Zakurzone dziecko - Juliusz Machulski

-
Proszę czekać

1

Już nie pamiętam, co mnie podkusiło, żeby iść do Zachęty na wystawę PRL - Terra incognita, zorganizowaną z okazji dziesiątej rocznicy upadku komuny. Akurat pisałem scenariusz o miłości w tych czasach komunistycznej zarazy - może pomyślałem, że przypomnę sobie niektóre artefakty z czasów tak zwanej Polski Ludowej? Wystawa obejmowała lata 1956-1989, więc sporo pamiętałem z własnego dzieciństwa, ale przed pisaniem chciałem odświeżyć wspomnienia i dać się zainspirować.

Kolekcja przedmiotów z epoki PRL zamienionych w dzieła sztuki - rzeźby, obrazy, instalacje - była dość przewidywalna i prawdę mówiąc, nieco nudna. Kiedy już zacząłem żałować, że zamiast tego nie poszedłem do kina na najnowszy film Éricka Zonki Wyśnione życie aniołów, w ostatniej sali zobaczyłem coś, co wracało do mnie jak bumerang tym bardziej, im bardziej chciałem o tym zapomnieć.

Jeden z najmłodszych autorów wystawy - Jan Jakub Postanowicz, rocznik 1981 - ze starych bezużytecznych przedmiotów poskładał kolaże. Tworzywem artystycznym stało się wszystko, co wpadło mu w ręce: opakowania po papierosach i gumie do żucia, etykietki zapałczane, znaczki pocztowe, kapsle od butelek, fragmenty gazet.

Jan Jakub powyklejał z nich kopie, a raczej kolażowe parafrazy malarskich arcydzieł - od Leonarda da Vinci do Pabla Picassa. Oglądałem je po swojemu, od końca. Zacząłem od Picassa. I kiedy wreszcie znudzony techniczną powtarzalnością przedsięwzięcia dotarłem do Damy z gronostajem Leonarda, stanąłem, jakbym trafił na niewidzialne drzwi. Wydawało mi się, że właśnie dostałem w środek czoła proustowską magdalenką. Że ktoś wykradł mi zakitrane starannie w tyle głowy wspomnienie o tych dwóch przedmiotach z gumą w nazwie.

Przypomniał mi się dzień, w którym wszystko się zaczęło. I pojawiła się myśl, że mogłem zrobić inaczej, że mogłem nie wkładać ręki do kieszeni marynarki ojca, bo ten mój mimowolny czyn poruszył lawinę. Brak tego jednego jedynego gestu mógł zostawić świat tak spokojnym, jakim był. Rana w sercu, która - jak mi się zdawało - już się zagoiła, otworzyła się w najmniej oczekiwanym momencie.

Łasica na rękach Cecylii Gallerani została wyklejona z białych opakowań gumy do żucia Wrigley's oraz srebrno-czerwono-niebieskiej folii z kondonów1 Eros! Kultowych kondonów - zresztą jedynych wtedy na rynku - z peerelowskich czasów, bohaterów niezliczonych dowcipów. Widok tych opakowań spowodował, że wróciło wspomnienie. Wtedy też był piątek i piękny bezchmurny dzień, tyle że przed trzydziestoma laty.

Działo się to 11 lipca 1969 roku. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy tata łamiącym się głosem powiedział, że Bogumił Kobiela nie żyje. A ja machinalnie włożyłem mu rękę do kieszeni marynarki i wyciągnąłem stamtąd dwie gumy: Wrigley'sa i Erosa. Miałem czternaście lat i od dziesięciu dni nudziłem się śmiertelnie na koloniach letnich w Jastrzębinie koło Rozewia. Kolonie formalnie organizował warszawski Teatr Narodowy, ale nie wiadomo czemu połączono je z koloniami dla dzieci pracowników straży pożarnej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Już wcześniej wszystko zapowiadało, że rok 1969 nie będzie fajny. W kwietniu rozpadli się Beatlesi i wiedziałem, że w muzyce nic nie będzie tak jak dawniej. Właściwie przestałem słuchać tego całego - jak się wtedy mówiło - bigbitu. Wszystkie inne kapele, które wciąż trwały, były dla mnie zespołami szarpidrutów niedorastających Beatlesom do pięt. Ale miałem wrażenie, choć nie wiem dlaczego, że najgorsze dopiero nadejdzie. Czułem, że śmierć Bogumiła Kobieli zapowiada koniec mojego bezpiecznego, spokojnego świata. Myślałem, że to reguła. Że najfajniejsi artyści kończą tak samo. I za szybko, bo z różnych powodów umierają przed czterdziestką. Zbigniew Cybulski - trzydzieści dziewięć lat, Krzysztof Komeda - trzydzieści osiem, Marek Hłasko - trzydzieści pięć.

Potem nastąpiła ta śmierć, która spowodowała, że przez długie lata budziłem się w panicznym lęku. Kiedy już ją przepracowałem i udało mi się o niej zapomnieć, wspomnienie odżyło. Był ku temu powód.

Bo to ja zabiłem. I uszło mi to na sucho.