­ścia. Od­wie­si­łam cie­pły weł­niany sza­lik na opar­cie fo­tela i po­ło­ży­łam się obok pa­cjenta w łóżku. Przy­war­łam do niego cia­łem, by go ogrzać i spra­wić, by po­czuł się bez­piecz­nie. Oczy­wi­ście mógł być żo­naty, ale gdyby nie prze­żył, nie mia­łoby to więk­szego zna­cze­nia.

Zro­bi­łam do­kład­nie to, co za­wsze, gdy Sam był chory lub smutny: gła­ska­łam go po gło­wie i nu­ci­łam mu me­lo­dię, którą śpie­wała mi mama, kiedy by­łam dziec­kiem.

Roz­dział 3

Lon­dyn 1811

Ru­pert

Cią­żyły mi po­wieki, po­dob­nie jak całe ciało. Wie­lo­krot­nie, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łem wstać, za każ­dym ra­zem jed­nak znów mo­rzył mnie sen. W kró­le­stwie nie­bie­skim było cu­dow­nie, cie­pło i bez­piecz­nie. Czy trzy­ma­łem w ob­ję­ciach ko­bietę? Wes­tchną­łem z za­do­wo­le­niem i po­ru­szy­łem się. Ciało mó­wiło mi, że obok fak­tycz­nie śpi wtu­lona we mnie nie­wia­sta. Czu­łem jej mięk­kie piersi, co spo­wo­do­wało na­tych­mia­stową re­ak­cję w mo­ich spodniach. Dzięki Bogu na­dal mia­łem je na so­bie. Jak, do cho­lery, wy­lą­do­wa­łem w łóżku nie­zna­nej mi damy? Tym ra­zem zmu­si­łem się do otwar­cia oczu i prze­stu­dio­wa­łem wzro­kiem po­miesz­cze­nie. Skromny po­kój w su­te­re­nie. Na wy­po­sa­że­niu było tylko łóżko, biurko i ko­mi­nek.

Czy była pro­sty­tutką? Od­wró­ci­łem głowę w jej stronę. Złote, fa­lo­wane włosy oka­lały jej twarz i opa­dały na barki i plecy. Le­żąc z lekko otwar­tymi, ja­sno­ró­żo­wymi ustami i za­mknię­tymi oczyma oto­czo­nymi nie­wia­ry­god­nie dłu­gimi rzę­sami, wy­glą­dała jak bo­gini. Cerę miała ja­sną, a po­liczki nieco za­ru­mie­nione od snu. Miała na so­bie ubra­nie, a za­tem praw­do­po­dob­nie nie była pa­nią do to­wa­rzy­stwa, nie przy­po­mi­na­łem so­bie zresztą, bym ostat­nio od­wie­dzał przy­by­tek roz­pu­sty. Mi­nęły wieki od czasu, kiedy to ro­bi­łem. Te­raz już nie by­wa­łem w miej­sco­wych za­mtu­zach. Ksią­żęta nie na­rze­kają na brak za­in­te­re­so­wa­nia ze strony płci prze­ciw­nej.

- Ca­li­sta! - krzyk­ną­łem i usia­dłem na łóżku. Prze­raź­liwy ból prze­szył mi lewy bark, więc chwy­ci­łem się za niego z ję­kiem.

- Poppy, na­zy­wam się Poppy Par­ker. Wi­dzę, że le­piej się pan czuje. - Sze­roko otwo­rzyła oczy i ziew­nęła.

- Gdzie je­stem?

- Wschód Lon­dynu, w po­bliżu doku nad Ta­mizą. - Prze­czoł­gała się nade mną i usia­dła na kra­wę­dzi łóżka. - Pa­mięta pan co­kol­wiek z tego, co wy­da­rzyło się wczo­raj­szego wie­czoru?

- Ura­to­wała mi pani ży­cie - wy­ją­ka­łem i po­sła­łem wy­baw­czyni pełne wdzięcz­no­ści spoj­rze­nie. Przy­po­mniało mi się star­cie z dwoma zbi­rami, po­woli od­two­rzy­łem je w gło­wie. Chło­pa­kowi udało się uciec, ale po­strze­lili mnie i zo­sta­wili na pa­stwę losu w za­ułku po­śród sza­le­ją­cej śnie­życy. Kiedy się ock­ną­łem, uci­sną­łem ranę dło­nią i do­czoł­ga­łem się do domu tej ko­biety.

- Nie ma za co. - Owi­nęła ra­miona sza­li­kiem i po­ru­szyła drew­nem w ko­minku, które szybko za­pło­nęło sil­niej­szym pło­mie­niem.

Znała się na rze­czy, po­dała mi her­batę zio­łową na zła­go­dze­nie bólu i gin. Czy to przez al­ko­hol od­no­si­łem wra­że­nie, że do­sta­łem czymś cięż­kim w głowę? Do­tkną­łem bo­lą­cego miej­sca i wy­czu­łem guza wiel­ko­ści ku­rzego jaja.

- Zo­stał pan po­strze­lony i ude­rzony w głowę, być może rę­ko­je­ścią pi­sto­letu, albo ude­rzył się pan, upa­da­jąc.

Piękna młoda ko­bieta, która mnie ura­to­wała, miała w so­bie coś bez­po­śred­niego i szcze­rego. Na­zy­wała rze­czy po imie­niu i naj­wy­raź­niej była na­uczona ra­dzić so­bie sama.

- Je­stem pani bar­dzo, bar­dzo wdzięczny, ale mu­szę wra­cać do domu. Na pewno mnie szu­kają. Po­zwoli pani, że za­płacę za jej uzdra­wia­jące umie­jęt­no­ści? Gdyby nie to, że wie­działa pani, co ro­bić, już bym nie żył.

Uro­cza młoda dama o imie­niu Poppy, jak się do­wie­dzia­łem, wzru­szyła ra­mio­nami i do­ło­żyła drewna do ko­minka.

- To moje po­wo­ła­nie.

- W ta­kim ra­zie cho­ler­nie do­brze ra­dzi so­bie pani z jego wy­peł­nia­niem. - W końcu i mnie udało się usiąść na kra­wę­dzi łóżka.

- Pań­ski płaszcz jest cały, ale mu­sia­łam ro­ze­rwać ko­szulę, by do­stać się do rany. - Do­póki o tym nie wspo­mniała, nie­okryty tors ab­so­lut­nie mi nie prze­szka­dzał. Na­gle jed­nak zda­łem so­bie sprawę, że je­stem na wpół nagi w to­wa­rzy­stwie atrak­cyj­nej ko­biety.

- Bar­dzo chęt­nie za­płacę za pani po­moc. Cho­ciaż tak mogę pani po­dzię­ko­wać. - Się­gną­łem do kie­szeni w spodniach, ale nic w niej nie zna­la­złem. - Wy­gląda na to, że zo­sta­łem rów­nież okra­dziony. Bar­dzo mi przy­kro, ale nie mam przy so­bie ani pensa. Jak do­stanę się do domu? - Przy­ło­żyw­szy dłoń do czoła, opa­dłem na wy­godne łóżko ko­biety i po­czu­łem, że znów ogar­nia mnie sen.

- Na­dal od­czuwa pan skutki ude­rze­nia w głowę, ma pan go­rączkę i jest pan ranny. Za­wo­łam po­wóz, ale pro­szę nie mar­twić się pie­niędzmi. Kto nie po­mógłby czło­wie­kowi w po­trze­bie? - Poppy znik­nęła za drzwiami; sły­sza­łem, jak krząta się w po­miesz­cze­niu za ścianą. Otóż to, kto by tego nie zro­bił. Czu­łem się za­mro­czony, ale nie za­po­mnia­łem, kim je­stem i jaka jest moja ży­ciowa mi­sja. Wsta­łem i opar­łem się o biurko, po­nie­waż za­krę­ciło mi się w gło­wie. Na­prawdę była anio­łem-wy­ba­wi­cielką. Na me­blu przede mną le­żał stos gę­sto za­pi­sa­nego pa­pieru. Za­cie­ka­wiony kształt­nym pi­smem pod­nio­słem pierw­szą kartkę i za­czą­łem czy­tać.

Za­ma­sko­wany Ko­cha­nek się­gnął dło­nią do mo­jego łona, które pod wpły­wem jego do­tyku za­częło pul­so­wać z po­żą­da­nia. Nie wy­star­czyły mi palce. Pra­gnę­łam jego ust i mę­sko­ści tam, gdzie da­wały mi one ab­so­lutną roz­kosz...

Co to było? Do­prawdy, nie pi­sała nud­nych hi­sto­rii, ale pełne ży­cia, barwne tek­sty o pra­gnie­niu i po­żą­da­niu. Po­bież­nie omio­tłem wzro­kiem dal­szą część i za­uwa­ży­łem pod­pis.

Mi­lady.

- W tym dia­bel­skim mie­ście by­naj­mniej nie bra­kuje lu­dzi, któ­rzy my­ślą tylko o so­bie i o tym, jak wy­ko­rzy­stać nie­winne dzieci - od­po­wie­dzia­łem Poppy, kiedy chwilę póź­niej do­łą­czy­łem do niej w kuchni, gdzie krzą­tała się, przy­go­to­wu­jąc śnia­da­nie.

Po­dała mi płaszcz i ze­ga­rek, który naj­wy­raź­niej uszedł uwa­dze zło­dziei.

- Pro­szę go za­cho­wać. - Po­ło­ży­łem na­le­żący nie­gdyś do mo­jego dziadka od strony matki przed­miot w za­głę­bie­niu jej dłoni i przy­kry­łem go jej pal­cami. - To naj­cen­niej­sze, co mam przy so­bie. - Mimo że na­sze dło­nie ze­tknęły się tylko na chwilę, uczu­cie go­rąca roz­prze­strze­niło się po ca­łej mo­jej ręce.

- Nie mogę tego przy­jąć. - Pod­nio­sła wzrok, a przez moje ciało prze­to­czyła się fala żaru nie­po­rów­ny­wal­nego z ni­czym, czego do­tych­czas do­świad­czy­łem. Pa­trzyła na mnie fio­le­to­wo­nie­bie­skimi, peł­nymi wy­razu oczyma. Mia­łem wra­że­nie, że ją znam, mimo że ni­gdy wcze­śniej nie było nam dane się spo­tkać.

- Na­le­gam. - Pró­bo­wa­łem wło­żyć płaszcz, ale z uwagi na ranny bark moje próby speł­zały na ni­czym.

- Pro­szę po­zwo­lić, że ja to zro­bię. - Pod­nio­sła okry­cie, a ja mu­sia­łem się schy­lić. Wspól­nymi si­łami w końcu się udało.

- Śnie­życa tro­chę się uspo­ko­iła, za­pewne uda mi się spro­wa­dzić po­wóz. Może skusi się pan na ka­wa­łek chleba lub odro­binę zupy ziem­nia­cza­nej, za­nim pan od­je­dzie?

- Nie­stety mu­szę od­mó­wić. Moja ro­dzina na pewno od­cho­dzi od zmy­słów, za­mar­twia­jąc się o mnie. - Ani Te­resa, ani Fin­lay nie wie­dzieli nic o ak­cjach ra­tun­ko­wych, które or­ga­ni­zo­wa­łem jako Za­ma­sko­wany Dżen­tel­men, a ja nie za­mie­rza­łem wy­ja­wiać swo­jej ta­jem­nicy, ani im, ani ni­komu in­nemu.

- Mamo! - Z progu trze­ciego po­miesz­cze­nia do­biegł dzie­cięcy głos.

- Tak, skar­bie? Do­brze spa­łeś? - Poppy uśmiech­nęła się cie­pło, a jej fio­le­to­wo­nie­bie­skie oczy błysz­czały prze­peł­nione mi­ło­ścią. Sze­ścio-, może sied­mio­letni chłop­czyk pod­biegł do matki, która uści­skała go na po­wi­ta­nie.

- Prze­żył. - Jego ma­leńka twarz roz­pro­mie­niała z ra­do­ści.

- Istot­nie, prze­ży­łem dzięki two­jej ma­mie. - Uśmiech­ną­łem się i po­my­śla­łem, że moja wi­zyta na­prawdę po­winna do­biec końca. Bra­ko­wało tylko, by z ukry­cia wy­sko­czył mąż i mnie po­go­nił.

- I dzięki temu mło­dzień­cowi, bar­dzo po­mógł. - Poppy po­gła­skała syna po gło­wie, a ja przy­po­mnia­łem so­bie mo­ment, kiedy taką samą piesz­czotą ob­da­rzyła mnie.

- Za­tem ser­decz­nie dzię­kuję za­równo pani, jak i panu. Ze­ga­rek ma swoją war­tość, mo­że­cie za niego do­stać ma­ją­tek. - Jak na cenę za ura­to­wa­nie mi ży­cia, było to i tak nie­wiele. Unio­słem wy­ima­gi­no­wany ka­pe­lusz, swój mu­sia­łem zgu­bić w za­ułku. Moja chu­sta! Może ktoś ją zna­lazł? Może ona? Fa­talna sy­tu­acja. Kiedy otwo­rzy­łem drzwi, na twa­rzy po­czu­łem ude­rze­nie zimna. Wiatr na­wie­wał śnieg do środka.

- Dzię­kuję za wszystko.

- Swoją drogą, mogę wie­dzieć, jak się pan na­zywa? Nie po­zna­łam pań­skiego na­zwi­ska?

- Ru­pert Lan­ca­ster, Mi­lady.

Pod­nio­sła wzrok, od­naj­du­jąc mój. Ból w jej spoj­rze­niu mó­wił sam za sie­bie. Była kimś wię­cej niż tylko miej­scową uzdro­wi­cielką, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ukrywa Mi­lady przed świa­tem. Te­raz jed­nak zna­łem jej ta­jem­nicę. Czy i ona od­kryła moją?

Roz­dział 4

Lon­dyn 1811

Poppy

Ze­ga­rek le­żał na kra­wę­dzi ku­chen­nego stołu i po­ły­ski­wał swym zło­tym pięk­nem. Jak mo­gła­bym sprze­dać przed­miot, który bez wąt­pie­nia tak wiele zna­czył dla nie­zna­jo­mego męż­czy­zny?

Ru­pert Lan­ca­ster. Po­wta­rza­łam so­bie te dwa słowa, koń­cząc szy­ko­wa­nie śnia­da­nia: go­to­wane jajko, pszenny chleb, kon­fi­tura i fi­li­żanka moc­nej her­baty. Sam stał na­chy­lony nad mied­nicą i do­kład­nie mył się my­dłem, tak jak go na­uczy­łam. Pach­nące po­ma­rań­czą, cy­na­mo­nem, ja­śmi­nem, ty­mian­kiem i la­wendą kulki my­dlane do­sta­li­śmy od jed­nego z mo­ich sta­łych pa­cjen­tów, cier­pią­cego na cięż­kie za­pa­le­nie oskrzeli.

Upo­rczywy ka­szel, świsz­czący od­dech i trud­no­ści z od­dy­cha­niem szcze­gól­nie na­si­lały się w pół­ro­czu zi­mo­wym. Nie mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić na dłu­gie ką­piele, ale obo­wią­zy­wała za­sada: my­jemy się co­dzien­nie. Wie­dzia­łam, że po­maga to chro­nić się przed cho­ro­bami. Po­nadto czy­ste ciało i świeżo uprane ubra­nia da­wały od­świe­ża­jące i oży­wia­jące uczu­cie.

Nie­zna­jomy, który te­raz miał już imię i na­zwi­sko, wy­da­wał się uprzejmy, za­in­te­re­so­wany i otwarty, prze­ra­ziło mnie jed­nak na­sze po­że­gna­nie. Prze­czy­tał moje za­pi­ski i po­znał mój pseu­do­nim. Jak mo­głam być na tyle lek­ko­myślna, by zo­sta­wić je na wierz­chu? Było to do mnie nie­po­do­bne. Chro­ni­łam swoją pry­wat­ność, a rę­ko­pis za­wsze do­star­cza­łam do wy­daw­nic­twa do­piero po za­mknię­ciu, by nikt mnie nie wi­dział ani nie roz­po­znał.

W miarę na­ra­sta­nia na­mięt­no­ści ro­mansu mię­dzy lady Dah­lią a jej ko­chan­kiem i co­raz to bar­dziej od­waż­nych kro­ków rze­czy­wi­stego Za­ma­sko­wa­nego Dżen­tel­mena, pu­bli­ko­wana w od­cin­kach po­wieść zy­ski­wała co­raz więk­szą po­pu­lar­ność. Cze­ka­jąc na pa­cjen­tów, któ­rzy mo­gli do mnie dziś za­wi­tać, wy­my­śla­łam dal­szą część hi­sto­rii.

Była zima, więc lu­dzie naj­czę­ściej przy­cho­dzili z prze­zię­bie­niem, go­rączką, kasz­lem i reu­ma­ty­zmem. Mu­sia­łam przy­go­to­wać ru­mia­nek, je­żówkę i oczy­wi­ście zło­cień. Ru­mia­nek miał wła­ści­wo­ści od­prę­ża­jące, pięk­nie pach­niał, a jego de­li­katny smak przy­wo­ły­wał na myśl let­nie dni. Je­żówka wzmac­niała or­ga­nizm i wspo­ma­gała od­por­ność na prze­zię­bie­nie.

Sma­ko­wała gorzko i okrop­nie, dla­tego też za­wsze ro­bi­łam kon­cen­trat i pa­mię­ta­łam o tym, by za­pa­rzyć ku­bek her­baty ru­mian­ko­wej z mio­dem do po­pi­cia. Na­par ze zło­cie­nia po­ma­gał na reu­ma­tyzm i ciężką mi­grenę. Mój uko­chany ka­mienny moź­dzierz za­wsze był w uży­ciu, dziś, w ten zi­mowy po­ra­nek rów­nież. Na­le­żał do mo­jej matki i był je­dy­nym przed­mio­tem, który za­wsze mi to­wa­rzy­szył. Miał rów­nie wy­soką war­tość sen­ty­men­talną, jak i użyt­kową, a dzięki niemu i czy­stej wo­dzie mo­głam zdzia­łać cuda. Przez wiele lat od­su­wa­łam od sie­bie my­śli o tym, że mo­gła­bym żyć ina­czej. Umie­jęt­no­ści odzie­dzi­czy­łam po matce. Ob­cho­dzi­łam się z zio­łami i ma­ściami z wro­dzoną na­tu­ral­no­ścią, a z wcze­snego dzie­ciń­stwa pa­mię­ta­łam, jak matka, do­kład­nie tak samo jak ja, ucie­rała zioła w moź­dzie­rzu i po­ma­gała ko­bie­tom. Przy­uczała mnie od naj­młod­szych lat i ma­wiała, że mam szcze­gólny dar, który po­win­nam ce­nić, a jed­no­cze­śnie nie­ustan­nie do­sko­na­lić.

- Po­dano do stołu. - Po­żywne jajko ze sporą skibką chleba i sy­cącą kon­fi­turą. Do tego ku­bek her­baty.

Jak na swój wiek Sam był ni­ski. Miał sześć lat, ale nikt by się nie zo­rien­to­wał, gdy­bym skła­mała i po­wie­działa, że ma do­piero pięć. Prze­cze­sa­łam dło­nią jego zło­to­brą­zową czu­prynę. Po­dob­nie jak ja miał fio­le­to­wo­nie­bie­skie oczy, ale ko­lor wło­sów odzie­dzi­czył po ojcu. Męż­czyź­nie, po któ­rym wspo­mnie­nia zo­stały scho­wane głę­boko i przy­kryte i ni­gdy nie miały prawa po­wró­cić.

- Skar­bie, mo­żesz dziś po­móc pani Ba­ker z za­ku­pami? - Ko­bie­cina miesz­kała na dru­gim pię­trze na­szej ka­mie­nicy i miała pro­blem z wcho­dze­niem po scho­dach. Była sześć­dzie­się­cio­let­nią bez­dzietną wdową. Rzadko mie­wała go­ści. Le­czy­łam ją na reu­ma­tyzm, a ona uwiel­biała to­wa­rzy­stwo Sama, mimo że na mnie, młodą, sa­motną matkę z dziec­kiem z nie­pra­wego łoża, pa­trzyła krzywo. Wie­lo­krot­nie su­ge­ro­wała, że po­win­nam od­dać Sama do sióstr za­kon­nych pro­wa­dzą­cych Fo­ul­ding Ho­spi­tal, naj­lep­szy sie­ro­ci­niec w mie­ście. Mógłby tam zdo­być wy­kształ­ce­nie i - je­śli szczę­ście by się do niego uśmiech­nęło - zo­stać za­adop­to­wany przez praw­dziwą ro­dzinę. Igno­ro­wa­łam jej uszczy­pliwe ko­men­ta­rze i po­ma­ga­łam jej tak czy siak, wszak była sa­motną, opusz­czoną du­szą po­trze­bu­jącą mi­ło­ści. A mo­jemu Sa­mowi nikt nie byłby w sta­nie dać tyle serca co ja.

- Pew­nie, bar­dzo chęt­nie. - Oczy mu się za­świe­ciły, po­nie­waż uwiel­biał po­ma­gać.

- Jak zjesz, bie­gnij do niej po li­stę za­ku­pów i pie­niążki. Nie za­po­mnij o le­kach i cia­stecz­kach im­bi­ro­wych dla star­szej pani.

Ciastka im­bi­rowe pie­kłam re­gu­lar­nie. Miały po­dwójne dzia­ła­nie. Dzięki prze­ciw­za­pal­nym wła­ści­wo­ściom im­biru po­ma­gały zwal­czać in­fek­cje, do­sko­nale spraw­dzały się też w przy­padku pro­ble­mów z ser­cem. Kło­pot po­le­gał jed­nak na tym, że mój za­pas tego cen­nego skład­nika się kur­czył. Z dru­giej strony bra­ko­wało mi pie­nię­dzy, nie żyw­no­ści, ubrań czy my­dła - po­trze­bo­wa­łam go­tówki, a pa­cjenci nie byli w sta­nie pła­cić w ten spo­sób.

Tę­sk­nym wzro­kiem zer­k­nę­łam w kie­runku ze­garka kie­szon­ko­wego. Ile mo­gła­bym za niego do­stać i gdzie go sprze­dać? Ju­tro wie­czo­rem, przy oka­zji od­da­wa­nia ko­lej­nej czę­ści tek­stu do wy­daw­nic­twa, pla­no­wa­łam po­roz­ma­wiać o tym z Hen­rym, mu­sia­łam jed­nak wy­my­ślić coś na przy­krywkę, szó­sty zmysł pod­po­wia­dał mi, że Ru­pert Lan­ca­ster jest kimś szcze­gól­nym, może na­wet znaną po­sta­cią w Lon­dy­nie. Ju­tro do­stanę rów­nież gażę za ty­go­dniową sprze­daż po­wie­ści w od­cin­kach, mia­łam już jed­nak długą li­stę rze­czy do ku­pie­nia, poza tym mu­sia­łam odło­żyć na czynsz. De­spe­racko po­trze­bo­wa­łam no­wej su­kienki. Dwie, które no­si­łam na zmianę, były na tyle zno­szone, że strzę­piły się już na brze­gach i roz­cho­dziły w szwach. W prze­ci­wień­stwie do tego, jak wy­obra­ża­łam so­bie skro­jone z je­dwa­biu, bro­katu i mu­ślinu szaty lady Dah­lii, moja gar­de­roba nie miała w so­bie nic nad­zwy­czaj­nego.

Zde­cy­do­wa­nymi ru­chami roz­drob­ni­łam goź­dziki w moź­dzie­rzu. Ból zęba był jedną z naj­pow­szech­niej­szych wśród lon­dyń­czy­ków bo­lą­czek, nie­za­leż­nie od pory roku. Zmie­sza­łam je z olej­kiem ze skórki po­ma­rań­czy, uzy­sku­jąc kon­cen­trat, któ­rym mo­głam sma­ro­wać obo­lałe dzią­sła i zęby. Po­ma­rań­cze. W so­botę rano mu­sia­łam udać się do portu, by spraw­dzić, czy uda mi się do­stać tro­chę tych eg­zo­tycz­nych owo­ców z przy­bi­ja­ją­cego z kra­jów śród­ziem­no­mor­skich statku. Je­den zwy­czajny pro­dukt, a tak wiele za­sto­so­wań. Z wy­ci­ska­nego soku ro­bi­łam na­pój dla Sama, skórkę mie­sza­łam z olej­kiem z goź­dzi­ków, a z po­zo­sta­łego miąż­szu przy­go­to­wy­wa­łam kon­fi­turę. Aro­ma­tyczne cy­trusy za­wsze były pełne aro­matu i cen­nych war­to­ści.

Za­drża­łam z zimna pod czarną weł­nianą pe­le­ryną i moc­niej się nią owi­nę­łam. Wiatr spra­wiał, że śnieg wi­ro­wał i uno­sił się wo­kół mnie. Był pią­tek wie­czór, do­cho­dziła siódma. Su­rowo przy­ka­za­łam Sa­mowi, by ni­komu nie otwie­rał drzwi, na­wet gdyby za­pu­kał do nich ko­lejny ranny. Nie mo­głam ry­zy­ko­wać, że mój syn bę­dzie mu­siał się zmie­rzyć z taką sy­tu­acją w po­je­dynkę. Co do li­cha? W od­da­lo­nej o kilka me­trów od mo­jego miesz­ka­nia alejce spod śniegu wy­sta­wało coś czer­wo­nego. Kuc­nę­łam, wy­cią­gnę­łam za­mar­z­nięty przed­miot i otrze­pa­łam go z bia­łego pu­chu. Pur­pu­rowa, je­dwabna, wy­tworna chu­sta. Ogrza­łam ją w dło­niach, otrze­pa­łam po­now­nie, zło­ży­łam i scho­wa­łam do kie­szeni. Moje zmy­sły były wy­ostrzone, a w my­ślach pró­bo­wa­łam po­skła­dać w ca­łość wszyst­kie szcze­góły spo­tka­nia z Ru­per­tem Lan­ca­ste­rem. Czy to on jest Za­ma­sko­wa­nym Dżen­tel­me­nem? Gdyby oka­zało się, że to prawda, byłby to nie­praw­do­po­do­bny zbieg oko­licz­no­ści. Prze­szedł mnie dreszcz i po raz pierw­szy od lat po­czu­łam, że na­prawdę żyję. Pod­eks­cy­to­wa­nie, któ­rego od­ma­wia­łam so­bie, ży­jąc w ukry­ciu i go­dząc się na to, by spra­gniona przy­gody część mo­jej oso­bo­wo­ści ujaw­niała się tylko w opo­wie­ściach, które snu­łam. Obej­rza­łam się za sie­bie, wbi­łam wzrok w zie­mię i po­śpiesz­nie ru­szy­łam w dal­szą drogę. W gło­wie krą­żyły mi po­my­sły na fa­bułę i ko­lejne hi­sto­rie.

Henry na­lał mi her­baty do mo­jej fi­li­żanki, a ja wło­ży­łam do pa­ru­ją­cego na­poju do­sko­nale ufor­mo­waną kostkę cu­kru. Za­mie­sza­łam kilka razy, aż wszystko się roz­pu­ściło.

- Znowu się to pani udało, pani Par­ker. Sprze­daż po­szy­bo­wała. Tym ra­zem wy­dru­ko­wa­li­śmy dwa razy wię­cej eg­zem­pla­rzy niż w ze­szłym ty­go­dniu i sprze­da­li­śmy je wszyst­kie... po­now­nie. - Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam Henry'ego tak za­do­wo­lo­nego i aż się za­ru­mie­ni­łam, słu­cha­jąc jego po­chleb­nych słów. Kto wie, może któ­re­goś dnia będę mo­gła utrzy­my­wać się z pi­sa­nia. - Pro­szę po­wie­dzieć, czy od­ci­nek, który wy­damy w tym ty­go­dniu, bę­dzie tak samo pi­kantny jak ostatni? - Po­chy­lił się do przodu i uniósł brwi.

- Pro­szę mi wie­rzyć, uży­łam wszyst­kich moż­li­wych przy­praw i zmie­sza­łam je z czu­ło­ścią i peł­nymi wzru­sze­nia mo­men­tami, do­kład­nie tak, jak so­bie ży­czą czy­tel­nicy. Plan na ko­lejny ty­dzień jest na­stę­pu­jący: Za­ma­sko­wany Ko­cha­nek zja­wia się u lady Dah­lii, ale jest ranny i po­trze­buje jej opieki. Po pię­tach dep­cze mu naj­więk­szy wróg. - Unio­słam fi­li­żankę i wzię­łam łyk aro­ma­tycz­nej, ja­śmi­no­wej her­baty. - Pro­szę po­zwo­lić, że resztę za­cho­wam dla sie­bie. - Był to tylko ogólny kon­cept, chcia­łam zo­sta­wić so­bie moż­li­wość pój­ścia za gło­sem wy­ob­raźni, gdzie tylko bę­dzie chciała.

- A gdy już skoń­czy pani tę se­rię, ma pani po­mysł na nową fa­bułę i ko­lej­nych bo­ha­te­rów?

- Być może. Nie wiem jesz­cze, ale za­sta­na­wiam się nad czymś bar­dziej od­waż­nym. - Szcze­rze mó­wiąc, nie mia­łam po­ję­cia, o czym pi­sać.

Dah­lia i jej ko­cha­nek za­wład­nęli wszyst­kimi mo­imi my­ślami i uczu­ciami, więc nie było w nich miej­sca na nic in­nego. Mu­sia­łam jed­nak pod­trzy­mać uwagę Henry'ego i chęć wy­da­wa­nia mo­ich hi­sto­rii. Za­wsze uda­wało mi się wy­my­ślić nową ak­cję, w tym mo­men­cie jed­nak w gło­wie mia­łam kom­pletną pustkę.

- Fiu, fiu, brzmi in­te­re­su­jąco. Nie mogę się do­cze­kać. - Za­tarł ręce, a na jego twa­rzy po­ja­wił się chy­try uśmiech. Henry był moim je­dy­nym kon­tak­tem z wy­daw­nic­twem. Nikt inny mnie nie znał. Sama chcia­łam, żeby tak było, ale ozna­czało to rów­nież, że by­łam od niego za­leżna. Miał pełną kon­trolę nade mną i mo­imi hi­sto­riami, nic jed­nak nie mo­głam z tym zro­bić.

- W tej se­rii mam jesz­cze co naj­mniej pięć od­cin­ków. - Skła­ma­łam, po­nie­waż nie pla­no­wa­łam, ile ma ich być. Pięć wy­da­wało się re­alną liczbą, a jed­no­cze­śnie zy­ski­wa­łam czas na wy­my­śle­nie te­ma­tyki ko­lej­nej po­wie­ści. Od­chrząk­nę­łam. - Może mógłby pan mi po­móc. Zna pan ja­kiś do­bry lom­bard lub ju­bi­lera? Mam tro­chę bi­żu­te­rii...

- Pro­blemy fi­nan­sowe? - Spoj­rzał na mnie zmar­twiony i przy­su­nął się w moją stronę na krze­śle. - Mogę pani po­ży­czyć pie­nią­dze.

- Nie, zu­peł­nie nie w tym rzecz. Mam tro­chę kosz­tow­no­ści, które odzie­dzi­czy­łam, a któ­rych nie no­szę, chcia­ła­bym wy­mie­nić je na bar­dziej cho­dliwą wa­lutę. Jesz­cze tylko kilka rze­czy i uda mi się cał­ko­wi­cie od­no­wić gar­de­robę. - Za­brzmiało to tak, jak­bym po­trze­bo­wała znacz­nie wię­cej ani­żeli jed­nej su­kienki. Nie po­wie­dzia­łam mu też o ze­garku pana Lan­ca­stera.

- Niech pani za­pyta o Ali­sta­ira pod tym ad­re­sem. Może pani po­móc, a skoro mowa o su­kien­kach, przy­po­mniało mi się coś... - Po­dra­pał się po bro­dzie, a ja wy­cze­ki­wa­łam dal­szego ciągu. - Wy­daw­nic­two or­ga­ni­zuje świą­teczną galę. To bal prze­bie­rań­ców, nie za­pra­sza­łem pani, bo wiem, jak bar­dzo za­leży pani na za­cho­wa­niu ano­ni­mo­wo­ści, ale z ma­ską na twa­rzy, skryta za ka­pe­lu­szem z sze­ro­kim ron­dem mo­głaby pani ukryć swoją toż­sa­mość. Wszy­scy chcie­liby do­wie­dzieć się wię­cej o ta­jem­ni­czej au­torce Mi­lady, a sprze­daż mo­głaby wzro­snąć jesz­cze bar­dziej.

- Kiedy się od­bę­dzie?

- Na ty­dzień przed Bo­żym Na­ro­dze­niem.

- Hmm, mu­sia­ła­bym po­my­śleć, ale z su­kienką bę­dzie pro­blem. Nie stać mnie na nią. - Wsta­łam i wło­ży­łam rę­ka­wiczki. Moje co­dzienne ży­cie w miesz­ka­niu w su­te­re­nie na East En­dzie i tego ro­dzaju ży­cie to­wa­rzy­skie dzie­liła prze­paść, ale być może nad­szedł czas, by wyjść nieco poza strefę kom­fortu, pod wa­run­kiem że będę mo­gła wziąć udział in­co­gnito.

- Wy­daw­nic­two za­pewni su­kienkę, ma­skę, ka­pe­lusz i rę­ka­wiczki. - Henry za­pi­sał mi jesz­cze je­den ad­res. - U krawca Yves'a znaj­dzie pani do­kład­nie taki strój, ja­kiego so­bie pani ży­czy. Pro­szę po­wie­dzieć, że to ja pa­nią przy­sła­łem, i nie krę­po­wać się.

Kiedy krótko przed ósmą po­spiesz­nie wy­szłam na ulicę, zu­peł­nie nie wie­dzia­łam, co po­win­nam zro­bić. Śnieg pró­szył, a wiatr się uspo­koił. Lon­dyn nie był mia­stem, po któ­rym po­winno się wa­łę­sać sa­memu po zmroku, szcze­gól­nie je­żeli jest się ko­bietą.

Sta­ra­łam się jed­nak być na tyle ano­ni­mowa, na ile się dało: skry­łam się pod kap­tu­rem, a wzrok wbi­ja­łam w zie­mię, za żadne skarby nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na kon­takt wzro­kowy. Mu­sia­łam prze­mie­rzyć most Lon­dyń­ski od strony pół­noc­nej, by do­trzeć na po­łu­dnie mia­sta, gdzie miesz­ka­li­śmy. Z torbą pełną pie­nię­dzy rów­nie do­brze mo­głam za­mó­wić do­rożkę, jed­nak wo­la­łam ju­tro w por­cie ku­pić po­ma­rań­cze oraz cy­na­mon i wa­ni­lię po atrak­cyj­nej ce­nie. Pod­cią­gnę­łam spód­nicę i za­ma­rzy­łam o pach­ną­cych przy­pra­wach i eks­plo­zjach smaku. W ma­ga­zy­nach wzdłuż na­brzeża na­dal pa­liły się świa­tła, wi­dać było, że sporo się tam dzieje. Z ko­mi­nów wy­do­sta­wały się kłęby czar­nego dymu, a ja do­sko­nale wie­dzia­łam, że czę­sto to dzieci wno­szą to­wary, ukła­dają je na pół­kach, li­czą i szy­kują wino, żyw­ność i inne róż­nego ro­dzaju de­li­ka­tesy do wy­syłki w głąb kraju, do po­sia­dło­ści ma­jęt­nych lu­dzi. Nie mo­głam do­pu­ścić do tego, by taki los spo­tkał Sama. Nie po­do­bało mi się, że zo­sta­wiam go sa­mego w domu, ale nie mia­łam in­nego wyj­ścia. Gdy­bym za­bie­rała go ze sobą, by­łoby to tym bar­dziej nie­bez­pieczne dla nas obojga. Ko­bieta z dziec­kiem po zmroku przy­cią­gnę­łaby jesz­cze więk­szą uwagę miej­skich szu­mo­win. Skrę­ci­łam w lewo, po­zo­sta­wia­jąc most za sobą. Szłam ener­gicz­nym kro­kiem, pra­wie bie­głam. Wkrótce do­tar­ła­bym do domu, gdyby nie to, że ze­tknę­łam się ze ścianą.

Pod­nio­słam wzrok.

Nie była to ściana, ale bar­dzo wy­soki męż­czy­zna. Za­dar­łam głowę i przy­po­mnia­łam so­bie wie­czór sprzed dwóch dni. Nie­zna­jomy pod­trzy­mał mnie swo­imi ogrom­nymi dłońmi, dzięki czemu nie stra­ci­łam rów­no­wagi po zde­rze­niu. Jego twarz scho­wana była za czarną je­dwabną chu­stą. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały i oczy­wi­ste było, że roz­po­zna­li­śmy się na­wza­jem. In­stynk­tow­nie się­gnę­łam do kie­szeni, wy­cią­gnę­łam czer­woną, je­dwabną apaszkę i po­da­łam ją męż­czyź­nie.

- To chyba na­leży do pana, pa­nie Lan­ca­ster - szep­nę­łam, po­nie­waż do­my­śla­łam się, że nie chce ujaw­niać swo­jego na­zwi­ska.

- Za­cho­waj ją, Mi­lady. - Mru­gnął szel­mow­sko i w oka­mgnie­niu znik­nął za ro­giem.

Znał moją praw­dziwą toż­sa­mość i vice versa. Po­zo­sta­wało py­ta­nie, czy mo­żemy so­bie ufać.

- Prze­rwij­cie pracę. Wszyst­kie dzieci za­pra­szam do mnie. Je­żeli chce­cie lep­szego ży­cia, bez udręki, chodź­cie za mną. - Ni­ski mę­ski głos za­rzą­dził ko­niec ha­rówki. Sły­chać było na­wo­ły­wa­nia, krzyki i wrzawę, a je­żeli mnie słuch nie my­lił, rów­nież od­głosy prze­py­cha­nek. Za mną po­ja­wił się sze­reg po­wo­zów, które pod­jeż­dżały, za­bie­rały pa­sa­że­rów i zni­kały. Tym ra­zem po­sta­no­wi­łam na­prawdę biec do domu, do Sama, do miej­sca, w któ­rym bę­dziemy bez­pieczni. W od­dali wyły sy­reny, co ozna­czało, że po­li­cja jest już w dro­dze. Mia­łam głę­boką na­dzieję, że Za­ma­sko­wa­nemu Dżen­tel­me­nowi udało się w porę uciec. Prze­że­gna­łam się i w my­ślach zmó­wi­łam mo­dli­twę.

Roz­dział 5

Lon­dyn 1811, dzień przed Ru­per­tem

- Ru­per­cie Wil­lia­mie Hu­ber­cie Lan­ca­ste­rze, gdzie się po­dzie­wa­łeś? - Te­resa So­phia He­lena Lan­ca­ster zbie­gła po scho­dach do holu, wi­ta­jąc mnie ze swoim szorst­ko­wło­sym foks­te­rie­rem Ru­fu­sem.

Wielu my­liło moje imię z imie­niem psa, co ogrom­nie wszyst­kich ba­wiło. Ru­pert i Ru­fus brzmią co prawda po­dob­nie, ale żeby nie od­róż­niać męż­czy­zny od psa! Pod­nio­słem ją od­ru­chowo. Gdyby nie ten prze­klęty ból barku, po­wy­wi­jał­bym nią w po­wie­trzu, jak wtedy, kiedy była dziec­kiem. Te­resa była fi­li­gra­nowa i o pół me­tra niż­sza ode mnie.

- Co się stało z twoją ko­szulą?

Cof­nęła się o krok i słodko zmarsz­czyła nos, w cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie spo­sób.

- Nie twoja sprawa - od­burk­ną­łem, ma­jąc pełną świa­do­mość, że za­brzmiało to szorstko. Uwol­ni­łem się z ob­jęć sio­stry i po­sta­wi­łem ją na pod­ło­dze. Ru­fus pod­ska­ki­wał i krę­cił się wo­kół mo­ich nóg, do­ma­ga­jąc się dra­pa­nia za uszami.

- Od­cho­dzi­li­śmy od zmy­słów, mar­twiąc się o cie­bie. Nie wró­ci­łeś wczo­raj na ko­la­cję. - Po­gro­ziła mi pal­cem. - Wstydź się! Mu­sia­łam przez cały wie­czór wy­słu­chi­wać wes­tchnień lady Ken­wor­thy... CAŁY, DŁUGI WIE­CZÓR.

Ca­li­sta.

Zu­peł­nie za­po­mnia­łem, że by­łem umó­wiony na ko­la­cję z Ca­li­stą Ken­wor­thy, uro­dziwą mę­żatką, z którą się spo­ty­ka­łem.

- Jest taka krzy­kliwa i wszę­dzie jej pełno. Zu­peł­nie nie ro­zu­miem, co w niej wi­dzisz. - Te­resa zro­biła kilka kro­ków po scho­dach. - Jest do­bra w łóżku?

- Wy­star­czy. Nie będę zni­żał się do udzie­la­nia ci od­po­wie­dzi na tego ro­dzaju py­ta­nia i już prze­kro­czy­łaś wszel­kie gra­nice, młoda damo. - Uśmiech­ną­łem się do jej ple­ców, wy­cze­ku­jąc cię­tej ri­po­sty.

- Młoda damo? Tak dla przy­po­mnie­nia, Ru­pee, mam dwa­dzie­ścia pięć lat i je­stem do­ro­sła. - Te­resa była moją sio­strą, śred­nią z nas. Naj­młod­szy z ro­dzeń­stwa był dwu­dzie­sto­jed­no­letni Fin­lay, a ja od dzie­się­ciu lat by­łem za nich od­po­wie­dzialny. Sztorm u Przy­lądka Do­brej Na­dziei po­rwał na­szych ro­dzi­ców w mor­ską ot­chłań, roz­ry­wa­jąc na strzępy sta­tek, któ­rym pły­nęli, przez co w jed­nej chwili zo­sta­li­śmy sie­ro­tami. Wia­do­mość o ka­ta­stro­fie do­tarła do Lon­dynu do­piero pół roku póź­niej, a ja w wieku dwu­dzie­stu je­den lat zo­sta­łem księ­ciem i opie­ku­nem praw­nym młod­szego ro­dzeń­stwa. To był mój obo­wią­zek. Coś, do czego przy­go­to­wy­wano mnie od naj­młod­szych lat. Oj­ciec nie fa­wo­ry­zo­wał żad­nego z nas, ni­gdy jed­nak nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że przy­szłość ro­dziny leży w mo­ich rę­kach.

- Mam na­dzieję, że to do­bra par­tia. Czas po­my­śleć o za­pew­nie­niu cią­gło­ści rodu.

Te­resa do­sko­nale wie­działa, że Ca­li­sta i ja ni­gdy nie bę­dziemy mo­gli się po­brać, jako że ona już była mę­żatką.

Prze­wró­ci­łem oczami, czego jed­nak nie za­uwa­żyła. Nie­stety miała ra­cję, ale żadna ko­bieta nie przy­cią­gnęła mo­jej uwagi, a szcze­rze mó­wiąc, na­wet nie pró­bo­wa­łem ni­kogo zna­leźć. Wy­star­czyła mi ko­chanka, któ­rej - jak to ujęła Te­resa - wszę­dzie pełno. Już dawno bym to skoń­czył, gdyby nie fakt, że by­łem tchó­rzem i mia­łem swoje po­trzeby. Z Ca­li­stą było mi po pro­stu wy­god­nie. Wma­wia­łem so­bie po­nadto, że mam za dużo pracy z pro­wa­dze­niem in­te­re­sów, Izbą Lor­dów i dzia­łal­no­ścią Za­ma­sko­wa­nego Dżen­tel­mena. Na wspo­mnie­nie swo­jego al­ter ego aż się uśmiech­ną­łem. Się­gną­łem do kie­szeni płasz­cza, ale je­dwab­nej chu­sty w niej nie było. Czy za­brały ją ło­try, które usi­ło­wały mnie za­bić? Czy wie­dzą, że prze­ży­łem? Albo, co istot­niej­sze, czy lord Sul­li­van ma świa­do­mość, że nie udało mu się mnie do­paść? On był hra­bią, ja księ­ciem, i by­li­śmy naj­więk­szymi ry­wa­lami w Lon­dy­nie, za­równo w biz­ne­sie, jak i w po­li­tyce.

- W sa­lo­nie czeka śnia­da­nie. Kiedy bę­dziesz zmy­wał z sie­bie smród bur­delu, obu­dzę na­szego brata, cho­ciaż dziś i z niego nie bę­dzie więk­szego po­żytku, po­dob­nie jak z cie­bie.

- Nie by­łem w bur­delu - od­burk­ną­łem ura­żony.

- Pra­wie ci uwie­rzy­łam. - Od­wró­ciła się na gór­nym stop­niu i wy­chy­liła w moją stronę, by mnie po­wą­chać. - Ja­śmin i po­ma­rań­cze, ale dys­kretne. By­łeś u ko­biety, co nie zna­czy, że wie­rzę, że mó­wisz prawdę. Za­pach nie jest na­chalny, ale za to cuch­niesz al­ko­ho­lem. - Znów się skrzy­wiła.

- Mo­gła­byś cza­sem być nieco mniej nie­dy­skretna i bez­po­śred­nia - od­par­łem.

- Wtedy cały twój trud wy­cho­waw­czy po­szedłby na marne - skwi­to­wała i skrę­ciła w prawo tam, gdzie ja skrę­ca­łem w lewo.

- Jemy za kwa­drans, naj­droż­szy star­szy bra­cie.

- Ko­biety! - wes­tchną­łem na tyle gło­śno, by mnie usły­szała. By­łem z niej dumny, ale mu­sia­łem rów­nież przy­znać, że tro­chę prze­sa­dziła z całą tą swoją nie­za­leż­no­ścią, in­te­li­gen­cją i na­uko­wymi do­świad­cze­niami w do­mo­wym la­bo­ra­to­rium. Mą­dro­ścią od­stra­szała więk­szość absz­ty­fi­kan­tów, czego jed­nak nie bar­dzo mo­głem się cze­piać, jako że sam zra­ża­łem ko­biety nie­chę­cią do po­waż­nych związ­ków. W po­koju po­spiesz­nie się ro­ze­bra­łem, a ból prze­szył mi bark. Nie­spe­cjal­nie przy­jemne przy­po­mnie­nie, że ktoś na mnie po­luje i że Za­ma­sko­wany Dżen­tel­men musi za­cho­wać jesz­cze więk­szą czuj­ność. Od­kry­łem się przed Poppy, po­ka­za­łem jej praw­dziwą twarz, ale w tych oko­licz­no­ściach nie mo­głem po­stą­pić ina­czej. Nie była to opty­malna sy­tu­acja, wszak nie mo­głem so­bie po­zwo­lić na to, by się na­ra­żać. I ja jed­nak mia­łem coś na nią: Mi­lady.

Kim była?

Zdą­ży­łem prze­czy­tać tylko część jej za­pi­sków, po­sta­no­wi­łem więc za­py­tać Te­resę, czy zna ja­kąś Mi­lady, która pi­sze o po­żą­da­niu i pra­gnie­niu w taki spo­sób, że czy­tel­nik od­nosi wra­że­nie, jakby był na­ocz­nym świad­kiem tego, co dzieje się mię­dzy ko­chan­kami. Cho­ler­nie bo­lało mnie całe ciało, ale nie mia­łem czasu na re­kon­wa­le­scen­cję. Ko­lejną ak­cję na ma­nu­fak­turę lorda Sul­li­vana w po­bliżu mo­stu Lon­dyń­skiego za­pla­no­wa­łem już na ju­trzej­szy wie­czór. Do­rożki zo­stały za­mó­wione, sio­stra Agnes i inne za­kon­nice po­in­for­mo­wane o tym, że przy­ślemy do nich więk­szą liczbę dzieci w róż­nym wieku. Nie mo­głem już od­wo­łać ak­cji, mu­sia­łem ją do­koń­czyć nie­za­leż­nie od sa­mo­po­czu­cia. My­jąc się do­kład­nie w mi­sce - długa ką­piel mu­siała po­cze­kać - my­śla­łem o zło­to­wło­sej Poppy i ma­łym Sa­mie w zim­nym miesz­ka­niu w su­te­re­nie, tak dia­me­tral­nie róż­nią­cym się od mo­jego cie­płego wy­god­nego ży­cia w pa­łacu May­fair, na­szym domu w Lon­dy­nie. Ro­dzeń­stwo uwiel­biło spę­dzać Boże Na­ro­dze­nie w sto­licy, a mnie od­po­wia­dało, że nie mu­szę sie­dzieć w od­lud­nej re­zy­den­cji, nie mo­gąc zro­bić nic po­ży­tecz­nego.

Zimą wiele dzieci cier­piało. Po­goda nie roz­piesz­czała, a ży­cie na ulicy było jak bi­let w jedną stronę do kró­le­stwa nie­bie­skiego. Prze­szyło mnie głę­bo­kie uczu­cie pustki i nę­dzy. Do­póki cho­dzę po świe­cie, za­wsze bę­dzie ono mnie prze­śla­do­wać. Po­zo­sta­wie­nie na pa­stwę losu, zimno, głód i bez­dom­ność od­ci­snęło na mnie nie­za­tarte piętno.

Lord Sul­li­van uniósł ka­pe­lusz po prze­ciw­nej stro­nie ogrom­nej sali, w któ­rej za­jęli miej­sca lu­dzie z tej sa­mej klasy spo­łecz­nej. Był pią­tek, nieco po dwu­na­stej, je­den z naj­waż­niej­szych dni w moim ży­ciu. Po­cące się dło­nie wy­cie­ra­łem o spodnie, czu­łem jed­nak rów­nież pul­so­wa­nie rany. Czoło roz­pa­lała mi go­rączka. Nie wró­żyło to do­brze, ale nie mo­głem udać się do na­szego oso­bi­stego le­ka­rza. Za­da­wałby za dużo py­tań. Te­resa i Fin­lay mar­twi­liby się, a na to nie mo­głem so­bie po­zwo­lić, po­dob­nie jak nie mo­głem ry­zy­ko­wać, że się do­wie­dzą, czym zaj­muję się wie­czo­rami, ani że zo­staną w to wcią­gnięci. Je­dyną osobą, do któ­rej mo­głem się zwró­cić, była Poppy. Nie wie­działa, że to ja je­stem ta­jem­ni­czym męż­czy­zną, który po­maga dzie­ciom, i mo­gła za­jąć się raną. Mu­siało to jed­nak po­cze­kać do ju­tra. "Je­żeli do­ży­jesz ju­tra, Lan­ca­ster", sko­men­to­wa­łem w du­chu. Za kilka mi­nut mia­łem wejść na mów­nicę i przed­sta­wić re­wo­lu­cyjny pro­jekt wpro­wa­dze­nia za­kazu pracy dzieci w wieku po­ni­żej dzie­wię­ciu lat. Było to zde­cy­do­wa­nie zbyt po­wszechne zja­wi­sko, a ma­lu­chy, które pra­co­wały, nie mo­gły się uczyć, co od­bie­rało im szanse na lep­szą przy­szłość. Dzie­ciaki pra­co­wały za psie pie­nią­dze, w okrop­nych wa­run­kach. Nie uwa­żano ich za peł­no­prawną siłę ro­bo­czą i trak­to­wano jak pod­lu­dzi. Nie go­dziło się, by do­ro­śli, do­brze sy­tu­owani lu­dzie tak wy­ko­rzy­sty­wali swoją wła­dzę. De­ner­wo­wa­łem się jed­nak, po­nie­waż znów przy­cią­ga­łem uwagę. Za­ma­sko­wany Dżen­tel­men był znany z tego, że jest wy­ba­wi­cie­lem dzieci i że mie­rzy nie­mal dwa me­try wzro­stu. W nie­któ­rych ga­ze­tach okre­ślano mnie mia­nem "be­stii", w in­nych "do­bro­dusz­nego gi­ganta". Co­raz trud­niej było mi za­cho­wać ano­ni­mo­wość. Mój wzrost był prze­kleń­stwem, po­nie­waż nikt nie prze­cho­dził obok niego obo­jęt­nie. Jed­nego razu, gdy na­rze­ka­łem, Te­resa skwi­to­wała, że le­piej by­łoby, gdy­bym był brzydki, a nie przy­stojny i wzbu­dza­jący grozę.

- Je­żeli chcemy wy­pro­wa­dzić cały na­ród z biedy, mu­simy za­ka­zać pracy dzieci i umoż­li­wić im na­ukę w szko­łach - za­grzmiał mój głos na całą salę. - To skan­dal, że my, tak do­brze sy­tu­owani oby­wa­tele, mu­simy wy­ko­rzy­sty­wać naj­młod­szych. Za­ha­rują się na śmierć, za­nim osią­gną peł­no­let­ność. - Ro­zej­rza­łem się po po­miesz­cze­niu. Miej­scami sły­chać było wy­razy po­par­cia, część obec­nych gło­śno wy­ra­żała sprze­ciw wo­bec mo­jej pro­po­zy­cji. - Te dzieci to na­sza przy­szłość, tylko my mo­żemy po­pra­wić wa­runki, w ja­kich żyją... uzdro­wić na­szą oj­czy­znę. Spra­wić, by było le­piej. Dla­tego pro­po­nuję, aby­śmy przy­jęli ustawę za­ka­zu­jącą pracy dzieci w wieku po­ni­żej dzie­wię­ciu lat, z jed­no­cze­snym zmniej­sze­niem do­pusz­czal­nej liczby go­dzin pracy mło­do­cia­nych w wieku od dzie­wię­ciu do trzy­na­stu lat. Na­uka w szkole po­winna być obo­wiąz­kowa do ukoń­cze­nia trzy­na­stego roku ży­cia. - Głosy kry­tyki mie­szały się z wy­ra­zami po­par­cia. Mia­łem świa­do­mość, że nie bę­dzie ła­two prze­ko­nać po­zo­sta­łych człon­ków Izby Lor­dów, ale wie­dzia­łem też, że będę to­czył tę walkę do końca swo­ich dni.

"Mi­lady, Mi­lady, kim je­steś?" Otwo­rzy­łem pierw­szą stronę cza­so­pi­sma. Zdo­biła ją ilu­stra­cja wy­so­kiego za­ma­sko­wa­nego męż­czy­zny trzy­ma­ją­cego w ra­mio­nach ko­bietę. Okładka była zde­cy­do­wa­nie skrom­niej­sza i wid­niała na niej tylko na­zwa na­szego wy­daw­nic­twa, ty­tuł oraz imię i na­zwi­sko au­tora. Nie wie­dzia­łem o wszyst­kich dzia­ła­niach re­dak­cji, wy­cho­dzi­łem z za­ło­że­nia, że po­wi­nie­nem da­wać lu­dziom, któ­rych za­trud­nia­łem, swo­bodę i moż­li­wość wy­ko­ny­wa­nia po­wie­rzo­nej im pracy, a nie kon­tro­lo­wać każdy ich ruch. Te­resa po­czer­wie­niała jak bu­rak, kiedy spy­ta­łem ją, czy zna au­torkę o pseu­do­ni­mie Mi­lady. Nie miała po­ję­cia, że znam barwną treść utwo­rów, a mnie udało się za­cho­wać ka­mienną twarz, kiedy po­da­wała mi pierw­szą część.

- Są... są... nieco skan­da­liczne - wy­du­kała. Ba­wiły mnie tor­tury, ja­kie prze­ży­wała. Nie sko­men­to­wa­łem, ale zer­k­ną­łem na od­ważną, nie­dwu­znaczną wręcz gra­fikę. Nie mo­głem się do­cze­kać, aż w sa­mot­no­ści, w swoim ga­bi­ne­cie, ze szkla­neczką whi­sky w dłoni po­znam prze­lane na pa­pier fan­ta­zje Poppy. Uświa­do­mi­łem so­bie rów­nież, że mam pra­cow­nika, który za­słu­guje na pod­wy­żkę. Po pro­stu cu­dow­nie.

Lady Dah­lia po­lu­zo­wała wstążkę je­dwab­nej ko­szuli, a ta zsu­nęła się jej z ra­mion. Tka­nina oto­czyła jej stopy ni­czym ocean. Za­ma­sko­wany Ko­cha­nek prze­łknął ślinę i przy­glą­dał się prze­pięk­nej ko­bie­cie. Skórę miała białą jak ala­ba­ster, a sutki czer­wone ni­czym doj­rzałe wi­śnie. Ku­szące, bła­ga­jące o jego usta. Zro­bił krok w jej kie­runku, po chwili ko­lejny i wy­cze­ki­wał jej re­ak­cji. Pło­nął po­żą­da­niem, za­ka­zaną żą­dzą. Lady Dah­lia była żoną in­nego męż­czy­zny. Po­wi­nien trzy­mać się od niej z da­leka, ale nie po­tra­fił. Szcze­gól­nie kiedy stała przed nim, pro­mie­niu­jąc pięk­nem. Wy­cią­gnął dłoń w jej kie­runku, a ona bez wa­ha­nia ją przy­jęła i po­de­szła bli­żej.

- Pani mąż? - szep­nął.

- Wy­je­chał, pew­nie jest u ko­chanki - od­po­wie­działa, spo­glą­da­jąc mu głę­boko w oczy. Po­de­rwał ją z ziemi i za­niósł do od­da­lo­nego o kilka me­trów łóżka. Po­ło­żył ją na nim ostroż­nie i bły­ska­wicz­nie zdjął spodnie i ko­szulę. Cie­pły, letni wiatr owiał ich na­gie ciała, a oni po­woli od­dali się...

- Lady Ca­li­sta Ken­wor­thy chce się z pa­nem wi­dzieć, pro­szę pana. - Po­ko­jówka pu­kała, ale umknęło to mo­jej uwa­dze. Zo­sta­wi­łem drzwi uchy­lone, co zna­czyło, że mogą wcho­dzić. Po­chło­nięty od­cin­kiem po­wie­ści Poppy, zu­peł­nie zbity z tropu pod­nio­słem wzrok. Usi­ło­wa­łem dys­kret­nie stłu­mić bu­dzącą się erek­cję. Na moje szczę­ście nie było jej wi­dać, po­nie­waż sie­dzia­łem za ma­syw­nym biur­kiem z drzewa wi­śnio­wego. Dzięki Bogu.... Pod wpły­wem lek­tury pło­ną­łem, jakby w mo­ich ży­łach pły­nęła lawa. Moje ciało roz­pa­lała nie tylko go­rączka.

- Niech wej­dzie. Czy bę­dzie pani tak miła, by przy­nieść nam her­batę i ka­na­pki? - Za­mkną­łem nie­wielką, tak pełną po­żą­da­nia ksią­żeczkę, na­pi­saną przez wy­jąt­kową ko­bietę o le­czą­cych dło­niach i odło­ży­łem ją do szu­flady.

Było dla mnie ja­sne, że mu­szę ze­rwać z Ca­li­stą. Nie ist­niało inne roz­sądne roz­wią­za­nie. Za­uro­czy­łem się w in­nej ko­bie­cie, nie­wie­ście o zło­tych lo­kach i de­li­kat­nych, ale do­świad­czo­nych dło­niach, chcia­łem po­znać ją le­piej. Nie mo­głem już dłu­żej zwo­dzić Ca­li­sty. Tak się nie robi.

Roz­dział 6

Lon­dyn 1811

Poppy

- To bar­dzo kosz­towny przed­miot, młoda damo. - Ali­stair skru­pu­lat­nie stu­dio­wał ze­ga­rek lorda Lan­ca­stera, ob­ra­ca­jąc go w dło­niach, a ja pró­bo­wa­łam za­cho­wać spo­kój, by nie spra­wiać wra­że­nia spię­tej czy ner­wo­wej. Sa­mowi ka­za­łam cze­kać na ze­wnątrz i wejść do środka, tylko gdyby ktoś go za­cze­pił. Mia­łam wy­rzuty su­mie­nia, że sprze­daję ze­ga­rek pana Lan­ca­stera, ale zima była długa, a w tym okre­sie lu­dziom bra­ko­wało pie­nię­dzy, by pła­cić, czę­ściej na­to­miast cho­ro­wali. Sam po­trze­bo­wał cie­płej odzieży, bu­tów i pre­zentu na Boże Na­ro­dze­nie. Chcia­łam dać mu to, czego sama nie mia­łam. Moja mama ro­biła wszystko, co było w jej mocy, ale nie mo­gła mnie utrzy­mać. Już jako mała dziew­czynka mu­sia­łam za­ra­biać na je­dze­nie, pra­cu­jąc w por­cie, prze­brana za chłopca. Ob­cięła mi włosy na krótko, złote loki na­tarła czarną pa­stą i ubie­rała mnie w spodnie i ko­szule. Zo­sta­łam wy­słana do pracy w por­cie, by nie tra­fić do domu pu­blicz­nego. Mimo wspo­mnień, które tak wy­raź­nie do mnie wra­cały, wy­pro­sto­wa­łam plecy.

- Otrzy­ma­łam ze­ga­rek w spadku, ale nie uży­wam go. Złoto jest wy­so­kiej próby.

- Może pani za niego do­stać dwa­dzie­ścia fun­tów. - Spora kwota, by­łam jed­nak prze­ko­nana, że jest wart znacz­nie wię­cej.

- Trzy­dzie­ści pięć - od­par­łam i spoj­rza­łam panu Ali­sta­irowi pro­sto w oczy. - Wiem, że może pan za­ro­bić na nim dużo wię­cej. - Ble­fo­wa­łam.

- Dwa­dzie­ścia pięć - od­burk­nął, ale nie była to dla mnie za­do­wa­la­jąca pro­po­zy­cja.

- Trzy­dzie­ści albo pójdę z nim do kon­ku­ren­cji. - Nie mia­łam po­ję­cia, gdzie mo­gła­bym się udać, ale my­śla­łam o po­ma­rań­czach, cy­na­mo­nie, wa­ni­lii, im­bi­rze i no­wej odzieży. Męż­czy­zna na­dal trzy­mał ze­ga­rek w dłoni, po­dzi­wia­jąc go. "No już, zgódź się i za­ła­twmy resztę for­mal­no­ści". Mia­łam pie­nią­dze z wy­daw­nic­twa, ale mu­sia­łam za­cho­wać je na czynsz i co­dzienne po­trzeby.

- Niech bę­dzie, trzy­dzie­ści fun­tów.

- Zgoda. - Kiw­nę­łam głową, pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój, kiedy li­czył bank­noty.

- To bar­dzo dużo pie­nię­dzy. Na pewno chce pani wra­cać sama do domu z taką sumą? Może wy­płacę pani te­raz po­łowę, a resztę w póź­niej­szym ter­mi­nie?

- Dzię­kuję za tro­skę, ale we­zmę całą kwotę. - Nie da­rzy­łam go krztyną za­ufa­nia. Po­nadto mia­łam w spód­nicy ukrytą kie­szonkę, wszytą pod pod­szewkę. Mó­wił wolno jak le­ni­wiec, któ­rego zdję­cie i opis wi­dzia­łam kie­dyś w pew­nej książce. Śle­dzi­łam każdy jego ruch. Na szczę­ście w lom­bar­dzie nie było in­nych klien­tów. Przed­miot, który sprze­da­wa­łam, przy­cią­gnąłby zbyt dużo uwagi, a ja wo­la­łam spo­kojne ży­cie lub przy­naj­mniej na tyle spo­kojne, na ile było to moż­liwe. Szcze­gól­nie w świe­tle mo­jego po­wo­ła­nia. Prze­li­czy­łam pie­nią­dze nieco szyb­ciej niż on. Mo­jej ma­mie wpraw­dzie nie udało się unik­nąć wy­sła­nia mnie do pracy, ale poza tym wszyst­kim, co wie­działa i co prze­ka­zała mi o zio­łach i uzdra­wia­niu, na­uczyła mnie rów­nież czy­tać, pi­sać i li­czyć. Jej ży­cie w Lon­dy­nie dia­me­tral­nie róż­niło się od tego, które pro­wa­dziła jako młoda dziew­czyna w Ash­ford, za­nim za­szła w ciążę i wy­rzu­cono ją z domu.

- Chodź, skar­bie. - Chwy­ci­łam Sama za drobną rączkę i po­spiesz­nie ru­szy­li­śmy w drogę. Szłam tak szybko, że Sam mu­siał nie­malże biec, by do­trzy­mać mi kroku. Skrzęt­nie ukry­łam pie­nią­dze, ale i tak za­le­żało mi na tym, by jak naj­szyb­ciej od­da­lić się z tego miej­sca.

- Je­steś głodny?

- Tak, tro­chę. - Był prze­ko­cha­nym, uf­nym dziec­kiem, które ni­czym cień to­wa­rzy­szyło mi we wszyst­kim, co ro­bi­łam. Prak­tycz­nie ni­gdy o nic nie pro­sił, a ja uwiel­bia­łam go roz­piesz­czać.

- Przed To­wer Bridge na rogu jest pie­kar­nia. - Rzadko trwo­ni­łam pie­nią­dze, go­to­wa­łam w domu i pie­kłam wła­sny chleb, ale po­sta­no­wi­łam, że dziś uczcimy szczę­ście, które się do nas uśmiech­nęło. W nie­wiel­kiej pie­ka­rence sprze­da­wano rów­nież wy­roby cu­kier­ni­cze. Za­mó­wi­łam cały stos bu­łe­czek, małą ka­na­pkę, cia­steczka z orze­chami i su­szo­nymi owo­cami oraz dwa kubki go­rą­cej cze­ko­lady. Jak na do­brze wy­cho­wa­nego chłopca przy­stało, Sam zdjął czapkę i za­wie­sił ją na krze­śle ra­zem z płasz­czem.

- Mamo, to naj­lep­szy dzień w moim ży­ciu - po­wie­dział, prze­gry­za­jąc cia­steczka i po­pi­ja­jąc je go­rącą cze­ko­ladą. Mocno do­tknęły mnie te słowa, pra­gnę­łam, by wszyst­kie jego dni były wła­śnie ta­kie.

- Dla mnie to rów­nież naj­pięk­niej­szy dzień, za­raz po tym gdy po­ja­wi­łeś się na świe­cie.

- Ku­pimy dziś po­ma­rań­cze? - Prze­łknął ostatni ka­wa­łek. Spa­ła­szo­wał co do okruszka wszystko, co do­stał.

Uwiel­biał cho­dzić na za­kupy, szcze­gól­nie je­śli za­mie­rza­li­śmy ku­po­wać po­ma­rań­cze.

- Zo­ba­czymy, co uda nam się do­stać, ale tak, mam na­dzieję, że będą po­ma­rań­cze, przy­prawy i praw­dziwy barw­nik ro­ślinny w ko­lo­rze in­dygo. - Mie­li­śmy tro­chę po­żół­kłych ze sta­ro­ści rze­czy, po­my­śla­łam więc, że mo­gła­bym je prze­far­bo­wać i dać im nowe ży­cie.

Kiedy wy­szli­śmy na ulicę, za­drże­li­śmy lekko z zimna, owiani chłod­nym gru­dnio­wym wia­trem.

- W przy­szłym ty­go­dniu wy­bie­rzemy się do krawca i za­mó­wimy ci nowe ubra­nia. Ro­śniesz jak na droż­dżach.

- Nie­długo skoń­czę sie­dem lat. - Wy­pro­sto­wał się, a ja unio­słam jego czapkę i zmierz­wi­łam mu czu­prynę. Moje dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny zbli­żały się wiel­kimi kro­kami, rzadko jed­nak je świę­to­wa­łam. Dwu­dzie­stego pią­tego grud­nia naj­waż­niej­sze bę­dzie Boże Na­ro­dze­nie i Sam.

Za­nim po dłu­gim, spę­dzo­nym na mie­ście dniu do­tar­li­śmy do domu, cał­ko­wi­cie się ściem­niło. Ku­pi­łam do­dat­kowy ko­szyk na za­kupy; stary, który mia­łam ze sobą, oka­zał się za mały. Oby­dwa po brzegi wy­peł­nione były śród­ziem­no­mor­skimi owo­cami, zio­łami, przy­pra­wami i her­batą. Z da­leka do­strze­głam wy­soką, bar­czy­stą, ubraną na czarno po­stać w cy­lin­drze, cze­ka­jącą na ze­wnątrz przed scho­dami do su­te­reny. Opie­rała się o na­sze drzwi, trzę­sąc się nieco z zimna.

- Ma pan go­rączkę. Wejdźmy do środka. - Nie si­ląc się na uprzej­mo­ści, prze­szłam do kon­kre­tów.

- Nie mam ni­kogo in­nego, do kogo mógł­bym się zwró­cić, nie ujaw­nia­jąc się ani nie wy­wo­łu­jąc nie­po­koju i zmar­twień. Gdyby moje ro­dzeń­stwo wie­działo, czym się zaj­muję, nie spusz­cza­liby mnie z oczu. - Głos mu drżał, a ciało prze­szy­wały dresz­cze.

- Pro­po­nuję, by po­ło­żył się pan do mo­jego łóżka i od­po­czął. Roz­palę w ko­minku i na­sta­wię wodę na her­batę. - Jedna rzecz nie da­wała mi spo­koju, więc po­sta­no­wi­łam to wy­ja­śnić.

- Co z pań­ską żoną, pa­nie Lan­ca­ster, zna prawdę? - Czu­łam, że cią­gnę go za ję­zyk. - Po­trze­buje pan bli­skiego współ­pra­cow­nika, so­jusz­nika.

- Jest tylko sio­stra Agnes z sie­ro­cińca.

- Ma pan ro­mans z za­kon­nicą?

- Nie, źle mnie pani zro­zu­miała. Mogę mó­wić pani na ty, Poppy Par­ker, czy może po­wi­nie­nem na­zy­wać pa­nią Mi­lady?

- Po­roz­ma­wiamy o tym, kiedy już spraw­dzę, co z pań­ską raną, i zbiję go­rączkę. - Trudno było mi za­cząć zwra­cać się do niego w spo­sób mniej ofi­cjalny.

- Nie mam żony, jest tylko dwoje zde­cy­do­wa­nie zbyt cie­kaw­skiego ro­dzeń­stwa i była ko­chanka. - Zmę­czo­nym kro­kiem udał się do łóżka w są­sied­nim po­miesz­cze­niu.

- Aż tyle nie mu­sia­łam wie­dzieć - rzu­ci­łam, cho­ciaż by­łam sto­sun­kowo za­do­wo­lona, do­wie­dziaw­szy się, że jest ka­wa­le­rem bez zo­bo­wią­zań. Na­sta­wi­łam wodę na her­batę i po­iry­to­wana po­ki­wa­łam głową. Na nic zda­dzą mi się fan­ta­zje na te­mat pana Lan­ca­stera, Za­ma­sko­wa­nego Dżen­tel­mena. Spo­tka­li­śmy się przy­pad­kowo, a po­trze­buje mnie tylko dla­tego, że nie może we­zwać praw­dzi­wego le­ka­rza.

- Mogę pro­sić o po­ma­rań­czę? - Przez całe to za­mie­sza­nie wo­kół Lan­ca­stera pra­wie za­po­mnia­łam o Sa­mie.

- Oczy­wi­ście! Nie wy­rzu­caj skó­rek, przy­da­dzą mi się. Obe­trę je, a z po­zo­sta­ło­ści wy­ci­snę ole­jek.

Przy­go­to­wa­łam al­ko­hol i zimne okłady oraz za­pa­rzy­łam her­batę z je­żówki, do któ­rej do­da­łam miód. W na­czy­niu obok wy­ci­snę­łam całą po­ma­rań­czę, od­kła­da­jąc skórkę na póź­niej. Spe­cy­fik doda mu ener­gii i po­może się wzmoc­nić.

- Po­móc panu z ko­szulą? - Kiw­nął głową. Usia­dłam na kra­wę­dzi łóżka i schło­dzoną ście­reczką otar­łam pot z jego czoła. - Swoją drogą, ma pan wy­soką go­rączkę, dla­czego nie zo­stał pan w domu wczo­raj wie­czo­rem? - Od­su­nę­łam ko­szulę i po­now­nie po­dzi­wia­łam to piękne, umię­śnione ciało.

- Nie mo­głem odło­żyć ak­cji - szep­nął, po czym wziął głę­boki od­dech i jęk­nął gar­dłowo, kiedy zdej­mo­wa­łam opa­tru­nek. Rana nie krwa­wiła, są­czyła się z niej jed­nak żół­tawa ciecz, a oko­lica była opuch­nięta i za­czer­wie­niona.

- Bę­dzie bo­lało, ale mu­szę to oczy­ścić. - Mama na­uczyła mnie, że al­ko­hol po­maga w le­cze­niu trudno go­ją­cych się ran.

Bez ostrze­że­nia po­la­łam chore miej­sce gi­nem. Był tani i ła­two do­stępny. Mój pa­cjent skrzy­wił się z bólu i nie­malże ude­rzył mnie opa­da­jącą głową - uchy­li­łam się w ostat­niej chwili.

- Prze­pra­szam - jęk­nął i padł łóżko. Prze­tar­łam oko­licę urazu czy­stą ście­reczką, wtar­łam w nią wię­cej al­ko­holu i po­la­łam jesz­cze odro­biną, a na­stęp­nie za­ło­ży­łam nowy opa­tru­nek.

- Mu­sisz spać dzi­siaj tu­taj.

- O ni­czym in­nym nie ma­rzę - od­po­wie­dział ospa­łym gło­sem.

- Jesz­cze nie te­raz. Naj­pierw mu­sisz wy­pić her­batę i sok z owo­ców. Nie za­sy­piaj, pro­szę. - Po­mo­głam mu usiąść i po­da­łam ku­bek z go­rą­cym na­pa­rem. Po raz pierw­szy zwró­ci­łam się do niego na ty. Bli­skość spra­wiła, że ła­twiej było mi się prze­sta­wić. - Je­żeli dasz radę nie za­snąć jesz­cze przez chwilę, wkrótce będę miała go­tową pyszną zupę z ziem­nia­kami, mar­chewką i wie­przo­winą.

- Po­sta­ram się - od­parł, są­dząc jed­nak po gło­sie, był już da­leko stąd. Go­rączka po­zba­wiła go sił, a po­wieki cią­żyły.

- Od­po­czy­waj. Obu­dzę cię, kiedy przyj­dzie czas.

- Dzię­kuję, Mi­lady. - Na jego ustach za­go­ścił dys­kretny uśmiech. Do­brze by było, gdyby nie przy­zwy­czaił się do na­zy­wa­nia mnie w ten spo­sób, ale w moim wła­snym domu, gdy by­łam z nim sam na sam, spra­wiało mi przy­jem­ność, że ko­ja­rzył mnie z Mi­lady, au­torką, a nie tylko ko­bietą, matką i przy­datną Poppy. Mo­głam ma­rzyć o tym, że to ja je­stem lady Dah­lią, a on Za­ma­sko­wa­nym Ko­chan­kiem.

Za­sta­łam synka sie­dzą­cego przy du­żym stole w kuchni, schy­lo­nego z pió­rem w dłoni nad ka­wał­kiem pa­pieru. Me­bel słu­żył nam jako miej­sce do spo­ży­wa­nia po­sił­ków, do ich przy­go­to­wy­wa­nia oraz jako biurko. Sam ćwi­czył pi­sa­nie pierw­szych li­ter al­fa­betu, któ­rych go na­uczy­łam. Ubo­le­wa­łam nad tym, że nie stać mnie na za­trud­nie­nie na­uczy­ciela. Moje zdol­no­ści były dość ogra­ni­czone, a za­le­żało mi na tym, by zdo­był wie­dzę o świe­cie i na­uce, a nie tylko przy­swoił pod­sta­wowe umie­jęt­no­ści.

- Czy ten pan jest bar­dzo chory? - za­py­tał ostroż­nie.

- Rana się nie za­go­iła i ma go­rączkę. Mu­simy za­opie­ko­wać się nim do mo­mentu, kiedy po­czuje się le­piej.

- Lu­bię go, mamo. - Sam czę­sto wy­glą­dał po­waż­nie, ale w tej chwili w jego oczach wi­dać było ra­dość.

- Ja też, skar­bie. Są­dzę, że jest po­rząd­nym czło­wie­kiem, znacz­nie wyż­szego stanu niż my. - Po­gła­ska­łam Sama po wło­sach, mierz­wiąc je nieco. Nie wie­dzia­łam, dla­czego mu to po­wie­dzia­łam. Naj­pew­niej chcia­łam przy­po­mnieć so­bie sa­mej, że le­piej zbyt­nio nie fa­scy­no­wać się pa­nem Lan­ca­ste­rem. Kiedy zo­sta­łam sama z ma­łym dziec­kiem, przy­rze­kłam so­bie, że ni­gdy nie będę miała nic wspól­nego z męż­czy­znami. Czy nie było już jed­nak za późno? Czy aby już nie za­du­rzy­łam się w mi­łym nie­zna­jo­mym, zmie­nia­ją­cym toż­sa­mość się pod osłoną nocy? Kiedy mnie od­wie­dzał, czu­łam się wy­jąt­kowo. Mia­łam pełną świa­do­mość, że jest w po­trze­bie, że przy­cho­dzi tu­taj, za­miast przy­wo­łać praw­dzi­wego le­ka­rza, i że po­win­nam prze­stać ide­ali­zo­wać jego wi­zyty. Z no­żem w dłoni przy­stą­pi­łam do kro­je­nia i sie­ka­nia wa­rzyw na wzmac­nia­jącą zupę dla nas wszyst­kich. Za­pewne był przy­zwy­cza­jony do tego, że wszyst­kie po­siłki ser­wuje służba, do steku na obiad i de­se­rów w po­staci pud­dingu cze­ko­la­do­wego lub kar­me­lo­wego. Na samą myśl o ta­kich wspa­nia­ło­ściach po­cie­kła mi ślinka i po­spiesz­nie prze­ana­li­zo­wa­łam, czy mam w domu skład­niki, z któ­rych uda­łoby mi się przy­rzą­dzić coś słod­kiego. Z mleka, śmie­tany i wa­ni­lii mo­gła­bym wy­cza­ro­wać kre­mowy pud­ding wa­ni­liowy, który w to­wa­rzy­stwie wi­śni ze zro­bio­nej przeze mnie la­tem kon­fi­tury mógłby przy­wo­łać smak go­rą­cego let­niego dnia w środku zimy.

Oby­dwaj męż­czyźni pod moim da­chem spali, a ja krzą­ta­łam się po kuchni. W końcu wy­pa­ko­wa­łam liczne skarby, które zdo­by­li­śmy w por­cie. Zioła, her­baty i przy­prawy prze­sy­pa­łam do szkla­nych po­jem­ni­ków. Ju­tro mu­szę wy­ci­snąć po­zo­stałe po­ma­rań­cze. Nie wy­trzy­mają zbyt długo, a by w pełni wy­ko­rzy­stać ich wła­ści­wo­ści, od tego po­win­nam za­cząć. Za­mie­rza­łam za­jąć się tym dziś wie­czo­rem, nie prze­wi­dzia­łam jed­nak, że będę opie­ko­wać się cho­rym męż­czy­zną. Za­glą­da­łam do niego wie­lo­krot­nie, zmie­nia­łam mu okład i bu­dzi­łam go, by po­dać mu na­par prze­ciw­go­rącz­kowy.

By­łam zmę­czona, więc zdję­łam i od­wie­si­łam su­kienkę, nie ścią­ga­jąc halki i weł­nia­nych raj­stop - na co dzień coś nie­wy­obra­żal­nego, ale od­po­wia­da­łam wy­łącz­nie przed samą sobą. W nor­mal­nej sy­tu­acji na noc prze­bra­ła­bym się w lżej­szą pi­żamę, nie chcia­łam jed­nak ry­zy­ko­wać, że Ru­pert na­gle otwo­rzy oczy i uj­rzy mnie nagą.

Kła­dze­nie się do łóżka z męż­czy­zną, któ­rego nie znam, było oczy­wi­ście nie­sto­sowne, ale nikt nie miał prawa mnie oce­niać. Już nie. Jak naj­ostroż­niej unio­słam koł­drę i po­ło­ży­łam się obok śpią­cego pa­cjenta.

Po tym jak zmie­ni­łam opa­tru­nek, nie za­kła­da­łam mu już ko­szuli. Za­snął, a dzięki temu ła­twiej było mi kon­tro­lo­wać, czy ropa nie prze­cieka. Po­wio­dłam wzro­kiem po jego na­gim tor­sie. Ni­gdy wcze­śniej nie po­dzi­wia­łam mę­skiego ciała. Ko­ja­rzyło mi się ono z przy­mu­sem i po­świę­ci­łam lata na prze­pra­co­wa­nie od­razy, jaką czu­łam na myśl o tym, że każ­dego wie­czoru przy­po­mi­nano mi, jak to ko­biety po­winny od­da­wać się męż­czy­znom. Je­żeli chcą mieć dach nad głową i nie gło­do­wać, mu­szą się pod­po­rząd­ko­wać. Po tym jak stra­ci­łam matkę, nie mia­łam ni­kogo, kto mógłby mnie chro­nić. Mu­sia­łam ucie­kać i za­cząć nowe ży­cie.

Mo­głam tylko dzię­ko­wać Bogu za to, że czu­wała nade mną do mo­mentu, gdy skoń­czy­łam pięt­na­ście lat. Mie­wała przy­jem­nych klien­tów, ale nie bra­ko­wało też bru­tal­nych, od­ra­ża­ją­cych kre­atur i wła­śnie one spra­wiły, że za­czę­łam nie­na­wi­dzić męż­czyzn. Mroczne my­śli prze­śla­do­wały mnie w nocy. By się od nich uwol­nić, za­czę­łam pi­sać hi­sto­rie o ro­man­tycz­nej mi­ło­ści. Wszech­ogar­nia­ją­cym, od­wza­jem­nio­nym uczu­ciu łą­czą­cym męż­czy­znę i ko­bietę, któ­rzy pra­gną sie­bie na­wza­jem i wciąż są sie­bie głodni. Z mo­ich ust wy­do­było się de­li­katne wes­tchnie­nie. Po raz pierw­szy w ży­ciu pra­gnę­łam męż­czy­zny, męż­czy­zny, który ni­gdy nie bę­dzie mój.

Bez za­sta­no­wie­nia wy­cią­gnę­łam rękę, po­gła­ska­łam go po po­liczku i po­zwo­li­łam pal­com kon­ty­nu­ować czułą po­dróż w stronę jego ust. Wstrzy­ma­łam od­dech, po­nie­waż nie chcia­łam go obu­dzić. Nie mo­głam jed­nak się po­wstrzy­mać i de­li­kat­nie mu­snę­łam pal­cem jego wargi. Pod wpły­wem do­tyku de­li­kat­nie je roz­chy­lił, a ja prze­rwa­łam, by spraw­dzić, czy śpi. Od­dy­chał ciężko, oczy miał za­mknięte. Na­bra­łam od­wagi, uklęk­nę­łam przy nim, a moje włosy opa­dły, do­ty­ka­jąc jego klatki pier­sio­wej. Na­dal nie re­ago­wał, schy­li­łam się więc do jego szyi, na któ­rej zło­ży­łam de­li­katny po­ca­łu­nek. Mimo że ni­gdy wcze­śniej go nie ca­ło­wa­łam, zna­łam jego za­pach i smak. Mu­snę­łam go war­gami po raz ko­lejny, tym ra­zem w pod­bró­dek. Po raz pierw­szy mia­łam ochotę po­ca­ło­wać go w usta. Serce biło mi jak sza­lone. Czy po­win­nam? Mój wzrok spo­czął na jego lekko otwar­tej buzi.

- Poppy... - Jego drżący głos spra­wił, że serce po­de­szło mi do gar­dła. Po­spiesz­nie od­su­nę­łam się na drugą stronę łóżka.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam. - Na­kry­łam się koł­drą, ścią­ga­jąc ją tym sa­mym z niego. Mi­mo­wol­nie spoj­rza­łam w kie­runku jego kro­cza, gdzie pod spodniami do­strze­głam wy­raźne wy­brzu­sze­nie. Przez moje ciało prze­to­czyła się fala po­żą­da­nia, ja­kiej ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czy­łam. - Nie wiem, co we mnie wstą­piło.

- Nic się nie stało - od­parł ni­skim i szorst­kim gło­sem. - Masz coś do pi­cia? Strasz­nie za­schło mi w ustach.

- Ja­sne, chwi­leczkę. - Wy­sko­czy­łam z łóżka. Je­stem skoń­czoną idiotką. Oczy­wi­ście, że nie po­żą­dał pro­stej ko­biety z dziec­kiem, która wy­cho­wy­wała się w bur­delu. Moje fan­ta­zje i wy­po­ciny były da­le­kie od rze­czy­wi­sto­ści.

Głu­pia jak but. Nie­skoń­cze­nie durna. Na­la­łam mu ku­bek piwa i szybko uda­łam się z po­wro­tem do po­koju. Do­brze mu zrobi.

- Słu­chaj. Niech pan po­słu­cha... pro­szę wy­ba­czyć. Ni­gdy wcze­śniej nie za­cho­wa­łam się w ten spo­sób w sto­sunku do męż­czy­zny.

Usiadł i przy­jął ode mnie na­czy­nie. Uniósł brwi w za­baw­nym gry­ma­sie i ski­nął w kie­runku są­sied­niego po­miesz­cze­nia, w któ­rym spał mój syn.

- Tak, mam Sama, ale to długa hi­sto­ria. - Z ra­do­ścią oszczę­dzi­łam mu fak­tów, nikt nie mógł po­znać praw­dzi­wej hi­sto­rii mo­jej mło­do­ści i Sama. - Obie­cuję, że to się ni­gdy wię­cej nie po­wtó­rzy.

- Gdyby nie go­rączka, le­ża­ła­byś już pode mną lub sie­działa na mnie, jed­nak le­dwo co je­stem w sta­nie unieść rękę, by utrzy­mać ku­bek. I... - Za­my­ślił się.

- I co? - Przy­su­nę­łam się do niego bli­żej i przy­kry­łam nas oby­dwoje. Za­dba­łam jed­nak o to, by dzie­liło nas kilka cen­ty­me­trów.

- Nie mo­żemy być ra­zem.

Jego słowa za­bo­lały, w gar­dle czu­łam ro­snącą gulę. Oczy mi zwil­got­niały. Za­mknę­łam je, za­miast od­po­wie­dzieć. Dzięki Bogu sen zmo­rzył mnie, za­nim Ru­pert do­strzegł moje łzy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki