2
Rabi Kahn wszedł do klasy, powiesił długi czarny płaszcz, zdjął duży czarny kapelusz i wręczył trzecioklasistom broszurkę w czarnej okładce pod tytułem Książeczka do błogosławieństw.
Powiedział, że mamy tydzień, by się przygotować na doroczny Konkurs Wiedzy Religijnej Jesziwy Pierwszego Stopnia Miasta i Gminy Spring Valley.
Serce zabiło mi żywiej.
Mama się ucieszy. Jeśli wygram konkurs wiedzy religijnej, nagle wszystko będzie dobrze i wszystkie problemy znikną. Syn zdolny uczeń, czyli talmid chacham - tego było jej potrzeba. Brata miała rabina, a skoro jej mąż nie mógł się niczym poszczycić, to może chociaż synek.
Książeczka do błogosławieństw była siedemdziesięciostronicową listą różnych rodzajów żywności ułożonych w cztery działy: "Zupy", "Pieczywo", "Ryby" i "Słodycze". Szybko ją przekartkowałem, z wolna zdając sobie sprawę z powagi zadania, i zaraz zgłodniałem.
Falafele?
Śledzie?
Parmigiana z bakłażana?
No, będzie co wkuwać.
W piątki po południu lekcje kończyły się wcześniej, żebyśmy biegli do domu pomagać rodzicom w szykowaniu się na szabes, to znaczy na szabat. Rabi Kahn mówił, że Mędrcy mówią, że Tora mówi, że przygotowania do szabatu są tak ważne jak sam szabat. Mój udział w przygotowaniach polegał przeważnie na szukaniu w domu koszernego wina, żeby wylać je do kibla. Była to przykra, niewdzięczna posługa, o której nikomu nigdy nie mówiłem. Kiedy ojciec nie mógł znaleźć wina gronowego marki Manischewitz, wpadał w wielką furię, lecz jego furia na trzeźwo była dużo mniejsza niż furia pijacka. Grzebałem w spiżarce, grzebałem w garażu i grzebałem w szafie ojca. Miałem osiem lat i nie wszędzie mogłem dosięgnąć, zawsze więc gdzieś się ukryła butelka kedemu.
Pewnego wieczoru ojciec, wypiwszy butelkę różowego chablis, chwycił mojego starszego brata za kołnierz i wywlókł z jadalni od szabatowego stołu. Powlókł go po schodach aż do sutereny, gdzie był pokój mój i brata, i zatrzasnął drzwi. Nawet sztućce podskoczyły.
- Kto chciałby dokładkę pulpecików z macy? - zapytała mama. - Zrobiłam więcej.
Kiedy brat wrócił do stołu, z nosa lała mu się krew. Mama przyniosła puszkę zmrożonego soku pomarańczowego, by przyłożył ją do karku, bo to podobno pomaga na krwawienie z nosa.
Rabi Kahn nas uczył, że w szabat nie wolno niczego rozmrażać, kiedy bowiem żywność zmienia stan skupienia ze stałego w płynny, mówimy o gotowaniu, gotowanie zaś to praca, a nawet Pan Bóg odpoczął od pracy w szabat. Z trzydziestu dziewięciu typów pracy zakazanych w szabat gotowanie to typ jedenasty. Nie wolno ponadto włączać światła w szabat, prąd bowiem rozpala żarnik, więc światło to ogień, a rozpalanie ognia jest odmianą pracy (typ trzydziesty siódmy).
Gdy do stołu wrócił ojciec, pijacko zaintonował parę pieśni szabatowych, przekręcając słowa i waląc pięściami w blat. Siedziałem zgarbiony, bezmyślnie rysując kółka na zaparowanym srebrnym dzbanku z wodą. Ojciec zdzielił mnie po rękach.
- Szabes! - wrzasnął.
(Pisanie, typ trzydziesty drugi).
Zataczając się, poszedł się położyć, zasnął i zaczął donośnie chrapać, a my siedzieliśmy dalej, posępnie dzióbiąc kolację.
Dwa dni później, w poniedziałek, siedzieliśmy w klasie, wkuwając błogosławieństwa, kiedy nagle rozległo się pukanie do drzwi i do sali wkroczył sam rabi Goldfinger, dyrektor jesziwy. Wszyscy wstali z krzeseł. Panowie rabini poszeptali między sobą, po czym pan dyrektor poprosił nas gestem, żebyśmy usiedli. Pogładziwszy w zamyśleniu długą czarną brodę, rabi Goldfinger z westchnieniem oznajmił, że dzień wcześniej pod wieczór ojciec Avrumiego Gruenembauma, naszego kolegi z klasy, zmarł na zawał serca.
Serdecznie mu zazdrościłem.
- Bądź błogosławiony, sędzio sprawiedliwy - rzekł rabi Kahn i pokiwał głową.
- Bądź błogosławiony, sędzio sprawiedliwy - odpowiedzieliśmy, kiwając głowami.
Zacząłem się zastanawiać, czym pan Gruenembaum zasłużył sobie na śmierć. Kłaniał się bałwanom? Przeszedł więcej niż trzy kroki bez mycki na głowie? Bo na pewno ostro przegiął.
Gdy rabi Goldfinger już wychodził na korytarz, przystanął na chwilę i grożąc nam palcem, przypomniał z pełną powagą, że Mędrcy mówią, że Tora mówi, że wszystkie grzechy syna przed trzynastym rokiem życia przechodzą na jego ojca.
Spojrzałem na puste krzesło, gdzie zwykle siedział Avrumi. Avrumi był gruby, nosił aparat na zębach i brzydko pachniało mu z buzi, lecz nagle poczułem dla niego pewien szacunek. Zacząłem się zastanawiać, co takiego zrobił, by załatwić swego tatę. Bo na pewno ostro przegiął.
Groźnie marszcząc czoło, rabi Goldfinger kazał nam się modlić i błagać Haszem, niech będzie błogosławiony, o litość nad nami, żeby nie zapragnął zabić również naszych ojców.
Serce zabiło mi żywiej.
- Błogosławmy Pana - powiedział dyrektor.
- Błogosławmy Pana - odpowiedzieliśmy.
W rzeczy samej: błogosławmy. Nagle się zarysowały aż dwa rozwiązania wszystkich mych problemów. Mogę wygrać konkurs wiedzy religijnej, by ucieszyć mamę, i mogę ciężko nagrzeszyć, żeby Haszem nie miał wyjścia i musiał mi zabić tatę.
Dzielny Avrumi Gruenembaum. Avrumi bohater. Może kiedyś w szabes zapalił wieczorem światło? Może popił mięso mlekiem? A może się tam dotykał?
Już w najbliższy szabat zjadłem udko kurczaka, popijając mlekiem, poszedłem do łóżka, dotknąłem się tam na dole i zacząłem pstrykać przełącznikiem lampki.
- Spal mi tę żarówkę, to ci łapy pourywam! - krzyknął na mnie tata.
Dużo grzeszenia przede mną.
Konkurs wiedzy religijnej był odpytywanką typu hasło - odzew.
Jest sześć głównych typów błogosławieństw odmawianych nad pokarmem: nad pieczywem odmawia się hamoci, nad zbożem mezonot, hagafen nad winem i sokiem z winogron, haec nad owocami drzew, haadama nad tym, co wyrasta z ziemi, a nad całą resztą szehakol.
Bajgiel? Hamoci.
Płatki owsiane? Mezonot.
Gefilte fisz? Szehakol na wszystko inne.
Lecz to była bułka z masłem, a schody się zaczynały, kiedy dany pokarm miał więcej niż jeden składnik: niektóre typy żywności są ważniejsze niż inne, a kiedy się łączą, o błogosławieństwie decyduje ten ważniejszy. Jakby tego było mało, istnieje hierarchia błogosławieństw i trzeba pamiętać, które wypowiedzieć najpierw. Tak się odróżniało człowieka od goja:
Spaghetti z klopsami? Mezonot na zboże, a potem szehakol, błogosławieństwo hurtowe.
Owsianka na mleku? Szehakol nad mlekiem i mezonot nad płatkami, które są ze zboża.
Twix, baton z ciastkiem w środku? To pytanie podchwytliwe, bo twixy są niekoszerne. Błogosławieństwo przed zjedzeniem koszernego batonika z owocami, orzechami lub innym nadzieniem zależy od tego, co najbardziej ci smakuje. Jeżeli nadzienie, właśnie je się błogosławi, a jeśli lubisz nadzienie na równi z polewą, w pierwszej kolejności mówisz szehakol nad czekoladą, a potem błogosławieństwo zależne od tego, co baton ma w środku.
Religijnie rzec ujmując, baton z nadzieniem nie jest wart swej ceny.
Przez cały następny tydzień na zmianę grzeszyłem i błogosławiłem, mówiłem błogosławieństwa, popełniałem grzechy, wychwalałem Pana, wystawiałem Go na próbę, na ile umiałem jako ośmiolatek.
W poniedziałek rano wsunąłem śniadanie mistrzów: talerz płatków marki Fruity Pebbles (mezonot), grzankę (hamoci) i pół jabłka (haec) plus parę zaschniętych frytek zeskrobanych z dna lodówki (haadama), co popiłem szklanką soku (szehakol). Pięć błogosławieństw na jedno śniadanie.
We wtorek się dotykałem. Spożyłem też chleb bez obmycia rąk, a wieczorem przed zaśnięciem siedziałem na brzegu łóżka, paręnaście razy recytując monotonnie: "chuj, dupa, kurwa, cipa".
Ojciec załomotał w drzwi.
- Może ja ci zgaszę? - warknął.
Uśmiechnąłem się do siebie. A ja tobie, stary.
We środę ukradłem pięć dolarów mamie i nie odmówiłem żadnego błogosławieństwa, jedząc paczkę kupionych za ukradzioną kasę batoników (i to jeszcze charleston chewów, czyli trefnych, niekoszernych, razem z czekoladką Chunky, nad którą się mówi błogosławieństwo szehakol, gdy nie chce się zabić ojca. Chunky z rodzynkami wymaga najpierw szehakol, następnie haec).
W czwartek nie włożyłem cicit. Kiedy rabi Kahn zauważył, że frędzle mi nie wystają, chwycił mnie za ucho i wywlókł na środek sali.
- "Przemów do synów Izraela - krzyczał tekstem Tory, lejąc mnie po tyłku - i powiedz im: niech zrobią dla siebie cicit na rogach swych ubrań"!
Kiedy wróciłem ze szkoły, uwłaczyłem czci rodziców, nie wynosząc śmieci mimo prośby mamy, zbezcześciłem modlitewnik, biorąc go do toalety, dotykałem się (dwa razy) i modliłem się do Boga, żeby tym razem policzył me grzechy na konto rabiego Kahna.
Konkurs wiedzy religijnej miał się odbyć nazajutrz rano, więc prawie nie spałem. Płatki kukurydziane? Haadama. Knysz z ziemniakami? Mezonot. Piwo korzenne? Kategoria "piwo" czy "owoce ziemi"? Chuj. Kurwa. Dupa. Cipa. Wierciłem się w łóżku, klnąc i błogosławiąc, aż w końcu zapadłem w płytki niespokojny sen.
Avrumiego Gruenembauma przez tydzień nie było w szkole, lecz wrócił akurat w dniu, kiedy odbywał się konkurs. Z szacunku się powstrzymałem, żeby nie zagadać: "A tak między nami. Co zjadłeś? Homara? Plasterek bekonu? Nikomu nie powiem".
Rabi Kahn powiedział, że Mędrcy mówią, że Tora mówi, że kiedy Abraham umarł, Bóg pocieszył Izaaka, jak czytamy w Księdze Rodzaju, rozdział dwudziesty piąty, werset jedenasty: "I po śmierci Abrahama Bóg błogosławił jego synowi Izaakowi". Pismo więc nas uczy, że to wielka micwa, to znaczy dobry uczynek, pocieszyć osobę w żałobie. Rabi Kahn kazał nam ustawić się w rządku i po kolei podchodzić do Avrumiego, żeby uścisnąć mu dłoń i złożyć tradycyjne kondolencje: "Niech Bóg pocieszy ciebie i opłakujących Syjon i Jerozolimę". Jako ośmiolatek nie miałem jeszcze pewności, jak Bóg nas rozlicza z grzechów, ale przyszło mi do głowy, że jeżeli winy syna przechodzą na ojca, to z dobrymi uczynkami może być podobnie. A tego bym nie chciał.
- Niech Bóg pocieszy ciebie i opłakujących Syjon i Jerozolimę - rzekł do Avrumiego Dov.
- Niech Bóg pocieszy ciebie i opłakujących Syjon i Jerozolimę - rzekł do Avrumiego Mordka.
- Co tam? - zagadnąłem Avrumiego. - Żeby gorzej nie było.
Rabi Kahn uszczypnął mnie mocno w ramię.
- Aaa - zawyłem.
- Szmendrik - zasyczał, co znaczyło "matoł".
Kiedy już wszyscy poprosili Boga, by pocieszył Avrumiego i płaczących po Syjonie i Jerozolimie, rabi Kahn uniósł dłoń wysoko nad głowę i z całej siły grzmotnął nią w blat biurka. Aż każdemu modlitewnik podskoczył na ławce.
Konkurs wiedzy religijnej rabin uznał za otwarty.
Stanęliśmy w rzędzie wzdłuż tylnej ściany, nerwowo szarpiąc cicit i targając się za pejsy. Sprawa była prosta: ten, kto wymienił właściwe błogosławieństwo, zostawał pod ścianą do następnej rundy, a ten, kto wymienił złe, siadał z powrotem w ławce.
Zwycięzca z zeszłego roku, Yukisiel Zalman Yehuda Schneck, stał zaraz koło mnie oparty o ścianę, wyluzowany i jak gdyby nigdy nic dłubał sobie w nosie. Typa nie dało się zagiąć.
- Auslander, Shalom! - wywołał mnie rabi Kahn. Zrobiłem krok w przód. - Jabłko! - zawołał.
- Jabłko! - zawołałem. - Haec!
- Poprawna odpowiedź - odpowiedział rabin.
Pierwsza runda poszła szybko. Dov Becker dostał tuńczyka (szehakol na całą resztę), Ari Mashinsky macę (pieczywo, hamoci), a Yisroel Tuchman wyłożył się na kuglu, bo powiedział "haadama" (kugel ziemniaczany, to znaczy owoce ziemi), ale poprawna odpowiedź brzmiała "mezonot" (kugel z makaronu, zboże). Trzej inni uczniowie padli na owsiance, dwaj kolejni na barszczu zabielanym i do końca pierwszej rundki pula uczestników zmalała o jedną trzecią.
Runda druga.
- Auslander, Shalom! - wywołał mnie rabi Kahn. Zrobiłem krok w przód. - Krupnik z grzybami!
Krupnik z grzybami, krupnik z grzybami. O, kurde. Z zup byłem cienki, bo przez pół tygodnia ryłem wyłącznie przystawki.
Może haadama, bo zupa z grzybami, czyli owocami ziemi, lub raczej mezonot, bo zupa na kaszy? Albo szehakol na wszystko, bo danie jednogarnkowe? Nie wspominał nic o grzankach... A jeśli są grzanki?
- Krupnik z grzybami! - zawołałem. - Mezonot! - Rabi Kahn zmierzył mnie wzrokiem i pogładził się po brodzie, wpatrując się we mnie jak kobra w ofiarę. - Iii... yyy... szehakol? - dorzuciłem.
Rabi Kahn walnął w blat biurka, co oznaczało, że odpowiedź prawidłowa. Miał minę zwycięzcy, jak gdyby uważał, że to jego kpiący uśmiech i groźne spojrzenie pobudziły mnie do walki.
Dov Becker, Yoel Levine i Mordechai Pomerantz polegli na Apfelstrudlu. Mojego kolegę Mordkę Greenbauma zatkało, gdy dostał sernik; było po nim widać, że ma pustkę w głowie. Wybrnął sposobem, mówiąc dwa błogosławieństwa: na spód i na ser. Przetrwał.
I pomyśleć, że to była ledwie druga runda.
- Gruenembaum, Avrumi! - zawołał rabi Kahn.
Avrumi wyszedł przed szereg. Uśmiechnęliśmy się z Mordką. Może i Avrumi zabił swego ojca, ale bystry to on nie był. I tylko fartem nie odpadł zaraz w pierwszej rundzie.
- Bajgiel! - krzyknął rabi Kahn.
Nie wierzyłem własnym uszom. Popatrzyłem na Mordkę. Czy ja dobrze słyszę? Bajgiel?
- Bajgiel! - zawołał Avrumi. - Hamoci!
Kogoś chyba pojebało.
- Poprawna odpowiedź! - krzyknął rabi Kahn. - Wspaniale!
Ephraima Greenblata, Avrumiego Epsteina i Yehosuę Frankla przerósł czulent z kaszą i grubo siekanym mięsem. Wątróbka na chałce podana z listkiem sałaty i kroplą oliwy wykosiła jeszcze czterech, w tym Mordkę.
I zostało tylko trzech: Yukisiel Zalman Yehuda Schneck, Avrumi Gruenembaum oraz ja.
Runda trzecia.
- Auslander, Shalom! - wywołał mnie rabi Kahn. Wyszedłem przed szereg. - Lody! - krzyknął rabin. - W rożku!
Lody w rożku, lody w rożku. Lody to bym wiedział, ale czemu w rożku? Czy rożek coś zmienia? Z czego się robi te rożki? Rożki to ciastka czy wafle?
- Lody w rożku! - krzyknął znowu.
- Yyy... ale... w słodkim rożku czy w zwyczajnym?
- W słodkim rożku! No a w jakim? - krzyknął rabin pytająco.
Zachodziłem w głowę, co bardziej się liczy: to, że lód jest w rożku, czy to, że jest lodem? Lody zawierają więcej kalorii niż rożek, więc może lody ważniejsze? Chodzi o wartość odżywczą? Lecz jeśli rożek jest słodki, może lody jesz dla niego, a wtedy rożek ważniejszy? Modliłem się tylko, żeby nie było posypki.
- Lody w rożku! - wrzasnął rabin.
- Lody w rożku! - zawołałem w odpowiedzi. - Bez błogosławieństwa!
Wszyscy zamarli i spojrzeli na mnie.
W obliczu ustawki urządzonej przez rabina to było jedyne wyjście.
- Bez błogosławieństwa? Czemu? - zapytał rabin.
- Ponieważ... - zacząłem, nerwowo tarmosząc biały długi cicit - ponieważ... tu śmierdzi kupą.
Zapadła grobowa cisza. Mordka w końcu nie wytrzymał i zaczął chichotać, a za nim kolejni. I już po chwili wszyscy sikali ze śmiechu. Rabi Kahn powoli podniósł się z fotela, wspierając pięści na blacie.
To był z mojej strony unik, lecz de facto miałem rację. Sam rabin nam mówił, że Mędrcy mówią, że Tora mówi, że w trzech sytuacjach nie wolno odmawiać jakichkolwiek błogosławieństw: 1. jeśli widzi się osobę płci męskiej powyżej dziewiątego roku życia z obnażonymi genitaliami, 2. jeśli widzi się osobę płci żeńskiej powyżej trzeciego roku życia z obnażonymi genitaliami, 3. jeżeli widzi się lub czuje odchody.
Wybrałem, jak widać, najlżejszą z trzech opcji.
Rabi Kahn, jak na grubasa, poruszał się bardzo szybko.
- Ale naprawdę... - mówiłem, kiedy rabin sunął ku mnie. - Przecież Tora mówi...
Capnął mnie za rękę, wytargał spod ściany i ciągnął w kierunku wyjścia, drąc się na mnie w jidysz.
- Tutaj śmierdzi kupą! - krzyczałem. - Kupą śmierdzi, kupą śmierdzi! A tam stoi goła baba! Goła baba stoi!
Wyleciałem razem z drzwiami.
Stanąłem na korytarzu, masowałem sobie rękę, na której robił się siniak, i zacząłem płakać. Nie wygrałem konkursu, nie zostałem talmid chacham, nie zabiłem swojego ojca i bardzo tego żałowałem.
Zakradłem się pod drzwi sali i podsłuchiwałem. Już po dwóch minutach Yukisiel Zalman Yehuda Schneck padł ofiarą brei z macy z syropem klonowym i ostał się tylko jeden: Avrumi Gruenembaum.
- Jabłko! - rzucił rabi Kahn.
- Jabłko! - powtórzył Avrumi. - Haec!
- Mazel tow! Mazel tow! - wołał na cały głos rabin.
To był, kurwa, jakiś dowcip.
Tym razem w piątkowy wieczór jedliśmy tradycyjną gefilte fisz (szehakol) z kawałkiem marchewki (haadama). Ojciec znów się upił, znów przekręcał słowa pieśni szabatowych i walił pięściami w stół. Mama wyszła do kuchni i wróciła z wazą zupy. Kiedy brat powiedział, że nie ma ochoty, ojciec go uderzył i wylał mu gorący rosół na twarz i kolana.
Mama zaprowadziła brata do łazienki, siadła z nim na brzegu wanny i wytarła mu buzię wilgotnym ręcznikiem; ja wróciłem do jadalni, by zetrzeć rosół z podłogi. Rosół drobiowo-warzywny równa się szehakol, a nie haadama, bo smakiem dominującym jest wywar z kurczaka.
Rabi Kahn powiedział, że Mędrcy mówią, że Tora mówi, że Święty Błogosławiony zesłał dziesięć plag egipskich, aby nam pokazać, że każdy dostaje wiele szans na skruchę, ale jeśli nie ma wyjścia, bo człowiek trwa w grzechu, lekceważąc ostrzeżenia, Bóg w ostateczności zsyła karę ostateczną.
Poszedłem na dół do siebie, zrobiłem cztery kroki bez jarmułki na głowie, dotykałem się nieskromnie, zapalałem światło i gasiłem światło, aż w końcu zasnąłem.