Rozdział I
I
Jezdnia wprost zajęczała. Ciemnostalowa, ciężka limuzyna Opel-Admiral
gna alejami Ujazdowskimi z zawrotną szybkością. Świetna maszyna, skoro
na krótkim stukilkudziesięciometrowym odcinku potrafi rozwinąć taką
szybkość.
Nagle zza rogu Piusa wyskoczył łukiem samochód osobowy marki Adler. Niby
przypadkiem skręca w aleje Ujazdowskie, zajeżdża drogę pędzącej
limuzynie. Zgrzyt i pisk hamulców przeszywa ciszę jezdni. Umieszczony na
środku maski pierwszego wozu żółty reflektor błyska silnym światłem.
Wszyscy kierowcy samochodów, kursujących w Rzeszy i krajach okupowanych
przez Niemców, wiedzą, że na ten znak trzeba natychmiast ustąpić
miejsca. Takiego żółtego reflektora używają tylko wozy wysokich
dostojników niemieckich.
Adler posłusznie staje, czarny samochód rusza więc dalej. Lecz cóż to:
równocześnie rusza i Adler. Znów się zapala żółte światło. I znów obaj
kierowcy dwóch naprzeciw siebie jadących wozów naciskają na zmianę to
hamulec, to starter. Ten pojedynek nie może trwać długo. Wozy są coraz
bliżej siebie, w końcu sczepiają się zderzakami i unieruchomione stają.
I wtedy z chodnika długimi susami wyskakuje na środek jezdni młody,
zwinny człowiek. Spod rozpiętego płaszcza błyska pistolet maszynowy.
Jeszcze jeden krok...
Był maj 1943 r. Nad Warszawą unosiły się jeszcze dymy po krwawej
likwidacji powstania żydowskiego. Wśród ruin i zgliszcz dawnego getta
jedynym "zamieszkałym" budynkiem był kompleks gmachów więziennych przy
ulicy Pawiej, zwany powszechnie "Pawiakiem". Zupełna izolacja więzienia
od reszty zamieszkałego miasta umożliwiała Niemcom dokonywanie nowych
zbrodni. Kilka razy w miesiącu z cel więziennych wyprowadzano w ruiny
kolumny więźniów, których rozstrzeliwano na miejscu seriami z karabinów
maszynowych. Ciała, dla zatarcia śladów, od razu palono.
Polskie organizacje podziemne trudnymi i niebezpiecznymi drogami
otrzymywały od swoich ludzi z Pawiaka tragiczne meldunki:
"Dnia 29 maja wyprowadzono z więzienia i rozstrzelano w ruinach getta 25
kobiet i 550 mężczyzn. Egzekucja z broni maszynowej trwała od godziny 8
do 13. Dobrze słyszeliśmy z więzienia...".
Ta nikczemna forma terroru niemieckiego w Warszawie nie mogła pozostać i nie pozostawała bez odpowiedzi. Polska Podziemna wydawała wyroki śmierci
na oprawców i katów niemieckich, którzy szczególnie "zasłużyli się" w niszczeniu narodu polskiego.
Na ulicach Warszawy padały strzały, z hukiem rozrywały się granaty
rzucane na większe skupiska Niemców, w powietrze wylatywały niemieckie
pociągi, wiozące transporty wojska, broni oraz amunicji.
To zemsta za Pawiak, za niewinnie przelaną krew setek umęczonych przed
śmiercią Polaków. "Pawiak pomścimy" - głosiły hasła pisane na murach
kamienic. "Pawiak pomścimy!". To już nie były same tylko słowa, to także
czyny.
Przystanek tramwajowy za placem Wilsona na Żoliborzu. Potem w dużym
bloku z bramy na lewo, po stopniach na górę. Trzy dzwonki.
Przez lekko uchylone drzwi spojrzały na nowego przybysza bystre,
pytające oczy.
- Ach, to ty... Chodź prędzej, wszyscy już czekają.
W małym pokoju, przy zasłoniętych oknach, siedziało już kilku młodych
ludzi. Na stole przed nimi leżał pistolet.
- Na dzisiejszej zbiórce - mówił starszy nieco wiekiem instruktor -
zapoznamy się z budową i działaniem pistoletu wojskowego Vis, kaliber...
Młode oczy pochłaniały widok broni. W pamięci zapisywano starannie każdy
szczegół. Składanie i rozbieranie pistoletu przebiegało sprawnie.
Chłopcy z przejęciem przymierzali jego rękojeść do dłoni.
Potem jeszcze tzw. teoria - nauka regulaminów wojskowych i zbiórka
pododdziału Armii Krajowej skończona. Przed wyjściem instruktor
odciągnął na bok gospodarza lokalu.
- Słuchaj, "Lot", będzie robota. Trzeba zlikwidować jednego szwaba. Jest
decyzja, że ty weźmiesz w tym udział. O szczegółach dowiesz się później.
Po odprowadzeniu przełożonego do drzwi "Lot" z wypiekami na twarzy
powrócił do kolegów. Miał wielką chęć podzielić się z przyjaciółmi
usłyszaną wiadomością. Konspiracja wymaga jednak milczenia.
Młodzieńcy tymczasem żywo komentowali ostatnie wiadomości z wszystkich
frontów, walk z Niemcami. Potem rozmowa przeszła na sprawy warszawskie.
- Wiecie, na Pawiaku jest coraz straszniej. Siedzi tam ojciec mojego
kolegi, który przysyła od czasu do czasu grypsy... Zastępca komendanta
Pawiaka to sadysta, bestia w ludzkim ciele. Ostatnio wymyślił nową
gimnastykę dla więźniów. Na podwórko więzienne wyrzucany jest żużel z kotłowni, często jeszcze gorący, a więźniowie muszą się po tym czołgać.
Ludzie mają pozdzieraną i popaloną skórę na piersiach. Ten kat zawsze
chodzi z psem, którym szczuje więźniów.
Słuchając tych słów "Lot" nie przypuszczał, że właśnie jemu przypadnie w udziale uczestnictwo w wykonaniu wyroku śmierci na krwawego sadystę,
zastępcę komendanta Pawiaka Franza Bürckla, oberscharführera SS.
Termin zamachu wyznaczono na 5 września 1943 roku. Dokładna, trwająca
wiele dni praca wywiadu doprowadziła do zidentyfikowania osoby Bürckla;
ustalono jego miejsce zamieszkania - przy ulicy Polnej 22, wejście od
ulicy Oleandrów. Stwierdzono też, że co drugi dzień Bürckl udawał się na
Pawiak. Jeździł on samochodem wraz z innymi członkami załogi Pawiaka z siedziby gestapo przy Alei Szucha 25. Trasę z domu do gmachu gestapo
przebywał najczęściej pieszo. Na tym odcinku postanowiono dokonać
zamachu. Miejsce akcji wyznaczono na rogu Litewskiej i Marszałkowskiej.
W środę 5 września 1943 roku zamachowcy czekali na próżno. Bürckl tego
dnia nie wyszedł o normalnej porze. Przesunięto więc termin akcji na
piątek 7 września.
Rozdział II
II
Zadanie było niełatwe. Dzielnicę tę w okresie okupacji zamieszkiwali
prawie wyłącznie Niemcy. Tu mieściły się ważniejsze niemieckie biura i urzędy. Ale tylko w tym punkcie - w samej paszczy lwa, akcja miała
największe szanse powodzenia.
7 września 1943 roku o godzinie 9.50 patrol bojowy zajmuje wybrane
uprzednio stanowiska na Marszałkowskiej. U wylotu Oleandrów, obok
przystanku tramwajowego, rozmawia z ożywieniem dwóch panów. To dowódca
patrolu "Jeremi" i wywiadowca, którego zadaniem jest rozpoznanie
Bürckla, zamachowcy bowiem go nie znają. Z tego punktu obaj mają wgląd w ulicę Oleandrów i Litewską.
Po drugiej stronie, tuż koło przystanku na rogu Litewskiej, stoi
elegancko ubrany "Lot" obok grupy trzech żandarmów i trzech policjantów
czekających na tramwaj. Parę kroków dalej w stronę placu Unii przystanął
w bramie "Kędzior". Na drugim narożniku Litewskiej "młody melancholijny
muzyk" (tak scharakteryzowano później "Dietricha"), z futerałem do
skrzypiec pod pachą, wpatruje się w stojący przy chodniku samochód.
Trudno może w to uwierzyć, ale właśnie w takich sytuacjach, pełnych
napięcia i grozy, w ciągu kilku minut oczekiwania na umówiony znak widzi
się wszystkie otaczające przedmioty szczególnie ostro. Pamięta się kolor
sukienki przechodzącej obok dziewczyny, bardziej soczysta wydaje się
zieleń drzew, wrześniowe słońce mocniej grzeje. Sekundy wydają się
minutami, minuty - godzinami. I nagle jakieś poruszenie na ulicy
koncentruje znów uwagę wokół akcji.
Tym razem jest to sprawa poważniejsza. Od strony placu Zbawiciela
nadjeżdża patrol motocyklowy. Motory zatrzymują się o jakieś 100-200
metrów przed ulicą Oleandrów. Psiakrew! A to niespodziewani "goście"!
Może jednak zaraz odjadą... W tym momencie wywiadowca rozpoznaje
Bürckla. Wyszedł przed chwilą z domu. Lecz co to? Nie idzie sam.
Towarzyszy mu żona, która prowadzi wózek z dzieckiem. Idą ulicą
Oleandrów w kierunku Marszałkowskiej, zapewne na Litewską i dalej na
Szucha.
Dowódca patrolu "Jeremi" odprawił wywiadowcę. Wie już do kogo ma
strzelać. Przez ułamek sekundy waha się. Może jednak nie dziś? Może
kiedy indziej nie będzie patrolu schupo1 z karabinami
maszynowymi na motocyklach, może Bürckl będzie szedł bez żony i dziecka?
Nie! Rozkaz trzeba wykonać. Może to zresztą już jedyna okazja. Przed
dwoma dniami czekali tu daremnie. Gdyby mieli tu przyjść po raz trzeci,
mogłoby to zwrócić uwagę Niemców. A więc dziś, teraz!
Bürckl przechodzi właśnie na drugą stronę ulicy Marszałkowskiej. Powoli,
kilka kroków za nim, "Jeremi" schodzi na jezdnię. To sygnał do
rozpoczęcia akcji. Samochód osobowy, stojący przy Litewskiej, zapuszcza
silnik. Dłonie chłopców spoczywają już na rękojeściach pistoletów. Muzyk
"Dietrich" otwiera futerał skrzypiec.
Bürckl jest już na samym rogu Litewskiej. Już wchodzi na chodnik. Wtedy
pada siedem strzałów z pistoletu "Jeremiego". Trafiony oprawca z Pawiaka
osuwa się na bruk...
Przejeżdżający tramwaj, pełen Niemców na przednim pomoście, zatrzymuje
się ze zgrzytem i piskiem hamulców przed przystankiem. Wyskakujących
SS-manów wita "melancholijny muzyk", który wyszarpnął już z futerału do
skrzypiec swój pistolet maszynowy. "Kędzior" wyskakuje z bramy i krótkimi seriami stena kładzie grupę SS-manów. Niemcy chowają się za
wagon i otwierają ogień. Odzywa się również patrol motocyklowy
"schupowców" - ostrzeliwuje ich "Jeremi". Tymczasem "Lot" doskakuje do
zabitego Bürckla, rewiduje go i zabiera dokumenty.
Sytuacja wydaje się beznadziejna. Niemcy strzelają z wszystkich już
stron. Największy ogień idzie od tramwaju. Nie można odpowiadać tym
samym, bo w wagonach są Polacy. Stłoczeni pasażerowie pokładli się na
podłodze. Tylko od czasu do czasu głowa jakiegoś ciekawego mężczyzny
wygląda przez okno, by natychmiast się ukryć.
Samochód odwodowy czeka z zapalonym motorem, gotów w każdej chwili do
odjazdu. Ale jak, którędy?
"Jeremi" daje znak do odwrotu. "Dietrich" rzuca jeszcze filipinkę w stronę Niemców, strzelających przy tramwaju. Filipinka dużych szkód nie
czyni, ale powstrzymuje na chwilę ogień Niemców. To wystarcza.
Zamachowcy są już w samochodzie. Wóz rusza i pełnym gazem gna naprzód. Z okna jeszcze kilka serii w stronę patrolu schupo i przemykają koło
niemieckich motocykli. Karoserię samochodu tną kule. Raptownie skręcają
w lewo w stronę ulicy Polnej. Zabezpieczając się przed pościgiem,
zamachowcy rozrzucają za sobą na jezdni całą skrzynkę specjalnie
przygotowanych kolców. Motocykle schupo musiały na nich ugrząźć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki