Wstęp
Wstęp
Przystępując do rozważań dotyczących działań terrorystycznych
prowadzonych przez środowiska opozycyjne w czasach PRL-u, należałoby
najpierw zdefiniować pojęcie terroru, co nie jest takie proste, jak by
się wydawało. Okazuje się bowiem, że samo zjawisko jest bardzo trudne do
jednoznacznego określenia, nie istnieje też jedna, powszechnie
obowiązująca definicja tego pojęcia ani jego jednolita koncepcja prawna.
Kierując się etymologią słowa "terroryzm", wywodzącego się z greki, od
słowa ????/treo - "drżeć, bać się"; "stchórzyć, uciec", oraz
łacińskiego terror, -oris, oznaczającego "strach, trwogę, przerażenie"
lub "straszne słowo, straszną wieść", i pochodnego czasownika
łacińskiego terreo, który oznacza "wywoływać przerażenie, straszyć",
można pokusić się o stwierdzenie, iż terroryzm to nic innego jak sianie
przerażenia, strachu czy grozy. Tak można określić również wszelkie akty
przemocy, wywołujące uczucie strachu, a często także panikę. Co ciekawe,
w literaturze przedmiotu odróżnia się pojęcie "terror" od pojęcia
"terroryzm"; w pierwszym przypadku chodzi o gwałt i przemoc stosowane
wobec słabszych, w drugim zaś mamy do czynienia z działaniem słabszych
wobec silniejszego, a częste mylenie obu pojęć jeszcze bardziej utrudnia
opracowanie jednolitej koncepcji prawnej tego zjawiska.
W internetowej encyklopedii PWN czytamy, że terroryzm to "różnie
umotywowane, najczęściej ideologicznie, planowane i zorganizowane
działania pojedynczych osób lub grup, podejmowane z naruszeniem
istniejącego prawa w celu wymuszenia od władz państwowych i społeczeństwa określonych zachowań i świadczeń, często naruszające dobra
osób postronnych; działania te są realizowane z całą bezwzględnością, za
pomocą różnych środków (nacisk psychiczny, przemoc fizyczna, użycie
broni i ładunków wybuchowych), w warunkach specjalnie nadanego im
rozgłosu i celowo wytworzonego w społeczeństwie lęku". Twórcy tego hasła
zastrzegają, że nie jest to definicja wiążąca, co więcej, istnieje aż
100 definicji terroryzmu, przy czym kilkadziesiąt zostało opracowanych
przez ekspertów z Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Z całą pewnością natomiast terroryzm nie jest zjawiskiem nowym ani
wymysłem naszych czasów, gdyż jego początki sięgają epoki średniowiecza.
W historiografii za pierwszą organizację terrorystyczną uważa się
stowarzyszenie nizarytów, ugrupowanie religijne kierowane przez Starca z Gór, jak powszechnie zwano ich przywódcę Raszida ad-Dina as-Sinana,
który przywództwo w organizacji przejął w II połowie XII stulecia.
Działający pod jego skrzydłami nizaryci często sięgali po przemoc w prowadzonej przez siebie walce - w Iranie walczyli przeciwko władzy
Seldżuków, w Persji przeciwstawiali się nie tylko krzyżowcom, ale
również miejscowym emirom. Bodaj najbardziej spektakularną akcją z ich
udziałem był zamach na życie świeżo obranego króla Jerozolimy - Konrada
z Montferratu - dokonany w południe 28 kwietnia 1192 roku. Plotka
głosiła, jakoby mordu dokonano na zlecenie, doskonale znanego z literatury i filmów, angielskiego władcy Ryszarda Lwie Serce,
niechętnego królowi elektowi, ale nie ma przekonujących dowodów na
potwierdzenie tej tezy.
W XIX stuleciu pojęcie terroryzmu wiązało się z działalnością
anarchistów i grup anarchizujących, głównie na terenie Rosji i Hiszpanii. To właśnie z rąk terrorystów związanych z ruchem
anarchistycznym zginęło wielu przedstawicieli ówczesnej władzy, w tym
austriacka cesarzowa Elżbieta, szerzej znana jako Sisi, król Włoch
Humbert I, prezydent Francji Marie-François Sadi Carnot czy wreszcie car
Aleksander II Romanow. Nawiasem mówiąc, cara zamordował Polak Ignacy
Hryniewiecki, związany z rosyjską organizacją terrorystyczną Narodnaja
Wola.
Terroryzm był również obecny w dziejach naszego kraju. Utrata przez
Polskę niepodległości i późniejsze zmagania o jej odzyskanie są
naznaczone przemocą, która dla naszych przodków była nieodzownym
elementem walki o wolność, a także odpowiedzią na przemoc i terror
stosowany przez ciemiężycieli. Do takich metod uciekali się nawet
powstańcy. Wszak celem zbuntowanych młodych wojskowych pod wodzą ppor.
Piotra Wysockiego w listopadzie 1830 roku było zabicie wielkiego księcia
Konstantego Pawłowicza, naczelnego wodza wojsk polskich, brata cara
Mikołaja I. Konstantemu udało się uciec w ostatniej chwili, ale niesieni
patriotycznym entuzjazmem powstańcy mordowali na ulicach polskich
generałów przeciwnych powstaniu, ich zdaniem bezsensownemu.
Przywódcy kolejnego narodowego zrywu w 1863 roku otwarcie sięgali po
metody terrorystyczne: powstańczy rząd powołał do życia organizację
sztyletników, dowodzoną przez syna carskiego generała, Ignacego
Chmieleńskiego. Jej członkowie nie tylko pełnili funkcję egzekutorów
powstania, ale także terroryzowali Rosjan w Warszawie, gdyż zasadniczym
celem ich działalności było zastraszenie przedstawicieli carskiej
administracji, jak również aparatu wojskowego i policyjnego. Dziełem
sztyletników były zamachy na członków najwyższych rosyjskich władz na
terenie zaboru rosyjskiego, w tym na namiestnika Królestwa generała
Fiodora Berga, carskiego generała Fiodora Fiodorowicza Trepowa czy
majora Wasyla von Rothkirchta, wicedyrektora Kancelarii Specjalnej do
spraw Stanu Wojennego.
Ugrupowania niepodległościowe, działające po upadku powstania
styczniowego, jeszcze chętniej i częściej sięgały po terroryzm. Wszak
kontrolowana przez Józefa Piłsudskiego Organizacja Bojowa PPS,
pierwotnie powołana do celów ochrony demonstracji organizowanych przez
Polską Partię Socjalistyczną, z czasem przekształciła się właśnie w zbrojne ramię partii, a mówiąc ściślej - organizację o charakterze
terrorystycznym. Zajmowała się nie tylko odbijaniem więźniów, ale także
zamachami na urzędników carskich, jak również... napadami na banki,
pociągi przewożące gotówkę czy urzędy pocztowe lub sklepy. Napady te
organizowano, by zdobyć fundusze na działalność partii. Członkowie
Organizacji Bojowej PPS chętnie używali bomb własnej konstrukcji, a przy
organizacji rozmaitych akcji liczono się również z przypadkowymi
ofiarami, traktując je jako zło konieczne. Mało tego, na łamach
partyjnego organu prasowego PPS "Robotnik" istniała specjalna rubryka
informująca o wszelkich akcjach zbrojnych organizowanych przez
Organizację Bojową o wymownym tytule Rubryka terrorystyczna.
Z trudem wywalczona wolna Polska przetrwała zaledwie dwadzieścia lat. W 1939 roku Rzeczpospolita, zaatakowana przez dwa wrogie, totalitarne
państwa, znowu utraciła niepodległość, a działające w okupacyjnych
warunkach organizacje walczące ponownie sięgnęły po radykalne metody.
Obowiązywała zasada: cel uświęca środki, a za najważniejsze uznano
powstrzymanie eksterminacji narodu polskiego i odzyskanie
niepodległości, zwłaszcza że wróg dysponował bardzo rozbudowanym
aparatem przemocy. Jak się okazuje, w konspiracyjnych laboratoriach
pracowano nawet nad bronią biologiczną. Na szczęście nie doszło do jej
wykorzystania na szeroką skalę, ale Polskie Państwo Podziemne nie
stroniło od zamachów, z których najsłynniejszy był zorganizowany na
dowódcę SS i policji na dystrykt warszawski SS-Brigadeführera Franza
Kutscherę, zwanego "katem Warszawy".
Po wojnie, na skutek ustaleń w Jałcie, Polska znalazła się w kręgu
wpływów ZSRR. Naszemu państwu narzucono niechciany ustrój i uległe
Kremlowi władze. Wprawdzie część żołnierzy Państwa Podziemnego nie
złożyła broni i wciąż walczyła o wolną, naprawdę niepodległą Polskę, ale
ich zmagania były z góry skazane na niepowodzenie. W Polsce stacjonowały
bowiem wojska radzieckie, a posłuszny Wielkiemu Bratu aparat
bezpieczeństwa stosował represje wobec walczących w antykomunistycznym
podziemiu, co skutecznie zniechęciło potencjalnych naśladowców. Podobnie
jak stanowisko państw zachodnich, oficjalnie głoszących nienaruszalność
pojałtańskiego porządku Europy.
Niespodziewanie wojnę systemowi wypowiedziała klasa robotnicza, która
przecież miała być jego filarem. Jej bronią nie była jednak przemoc i terroryzm, ale strajki oraz pokojowe manifestacje uliczne. O dziwo, była
to skuteczna strategia, która latem 1980 roku doprowadziła do zwycięstwa
i powstania ruchu Solidarności. Jego przywódcy negowali i odrzucali
przemoc zbrojną i wszelkie działania związane z terroryzmem. Nawet
prawdopodobnie najbardziej radykalna organizacja opozycyjna "Solidarność
Walcząca", pomimo że od początku swego istnienia odrzucała jakikolwiek
kompromis z władzami komunistycznymi i wzywała do podjęcia aktywnych,
jak również radykalnych działań, które przyspieszą nieuchronny upadek
komunizmu, nie ma na swoim koncie akcji o charakterze terrorystycznym.
Prawdę mówiąc, część akcji organizowanych przez to ugrupowanie, na
przykład malowanie napisów z pogróżkami, wybijanie szyb, uszkadzanie
pojazdów czy podpalanie drzwi mieszkań funkcjonariuszy MO lub SB, miała
na celu zastraszanie ludzi władzy, co może być uznane za pewną formę
terroryzmu.
Nie wszyscy jednak godzili się na istniejący stan rzeczy. Byli ludzie,
na przykład bracia Kowalczykowie z Opola czy Andrzej Zwiercan z Gdyni,
którzy samorzutnie, bez porozumienia z jakąkolwiek organizacją
opozycyjną, podejmowali naprawdę radykalne działania, z podkładaniem
bomb włącznie. Podpalano siedziby organizacji partyjnych, wysadzano
pomniki symbolizujące znienawidzony system i podległość wobec Związku
Radzieckiego, a wszystkie te akcje dowodziły, że w pozornie zniewolonym
narodzie istnieje zarzewie buntu, zaś reszcie świata miały przypomnieć o niewoli Polski. Nie zawsze przynosiło to pożądane efekty, ale pamięć o tych dramatycznych czynach trwała w świadomości Polaków.
Zdarzali się też śmiałkowie, którzy mieli na swoim koncie znacznie
bardziej niebezpieczne akcje, jak próby zamachów na komunistycznych
przywódców Bolesława Bieruta i Władysława Gomułkę. Współczesnym
historykom z wielkim trudem udało się odtworzyć przebieg takich
wydarzeń, bo wszelkie działania skierowane przeciwko ludziom władzy były
skutecznie wyciszane i starannie ukrywane przed opinią publiczną. W efekcie, zwłaszcza w przypadku Bieruta, jesteśmy zdani na domysły.
Publikacja, którą oddajemy do rąk czytelników, opowiada właśnie o takich
akcjach, podejmowanych przez opozycjonistów lub po prostu ludzi
niezadowolonych z rzeczywistości, w jakiej przyszło im żyć. Obiektywnie
biorąc, wszystkie mogą być uznane za formę terroryzmu, aczkolwiek
zapewne w oczach większości były aktami wielkiej odwagi i patriotyzmu. Z drugiej jednak strony można się zastanawiać, czy terrorysta w ogóle może
być uznany za bohatera. A jeżeli tak, to w jakich okolicznościach? I czy
naprawdę zawsze cel uświęca środki, a przemoc jest jedyną możliwą drogą
do osiągnięcia szlachetnych celów?
Wydaje się, że tego typu dylematy były obce komunistom z bloku
wschodniego, skoro zdecydowana większość państw tzw. demokracji ludowej,
mniej lub bardziej jawnie, wspierała międzynarodowy terroryzm. Dotyczy
to również Polski, dlatego sporo miejsca w niniejszej publikacji
poświęcono współpracy władz PRL-u z międzynarodowymi terrorystami w rodzaju osławionego Carlosa oraz palestyńskich bojowników, którzy
zaopatrywali się w naszym kraju w broń, i to najzupełniej legalnie,
kryjąc się za fasadą działających nad Wisłą przedsiębiorstw albo po
prostu przyjeżdżając tu na wypoczynek i leczenie. Jak na ironię, w 1970
roku jeden z komunistycznych przywódców, marsz. Marian Spychalski,
ówczesny minister obrony narodowej, omal nie został zamordowany przez
islamskiego fanatyka.
W publikacji omówiono też jedną z najbardziej tajemniczych i wciąż
niewyjaśnionych spraw z historii PRL-u: porwania i zabójstwa Bohdana
Piaseckiego, nastoletniego syna kontrowersyjnego działacza narodowego
Bolesława Piaseckiego, stojącego wówczas na czele Stowarzyszenia PAX. Do
dziś nie udało się wyjaśnić, kto i dlaczego porwał, a potem brutalnie
zabił niewinnego chłopaka. Znajdziemy tu również historię zabójstwa
Stefana Martyki, które było formą zamachu na wszechobecną, kłamliwą
propagandę nachalnie szerzoną przez ówczesne media, jak również opowieść
o prawdziwej pladze, jaką na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych były porwania samolotów LOT, kursujących na liniach
krajowych. Prawdę mówiąc, był to wówczas nie tylko polski problem, ale w przeciwieństwie do przestępców z innych krajów uprowadzających maszyny
lotnicze, naszych rodzimych porywaczy nie interesowało zdobycie okupu za
uwolnienie zakładników. Uprowadzony samolot był dla nich jedynie
środkiem lokomocji, który miał ich zabrać do nowego, lepszego świata.
Rozdział 1. Zabić Bieruta
Rozdział 1
Zabić Bieruta
"Ukochany" przywódca
"Czy pamiętacie, jak w roku 1953 wdarł się na dziedziniec Belwederu
robotnik, jak porąbał siekierą zastępującego mu drogę oficera ochrony i biegł do drzwi wejściowych, by was zamordować? Nie wiedział, że brama do
waszego pałacu otwiera się tylko elektrycznie. I padł zastrzelony przez
waszą ochronę. Nie znaleziono przy nim żadnych dokumentów i nie
zidentyfikowano go"1 - tymi słowami na antenie Radia Wolna Europa
zwracał się do Bolesława Bieruta Józef Światło, niegdysiejszy
funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który zbiegł na
Zachód. A potem swoją wiedzą na temat kulisów komunistycznej władzy w Polsce dzielił się ze słuchaczami rozgłośni, przysparzając wielu
zmartwień polskim komunistom i ich mocodawcom z Kremla.
Komunistyczny prezydent Bolesław Bierut czyta "Trybunę Ludu", organ
prasowy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, 1950 rok (fot.
PAP/CAF)
Szczególnie chętnie opowiadał o zamachach na życie Bieruta, który jest
pod tym względem swego rodzaju rekordzistą, gdyż żadnego innego
przywódcę socjalistycznej Polski nie usiłowano tyle razy usunąć z tego
świata, w dodatku bez powodzenia. A przecież nawet pobieżna lektura
prasy z tego okresu czy też przegląd zachowanych filmów dokumentalnych i fabularnych świadczy o tym, że towarzysz Bierut był kochany i uwielbiany
przez wszystkich obywateli, począwszy od steranych życiem starców, a na
przedszkolakach skończywszy. W zasadzie można przyjąć, że niemowlęta
także go ubóstwiały, tylko, biedactwa, nie zdawały sobie jeszcze z tego
sprawy.
Bez wątpienia Bolesław Bierut był czołową postacią życia politycznego
przez przeszło dziesięć lat istnienia powojennej Polski Ludowej. W latach 1947-1952 piastował urząd prezydenta, a po plenum
sierpniowo-wrześniowym 1948 roku został też sekretarzem generalnym
Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej, w grudniu 1948 roku
natomiast objął stanowisko I sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej. Trudno się zatem dziwić, że jego postać często pojawiała
się w prasie, podobnie jak dziś, gdy państwowi przywódcy są stale obecni
w mediach. W przeciwieństwie jednak do obecnych czasów, kiedy często na
prominentnych politykach dziennikarze nie zostawiają suchej nitki, o Bierucie pisano wyłącznie w superlatywach. I to nie tylko na łamach
"Trybuny Ludu", organu prasowego PZPR, który powołano do życia w 1948
roku, po połączeniu gazety Polskiej Partii Robotniczej "Głos Ludu" i dziennika Polskiej Partii Socjalistycznej "Robotnik". Peany pochwalne na
cześć przywódcy znajdziemy we wszystkich ówczesnych gazetach i czasopismach, w tym także w opiniotwórczym "Przekroju", periodyku
poświęconym tematyce społeczno-kulturalnej, czy "Przyjaciółce",
tygodniku dla kobiet. To właśnie na okładce "Przyjaciółki" w 1948 roku
opublikowano jedną z najsłynniejszych fotografii Bieruta z małą sarenką
na rękach.
Prasa przy różnych okazjach przypominała o jego zasługach dla ojczyzny,
a przede wszystkim - dla wyzwolenia klas pracujących spod
kapitalistycznego jarzma. "Dzieje pięknego życia Bolesława Bieruta,
chłopskiego syna, robotnika, którego naród wyniósł na najwyższą godność,
bo najlepiej dążenia narodu wyrażał. [...] Wcześnie, w dzieciństwie
niemal zaczęły się dla Bolesław Bieruta lata służby dla wielkiej sprawy.
[...] Chłopski syn murarski, a potem drukarski robotnik, który od
dzieciństwa poznał co to klasowy i narodowy ucisk - pojął wcześnie, że w jedno splata się sprawa narodowego i społecznego
wyzwolenia"2 - pisał z grafomańskim zadęciem autor artykułu
opublikowanego w 1952 roku w "Przekroju" z okazji sześćdziesiątych
urodzin przywódcy państwa.
W podobnym tonie utrzymany był tekst w "Ilustrowanym Kurierze Polskim",
opatrzony stosownym zdjęciem Bieruta: "Lata Jego życia były latami walki
o wolność człowieka i niepodległość Ojczyzny, latami niezachwianie
wiernej służby masom pracującym. Bolesław Bierut od dzieciństwa poznał
niedolę i wyzysk klasy, z której pochodził, i to poznanie pchnęło Go na
drogę poświęcenia całego życia sprawie wyzwolenia człowieka. Lata walk
zaczął walką o polskość szkoły jeszcze jako trzynastoletni uczeń szkoły
powszechnej, przypłacając ten pierwszy młodzieńczy bunt wydaleniem ze
szkoły. Lubelską szkołę powszechną zamienił niebawem Bolesław Bierut na
szkołę walki, prowadzonej na terenie Zagłębia, Warszawy, Łodzi i w sanacyjnych więzieniach. W ogniu tej walki hartowała się siła
charakteru, rosła i ugruntowywała się wiara w niezwyciężoną moc mas
ludowych, dojrzewał umysł, rozszerzał się zasięg myśli w oparciu o rzetelną, wytrwale zdobywaną znajomość naukowych zasad rozwoju praw
społecznych. Nieomylne doświadczenie - oparte o postawę ideową i wielką
wiedzę - dały możność Bolesławowi Bierutowi, gdy naród przeżywał
straszliwą noc hitlerowskiej okupacji, wskazać i wytyczyć mu jedyną
drogę do niepodległości i wyzwolenia mas ludowych z pęt
kapitalistycznego wyzysku"3. Bardzo często, pisząc o przywódcy,
dziennikarze używali jego konspiracyjnego pseudonimu "towarzysz Tomasz".
Apogeum publikacji iście bałwochwalczych tekstów przypadło właśnie na
rok 1952, w sześćdziesiątą rocznicę urodzin Bieruta. "Miliony ludzi
pracy w Polsce zwracają się dziś myślami ku osobie Prezydenta Bolesława
Bieruta, obchodząc sześćdziesięciolecie Jego urodzin"4 -
zapewniał czytelników dziennikarz "Ilustrowanego Kuriera Polskiego". Ba,
żeby tylko w Polsce! Jak zapewniała "Trybuna Ludu" z 20 kwietnia 1952
roku, depesze gratulacyjne przesłali jubilatowi nie tylko ówcześni
przywódcy "postępowych państw", czyli krajów z obozu socjalistycznego,
ale również przedstawiciele partii komunistycznych państw nienależących
do bloku "demokracji ludowej", jak chociażby przewodniczący Francuskiej
Partii Komunistycznej Jacques Duclos, przewodniczący Włoskiej Partii
Komunistycznej Palmiro Togliatti czy przewodnicząca Komunistycznej
Partii Hiszpanii Dolores Ibárruri Gómez. Oczywiście depeszę gratulacyjną
przesłał sam generalissimus, a jej tekst przedrukowały wszystkie polskie
gazety. Radziecki przywódca serdecznie pozdrawiał Bieruta i przesyłał mu
"życzenia zdrowia i sukcesów w działalności dla dobra bratniego narodu
polskiego, nie zapominając oczywiście o umacnianiu przyjaźni między
Rzeczpospolitą Polską a Związkiem Radzieckim w interesie pokoju na całym
świecie"5.
W ślady światowych przywódców poszli także Polacy, którzy masowo
wysyłali życzenia ukochanemu przywódcy, a część z nich publikowała
prasa. Na łamach "Trybuny Ludu" ukazały się nawet życzenia od...
czworaczków ze Śląska, które wyznały dziennikarzowi, że "dobrze im jest,
podobnie jak milionom ich rówieśników, w Polsce Ludowej, na czele której
stoi opiekun i przyjaciel dzieci Bolesław Bierut". Ta sama gazeta
wydrukowała także list napisany przez polskich studentów z Moskwy,
którzy z okazji urodzin Bieruta zobowiązali się "wszechstronnie
rozszerzać swą wiedzę, pogłębiać kwalifikacje i wzmóc pracę społeczną
wśród młodzieży polskiej w okresie letnim"6.
Polacy w związku z sześćdziesiątymi urodzinami ukochanego przywódcy
deklarowali także "twórcze zobowiązania i czyny produkcyjne", do czego
przygotowywano się już kilka miesięcy wcześniej, a lud pracujący miast i wsi składał najróżniejsze przyrzeczenia dotyczące tej formy uhonorowania
przywódcy. Ten osobliwy wyścig zapoczątkowała załoga wrocławskiego
Pafawagu, która z okazji urodzin Bieruta zobowiązała się do
wyprodukowania 30 wagonów ponad plan. Z czasem do akcji przyłączyło się
3 tysiące zakładów, jak również tzw. inteligencja pracująca oraz
artyści. Znany poeta Julian Tuwim zobowiązał się na przykład ukończyć
jeszcze przed Świętem Pracy, przypadającym 1 maja, przekład poematu
Nikołaja Niekrasowa Komu się na Rusi dobrze dzieje.
Z kolei naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego obiecali, że będą
prowadzić z sukcesem akcję "popularyzacji projektu Konstytucji",
przedstawiciele łódzkiej młodzieży zaś przyrzekli kochać jeszcze mocniej
swoją ojczyznę i jeszcze bardziej nienawidzić "wrogów ojczyzny", czyli...
"amerykańskich imperialistów". Pracownicy naukowi Państwowego Zakładu
Higieny meldowali o przedterminowo wykonanych pracach naukowych, gdańscy
architekci natomiast z dumą donosili, że udało im się przed terminem, a konkretnie - sześć dni wcześniej, opracować całą dokumentację techniczną
dotyczącą rozbudowy stoczni. Równie wielkim sukcesem urodziny przywódcy
uczcili pracownicy lubelskiego Wydziału Farmaceutycznego Akademii
Medycznej, którzy opracowali metodę pozyskiwania laktozy z odpadów
mlecznych.
Wśród podejmujących się ambitnych urodzinowych zobowiązań nie mogło
zabraknąć "elity" ówczesnego świata pracy, czyli przodowników pracy, dla
których urodziny Bieruta były okazją do ustanawiania kolejnych rekordów.
Jeden z nich, murarz, wznoszący Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową w Warszawie, zobowiązał się "kłaść dziennie 4200 cegieł zamiast 3500 oraz
wyrabiać wszystkie połówki i stłuczki"7. Prasa z uznaniem
pisała o przeszło 4 tysiącach chłopów z województwa koszalińskiego,
którzy rzucili się "do zagospodarowywania odłogów"8, jak
również o osiągnięciu traktorzystów z Brygady Młodzieżowej im. Janka
Krasickiego w Państwowym Ośrodku Maszynowym Nowy Staw na Żuławach
Gdańskich, którzy dokonali niebywałego wyczynu, gdyż "wyremontowali
traktor marki Ursus, skreślony z listy przeznaczonych do akcji
siewnej"9.
Wszystkich przebiła jednak pewna gospodyni domowa. Pani Stefania
Maliszewska z okazji zbliżających się urodzin Bieruta zażądała, by
chirurg obciął jej zdrową lewą rękę na wysokości ramienia. Odciętą
kończynę zamierzała wykorzystać w szczytnym celu, chciała ją bowiem
wysłać do prezydenta USA Harry'ego Trumana, by się nią zakrztusił. Pani
Maliszewskiej nie udało się zrealizować tego ambitnego planu, ponieważ
zamiast na stół chirurga trafiła na obserwację psychiatryczną.
Z okazji urodzin "ukochanemu przywódcy" przysyłano również prezenty, i to dość oryginalne. Jak skrupulatnie obliczono, do Belwederu przysłano
99 podarków, w tym "próbki kamieni drogowych, wyłącznik mało-olejowy,
imponujący model Belwederu wykonany z cukru i kilkanaście płyt
gramofonowych z nagranymi nań życzeniami"10.
Ale urodzinowe artykuły to nie tylko peany ku czci socjalistycznego
przywódcy, to także próba przedstawienia go jako zwykłego człowieka. "I wyobrażam sobie nieraz, jak tym dzieciom, młodym ludziom i dorosłym
pracownikom, i budowniczym z całej Polski wydaje się tajemniczy i odległy ów warszawski Belweder i jakim onieśmielającym człowiekiem
prezydent zamieszkujący belwederskie pokoje"11 - pisał Jarosław
Iwaszkiewicz na łamach "Przekroju". Tymczasem, jak przekonywał pisarz,
przy bliższym poznaniu Bierut okazuje się "człowiekiem dostępnym,
serdecznym skromnym i czułym. Wszystko to sprawia, że z kontaktu z prezydentem Bierutem wynosi się poczucie, że się spotkało nie tyko kogoś
bardzo wybitnego, ale także bliskiego i miłego"12.
Ale prasa zamieszczała nie tylko relacje artystów miary Iwaszkiewicza,
pisarza o wysublimowanym guście, bo przecież przeciętni zjadacze chleba
także mieli okazję spotykać "ukochanego przywódcę", chociażby przy
okazji "wizyt gospodarskich" w rozmaitych zakładach pracy. Z artykułów
prasowych wynikało, że wszyscy, którzy mieli okazję poznać Bieruta lub
choćby tylko z nim przez chwilę porozmawiać, byli wręcz urzeczeni
ujmującym sposobem bycia i stosunkiem do rozmówcy. Z relacji można było
również wyciągnąć wniosek, że przywódca jest niebywale sympatycznym
człowiekiem, który zawsze znajdzie czas, żeby się zatrzymać i porozmawiać z przeciętnym obywatelem. Pani Kazimiera Woźnicka, małżonka
jednego z pracowników Wojewódzkiego Zarządu Łączności w Białymstoku,
zapamiętała uśmiech przywódcy - "jakiś ogromnie ciepły,
serdeczny"13. Lubomir Szubzda zaś, pracownik Wojewódzkiej Rady
Związków Zawodowych w Białymstoku, z ogromnym wzruszeniem wspominał
spotkanie z Bierutem podczas Zlotu Młodych Przodowników - Budowniczych
Polski Ludowej w Warszawie. Bierut rozmawiał z nimi nie tylko o pracy,
ale także o życiu osobistym, wypytując młodych ludzi o ich codzienne
troski i radości, i jak zauważał Szubzda, "w każdym słowie była ojcowska
troska, słowa [...], na jakie nie zdobędzie się niejeden
ojciec"14.
Co więcej, Bierut nigdy nie zapominał o swoich robotniczych korzeniach,
czego dowiódł chociażby, odwiedzając Dom Prasy w Warszawie. Jak nie
omieszkał odnotować autor artykułu zamieszczonego w "Przekroju",
prezydent odwiedził swoich kolegów po fachu, bo przecież w młodości
pracował jako drukarz. W dodatku pracownicy spytali go, czy dziś
poradziłby sobie z obowiązkami zawodowymi, a Bierut postanowił
udowodnić, że nadal mógłby pracować w wyuczonym zawodzie: "Bierze
winkielak i szybko, pewnie składa swoje nazwisko - swój drukarski
autograf, który pragnie zostawić na pamiątkę Domowi Prasy"15.
Artykuł opatrzony był stosownym zdjęciem, przedstawiającym Bieruta przy
pracy.
W prasie w różnych publikacjach przeważały dwa rodzaje zdjęć przywódcy -
na jednych był dobrotliwie uśmiechnięty, na innych - poważnie spoglądał
w obiektyw. Nieodmiennie nienagannie uczesany, odziany w dobrze skrojony
garnitur, w ciemnym kolorze, obowiązkowo z krawatem. Fotografie miały
określone zadanie - spokój malujący się na twarzy Bieruta, odważnie
spoglądającego w obiektyw, miał świadczyć o tym, że nie boi się sprostać
stojącym przed nim odpowiedzialnym zadaniom, a bezpieczeństwo i przyszłość obywateli spoczywa w dobrych rękach. Zdjęcia ukazujące go z dobrotliwym uśmiechem miały natomiast świadczyć o ujmującym charakterze
przywódcy i jego bezpośredniości w kontaktach z przeciętnymi ludźmi.
Zamieszczano też zdjęcia zamyślonego Bieruta, sprawiającego wrażenie
pochłoniętego pracą i obowiązkami bądź pogrążonego w lekturze. Nierzadko
publikowano fotografie przywódcy towarzyszącego ludziom pracy,
przypatrującego się ich codziennym zajęciom czy wręcz machającego łopatą
wraz z innymi pracującymi przy odbudowie zniszczonej Warszawy. Bardzo
chętnie fotografowano go również z dziećmi, dla których miał być
opiekunem i wzorem, ale także kimś na kształt troskliwego dziadka.
Jak się można domyślić, wszystkie te artykuły i relacje prasowe były
elementem kultu jednostki przeniesionym prosto z Moskwy. W rzeczywistości Polacy, a z pewnością ich zdecydowana większość, nie
darzyli Bieruta miłością. I trudno się dziwić, bo przecież został
przywódcą z woli Kremla, a nie, jak głosiła oficjalna propaganda, z woli
narodu. Z pewnością zdarzały się jednostki, które wierzyły ówczesnym
mediom i darzyły Bieruta jakąś ślepą miłością, jak wspomniana wyżej pani
Maliszewska. Mało kto jednak poważył się na wyjawienie swoich
prawdziwych uczuć poza zaufanym gronem osób. Jak słusznie zauważa
Rogowska w swojej publikacji Ochrona wizerunku Bolesława Bieruta w działalności Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem
Gospodarczym w latach 1945-1954, w latach 1945-1953 "wprowadzono prawny
system ochrony wizerunku i dobrego imienia Bieruta. [...] Wszystkie
wypowiedzi, działania i zachowania, wiążące się choćby w niewielkim
stopniu z osobą Bieruta lub pełnioną przez niego funkcją, a odstające od
oficjalnie zatwierdzonych, były ścigane prawem. Sposoby i formy ochrony
wizerunku Bieruta, w której udział brały zarówno milicja, organy
bezpieczeństwa, prokuratura, sądy i Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, dowodzą, że kult Bieruta miał
państwowy, odgórnie kreowany charakter"16.
Niebezpieczne było nawet opowiadanie dowcipów politycznych, zwłaszcza o Bierucie, skoro w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych wspomniana wyżej
komisja jedynie za opowiadanie tego typu dowcipów skazała na pobyt w obozie pracy kilka tysięcy osób, przy czym najsurowsze wyroki otrzymali
dowcipnisie, którzy poważyli się żartować właśnie z Bieruta.
Nawet najbardziej złośliwe dowcipy, mimo iż boleśnie uderzały w godność
towarzysza Tomasza, nie mogły mu wyrządzić żadnej fizycznej szkody. Ale
Bierut i jego otoczenie zdawali sobie sprawę, że wielu chętnie
przyspieszyłoby odejście "ukochanego przywódcy" z tego świata. Dlatego,
mimo że oficjalnie kreował się na przywódcę będącego blisko ludu,
nigdzie nie ruszał się bez ochroniarzy. "A jeżeli na przykład towarzysz
Bierut przyjmuje defiladę albo przyjeżdża na dworzec warszawski z jakiejś podróży z Moskwy, to wtedy nazywa się, że wita go
entuzjastycznie całe społeczeństwo - tłumaczył słuchaczom RWE Józef
Światło. - Przypatrzmy się fotografiom z takich powitań. W tłumie
otaczającym towarzysza Bieruta szczelnym murem można z łatwością
rozpoznać twarze takich przedstawicieli społeczeństwa polskiego jak
pułkownik sowiecki Grzybowski, dyrektor departamentu ochrony rządu, jego
zastępcy, sowieccy oficerowie, pułkownicy Lachowski i Klarow, doradca
sowiecki w departamencie ochrony rządu, pułkownik Łozowaj. I obok nich
kilkudziesięciu ciemno ubranych panów z rękami w kieszeniach. To właśnie
inni Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini z ochrony osobistej
Bieruta"17.
Członkowie ochrony mieli ręce pełne roboty, zamachowcy bowiem
bezustannie dybali na życie przywódcy - nie tylko próbowano go
zastrzelić, wysadzić w powietrze, ale nawet... porąbać siekierą.
Przyjrzyjmy się zatem historii zamachów na życie pierwszego
komunistycznego przywódcy Polski.
Cudem ocalały
Trzeba przyznać, że Bierut rzeczywiście dał się lubić, o czym świadczą
relacje pracowników niższego szczebla belwederskiego pałacu. Według nich
jako prezydent nigdy nie okazywał wyższości i zawsze znajdował czas, by
porozmawiać z podwładnymi. Kobiety, które miały okazję się z nim
zetknąć, zwracały uwagę, że miał maniery godne przedwojennego
arystokraty. Jak twierdzi Władysław Matwin, komunistyczny polityk, a zarazem zdolny matematyk, dziś uważany za pioniera informatyki nad
Wisłą, Bierut, pomimo że wywodził się z nizin społecznych i nie
imponował zdobytym wykształceniem, "nie miał antyinteligenckiego
kompleksu. Sprawy kultury polskiej były mu bliskie. Nawet się w nich
lubował. Z Szyfmanem budował teatr. Z Sigalinem [chodzi o Józefa
Sigalina, architekta i urbanistę zaangażowanego w odbudowę stolicy -
I.K.] omawiał projekty Warszawy"18.
Ale towarzysz Tomasz miał też zgoła inne oblicze. Jak zauważa Marcin
Szymaniak, autor publikacji Polskie zamachy, "W polityce Bierut był
jednak graczem bezwzględnym i cynicznym, rozprawiającym się z przeciwnikami brutalnie i bez ogródek. Jako stalinowski komunista,
wyszkolony na ideologicznych i agenturalnych kursach w Rosji, wyznawał
zasadę, że cel - szczęście ludzkości w ustroju sprawiedliwości
społecznej - uświęca nawet najbardziej podłe środki. Nawet te środki,
które osobiście nie przypadały mu do gustu. Sadystycznej przyjemności z pognębienia wroga raczej nie odczuwał, ale przekonany o konieczności
jego zniszczenia akceptował wszelkie wiodące ku temu metody"19.
Jako posłuszny wykonawca poleceń Kremla był narzędziem sowietyzacji
Polski i czołowym twórcą stalinizmu w naszej ojczyźnie. Z całą pewnością
ciąży na nim współodpowiedzialność za zbrodnie stalinowskie. Jak szacują
współcześni badacze, w czasie jego rządów karę śmierci wykonano na około
2,5 tysiąca osób, wśród których było wielu żołnierzy AK. Obecnie
dysponujemy dowodami, że Bierut osobiście nadzorował wiele śledztw
przeciwko akowcom, jak również zatwierdzał wyroki. Pomimo że wywodził
się z głęboko wierzącej rodziny, w dzieciństwie uczęszczał do
parafialnej szkoły i nawet myślał o wstąpieniu do seminarium, jako
komunistyczny przywódca prowadził zaciętą walkę z Kościołem. Od 1951
roku na listach "wrogów ustroju" umieszczono również duchownych, a na
osobiste polecenie prezydenta internowano prymasa Polski kardynała
Stefana Wyszyńskiego.
Ale to nie wszystkie przewinienia towarzysza Tomasza, Bierut ponosi
bowiem także odpowiedzialność za sfałszowanie wyników referendum w 1946
roku i sfałszowanie wyborów do Sejmu Ustawodawczego 19 stycznia 1947
roku. Do długiej listy zarzutów stawianych dygnitarzowi można jeszcze
dołączyć "architektoniczną zbrodnię", czyli zbudowanie w Warszawie
Pałacu Kultury i Nauki, który nawet Gomułka uznał za szkaradny. Złośliwi
mawiali, że wieńcząca budynek wysoka iglica została tam umieszczona
wyłącznie dlatego, żeby warszawiacy nie mieli go w d...
Z całą pewnością pierwszy przywódca socjalistycznej Polski kilkakrotnie
uniknął śmierci z rąk zamachowców, ale dotąd nie udało się precyzyjnie
ustalić dokładnej liczby zamachów na jego życie. Władze i cenzura robiły
wszystko, by wieści o próbie zamachu nie przedostały się do wiadomości
opinii publicznej, podobnie jak jakiekolwiek wystąpienia przeciwko
władzy państwowej. Jak się okazuje, wszelkie incydenty tego rodzaju były
starannie ukrywane nie tylko przed opinią publiczną, ale nawet przed
kierownictwem partyjnym, i tak dokładnie tuszowane, że trudno trafić na
ich ślad, a wszelka dokumentacja dotycząca tych zdarzeń, przede
wszystkim ta opatrzona klauzulą tajności, zaginęła. Historycy w tej
kwestii zdani są zatem na wspomnienia świadków, w tym relacje Józefa
Światły, jak również na krążące pogłoski, które jednak nie mogą być
traktowane jak wiarygodne dowody. Jak wiadomo, Bierut ze wszystkich
zamachów na życie wyszedł bez szwanku, co było raczej zasługą jego
nadzwyczajnego szczęścia, a nie sprawności ochrony.
Bolesław Bierut znalazł się na celowniku zamachowców dybiących na jego
życie już w listopadzie 1944 roku. To właśnie wówczas komendant Okręgu
Lublin AK ppłk Franciszek Żak, ps. "Wir", wydał rozkaz rozeznania się w sprawie możliwości przeprowadzenia zamachu na życie dwóch osób
piastujących najważniejsze funkcje w samozwańczych i marionetkowych
organach władzy w tzw. Polsce Lubelskiej, jak nazywano terytorium Polski
zajęte przez Armię Czerwoną w lipcu 1944 roku: przewodniczącego
Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego Edwarda Osóbkę-Morawskiego oraz
Bolesława Bieruta, stojącego na czele Krajowej Rady Narodowej. Zadanie
to powierzono sprawdzonemu w bojach cichociemnemu ppor. Czesławowi
Rossińskiemu, który w tym czasie był dowódcą konspiracyjnego 8 Pułku
Piechoty Legionów AK. Istotne jest, że rozkaz dotyczył wyłącznie
rozeznania się w kwestii ewentualnego zorganizowania zamachu, jak
również potencjalnego planu, a nie jego wykonania. Rossiński zresztą był
bardzo sceptycznie nastawiony do możliwości przeprowadzenia zamachu, nie
widział również sensu takiego działania. A jednak rozkaz musiał wykonać
i swoje ustalenia przekazał na dwóch spotkaniach, do których doszło w prywatnym mieszkaniu w Lublinie. opracowano wówczas dwa potencjalne
scenariusze tego ryzykownego przedsięwzięcia. Ponieważ obaj
funkcjonariusze mieszkali nieopodal siebie i zawsze przemieszczali się
tym samym pojazdem, pierwszy scenariusz przewidywał uderzenie podczas
ich powrotu z pracy w siedzibie PKW do miejsca zamieszkania, drugi zaś
zorganizowania zamachu w drodze na lotnisko w Świdniku bądź w lubelskim
teatrze, podczas najbliższych obchodów rocznicy rewolucji
październikowej.
5 listopada Rossiński wydał rozkaz jednemu z żołnierzy AK, któremu udało
się zatrudnić przy PKWN w charakterze kierowcy - Witoldowi Młynakowi,
ps. "Waldek" - by opracował dokładny przebieg tras oraz czasów
przejazdu. Inny jego podkomendny, Mieczysław Szczepański (vel Mieczysław
Łebkowski), ps. "Dębina", miał natomiast rozeznać zorganizowanie akcji w drodze na lotnisko. W tym czasie powstał jeszcze jeden plan zabicia
Bieruta, miało się to odbyć w jego ówczesnym mieszkaniu, do którego
przez otwory wentylacyjne zamierzano wrzucić bombę. Jak się okazuje, ta
ostatnia wersja zamachu była najbliżej realizacji, ale człowiek o pseudonimie "Julek", który miał za zadanie dostarczyć ładunki wybuchowe,
z bliżej nieznanych powodów nie stawił się na spotkaniu. W dodatku
przepadł jak kamień w wodę. Historycy przypuszczają, że albo wpadł w ręce bezpieki, albo z nią współpracował. Ponieważ Rossińskiemu nie udało
się skontaktować z "Wirem", zdecydował się odstąpić od przygotowań.
W efekcie nigdy do zamachu nie doszło i pewnie nikt by się o sprawie nie
dowiedział, gdyby nie fakt, że NKWD we współpracy z polską bezpieką
rozpracowywały dowództwo Okręgu AK Lublin. W ramach akcji aresztowano aż
11 akowców, w tym Rossińskiego, który wpadł w ręce NKWD 22 grudnia 1944
roku. Jak się okazuje, sowieccy śledczy nie mieli pojęcia o planowanym i zaniechanym zamachu, sprawa wyszła na jaw zapewne przypadkiem, już w trakcie śledztwa, które formalnie zakończono 3 lutego 1945 roku, kiedy
Rossińskiego wraz z innymi aresztowanymi przekazano polskim organom
śledczym. Wszystkich osadzono na Zamku w Lublinie, gdzie mieściło się
polityczne więzienie karno-śledcze, miejsce kaźni wielu polskich
patriotów. Jak się okazuje, przesłuchania prowadzone przez oficerów
radzieckiego kontrwywiadu Smiersz odbywały się w języku rosyjskim,
którego zatrzymani nie znali, w tym języku były też sporządzane
protokoły, do których podpisywania zmuszano więźniów. Cała dokumentacja
była tłumaczona na polski dopiero po przekazaniu ich do Wojskowego Sądu
Okręgowego w Lublinie, przed którym miała się odbywać rozprawa.
1 lutego 1945 roku, na podstawie otrzymanych akt, sąd zdecydował o połączeniu jedenastu śledztw w jedną sprawę tzw. Grupy Jemioły, która w istocie nigdy nie istniała. Oprócz Rossińskiego przed oblicze sądu
trafili: por. Bolesław Mucharski ps. "Lekarz", mjr Mieczysław
Szczepański ps. "Dębina", kpr. pchor. Tadeusz Jamroz p. "Zgrzyt", ppłk
Julian Nawrat ps. "Lucjan", por. Bolesław Kucharski vel Antoni Lipiński,
plut. Romuald Szydelski ps. "Pawełek", kpr. pchor. Eugeniusz Jaroszyński
ps. "Ojciec", kpr. pchor. Mirosław Grabowski ps. "Prawdzic", plut.
Franciszek Bujalski ps. "Sosna", kpr. Zbigniew Barszczewski ps. "Miś"
oraz szer. Witold Młyniak ps. "Waldek".
Rozprawę zorganizowano na Zamku w Lublinie, w trybie niejawnym, z pogwałceniem wszelkich przepisów prawnych, odbyła się bowiem zarówno bez
oskarżyciela, jak i bez obrońcy. Oskarżeni usłyszeli zarzut
przynależności do AK, która w oczach nowej władzy miała jeden cel:
obalenie demokratycznego ustroju państwa, udziału w grupie
terrorystycznej, nielegalnego posiadania broni, uchylania się od
mobilizacji do Wojska Polskiego oraz, oczywiście, zorganizowania zamachu
na Bolesława Bieruta i Edwarda Osóbkę-Morawskiego.
Jeden z sędziów, Adam Gajewski, wniósł o umorzenie postępowania, gdyż,
jak argumentował, do żadnego zamachu nie doszło, a działania
przygotowawcze do przeprowadzenia zamachu nie mogą być traktowane w taki
sam sposób jak jego usiłowanie, dlatego nie dopatrzył się znamion
przestępstwa. Przewodniczący składu ppłk Konstanty Krukowski bez
większych problemów przekonał opornego sędziego do zmiany zdania.
Oskarżeni przyznali się do dwóch formułowanych wobec nich zarzutów, a mianowicie do przynależności do Armii Krajowej i posiadania broni, ale
stanowczo twierdzili, że nigdy nie należeli do żadnego ugrupowania
terrorystycznego, jak również nie przygotowywali żadnego zamachu.
Czesław Rossiński zeznał, że wykonywał rozkazy jako oficer AK, za co
jest gotów przyjąć pełną odpowiedzialność. Prosił również o łagodne
wyroki dla "swoich żołnierzy".
Sąd jednak okazał się surowy i 9 kwietnia 1945 roku wszystkich jedenastu
oskarżonych skazał na karę śmierci, utratę praw publicznych oraz utratę
mienia. Rodziny skazanych robiły, co mogły, by skazanych ułaskawiono,
ale ich działania spełzły na niczym. 11 kwietnia 1945 roku wyrok
skazujący zatwierdził naczelny dowódca Wojska Polskiego gen. Michał
Rola-Żymierski, który na dokumencie zamieścił nawet odręczną adnotację:
"Wszyscy oskarżeni, ze względu na ciężkie przestępstwo, na łaskę nie
zasługują. Wyrok natychmiast wykonać"20. W nocy 12 kwietnia
domniemanych zamachowców rozstrzelano, a ich ciała pochowano w nieznanym
miejscu, którego do dziś nie udało się odnaleźć.
Do rzeczywistego zamachu na Bieruta doszło już w lutym 1945 roku i tym
razem sprawy przybrały poważny obrót, bo na teren Hotelu Francuskiego
wdarł się niezidentyfikowany osobnik odziany w mundur oficera NKWD. Z całą pewnością incydent wzmógł czujność służb odpowiedzialnych za
ochronę najważniejszych osób w państwie. "Zmorą dla departamentu ochrony
rządu są defilady i akademie, kiedy towarzysz Bierut przemawia do
"kochających" go mas. Wtedy, na parę dni przedtem, cały departament
ochrony rządu jest w ostrym pogotowiu. Jeżeli akademia ma się odbyć w teatrze, to już poprzedniego dnia nie ma tam żadnego przedstawienia.
Cały budynek obejmuje ochrona rządu. Oficerowie i żołnierze specjalnymi
aparatami do wykrywania bomb i min sprawdzają wszystkie ściany, scenę i wszystkie krzesła czy fotele"21.
W 1946 roku ofiarą "działań terrorystycznych" opozycji
antykomunistycznej stała się nawet siostra Bieruta Julia Malewska.
Malewska w lipcu 1946 roku wpadła przypadkiem w ręce połączonych
oddziałów Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, dowodzonych przez Leona
Taraszkiewicza ps. "Jastrząb", i Narodowych Sił Zbrojnych, pod
dowództwem Stefana Brzuszka "Boruty". W okolicach wsi Brzezina
wymienione oddziały zorganizowały zasadzkę na funkcjonariuszy bezpieki z Chełma. Kiedy jednak okazało się, że konwój z nimi pojedzie zupełnie
inną drogą, niż zaplanowano wcześniej, "Jastrząb" podjął decyzję o zatrzymaniu kilku samochodów, którymi czterdziestopięcioosobowa grupa
jego podkomendnych będzie mogła się wycofać.
W tym celu część z nich przebrała się w mundury Wojska Polskiego, dzięki
czemu mogli bez przeszkód zatrzymać, a potem zarekwirować każdy pojazd.
"W pewnej chwili "Krzewina" [Stanisław Pakuła] zatrzymał i skierował
na bok ładny samochód półciężarowy firmy Bakford - wspominał potem jeden
z uczestników akcji, Edward Taraszkiewicz "Żelazny". - Gdy "Jastrząb"
udał się do niego celem sprawdzenia, kto i co w nim wiezie, zobaczył
kilka osób, które na widok oficera, w mniemaniu, że to UB, przedstawiają
się jako rodzina prezydenta Bieruta"22. W dodatku w zatrzymanym
samochodzie jechała jego jedyna siostra Julia Malewska. Kobieta udawała
się do Chełma, by pomóc synowi w planowanej przez niego przeprowadzce do
Gdańska. Kiedy dowiedziała się, że wpadła w ręce oddziałów zbrojnych,
przez władzę ludową uznawanych za bandytów, doznała szoku. Jak
relacjonował po wielu latach uczestnik tych dramatycznych wydarzeń
Władysław Kobylański "Jerzyk", "ryżoblondyna na pół zemdlała, opadła
spokojnie na siedzenie. Wszyscy pobledli i spojrzeli po sobie"23.
Inny zamachowiec twierdzi, że przerażona kobieta zapytała, czy ona i jej
towarzysze podróży zostaną zastrzeleni.
Tymczasem nikt nie miał zamiaru nikogo pozbawiać życia - zatrzymanych,
których zaczęto nazywać "rodzinką", przewieziono do jednego z gospodarstw, gdzie przetrzymywano ich pod strażą. Pierwszego dnia z "rodzinką" obchodzono się dość obcesowo, ale nikomu włos z głowy nie
spadł, ale już następnego dnia zaczęto ich traktować raczej jak
niespodziewanych, aczkolwiek kłopotliwych gości. Kiedy zasiadano do
stołu, obsługiwano ich jako pierwszych, a kobietom pozwalano nawet na
spacery po okolicy, oczywiście pod czujnym nadzorem. Jedyną "torturą",
której doznali, była konieczność śpiewania pieśni religijnych, i to dwa
razy dziennie: rano wraz z gospodarzami i przebywającymi tam
żołnierzami, była to pieśń Kiedy ranne wstają zorze, a wieczorem -
Wszystkie nasze dzienne sprawy. Malewskiej musiał się przy okazji
przypomnieć rodzinny dom, w którym zapewne panowały właśnie takie
zwyczaje, ponieważ jej rodzice, Wojciech i Marianna Bierutowie,
wychowywali swoje dzieci w duchu religijnym, a nawet, jak wcześniej
wspomniano, przewidywali dla Bolesława karierę duchowną. On sam nie miał
nic przeciwko temu, o czym nie wspominano w oficjalnych materiałach
dotyczących biografii komunistycznego przywódcy.
Rodzina Bieruta przebywała w "niewoli" zaledwie trzy dni, po których, na
rozkaz komendanta Obwodu Włodawa WiN Zygmunta Szumowskiego "Komara",
wszyscy odzyskali wolność, chociaż wcześniej "Jastrząb" planował
wymienić ich za żołnierzy przebywających w więzieniu w lubelskim zamku.
Ostatecznie odstąpiono od tego zamiaru, o czym zdecydowały obawy przed
późniejszą zemstą ze strony władzy i pacyfikacją okolicznych wsi. Zanim
jednak siostra Bieruta i towarzyszące jej osoby odzyskały wolność,
wszyscy dostali do podpisania oświadczenie, którego treści nie znamy.
Zdaniem badaczy dotyczyło to zobowiązania do pomocy w uwolnieniu
więźniów politycznych, w tym żony "Boruty", ale są to tylko
przypuszczenia, bo dokumentu nigdy nie odnaleziono.
Znamy natomiast treść listu do Bolesława Bieruta, który miała przekazać
mu siostra: "Gdybyśmy chcieli zastosować wobec rodziny Pana metody,
jakie stosuje Urząd Bezp[ieczeństwa] Publ[icznego] wobec rodzin
aresztowanych politycznie Polaków - winniśmy rodzinę Pańską zmasakrować,
powybijać zęby, wyłamać ręce. Nie zrobimy tego, nam są obce bestialstwo
i rozpasanie, nie zatraciliśmy etyki chrześcijańskiej, walczymy tylko z tymi, którzy mają umazane ręce w niewinnej krwi bratniej"24. Po
powrocie do domu Malewska odmówiła składania zeznań, zgodziła się
jedynie na rozmowę z bratem, której treści również nie znamy, podobnie
jak nie wiemy, czy przekazała mu list, którego fragment zacytowano
powyżej. Cokolwiek wówczas powiedziała Bierutowi, nie zmieniło to
postępowania dygnitarza wobec działaczy niepodległościowych.
10 września 1951 roku doszło do kolejnego nieudanego zamachu na
Bolesława Bieruta, który tym razem miał zginąć razem z marszałkiem
Polski Konstantym Rokossowskim. Rokossowski był chyba jeszcze bardziej
znienawidzony niż Bierut. Oficjalna propaganda głosiła, że był Polakiem,
obywatele Polski zaś złośliwie mawiali o nim, że jedynie "pełni
obowiązki Polaka". Uczciwie trzeba przyznać, że ze strony ojca
rzeczywiście wywodził się z wielkopolskiej zdeklasowanej szlachty herbu
Glaubicz, a jego przodkowie walczyli o wolność Polski, jego matka
natomiast była Rosjanką. Urodził się w miejscowości Wielkie Łuki w guberni pskowskiej, ale kiedy miał cztery lata, jego rodzina osiadła w Warszawie. Potem oficjalna propaganda zawsze podkreślała jego związki ze
stolicą Polski. Wcielony do rosyjskiej armii, opowiedział się po stronie
rewolucji, a nawet wstąpił w szeregi partii bolszewickiej. Jego
pomyślnie rozwijająca się kariera została brutalnie przerwana w 1937
roku, kiedy, zapewne ze względu na swoje pochodzenie, został oskarżony o współpracę z polskim wywiadem i trafił do łagru.
Wolność odzyskał po wybuchu wojny, bo Stalinowi brakowało dobrych i doświadczonych dowódców. Generalissimus nigdy nie pożałował swojej
decyzji, gdyż Rokossowski okazał się jednym z najwybitniejszych dowódców
w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. W 1944 roku, już jako marszałek Związku
Radzieckiego i dowódca I Frontu Białoruskiego, ponownie znalazł się na
ziemiach polskich. Front zatrzymał się na linii Wisły, gdy w Warszawie,
w której wciąż mieszkała jego siostra, trwały powstańcze walki. Zapewne
w trosce o bezpieczeństwo swojej najbliższej krewnej marszałek usiłował
namówić Stalina do kontynuowania działań bojowych, a nawet, jak chcą
niektórzy jego biografowie, do zdobycia Warszawy. Zapłacił za to
załamaniem kariery - dowództwo przejął marsz. Żukow, od dłuższego czasu
z nim konkurujący, on zaś został dowódcą znacznie mniej istotnego II
Frontu Białoruskiego. Po wojnie wojska II Frontu Białoruskiego zostały
przekształcone w Północną Grupę Wojsk Armii Radzieckiej, która
stacjonowała w Legnicy, zwanej potem "Małą Moskwą".
Rokossowski zawdzięczał Bierutowi mianowanie w 1949 roku na marszałka
Polski, a zarazem ministra obrony narodowej. Komunistyczny przywódca
niezbyt dogadywał się z gen. Rolą-Żymierskim, od 1945 roku piastującym
stanowisko ministra obrony narodowej. Zmiana na ministerialnym stołku
była stosunkowo łatwa, bo polski generał był także źle oceniany przez
Moskwę. Mianowanie Rokossowskiego na najwyższe stanowisku w polskiej
armii poprzedziła kampania propagandowa, w której przedstawiano go jako
Polaka i "syna robotniczej Warszawy". Zmieniono także pisownię jego
nazwiska, usuwając jedną literę "s". Jak zauważa historyk dr Jarosław
Pałka, "Rokossowski czuł się Polakiem, ale przede wszystkim był
komunistą, był żołnierzem oddanym nowemu państwu robotniczemu: Związkowi
Sowieckiemu. Jego polskość w zestawieniu z wyborami ideologicznymi i lojalnością wobec "ojczyzny proletariatu", stawała zawsze na drugim
planie. Choć sporo wycierpiał za swoje pochodzenie w czasie śledztwa i czuł się emocjonalnie związany z Polską, nie rozumiał polskich realiów i realizował przede wszystkim sowiecką politykę uzależniania Polski od
ZSRR"25.
Mając to na uwadze, trudno się dziwić, że jako głównodowodzący i minister obrony narodowej wsławił się walką z polskimi oficerami,
podejrzewanymi o działalność przeciwko socjalistycznym władzom. On też
ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za powołanie do życia Wojskowego
Korpusu Górniczego, będącego brygadą pracy przymusowej, do której
wcielono dziesiątki tysięcy domniemanych wrogów socjalistycznej władzy.
Nic dziwnego, że Polacy, mówiąc oględnie, nie pałali do marszałka
sympatią.
Rokossowski i Bierut mieli zginąć podczas uroczystych dożynek
organizowanych we wrześniu 1950 roku w Lublinie. Inicjatorem planowanego
zamachu i jego głównym pomysłodawcą był Eugeniusz Chudowolski, członek
oddziału Stanisława Łukasika ps. "Ryś", konspiracyjnej organizacji
podziemnej Polska Armia Powstańcza. Nie doszło jednak do realizacji
planu, gdyż niedoszli zamachowcy zostali aresztowani kilka dni przed
uroczystościami. 14 maja 1951 roku Chudowolskiego i jego towarzyszy
broni skazano na karę śmierci, którą wykonano 24 października 1951 roku
w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie.
W 1951 roku Bieruta zaatakował przydzielony do ochrony Belwederu
funkcjonariusz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który strzelił do
prezydenta, kiedy ten przechadzał się po ogrodzie belwederskim. Kiedy
zorientował się, że chybił - popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę.
W lutym następnego roku wydarzył się incydent, który został doskonale
udokumentowany, chociaż, jak się okazało, nie miał nic wspólnego z zamachem na Bieruta. Jak relacjonował płk Wiesław Godziszewski, pewnego
lutowego poranka zauważono podejrzanego osobnika, który przechadzał się
po chodniku ciągnącym się wzdłuż ogrodzenia okalającego pałac
belwederski. Po kilku godzinach został wylegitymowany i wówczas
wyjaśnił, że przyjechał do Warszawy, by na własne oczy zobaczyć
"ukochanego prezydenta".
Wyjaśnienie uznano za wystarczające, ale kiedy po kilku godzinach
mężczyzna nadal krążył wokół rezydencji, w dodatku coraz wyraźniej widać
było, że jest zdenerwowany, podjęto bardziej zdecydowane kroki. "Około
siedemnastej porucznik Markowski o dziwnym zachowaniu obserwowanego
powiadomił porucznika Doskoczyńskiego, który był inspektorem grupy
zabezpieczającej ten rejon belwederskiego płotu - opowiadał Godziszewski
dziennikarzowi Wiesławowi Białkowskiemu. - Obaj postanowili nawiązać
kontakt z Iksem, który na widok zbliżającego się umundurowanego
Markowskiego zaczął coraz szybszym krokiem oddalać się ulicą Bagatela w kierunku placu Unii Lubelskiej. Gdy Iks zaczął biec, w pościg za nim
rzucili się obaj oficerowie. Pierwszy podążał Markowski, a w pewnej
odległości na nim Doskoczyński. [...] Porucznik wprowadził Iksa do
najbliższej bramy i tam chciał go wylegitymować. Ten jednak sięgnął po
pistolet i strzelił. Markowski padł martwy. Słysząc strzały, do bramy
wbiegł Doskoczyński. I on został trafiony. Upadł, a Iks zaczął uciekać w stronę placu Zbawiciela"26. W końcu udało się go schwytać i wtedy okazało się, że tajemniczy Iks nie jest żadnym zamachowcem ani
agentem zachodnich wywiadów, ale pacjentem szpitala psychiatrycznego, w dodatku cierpiącym na urojenia. Wydawało mu się, że jest bezustannie
śledzony i obserwowany, dlatego postanowił spotkać się osobiście z Bierutem i poprosić go o przydzielenie ochrony.
22 lipca 1952 roku, a więc w "urodziny" Polski Ludowej, uchwalono
konstytucję, która znosiła tradycyjny trójpodział władzy na rzecz zasady
jedności władz państwowych. Parlament ograniczono do jednej izby, Sejmu,
jak również zlikwidowano urząd prezydenta, powołując w zamian
piętnastoosobową Radę Państwa. Nie oznaczało to jednak, że Bierut został
odsunięty na boczny tor, gdyż 20 listopada 1952 roku został mianowany
premierem i nadal był I sekretarzem KC PZPR. Obywatele ówczesnej Polski
zdawali sobie sprawę, że pomimo zmiany ustawy zasadniczej i zniesienia
urzędu prezydenta to właśnie on jest najważniejszym człowiekiem w państwie.
Z pewnością z takiego stanu rzeczy nie był zadowolony pewien mężczyzna,
który w 1953 roku wdarł się do Belwederu, gdzie nadal mieszkał
komunistyczny przywódca, a ujrzawszy strażnika, wyjął ukrytą pod
płaszczem siekierę i uderzył nią funkcjonariusza, zabijając go na
miejscu. Potem pobiegł w stronę drzwi, ale, jak to opisał na antenie
rozgłośni Radia Wolna Europa Józef Światło, zanim dobiegł do sterowanych
elektrycznie drzwi, ochrona zdążyła go zabić. Sprawę zatuszowano tak
skutecznie, że późniejszym badaczom nie udało się ustalić ani
tożsamości, ani motywów działania napastnika. Nie wiadomo też, ile
prawdy jest w słowach Światły, który zwracając się bezpośrednio do
Bieruta, pytał: "A pamiętacie, towarzyszu Tomaszu, wybuch pieca do
ogrzewania w gmachu Rady Państwa w Warszawie, kiedy przybyliście na
uroczyste otwarcie? To nie był normalny przypadek. To był zamach na
wasze życie"27. Zdaniem wielu współczesnych historyków to nie był
sabotaż, ale zwyczajny wypadek.
Strzały w Hotelu Francuskim, czyli czy Bierut to naprawdę Bierut?
Trzeba przyznać, że towarzysz Tomasz miał naprawdę dużo szczęścia, skoro
tyle razy udało mu się oszukać przeznaczenie i umknąć zamachowcom.
Przytoczone powyżej przykłady dotyczą jedynie znanych prób zabójstwa
komunistycznego przywódcy, bo można podejrzewać, że były także inne, ale
skutecznie je zatuszowano. Istnieje również teoria, jakoby Bolesław
Bierut nie przeżył jednego z zamachów, a konkretnie wspomnianego
wcześniej ataku w krakowskim Hotelu Francuskim. Zgodnie z tą hipotezą
został wówczas zabity na zlecenie Kremla, aby można go było zastąpić
tzw. matrioszką - łudząco podobnym do niego człowiekiem, przedtem
odpowiednio przyuczonym do swojej roli przez sowieckie służby.
Zwolennicy tej teorii twierdzą, że Bierut, jakiego zapamiętała historia,
nie był jedyną matrioszką w polskich władzach cywilnych i wojskowych. Po
raz pierwszy o matrioszkach polska opinia publiczna dowiedziała się w latach dziewięćdziesiątych XX stulecia, przy okazji wywiadu rzeki,
którego udzielił były peerelowski premier Piotr Jaroszewicz. Polityk nie
powiedział tego wprost, ale zasugerował, że radzieccy towarzysze
sprytnie zastępowali polskich komunistów sobowtórami, wyszkolonymi przez
Moskwę na posłusznych jej agentów, wykonujących bez sprzeciwu wszystkie
rozkazy swoich mocodawców.
A wszystko dlatego, że Stalin z definicji nie ufał Polakom, nawet tym,
którzy otwarcie deklarowali się jako komuniści i których mózgi zostały
skutecznie wyprane podczas ideologicznych szkoleń. Według niego ze
wszystkich zniewolonych przez ZSRR narodów Polacy byli szczególnie
niebezpieczni, bo wykazali się zadziwiającą odpornością na komunistyczną
indoktrynację, charakteryzowali się również silną identyfikacją narodową
i nienawiścią do komunizmu, którą każdy wysysał z mlekiem matki. Na
domiar złego uparcie trwali przy Kościele katolickim i byli bardzo
oporni na ateistyczną argumentację. Generalissimus wciąż pamiętał
problemy, jakie przed wojną sprawiała mu niepokorna Komunistyczna Partia
Polski, której członkowie na jego osobisty rozkaz zginęli w Moskwie, a sama formacja została zdelegalizowana. Bieruta, podobnie jak Gomułkę,
przed tym losem uratowało sanacyjne więzienie.
Szkolenie matrioszek, a potem zastępowanie nimi konkretnych osób
opanowano z czasem do takiej perfekcji, że wszędzie tam, gdzie z jakichś
przyczyn nad interesami ZSRR nie mogli czuwać sami Rosjanie, podstawiono
właśnie lojalne sobowtóry, których prawdziwa tożsamość była ukryta nawet
przed służbą bezpieczeństwa. Ci ludzie, potocznie zwani matrioszkami,
mieli szczególne uprawnienia i odpowiadali przed samym Stalinem, do
którego mieli bezpośredni dostęp. Według zwolenników tej teorii
matrioszką był nie tylko Bierut, ale również Jakub Berman, naczelny
prokurator wojskowy Antoni Skulbaszewski, a nawet... Józef Światło. Jak
twierdził Jaroszewicz, to właśnie wiedza o matrioszkach w Polsce
wpędziła do grobu gen. Karola Świerczewskiego, który wprawdzie był
hołubiony przez Sowietów, ale miał stanowczo zbyt długi język, zwłaszcza
pod wpływem zamroczenia alkoholowego. "Człowiek, który się kulom nie
kłaniał" miał zginąć z rąk NKWD, a nie, jak głosiła oficjalna
propaganda, podczas zbrojnej utarczki z oddziałem UPA w Bieszczadach.
Jaroszewicz dowiedział się o matrioszkach nie od Świerczewskiego, ale od
gen. Grigorija Żukowa z NKWD (zbieżność nazwisk ze słynnym marszałkiem
przypadkowa). Generał miał mu powiedzieć, że do jego głównych obowiązków
należy kontakt z polskimi matrioszkami.
Tradycja wykorzystywania sobowtórów przez bolszewików sięga wojny
domowej, kiedy wyszkoleni przez nich ludzie o fikcyjnych tożsamościach
przenikali do środowiska "białych". Kolejnym etapem było usunięcie
"oryginału" i zastąpienie go sobowtórem. Fizyczne podobieństwo
matrioszki jednak nie było gwarancją sukcesu, dlatego wszyscy
potencjalni dublerzy musieli przejść odpowiednie szkolenie. O tym, że
nie jest to tylko teoria spiskowa, może świadczyć relacja prof. Barbary
Skargi, która za przynależność do AK spędziła dziesięć lat w niewoli
radzieckiej i miała za sobą również pobyt w łagrze na Syberii. W swoich
wspomnieniach relacjonuje, że jednej z jej współtowarzyszek niewoli
zaproponowano, żeby wcieliła się w rolę repatriantki i pod zmienionym
nazwiskiem wyjechała na stałe do Polski. Dziewczyna zgodziła się bez
wahania i później inne więźniarki obserwowały, jak przygotowywała się do
wyznaczonej roli, godzinami ucząc się topografii przedwojennej Warszawy,
bo właśnie w stolicy miała ostatecznie osiąść, nazw sklepów i sklepikarzy działających w mieście przed wojną. Takie samo szkolenie
przechodzili także inni kandydaci na matrioszki.
Podobno przygotowano sobowtóra dla każdego z zagranicznych
komunistycznych przywódców - wyłącznie po to, by w razie gdy zechcą się
"wybić na niezależność", można ich było po cichu zabić i zastąpić
przeszkoloną matrioszką. Sobowtór całymi latami uczył się zatem nie
tylko faktów z życiorysu człowieka, którego miał zastąpić, ale także
jego sposobu bycia, wysławiania się, charakterystycznych ruchów,
zwyczajów i powiedzonek, jak również przyzwyczajeń "oryginału". "Nie
bagatelizowano żadnych istotnych szczegółów - twierdzi Marcin Szymaniak
w publikacji poświęconej zamachom polskim. - Dwaj pracujący dla NKWD
byli polscy księża uczyli np. adeptów elementów obyczajowości
katolickiej. Potem każdy agent poznawał już cechy osobowości i zwyczaje
osoby, za którą miał zostać podmieniony. Stawał się stopniowo
człowiekiem celem, nigdy oczywiście nie stawał się jego perfekcyjną
kopią, niemniej coraz trudniejszym do odróżnienia od
oryginału"28.
Pamiętajmy, że w tych burzliwych czasach ludzie znikali często krewnym
na wiele lat, a na skutek bolesnych i nieraz traumatycznych przeżyć
nietrudno było "o rozstrój nerwowy czy szaleństwo. Biorące się ni stąd,
ni zowąd różnice w zachowaniu łatwo było złożyć na karb wycieńczenia,
napięcia nerwowego, postępujących zaburzeń psychicznych"29.
W efekcie mistyfikacja była tak doskonała, że nawet najbliższa rodzina
nie zorientowała się, że ma do czynienia z sobowtórem krewnego.
Świerczewski w stanie upojenia alkoholowego miał zdradzić
Jaroszewiczowi, że w listopadzie 1942 roku cztery matrioszki znalazły
się w szeregach osiemdziesięciotysięcznej armii Andersa, skutecznie
zastępując zamordowane wcześniej "oryginały". Nie trzeba dodawać, że
żaden z sobowtórów nie został nigdy zdemaskowany. Wszyscy czterej
przeszli wraz z armią Andersa cały szlak bojowy, a potem, już jako
mieszkający na Zachodzie weterani, rozpracowywali środowiska emigracji
polskiej.
Matrioszki znalazły się również w armii Berlinga, "Z akt dowództwa
Wojskowej Służby Wewnętrznej wynika, że do wojska Berlinga wciśnięto
wówczas ok. 50 osób z fałszywymi życiorysami - twierdzi historyk dr Lech
Kowalski. - Nie wiadomo, ilu z nich to były sensu stricto matrioszki.
Ludzie ci rozpłynęli się po ludowym wojsku, obstawiając głównie pion
informacji wojskowej, kwatermistrzostwa, służb medycznych oraz
polityczny. Niewykluczone, że w późniejszych czasach wstawiano do armii
kolejnych osobników tego typu i ich liczba w polskim wojsku
rosła"30.
Tymczasem Żukow przyznał się Jaroszewiczowi, że do armii Berlinga udało
mu się wprowadzić jedynie cztery matrioszki, a dwie kolejne trafiły do
Polskiej Partii Robotniczej, która powstała 2 stycznia 1942 roku na
terenie okupowanej Warszawy.
Zdaniem części zwolenników teorii o matrioszkach Bolesław Bierut, który
na trybunie pozdrawiał manifestujących na pochodzie z okazji 1 maja, nie
był tym samym człowiekiem, którego w 1943 roku Sowieci zrzucili do
Polski. Jak mówił historyk Paweł Wieczorkiewicz w wywiadzie udzielonym
"Dziennikowi", "są silne poszlaki, by twierdzić, że zrzucony w 1943 roku
do Polski Bierut nie był przedwojennym Bolesławem Bierutem, ale agentem
sowieckim, dublerem Bieruta. Prawdziwy Bierut został zrzucony później i przez jakiś czas działali wspólnie, bo dubler był świetnie wyuczonym,
idealnym sobowtórem oryginału"31.
Najwyraźniej jednak Bierut czymś się Stalinowi naraził, skoro zdecydował
się pozbyć "oryginalnego" Bieruta, zastępując go dublerem. Miało do tego
dojść podczas wspomnianego wcześniej zamachu w Hotelu Francuskim w Krakowie. Cała sprawa jest o tyle zagmatwana, że współcześni badacze nie
mają pewności, czy doszło do tego w 1945 czy w 1947 roku, gdyż w literaturze przedmiotu można znaleźć obie daty. Marcin Szymaniak, autor
publikacji Zamachy polskie, opowiada się za 1945 rokiem. Według niego
oraz wielu innych badaczy Bierut przybył do Krakowa w związku z wydarzeniem kulturalnym, którego jako zdeklarowany wielbiciel sztuki nie
mógł przegapić - w otwieranym właśnie na nowo Teatrze im. Słowackiego
miała się odbyć premiera Wesela. 10 lutego 1945 roku do hotelu wszedł
szczupły mężczyzna średniego wzrostu, odziany w mundur kapitana NKWD.
Skrót NKWD oznaczał Narodnyj Komissariat Wnutriennich Dieł, czyli Ludowy
Komisariat Spraw Wewnętrznych, będący głównym organem bezpieczeństwa w ówczesnej Rosji. Stalin uczynił z niego bezwzględnie mu posłuszną
policję polityczną używaną do walki z wrogami systemu. Z wrogami
systemu, głównie z państwem podziemnym, NKWD walczyło już w "Polsce
lubelskiej", gdzie zorganizowało, samodzielnie bądź we współpracy z polskim komunistycznym Urzędem Bezpieczeństwa, sieć więzień. Potem siało
terror na terytorium całej, wyzwolonej spod okupacji Polski, a polscy
komuniści, organizując własną policję polityczną, sięgali po kadry
wyszkolone wcześniej w KGB.
Wspomniany kapitan bez najmniejszych przeszkód wszedł na teren hotelu,
nie wzbudzając podejrzeń stojących przed wejściem wartowników, którym
pospiesznie machnął przed oczyma jakąś legitymacją. Można sądzić, że
nawet gdyby nie okazał żadnego dokumentu, bez problemu wszedłby do
środka - pilnujący wejścia funkcjonariusze woleli bowiem nie narażać się
nikomu z NKWD. Ochrona Bieruta strzegąca szefa w środku hotelu również
nie zareagowała - widok radzieckiego oficera idącego na spotkanie z komunistycznym przywódcą nie był w końcu niczym niezwykłym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki