Rozdział 1
Elementy układanki
W lutym 1986 roku do magazynu "Soviet Life" dołączony został dziesięciostronicowy kolorowy dodatek na błyszczącym papierze. Nosił on tytuł: Pokój i dostatek w Prypeci. Z artykułu wynikało, że Prypeć to kosmopolityczna idylla. "Dziś miasto zamieszkują przedstawiciele ponad trzydziestu różnych narodowości z obszaru całego Związku Radzieckiego", pisali autorzy. "Ulice toną w kwiatach. Bloki mieszkalne stoją pośród sosnowych zagajników. Na każdym osiedlu działają szkoła, biblioteka, sklepy, obiekty sportowe i place zabaw. Rano ruch jest niewielki. Widać tylko młode kobiety z wózkami, które spacerują niespiesznie".
Jedynym problemem miasta był brak miejsca dla nowo przybyłych. "W Prypeci obserwuje się obecnie boom demograficzny", stwierdzał burmistrz. "Wybudowaliśmy mnóstwo żłobków i przedszkoli, cały czas powstają kolejne, ale potrzeby rosną coraz szybciej".
Trudno się temu dobrobytowi dziwić, zważywszy, że to właśnie w Prypeci znajdował się cud radzieckiej techniki: elektrownia atomowa w Czarnobylu. To ona zatrudniała wielu mieszkańców miasta. Jeśli wierzyć artykułowi, zakład zapewniał dobre zarobki i energię "ekologicznie czystszą niż elektrownie cieplne, w których spala się ogromne ilości paliw kopalnych".
A co z bezpieczeństwem? Radziecki minister, którego zapytano o to wprost, odpowiadał z pewnością godną swojego urzędu: "Do awarii takiego reaktora może dojść raz na dziesięć tysięcy lat"18.
Jak wiemy, zaledwie kilka miesięcy po publikacji peanu o życiu w Prypeci miasto przeistoczyło się w radioaktywną ruinę. O godzinie 1.23 w nocy 26 kwietnia 1986 roku doszło do stopienia rdzenia reaktora czwartego czarnobylskiej elektrowni, w wyniku czego nastąpił wybuch, który zdarł dach o masie tysiąca ton. Wkrótce później nad Prypecią unosiło się w powietrzu czterystakrotnie więcej materiału radioaktywnego niż po zrzuceniu bomby na Hiroszimę.
Maksymilian (w skrócie Max) Rafailovych Levchin miał wtedy dziesięć lat i spał spokojnie sto pięćdziesiąt kilometrów od miejsca, w którym doszło do wybuchu. Obudził się w nowej rzeczywistości, która ukształtowała się pod wpływem katastrofy w Czarnobylu. W pierwszych nerwowych chwilach po wypadku rodzice wsadzili go wraz z bratem do pociągu, który miał ich wywieźć jak najdalej. Podczas tej podróży poddano go badaniu licznikiem Geigera-Müllera, a odczyt przekroczył wszelkie normy. Jak się okazało, winę za ten stan rzeczy ponosił cierń róży, który utkwił mu w bucie. Chłopiec najadł się nie lada strachu, sądząc, że grozi mu amputacja kończyny.
***
Katastrofa w Czarnobylu zmieniła życie całej rodziny Levchina. Jej skutki odczuła w szczególności jego matka Elvina Zeltsman, która była fizykiem i pracowała w laboratorium pomiarów radiologicznych w Instytucje Nauk o Żywności.
Przed wybuchem w elektrowni w jej pracy działo się niewiele. Jak wspominał Levchin, do jej obowiązków należało codzienne potwierdzanie bezpieczeństwa ukraińskiego (nieradioaktywnego) chleba. Po katastrofie z północy Ukrainy zaczęła napływać skażona żywność, matka Levchina miała więc znacznie więcej znacznie bardziej odpowiedzialnej pracy.
Aby wesprzeć ją i jej współpracowników, radziecki rząd wysłał do urzędu dwa komputery: własnej produkcji DVK-2 oraz pochodzące z Niemiec Wschodnich urządzenie Robotron PC 1715. Levchinowi, któremu zdarzało się chodzić z matką do pracy, komputery wydawały się z początku nieporęczne i nudne. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy pojawiła się pierwsza gra na DVK-2, a mianowicie Stakan (to jedna z nazw gry Tetris, opracowanej przez inżynierów Radzieckiej Akademii Nauk w 1984 roku), która całkowicie pochłonęła Levchina.
Wkrótce zainteresował się również Robotronem. Urządzenie zostało wyposażone w kompilator języka Pascal, za którego sprawą dało się przełożyć kod napisany przez człowieka na zbiór poleceń zrozumiałych dla maszyny. Do opakowania dołączono też piracką wersję podręcznika do Turbo Pascala 3.0, z której można się było dowiedzieć, jak z kompilatora korzystać. W Związku Radzieckim takie podręczniki należały do rzadkości, więc ten stał się dla Levchina swego rodzaju biblią.
Chłopak szybko nauczył się pisać proste programy i nie potrafił oprzeć się pokusie pisania kolejnych. "Nagle dotarło do mnie, że można powiedzieć maszynie, że ma zrobić w przyszłości coś, o czym będziemy wiedzieć dopiero w późniejszym czasie", wspominał po latach. "Odtąd nie musiałem już wiedzieć wszystkiego, żeby czegoś dokonać. Można po prostu zacząć pewne rzeczy spisywać, a one się potem wydarzą samoistnie"19. Wcześniej Levchin planował zostać nauczycielem matematyki. Teraz zapowiadał wszystkim, że gdy dorośnie, będzie programować komputery.
Choć uwielbiał zarówno programowanie, jak i granie, komputery w zakładzie matki służyły zasadniczo celom innym niż jego rozrywka. Zainstalowano je po to, aby usprawnić proces raportowania o skażeniu radzieckiej żywności. Elvina zorientowała się, że jej syn radzi sobie z komputerami lepiej od niej, więc zaangażowała go do pomocy i umówiła się z nim, że gdy jej zadania zostaną wykonane, on może używać maszyn do własnych celów.
Levchin nie miał niestety zbyt wielu okazji do swobodnego korzystania z komputerów. Aby więc nie marnować cennego czasu Robotrona, opracował system: kod przygotowywał wcześniej ołówkiem na kartce, w parku w pobliżu domu. Gdy praca mamy była wykonana, przepisywał do komputera to, co sobie przygotował w notesie, i czekał na werdykt maszyny. "Czy jeśli przepiszę słowo w słowo to, co mam w notatniku, to program się skompiluje i uruchomi, czy też trzeba będzie coś w nim poprawić?"20.
To doświadczenie nauczyło go dbałości o wysokie standardy. "Gdy myślę o sobie jako o programiście, zawsze wracam do początków z tymi marnymi maszynami", powiedział Levchin. "To było [...] bardzo proceduralne programowanie, w różnych językach asemblera. [...] Zapewne między innymi dzięki temu trochę się wyróżniam, a na pewno jestem wytrwały jako programista. Prawda jest taka, że po prostu nie mogłem iść na łatwiznę"21.
***
W rodzinie Levchina zasadniczo nie szło się na łatwiznę. Jego przodkowie mieli żydowskie korzenie, a kolejnym pokoleniom przyszło żyć w antysemickim kraju, musieli więc na wszystko pracować dwukrotnie ciężej i mierzyli się z przeszkodami zupełnie nieznanymi innym. Pewnego ranka ojciec Levchina zobaczył, że ktoś wymalował im farbą na drzwiach gwiazdę Dawida. Od rodziców Levchin usłyszał, że jeśli chce dostać się na najlepszą uczelnię, to musi ukończyć szkołę z najlepszym wynikiem z rocznika.
Pomimo tych utrudnień jego rodzina osiągnęła bardzo wiele, począwszy od babki ze strony ojca. Doktor Frima Iosifovna Lukatskaya mierzyła tylko nieco ponad metr czterdzieści, ale wyróżniała się niespożytą energią. Ukończyła studia w dziedzinie astrofizyki i pracowała w Głównym Obserwatorium Akademii Nauk w Kijowie. Miała spory wkład w rozwój spektroskopii astronomicznej, która to dziedzina zajmuje się pomiarami widma ciał niebieskich22. Jej obszerne artykuły: Analiza funkcji autokorelacji krzywych zmian blasku dla nieregularnych i półregularnych gwiazd zmiennych oraz Właściwości emisji optycznej gwiazd zmiennych i kwazarów ukazały się na łamach prestiżowych czasopism.
Dla Levchina babka była symbolem wytrwałości. Odnosiła sukcesy w świecie zdominowanym przez mężczyzn i mimo żydowskiego pochodzenia dobrze sobie radziła we wrogo nastawionym państwie. Wykazywała się niemal nadprzyrodzoną determinacją. W tym samym roku, w którym Max przyszedł na świat, zdiagnozowano u niej rzadką i agresywną odmianę raka piersi. "Ona stwierdziła: "Nie mogę umrzeć. Wnuk mi się urodził". I tak siłą woli przeżyła jeszcze dwadzieścia pięć lat", powiedział Levchin. "Miałem więc żywy wzór do naśladowania. To był ktoś, kto się nie poddawał bez względu na okoliczności"23.
Gdy Levchin wkraczał w wiek nastoletni, gospodarka radziecka pogrążała się w całkowitym chaosie. Chaos panował również w biurze politycznym. Lukatskaya zaczęła rozpoznawać niepokojące zjawiska znane z czasów drugiej wojny światowej, gdy na własne oczy widziała wiele potworności. Z dostępnych rodzinie informacji wynikało, że KGB obserwuje poczynania ojca Levchina i że może on w każdej chwili zniknąć w niewyjaśnionych okolicznościach.
Lukatskaya złożyła podanie do żydowskiej agencji dla uchodźców i zorganizowała Levchinom wyjazd do Ameryki. Plany emigracyjne trzymano w ścisłej tajemnicy. "To był taki szalony czas, kiedy już od mniej więcej roku wiedziałem, że wyjeżdżamy z kraju, ale nikomu nie mogłem powiedzieć", wspominał Levchin24.
Rodzina wyruszyła na lotnisko, zabierając ze sobą tylko najpotrzebniejszy dobytek. Pomimo ciepłej lipcowej pogody Levchinowie weszli do terminala w zimowych płaszczach, ponieważ dzięki temu nie musieli ich zgłaszać jako bagażu. Po ostatniej rozmowie z radzieckim celnikiem, który dał im jasno do zrozumienia, że od takiej decyzji nie ma odwrotu, w końcu wsiedli na pokład samolotu udającego się do Stanów Zjednoczonych.
***
Nadal w zimowych płaszczach, Levchinowie znaleźli się 18 lipca 1991 roku na lotnisku międzynarodowym O'Hare w Chicago. Wierzchnią odzież sprzedali przygodnemu handlarzowi za niewielkie pieniądze. Nawet ta drobna kwota miała jednak dla rodziny ogromne znaczenie. Na krótko przed ich wyjazdem z Ukrainy kurs rubla gwałtownie się załamał, więc z kilku tysięcy odłożonych przez rodzinę na wyjazd zostało zaledwie kilkaset dolarów.
Rodzina Levchina wiele ryzykowała, przyjeżdżając do Ameryki, ale szesnastoletni chłopak dostał dzięki temu szansę, by znaleźć się na drodze do wspaniałych osiągnięć. Jego przygoda rozpoczęła się niemal natychmiast. Levchin zawsze dobrze się uczył, zależało mu więc na tym, aby amerykański system szkolnictwa zaliczył mu oceny uzyskane w ukraińskiej szkole. Zamiast poprosić rodziców o pomoc, wsiadł do miejskiego autobusu i pojechał samodzielnie zająć się tą sprawą.
Wysiadł nie tam, gdzie trzeba, i znalazł się na terenie osiedla komunalnego Cabrini-Green, w wówczas bardzo nieciekawej okolicy. "Chodziłem tam sobie i myślałem: No proszę, nikt tu nie wygląda tak jak ja. Witajcie, wspaniali Amerykanie", wspominał Levchin. "Zupełnie nie wiedziałem, co się dzieje. [...] Chudy żydowski dzieciak z wielkim afro na głowie. Wyglądałem pewnie, jakbym wyskoczył na ulicę w ciuchach z fabryki Lenina w Petersburgu. Zresztą w takich właśnie byłem"25.
Levchin przystosowywał się do nowej rzeczywistości powoli. Krótko po przyjeździe znalazł gdzieś na śmietniku zepsuty telewizor. Miał rodziców fizyków, więc wspólnie go naprawili. Odtąd mógł oglądać serial Diff'rent Strokes. Jak powiedział wiele lat później dziennikarce Sarah Lacy, uczył się angielskiego od wychowanego w Harlemie Arnolda Jacksona, którego grał w tym serialu Gary Coleman. "Gdzie się uczyłeś angielskiego?", zapytał jeden z nauczycieli, zaintrygowany akcentem, w którym wątki nowojorskie przeplatały się z kijowskimi26. Levchin odpowiedział mu w sposób, w jaki mówił jego serialowy bohater, a wtedy nauczyciel poradził mu oglądać także inne programy.
Jakkolwiek język i kultura były dla Levchina nowe, jedna rzecz pozostała niezmienna: miłość do komputerów. W Ameryce w końcu miał jeden do własnego użytku. W prezencie od krewnego dostał urządzenie, które miało funkcję nieznaną maszynom z pracy jego mamy: dawało się je podłączyć do internetu. W związku z tym Levchin szybko dał się pochłonąć sieci obejmującej cały świat. Znalazł w niej wielu ludzi o podobnych zamiłowaniach oraz fora, na których mógł się z nimi wymieniać spostrzeżeniami.
Takich ludzi spotkał też w szkole. W Stephen Tyng Mather High School, znajdującej się w północnych rejonach Chicago, Levchin dołączył do klubu szachowego, współorganizował klub komputerowy i grał na klarnecie w szkolnej orkiestrze (podobnie jak jego przyjaciel i późniejszy współpracownik z PayPala, Erik Klein, który grał na trąbce). Inny znajomy, również pracownik PayPala, Jim Kellas, wspominał, że siedzieli kiedyś sami na zapleczu sali muzycznej. Nudzili się, więc postanowili porzucać nożykami modelarskmi w ścianę jak rzutkami do tarczy. "Max [...] jest perfekcjonistą. On zawsze chce być najlepszy w tym, co robi. No więc siedzi sobie tam i obraca ten nożyk w palcach, jakby go ważył, aż w pewnym momencie stwierdza: "No, z tej pozycji rzucałoby się optymalnie"", wspominał Kellas. "Ja na to mówię: "Nie, nie, nie. Trzeba więcej siły""27.
Levchin świetnie sobie radził na matematyce i z przedmiotów ścisłych, więc gdy nadszedł czas składania podań na studia, poszedł do pedagoga i dumnie oznajmił, że chce studiować na "MTI". "Powiedziałem: "Bardzo mi zależy na tym, żeby się dostać na MTI. Niech mi pani pomoże dostać się na MTI". A ona na to: "A co to jest MTI?""28.
Levchin miał oczywiście na myśli MIT. Pani pedagog zasugerowała, żeby złożył podanie na pobliski Uniwersytet Illinois w Urbanie i Champaign (UIUC). Tu jednak pojawił się problem, ponieważ Levchin przegapił termin. Ale gdy zaczął sprawdzać wymogi, ustalił, że uczelnia nie zamknęła jeszcze rekrutacji dla kandydatów zagranicznych. Dostrzegł w tym swoją szansę. "Ja jestem taki jakby zagraniczny", stwierdził. "Nie mam obywatelstwa, przyjechałem do USA niespełna dwa lata temu, więc kto się zorientuje?"29. I tak oto dostał się na UIUC.
***
Levchin nie chciał dłużej mieszkać z rodzicami, więc przeniósł się na uniwersytet dwa tygodnie przed rozpoczęciem zajęć. Stołówki jeszcze nie działały, dlatego pierwszy studencki posiłek zjadł w McDonaldzie przy Green Street. Poza tym starał się nie rzucać w oczy. Przed przyjazdem otrzymał list z informacją, że studenci z zagranicy zostaną przyjęci na pobliskim lotnisku Willard przez komitet powitalny. Z tonu wiadomości wynikało, że koniecznie należy się do tego komitetu zgłosić.
"Z przerażeniem myślałem o tym, że sprawa się wyda", wspominał. Dlatego w dzień powitania pojechał na lotnisko z dwiema na nowo spakowanymi walizkami. Zrobił na pokaz wielkie oczy, jak wtedy, gdy dwa lata temu po raz pierwszy przyjechał do Ameryki. "Starannie zaplanowałem to całe przedstawienie, żeby nie powiedzieć oszustwo", przyznał30.
Tak czy inaczej wybór UIUC okazał się strzałem w dziesiątkę. Tryskający młodzieńczym entuzjazmem amator technologii znalazł się w jednym z najbardziej dynamicznych ośrodków informatycznych na świecie. Badacze z UIUC od dziesięcioleci tworzyli innowacje w dziedzinie technologii cyfrowych. To tam powstały niektóre z pierwszych na świecie sieci społecznościowych. Gdy Levchin zgrywał przybysza z zagranicy, National Center for Supercomputing Applications (NCSA) przedstawiał światu nową przeglądarkę internetową o nazwie Mosaic. Wyróżniała się między innymi tym, że wzbogacała internet o grafiki i była prostsza w instalacji. Dzięki temu przyczyniła się do popularyzacji internetu i przyspieszyła jego rozwój - wszystko to stało się za sprawą ludzi z UIUC.
Max Levchin, student pierwszego roku, oczywiście wiedział o tych sukcesach, ale interesowało go głównie to, na czym zależy każdemu studentowi rozpoczynającemu przygodę z uczelnią, czyli poczucie przynależności i dobra zabawa. Obie te potrzeby zaspokajał Quad Day - impreza powitalna organizowana przez korporacje studenckie. Levchin dostrzegł grupę, której członkowie idealnie pasowali do klasycznego opisu nerda. Zgromadzili się wokół komputera, którego monitor obstawiony był kartonami osłaniającymi ekran od słońca i stanowiącymi jasną deklarację członków przyszłego Association for Computing Machinery (ACM): coś tak banalnego jak słońce nie przeszkodzi nam w korzystaniu z komputerów. "Jestem wśród swoich", pomyślał Levchin.
Nie pomylił się. Oddział ACM działający na UIUC od lat 60. szybko zaczął skupiać wszystko to, co wiązało się na uczelni z komputerami, a tym samym stał się domem dla kolejnych pokoleń studentów informatyki. Gdy Levchin rozpoczynał studia, w ramach ACM działało już kilka różnych kółek zainteresowań znanych jako SIG (special interest group). Ich członkowie zajmowali się najróżniejszymi rzeczami, od zaawansowanych sieci począwszy, a na rzeczywistości wirtualnej skończywszy. "Zdarzały się całe wydziały [informatyki], na których mieli mniejszą moc obliczeniową niż my w samej tylko pracowni ACM", chwalił się jeden z ówczesnych członków stowarzyszenia.
Levchin czuł się tam dobrze i szybko zaczął spędzać w pracowni ACM, mieszącej się w laboratorium DCL (Digital Computer Lab), więcej czasu niż w swoim pokoju w akademiku w Blaisdell Hall. "Droga rowerem z Blaisdell do DCL o siódmej rano trwa dokładnie tyle co gitarowe Ah Via Musicom Erica Johnsona. Tyle razy jej słuchałem, że wiem to na pewno", wspominał Levchin wiele lat później podczas rozmowy z magazynem dla absolwentów31.
***
W ACM Levchin poznał również dwóch innych studentów, którzy potem odegrali ważną rolę zarówno w jego życiu, jak i w PayPalu. Byli to Luke Nosek i Scott Banister. Do pierwszego spotkania doszło, gdy Nosek i Banister pojawili się pewnego dnia późnym wieczorem w pracowni ACM. Levchin, pochłonięty klepaniem w klawiaturę, niemal nie zarejestrował ich obecności. Ponieważ jednak często tam bywał, dwaj przybysze zainteresowali się nim.
- Nad czym pracujesz? - zapytał Nosek.
- Tworzę symulator wybuchów - odparł Levchin.
- A co on robi? Do czego służy? - zapytał Banister.
- To nie ma znaczenia. Jest po prostu świetny - brzmiała odpowiedź. - Działa w czasie rzeczywistym i może przeliczyć na nowo każdą eksplozję.
- No dobra, ale po co? - dociekał Nosek.
- Nie wiem. Bo to fajne? - powiedział Levchin.
- Jest piątek wieczór. Nie masz lepszego zajęcia? - zastanawiał się Banister.
- Nie... A ty nie masz lepszego zajęcia? - odparł Levchin.
- Zamierzamy założyć firmę. Powinieneś do nas dołączyć - odpowiedział Nosek32.
Podobnie jak Levchin Luke Nosek dorastał w rodzinie imigrantów, którzy uciekli z komunistycznego kraju. Pochodzili z Polski i przyjechali do Stanów Zjednoczonych w latach 70.
Nosek był błyskotliwy i miał techniczne zacięcie. Chętnie się uczył, ale za szkołą nie przepadał. "Powoli dochodziłem do wniosku, że edukacja jest tym, co robię, a nie tym, do czego się mnie zmusza", wspominał Nosek33. Matka zapewniała go, że na studiach będzie miał więcej wolności i większy wpływ na własne doświadczenia edukacyjne.
Nosek wybrał UIUC, ponieważ formularz zgłoszeniowy był krótki. Również na tym etapie edukacji formalnej spotkało go jednak rozczarowanie. "Pod koniec tego [pierwszego] roku zacząłem kombinować, jak się wymigiwać od zajęć", powiedział. Nosek przestudiował regulaminy uczelni, żeby ustalić minimalne wymagania wobec kandydatów ubiegających się o dyplom. W miarę możliwości starał się nadrabiać nieusprawiedliwione nieobecności wynikami.
Szukał innych, którzy myśleliby podobnie jak on, i tak trafił do ACM. "ACM to była [...] taka antyedukacyjna grupa buntowników", wspominał. Miał poczucie, że ACM wyróżnia się nawet na tle innych organizacji studenckich. "Doszliśmy do wniosku, że dla większości ludzi organizacje studenckie to metoda na zapewnienie sobie lepszej pozycji w systemie". W ACM nikt się systemem nie przejmował. Ci ludzie łączyli bunt z działalnością twórczą. Opracowywali innowacyjne prototypy i przeprowadzali niszowe eksperymenty.
W ramach jednego z takich eksperymentów podłączyli do internetu firmowy automat do napojów gazowanych. "Postanowiliśmy sprawdzić, czy internet nadaje się do tego, żeby do niego wrzucić naszą maszynę do napojów gazowanych", wspominał Nosek. Urządzenie zostało ochrzczone nazwą Caffeine, a jeśli wierzyć wydziałowemu biuletynowi, ludzie z ACM "zainstalowali mikrokontroler w starym automacie z Dr. Pepperem, a potem podłączyli go do internetu, żeby studenci mogli kupować napoje za pomocą legitymacji studenckiej"34.
Inteligentny automat napawał Noska i jego kolegów dumą. Twórcy byli zadowoleni ze swoich wysiłków i ich efektu. "Bardzo trudno było zhakować automat do napojów, żeby go podłączyć do internetu", wspominał Nosek. "Trwało to tyle, że w tym czasie zdążylibyśmy pewnie stworzyć eBaya".
***
Nosek i Scott Banister też poznali się dzięki ACM, jeszcze zanim trafili na Levchina. Banister jako pierwszy z tej trójki wyruszył potem do Doliny Krzemowej, jako pierwszy sprzedał start-up i zainwestował w PayPala na wczesnym etapie projektu, a ostatecznie dołączył do firmy jako założyciel i członek rady dyrektorów.
Pochodził z Missouri i wcześnie zainteresował się technologią. Jeszcze w liceum, a potem na studiach oddawał się pasji tworzenia stron internetowych. Na UIUC przyjechał dlatego, że uczelnia miała świetną renomę jako ośrodek informatyczny.
Poznali się z Noskiem w momencie, gdy Banister też miał zastrzeżenia do tradycyjnego systemu edukacji i traktował studia jako coś, co należy zhakować. Opracował sposób na obchodzenie zasad obowiązujących studentów UIUC, założył między innymi firmę, w której sam siebie zatrudnił jako stażystę, aby w ten sposób zapewnić sobie dodatkowe punkty w indeksie.
Banister, wygadany i energiczny wichrzyciel z fryzurą "jak Jezus"35, stał się dla Noska i Levchina swego rodzaju latarnią morską. W ramach pierwszego wspólnego przedsięwzięcia stworzyli koszulkę z okazji 1955 Engineering Open House, dorocznej studenckiej konferencji, podczas której wykład otwierający wygłosił Steve Wozniak, współzałożyciel firmy Apple. We trzech z powodzeniem zrealizowali niewielki projekt, nabierając w ten sposób przekonania, że pewnego dnia dokonają czegoś wielkiego.
Nosek i Banister zafundowali nowemu znajomemu intensywny kurs libertarianizmu. Obaj należeli do grona współzałożycieli libertariańskiej grupy studenckiej, dla której Banister stworzył stronę internetową. Próbowali indoktrynować Levchina, zachęcając go do udziału w różnych wydarzeniach i do lektury książek takich jak Źródło Ayn Rand czy Droga do zniewolenia Friedricha Hayeka. "[Nosek i Banister] stanowili w naszej grupie element wywrotowy", wspominał Levchin. "W ich sercach płonął libertariański ogień. Ja tymczasem powtarzałem: "Chłopaki, ja chcę tylko napisać kawałek kodu". Zawsze czułem się z nimi jak na doczepkę"36.
Levchin specjalizował się w inżynierii oprogramowania. Banister próbował czasem pisać własny kod w Perlu, funkcjonalnym, ale mało eleganckim języku programowania, o którym półżartem mówiło się, że to "internetowe rozwiązanie na drucik". Levchin zawsze się oburzał. "Zabierz to ode mnie", mówił37. "To jest okropne". Banister cieszył się, że mógł scedować pisanie kodu na Levchina. "To Max mnie przekonał, że nie nadaję się na programistę", przyznawał Banister. "Taki był dobry".
Polegali potem na sobie podczas realizacji swojego pierwszego poważnego projektu, który nazywał się SponsorNet New Media. Była to próba stworzenia systemu publikowania ogłoszeń na stronach internetowych. Przedsięwzięcie zostało sfinansowanie z niewielkich oszczędności swoich twórców, a potem - gdy gotówka się skończyła - z ich kart kredytowych. SponsorNet zaczął generować przychody wystarczające, aby jego twórcy mogli zatrudnić pracowników i wynająć przestrzeń biurową na parterze dość reprezentatywnego budynku Huntington Tower. "Byliśmy studentami. Dla nas wynajęcie biura - wspominał Banister - było [...] naprawdę czymś"38.
Banister wziął semestralny urlop dziekański, żeby skupić się na prowadzeniu firmy. Levchin i Nosek poświęcali na to czas wolny od zajęć, starając się wyważyć zobowiązania uczelniane z firmowymi. Przedsięwzięcie przetrwało nieco ponad rok. "W ciągu tego czasu wytraciliśmy całkiem spore zasoby Scotta, skromne zasoby Luke'a i moje w sumie nieistniejące - napisał Levchin o zakończeniu projektu SponsorNet - i nieuchronnie zbliżaliśmy się do ściany. Próby zebrania kapitału nie przyniosły żadnych rezultatów, a nasze przychody nie wystarczały nawet na zasilanie serwerów"39.
Pomimo niepowodzenia SponsorNet zapewnił im cenne doświadczenie. Po raz pierwszy mieli okazję zatrudniać zespół, tworzyć produkt i sprzedawać go. Przekonali się też, jak to jest zarabiać lub - jak w tym przypadku - tracić pieniądze. "Bez tego PayPal raczej by nie powstał", powiedział Nosek40.
***
Levchin, który jako jedyny z tej trójki nie stracił wiary w formalną edukację, ciepło wspomina czasy SponsorNet i UIUC: "Byłem bardzo szczęśliwym nerdem. Chodziłem na wszystkie zajęcia, a one niezmiernie mi się podobały. [...] Gdybym miał do wyboru szkołę, programowanie, dziewczyny i sen, to dwie ostatnie rzeczy wymieniłbym na te dwie pierwsze"41.
Swój dzień wypełniał zajęciami technicznymi, choć trwały wpływ na jego osobowość wywarł również jeden przedmiot nietechniczny. Podczas kursu filmoznawstwa Levchin poznawał najwyżej cenione produkcje XX wieku. Zafascynował go w szczególności obraz Siedmiu samurajów Akiry Kurosawy. "Uważałem, że to najlepszy film wszech czasów", wspominał. "Nic nie mogło się z nim równać".
Podczas letnich wakacji bez wahania poświęcał trzy godziny i dwadzieścia minut, żeby oglądać czarno-biały klasyk. "Jesteś tylko ty, telewizor i klimatyzator [...]. Tamtego lata obejrzałem Siedmiu samurajów co najmniej dwadzieścia pięć razy. Uzależniłem się", mówił. Gdy zbierałem materiały do tej książki, Levchin twierdził, że obejrzał film Kurosawy ponad sto razy. Wskazywał go jako jedyne źródło swojego "szkolenia menedżerskiego".
Sporo się działo również na froncie towarzyskim, Levchin bowiem w końcu zdołał "zdobyć dziewczynę", choć zamiłowanie do programowania często stawało w sprzeczności z romantyzmem. "Pamiętam, że kiedyś odwiedziłem ją w domu, ale ledwo przekroczyłem próg, poszedłem do łazienki, żeby napisać kawałek kodu". Dziewczyna po chwili zapukała w drzwi.
- Co ty tu w ogóle robisz? - zapytała.
- Jak to co? Umówiliśmy się na randkę - odparł Levchin, zaskoczony jej pytaniem.
- Ale to nie jest randka. Ty piszesz kod w mojej łazience! - odpowiedziała.
Programowanie - któremu Levchin oddawał się przy każdej nadarzającej się okazji - stanowiło dla niego źródło zachwytu i cennych spostrzeżeń. A dla reszty świata stawało się właśnie drogą prowadzącą do bogactwa i wpływów.
Nowe szlaki przecierał także między innymi absolwent UIUC Marc Andreessen. Już na studiach licencjackich zdobywał pierwsze szlify w uniwersyteckim NCSA (National Center for Supercomputing Applications), gdzie uczestniczył w pracach nad przeglądarką Mosaic. Potem wyruszył szukać szczęścia na Zachodzie i tam założył firmę Netscape, która dość szybko zadebiutowała na giełdzie Nasdaq, a Andreessen znalazł się na okładce magazynu "Time".
"Naszych młodych absolwentów widać teraz przede wszystkim w obszarze internetu", donosił w połowie lat 90. biuletyn uczelnianego wydziału informatyki. "Rozpoczęliśmy śledzenie losów deweloperów, którzy pracowali przy projekcie Mosaic, a potem odeszli z NCSA. Dla każdego z nich można by założyć teczkę z artykułami prasowymi. Wkrótce pracy było tyle, że wystarczyłoby na cały etat, więc daliśmy sobie spokój". Te wycinki prasowe potwierdzają rosnącą potęgę internetu. W 1994 roku magazyn "Fortune" uznał Mosaic za produkt roku, "w jednym rzędzie ze stanikiem Wonderbra i Mighty Morphin Power Rangers"42.
Wydział informatyki UIUC nagle zyskał wielki rozgłos. "Przyjechałem na UI z powodu Marca Andreessena", przyznawał Jawed Karim, późniejszy pracownik PayPala i współzałożyciel YouTube'a43. W szkole średniej z wielkim upodobaniem korzystał z przeglądarki Mosaic, a gdy się dowiedział, gdzie powstała, zainteresował się studiami na UIUC. Dostał się i jeszcze przed rozpoczęciem zajęć na pierwszym roku podjął pracę w NCSA.
Sukces Adreessena stał się inspiracją dla całego pokolenia inżynierów z Illinois. Stanowił dowód na to, że internet to nie tylko ekscentryczne hobby, lecz także wielka siła gospodarcza. "To, co tak naprawdę mnie ukształtowało, podobnie zresztą jak wielu innych ludzi w Illinois, to atmosfera nieograniczonych możliwości, które stwarzały nam Mosaic, a potem Netscape", mówił później Levchin w wywiadzie w magazynie dla absolwentów UIUC. "Chodziło o to, że ludzie tacy jak my tworzyli świetne narzędzia, które branża lekceważyła"44.
***
Scott Banister uznał, że nie może odpuścić sobie internetowej "gorączki złota". Zrezygnował ze studiów, żeby realizować swoje ambicje. Luke Nosek nie był na razie skłonny pożegnać się z uczelnią, ale dokładał wszelkich starań, aby jak najszybciej uzyskać dyplom i czym prędzej wyruszyć na Zachód.
Odkąd jego dwaj najbliżsi przyjaciele obrali kurs na Kalifornię, Levchin również zaczął myśleć o tym, aby porzucić naukę i w pełnym wymiarze godzin oddać się działalności przedsiębiorczej. Nie wiedział tylko, jak by to przyjęła jego rodzina, w której przywiązywano bardzo dużą wagę do formalnego wykształcenia. Rozmowa była krótka: "Twoja babcia ma już swoje lata - powiedział mu ojciec. - Chcesz przyspieszyć jej odejście?"45. Dla Levchinów licencjat stanowił zaledwie pierwszy krok na drodze do długiej akademickiej kariery. "W rodzinie Levchinów wyższe wykształcenie to [...] doktorat", powiedział Levchin "San Francisco Chronicle" wiele lat po tamtej pamiętnej rozmowie z rodzicami46. Wtedy zrezygnowany wrócił na UIUC, aby dokończyć studia.
Jego marzenia o Zachodnim Wybrzeżu musiały na razie poczekać. Mimo to Levchin nie narzekał na brak zajęć. Ledwo zakończył się projekt SponsorNet, a ten już uruchamiał kolejne przedsięwzięcie. NetMomentum Software zajmował się opracowywaniem ogłoszeń na strony internetowe gazet. Choć projekt nie trwał długo, Levchin poznał przy jego okazji gorzki smak rozstania z partnerem. Z drugim inicjatorem przedsięwzięcia poróżniła go kwestia istoty produktu i drogi jego rozwoju.
Ponieważ brakowało mu pieniędzy, otworzył firmę konsultingową, która w założeniu miała dodać powagi w większości jednorazowym zleceniom programistycznym. Levchin wykorzystał to, co mu zostało po NetMomentum, a konkretnie logo NM, i wraz z kolegą z UIUC, Erickiem Hussem, powołał do życia NetMeridian Software.
Ten projekt przyniósł mu jeden z pierwszych sukcesów komercyjnych. NetMeridian stworzyła prymitywny program do zarządzania pocztą elektroniczną o nazwie ListBot, który potem stał się inspiracją dla programów Mailchimp i SendGrid. Produkt został wprowadzony na rynek i cieszył się na tyle dużym uznaniem, że serwer Levchina i Hussa ledwo radził sobie z jego obsługą. Aby nadążyć za popytem, młodzi przedsiębiorcy zainwestowali kilka tysięcy dolarów w serwer marki Solaris, który ważył 90 kilogramów i został przywieziony ciężarówką.
Firma NetMeridian z powodzeniem realizowała również projekt Position Agent. Twórcy stron internetowych zabiegali o najlepsze miejsca w wynikach wyszukiwania w Lycos, AltaVista czy Yahoo już pod koniec lat 90., jeszcze przed powstaniem Google'a. Position Agent pomagał administratorom sieci monitorować rankingi. Program wykorzystywał rozwiązanie stworzone przez Levchina, czyli licznik aktualizujący się bez konieczności przeładowywania strony.
Sukces NetMeridian okazał się jednak jednocześnie błogosławieństwem i klątwą. Liczba użytkowników rosła, trzeba więc było cały czas rozbudowywać infrastrukturę - a tymczasem Levchin nie miał pieniędzy na jeszcze większe serwery. Postanowił ponownie zastosować rozwiązanie, z którego korzystał "w chudych latach" SponsorNet, to znaczy finansował rozwój firmy z kolejnych kart kredytowych. Skutkowało to naliczaniem wysokich odsetek i na długie lata obciążyło jego ratingi kredytowe.
***
W teorii Levchin był założycielem firmy NetMeridian, obiecującego start-upu działającego w modelu SaaS (oprogramowanie jako usługa). W praktyce był zadłużonym i ledwo wypłacalnym dwudziestolatkiem. Całe szczęście, na rynku nie brakowało zajęcia dla programistów gotowych pracować po 24 godziny na dobę. Levchin przyjął więc intratne zlecenie od Johna Bedforda, szefa firmy Market Access International (MAI).
Levchin uważa, że Bedford "wyciągnął go z biedy"47, powierzywszy mu do wykonania kolejne prace programistyczne, za które płacił po kilka tysięcy dolarów tygodniowo. MAI oferowała klientom przede wszystkim bazę danych produktów konsumenckich i dóbr pakowanych, dostępną na płytach CD w ramach abonamentu. Informacje tam zgromadzone pozwalały zyskać lepsze rozeznanie na rynku. Levchin cieszył się, że może coś zarobić, ale oprogramowanie tworzone na bazie produktów Microsoftu uważał za "nieznośnie kiepskie".
W tym samym czasie pracował również dla US Army Corps of Engineers (korpus miał jednostkę badawczą w pobliżu kampusu uniwersyteckiego). "Miałem wojskową przepustkę i dostęp do prawdziwego sprzętu wojskowego", wspominał Levchin. "Jeździłem tam rowerem, który zapinałem przed wejściem". Zarabiał 14 dolarów za godzinę, ale zyskał bardzo cenną perspektywę. Jako młody programista miał okazję poznać rzeczywistość baz wojskowych i nawiązać znajomości wśród pilotów helikopterów.
Zajmował się oprogramowaniem obsługującym komponenty audio działające w ramach wojskowego systemu kontroli lotów. "Na miejscu zastałem między innymi duże ilości kodu napisanego w Pascalu", opowiadał. Pierwotnego twórcy tego kodu już nie poznał, a jego zadaniem miało być zapewnienie programom sprawnego działania. "Musiałem się nauczyć, jak są zbudowane te systemy", wspominał.
Z oprogramowania korzystali zaprawieni w bojach dowódcy bazy, którzy najchętniej nadal polegaliby na kartce i ołówku, a do wszelkiej automatyzacji odnosili się raczej niechętnie. Chcąc im ułatwić przejście na nowy system, Levchin dbał o to, aby doświadczenie użytkownika w możliwie dużym stopniu przypominało pracę z kartką i ołówkiem. "Poświęciłem kiedyś tydzień na opracowanie formularza, który miałby takie same wymiary jak jego wersja papierowa", opowiadał.
Nowy formularz przewijał się na ekranie podczas wypełniania, jednak Levchin martwił się, że drżąca animacja jest zbyt "psychodeliczna" i "wariacka". Przełożeni uznali natomiast, że jest "doskonała". "Nasi ludzie będą z tego korzystać, bo to jest coś, co znają", usłyszał od nich Levchin.
***
W ramach pracy dla wojska Levchin mierzył się również z innym wyzwaniem, a mianowicie z krytyką estetyki swojej pracy. "Zdarzało mi się usłyszeć, że [mój program] jest w pełni funkcjonalny, ale nieatrakcyjny estetycznie...", wspominał. I wtedy przypomniało mu się coś, nad czym kiedyś pracował, a mianowicie symulator wybuchów. Wykorzystał go jako wygaszacz ekranu, aby dzięki temu jego nudny program do monitorowania toru lotów stał się ciekawszy.
Jego życie też stało się ciekawsze. Jeździł po bazach wojskowych (odwiedził między innymi Fort Drum w Nowym Jorku i Camp Grayling w Michigan) i przywoził stamtąd barwne opowieści. Pracując jako najemnik, miał też okazję poznać mroczniejszą stronę wojskowego życia. Zetknął się chociażby z parą wojskowych, którą tworzyli gej i lesbijka. Oficjalnie byli małżeństwem, ale życie wiedli z innymi partnerami. "O tym się mówi "wojskowe małżeństwo"", wyjaśnił mu kolega z bazy. Zanim w wojsku upowszechniła się zasada Don't Ask, Don't Tell, armia oficjalnie wykluczała możliwość pełnienia służby przez osoby homoseksualne i biseksualne, a "małżeństwa wojskowe" stanowiły dość powszechną metodę radzenia sobie ze związanymi z tym problemami. "To był dla mnie szybki kurs dorosłości", powiedział Levchin.
Mroczna rzeczywistość tamtych czasów mocno dała mu o sobie znać. W czasie gdy wykonywał zlecenia dla wojska, w korpusie inżynieryjnym narastała niechęć wobec pracowników z zagranicy, rósł też nacisk na bezpieczeństwo informacji. Jednostka badawcza zlokalizowana w Urbana-Champaign mogła przez to stracić znaczną część bardzo utalentowanych pracowników, a jej skomplikowany system komputerowy przeszedłby wówczas pod opiekę ludzi bez doświadczenia.
Levchin też znalazł się na liście kandydatów do zwolnienia. Uratował go przełożony. Ustalono, że Levchin będzie dalej pracować nad oprogramowaniem dla helikopterów, ale wynagrodzenie będzie mu wypłacane poza systemem księgowym, w postaci części komputerowych. Było to rozwiązanie tymczasowe, a korpus ostatecznie nie zrezygnował z zatrudniania obcokrajowców, choć wprowadził dość kłopotliwy wymóg: zleceniobiorcy niebędący obywatelami USA musieli nosić żółte identyfikatory. "Ludzi z takimi plakietkami bacznie obserwowano. Nie wolno było im odchodzić od biurka, chyba że pod eskortą", wspominał Levchin.
Żydowskiemu uchodźcy taka plakietka źle się kojarzyła. "Ja nie musiałem niczego nosić, ale moi krewni swego czasu tak", powiedział. Levchin w końcu zrezygnował z pracy w wojsku, ale plakietkę zachował jako pamiątkę po najdziwniejszej ze swoich studenckich przygód.
***
Pod koniec studiów Levchin łączył prowadzenie NetMeridian z nauką do egzaminów i kreśleniem planów na przyszłość. Jego przyjaciele przygotowywali się do życia poza Urbana-Champaign, on tymczasem czuł się z tym miejscem związany. Firma NetMeridian radziła sobie bardzo dobrze, ponieważ jednak w tamtych czasach chmury obliczeniowe nie istniały, jej funkcjonowanie opierało się na wielkich i z natury nieruchomych serwerach. Dopóki serwery znajdowały się w Illinois, Levchin nie mógł się nigdzie ruszyć.
Z pomocą przyszedł mu wtedy Scott Banister, który zdążył już stworzyć i sprzedać firmę w Dolinie Krzemowej. Miał odpowiednie kontakty, aby zaaranżować sprzedaż produktów ListBot i Position Agent. Transakcja została przeprowadzona w sierpniu 1998 roku. Levchinowi wskazano "drzwi", przez które mógł "uciec do Kalifornii". Był to pierwszy etap jego podróży jako przedsiębiorcy, która miała na zawsze odmienić oblicze cyfrowego świata.
Początki były skromne. Levchin nie chciał płacić firmie przeprowadzkowej, więc udał się do wypożyczalni ciężarówek Penske Truck Rental i poprosił o drugi pod względem wielkości pojazd. Wraz ze współlokatorem Erikiem Hussem opróżnił biuro ze wszystkich sprzętów, wynosząc z niego między innymi lekko już zużyte biurka i krzesła z Ikei. Zapakowali po brzegi zarówno ciężarówkę, jak i toyotę tercel Hussa, po czym wyruszyli na Zachód. "Nie zatrzymywaliśmy się na zwiedzanie. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do Palo Alto", wspominał Levchin.
18 Peace and Plenty in Pripyat, "Soviet Life", luty 1986, Washington 1986, s. 8-13.
19 Working Hard & Staying Humble, rozmowa Sarah Lacy z Maxem Levchinem, 9 grudnia 2018, [w:] https://www.startups.com/library/expert-advice/max-levchin.
20 Rozmowa autora z Maxem Levchinem, 29 czerwca 2018.
21 Working Hard & Staying Humble...
22 F. Lukatskaya, Autocorrelative Analysis of the Brightness of Irregular and Semi-Regular Variable Stars, Symposium-International Astronomical Union, 1975, s. 67, 179-182.
23 D. Rowan, Paypal Cofounder on the Birth of Fertility App Glow, "Wired", 20 maja 2014, [w:] https://www.wired.co.uk/article/paypal-procreator.
24 Working Hard & Staying Humble...
25 Rozmowa autora z Maxem Levchinem, 29 czerwca 2018.
26 S. Lacy, Once You're Lucky, Twice You're Good, New York 2008, s. 21.
27 Rozmowa autora z Jimem Kellasem, 7 grudnia 2020.
28 S. Lacy, 'I Almost Lost My Leg to a Crazy Guy with a Geiger Counter': Max Levchin and Other Valley Icons Share Their Stories of Luck, 17 sierpnia 2017, [w:] https://pando.com/2017/08/17/i-almost-lost-my-leg-crazy-guy-geiger-counter-max-levchin-and-other-valley-icons-share-their-stories-luck/, dostęp 17 sierpnia 2017.
29 Rozmowa autora z Maxem Levchinem.
30 University of Illinois Computer Science Alumni Association, "Alumni News" 1996, vol. 1, no. 6, s. 26, [w:] https://ws.engr.illinois.edu/sitemanager/getfile.asp?id=550.
31 K. Schmidt, A. Bobrow, Maximum Impact, STORIED series, 30 maja 2018, [w:] https://storied.illinois.edu/maximum-impact/.
32 Rozmowy autora ze Scottem Banisterem (25 lipca 2018), Maxem Levchinem (29 czerwca 2018) i Lukiem Noskiem (28 października 2018).
33 Rozmowa autora z Lukiem Noskiem, 28 października 2018.
34 Scott Banister and Jonathan Stark: ACMers reunited at idealab!, "Department of Computer Science Alumni News" 2001, vol. 2, no. 4, [w:] https://ws.engr.illinois.edu/sitemanager/getfile.asp?id=542.
35 Rozmowa autora z Kenem Howerym, 26 czerwca 2018.
36 Rozmowa autora z Maxem Levchinem, 29 czerwca 2018.
38 Rozmowa autora ze Scottem Banisterem, 25 lipca 2018.
39 M. Levchin, Seven Sixty Four, Max Levchin Personal Blog, 15 lipca 2016.
40 Rozmowa autora z Lukiem Noskiem, 28 października 2018.
41 Rozmowa autora z Maxem Levchinem, 29 czerwca 2018.
42 CS Alums as Media Darlings, University of Illinois Computer Science Alumni Association, "Alumni News" 1995, vol. 1, no. 5, s. 17, [w:] https://ws.engr.illinois.edu/sitemanager/getfile.asp?id=551.
43 Rozmowa autora z Jawedem Karimem, 14 grudnia 2020.
44 K. Schmidt, A. Bobrow, op. cit.
45 Rozmowa autora z Maxem Levchinem, 29 czerwca 2018.
46 D. Fost, Max Levchin Likes the Edge, "San Francisco Chronicle", 26 lutego 2006, [w:] https://www.sfgate.com/business/article/Max-Levchin-likes-the-edge-Starting-another-2540752.php.
47 Rozmowa autora z Maxem Levchinem, 29 czerwca 2018.