Zamach dynamitowy - Jack Cort

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I.

Wybuch bomby.

Nick Carter wraz ze swoimi pomocnikami bawił chwilowo w Chicago.

Ubiegłej nocy udało mu się szczęśliwie oswobodzić pewnego uprowadzonego i więzionego milionera i właśnie zajęty był uregulowaniem rachunku hotelowego aby niezwłocznie udać się w drogę powrotną do Nowego Jorku.

W tem, do stołu przy którym Nick Carter kończył właśnie śniadanie, przystąpił chłopiec hotelowy i podał mu bilet wizytowy, nadmieniając, że pewien pan choe z nim pomówić w nader ważnej i pilnej sprawie.

Detektyw rzucił okiem na kartę, na której widniało nazwisko "Kenneth Glenn" poczem polecił chłopcu zaprowadzić gościa do jednego z hotelowych pokoi przyjęć, dokąd sam zamierzał się udać.

Chłopiec powrócił do westibulu, w którym nieznajomy oczekiwał odpowiedzi, rozmawiając z nieco starszym od siebie towarzyszem.

- Proszę, zechce się pan udać za mną-rzekł chłopiec-Mr. Carter oczekuje pana.

Kenneth Glenn, ów młodzieniec, który detektywowi posłał swój bilet wizytowy, szepnął teraz coś swemu towarzyszowi, przyciszonym głosem:

- All right-odparł tenże cicho. - Oczekiwać będę twego powrotu u ciebie.

Z temi słowy oddalił się, podczas gdy Kenneth Glenn udał się za chłopcem do jednego z niższych pokojów przyjęć olbrzymiego hotelu.

Nick Carter zaś udał się zaraz za chłopcem do westibulu i tu obserwował swego gościa i jego towarzysza. Obydwaj byli mu nieznanymi zupełnie; nie mógł się nawet domyślić w jakiej sprawie chciał się z nim Kenneth Glenn widzieć-chyba, że popełniono nową jakąś zbrodnię, której wyświeilnie chciano mu powierzyć.

Glenn, był młodym, zaledwie dwudziestoletnim mężczyzną, ubranym według najświeższej mody, lecz wyraz jego twarzy był poważny i zachmurzony. Ze spuszczonym wzrokiem i zaciśniętemi ustami udał się za chłopcem hotelowym. Widocznem było, że dokuczało mu jakieś zmartwienie.

Jego nieco starszy towarzysz zrobił na Nicku jaknajgorsze wrażenie. Szczególniej podpadł mu surowy, zdecydowany wyraz twarzy i przenikliwe oczy. Gdy Nick wszedł do gabinetu, Glenn przerwał swoją niespokojną przechadzkę po pokoju i szybko przystąpił do detektywa, który jak zwykle w obcem mieście, pojawił się starannie ucharakteryzowany.

- Chciałeś pan ze mną mówić, Mr. Glenn? - odezwał się Nick bardzo poważnie.-Czem mogę panu służyć?

- Nie wiem, czy wogóle ktokolwiek może mi pomódz-lecz szef tutejszej policyi mówił mi że pan jesteś jedynym człowiekiem na świecie... posłał mnie do pana z tym oto listem - odparł głucho Kenneth Glenn nie podnosząc wzroku.

Detektyw wziął w milczeniu list i czytał:

"Kochany panie Carterze! Obawiam się, że Chicago już opuściłeś! Jeżeli jednak jeszcze tutaj bawisz, wyświadczysz mi pan wielką przysługę, jeżeli oddawcy niniejszego panu Kennethowi Glennowi przyjdziesz z pomocą. Jest to już drugie morderstwo, o którem mi dziś rano doniesiono. Chciałbym zatem wszystkich moich podwładnych użyć do śledzenia sprawców tajemniczego zabójstwa, popełnionego na osobie jednego z najpoważniejszych naszych adwokatów, Mr. Józefa Wallera. Prosiłbym więc, drugą sprawę, nie mającą z pierwszą nic wspólnego, wziąć w swoje ręce".

- A więc, chodzi tutaj o morderstwo? - zapytał się Nick.

- O mojego... ojca!-wyszeptał złamanym głosem młodzieniec.

- To bardzo smutne! Musisz się pan jednak uspokoić i podać mi bliższe szczegóły!

- Spróbuję, chociaż sam wiem bardzo mało!

Nick wysłuchał cierpliwie dość zagmatwanego początkowo opowiadania. Z własnego doświadczenia wiedział, że osoby, dotknięte nagłym a niespodziewanym ciosem, rzadko tylko zdolne są myśleć i mówić jasno; zastanowiło go więc bardzo, że młodzieniec ów, po przezwyciężeniu nieśmiałości, zaczął opowiadać jasno i zwięźle.

- Mieszkamy we własnym domu przy La Crosse Avenue-opowiadał Kenneth Glenn. - Nasza rodzina składa się... czyli właściwie składała się do dziś rana... z trzech osób. Z mojego ojca Mateusza, mojej siostry May i ze mnie. Służbę zaś naszą stanowili: stangret, kucharka, służąca i pokojówka. Oprócz mnie wszyscy mieszkańcy domu byli wczoraj wieczór w swoich pokojach. Ja zaś powróciłem do domu około godziny dziesiątej, właśnie w chwili, gdy mój ojciec zamierzał udać się na spoczynek; siostra moja udała się już rychlej do swej sypialni.

- Przepraszam, chwileczkę!-przerwał mu detektyw.-Wyrażasz się pan bardzo jasno i z tego powodu chciałbym panu zadać kilka pytań. Czy dobrze więc zrozumiałem: wszyscy mieszkańcy udali się wczoraj wieczór wcześnie na spoczynek?

- Tak jest!

- Czy odpowiadało to zwyczajom domowym?

- Tak i nie! Jeżeli nie jesteśmy na wizycie, w teatrze, na koncercie, udajemy się rychło na spoczynek. Wstajemy zaś rano około ósmej godziny

- Czy nawet i wtedy, gdy wcześnie kładziecie się spać? - pytał się dalej Carter.

- Tak, przynajmniej pozostajemy tak długo w naszych sypialniach. Około szóstej godziny rano służąca stawia przed każde drzwi talerz z owocami, jest to zwyczaj wprowadzony przez mojego ojca - i często już moje owoce spożyłem na dwie godziny przed zejściem na dół.

- O której udałeś się pan dzisiaj do jadalni?

- Dziś było dość późno - upał wśród nocy bardzo mi dokuczał. Na dole czekała już nawet siostra, na mnie i na ojca. Siostra dziwiła się, że ojciec zwykle tak punktualny, dziś się opóźnia. Służąca zaś twierdziła, że ojciec przed godziną otworzył drzwi aby zabrać talerz z owocami.

- To znaczy, że pański ojciec około godziny ósmej był jeszcze przy życiu?-przerwał detektyw.

- Tego nie wiem, gdyż ja znajdowałem się w mojej sypialni na górze.

- Czy służąca widziała ojca, lub czy mówiła z nim?-badał Nick dalej.

Po raz pierwszy podniósł Kenneth Glenn spuszczone dotąd oczy.

- Tego nie wiem - w przerażeniu, nie pomyślałem o tem aby dziewczynę wypytać! - odparł wreszcie, znów spuszczając wzrok.

- Nic nie szkodzi - uczynię to sam... co się działo dalej?

- Poleciłem więc dziewczynie, aby udała się do ojca z wiadomością, że czekamy nań ze śniadaniem - podjął na nowo opowiadanie Kenneth Glenn. Lecz po upływie minuty usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk służącej. Naturalnie, że natychmiast pobiegłem na górę. Po drodze spotkałem łkającą dziewczynę. Napróżno wypytywałem się o powód jej płaczu; wskazała ręką sypialnię mojego ojca. Wszedłszy tutaj spostrzegłem ojca leżącego na ziemi, trzymającego w prawej ręce brzytwę, z przeciętego gardła płynęła struga krwi.

Opowiadający umilkł, jakby wzruszony wspomnieniem strasznego widoku i dłonią zasłonił sobie oczy.

- Well, Mr. Glenn - odezwał się po chwili Nick-według pańskiego opowiadania ojciec popełnił samobójstwo... mówiłeś pan o brzytwie...

-Tak jest, śmierć musiała mojego ojca zaskoczyć podczas golenia. Policzki były namydlone a reszta przyborów leżała na gotowalni. Pod brodą, jak zwykle, miał zawiazną serwetę... a jednak to nie było samobójstwo! Na kobiercu leżała okrwawiona siekiera. Mojego biednego ojca napadnięto znienacka z tyłu... otrzymał co najmniej dwa uderzenia... jedno w szyję, drugi cios ugodził go w tylną część głowy i zdruzgotał czaszkę.

Tym razem Nick nie pozostawił swemu gościowi ani chwilki czasu do namysłu, wiedząc że w tym wypadku należało badać szybko, nie tracąc ani sekundy.

- Czy ojciec pański był wysokim mężczyzną? zapytał się szybko.

- Nie, był nieco niższym odemnie.

- Czy ciało było jeszcze ciepłe?

- Mogę tylko powiedzieć, że według zdania lekarza, śmierć nastąpila najdalej przed dwoma godzinami.

- Przywołałeś pan zatem lekara. Czy poczyniłe oprócz tego jeszcze jakie kroki?

- Tak, gdy lekarz stwierdził śmierć ojca, zawiadomiłem policyę, objaśnił Kenneth Glenn stłumionym głosem, chwytając się znów za czoło.

- Udałeś się pan zatem niezwłocznie do głównego biura policyjnego?

- Tak jest, sądziłem że w tak ważnym wypadku najlepiej będzie udać się wprost, a nie za pośrednictwem komisarza obwodowego.

- Słusznie. Dyrektor odesłał pana do mnie... a ja biorę tą sprawę w swoje ręce!

- Jest to dla mnie wielką pociechą. Nie potrzebuję zapewniać, że moja siostra i ja poniesiemy wszelkie powstałe stąd koszta!

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.