Zamarznięta róża - Feu Silvia

-
Proszę czekać

Odkąd sięgała pamięcią jeszcze nigdy nie była w takim miejscu. Było fantastyczne, sielskie i uspakajające.

Znalazła się w ogrodzie pełnym pięknych dzikich róż, które mieniły się co jakiś czas złotymi refleksami. Zapach kwiatów otulał ją i owładnął całym ciałem tak, że niemal drżała. Wilgotna mgła unosiła się nisko nad ziemią, delikatnie muskając jej bose stopy. Stała na środku kamiennej ścieżki prowadzącej wzdłuż labiryntu róż.

Nie miała wpływu na to co robi, była jak bezwiedny liść niesiony podmuchem wiatru. Wyglądało to jakby obserwowała siebie z boku, jednocześnie odczuwając każdą reakcję ciała. Stawiała niepewnie kroki po kamiennej dróżce.

Miała pewność, że musi iść tą ścieżką.

Miała z tyłu głowy niezaprzeczalną myśl, że nie mogłaby inaczej postąpić. To był pierwotny instynkt, z którym się nie walczy.

W minutę, w godzinę, a może w cały dzień dotarła na koniec ścieżki. Jej wzrok padł na majestatyczną, czarną różę ze złotymi liśćmi i łodygą. Ten cud pulsował życiem, wzywał ją, aby go dotknąć. Mimowolnie pochyliła się oczarowana urokiem kwiatu, a jej złociste włosy mieniły się od żaru słońca. Wchłonęła zapach róży, który ku zaskoczeniu okazał się słodki, niepodobny do innych woni. Wyczuwała w nim zapach goryczy... i magii.

Tak, to musiała być magia.

Z bojaźnią, ale i też z zafascynowaniem dotknęła czarnej róży, jakby bojąc się, że przy najlżejszym dotyku rozpadnie się w pył.

Jak wszystkie piękne rzeczy.

W tej samej chwili usłyszała głuchy trzask, raniący jej uszy.

Grzmot.

Piękne dotąd niebo pociemniało do nieograniczonej ciemności, a kwiaty w ogrodzie rozpadły się w szary pył, szczypiący jej oczy.

Całym miejscem porwał wicher, który orał wielkie bruzdy na ziemi i wyrywał pędy trawy. Kruczoczarne kruki nadleciały z nieba niczym pociski i kłapały obok twarzy Naviry swoimi ostrymi jak brzytwa dziobami. Ścieżka zamieniła się w lawę, a ziemia stała się czarna. Momentalnie poczuła się jak w najgłębszych czeluściach krateru. Lub piekła...

Czarna róża nagle uległa niepojętej dla ludzkiego rozumu transformacji, która zjeżyła jej włosy na głowie i odebrała dech. Liście kwiatu zamieniły się w czarne, owłosione łapy, zaopatrzone w pożółkłe, długie szpony. Łodyga przeobraziła się w dziwny, zdeformowany kształt, pęczniejący i nabierający objętości. Z kolei kielich róży stał się nieludzką twarzą bez oczu z nienaturalnie długim podbródkiem. To stworzenie miało czerwone dziury, tam gdzie powinny znajdować się oczodoły, a na miejscu ust pojawiła się wąska, czerwona niczym krew kreska, rozciągająca się od ucha do ucha w maniakalnym, nieruchomym uśmiechu. Istota była czarna jak smoła, a jej kształty rozmywały się co chwila. Całe ciało było chude i przewyższające Navirę przynajmniej o trzy razy. Przytłaczało cały świat snów swoją obecnością i było okropnie głodne. Gdzieniegdzie odpadały płaty zwęglonej skóry, pod którą ciekła czerwona maź. Nie była to krew. Substancja cuchnęła rozkładem, śmiercią i strachem. Stworzenie pragnęło ludzkiego życia, a wściekłość którym pulsowała niszczyła cały ogród i sprawiała, że powoli niknął w nicości.

Najstraszniejsza jednak w tym stworzeniu nie była jego cała jego dziwaczność i nienaturalność, ale ludzkie elementy wyglądu. Jakby w groteskowy i nieudolny sposób próbowało naśladować fizjonomię człowieka, a w efekcie wyszła karykatura z najgorszych koszmarów. Monstrum podeszło do niej i rozczapierzonymi długimi szponami uderzyło w Navirę, strącając ją w bezbrzeżną otchłań, która pojawiła się przed chwilą za jej plecami. Spadała w ciemność, a jej krzyk dziewczyny był bezgłośny. Słychać było tylko nieludzki chichot bestii wpatrującej się czerwonymi ślepiami. Spadanie trwało w nieskończoność. Liczył się tylko strach, który sprawiał że każda jej część ciała znieruchomiała. Widziała pustkę w wciąż patrzących na nią z góry oczów potwora. Na dnie otworu zobaczyła cmentarz z krzyżami i piękną dziewczynę z rudymi włosami, która uśmiechała się drwiąco, przykładając palec do ust, jakby nakazywała zachować ciszę. Czekała aż nastąpi druzgocący upadek.

Rozdział I

Zbudziła się nagle ze spoconym czołem i drżącymi rękoma. Czuła ostre bicie serca w klatce piersiowej. Niemal odniosła wrażenie, że ktoś ją dusił, bo miała ściśnięte gardło. Z niepokojem zlustrowała wzrokiem swój pokój, ale nikogo w nim nie znalazła. Skarciła siebie w myślach za swój strach i uśmiechnęła się w duchu. To tylko zwykły koszmar. Jednak nawet jeśli byłaby bardzo śpiąca za nic w świecie jeszcze raz by nie zasnęła. Popatrzyła na przedzierające się przez biało-niebieskie zasłony promienie słońca. Spojrzała na zegarek. Była dopiero piąta rano, ale postanowiła już przygotować się do wyjścia do szkoły.

Próbowała sobie wmówić, że nocne koszmary mają związek z przeprowadzką z Rzymu, miasta gdzie zostawiła swoje dawne życie i najwierniejsze przyjaciółki. W pewnym sensie została tam cząstka niej samej. Teraz tymczasowo była w małym nieznanym nikomu miasteczku Formello, w którym mieszkała z wujem Albertem, który był bratem jej ojca Anzelma. Czuła się opuszczona przez tatę, on był gdzieś daleko w Polsce w Malborku, gdzie pracował jako badacz zabytków. Jednakże obiecał jej, że będzie mogła wrócić za rok do swojego ukochanego miasta. Przebywała tutaj zaledwie kilka dni i nie miała pojęcia jak wytrzyma tu cały rok.

W związku z tym, że był to jej pierwszy dzień w nowej szkole pomyślała że musi zaprezentować się z jak najlepszej strony. Nie chodziło jej o to, żeby zyskać popularność. Lubiła jednak gdy ludzie ją akceptowali, a w głębi duszy czuła zadowolenie kiedy jej zazdrościli. W Rzymie była jedną z najbardziej znanych osób w szkole, choć nie starała się o to. Po prostu miała w sobie coś, co ciągnęło do niej ludzi. Jednak mimo, że miała wiele koleżanek i kolegów nie miała w nich wsparcia. Przyjaźnili się z nią, bo była popularna, a gdyby się potknęła ich "szczera przyjaźń" skończyła by się niemal tak szybko, jak się zaczęła w ciągu pięciu minut.

Jej prawdziwymi przyjaciółkami były Tchina i Aurora, nie pamiętała ile niezliczonych razy wymykały się ze szkoły na wagary, ich tysiące przechadzek po Rzymie i imprez. Znały się od dziecka małego i nie miały przed sobą żadnych sekretów. Navira zawsze mogła liczyć na ich wsparcie z powodu złamanego serca przez chłopaka czy w chwilach słabości. A teraz...

Ze smutkiem spojrzała na srebrny wisiorek z przywieszonym na nim malachitem, który był obramowany srebrną obwódką. Mimowolnie wzięła naszyjnik z komody i założyła go na szyję. Dostała go od przyjaciółek w dniu pożegnania, które płakały gdy odchodziła. Tego dnia ostatni raz spacerowały razem ulicami starego Rzymu. W Koloseum podarowały jej ten wisiorek i złożyły sobie obietnicę, że będą zawsze utrzymywać kontakt.. Już teraz za nimi tęskniła, chociaż minęło tylko dziesięć dni. Codziennie jednak pisała do nich e-maile, więc jakoś wytrzymywała tą rozłąkę.

Szybko założyła dżinsową rozłożystą spódnicę oraz biały podkoszulek, a na nogi włożyła białe trampki. Nie lubiła nosić niewygodnych butów. Była świadoma swej urody i nie musiała się stroić żeby zniewalająco wyglądać. Z uśmiechem wspominała ile razy łamała serca chłopakom pragnącym z nią chodzić. Ale ona nie zamierzała tracić czasu na kogoś kogo nie kocha. Czekała na tą prawdziwą miłość, na razie miała tylko przyjaciół. I to jej wystarczyło. Wiedziała że związki przynoszą tylko kłótnie i zranienia. Nie zamierzała się w to pakować.

Popatrzyła na swoje odbicie w wielkim lustrze w srebrnej ramie. Ujrzała się w całej okazałości. Z lustra patrzyła na nią szczupła i wysoka dziewczyna z patyczkowatymi nogami. Miała kręcone długie złote, włosy, które były ułożone w nieładzie po nieprzespanej nocy. Zielone oczy miały czarne obwódki niczym kot i wpatrywały się w nią ożywieniem, a na twarzy widniało kilka piegów. Jej pociągła twarz z dobrze zarysowanymi policzkami była gładka i nie naznaczona żadnymi skazami.

Chwyciła czarną torbę z książkami i lekkim krokiem zeszła na dół z pierwszego piętra na parter, po szerokich dębowych schodach. Uświadomiła sobie, że dom wuja jest wielki niczym zamek, nawet na korytarzach miał kamienne ściany. Wkroczyła do kuchni w poszukiwaniu jedzenia.

Białe ściany pomieszczenia, rustykalne meble z lat 60. i gliniany piec w kącie tworzyły przedziwny klimat. Jedynym nowoczesnym urządzeniem była wysłużona mikrofalówka ku zgrozie Naviry. Na półkach na ścianie leżały zioła i słoiki z nieznanymi jej substancjami. Na środku dominował ogromny, kanciasty stół z równie kościstymi krzesłami. Przy stole już siedział wujek z pasją wgryzając się w zrobioną przez siebie kanapkę, a potem uśmiechnął się do nadchodzącej Naviry. Pokazał z dumą gotowe śniadanie kanapki z serem feta i pomidorami. Wokół cały stół był zdewastowany przez kucharstwo wuja.

- Witaj kochana! Widzę, że się wyspałaś, bo masz podkrążone oczy, ze wyglądasz jak sowa. Dobrze się czujesz? Może zrobić ci okład na oczy? - spytał Albert z troską w głosie, nie wiedząc jaką gafę popełnił komentując jej wygląd.

Uśmiechnęła się ponuro i westchnęła, lubiła go choć czasem był taki nieporadny, ale przez te dziesięć dni troszczył się o nią. Napadała na pierwszą z brzegu kanapkę i z pełnymi ustami wykrztusiła:

- W porządku, sowy w końcu nie wyglądają tak źle rzekła, widząc zmieszanie wuja - Zrobię ten okład później. Czy będę mogła wyjść wcześniej? - poprosiła, patrząc na Alberto maślanymi oczami.

Nie chciała zwierzać się ze swojego koszmaru, gdyż nie chciała niepotrzebnie martwić wuja. Był wysoki, miał krótką, brązową brodę posrebrzaną gdzieniegdzie pasemkami siwizny. Z tego co wiedziała miał trzydzieści sześć lat, więc był jeszcze stosunkowo młody. Dziwiła się, że jeszcze w tym wieku nie ustatkował się może to wynikało z tego, że cały jego czas zajmowała opieka nad końmi oraz majsterkowanie w warsztacie, czy też warzenie dziwacznych specyfików medycznych.

- Niepotrzebnie się pytasz, jesteś już prawie dorosła Naviro, nie zamierzam cię w niczym hamować. Twoje życie, więc ty decydujesz. Masz tu herbatę na pobudzenie i możesz już lecieć - podał jej z uśmiechem zielonkawy napój, o nieprzyjemnym gorzkim zapachem. Łyknęła to paskudztwo zatykając nos, po czym przytuliła Alberta na pożegnanie.

- Hmm... dziękuję.

Była mu wdzięczna za opiekę, przez te ostanie dni starał się sprawić aby choć na chwilę zapomniała o Rzymie. Oprowadzał ją po jego stajni i uczył jeździć na ogierach. Czasem jeździli razem po pobliskich lasach, aby zwiedzić malownicze krajobrazy w Formello. Jednocześnie wujek zakazał jej wchodzenia w dalsze części lasów. Gdy ją przed tym ostrzegał, wymusił na niej ostrą obietnicę by nie zagłębiała się zbyt daleko.

Z mozołem umyła zęby, patrząc na różnobarwne słoiki na półkach w łazience. To było dzieło wuja, dziwiła się czemu po prostu nie może kupić normalnych produktów do mycia. Nie zgłębiała w jego dziwne zachowania i nie pytała o nie.

Zeszła na dół, skacząc ze stopni i weszła na korytarz wejściowy, który był długi i wąski. Na kamiennych ścianach wisiały obrazy dumnych ludzi, patrzących na nią z pogardą właściwą arystokratom. Echo jej stóp odbijało się od marmurowej posadzki.

Zauważyła stary, wysoki zegar podobny do stojącej trumny. Zostało jej jeszcze półtorej godziny do szkoły. Nie zamierzała czekać w domu, więc wyszła na dwór, aby zwiedzić cmentarz, który był po drodze do szkoły.

Pożegnała się jeszcze z czarnym kotem wuja o imieniu Salem, który przyjął jej pieszczoty z zadowoleniem. Kot był większy od przeciętnych kotów.

Dzień był słoneczny i ciepły, mimo wczesnej pory. Lekki wietrzyk owiewał jej lekko pofalowane blond włosy. Po raz kolejny zdziwiła się czystym powietrzem. W Rzymie zawsze dusiła się spalinami. Dom wuja był w stylu podcieniowym, który stosowali holenderscy osadnicy w XVI w. Składał się z dwóch pięter, a na froncie balkon wysuwał się do przodu i opierał się na drewnianych, skręcających się kolumnach. Na białych ścianach nakładały się czarne belki robiąc wrażenie szachownicy. Przez duże okna w ciemnych ramach odbijało się światło. Z tyłu znajdował się ogród z różnymi rodzajami kwiatów i drzew owocowych ułożonych chaotycznie, ale z rozmysłem. Najbardziej lubiła z nich róże, ale po dzisiejszym koszmarze zmieniła swoje zdanie.

Niedaleko domu wuja było niewielkie jezioro zwane Torendo, nawet stąd widziała taflę odbijającą promienie słońca. Na północy znajdował się majestatyczny, renesansowy zamek, z wieloma figurami gargulców i stworów na gzymsach. Nie zwiedzano go z powodu grozy panującej w jego w otoczeniu, a o wchodzenia do środka już nie mówiąc. Wuj wspomniał niechętnie, że w zamku zginęło wiele ludzi. Do dziś nie odnaleziono ich ciał. Na zachód od domu rozciągał się las, otaczając miasteczko z trzech stron poza południem.

Podążyła ulicą zakurzoną od panującego upału, tracąc z oczu gmach Alberta. Dotarła do cmentarza, widziała ogrom krzyż i mogił otoczonych kamiennym murem. Na środku był zniszczony kościółek, z zapadniętym dachem i sczerniałymi od wilgoci kamiennymi ścianami. Znalazła się przed wielką na pięć metrów, czarną i misternie zdobioną złotymi dekoracjami bramą.

Z trudem uchyliła bramę, która zaczęła niemiłosiernie skrzypieć.

Na tabliczce z mosiądzu wynikało, że cmentarz powstał w 1655r. Wokół grobów roztaczała się mgła, zasłaniając zwiędłą trawę. Niektóre nagrobki kompletnie się zawaliły, jeszcze inne były w opłakanym stanie. Wszystkie miały jakieś pęknięcia i większość była pokryta gęstym mchem. Napisów prawie nie dało się odczytać. Powoli stawiała kroki bojąc się nadepnąć na opadłe kamienie z grobów. Sprawiało to wrażenie grozy i zaczął ją ogarniać paranoiczny lęk. Było niesamowicie cicho, a wiatr jakoś przycichł. Miała uczucie że ktoś ją śledzi, i ukrywa się za którymś z grobów. Miała ochotę uciec, ale odnosiła wrażenie, że nie byłoby to mądre rozwiązanie. Kiedy mijała opuszczoną kaplicę, popatrzyła ze strachem na otwarte tam drzwi, nie widziała tam nic oprócz ciemności. Odwróciła wzrok i zobaczyła, że kilka kroków dalej znajduje się wielki, marmurowy grób z białą klepsydrą i granitowym krzyżem. Wokół niego były usytuowane figury kruka i gargulca. Wyglądały jakby za chwilę miały ożyć. Ku jej zdumieniu grób był zadbany i odcinał się od tego zapomnianego, ponurego miejsca. Podeszła do niego nie zastanawiając się, przyciągana jakimś instynktem.

Zauważyła na nim znak gwiazdy. Czuła coraz większe fale mocy bijące od grobu, im bardziej się zbliżała. Gdy znalazła się blisko niego zdołała odczytać złoty napis.

Wyszeptała słowa.

"Wielka moc, wielki dar, wstępuję na Ciebie. Trzy w jedną całość złącz, wspomóż w potrzebie, chroń od Zła. Służyć Dobru pragnę, nic przeciwko. Na wszystko co żyje i żyć będzie jestem Naznaczoną, nie obawiam się niczego co ludzkie i nieludzkie".

Wraz z wypowiedzeniem słów, poczuła drgania ziemi pod nogami. Spojrzała w dół i zobaczyła jak grudy ziemi przedostają się przez zwiędłą trawę. Poczuła ogarniające ją ciepło i ujrzała, że wokół niej uformował się okrąg z ognia, który powoli zwiększał się. Jednocześnie wicher wzmógł się napierając na nią z taką siłą, że ledwie stała na nogach. Otworzyła szeroko swe szmaragdowe oczy, gdy na całym cmentarzu zaczął padać deszcz i lunął prosto na nią, ale ogień wokół niej nie zgasł - przeciwnie poszerzył się. Poczuła jak ta nieznana moc, która doprowadziła do tego wchodzi w nią i zaczyna krążyć jej w żyłach.

Wiatr porozrywał z ziemi ruiny nagrobków oraz drzewa, miotając nimi we wszystkie strony. Czuła delikatne mrowienie w całym ciele, ale też jakby spokój i euforię. Rozkoszowała się tym uczuciem, a łzy z jej oczu kapały na drżącą ziemię, niczym ulewa wokół.

Wzięła głęboki oddech.

Wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Porozrzucane groby były na swoim miejscu, żadne drzewo nie było uszkodzone, nawet liście zdawały się być takie same. Niepokojąca cisza ustąpiła świergotowi ptaków. A jednak białego grobu z marmuru po prostu nie było. Na jego miejscu wyrosła czarna róża. Drgnęła ze strachu, gdyż to obudziło w niej złe wspomnienia. Mimowolnie spojrzała na nadgarstek. Jęknęła. Był na niej wypalony kształt róży. Z determinacją próbowała go zetrzeć, przeklinając się, że poszła do tego miejsca. Gdyby nie tajemniczy znak na nadgarstku uznałaby, że wszystko co przed chwilą się wydarzyło było zwykłą halucynacją.

Z roztargnieniem wycierając mokre oczy od łez, usłyszała za sobą głos starej osoby o spokojnym i tajemniczym tonie głosu. Znieruchomiała zbyt przerażona, by się odwrócić.

- Jesteś Naznaczoną. Oto Formello doczekało się swojej trzeciej strażniczki i krąg wypełnił się, Naviro. Spełniłaś swoje przeznaczenie. Dowodem na to jest znak na nadgarstku, który właśnie próbujesz zetrzeć. Nic z tego, to jest piętno na zawsze. Tak jak się spodziewałam pojawiłaś się dokładnie w tym miejscu.

Odwróciła się mocno ściskając pięści. Przed nią stała zgarbiona staruszka, która podpierała się na dębowym kiju. Spod dziurawego kaptura widać było kępkę siwych włosów, a pod nią krzywy uśmiech na pomarszczonej twarzy. Budziła w niej strach, a cała jej dotychczasowa odwaga prysła. Wyjąkała zmieszana, powoli cofając się w tył.

- Przepraszam, muszę iść do szkoły... - serce biło jej niczym młot gdy uciekała.

Skąd ona mogła znać jej imię i dlaczego mówiła takie dziwne rzeczy? Choć to co przed chwila się stało też nie było normalne. Przypominała jej wiedźmę, mimo że starała się o niej tak nie myśleć.

W drodze do szkoły bezskutecznie próbowała to racjonalnie wyjaśnić. Wiedziała i czuła, ze w jej żyłach płynie jakaś potężna moc, ale nie miała pojęcia co z nią zrobić i dlaczego akurat ją to spotkało. Z napisu z nagrobka wynikało że są jeszcze dwie osoby jak ona.

Była chorobliwie podekscytowana tym wszystkim. Takie rzeczy zdarzały się tylko w książkach o tematyce fantastycznej, których wiele czytała. Była w tym czymś jakaś magia. Może powinna się bać całej tej popapranej sytuacji, ale była bardziej zaciekawiona niż przerażona.

Miała swoja misję.

Znaleźć dwie pozostałe strażniczki, kimkolwiek są, a także odkryć kim się stała.

Rozdział V

Sala nie była specjalnie wielka, lecz robiła ogromne wrażenie. Wysoko sklepiony sufit ginął w mroku, a na drewnianych belkach wisiały nietoperze patrząc na nowo przybyłych czerwonymi ślepiami. Najbardziej w oczy rzucał się kryształowy żyrandol, który świecił się na złoto pod wpływem zapalonych na ścianach świeczników i pochodni. Duże, zaokrąglone na górze okna przepuszczały światło księżyca, oświetlając dwa, długie stoły, stojące do siebie równolegle. Każdy z nich był zastawiony wykwintnymi potrawami. Poczuła miły zapach pieczeni i domowego jedzenia. Były półmiski z pieczonymi indykami i inne gorące dania, których nie potrafiła zliczyć, a w rogach pomieszczenia było widać beczki z winem.

Na samym końcu sali była pusta przestrzeń w kształcie koła, tuż nad wąskim szklanym otworem na suficie. Światło księżyca padało na okrąg, tworząc srebrny słup miedzy podłogą, a wąskim otworem. Słup rozszerzał się ku dołowi. Były ustawione tam trzy krzesła.

Wokół kręciło się mnóstwo kelnerów podających co rusz nowe dania. Niemal wpadła na jednego chuderlawego sługę, który z usłużną miną zszedł im z drogi. Najwyraźniej bał się opanowanej pani Hanchock, która zgromiła go spojrzeniem.

Przy jednym ze stołów siedzieli młodzi mężczyźni ze szkoły: paczka Ernesta oraz Aleksandra. Każdy z nich po osobnej stronie stołu patrząc na siebie z nieufnością, tak samo jak ich przywódcy. Kątem oka ujrzała Ksawerego, który uśmiechnął się do niej ukazując swój szeroki uśmiech oraz posępnego Drako, zapalającego właśnie papierosa. Mężczyźni byli ubrani tak jak zawsze, zazwyczaj w skórzane czarne kurtki lub inne nie rzucające się w oczy ubrania. Może oprócz Ksawerego i Drako, którzy nosili eleganckie ubrania. Gdy ujrzeli nadchodzącą Navirę wraz z panią Hanchock walamirzy ukłonili się. Niektórzy byli przemienieni, bo widziała na ich twarzach gadzie łuski.

Ernesto z kieliszkiem wina podszedł do nich.

- No wreszcie myślałem, że nasza nowa kandydatka na czarownicę zginie, a to by nie leżało w niczyich interesach. Szczególnie w moim. Słyszałem, że przez nieuwagę i głupotę jednego z Ichtonów omal nie zginęła. Aleksander lepiej powinien dobierać swoich zaufanych ludzi - jego głos nazbyt miły, jakby dziwnie fałszywy.

- Nie ma powodów do obaw, jak widzisz zjawiła się bezpieczna. Choć nie obyło się bez paru incydentów, w każdym razie cieszymy się, że jest cała i zdrowa - rzuciła sucho starsza dama, wyraźnie niezadowolona z jego towarzystwa.

- Doprawdy nie wiem, do czego nam potrzebny Krąg Czarownic, przecież nas walamirów jest wystarczająco wiele by zapewnić bezpieczeństwo.

- Ah.. być może nie pamiętasz jak działaliście na własną rękę i omal nie doprowadziliście do katastrofy. Przepraszam, Rada Starszych czeka, jeśli pozwolisz... - popatrzyła na niego wzrokiem, sugerującym że czas rozmowy się skończył.

Navira poczuła ucisk na nadgarstku i usłyszała szept Ernesta:

- Nie wiesz w co się pakujesz. Lepiej stąd uciekaj - rzekł groźnie.

- Nie wiem o czym mówisz i nie obchodzi mnie to - z trudem wyszarpnęła rękę z jego mocnego uścisku. Zmarszczył brwi błyskając zielonymi oczami, ledwie trzymając gniew na wodzy.

Ktoś za jego plecami rzekł zimno. Był to Aleksander. Zmarszczył czoło ponad swoimi gęstymi brwiami.

- Ernesto, nie próbuj nawet udaremnić tego kontraktu. Magowie i my współpracujemy ze sobą już od kilku pokoleń, nie możesz tego zmienić. Robisz taki sam błąd jak twój ojciec.

- Aleksandrze, ja tylko chciałem się przywitać z tą miłą dziewczyną - rzekł pozornie spokojnie lecz w jego czarnych jak smoła oczach było widać iskierkę nienawiści.

- Śmiem twierdzić co innego, potrafię słyszeć co inni mówią nawet z dalekiej odległości. Pozwól w spokoju przejść pani Hanchock i naszej przyszłej czarownicy. Rada Starszych nie może czekać, ma wiele ważnych zadań. Zresztą my walamirzy też, jak zapanowanie nad tym nagłym atakiem wampirów - rzekł mierząc w przywódcę Marmutalów obojętnym spojrzeniem.

Jakiej przyszłej czarownicy? Dlaczego ci dziwni walamirzy zebrali się w tym zamku czekając nią? O jaki kontrakt chodziło? Miała nadzieję, że to kolejny z jej licznych koszmarów, a ona obudzi się w ciepłym łóżku. Jednak żadna z osób z pewnością nie miałaby chęci odpowiedzieć na te pytania. Nie pozostało więc nic innego jak tylko czekać co przyniesie czas.

Navira była zdezorientowana. Czarownica nie kojarzyła się jej dobrze, miała nadzieję że po tej nocy nie stanie się zgrzybiałą staruszką z brodawkami na brodzie oraz spiczastym podbródkiem.

Walamirzy odeszli, nadal prowadząc ostrą dyskusję.

Podeszli do drugiego stołu znajdującego się po przeciwnej ścianie. Siedziały przy nich osoby w różnym wieku. Różnili się wyglądem i ubiorem, ale każda była ubrana w czarną pelerynę. Każde spojrzenie było skierowane na nią, a ożywione rozmowy nagle ucichły.

Jeden wysoki mężczyzna z wąsami i bokobrodami po bokach, uniósł swój melonik w geście powitania. Pod szatą miał brązowy garnitur niczym z czasów XIX w., wyglądał na angielskiego dżentelmena. Pani Hanchock skinęła głowa najwyraźniej zmierzając do końca stołu.

Zobaczyła kobietę w złotej, dworskiej sukni, z pięknie ułożonym kokiem na szczycie głowy. Na jej ramieniu siedział śpiący nietoperz, szczerząc kły. Uśmiechnęła się do Naviry, a jej oczy zalśniły zielenią. Wydawała się młoda, miała nieskazitelną cerę, jednak coś jej mówiło, że jest dużo starsza.

Podszedł do nich kulawym krokiem postawny i nieco otyły pan w kontuszu, z wielkimi wąsami, spadającymi na brodę. Wyglądał jak szlachcic z turkusowym, zbyt bogatym strojem i szablą w wysadzanej klejnotami pochwie.

- Wreszcie mam okazję poznać naszą przyszłą czarodziejkę. Za zdrowie Kręgu - zaśmiał się, podnosząc wielki kufel z miodem i wypijając go w mgnieniu oka. Uścisnął dłoń Naviry, która ginęła w jego ogromnych rękach. Wyczuwała w jego głosie polski akcent, choć dobrze nie znała polskiego.

- Panie Skrzetuski, nie wypada przy młodej damie - rzekła pani Hanchock, a Navirze wydawało się, że widzi na jej twarzy rumieniec.

Pociągnęła nieco brutalnie Navirę dalej, ku zawodowi szlachcica.

Niektóre osoby miały na sobie normalny strój. Cześć z nich dzierżyła laski, inni orby lub różdżki. Większość nie była tak wesoła jak pan Skrzetuski, z powagą siedzieli spokojnie na wysokich krzesłach.

Doszli do końca stołu, gdzie jak domyśliła się siedziała Rada Starszych. Były to trzy osoby, a każda z nich miała tiarę na głowie w innym kolorze - białym, złotym i czerwonym. Siedzieli na podwyższonych krzesłach na szczycie stołu z zaciekawieniem wpatrując się w Navirę. Dwóch starszych panów wyglądających niczym starożytni magowie oraz młoda kobieta o jasnozłotych włosach i krwiście czerwonych ustach. Chudszy z magów w białej tiarze z białą, długą brodą uśmiechnął się do Naviry przyjaźnie, trzymając w ręku niedojedzony kawałek ciasta. Skinął z powagą głową, a okruszki z placka, poleciały na jego potężną brodę. Zdawał się tego nie zauważać. Pogodnym tonem przywitał się z panią Hanchock.

- Elonoro, jaśniejesz. Cieszę, że doprowadziłaś Navirę do nas. Przepyszne te ciasto naprawdę. Muszę mieć przepis. Jestem Valenty Crisbone. Ah, miałem wygłosić jakąś przemowę, czyż nie? - rzekł z konsternacją, kiedy drugi mag w czerwonej tiarze obok niego popatrzył z wymową spod nierównych krzaczastych brwi.