Prolog
- Telsin! - syknął Waxillium, wyślizgując się z chaty nauk.
Telsin obejrzała się, skrzywiła i przycupnęła jeszcze bardziej.
Szesnastoletnia siostra Waxilliuma była od niego starsza o rok. Długie
ciemne włosy okalały twarz o niewielkim nosie i wąskich wargach. Nosiła
tradycyjne terrisańskie szaty zdobione kolorowymi wzorami w kształcie
litery V, które na niej zawsze leżały lepiej niż na nim. Na Telsin
wydawały się eleganckie. Kiedy nosił je Waxillium, czuł się tak, jakby
włożył na siebie worek.
- Odejdź, Asinthewie - powiedziała, przesuwając się ostrożnie wzdłuż
ściany chaty.
- Przegapisz wieczorną recytację.
- Nie zauważą mojej nieobecności. Nigdy nie sprawdzają listy.
Wewnątrz chaty mistrz Tellingdwar ględził o tradycyjnej terrisańskiej
postawie. Podporządkowanie, potulność i coś, co nazywali "pełną szacunku
godnością". Zwracał się do młodszych uczniów - starsi, tacy jak
Waxillium i jego siostra, mieli w tym czasie medytować.
Telsin ruszyła biegiem przez zalesione okolice Elendel zwane po prostu
Wioską. Waxillium po chwili wahania pośpieszył za siostrą.
- Wpakujesz się w tarapaty - powiedział, kiedy ją dogonił i mijali pień
olbrzymiego dębu. - Wpakujesz mnie w tarapaty.
- I co z tego? - spytała. - Co ty masz z tymi zasadami?
- Nic. Po prostu...
Ruszyła w głąb lasu. Westchnął i dalej szedł za nią, aż w końcu spotkali
się z trójką młodych Terrisan - dwiema dziewczynami i chłopakiem.
Kwashim, jedna z dziewcząt, szczupła i śniada, obrzuciła Waxilliuma
uważnym spojrzeniem.
- Przyprowadziłaś go?
- Poszedł za mną - wyjaśniła Telsin.
Waxillium uśmiechnął się z nadzieją do Kwashim, a później do Idashwy,
drugiej z dziewczyn, jego rówieśniczki. Idashwy miała szeroko
rozstawione oczy i, na Harmonię... była cudowna. Zauważyła jego
zainteresowanie, zamrugała kilka razy, po czym ze skromnym uśmiechem
odwróciła wzrok.
- Naskarży na nas - stwierdziła Kwashim, odwracając jego uwagę od
drugiej dziewczyny. - Wiesz, że to zrobi.
- Wcale nie - warknął Waxillium.
Kwashim spiorunowała go wzrokiem.
- Spóźnisz się na wieczorne zajęcia. Kto odpowie na wszystkie pytania? W sali będzie panowała zardzewiała cisza, jeśli zabraknie tego, który
zawsze podlizuje się nauczycielowi.
Wysoki chłopak imieniem Forch stał w cieniu. Waxillium nie patrzył na
niego, nie spojrzał mu w oczy. On nie wie, prawda? Nie może wiedzieć.
Forch był najstarszy z nich wszystkich, ale rzadko się odzywał.
Był Podwójnym, jak Waxillium. Choć ostatnio żaden z nich nie korzystał z Allomancji. W Wiosce wychwalano ich terrisański aspekt, to znaczy
Feruchemię. Fakt, że obaj byli Monetostrzelnymi, nie miał dla Terrisan
większego znaczenia.
- Chodźmy - powiedziała Telsin. - Koniec kłótni. Pewnie i tak nie mamy
dużo czasu. Jeśli mój brat chce się wlec za nami, to jego sprawa.
Ruszyli za nią pod koronami drzew, liście szeleściły pod ich stopami.
Tak wielka ilość listowia sprawiała, że człowiek mógł bez trudu
zapomnieć, iż znajduje się w środku ogromnego miasta. Krzyki ludzi i uderzenia podków o bruk wydawały się odległe, nie było też widać ani
czuć dymu. Terrisanie bardzo się starali, by ich część miasta była
spokojna i zaciszna.
Waxillium powinien być zachwycony.
Pięcioro młodzików wkrótce dotarło do Chaty Synodu, gdzie swoje gabinety
mieli najważniejsi spośród starszych Terrisan. Telsin gestem kazała im
zaczekać, a sama podbiegła do okna, przy którym zaczęła nasłuchiwać.
Waxillium rozejrzał się z niepokojem dookoła. Nadchodził wieczór, w lesie zapanował półmrok, ale w każdej chwili ktoś mógł na nich wpaść.
Nie martw się tak bardzo, powiedział sam sobie. Musiał zacząć brać
udział w ich wybrykach, jak zrobiła to jego siostra. Wtedy zaczęliby go
postrzegać jako jednego z nich. Prawda?
Po twarzy spływał mu pot. Kwashim opierała się o drzewo, zupełnie
beztroska, a kiedy zobaczyła zdenerwowanie Waxilliuma, na jej wargach
pojawił się złośliwy uśmieszek. Forch stał w cieniach, nie kucał, ale,
na rdzę, mógłby być drzewem - tak mało okazywał emocji. Waxillium
spojrzał na wielkooką Idashwy, a ona zarumieniła się i odwróciła wzrok.
Telsin wróciła do nich.
- Ona tam jest.
- To gabinet naszej babki - powiedział Waxillium.
- Oczywiście, że tak. Została tam wezwana w pilnej sprawie. Prawda,
Idashwy?
Cicha dziewczyna przytaknęła.
- Widziałam, jak starsza Vwafendal biegnie obok mojego pokoju medytacji.
Kwashim uśmiechnęła się szeroko.
- A to znaczy, że nie będzie pilnować.
- Pilnować czego? - spytał Waxillium.
- Cynowej Bramy - odparła Kwashim. - Wydostaniemy się do miasta. Będzie
nawet łatwiej niż zwykle!
- Zwykle? - powtórzył Waxillium, spoglądając z przerażeniem to na
Kwashim, to na siostrę. - Robiliście to wcześniej?
- Pewnie - odparła Telsin. - W Wiosce trudno o drinka. Ale dwie ulice
stąd jest świetny pub.
- Jesteś obcy - powiedział do niego Forch, podchodząc bliżej. Mówił
powoli, z namysłem, jakby każde słowo z osobna wymagało zastanowienia. -
Dlaczego się przejmujesz, że wychodzimy? Trzęsiesz się. Czego się boisz?
Spędziłeś tam większość życia.
"Jesteś obcy". Dlaczego jego siostrze udawało się wpasować w każdą
grupę? Dlaczego on zawsze musiał stać na zewnątrz?
- Nie trzęsę się - odpowiedział Forchowi. - Po prostu nie chcę się
wpakować w tarapaty.
- On na nas naskarży - powiedziała Kwashim.
- Nie. - A w każdym razie nie za to, dodał w myślach Waxillium.
- Chodźmy - rzuciła Telsin.
Poprowadziła grupkę przez las w stronę Cynowej Bramy - wymyślne
określenie na coś, co w rzeczywistości było kolejną ulicą - choć
rzeczywiście zdobił ją kamienny łuk z wyrytymi starożytnymi
terrisańskimi symbolami szesnastu metali.
Za nią leżał inny świat. Wzdłuż ulicy stały gazowe latarnie, gazeciarze
wlekli się do domów z niesprzedanymi gazetami pod pachami. Robotnicy
szli w stronę hałaśliwych pubów, żeby się napić. Nigdy właściwie nie
poznał tego świata - dorastał w luksusowej rezydencji wśród wspaniałych
strojów, kawioru i wina.
Coś w tym prostym życiu go pociągało. Może odnajdzie to właśnie tutaj?
To coś, czego nigdy nie odnalazł. To coś, co wszyscy pozostali mieli, a czego on nawet nie umiał nazwać.
Pozostała czwórka wybiegła na zewnątrz, mijając budynek z ciemnymi
oknami, w którym o tej porze zazwyczaj siedziała babka Waxilliuma i Telsin i czytała. Terrisanie nie mieli strażników przy wejściach, co nie
znaczyło, że ich nie obserwowali.
Waxillium jeszcze nie wyszedł. Spuścił wzrok i odsunął rękawy szaty, by
odsłonić metalowe bransolety.
- Idziesz?! - zawołała Telsin.
Nie odpowiedział.
- Oczywiście, że nie. Zawsze boisz się kłopotów.
Pociągnęła za sobą Forcha i Kwashim. Co zaskakujące, Idashwy się
ociągała. Cicha dziewczyna spojrzała na niego pytająco.
Mogę to zrobić, pomyślał Waxillium. To nic wielkiego. Z szyderstwem
siostry dzwoniącym w uszach zmusił się, by dołączyć do Idashwy. Zrobiło
mu się niedobrze, ale szedł obok niej, ciesząc się jej nieśmiałym
uśmiechem.
- Co to była za pilna sprawa? - spytał ją.
- Hę?
- Ta pilna sprawa, w której wezwano babcię?
Idashwy wzruszyła ramionami i ściągnęła terrisańską szatę. Był
wstrząśnięty, dopóki nie zobaczył, że miała pod spodem zwyczajną
spódnicę i bluzkę. Wrzuciła szatę w krzaki.
- Niewiele wiem. Zobaczyłam, jak wasza babcia biegnie do Chaty Synodu, i usłyszałam, jak Tathed o to pyta. Jakiś kryzys. Planowaliśmy się dziś
wyślizgnąć, więc uznałam, że to dobry czas.
- Ale ta pilna sprawa... - Waxillium obejrzał się przez ramię.
- Chodziło o jakiegoś kapitana konstabli, który przyszedł ją przesłuchać
- powiedziała Idashwy.
Konstabl?
- Chodźmy, Asithew - powiedziała, biorąc go za rękę. - Twoja babcia
szybko załatwi obcego. Może właśnie już tu wraca!
Znieruchomiał. Idashwy spojrzała na niego. Te pełne życia ciemne oczy
utrudniały mu myślenie.
- Chodź - zachęciła go. - Wyślizgnięcie się to żadna zbrodnia. Przecież
mieszkałeś tam przez czternaście lat, prawda?
Na rdzę.
- Muszę iść. - Odwrócił się i pobiegł w stronę lasu.
Idashwy przez chwilę stała w miejscu, w którym ją zostawił. Waxillium
wszedł do lasu i pobiegł w stronę Chaty Synodu. Wiesz, że teraz uzna cię
za tchórza, powiedział sobie w duchu. Wszyscy cię uznają.
Waxillium zahamował gwałtownie pod oknem gabinetu babki, serce waliło mu
w piersi. Przycisnął się do ściany i słuchał przez otwarte okno.
- Sami troszczymy się o porządek - powiedziała wewnątrz babka Vwafendal.
- Dobrze pan o tym wie.
Waxillium odważył się podnieść i zajrzeć przez okno do środka. Babka
siedziała za biurkiem jak uosobienie terrisańskiej praworządności, włosy
miała splecione w warkocz, a szaty idealnie czyste.
Mężczyzna stojący po drugiej stronie biurka na znak szacunku trzymał
czapkę konstabla pod pachą. Był starszym mężczyzną o długich wąsach, a insygnia na jego piersi oznaczały, że jest kapitanem i detektywem.
Wysoki stopień. Ważny.
Tak! - pomyślał Waxillium i sięgnął do kieszeni po notatki.
- Terrisanie sami troszczą się o porządek - stwierdził konstabl -
ponieważ rzadko potrzebują utrzymywać porządek.
- Teraz też nie potrzebują.
- Mój informator...
- Teraz mówi pan, że ma pan informatora? - spytała babka. - Sądziłam, że
to był anonimowy donos.
- Anonimowy, owszem. - Konstabl położył kartkę papieru na biurku. - Ale
uważam to za coś więcej niż "donos".
Babka podniosła kartkę. Waxillium wiedział, co na niej jest. Sam ją
posłał do konstabli, razem z listem.
"Koszula, która pachnie dymem, wisząca za jego drzwiami.
Zabłocone buty, których rozmiar pasuje do odcisków pozostawionych przed
spalonym budynkiem.
Butelki oliwy w skrzyni pod jego łóżkiem".
Na liście był tuzin poszlak wskazujących, że to właśnie Forch kilka
tygodni wcześniej spalił chatę jadalną. Waxillium poczuł przyjemny
dreszczyk na myśl, że konstable poważnie potraktowali jego znaleziska.
- Niepokojące - przyznała babka - ale nie widzę na tej liście niczego,
co dawałoby panu prawo wtargnięcia na nasze terytorium, kapitanie.
Konstabl pochylił się i oparł dłonie na brzegu biurka, rzucając jej
wyzwanie.
- Nie odrzuciliście tak szybko naszej pomocy, kiedy wysłaliśmy straż
pożarną, by zgasić ten pożar.
- Zawsze przyjmiemy pomoc, która ratuje życie. Nie potrzebuję jednak
pomocy, która je więzi. Dziękuję.
- Czy to dlatego, że ten Forch jest Podwójnym? Boicie się jego mocy?
Spojrzała na niego pogardliwie.
- Starsza. - Mężczyzna odetchnął głęboko. - Jest wśród was zbrodniarz.
- Jeśli rzeczywiście tak jest, sami zajmiemy się tym osobnikiem.
Odwiedzałam domy smutku i zniszczenia, które wy nazywacie więzieniami,
kapitanie. Nie pozwolę, by jeden z moich ludzi został tam uwięziony na
podstawie pogłosek i anonimowych fantazji posłanych pocztą.
Konstabl odetchnął i znów się wyprostował. Z trzaskiem postawił coś na
biurku. Waxillium zmrużył oczy, ale konstabl przykrywał ten przedmiot
dłonią.
- Jak wiele wiecie o podpaleniach, starsza? - spytał cicho konstabl. -
Często są, jak to określamy, przestępstwem towarzyszącym. Odkrywamy, że
miały zatuszować włamanie, ułatwić oszustwo lub być początkowym aktem
agresji. W przypadku takim jak ten pożar często jest zapowiedzią. W najlepszym wypadku macie w swoich szeregach podpalacza, który czeka,
żeby znowu coś spalić. W najgorszym... nadchodzi coś większego, starsza.
Coś, czego wszyscy pożałujecie.
Babka zacisnęła usta. Konstabl podniósł dłoń, odsłaniając to, co położył
na biurku. Kula.
- Co to? - spytała babka.
- Przypomnienie.
Babka machnięciem ręki zrzuciła nabój z blatu, aż uderzył o ścianę w pobliżu miejsca, gdzie ukrywał się Waxillium. Chłopak odskoczył i skulił
się, a serce mocno biło mu w piersi.
- Niech pan nie przynosi do tego miejsca swoich narzędzi śmierci -
syknęła babka.
Waxillium wrócił pod okno w chwili, gdy konstabl zakładał kapelusz.
- Kiedy chłopak znów coś podpali - powiedział cicho - poślijcie po mnie.
Miejmy nadzieję, że nie będzie za późno. Dobranoc.
Odszedł. Waxillium kulił się przy ścianie budynku, obawiając się, że
konstabl się odwróci i go zobaczy. Nie zrobił tego. Mężczyzna
pomaszerował ścieżką i wkrótce zniknął w półmroku.
Ale babka... ona nie uwierzyła. Nie widziała? Forch dopuścił się
przestępstwa. Zamierzali zostawić go w spokoju? Dlaczego...
- Asinthewie - powiedziała babka, jak zawsze używając terrisańskiego
imienia Waxilliuma. - Czy mógłbyś przyjść do mnie?
Natychmiast poczuł ukłucie przerażenia, a zaraz potem wstydu. Wstał.
- Skąd wiedziałaś? - spytał przez okno.
- Odbicie w lustrze, dziecko. - Trzymała w obu dłoniach kubek herbaty i nie patrzyła na niego. - Spełnij łaskawie moje polecenie.
Niechętnie obszedł budynek i wszedł frontowym wejściem do drewnianej
chaty. Całość pachniała bejcą, którą ostatnio pomagał nakładać. Wciąż
miał jej resztki pod paznokciami.
Zamknął drzwi.
- Dlaczego...?
- Usiądź, proszę, Asinthewie - powiedziała cicho.
Podszedł do biurka, ale nie zajął krzesła dla gości. Stał, dokładnie w tym samym miejscu, co konstabl.
- Twój charakter pisma - stwierdziła babka, muskając papier, który
zostawił konstabl. - Powiedziałam ci, że sprawa Forcha jest pod
kontrolą.
- Wiele rzeczy mówisz, babciu. Uwierzę, kiedy zobaczę dowód.
Vwafendal pochyliła się. Z kubka w jej dłoniach unosiła się para.
- Och, Asinthewie. Sądziłam, że bardzo chcesz tu pasować.
- Owszem.
- To dlaczego podsłuchujesz pod moim oknem, zamiast odbywać wieczorną
medytację?
Odwrócił wzrok i zarumienił się.
- Dla Terrisan liczy się porządek, dziecko. Nie bez powodu mamy zasady.
- A palenie budynków nie jest wbrew zasadom?
- Oczywiście, że tak. Ale nie ty jesteś odpowiedzialny za Forcha.
Rozmawialiśmy z nim. Żałuje. Jest bezmyślnym młodzikiem, który zbyt
wiele czasu spędza w samotności. Poprosiłam innych, żeby się z nim
zaprzyjaźnili. Odpokutuje swoje przestępstwo na nasz sposób. Wolałbyś,
żeby zgnił w więzieniu?
Waxillium po chwili wahania westchnął i opadł na krzesło po drugiej
stronie biurka.
- Chcę się dowiedzieć, co jest właściwe - szepnął - i tak postępować.
Dlaczego to jest takie trudne?
Babka zmarszczyła czoło.
- Łatwo odkryć, co jest właściwe, a co nie, dziecko. Przyznam, że
decyzja, by zawsze postępować zgodnie z tym, co właściwe, bywa...
- Nie - powiedział Waxillium i zaraz się skrzywił. Przerywanie babce V.
nie było mądre. Nigdy nie krzyczała, ale jej dezaprobata była wyczuwalna
równie łatwo jak nadchodząca burza. Mówił dalej już ciszej. - Nie,
babciu. Odkrycie, co jest właściwe, nie jest łatwe.
- Zostało zapisane w naszych zwyczajach. Uczysz się tego każdego dnia na
swoich lekcjach.
- To jeden głos, jedna filozofia. Istnieje tak wiele...
Babka sięgnęła nad biurkiem i położyła dłoń na jego dłoni. Jej skóra
była ciepła od kubka z herbatą.
- Ach, Asinthewie. Rozumiem, że jest ci ciężko. Jesteś dzieckiem dwóch
światów.
Dwa światy, pomyślał od razu, ale żadnego domu.
- Ale musisz postępować zgodnie z tym, czego się uczysz - kontynuowała.
- Obiecałeś mi, że w czasie pobytu tutaj będziesz przestrzegać naszych
zasad.
- Próbuję.
- Wiem. Tellingdwar i inni nauczyciele mówią o tobie same dobre rzeczy.
Mówią, że uczysz się lepiej niż ktokolwiek... to znaczy, jakbyś spędził tu
całe życie. Jestem dumna z twoich wysiłków.
- Inne dzieciaki mnie nie akceptują. Próbowałem robić to, co mi
poradziłaś... być bardziej terrisański niż ktokolwiek, udowodnić swoje
pochodzenie. Ale dzieciaki... nigdy nie będę jednym z nich, babciu.
- Młodzi często nadużywają słowa "nigdy" - babka pociągnęła łyk herbaty
- ale rzadko je rozumieją. Niech zasady staną się twoim przewodnikiem. W nich odnajdziesz spokój. Jeśli niektórzy darzą cię niechęcią z powodu
twojej gorliwości, pozwól im. W końcu dzięki medytacji wyzbędą się
takich uczuć.
- Czy mogłabyś... może polecić kilkorgu z pozostałych, żeby się ze mną
zaprzyjaźnili - spytał, wstydząc się jednocześnie słabości, o której
świadczyły te słowa. - Jak to zrobiłaś z Forchem?
- Zobaczę. A teraz uciekaj. Nie zgłoszę tego uchybienia, Asinthewie, ale
proszę, obiecaj mi, że pozbędziesz się obsesji na punkcie Forcha i pozostawisz karanie innych Synodowi.
Waxillium zaczął się podnosić, lecz wtedy jego stopa poślizgnęła się na
czymś. Opuścił rękę. Kula.
- Asinthewie? - spytała babka.
Zacisnął kulę w dłoni, kiedy się prostował, a później wybiegł na
zewnątrz.
***
- Metal jest twoim życiem - powiedział Tellingdwar, przechodząc do
ostatnich części wieczornej recytacji.
Waxillium klęczał w pozycji do medytacji, wsłuchując się w słowa. Wokół
niego rzędy spokojnych Terrisan również pochylały się z szacunkiem,
wychwalając Zachowanie, starożytnego boga ich wiary.
- Metal jest twoją duszą - powiedział Tellingdwar.
Tak wiele było doskonałości w tym cichym świecie. Dlaczego Waxillium
czasem miał wrażenie, że nanosi brud samą swoją obecnością? Że oni
wszyscy byli częścią jednego wielkiego białego płótna, a on plamą na
samym dole?
- Chronisz nas - powiedział Tellingdwar - a my będziemy twoi.
Kula, pomyślał Waxillium, wciąż ściskając w dłoni kawałek metalu.
Dlaczego zostawił nam kulę jako przypomnienie? Co to znaczy? Wydawało mu
się, że to dziwny symbol.
Po zakończeniu recytacji młodzi, dzieci i dorośli podnieśli się i zaczęli przeciągać. Trochę rozmawiali ze sobą, ale zbliżała się cisza
nocna, co oznaczało, że młodsi ruszyli do domów lub wieloosobowych
sypialni. Waxillium się nie podniósł.
Tellingdwar zaczął zbierać maty, na których wcześniej klęczeli
medytujący. Miał ogoloną głowę, a jego szaty były jaskrawożółte i pomarańczowe. Z matami w ramionach zatrzymał się, kiedy zobaczył, że
Waxillium nie wyszedł z pozostałymi.
- Asinthewie? Dobrze się czujesz?
Waxillium pokiwał ze zmęczeniem głową i wstał. Nogi mu zdrętwiały po tak
długim klęczeniu. Ruszył powoli w stronę wyjścia, jednak zatrzymał się w drzwiach.
- Tellingdwarze?
- Tak, Asinthewie?
- Czy w Wiosce kiedykolwiek doszło do aktów przemocy?
Niski mężczyzna znieruchomiał, zaciskając ręce na matach.
- Dlaczego pytasz?
- Z ciekawości.
- Nie musisz się martwić. To było dawno temu.
- Co było dawno temu?
Tellingdwar zebrał pozostałe maty, poruszając się szybciej niż
wcześniej. Może ktoś inny uniknąłby odpowiedzi na pytanie, ale
Tellingdwar był wyjątkowo szczery. Klasyczna terrisańska cnota - w jego
oczach uniknięcie odpowiedzi byłoby równe kłamstwu.
- Nie zaskakuje mnie, że wciąż o tym szepcą. Piętnaście lat nie zmyło
całej krwi, jak sądzę. Ale pogłoski są fałszywe. Zginęła tylko jedna
osoba. Kobieta, z rąk męża. Oboje byli Terrisanami. - Zawahał się. -
Znałem ich.
- Jak ją zabił?
- Musisz to wiedzieć?
- Cóż, pogłoski...
Tellingdwar westchnął.
- Pistolet. Broń z zewnątrz. Nie wiemy, skąd go wziął. - Tellingdwar
pokręcił głową i zrzucił maty na stertę z boku pomieszczenia. - Pewnie
nie powinniśmy być zaskoczeni. Ludzie są wszędzie tacy sami, Asinthewie.
Musisz o tym pamiętać. Nie uważaj się za lepszego od innych tylko
dlatego, że nosisz szatę.
Tellingdwar każdą rozmowę mógł zmienić w lekcję. Waxillium skinął mu
głową i wyślizgnął się na zewnątrz. Słychać było grzmoty zapowiadające
deszcz, ale mgła jeszcze się nie pojawiła.
"Ludzie są wszędzie tacy sami, Asinthewie...". Jaki w takim razie był cel
wszystkiego, czego tu uczyli? Jeśli nie mogli powstrzymać ludzi przed
zachowywaniem się jak potwory?
Dotarł do sypialni chłopców. Cisza nocna już się zaczęła i Waxillium
musiał ukłonić się przepraszająco opiekunowi sypialni, zanim pobiegł
korytarzem do swojego pokoju na parterze. Ojciec Waxilliuma upierał się,
że jego syn ze względu na szlachetne pochodzenie ma mieć własny pokój.
To jeszcze bardziej odróżniało go od pozostałych.
Zrzucił szatę i otworzył szafę, w której wisiały jego stare ubrania.
Deszcz zaczął uderzać o szybę w chwili, kiedy włożył spodnie i koszulę
zapinaną na guziki, które uważał za wygodniejsze od tych zardzewiałych
szat. Skrócił knot lampki i otworzył książkę, żeby poczytać.
Na zewnątrz niebo burczało jak pusty żołądek. Waxillium próbował czytać
przez kilka minut, po czym odrzucił książkę na bok - omal nie
przewracając lampki - i poderwał się na równe nogi. Podszedł do okna i wpatrzył się w ulewę. Ze względu na baldachim drzew deszcz padał
nierówno, kolumnami. Waxillium zgasił lampę.
Wpatrywał się w deszcz, a w głowie kłębiły mu się myśli. Wkrótce musiał
podjąć decyzję. Zgodnie z umową zawartą przez jego babkę i rodziców
Waxillium miał spędzić w Wiosce rok, z którego pozostał już tylko
miesiąc. Później sam miał zadecydować, czy tu zostanie.
Co czekało na niego na zewnątrz? Białe obrusy, pozerzy z nosowymi
akcentami i polityka.
Co czekało go tutaj? Ciche sale, medytacja i nuda.
Życie, którego nienawidził, albo życie pełne otępiającej powtarzalności.
Dzień po dniu po dniu... i...
Czy ktoś poruszał się wśród drzew?
Waxillium przycisnął czoło do chłodnego szkła. Rzeczywiście ktoś wlókł
się przez mokry las, ciemna postać o znajomym wzroście i sylwetce,
pochylona i niosąca na ramieniu worek. Forch spojrzał w stronę sypialni,
zaraz jednak ruszył dalej w mrok.
Czyli wrócili. Szybciej, niż się spodziewał. Czy tak właśnie Telsin
zamierzała wrócić do sypialni? Wślizgnąć się przez okno i twierdzić, że
wrócili przed ciszą nocną, a opiekun po prostu ich nie zauważył?
Waxillium czekał, zastanawiając się, czy zauważy również trzy
dziewczyny, ale niczego nie widział. Jedynie Forcha znikającego w cieniach. Dokąd on szedł?
Kolejny pożar, pomyślał od razu Waxillium. Ale Forch z pewnością nie
podłożyłby ognia w taki deszcz, prawda?
Waxillium spojrzał na zegar tykający cicho na ścianie. Godzina po ciszy
nocnej. Nie miał pojęcia, że tak wiele czasu spędził, gapiąc się na
deszcz.
Forch nie jest moim problemem, powiedział sobie stanowczo. Postanowił
wrócić do łóżka, ale natychmiast odkrył, że miota się po pokoju. Z niepokojem wsłuchuje się w deszcz i nie może powstrzymać ciała przed
poruszaniem się.
Cisza nocna...
"Niech zasady staną się twoim przewodnikiem. W nich odnajdziesz spokój".
Zatrzymał się przy oknie. Po chwili je otworzył. Kiedy wyskoczył na
zewnątrz, jego bose stopy zagłębiły się w wilgotnej, sprężystej ziemi.
Ruszył przed siebie, a strumienie wody uderzały go w głowę i spływały za
koszulę. Dokąd poszedł Forch?
Waxillium wybrał kierunek, który wydał mu się najbardziej prawdopodobny.
Mijał ogromne drzewa, jak wykute w skale monolity, a szum deszczu
zagłuszał wszystko inne. Odcisk buta w błocie obok pnia drzewa
świadczył, że był na dobrym tropie, ale musiał się pochylić, żeby go
zobaczyć. Na rdzę! Robiło się ciemno.
Co teraz? Waxillium rozejrzał się dookoła. Tam, pomyślał. Magazyn. Stara
sypialnia, obecnie nieużywana, w której Terrisanie trzymali zapasowe
meble i dywany. To by było doskonałe miejsce do podpalenia, prawda? W środku mnóstwo łatwopalnych rzeczy, a w takim deszczu nikt by się tego
nie spodziewał.
Ale babka z nim rozmawiała, pomyślał Waxillium, potykając się wśród
deszczu. Stopy mu marzły, kiedy rozgarniał liście i mchy. Będą
wiedzieli, że to on. Czy go to nie obchodziło? Celowo starał się
wpakować w kłopoty?
Waxillium podszedł do starej sypialni, masywnego dwupiętrowego budynku,
czarnego na tle coraz ciemniejszej nocy. Strumienie wody spływały z jego
dachu. Nacisnął klamkę. Drzwi oczywiście nie były zamknięte na klucz -
to w końcu była Wioska. Wślizgnął się do środka.
Tam. Kałuża wody na podłodze. Ktoś tędy niedawno wchodził. Ruszył dalej
pochylony, dotykając odcisków butów, jednego po drugim, aż dotarł do
schodów. Jeden bieg schodów, drugi. Co tam było? Dotarł na najwyższe
piętro i zobaczył przed sobą światło. Skradał się korytarzem wyłożonym
dywanem, aż dotarł do migoczącej świecy ustawionej na stole w niewielkim
pokoju pełnym mebli, z ciężkimi draperiami na ścianach.
Waxillium podszedł do świecy. Drżała, krucha i samotna. Dlaczego Forch
ją tu zostawił? Co było...
Coś ciężkiego uderzyło go w plecy. Sapnął z bólu i poleciał do przodu,
aż wpadł na dwa krzesła ułożone jedno na drugim. Za plecami usłyszał
kroki. Udało mu się odskoczyć w bok i rzucić na podłogę w chwili, kiedy
Forch uderzył starym drewnianym słupkiem w krzesła, które popękały.
Waxillium podniósł się, ramiona go bolały. Forch odwrócił się w jego
stronę, jego twarz kryła się w cieniach.
Waxillium się cofnął.
- Forch! Nic się nie dzieje. Chciałem tylko porozmawiać. - Skrzywił się,
kiedy uderzył plecami w ścianę. - Nie musisz...
Forch zamachnął się na niego.
Waxillium jęknął i wybiegł na korytarz.
- Pomocy! - krzyknął, kiedy Forch ruszył za nim. - Pomocy!
Zamierzał ruszyć w stronę schodów, ale pomylił kierunki i w rzeczywistości się od nich oddalał. Uderzył ramieniem o drzwi na końcu
korytarza. Jeśli ta sypialnia miała ten sam rozkład co ta, w której
mieszkał, prowadziły do górnej sali spotkań. I może drugich schodów?
Waxillium wpadł do jaśniejszego pomieszczenia. Stare stoły ustawione
jeden na drugim otaczały otwartą przestrzeń pośrodku, przypominając
widownię i scenę.
Tam, na samym środku, oświetlony blaskiem tuzina świec, leżał może
pięcioletni chłopczyk, przywiązany do deski ułożonej między dwoma
stołami. Jego koszula została rozcięta i rzucona na podłogę, a knebel
tłumił jego krzyki. Dziecko szarpało się słabo w więzach.
Waxillium zatrzymał się gwałtownie, obejmując wzrokiem chłopca, rząd
błyszczących noży ułożonych na pobliskim stole, ślady krwi z rozcięć na
piersi chłopca.
- A niech to piekło - szepnął Waxillium.
Forch wszedł za nim i z trzaskiem zamknął drzwi.
- A niech to piekło - powtórzył Wax i odwrócił się z szeroko otwartymi
oczyma. - Forch, co z tobą nie tak?
- Nie wiem - odparł cicho chłopak. - Muszę po prostu zobaczyć, co jest w środku. Rozumiesz?
- Wyszedłeś z dziewczynami, żeby mieć alibi. Jeśli ktoś zobaczy, że twój
pokój jest pusty, będziesz mówił, że byłeś z nimi. Pomniejsze
wykroczenie, żeby ukryć zbrodnię. Na rdzę! Moja siostra i jej koleżanki
nie wiedzą, że wróciłeś, prawda? Są pijane i nawet nie będą pamiętać, że
zniknąłeś. Będą przysięgać, że byłeś...
Waxillium przerwał, kiedy Forch podniósł wzrok. Jego oczy odbijały blask
świec, a twarz była bez wyrazu. W ręku trzymał garść gwoździ.
Racja. Forch jest...
Waxillium krzyknął i rzucił się w stronę sterty mebli w chwili, kiedy
gwoździe wyleciały z dłoni Forcha popychane jego Allomancją. Uderzyły
jak grad o drewniane stoły, nogi krzeseł i podłogę. Uciekając, Wax
poczuł nagły ból w ramieniu.
Krzyknął i chowając się za meblami, zacisnął rękę na bolącym miejscu.
Jeden z gwoździ oderwał kawał ciała w pobliżu jego łokcia.
Metal. Potrzebował metalu.
Minęło wiele miesięcy, odkąd po raz ostatni spalił stal. Babka chciała,
by zaakceptował swoją terrisańską naturę. Uniósł ramiona i odkrył, że są
nagie. Jego bransolety...
W twoim pokoju, idioto, pomyślał Waxillium. Sięgnął do kieszeni spodni.
Zawsze trzymał... Woreczek płatków metalu. Wyciągnął go, cofając się przed
Forchem, który odrzucał na bok stoły i krzesła, żeby się do niego
przedostać. Z tyłu dochodziły jęki uwięzionego dziecka.
Palce Waxilliuma drżały, kiedy próbował otworzyć woreczek z płatkami
metalu, ale on nagle wyrwał się z jego palców i przeleciał przez pokój.
Zdesperowany Waxillium odwrócił się do Forcha i zobaczył, że tamten
zdejmuje ze stołu metalowy pręt i rzuca w jego stronę.
Waxillium próbował się uchylić. Zbyt wolno. Odepchnięty pręt uderzył go
w pierś i popchnął do tyłu. Forch sapnął i się zatoczył. Nie miał
praktyki w Allomancji i nie zapewnił sobie stosownego oparcia. Jego
Odpychanie rzuciło go do tyłu niemal tak samo, jak Waxilliuma.
Waxillium wpadł na ścianę i poczuł, że coś w nim pęka. Sapnął i osunął
się na kolana, czując, że robi mu się ciemno przed oczami. Pokój zaczął
się kołysać.
Woreczek. Bierz woreczek!
Gorączkowo przeszukiwał podłogę wokół siebie, ledwie zdolny myśleć.
Potrzebował tego metalu! Jego zakrwawione palce musnęły tkaninę.
Niecierpliwie chwycił woreczek i otworzył go. Odchylił głowę, by wrzucić
do ust płatki.
Nagle pojawił się nad nim cień i kopnął go w brzuch. Złamana kość
ustąpiła pod naciskiem i Waxillium krzyknął. Połknął jedynie szczyptę
metalu. Forch wytrącił mu torebkę z ręki, rozrzucając płatki, i podniósł
go.
Młodzik wyglądał na masywniejszego niż wcześniej. Sięgnął do metalmyśli.
Rozgorączkowany Waxillium próbował Odepchnąć bransolety mężczyzny, ale
Feruchemiczne metalmyśli z trudem poddawały się Allomancji. Jego
Odpychanie nie było dość silne.
Forch wypchnął Waxilliuma przez otwarte okno i wywiesił na zewnątrz,
trzymając go za szyję. Waxillium z trudem łapał oddech, zalewały go
strugi deszczu.
- Proszę... Forch...
Forch go puścił.
Waxillium spadał z deszczem.
Trzy kondygnacje w dół, przez gałęzie klonu, wśród wilgotnych liści.
Stal zapłonęła w jego wnętrzu, z piersi wyrosły niebieskie linie
prowadzące do pobliskich źródeł metalu. Wszystkie nad nim, żadne pod.
Nic, od czego mógłby się Odepchnąć, żeby uratować życie.
Za wyjątkiem jednego kawałka w kieszeni spodni.
Koziołkując w powietrzu, Waxillium Odepchnął go desperacko. Metal
przebił kieszeń, ześlizgnął się po nodze i rozciął bok stopy, zanim
wystrzelił w stronę ziemi, popychany ciężarem ciała. W chwili kiedy
kawałek metalu uderzył w ziemię, Waxillium szarpnął się w powietrzu i zwolnił.
Uderzył stopami o mokrą ścieżkę, ból przeszył jego nogi. Upadł na ziemię
i odkrył, że jest oszołomiony, ale żywy. Odpychanie go uratowało.
Deszcz padał na twarz Waxilliuma, który czekał, ale Forch nie zszedł,
żeby go dobić. Młodzik zatrzasnął okiennice, może obawiał się, że ktoś
zobaczy światło świec.
Waxillium czuł ból w całym ciele. Ramion od pierwszego ciosu, nóg od
upadku, piersi od uderzenia prętem - ile żeber połamał? Leżał w deszczu
i kaszlał, aż w końcu przetoczył się i zaczął szukać kawałka metalu,
który uratował mu życie. Bez trudu go odnalazł, śledząc jego
Allomantyczną linię, zanurzył rękę w błocie i wyciągnął go.
Kula konstabla. Deszcz obmywał jego dłoń, oczyszczając metal. Nawet nie
pamiętał, kiedy wcisnął ją do kieszeni.
"W przypadku takim jak ten pożar często jest zapowiedzią...".
Powinien wstać i pójść po pomoc. Ale ten chłopiec na górze krwawił. Noże
już zostały wyjęte.
"Nadchodzi coś większego, starsza. Coś, czego wszyscy pożałujecie".
Nagle Waxillium poczuł, że nienawidzi Forcha. To miejsce było doskonałe,
spokojne. Piękne. Ciemność nie powinna w nim istnieć. Jeśli Waxillium
był plamą na białym płótnie, to ten mężczyzna był studnią czystej
czerni.
Waxillium krzyknął, podniósł się i przez tylne drzwi wszedł do starego
budynku. Mimo bólu wspiął się dwa piętra po schodach, po czym z trzaskiem otworzył drzwi do sali spotkań. Forch stał nad płaczącym
dzieckiem, w ręku trzymał zakrwawiony nóż. Powoli odwrócił głowę,
ukazując Waxilliumowi jedno oko, pół twarzy.
Waxillium rzucił między nich kulę - jej łuska błyszczała w blasku świec
- i Odepchnął ze wszystkich sił. Forch odwrócił się i również ją
Odpychał.
Reakcja była natychmiastowa. Kula zatrzymała się w powietrzu, cale od
twarzy Forcha. Obaj mężczyźni polecieli do tyłu, ale Forch złapał się
stołów i zachował równowagę. Waxillium uderzył o ścianę przy drzwiach.
Forch uśmiechnął się, a jego mięśnie napęczniały, gdy zaczerpnął siłę z metalmyśli. Wziął pręt leżący na stole obok noży i rzucił nim w Waxilliuma, który krzyknął i go Odepchnął.
Nie był dość silny. Forch nadal Odpychał, a Waxillium miał mało stali.
Pręt poleciał do przodu, uderzył w pierś Waxilliuma i przycisnął go do
ściany.
Czas znieruchomiał. Jedna kula wisząca tuż przed Forchem, ich główna
walka o pręt, który z każdą chwilą coraz bardziej miażdżył Waxilliuma.
Jego pierś wypełnił ból, a z ust wyrwał się krzyk.
Miał tu umrzeć.
"Chcę postępować właściwie. Dlaczego to jest takie trudne?".
Forch z uśmiechem zrobił krok do przodu.
Waxillium skupił wzrok na złocistym naboju. Nie mógł oddychać. Ale ten
nabój...
Metal jest twoim życiem.
Nabój. Trzy części z metalu. Pocisk.
Metal jest twoją duszą.
Łuska.
Chronisz nas...
I ten mały kawałek na końcu, w który uderzał kurek.
W tej chwili w oczach Waxilliuma rozdzielił się na trzy linie, trzy
części. Widział je wszystkie jednocześnie. Po chwili, choć pręt wciąż go
miażdżył, wypuścił dwie części.
I pchnął spłonkę.
Nabój wybuchł. Łuska poleciała do tyłu, Odpychana Allomancją Forcha, sam
pocisk zaś poleciał nietknięty do przodu i wbił się w czaszkę Forcha.
Waxillium osunął się na ziemię, kiedy pręt poleciał do tyłu. Zwinął się
w kłębek, z trudem łapiąc oddech, a woda spływała z jego twarzy na
drewnianą podłogę.
Ledwie słyszał głosy na dole. Ludzie w końcu zareagowali na krzyki, a później odgłos strzału. Zmusił się do wstania i przekuśtykał przez
pokój, ignorując głosy Terrisan i Terrisanek, którzy wspinali się po
schodach. Dotarł do dziecka i zerwał jego więzy. Chłopiec nie uciekł
przerażony, tylko mocno objął nogę Waxilliuma i się rozpłakał.
Do środka weszli ludzie. Waxillium pochylił się, podniósł łuskę z mokrej
podłogi i wyprostował się. Tellingdwar. Babka. Starsi. Widział ich
przerażenie i wiedział, że go znienawidzą, bo sprowadził przemoc do ich
wioski.
Znienawidzą go, bo miał rację.
Stał obok trupa Forcha i zaciskał jedną dłoń na łusce, a drugą opierał
na głowie drżącego dziecka.
- Znajdę swoją drogę - szepnął.
Dwadzieścia osiem lat później
Drzwi kryjówki uderzyły o ścianę, wzbijając chmurę kurzu. Ściana mgły
otoczyła mężczyznę, który otworzył je kopnięciem, podkreśliła jego
sylwetkę - mgielny płaszcz z falującymi pasmami, uniesiona śrutówka.
- Ognia! - krzyknął Migs.
Chłopaki wystrzeliły. Ośmiu mężczyzn, uzbrojonych po zęby i ukrytych za
barykadą we wnętrzu starego pubu zaczęło strzelać do ciemnej sylwetki. W powietrzu zaświstały kule, które jednak omijały mężczyznę w długim
płaszczu. Uderzały o ścianę, poszatkowały drzwi i rozłupały futrynę.
Zostawiały ślady w zbierającej się mgle, ale stróż prawa, idealnie
czarny w półmroku, nawet się nie wzdrygnął.
Migs rozpaczliwie wypuszczał kolejne pociski, jeden po drugim. Opróżnił
magazynek jednego rewolweru, później drugiego, wreszcie uniósł strzelbę
i strzelał najszybciej, jak mógł. Jak oni się tu zaleźli? Na rdzę, jak
do tego doszło? Nie tak miało być.
- To bez sensu! - zawołał jeden z chłopaków. - On nas wszystkich
pozabija, Migs!
- Co tak tu stoisz?! - krzyknął Migs do stróża prawa. - Weź się do
roboty! - Wystrzelił dwa razy. - Co z tobą nie tak?
- Może odwraca naszą uwagę - powiedział jeden z chłopaków - żeby jego
kumpel mógł się do nas podkraść.
- Ej, to...
Migs zawahał się, spoglądając na tego, który się odezwał. Okrągła twarz.
Prosty kapelusz woźnicy, jak melonik, ale o spłaszczonym denku. Kto to
właściwie był? Przeliczył swoją ekipę.
Dziewięciu?
Chłopak obok Migsa uśmiechnął się, uchylił kapelusza i walnął go w twarz.
Wszystko wydarzyło się oszałamiająco szybko. Gość w kapeluszu woźnicy w mgnieniu oka rzucił Śliskiego i Guilliana na ziemię. Nagle znalazł się
przy dwójce na drugim końcu sali i powalił ich laskami pojedynkowymi.
Kiedy Migs się odwrócił, żeby podnieść broń, którą upuścił, stróż prawa
z łopotem pasm płaszcza przeskoczył przez barykadę i kopnął Szufladę w pierś. Obrócił się i wycelował ze śrutówki do mężczyzn po drugiej
stronie.
Rzucili broń. Migs ukląkł za przewróconym stołem i pocąc się, czekał na
odgłos strzałów.
Nie usłyszał ich.
- Czekają na pana, kapitanie! - krzyknął stróż prawa.
Do środa wpadła gromadka konstabli, rozpraszając mgłę. Na zewnątrz blask
świtu i tak zaczynał już ją wypalać. Na rdzę. Naprawdę ukrywali się tu
przez całą noc?
Stróż prawa wycelował w Migsa.
- Rzuć broń, przyjacielu - powiedział.
Migs się zawahał.
- Po prostu mnie zastrzel, stróżu prawa. I tak wpakowałem się po uszy.
- Postrzeliłeś dwóch konstabli - odparł mężczyzna, trzymając palec na
spuście. - Ale przeżyją, synu. Nie zawiśniesz, jeśli postawię na swoim.
Rzuć broń.
Wcześniej Migs słyszał te same słowa, wykrzykiwali je ci, którzy ich
okrążyli. Teraz odkrył, że w nie wierzy.
- Dlaczego? - spytał. - Mógłbyś nas wszystkich zabić i nawet się nie
spocić. Dlaczego?!
- Jeśli mam być szczery, nie jesteś wart tego, by cię zabijać. -
Uśmiechnął się przyjaźnie. - Już dość mam na sumieniu. Rzuć broń. Jakoś
to załatwimy.
Migs rzucił broń i wstał, po czym machnął ręką do Szuflady, który
podnosił się z rewolwerem w ręku. Tamten z wyraźną niechęcią również
rzucił broń.
Stróż prawa odwrócił się, Allomantycznym skokiem przeleciał nad barykadą
i wcisnął krótką śrutówkę do kabury na udzie. Dołączył do niego młodszy
mężczyzna w kapeluszu woźnicy, pogwizdywał cicho. Wydawało się, że
zwinął ulubiony nóż Guilliana - z jego kieszeni wystawała rękojeść z kości słoniowej.
- Należą do pana, kapitanie - powiedział stróż prawa.
- Nie zostanie pan, żeby dopilnować zatrzymania, Wax? - spytał kapitan
konstabli.
- Niestety nie. Muszę iść na ślub.
- Czyj?
- Obawiam się, że swój własny.
- Wziął pan udział w nalocie w dzień swojego ślubu? - spytał konstabl.
Stróż prawa, Waxillium Ladrian, zatrzymał się w drzwiach.
- Na swoją obronę mogę powiedzieć, że to nie był mój pomysł.
Jeszcze raz skinął głową zgromadzonym konstablom i członkom szajki i wyszedł w mgłę.
Rozdział 1
Waxillium Ladrian zbiegł po schodach baru zamienionego w kryjówkę,
mijając kręcących się konstabli w brązowych mundurach. Mgły już się
rozpraszały, świt zapowiadał koniec ich czuwania. Obmacał rękę - pocisk
wyrwał sporą dziurę w mankiecie koszuli i boku kurtki. Wcześniej czuł,
jak przelatuje.
- Ano - powiedział z boku Wayne. - To był niezły plan, co?
- Ten sam, co zawsze. Ten, w którym ja jestem wabikiem.
- To nie moja wina, że ludzie lubią do ciebie strzelać, stary -
stwierdził Wayne, kiedy dotarli do powozu. - Powinieneś być zadowolony.
Wykorzystujesz swoje talenty, a moja babcia zawsze powtarzała, że to
właśnie powinien robić człowiek.
- Wolałbym, żebym moim talentem nie był "ruchomy cel".
- Cóż, trzeba korzystać z tego, co się ma. - Wayne oparł się o bok
powozu, kiedy stangret Cob otwierał drzwi Waxowi. - Z tego samego powodu
zawsze mam w potrawce mięso szczura.
Wax zajrzał do powozu, popatrzył na miękkie poduszki i elegancką
tapicerkę, ale nie wsiadł.
- Nic ci nie będzie? - spytał Wayne.
- Ależ oczywiście. To moje drugie małżeństwo. Można powiedzieć, że mam
już spore doświadczenie.
Wayne uśmiechnął się szeroko.
- Ach, tak to działa? Bo mnie wydaje się raczej, że małżeństwo jest
jedną z tych rzeczy, z którymi ludzie z upływem czasu radzą sobie coraz
gorzej. I jeszcze z utrzymywaniem się przy życiu.
- Wayne, to zabrzmiało wręcz głęboko.
- A niech mnie. Celowałem we wnikliwie.
Wax stał nieruchomo, wpatrując się w powóz. Stangret, który wciąż
przytrzymywał otwarte drzwi, odchrząknął.
- To naprawdę elegancki stryczek - zauważył Wayne.
- Nie dramatyzuj.
Wayne pochylił się, żeby wejść do środka.
- Lordzie Ladrianie! - zawołał ktoś z tyłu.
Wax obejrzał się i zobaczył wysokiego mężczyznę w ciemnobrązowym
garniturze i muszce, który przeciskał się między konstablami.
- Lordzie Ladrianie - powtórzył mężczyzna - czy mogę zająć chwilę?
- Niech pan weźmie wszystko. Ale proszę to zrobić beze mnie.
- Ale...
- Spotkamy się na miejscu - powiedział Wax do Wayne'a i skinął mu głową.
Upuścił zużytą łuskę pocisku i Odepchnął się w powietrze. Po co marnować
czas na jazdę powozem?
Czując w żołądku przyjemne ciepło płonącej stali, odepchnął się od
pobliskiej elektrycznej latarni - wciąż świecącej, choć nadszedł już
ranek - i wzniósł się wyżej w powietrze. Elendel rozciągało się przed
nim - poplamione sadzą cudowne miasto, wypuszczające dym z setek tysięcy
kominów domów i fabryk. Wax odepchnął się od stalowego szkieletu na wpół
ukończonego budynku i serią skoków przebył Czwarty Oktant.
Minął pole powozów do wynajęcia, rzędy pojazdów czekających cierpliwie w szeregach. Robotnicy unosili wzrok, kiedy ich mijał. Jeden pokazał go
palcem - może to mgielny płaszcz zwrócił jego uwagę. Kurierzy
Monetostrzelni nie byli w Elendel rzadkością, a ludzie szybujący w powietrzu nieczęsto przykuwali uwagę.
W kilku kolejnych skokach przeleciał nad kompleksem magazynów
ustawionych w stłoczonych rzędach. Każdy skok radował Waxa.
Zadziwiające, że coś takiego wciąż wydawało mu się wspaniałe. Wiatr na
twarzy, te krótkie chwile nieważkości, kiedy zawisał na szczytach łuków.
Wkrótce jednak ciążenie i obowiązek ściągnęły go w dół. Opuścił
dzielnicę przemysłową i przeleciał nad porządniejszymi drogami. Ich
gładka nawierzchnia ze smoły i żwiru służyła tym przeklętym automobilom
lepiej niż bruk. Bez trudu zauważył kościół Ocalitów z jego wielką
kopułą ze szkła i stali. W Weathering wystarczyła prosta drewniana
kaplica, ale dla Elendel nie byłaby dość wspaniała.
Budowlę zaprojektowano w taki sposób, by wierni mogli w nocy oglądać
mgły. Wax uważał, że jeśli chcieli zobaczyć mgły, powinni po prostu
wyjść na zewnątrz. Ale może był cyniczny? W końcu kopułę - ze szklanych
tafli umieszczonych między stalowymi wspornikami, przez co wyglądała jak
cząstki pomarańczy - można było przy szczególnych okazjach otworzyć, by
mgły spływały do wewnątrz.
Wylądował na wieży ciśnień na dachu budynku naprzeciwko kościoła. Może
kiedy wybudowano świątynię, jej kopuła była dość wysoka, by przyćmić
sąsiadujące budynki. Z pewnością miała ładny zarys. Teraz budowle
wznosiły się coraz wyżej, zasłaniając kościół. Wayne umiałby odkryć w tym metaforę. Pewnie prymitywną.
Siedział na wieży ciśnień górującej nad świątynią. Oto w końcu był w tym
miejscu. Poczuł, że zaczyna mu drgać powieka, a w sercu wzbiera ból.
Wydaje mi się, że już tamtego dnia cię kochałam. Taki śmieszny, a jednocześnie taki szczery...
Przed sześcioma miesiącami pociągnął za spust. Wciąż słyszał odgłos
strzału.
Podniósł się i wziął się w garść. Kiedyś udało mu się uleczyć tę ranę.
Znowu mu się to uda. A jeśli jego serce pokryją blizny, może właśnie
tego potrzebował. Zeskoczył z wieży ciśnień i spowolnił upadek
Odpychaniem od łuski pocisku.
Uderzył w ziemię i przeszedł obok długiego szeregu powozów. Goście już
przybyli na miejsce - zgodnie z zasadami śluby Ocalitów odbywały się
albo wczesnym rankiem, albo późnym wieczorem. Wax skinął głową kilku
mijanym ludziom. Nie mógł się powstrzymać przed wyjęciem śrutówki z kabury i oparciem jej na ramieniu, kiedy wbiegł po schodach i otworzył
drzwi Odpychaniem.
Steris spacerowała po przedsionku ubrana w gładką białą suknię, którą
wybrała, ponieważ wedle pism ten fason był modny. Z zaplecionymi włosami
i profesjonalnym makijażem wyglądała całkiem ładnie.
Uśmiechnął się. Jego napięcie i nerwowość nieco osłabły.
Steris uniosła wzrok i natychmiast do niego podeszła.
- I jak?
- Nie dałem się zabić. I tyle.
Spojrzała na zegar.
- Spóźniłeś się, ale nie za bardzo.
- Przepraszam?
To ona nalegała, żeby wziął udział w nalocie. Wręcz go zaplanowała.
Takie było życie ze Steris.
- Jestem pewna, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy.
Steris wzięła go pod rękę. Była ciepła i nawet drżała. Steris była
skryta, ale wbrew temu, co sądzili o niej niektórzy, nie beznamiętna.
- Nalot? - spytała.
- Poszedł dobrze. Żadnych ofiar. - Przeszedł z nią do bocznej salki,
gdzie jego lokaj Drewton czekał obok stołu, na którym rozłożono biały
ślubny garnitur Waxa. - Wiesz oczywiście, że udział w nalocie w dniu
własnego ślubu jedynie umocni mój obraz w oczach społeczeństwa.
- Jaki obraz?
- Zbira - powiedział, zdejmując mgielny płaszcz i podając go Drewtonowi.
- Ledwie cywilizowanego łotra z Dziczy, który przeklina w kościele i przychodzi uzbrojony na przyjęcia.
Spojrzała na śrutówkę, którą rzucił na sofę.
- Lubisz bawić się tym, jak postrzegają cię ludzie, prawda? Starasz się,
by czuli się niezręcznie, wytrącasz ich w ten sposób z równowagi.
- To jedna z niewielu prostych przyjemności, jakie mi pozostały, Steris.
Uśmiechnął się, kiedy Drewton rozpiął jego kamizelkę. Następnie zdjął ją
razem z koszulą, odsłaniając tors.
- Widzę, że zaliczam się do tych, którzy mają się poczuć niezręcznie -
zauważyła Steris.
- Korzystam z tego, co mam - odparł Wax.
- I dlatego zawsze masz w potrawce mięso szczura?
Wax zawahał się, zanim oddał rzeczy Drewtonowi.
- Tobie też to powiedział?
- Owszem. Jestem coraz bardziej przekonana, że wypróbowuje te teksty na
mnie. - Założyła ręce na piersi. - Ten kundel.
- Nie wyjdziesz, kiedy będę się przebierał? - spytał z rozbawieniem Wax.
- Za niecałą godzinę będziemy małżeństwem, lordzie Waxilliumie. Sądzę,
że zniosę widok twojej nagiej piersi. Tak na marginesie to ty jesteś
Ścieżkowcem. Pruderia jest częścią twojego systemu religijnego, nie
mojego. Czytałam o Kelsierze. Oceniając po tym, czego się dowiedziałam,
wątpię, by on się przejmował...
Wax zaczął rozpinać drewniane guziki spodni.
Steris zarumieniła się, obróciła i w końcu stanęła plecami do niego. Po
chwili dodała wyraźnie wytrącona z równowagi:
- Cóż, przynajmniej zgodziłeś się na pełną ceremonię.
Wax uśmiechnął się, usiadł w samych slipkach i pozwolił, by Drewton
szybko go ogolił. Steris pozostała na swoim miejscu, nasłuchując. W końcu, kiedy Drewton wycierał krem z jego twarzy, spytała:
- Masz wisiorki?
- Oddałem je Wayne'owi.
- Że... co?
- Pomyślałem, że będziesz chciała mieć trochę zamieszania na ślubie. -
Wax wstał i wziął od lokaja czyste spodnie. Włożył je. Od czasu
opuszczenia Dziczy rzadko chodził w bieli. Tam trudno było zachować
czystość, przez co białe ubrania nabierały większej wartości. - Uznałem,
że to się uda.
- Chciałam mieć zaplanowane zamieszanie, lordzie Waxilliumie - warknęła
Steris. - Nie denerwuję się, jeśli je rozumiem, jestem na nie
przygotowana i nad nim panuję. Wayne to całkowite przeciwieństwo, nie
sądzisz?
Wax zapiął guziki, a Drewton zdjął z wieszaka koszulę. Na ten dźwięk
Steris natychmiast się odwróciła, wciąż z rękami na piersiach, zupełnie
po sobie nie pokazując, że choć przez chwilę była zażenowana.
- Jak się cieszę, że kazałam zrobić kopie.
- Kazałaś zrobić kopie naszych ślubnych wisiorków?
- Tak. - Zagryzła wargi. - Sześć kompletów.
- Sześć?
- Pozostałe cztery nie dotarły na czas.
Wax uśmiechnął się szeroko, dopiął guziki, i pozwolił lokajowi zająć się
mankietami.
- Jesteś jedyna w swoim rodzaju, Steris.
- Formalnie rzecz biorąc, Wayne też... jak również Zniszczenie, skoro o tym mowa. Jeśli się nad tym zastanowić, to żaden komplement.
Wax założył szelki i pozwolił, by Drewton zajął się jego kołnierzem.
- Nie rozumiem, Steris - mruknął, stojąc sztywno, gdy lokaj pracował nad
jego ubiorem. - Przygotowujesz się tak starannie na wszystko, co mogłoby
pójść nie tak... jakbyś wiedziała i spodziewała się, że życie jest
nieprzewidywalne.
- Tak, i co z tego?
- I życie jest nieprzewidywalne. Dlatego twoje przygotowania na różne
nieprzewidziane wydarzenia gwarantują jedynie, że coś innego pójdzie nie
tak.
- To dość fatalistyczny punkt widzenia.
- Życie w Dziczy tak działa na ludzi.
Popatrzył na nią, olśniewającą w białej sukni. Stała z założonymi rękami
i stukała palcem wskazującym prawej dłoni w lewe ramię.
- Ja po prostu... czuję się lepiej, kiedy próbuję - powiedziała w końcu. -
Chodzi o to, że jeśli coś pójdzie nie tak, przynajmniej próbowałam. Czy
to ma sens?
- Sądzę, że tak.
Drewton cofnął się zadowolony. Garniturowi towarzyszyły bardzo ładny
czarny fular i kamizelka. Tradycyjne, zgodnie z preferencjami Waxa.
Muszki były dla sprzedawców. Włożył marynarkę, jej poły musnęły tył ud.
Po chwili wahania zapiął pas i wsunął Obrońcę do kabury. Nosił broń na
swoim ostatnim ślubie, więc dlaczego i nie na tym? Steris pokiwała głową
z aprobatą.
Ostatnie były buty. Nowa para. Wydawały się koszmarnie niewygodne.
- Czy jesteśmy już dość spóźnieni? - spytał Steris.
Spojrzała na zegar w rogu.
- Planowałam, że wyjdziemy za dwie minuty.
- Ach, cudownie. - Wziął ją za rękę. - To znaczy, że możemy być
spontaniczni i wyjść wcześniej. To znaczy mniej spóźnieni.
Trzymała go mocno, pozwalając, by poprowadził ją przez boczną salkę w stronę wejścia do świątyni. Drewton podążył za nimi.
- Jesteś pewien... że chcesz kontynuować? - spytała Steris, zatrzymując
go, zanim weszli do korytarza prowadzącego do nawy głównej.
- Masz wątpliwości?
- Absolutnie nie - odparła natychmiast Steris. - To małżeństwo posłuży
mojemu rodowi i pozycji. - Objęła lewą dłoń Waxa obiema swoimi. - Ale
lordzie Waxilliumie - powiedziała cicho - nie chcę, żebyś czuł się w potrzasku, szczególnie po tym, co wydarzyło się wcześniej tego roku.
Jeśli chcesz się wycofać, zaakceptuję to.
Sposób, w jaki ściskała jego dłoń, kiedy wypowiadała te słowa, świadczył
o czymś zupełnie innym. Ale ona najwyraźniej tego nie zauważała. Patrząc
na nią, Wax zaczął się zastanawiać. Kiedy zgodził się na ślub, zrobił to
z poczucia obowiązku wobec swojego rodu.
Teraz jednak zdał sobie sprawę, że jego uczucia się zmieniły. Jej
obecność przez te wszystkie miesiące, kiedy był w żałobie... Sposób, w jaki teraz na niego patrzyła...
Na rdzę i Zniszczenie. Naprawdę polubił Steris. Nie była to miłość, ale
wątpił, by zdołał pokochać raz jeszcze. To musiało wystarczyć.
- Nie, Steris - powiedział. - Nie wycofam się. To by... nie było w porządku wobec twojego rodu, ze względu na wszystkie pieniądze, jakie
wydaliście.
- Pieniądze nie są...
- W porządku. - Wax lekko ścisnął jej dłoń. - Doszedłem już do siebie.
Jestem dość silny, by to zrobić.
Steris otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale rozległo się pukanie do
drzwi i po chwili wysunęła się zza nich głowa Marasi. Siostra Steris
miała ciemne włosy i delikatniejsze rysy, malowała wargi na czerwono i nosiła strój nowoczesnej damy - plisowaną spódnicę i obcisły zapinany
żakiet.
- W końcu - powiedziała. - Ludzie zaczynają się denerwować. Wax, jest tu
ktoś, kto chce cię widzieć. Próbowałam go odesłać, ale... no...
Weszła do środka i zostawiła otwarte drzwi, ukazując szczupłego
mężczyznę w brązowym garniturze, którego Wax widział już wcześniej. Stał
teraz z popielnymi dziewczętami w przedsionku kopuły.
- Jak pan tu dotarł przed Wayne'em? - spytał Wax.
- Pański przyjaciel raczej tu nie dotrze.
Mężczyzna wszedł do środka, skinął Marasi, a później zamknął drzwi przed
nosem popielnych dziewcząt. Odwrócił się i rzucił Waxowi kulkę zmiętego
papieru.
Kiedy Wax ją złapał, usłyszał brzęczenie. Po rozwinięciu ujrzał dwa
ślubne wisiorki. Na papierze nagryzmolono następujące słowa: "Zamierzam
się narąbać tak, że nie będę sikał prosto. Szczęśliwego ślubu i w ogóle".
- Cóż za obrazowy styl - powiedziała Steris. Wzięła ślubny wisiorek Waxa
okrytą białą rękawiczką dłonią, a Marasi popatrzyła mu ponad ramieniem,
żeby przeczytać wiadomość. - Przynajmniej o nich nie zapomniał.
- Dziękuję - zwrócił się do mężczyzny w brązie Wax - ale jak pan widzi,
jestem zajęty własnym ślubem. Czegokolwiek pan ode mnie chce, może...
Twarz mężczyzny stała się przezroczysta, ukazując kości czaszki i kręgosłup.
Steris zesztywniała.
- O święty... - szepnęła.
- Święta zaraza - stwierdził Wax. - Powiedz Harmonii, żeby tym razem
zwrócił się do kogoś innego. Jestem zajęty.
- Powiedz... Harmonii... - wymamrotała Steris, szeroko otwierając oczy.
- Niestety, na tym polega częściowo problem - wyjaśnił mężczyzna w brązie, a jego skóra znów przybrała normalny odcień. - Harmonia jest
ostatnio dość nieobecny.
- Jak Bóg może być nieobecny? - spytała Marasi.
- Nie jesteśmy pewni, ale się niepokoimy. Potrzebujemy pana, Waxilliumie
Ladrian. Mam zadanie, które może pana zainteresować. Rozumiem, że
śpieszy się pan na ceremonię, ale później, jeśli będzie miał pan chwilę...
- Nie - stwierdził Wax.
- Ale...
- Nie.
Wax pociągnął Steris za ramię, gwałtownym ruchem otworzył drzwi, minął
Marasi i zostawił kandrę. Minęło sześć miesięcy od czasu, kiedy te
stwory go zmanipulowały, bawiły się nim i go okłamały. Skutek? Martwa
kobieta w jego ramionach.
Kanalie.
- Czy to naprawdę był jeden z Bezimiennych Nieśmiertelnych? - spytała
Steris, oglądając się przez ramię.
- Tak i z przyczyn oczywistych nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.
- Spokojnie - powiedziała, ściskając jego ramię. - Potrzebujesz chwili?
- Nie.
- Pewien jesteś?
Wax się zatrzymał. Czekała, a on oddychał głęboko, wyrzucając z umysłu
obraz tej straszliwej sceny, kiedy klęczał samotnie na moście, trzymając
Lessie. Kobietę, której, jak sobie uświadomił, nigdy tak naprawdę nie
znał.
- Nic mi nie jest - powiedział do Steris przez zaciśnięte zęby. - Ale
Bóg powinien wiedzieć, że nie należy do mnie przychodzić. Szczególnie
tego dnia.
- Twoje życie jest... zdecydowanie dziwne, lordzie Waxilliumie.
- Wiem. - Przeszedł parę kroków i stanął z nią obok ostatnich drzwi
dzielących ich od głównej nawy. - Gotowa?
- Tak, dziękuję.
Czy miała... łzy w oczach? Nigdy nie widział, by w taki sposób okazywała
uczucia.
- A czy ty się dobrze czujesz? - spytał.
- Tak. Wybacz mi. Po prostu... to cudowniejsze, niż sobie wyobrażałam.
Otworzyli drzwi i ujrzeli błyszczącą kopułę. Promienie słońca wpadały
przez nią i oświetlały oczekujący tłum. Znajomi. Dalecy krewni. Szwaczki
i hutnicy zatrudnieni przez jego ród.
Wax szukał wzrokiem Wayne'a i poczuł się zaskoczony, kiedy go nie
zobaczył, mimo wiadomości. Chłopak był jedyną prawdziwą rodziną Waxa.
Popielne dziewczęta wybiegły na zewnątrz, rozrzucając popiół na wyłożony
dywanem pasaż, który okrążał kopułę. Wax i Steris ruszyli dostojnym
krokiem, prezentując się zgromadzonym. Na ceremonii Ocalitów nie było
żadnej muzyki, ale kilka piecyków zarzuconych zielonymi liśćmi
wypuszczało dym, który miał symbolizować mgłę.
Dym się wznosi, a popiół opada, pomyślał, przypominając sobie słowa
kapłana z czasów młodości, kiedy jeszcze uczęszczał na uroczystości
Ocalitów. Obeszli cały tłum dookoła. Przynajmniej rodzina Steris się
pojawiła, w tym jej ojciec - zaczerwieniony mężczyzna z entuzjazmem
uniósł pięść, kiedy go mijali.
Wax odkrył, że się uśmiecha. Tego właśnie chciała Lessie. Czasem śmiali
się ze swojej prostej ścieżkowej ceremonii, dokończonej na końskim
grzbiecie, kiedy uciekali przed rozwścieczonym tłumem. Powiedziała, że
pewnego dnia zmusi go, żeby zrobił to właściwie.
Migoczący kryształ. Cichy tłum. Kroki chrzęszczące na dywanie posypanym
popiołem. Uśmiechnął się szerzej i spojrzał w bok.
A tam oczywiście stała niewłaściwa kobieta.
Prawie się potknął. Idioto, powiedział sobie. Skup się. Ten dzień był
ważny dla Steris, mógł się postarać, żeby go nie zepsuć. A przynajmniej
nie zepsuć w sposób, którego się nie spodziewała. Cokolwiek to znaczyło.
Niestety, kiedy przechodzili ostatni odcinek wokół rotundy, czuł się
coraz gorzej. Miał mdłości. Pocił się. Było mu źle, jak w tych
nielicznych przypadkach, kiedy był zmuszony uciekać przed zabójcą i zostawić niewinnych w niebezpieczeństwie.
Wszystko to zmusiło go w końcu, by stawił czoło bolesnemu faktowi. Nie
był gotów. Nie chodziło o Steris ani otoczenie. Po prostu nie był na to
gotów.
To małżeństwo oznaczało porzucenie Lessie.
Znalazł się w potrzasku i musiał być silny. Zacisnął zęby i wstąpił wraz
ze Steris na podwyższenie, na którym czekał już kapłan, między dwoma
stojakami, na których umieszczono kryształowe wazony z kwiatami
pragnienia Mare. Ceremonia miała swoje źródła w starożytnych wierzeniach
Larsta, zapisanych w Odrodzonych wierzeniach Harmonii, jednym z tomów
Słów Stworzenia.
Kapłan wypowiedział słowa, ale Wax go nie słyszał. Był odrętwiały -
zaciśnięte zęby, oczy wpatrzone przed siebie, mięśnie napięte. W tej
właśnie świątyni znaleźli zamordowanego kapłana. Zabitego przez Lessie,
kiedy oszalała. Czy nie mogli czegoś dla niej zrobić, zamiast wysłać go
na polowanie? Nie mogli powiedzieć mu prawdy?
Siła. Nie ucieknie. Nie będzie tchórzem.
Trzymał Steris za rękę, ale nie mógł na nią spojrzeć. Uniósł głowę, by
przez szklaną kopułę popatrzeć na niebo. W większości zasłaniały je
budynki. Drapacze chmur po obu stronach, ich okna błyszczące w porannym
słońcu. Ta wieża ciśnień z pewnością zasłaniała widok, choć na jego
oczach poruszyła się...
Poruszyła się?
Wax wpatrywał się w przerażeniu, jak podpory ogromnego cylindra zginają
się, jakby chciały przyklęknąć, i powoli przechyliły ciężar na bok.
Pokrywa wieży zsunęła się, wypuszczając tony wody w spienionej fali.
Przyciągnął do siebie Steris, obejmując ją mocno w pasie, po czym
oderwał drugi guzik kamizelki i rzucił go na ziemię. Odepchnął się od
tego guzika, odlatując wraz ze Steris z podwyższenia. Kapłan krzyknął
zaskoczony.
Woda uderzyła w kopułę, która stawiała opór jedynie przez krótką chwilę,
zanim otworzyła się do środka, gdy zawiasy ustąpiły pod ciężarem wody.
Rozdział 2
- Na pewno nic panu nie jest, milordzie? - spytał Wax, pomagając lordowi
Drapenowi, konstablowi-generałowi Szóstego Oktantu, zejść po schodach w stronę powozu.
Woda płynęła wokół nich małymi strumykami, dołączając do niedużej rzeki
w rynsztoku.
- Wie pan, zniszczyłem swój najlepszy pistolet - powiedział Drapen. -
Będę go musiał odesłać do oczyszczenia i naoliwienia!
- Proszę mi przysłać rachunek - odparł Wax, ignorując fakt, że odrobina
wody - no dobrze, dużo wody - nie mogła raczej zniszczyć dobrego
pistoletu.
Wax oddał podstarzałego dżentelmena pod opiekę jego stangreta, wymienił
z nim zrezygnowane spojrzenia, odwrócił się i znów ruszył po schodach do
kościoła. Dywan mlaskał mu stopami. A może to były jego buty?
Minął kapłana sprzeczającego się z rzeczoznawcą ubezpieczeniowym
Erikellów - który przybył ocenić szkody, spodziewając się, że kościół
zażąda wypłaty z polisy - i wszedł do głównej nawy. Otwarta tafla szkła
wciąż wisiała na zawiasach, a przechylona wieża ciśnień - podpory po
drugiej stronie powstrzymały ją przed upadkiem - wciąż zasłaniała
większość nieba.
Mijał przewrócone ławki, rozrzucone płatki kwiatów pragnienia Mare i wszelkiego rodzaju śmieci. Jedynym dźwiękiem oprócz odbijającego się
echem głosu kapłana było kapanie wody. Wax dotarł z mlaskaniem na
podwyższenie. Steris siedziała na jego krawędzi, mokra suknia opinała
jej ciało, a kosmyki włosów, które wysunęły się z warkoczy, lepiły się
do jej twarzy. Siedziała z rękami opartymi na kolanach i wpatrywała się
w podłogę.
Wax usiadł obok niej.
- Następnym razem, kiedy zrzucą nam na głowę powódź, postaram się
pamiętać, że skok w górę to kiepski pomysł.
- Próbowałeś jednocześnie odskoczyć do tyłu. Po prostu nie byłeś dość
szybki, lordzie Waxilliumie.
Chrząknął.
- Wygląda na zwyczajne zmęczenie materiału. Jeśli to próba zabójstwa... to
bardzo niekompetentna. Wewnątrz nie było dość wody, by stanowić
jakiekolwiek zagrożenie. Największe obrażenia odniósł lord Steming,
który przewrócił się i uderzył w głowę, kiedy zerwał się z miejsca.
- W takim razie to był tylko wypadek.
Steris opadła plecami na podwyższenie przy akompaniamencie cichego
mlaśnięcia.
- Przepraszam.
- To nie twoja wina. - Westchnęła. - Myślałeś może kiedyś, że cosmere
chce cię zmiażdżyć, lordzie Waxilliumie?
- Cosmere? To znaczy Harmonia?
- Nie, nie On. Jedynie kosmiczny przypadek rzucający kośćmi za każdym
razem, kiedy przechodzę obok, i zawsze wyrzucający same jedynki. Wydaje
się to wręcz poetyckie. - Zamknęła oczy. - Oczywiście, że ślub nie mógł
się udać. Kilka ton wody wpadające przez dach? Dlaczego tego nie
przewidziałam? To coś tak cudacznego, że wprost musiało się wydarzyć.
Przynajmniej tym razem nikt nie zamordował kapłana.
- Steris. - Wax położył jej dłoń na ramieniu. - Poradzimy sobie.
Wszystko będzie dobrze.
Otworzyła oczy i spojrzała na niego.
- Dziękuję, lordzie Waxilliumie.
- Za co właściwie?
- Że jesteś miły. Że gotów jesteś narazić się, cóż, na kontakty ze mną.
Rozumiem, że nie jest to przyjemna perspektywa.
- Steris...
- Nie myśl, że próbuję się umniejszać, lordzie Waxilliumie - Steris
usiadła i odetchnęła głęboko - i nie zakładaj proszę, że jestem posępna.
Jestem, kim jestem, i akceptuję to. Ale nie mam żadnych złudzeń na temat
tego, jak postrzegane jest moje towarzystwo. Dziękuję. Za to, że przy
tobie nie czuję się tak jak przy innych.
Zawahał się. Jak zareagować na coś takiego?
- Nie jest tak, jak myślisz, Steris. Uważam, że jesteś urocza.
- Ale kiedy zaczęła się ceremonia, zgrzytałeś zębami, a dłonie
zacisnąłeś równie mocno, jak ktoś trzymający się kurczowo balustrady
mostu, żeby nie spaść z niego do rzeki.
- Ja...
- Czy martwi cię fakt, że nasz ślub się opóźnił? Czy naprawdę mógłbyś to
powiedzieć i być szczerym jak stróż prawa, lordzie Waxilliumie?
A niech to. Zaplątał się. Wiedział, że kilka prostych słów mogłoby
rozbroić to pytanie lub je ominąć, ale nie mógł ich odnaleźć, mimo że
szukał ich niezręcznie długo - tak długo, że cokolwiek powiedział,
musiało zabrzmieć protekcjonalnie.
- Być może - powiedział z uśmiechem - kiedy podejmiemy następną próbę,
po prostu spróbuję wcześniej się rozluźnić.
- Wątpię, by upicie się przed ceremonią pomogło.
- Nie powiedziałem, że się upiję. Raczej wypróbuję terrisańską
medytację.
Popatrzyła na niego.
- Wciąż zamierzasz kontynuować?
- Oczywiście. - Pod warunkiem, że nie tego samego dnia. - Zakładam, że
masz zapasową sukienkę.
- Dwie - przyznała i pozwoliła, by pomógł jej się podnieść. - I zarezerwowałam inny termin ślubu, za dwa miesiące. W innym kościele... na
wypadek gdyby ten wybuchł.
Chrząknął.
- Brzmisz jak Wayne.
- Cóż, rzeczy podejrzanie często wybuchają w twojej obecności, lordzie
Waxilliumie. - Spojrzała na kopułę. - Skoro już o tym mowa, przemoczenie
musi być sporą nowością.
***
Marasi kręciła się przez zalanym kościołem, ręce trzymała za plecami, a w kieszeni marynarki czuła znajomy ciężar notatnika. Kilkoro konstabli -
wyłącznie kaprali - stało dookoła i sprawiało wrażenie, jakby panowało
nad sytuacją. Takie rzeczy były ważne w chwili kryzysu - statystyki
wskazywały, że jeśli w okolicy znajdował się mundurowy, ludzie mieli
mniejsze tendencje do paniki.
Oczywiście pewna grupa ludzi miała większe tendencje do paniki, jeśli w okolicy pojawił się ktoś w mundurze. Ponieważ ludzie byli ludźmi i tylko
jedno było pewne - niektórzy z nich zachowywali się dziwnie. Albo
raczej, każdy zachowywał się dziwnie, kiedy okoliczności przypadkiem
pasowały do jego osobistej odmiany szaleństwa.
A skoro już o tym mowa, tego dnia polowała na pewną ściśle określoną
odmianę szaleństwa. Najpierw zajrzała do pobliskich pubów, ale to było
zbyt oczywiste. Później sprawdziła rynsztoki, jedną tanią jadłodajnię i - wbrew zdrowemu rozsądkowi - dostarczyciela "atrakcji". Nie miała
szczęścia, choć jej pośladki zostały skomplementowane przez trzy różne
osoby.
W końcu, kiedy zabrakło jej pomysłów, poszła sprawdzić, czy może
przypadkiem postanowił ukraść widelce z weselnego śniadania. Tam, w sali
jadalnej naprzeciwko kościoła, znalazła Wayne'a w kuchni, w białej
marynarce i czapce kucharza. Łajał kilkoro asystentów, którzy gorączkowo
zdobili tartinki owocowym lukrem.
Marasi oparła się o futrynę i patrzyła, stukając ołówkiem w notatnik.
Wayne brzmiał zupełnie inaczej niż wszyscy, mówił nosowym głosem z akcentem, którego nie umiała umiejscowić. Może ze wschodu? Mieszkańcy
zewnętrznych miast miewali silny akcent.
Asystenci nie podawali jego słów w wątpliwość. Błyskawicznie reagowali
na polecenia i znosili jego potępienie, kiedy spróbował zimnej zupy i zaczął przeklinać ich niekompetencję. Jeśli nawet zauważył Marasi, nie
okazał tego, jedynie wytarł ręce o obrus i zażądał, by pokazano mu
produkty, które dostarczono tego ranka.
Marasi w końcu weszła do kuchni, mijając niską asystentkę uginającą się
pod ciężarem wielkiego kociołka, i podeszła do Wayne'a.
- Widziałem jędrniejszą sałatę na stercie śmieci! - mówił do skulonego
chłopca na posyłki. - A to nazywasz winogronami? Są tak przejrzałe, że
właściwie już zaczynają fermentować! I... o, cześć Marasi. - Ostatnie
słowa wypowiedział swoim normalnym głosem.
Chłopiec na posyłki odbiegł.
- Co ty wyprawiasz? - spytała Marasi.
- Gotuję zupę.
Wayne uniósł drewnianą łyżkę. Stojący w pobliżu asystenci zatrzymali się
gwałtownie i popatrzyli na niego, wstrząśnięci.
- Wynocha! - powiedział do nich głosem kucharza. - Potrzebuję czasu na
przygotowania. Sio!
Rozbiegli się, a Wayne uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz oczywiście, że śniadanie weselne zostało odwołane - powiedziała
Marasi, opierając się o stół.
- Pewnie.
- To dlaczego...
Przerwała, kiedy wrzucił do ust cały placek i się uśmiechnął.
- Mufiałem fię upewnić, że naf nie wykiwają i przygotują nam cof do
żarcia - powiedział, przeżuwając, a z jego ust wypadały okruchy. -
Zapłaciliśmy za to. To znaczy Wax zapłacił. Poza tym odwołanie ślubu nie
jest powodem, żeby nie świętować, prawda?
- Zależy, co świętujesz. - Marasi otworzyła notes. - Śruby
zabezpieczające wieżę ciśnień zostały bez wątpienia poluzowane. Droga
poniżej była podejrzanie pusta, bo jakieś zbiry... z zupełnie innego
oktantu, mogłabym dodać... zatrzymały ruch, wszczynając bójkę na samym
środku drogi.
Wayne chrząknął i zajrzał do kredensu.
- Czasem nie znoszę tego twojego notesika.
Marasi jęknęła i zamknęła oczy.
- Komuś mogła stać się krzywda, Wayne.
- Nie, to nieprawda. Komuś stała się krzywda. Temu łysemu tłuściochowi.
Rozmasowała skronie.
- Wiesz oczywiście, że jestem konstablem, Wayne. Nie mogę przymknąć oczu
na uszkodzenie mienia.
- Nie jest tak źle - odparł Wayne, nie przerywając poszukiwań. - Wax
zapłaci.
- A gdyby komuś stała się krzywda? To znaczy poważna?
Wayne wciąż prowadził poszukiwania.
- Chłopaków trochę poniosło. "Dopilnujcie, żeby ten kościół zalało",
powiedziałem im. Chciałem, żeby kapłan otworzył rano kościół i odkrył,
że ma do czynienia z łagodnym przypadkiem "rury popękały i woda zalała
całe zardzewiałe wnętrze". Ale chłopaki były trochę podekscytowane.
- "Chłopaki"?
- Paru znajomych.
- Sabotażyści.
- Nie ma mowy. Myślisz, że umieliby wymówić to słowo?
- Wayne...
- Już im sprawiłem lanie, Marasi. Przysięgam, że to zrobiłem.
- On się domyśli. Co wtedy zrobisz?
- Mylisz się. - Wayne w końcu wyłonił się z kredensu, w ręku trzymał
duży szklany dzban. - Wax jest ślepy na takie rzeczy. W głębi tej jego
mózgownicy będzie czuł ulgę, że powstrzymałem ślub. Domyśli się, że to
ja, głęboko w podświatłości, i zapłaci za szkody... niezależnie od tego,
co powie rzeczoznawca. I nic nie powie, nawet nie przeprowadzi śledztwa.
Sama zobaczysz.
- No nie wiem...
Wayne wskoczył na kuchenny blat i poklepał miejsce obok. Patrzyła na
niego przez chwilę, po czym z westchnieniem usiadła na wskazanym
miejscu. Podał jej dzban.
- To sherry do gotowania, Wayne.
- Ano - przyznał. - Puby podają o tej porze najwyżej piwo. Trzeba być
kreatywnym.
- Z pewnością znajdziemy jakieś wino...
Pociągnął łyk.
- Nieważne - mruknęła Marasi.
Opuścił dzbanek, zdjął czapkę kucharza i rzucił ją na blat.
- A co ty taka spięta jesteś? Myślałem, że będziesz krzyczeć z radości i biegać ulicami, zrywając kwiaty i w ogóle. Nie ożenił się z nią. A w każdym razie jeszcze nie. Nadal masz szansę.
- Nie chcę szansy, Wayne. On podjął decyzję.
- Co to za gadanina? - spytał ostro. - Poddałaś się? Czy tak zachowywała
się Wojowniczka Wstąpienia? Co?
- Nie. Jeśli o tym mowa, ona podeszła do mężczyzny, którego pragnęła,
wytrąciła mu książkę z ręki i pocałowała go.
- I widzisz, tak powinno być!
- Choć Wojowniczka Wstąpienia oprócz tego zamordowała kobietę, którą
Elend miał poślubić.
- Serio?
- No.
- Przerażające - powiedział Wayne z aprobatą i pociągnął kolejny łyk
sherry.
- A to dopiero początek. - Marasi odchyliła się do tyłu, opierając ręce
o blat. - Chcesz czegoś przerażającego? Podobno również rozszarpała
wnętrzności Ostatniego Imperatora. Widziałam przedstawienia w kilku
iluminowanych manuskryptach.
- Dość drastyczne jak na opowieść religijną.
- One wszystkie takie są. Myślę, że muszą umieszczać dużo ekscytujących
fragmentów, żeby skłonić ludzi do przeczytania reszty.
- Hm. - Wyraźnie jej nie dowierzał.
- Wayne, czy ty kiedykolwiek czytałeś jakieś religijne teksty?
- Pewnie.
- Naprawdę?
- Tak, wiele rzeczy, które czytałem, zawierało teksty religijne.
"Potępienie". "Piekło", "Smrodliwa, włażąca w dupę menda".
Spojrzała na niego.
- To ostatnie pochodzi ze Świadectwa Hammonda. Przysięgam. A przynajmniej wszystkie litery.
Kolejny łyk. Wayne mógł wypić więcej niż ktokolwiek, kogo znała.
Oczywiście głównie dlatego, że mógł sięgnąć do metalmyśli i uzdrowić
się, błyskawicznie trzeźwiejąc - po czym zacząć od nowa.
- Posłuchaj - mówił dalej - oto, co musisz zrobić. Bądź jak lady
Zrodzona z Mgły. Bądź zabójcza. Nie cofaj się. On powinien być twój, a ty musisz dać to ludziom do zrozumienia.
- Zabójcza?
- Pewnie.
- Wobec własnej siostry.
- Mogłabyś być uprzejma. Na przykład pozwolić, by zadała pierwszy cios
czy coś.
- Nie, dziękuję.
- Nie musi chodzić o prawdziwe morderstwo, Marasi. - Wayne zeskoczył z blatu. - To może być przenośnia i w ogóle. Ale powinnaś walczyć. Nie
pozwolić, by się z nią ożenił.
Marasi odchyliła głowę i wpatrzyła się w zawieszone nad blatem łyżki
wazowe.
- Nie jestem Wojowniczką Wstąpienia, Wayne. I wcale nie chcę nią być.
Nie chcę kogoś, kogo musiałabym przekonywać, kogo musiałabym skrępować,
żeby mi się poddał. Takie rzeczy pasują do sali sądowej, nie do
sypialni.
- Wiesz, ktoś mógłby powiedzieć...
- Ostrożnie.
- ...że to bardzo postępowe myślenie. - Pociągnął łyk sherry.
- Nie jestem udręczoną, porzuconą istotą. Wayne. - Marasi uśmiechnęła
się do swojego zniekształconego odbicia w chochli. - Nie usycham z tęsknoty i nie marzę, aż ktoś inny zadecyduje, czy mam być szczęśliwa.
Tam nic na mnie nie czeka. Nie wiem, czy chodzi o prawdziwy brak uczucia
z jego strony, czy raczej upór, nie obchodzi mnie to. Zrobiłam kolejny
krok.
Spojrzała z góry w oczy Wayne'a. Przechylił głowę.
- Hm. Mówisz poważnie, prawda?
- Jak diabli.
- Zrobiłaś kolejny krok... Na zardzewiałe śruby! To da się zrobić?
- Z całą pewnością.
- Hm. Myślisz... że ja też powinienem... no wiesz... z Ranette...
- Wayne, jeśli ktokolwiek powinien przyjąć kosza, to właśnie ty. Tak.
Zrób kolejny krok. Naprawdę.
- Och, przyjąłem kosza. - Znów pociągnął łyk sherry. - Tylko nie
pamiętam, gdzie go zostawiłem. - Wpatrzył się w dzban. - Pewna jesteś?
- Ona ma dziewczynę, Wayne.
- To tylko faza - mruknął. - Która trwa już piętnaście lat...
Odstawił dzbanek, znów sięgnął do kredensu i wyjął butelkę wina.
- Na litość Zachowania - powiedziała Marasi. - Cały czas tam było?
- Smakuje lepiej, kiedy wcześniej wypije się coś, co smakuje jak pomyje.
Wayne wyciągnął korek zębami, co robiło spore wrażenie, musiała to
przyznać. Nalał jej do kubka, a później do drugiego dla siebie.
- Za zmianę? - spytał.
- Pewnie. Za zmianę.
Uniosła kubek i zobaczyła w winie odbicie kogoś stojącego za jej
plecami.
Sapnęła, obróciła się i sięgnęła do torebki. Wayne jedynie uniósł kubek
w stronę przybysza, który powoli obszedł blat. To był mężczyzna w brązowym garniturze. Nie, nie mężczyzna. Kandra.
- Jeśli jesteś tutaj, żeby przekonać mnie, żebym przekonał jego -
stwierdził Wayne - powinieneś wiedzieć, że on mnie nie słucha, o ile nie
jest bardzo pijany. - Jednym haustem wypił wino. - Pewnie dlatego
przeżył tak długo.
- Właściwie nie przyszedłem do ciebie - powiedział kandra. Odwrócił się
do Marasi i przechylił głowę. - Osoba, którą wybrałem jako pierwszą w tym przedsięwzięciu, odmówiła mi. Mam nadzieję, że nie obrazisz się, że
jesteś druga.
Marasi poczuła, że jej serce bije szybciej.
- Czego pan chce?
Kandra uśmiechnął się szeroko.
- Proszę mi powiedzieć, panno Colms. Co pani wie o naturze Napełnienia i Tożsamości?
Rozdział 3
Wax miał przynajmniej ubranie na zmianę, które nie było mokre - rzeczy,
które nosił podczas nalotu. Dlatego było mu przyjemnie sucho, kiedy jego
powóz podjechał do Rezydencji Ladrianów. Steris udała się do domu ojca,
by tam odzyskać siły.
Wax odłożył gazetę i zaczekał, aż Cob, nowy stangret, zeskoczy i otworzy
drzwi powozu. Drobny mężczyzna poruszał się z przejęciem, jakby
wiedział, że Wax jeździ powozem jedynie dla przyzwoitości. Dużo szybciej
dotarłby do domu, skacząc na liniach stali, ale podobnie jak lord nie
mógł chodzić wszędzie pieszo, to gdyby on sam zbyt często Odpychał się
wokół miasta w ciągu dnia, nie goniąc kryminalistów, inni członkowie
jego rodu poczuliby się niezręcznie. Głowa rodu po prostu się tak nie
zachowywała.
Wax skinął Cobowi i oddał mu gazetę. Stangret uśmiechnął się szeroko -
uwielbiał je.
- Zrób sobie wolne na resztę dnia - powiedział mu Wax. - Wiem, że nie
mogłeś się doczekać uroczystości.
Cob uśmiechnął się jeszcze szerzej, złożył ukłon i znów wspiął się na
górę, by odprowadzić powóz i konie. Resztę dnia pewnie zamierzał spędzić
na wyścigach.
Wax westchnął, wspinając się po schodach prowadzących do rezydencji.
Była jedną z najpiękniejszych w mieście: luksusowa, zdobiona rzeźbioną
kamieniarką i drewnem, z gustownymi marmurowymi akcentami. Co nie
znaczyło, że nie była więzieniem. Tyle że bardzo ładnym.
Wax nie wszedł do środka. Przez chwilę stał na schodach, zanim w końcu
odwrócił się i usiadł na nich. Zamknął oczy i pozwolił, by wszystko do
niego dotarło.
Dobrze ukrywał swoje blizny. Został postrzelony już prawie tuzin razy, a kilka z ran było poważnych. W Dziczy nauczył się podnosić i działać
dalej, niezależnie od tego, co się wydarzyło.
Jednocześnie czuł, że w tamtych czasach wszystko było proste. Nie zawsze
łatwe, ale proste. A niektóre blizny wciąż bolały. Z czasem coraz
bardziej.
Podniósł się z jękiem, ponieważ cały zdrętwiał, i ruszył dalej po
schodach. Nikt nie otworzył przed nim drzwi ani nie wziął jego płaszcza.
Nie miał licznej domowej służby, jedynie taką, którą uważał za
niezbędną. Zbyt wielu służących, a krążyliby wokół niego i zamartwiali
się, kiedy robił cokolwiek samodzielnie. Jakby sama myśl, że był do tego
zdolny, wzbudzała w nich pierwotny...
Wax zmarszczył czoło, wysunął Obrońcę z kabury i uniósł go na wysokość
głowy. Nie wiedział dokładnie, co wywołało tę reakcję. Kroki na górze,
choć dał pokojówkom wolne. Kubek z resztkami wina na stoliku.
Wyciągnął zza pasa niewielki flakonik i połknął jego zawartość - płatki
stali zawieszone w whiskey. Metal zapłonął znajomym ciepłem w jego
wnętrzu, emanującym z żołądka, a wokół niego pojawiły się niebieskie
linie. Poruszały się razem z nim, kiedy się skradał, jakby był związany
tysiącem cieniutkich nitek.
Podskoczył i Odepchnął się od inkrustacji na marmurowej podłodze.
Wzniósł się obok schodów na wiszący bezpośrednio nad wejściem balkon na
pierwszym piętrze. Bez trudu prześlizgnął się nad balustradą i wylądował
z bronią w ręku. Drzwi do jego gabinetu zadrżały i się otworzyły.
Wax przeszedł przez nie na palcach.
- Chwileczkę, ja tylko...
Mężczyzna w jasnobrązowym garniturze znieruchomiał, kiedy poczuł lufę
rewolweru Waxa przyciśniętą do skroni.
- Ty - powiedział Wax.
- Darzę tę czaszkę sporą sympatią - stwierdził kandra. - Szósty wiek
przed zielenią, głowa handlarza metalem z Urteau, którego grób został
przypadkiem przesunięty i ochroniony, kiedy Harmonia odbudowywał świat.
Antyk, jeśli woli pan takie określenie. Jeśli zrobi w niej pan dziurę,
zrażę się do pana.
- Mówiłem, że nie jestem zainteresowany - warknął Wax.
- Tak. A ja wziąłem to sobie do serca, lordzie Ladrianie.
- W takim razie czemu tu jesteś?
- Ponieważ zostałem zaproszony - stwierdził kandra. Uniósł rękę, dwoma
palcami chwycił lufę rewolweru Waxa i ostrożnie odsunął ją na bok. -
Potrzebowaliśmy miejsca, by porozmawiać. Pański współpracownik je
zasugerował, gdyż, jak mi powiedziano, służba dostała wolne.
- Mój współpracownik? - Wtedy właśnie z gabinetu dobiegł śmiech. -
Wayne. - Popatrzył na kandrę i z westchnieniem schował broń do kabury. -
Którym z nich jesteś? TenSoon, czy to ty?
- Ja? - Kandra się roześmiał. - TenSoon? A co, słyszy pan dyszenie? -
Zaśmiał się i gestem zaprosił Waxa do jego własnego gabinetu, jakby
robił mu wielką uprzejmość. - Jestem VenDell, z Szóstych. Miło mi pana
poznać, lordzie Ladrianie. Jeśli musi pan do mnie strzelić, proszę
celować w lewą nogę, gdyż tamtych kości nie darzę szczególnym
sentymentem.
- Nie zamierzam do ciebie strzelać.
Wax przecisnął się obok kandry i wszedł do środka. Żaluzje zostały
opuszczone, a ciężkie zasłony wisiały swobodnie, przez co wewnątrz
panowała niemal całkowita ciemność, pomijając dwie nieduże elektryczne
lampki. Po co zaciągnięto zasłony? Czy kandra tak się martwił, że ktoś
ich zobaczy?
Wayne spoczywał w głębokim fotelu Waxa, z nogami na ławie, i zajadał
orzechy. Na sąsiednim fotelu spoczywała w podobnej pozie kobieta ubrana
w obcisłe spodnie i luźną bluzkę. Miała zamknięte oczy, a dłonie
trzymała za głową. Nosiła inne ciało, niż kiedy Wax widział ją po raz
ostatni, ale jej poza - i wzrost - kazały mu sądzić, że to MeLaan.
Marasi przyglądała się jakiemuś dziwnemu urządzeniu ustawionemu na
postumencie na drugim końcu pokoju. Było to pudełko z niedużą soczewką z przodu. Wyprostowała się, kiedy tylko go zobaczyła, i - jak to Marasi -
natychmiast się zarumieniła.
- Przepraszam za to - powiedziała. - Szliśmy do mojego mieszkania, żeby
porozmawiać, ale Wayne nalegał...
- Potrzebowałem orzechów - powiedział Wayne z ustami pełnymi
wspomnianych orzechów. - Kiedy zaproponowałeś mi zatrzymanie się tutaj,
powiedziałeś, żebym poczuł się jak u siebie w domu.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego potrzebowałeś miejsca do rozmowy -
stwierdził Wax. - Powiedziałem, że wam nie pomogę.
- Owszem. - VenDell nadal stał w drzwiach. - Ponieważ był pan
niedostępny, z konieczności wybrałem inne rozwiązanie. Lady Colms była
na tyle uprzejma, by mnie wysłuchać.
- Marasi? - spytał Wax. - Zwróciłeś się do Marasi?
- I co? Zaskakuje to pana? Odegrała niezmiernie ważną rolę w pokonaniu
Milesa Stożywotów. Nie wspominając o jej pomocy podczas zamieszek
wywołanych przez Paalm.
Wax spojrzał na kandrę.
- Próbujecie do mnie dotrzeć od innej strony, co?
- I kto tu jest zarozumiały - powiedziała MeLaan ze swojego miejsca.
- Zawsze taki jest - mruknął Wayne, łupiąc orzechy.
- Czy to takie absurdalne - spytała Marasi - że zwrócili się o pomoc do
mnie?
- Przepraszam. Nie to miałem na myśli - odparł Wax, odwracając się do
niej.
- W takim razie co miałeś na myśli?
Wax westchnął.
- Nie wiem, Marasi. To był długi dzień. Strzelano do mnie, spadła mi na
głowę wieża ciśnień i mój ślub skończył się katastrofą. A teraz Wayne
zasypuje mój fotel łupinkami orzechów. Naprawdę myślę, że muszę się
napić.
Podszedł do barku na tyłach gabinetu. Marasi popatrzyła na niego, a kiedy ją mijał, mruknęła:
- Mnie też nalejesz? Bo to wszystko sprawia, że zaczynam dostawać świra.
Uśmiechnął się, wyjął butelkę whiskey i nalał sobie i Marasi. VenDell
zniknął za drzwiami, ale po kilku minutach wrócił z jakimś sprzętem,
który podłączył do dziwnego urządzenia. Pociągnął przewód od machiny do
jednego z kinkietów, wyjął żarówkę i wkręcił na jej miejsce koniec
przewodu.
Wax uznał, że gdyby wyszedł, zachowałby się dziecinnie, więc oparł się o ścianę i sączył whiskey, bez słowa patrząc, jak VenDell uruchamia
maszynerię. Na ścianie pojawił się obraz.
Wax znieruchomiał. To był obrazek, całkiem podobny do evanotypu - ale na
ścianie i dość duży. Przedstawiał Pole Odrodzenia w centrum Elendel,
gdzie znajdowały się groby Vin i Elenda Venture. Nigdy wcześniej nie
widział nic takiego. Obraz wydawał się stworzony ze światła.
Marasi westchnęła.
Wayne rzucił w niego orzechem.
- No co? - spytał, kiedy pozostali spiorunowali go wzrokiem. - Chciałem
zobaczyć, czy jest prawdziwy.
Zawahał się, po czym rzucił kolejnym orzechem. Na obrazie pojawił się
cień, kiedy orzech przelatywał między urządzeniem a ścianą. Czyli
rzeczywiście to było światło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki