WSTĘP
Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku zacząłem pracować jako
dziennikarz w BBC. Ówcześnie zakładano, podobnie jak obecnie, że
prawdziwą władzę sprawują osoby należące do świata "wielkiej polityki" -
ustalanej w zacisznych pomieszczeniach budynków Kapitolu, Kremla czy
Downing Street. To światowi liderzy podejmują decyzje mające głęboki
wpływ na życie nas wszystkich.
Jako ekonomiści i dziennikarze badamy konsekwencje ich wyborów,
analizując szczegółowo wszelkie możliwe skutki w programach
telewizyjnych i kilometrach druku. Staramy się zrozumieć charaktery, a nawet psychikę osób podejmujących historyczne dla świata decyzje,
licząc, że to pomoże odgadnąć motywacje, jakimi się kierują.
Nadajemy znaczenie najbłahszym działaniom polityków, włącznie z interpretowaniem ich mowy ciała podczas konferencji prasowych czy
światowych szczytów. Nadmiernie silny uścisk dłoni lub władcze położenie
ręki na ramieniu traktujemy jako dowód, że nastąpiła niewielka zmiana w stosunkach między dwoma mocarstwami.
Tego rodzaju domysły i przepowiednie stały się obecnie żelaznym punktem
programu wszystkich szanujących się serwisów informacyjnych na naszym
globie. Wynika to oczywiście z założenia, że to w rękach polityków
znajduje się prawdziwa władza.
Bacznie analizuje się pierwsze sto dni rządów nowej głowy państwa, czyli
okres, kiedy może ona wykorzystać zwycięstwo i przeprowadzić poważne
zmiany legislacyjne. Ale jak mi powiedział pewien lobbysta z K
Street1, możemy z tej setki odciąć zero, a efekty będą bardzo
zbliżone. W USA jedyny okres dynamicznych zmian w ciągu pierwszych stu
dni po objęciu stanowiska zdarzył się za prezydentury Franklina D.
Roosevelta. Po stu dniach urzędowania Donalda Trumpa Biały Dom
podkreślał, że nowy prezydent podpisał aż trzynaście ustaw uchwalonych
przez Kongres. Tyle że nie wspomniano, iż nie wprowadzały one nowych
przepisów prawnych, lecz wycofywały te ustanowione przez poprzedników.
Niewątpliwie znacznie łatwiej jest widowiskowym ruchem wiecznego pióra
odwołać wcześniejsze ustawy, niż stworzyć nowe, co wymaga czasu i osiągnięcia porozumienia z licznymi interesariuszami. W rezultacie
zamiast rzeczywiście dynamicznych rządów mamy do czynienia z propagandą
wykorzystującą niszczenie tego, co zrobiono wcześniej.
Nadal zakładamy, że to politycy sprawują władzę, ale z czasem doszliśmy
do wniosku, że bardzo źle wywiązują się ze swoich obowiązków. Tymczasem
żaden z tych poglądów nie jest prawdziwy - ani nie dysponują w rzeczywistości taką władzą, jak nam się wydaje, ani nie są w jej
sprawowaniu aż tak źli. Zmienił się natomiast zasadniczy ośrodek władzy.
Waszyngtoński Pew Institute od ponad czterdziestu lat bada poziom
zaufania do rządu i stwierdza, że systematycznie ono spada, co
odzwierciedla rzeczywiste zmniejszanie się jego władzy politycznej.
Wybór Donalda Trumpa na prezydenta w 2016 roku był publicznym
potwierdzeniem tego spadku znaczenia polityki i zaufania do rządowej
machiny. Jednocześnie stanowił apoteozę jej porażki. Wiele osób
głosowało na niego tylko dlatego, że wydawał się przeciwieństwem
polityka. Działał w biznesie, choć w rzeczywistości nie doszedł sam do
wszystkiego. Jego specjalnością było raczej "zawieranie umów", choć
trudno powiedzieć, jakie umowy naprawdę sfinalizował.
Jedno wiedzieliśmy na pewno, a mianowicie, że Trump planuje rozprawić
się z "bagnem" - mrocznym światem grup interesu i lobbystów działających
na rzecz czarnych charakterów wyborów 2016 roku, czyli "globalnych
korporacji", które podobno za zamkniętymi drzwiami terroryzują
polityków, żeby robili to, na czym im zależy. W rzeczywistości takie
grzęzawisko sprzecznych interesów tworzy się wokół wszystkich rządów, i to od niepamiętnych czasów. Ryzykownie jest obiecywać, że się je osuszy,
bo szybko ponownie podejdzie wodą.
Jak funkcjonuje tego rodzaju bagno?
Miałem okazję bezpośrednio się o tym przekonać, kiedy pracowałem jako
researcher w brytyjskim parlamencie. Obserwowałem z bliska przebieg
procesów politycznych i okazało się, że dalece różni się on od moich
wyobrażeń. Większość polityków niewiele robi. Wygłaszają mowy, chadzają
na lunche, udzielają wywiadów w telewizji (albo intensywnie o to
zabiegają). Zapadło mi w pamięć użyte przez jednego z komentatorów
określenie ówczesnej polityki Westminsteru jako "show-biznesu dla
brzydkich ludzi".
Kiedy potem przeniosłem się z parlamentu na stanowisko reportera w BBC,
odkryłem, że władza nie zniknęła, tylko w ciągu półtora wieku stopniowo
przechodziła w ręce przemysłowców i przedsiębiorców. Już w pierwszym
tygodniu pracy w dziale wiadomości miałem tego przykład w saloniku dla
zaproszonych gości. Przygotowałem wówczas raport na temat pewnej firmy
naftowej oskarżonej o zanieczyszczanie dużej części wybrzeża Kanady. W studiu odbyła się zażarta dyskusja pomiędzy przedstawicielem firmy a członkiem znaczącej grupy obrońców środowiska dążącej do powstrzymania
trucicieli. Panowie niemal się pobili.
Po programie pili drinki w saloniku. Członek kierownictwa firmy naftowej
zwrócił się do obrońcy środowiska: "To było bardzo dobre. Byłeś
świetny". "Dziękuję" - odparł jego rozmówca. "Wiesz - ciągnął menedżer -
naprawdę przydałby się nam ktoś taki jak ty. Zadzwoń do mnie". Wymienili
się wizytówkami, a po trzech tygodniach obrońca środowiska zaczął
pracować dla firmy naftowej.
Zawarli układ korzystny dla obu stron, przedsiębiorstwo bowiem zyskiwało
osobę, która mogła dużo dla nich zrobić w warunkach silnej presji, a aktywista ekologiczny dostrzegł szansę. Jednak na czym ona polegała?
"Sprzedał się" i mógł zarobić duże pieniądze? A może dostrzegł możliwość
wpływania na międzynarodową organizację od środka - wprowadzenia w niej
zmian, których nie mógłby dokonać z zewnątrz?
Miałem do czynienia z prawdziwą polityką "na żywo" i sytuacja wcale nie
była prosta. Pod względem moralnym trudno było jednoznacznie ocenić tę
rozmowę, bo nie było jasne, kto kogo przechytrzył ani jakie były
prawdziwe motywacje obu przedstawicieli lub ich strategiczne korzyści.
Wiadomo było natomiast, że nie brali w niej udziału politycy.
Politycy też oczywiście zawierają zakulisowe porozumienia, ale
makroobraz tej grupy znacznie się zmienił w ciągu ostatnich trzydziestu
lat. Władza rządów państwowych stopniowo malała od czasu, gdy w 1971
roku zaczął się załamywać system z Bretton Woods narzucający stałe kursy
wymiany walut. Po zakończeniu obowiązywania tego porozumienia korporacje
zyskiwały coraz większą władzę międzynarodową, bo nie musiały wchodzić w układy z rządem. Obecnie rządzą światem nie za sprawą realizacji
makiawelicznych planów, tylko dzięki nieuchronnym konsekwencjom sytuacji
geopolitycznej.
Staje się to oczywiste nawet przy przelotnym rzucie oka na mapę świata.
Dziecku mógłby się on wydać pięknie uporządkowany, z krajami w żywych
kolorach starannie oddzielonymi granicami. W pewnym sensie taka mapa
jest prawidłowa, gdyż rządy kierują swoimi państwami pionowo w wytyczonych granicach. Ich działalność w dużej mierze dotyczy jednak
własnego podwórka, a tym samym nieraz mają mniejsze wpływy geopolityczne
niż korporacje działające na całym globie, bez zwracania szczególnej
uwagi na kolory.
Dlatego antyglobalistyczne nastawienie Donalda Trumpa-kandydata tak
szybko się zmieniło, gdy został prezydentem. Zdał sobie bowiem sprawę,
że realia rządzenia wymagają akceptowania nie tylko bagna, ale również
globalizacji.
Żyjemy w czasach globalizacji, ale mimo to dalej błędnie postrzegamy
nasz świat w sposób sprzed tej ery, traktując polityków i rządy jako
jedyne ośrodki władzy.
Proponuję potrząsnąć tą śniegową kulą i spojrzeć na sprawy inaczej.
Przez lata pracy w roli reportera przekonałem się, że całkowita
transformacja naszego codziennego życia często nie jest wcale skutkiem
działań polityków lub wydarzeń o zasięgu światowym, lecz umów
zawieranych w kręgach biznesu. I nie chodzi tu o umowy, o których
czytamy w gazetach - sensacyjne przejęcia, akwizycje lub fuzje - tylko o porozumienia, do których dochodzi w sekrecie w salach konferencyjnych,
na polach golfowych czy przy drinkach w barze. Takich jak to, którego
byłem świadkiem w saloniku dla gości w pierwszym tygodniu pracy w wiadomościach.
Tego rodzaju umowy mogą mieć konsekwencje dalece wykraczające poza sferę
biznesu. Zmieniają one nasz sposób traktowania i wydawania pieniędzy,
metody pracy, a także pojmowanie bogactwa i ryzyka, podatków i nierówności społecznych. W ich następstwie stworzono koncepcję niedosytu
klientów stale oczekujących nowych wersji produktów, a następnie ją nam
wpojono. Takie umowy doprowadziły nawet do zmiany kształtów naszych
sylwetek.
W tej książce analizuję dziesięć zakulisowych porozumień, które wywarły
szczególnie istotny wpływ na ukształtowanie współczesnego społeczeństwa.
U podłoża każdego z nich leży konkretny pomysł, który z czasem miał się
przyczynić do zmiany powszechnej mentalności, do zrestartowania
społeczeństwa, żeby zaczęło myśleć w nowy sposób. Mowa tu między innymi
o koncepcji kreowania poczucia niedosytu w chwili zakupu, tak żeby
klienta fascynowała perspektywa pojawiania się ulepszonych wersji
produktu, o wynalezieniu "otyłości" jako mechanizmu zwiększającego
zyskowność firmy ubezpieczeniowej na długo przed prawdziwą epidemią
otyłości, o przesyceniu współczesnego życia lekami dzięki poszerzeniu
definicji choroby o lęki i niezliczone lekkie zaburzenia oraz o wykorzystaniu technologii w naszych kieszeniach do zrobotyzowania
naszego życia w chwili, gdy automatyzacja pracy zagraża wysłaniem wielu
z nas na bezrobocie.
Umowy, o których mówimy, nie były efektem podejrzanych knowań. Wręcz
przeciwnie, były to świetne koncepcje biznesowe, których skutki dalece
przerosły planowane proste innowacje. Niemal żadna z osób, z którymi
przeprowadziłem wywiady, nawet nie potrafiła sobie wyobrazić
potencjalnych konsekwencji proponowanych przez nie pomysłów. Wszystkie
one doznały chwili olśnienia, jak inaczej prowadzić działalność
biznesową, ale niewiele z nich potrafiło przewidzieć, jak silnie to
objawienie wpłynie na sposób naszego życia.
Ulica w Waszyngtonie, której nazwa stała się synonimem lobbingu, jako że
mieszczą się przy niej przedstawicielstwa różnych grup starających się
wpłynąć na politykę rządu (przyp. red.). [wróć]
1
KULT NOWSZYCH WERSJI
Kreowanie niedosytu
UMOWA:
General Electric, Philips, Osram i inni producenci żarówek, którzy
utworzyli kartel Phoebus, żeby ograniczyć trwałość tych źródeł światła.
CEL:
Usystematyzowanie planowego postarzania żarówek i stworzenie metod
zachęcania do kupna nowych wersji.
GDZIE:
Nad Jeziorem Genewskim
DATA:
Rok 1932
W odległości około sześćdziesięciu pięciu kilometrów od San Francisco
znajduje się miasto Livermore, a mniej więcej w połowie jego głównej
ulicy obramowanej kawiarenkami i antykwariatami mieści się remiza
strażacka. Wysoko na jej tylnej ścianie, z dala od zabytkowych wozów
polerowanych codziennie przez emerytowanych członków ochotniczej straży
pożarnej, można podziwiać dumę tego miasta. Jest nią wydająca niskie
buczenie i migocząca upiornym żółtym światłem żarówka. Tym, co ją
odróżnia od wszystkich innych żarówek na świecie, jest fakt, że świeci
od 117 lat1.
Wyprodukowała ją w 1901 roku firma Shelby Electrical Company z ręcznie
dmuchanego szkła z żarnikiem węglowym. Niegdyś trzydziestowatowa
Centennial Light dziś emituje światło odpowiadające czterem watom, czyli
podobnie jak dziecięca lampka nocna, ale nadal świeci. Dlaczego zatem,
skoro w remizie strażackiej w Livermore żarówka działa od ponad stu lat,
niemal wszystkie pozostałe na całym świecie przepalają się po sześciu
miesiącach?
Obecnie pogoń za nowszymi modelami stała się sposobem życia. Zmieniamy
telefony co jedenaście miesięcy, a partnerów średnio co dwa lata i dziewięć miesięcy2. Należymy do globalnej grupy wyznawców
"nieskończonego nowizmu", jak to nazywają projektanci produktów, czyli
nieufności wobec wszystkiego, co "stare", nawet jeśli to stare
zdobyliśmy jako nowość zaledwie parę tygodni wcześniej. A żarówka firmy
Shelby jest pierwszą wskazówką do zrozumienia, jak nieustanna pogoń za
nowszymi wersjami stała się istotą współczesnej kultury konsumenckiej.
Druga wskazówka czeka na nas dziewięć tysięcy kilometrów dalej, w Niemczech. Kiedy w 1989 roku upadł komunizm i mur berliński, historyk
Helmut Herger wszedł niezauważony do siedziby Osram Electrical Company
we wschodnim Berlinie.
W opuszczonych pomieszczeniach zobaczył poprzewracane szafki na akta i rozrzucone po podłodze papiery. Zaczął przeglądać leżące wszędzie
dokumenty i nagle coś przyciągnęło jego uwagę. Był to utajniony protokół
ze spotkania, które dwaj członkowie zarządu firmy Osram odbyli z przedstawicielami kilku największych firm elektrycznych na świecie w 1932 roku w Genewie. Kiedy dwadzieścia lat później spotkałem się z Helmutem w kawiarni w Berlinie i spytałem, co tak szczególnego było w tych papierach, bez słowa otworzył teczkę.
Kilku największych światowych producentów żarówek spotkało się i założyło tajny kartel Phoebus, którego celem było powstrzymanie firm
przed wytwarzaniem żarówek o trwałości przekraczającej sześć
miesięcy3. W dokumentach przyniesionych przez Helmuta
znajdował się dowód na to, co wszyscy mgliście podejrzewamy, gdy nasz
czajnik elektryczny z niewiadomego powodu po pół roku przestaje działać.
Okazało się, że planowe ograniczanie trwałości produktów to nie mit - że
takie praktyki są rzeczywistością.
Helmut pokazał mi podpisy widniejące na dokumentach ze spotkania
założycielskiego kartelu Phoebus1: Williama Meinhardta,
prezesa firmy Osram, i Antona Philipsa, założyciela holenderskiego
giganta elektrycznego noszącego obecnie nazwę Philips Electronics. To
oni wraz z szefami innych największych światowych firm elektrycznych
postanowili w 1932 roku usystematyzować planowe ograniczanie trwałości
produktów, ustalając ogólnoświatową politykę dotyczącą trwałości żarówek
oraz wykluczanie z biznesu firm nieprzestrzegających tych uzgodnień.
Sygnatariuszami umowy były też firmy General Electric z USA, AE z Wielkiej Brytanii, Compagnie des Lampes z Francji, GE Sociedad Anonyma z Brazylii, Edison General będący największym chińskim producentem wyrobów
elektrycznych, Lámparas Eléctricas z Mexico i Tokyo Electric z Japonii.
Nie ograniczały się one jednak do produkcji żarówek. Wszystkie
uczestniczyły w tworzeniu podstawowej infrastruktury nowoczesnego życia,
dostarczając między innymi oświetlenie uliczne, miedziane przewody do
linii telefonicznych i sieci kablowe dla statków, mostów, pociągów i tramwajów. Produkowały też towary konsumenckie, takie jak lodówki i kuchenki, oraz instalacje elektryczne dla samochodów, domów i biur.
Miał się zatem skończyć trwający dwa tysiące lat okres wspinania się na
wyżyny pomysłowości i nowatorskiego myślenia w celu wytwarzania jak
najtrwalszych produktów. Od tej pory w masowej produkcji miał być
wykorzystywany proces inżynierii odwrotnej, w którym projektanci będą
rozpoczynać od momentu, kiedy wyrób powinien się zepsuć, i posuwać
wstecz. Każdy produkt miał mieć inną żywotność, przedstawioną w arkuszu
kalkulacyjnym. Helmut Herger pokazał mi poszczególne kategorie starannie
skalibrowane według ruchomej skali pożądanej trwałości, wypisane pełnym
zawijasów pismem w tabeli, z podanym w każdej kratce okresem trwałości.
Czy poczynania Phoebusa należy jednoznacznie potępić? W 1932 roku wolny
świat balansował na krawędzi pomiędzy kryzysem ekonomicznym a uzdrowieniem gospodarki. Hitler przygotowywał się do przejęcia władzy w Niemczech. Plan usystematyzowania postarzania produktów opracowany przez
kartel nie tylko doprowadził do zwiększenia sprzedaży żarówek, ale też
uratował kapitalizm, a tym samym demokrację, kiedy była ona najbardziej
zagrożona. Dzięki niemu ludzie stale kupowali.
Gdyby Phoebus spotkał się z protestami ze strony konsumentów z powodu
żarówek, które nagle się przepalały, zawsze mógł przedstawić to
spojrzenie z szerszej perspektywy. Ale się nie spotkał. Jeszcze nie
wtedy.
Najnowszy nowy produkt
Przed Apple Store na Regent Street w Londynie stoi cierpliwie kolejka
dwóch tysięcy osób czekających na nowego iPhone'a. Urozmaicają sobie
czas, przewijając obraz na ekranie ostatniej wersji flagowego produktu
Apple'a, która za dziesięć minut stanie się przestarzała. Policjanci
pilnujący porządku wśród oczekujących też mają wzrok wbity w smartfony.
Kolejka ciągnie się wzdłuż całego budynku przez następną ulicę aż do
pobliskiego parku.
Osoby najbliżej wejścia czekają tu od niemal czterdziestu ośmiu godzin.
Mężczyzna na czele kolejki siedzi na stołeczku wędkarskim ze zwiniętym
materacem i nieprzemakalną plandeką dla ochrony przed deszczem. Ma też
ze sobą małą maszynkę gazową, na której podgrzewa zupę. Przyszedł tu w sobotę po południu, a teraz mamy poniedziałkowy poranek.
"Przepraszam, czy mógłby mi pan powiedzieć, co takiego będzie miał nowy
iPhone, czego nie ma stary?" - pytam go. Zmarszczył czoło, zirytowany
głupotą mojego pytania. "O co panu właściwie chodzi?" - docieka. "No,
stoi pan w tej kolejce, na zimnie, od prawie czterdziestu ośmiu godzin,
więc zastanawiam się po prostu, co jest tak szczególnego w nowym
telefonie". Wzdycha i pochyla się do przodu. "Jest nowy"4.
Jest za cztery dziewiąta, a kiedy otworzą się drzwi sklepu i pracownicy
Apple'a w niebieskich firmowych koszulkach spróbują spowolnić
napierający tłum, mój rozmówca stanie się na bardzo krótką chwilę
pierwszą osobą na świecie posiadającą najnowszego iPhone'a. Za dwie
minuty klienci z czoła kolejki wystawią go na eBayu i wtedy stanie się
stary.
Przestarzałość jest wbudowana w nowość - to skaza tkwiąca we wszystkim,
co kupujemy. Niedaleko od remizy w Livermore i najstarszej żarówki na
świecie znajduje się magazyn wypełniony fabrycznie nowymi towarami
technicznymi: telefonami, tabletami, laptopami, drukarkami,
mikrofalówkami, nawigacjami satelitarnymi, słuchawkami i dronami.
Wszystkie te przedmioty są w oryginalnych, zamkniętych opakowaniach.
Zostały podarowane na cele dobroczynne przez firmy, które kupiły je
hurtowo i jeszcze przed rozpoczęciem ich użytkowania zdecydowały się na
nowocześniejsze produkty.
"I dokąd to wszystko wysyłacie?" - pytam kierownika magazynu. "Do
Baltimore, Bangladeszu i wszędzie indziej, gdzie ktoś je zechce".
Problem w tym, jak przyznał mój rozmówca, że nie ma wielkiego
zainteresowania, bo dla biedniejszej połowy świata przestarzała
technologia jest równie mało atrakcyjna jak dla
najbogatszych5. Wszyscy pragniemy najnowszej nowej rzeczy.
Kartel Phoebus wynalazł planowe postarzanie produktów oraz ustalił
zasady, których inne firmy miały się w przyszłości trzymać, w tym
parametry decydujące o wprowadzaniu na rynek nowych wersji, czy chodzi o żarówkę, czy iPhone'a. Jak jednak skłonić klientów do kupowania nowszych
modeli produktów, chociaż stare jeszcze dobrze działają? Jak sprawić,
żeby tego wręcz pragnęli? W tym celu należało stworzyć nową koncepcję, u której podstaw leżała psychologia.
Kreowanie niedosytu
O latach pięćdziesiątych XX wieku często myślimy protekcjonalnie jako o czasach ludzkiej naiwności, gdy społeczeństwu nadal można było mydlić
oczy. Tymczasem jest to pogląd daleki od prawdy, wojna je bowiem
upolityczniła i wyedukowała. Dzięki pracy w fabrykach ludzie nauczyli
się, jak się produkuje poszczególne towary oraz ile są one warte. To
oznaczało, że stali się na tyle mądrzy, żeby nie można było ich
przechytrzyć.
W 1951 roku odbyła się premiera filmu Człowiek w białym ubraniu
wyprodukowanego przez wytwórnię Ealing Studios. Grany w nim przez Aleca
Guinnessa naukowiec wynajduje przypadkiem cudowny materiał, który się
nie brudzi i nie zużywa. Nie doczekał się jednak uznania za swój
genialny wynalazek. Wręcz przeciwnie, przemysłowcy i liderzy związków
zawodowych zjednoczyli siły, żeby go zniszczyć. Film jest satyrą na
planowane ograniczanie trwałości produktów oraz zmowę przemysłu i związków w celu kontynuowania tych praktyk. Antybohater grany przez
Guinnessa nosi biały garnitur symbolizujący prawość i uczciwość
społeczeństwa w świecie mętnych konszachtów.
Wymowa scenariusza Rogera MacDougalla, Johna Dightona i Alexandra
Mackendricka daleka jest jednak od antykapitalistycznej. Z pogardą są tu
potraktowani zarówno pracownicy, jak i szefowie. Był to wyraz nowego,
potencjalnie niebezpiecznego rodzaju społecznego rozczarowania -
rozczarowania konsumenta. Tymczasem rozczarowanie konsumpcjonizmem
zagrażało rozwojowi gospodarki w krytycznym dla zachodnich rządów
okresie, gdy ważne było, żeby społeczeństwo dużo kupowało.
Rok przed premierą Człowieka w białym ubraniu wybuchła wojna
koreańska. Świat stanął wobec trudnego wyboru pomiędzy dwiema
konkurującymi ideologiami: komunizmem i kapitalizmem. Prezydent Truman
zdawał sobie sprawę, że dla zwycięstwa kapitalizmu konsumenci w Wielkiej
Brytanii i Stanach Zjednoczonych muszą spełnić swój obywatelski
obowiązek i zacząć kupować na dużą skalę, napędzając koniunkturę, a tym
samym poprawę sytuacji gospodarczej. Konsumpcjonizm nie był wówczas
zwykłym kupowaniem, lecz bronią ideologiczną wykorzystywaną przez Zachód
w zimnej wojnie.
Zauważono jednak pewien problem. W świetle planowego postarzania
produktów konsumenci traktujący zakupy jako swój obowiązek mogliby
poczuć, że z nich zakpiono, gdyby się dowiedzieli, że kupione przedmioty
mają w określonym czasie się zepsuć. Istniało niebezpieczeństwo, że
wówczas przestaną masowo kupować. Producenci musieli zatem znaleźć
sposób, żeby przywrócić konsumpcjonizmowi wiarygodność w umysłach
klientów. Potrzebna im była kolejna magiczna sztuczka.
Alfred P. Sloan Jr, prezes General Motors, z powodzeniem kierował firmą
przez trzydzieści lat. Był skutecznym liderem, ale mimo to pozostawał w cieniu swojego wielkiego konkurenta, Henry'ego Forda z Ford Motors.
Sukces Forda opierał się na jednej przełomowej innowacji. Wcześniej, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku, fascynował się
metodami pracy pakowaczy mięsa w rzeźniach Chicago. Opracowali oni
metodę sprawnego rozdzielania tusz zwierzęcych na kawałki podczas ich
przesuwania się na przenośniku taśmowym. Innymi słowy, stworzyli
pierwszą nowoczesną linię produkcyjną. Fordowi przyszło na myśl, że
można odwrócić ten proces i wykorzystać tę metodę nie do rozbierania
krowy, lecz do budowy samochodu.
Dzięki temu pomysłowi Henry Ford stał się pionierem masowej produkcji z wykorzystaniem taśmy montażowej, budując na niej Forda T w 1908 roku.
Teraz, w 1956 roku, dziewięć lat po śmierci Forda, Sloan też wpadł na
pomysł, jak zrewolucjonizować przemysł motoryzacyjny i w nowatorski
sposób podejść do planowanego postarzania produktów.
W 1954 roku podczas konferencji reklamowej w Milwaukee projektant
przemysłowy Brooks Stevens powiedział delegatom, co uważa za największe
wyzwanie, wobec którego stoi powojenny przemysł: "wzbudzenie w konsumencie pragnienia posiadania czegoś nieco nowszego, nieco lepszego
i nieco wcześniej niż to konieczne"6. Sloan wymyślił, jak to
osiągnąć i nadać nowe życie zdyskredytowanemu pomysłowi planowanego
postarzania. W tym celu należało ukształtować nową mentalność
konsumentów, tak żeby sami decydowali się uznać produkt za przestarzały.
Dzięki nowemu podejściu GM nie musiał konstruować samochodu tak, by się
zepsuł po określonym czasie, tylko przekazać pałeczkę klientom, którzy
poczują się z niego niezadowoleni. Sloan genialnie scharakteryzował ten
proces beznamiętnymi słowami: "wykreowany niedosyt".
W swojej autobiografii zatytułowanej Moje lata z General Motors
przedstawia tę teorię bardziej szczegółowo: "Zmiany w nowym modelu
[samochodu] powinny być na tyle nowatorskie i atrakcyjne, żeby wywołać
popyt [...] i pewną dozę niedosytu przy porównaniu poprzedniego modelu z nowym"7. Na początku każdego roku należy wprowadzić na rynek
nowy model, atrakcyjny dla wspinających się po drabinie społecznej
Amerykanów. Wówczas dzięki nowej wersji pojazdu będą mogli pokazać
sąsiadom, jak poprawiła się ich sytuacja finansowa w stosunku do
poprzedniego roku. Sloan był pionierem podejścia zwanego dziś
segmentacją rynku, oferował bowiem samochody konsumentom ze wszystkich
szczebli tej drabiny ekonomicznej. Nazywał to "samochodem na każdą
kieszeń i okazję". Skoro istniał droższy samochód, do którego kupna
można było dążyć, klienci będą robić wszystko, żeby wejść na ów wyższy
poziom.
W San Francisco spotykam się z człowiekiem, który odegrał istotną rolę w realizacji pomysłu Sloana, Tomem Matano. Matano, dorastając pod koniec
lat czterdziestych XX wieku w Tokio, zachwycał się amerykańskim
wzornictwem, którego przykładami były dla niego pióro Parkera, butelka
Coca-Coli i lodówka GE. Nic zatem dziwnego, że przy pierwszej okazji
wyjechał do USA, gdzie został praktykantem w dziale wzornictwa General
Motors8.
Jednym z początkowych zadań Toma była praca nad pierwszym samochodem
zaprojektowanym, by wykreować niedosyt, chevroletem bel air z 1956 roku.
W piękny wiosenny dzień Tom wiezie mnie oryginalnym egzemplarzem przez
most Golden Gate. "Widzisz, jak błyszczy deska rozdzielcza? - Wskazuje
mi lśniącą niebieską powierzchnię, w której odbija się niebo. - Ten
kolor został zapożyczony od lakieru do paznokci. Samochód miał być
dodatkiem pasującym do nowego płaszcza lub torebki".
Przy kupnie samochodu klient otrzymywał katalog prezentujący, jak będzie
wyglądał następny, udoskonalony model, dostępny już za sześć miesięcy.
Ten katalog pomaga zrozumieć tok myślenia Sloana. Przedstawiano w nim
wszystkie ulepszenia, które znajdą się w nowym samochodzie, a których
obecnemu brakuje: nieco lepsze radio, inny wzór tapicerki, bardziej
luksusowo wyglądające kierownica i dźwignia zmiany biegów. Cel tego
posunięcia był jasny - kiedy ktoś kupował chevroleta, natychmiast się
dowiadywał, że niebawem pojawi się lepszy, przy którym ten stanie się
przestarzały.
Ciekawiło mnie, co Tom sądził o takim sposobie pracy. "W istocie
zajmowaliśmy się projektowaniem mody, nie samochodów. Pod maską pojazd
był bez zmian. My natomiast musieliśmy udoskonalać dodatkowe elementy:
tapicerkę, tylne płetwy, jaskrawe nowe kolory. Wszystkie te rzeczy
napędzały sprzedaż". Alfred P. Sloan obrócił wszystko do góry nogami.
Przy sprzedaży samochodu niezawodność i parametry techniczne zeszły na
dalszy plan, a najbardziej liczyły się kosmetyczne zmiany.
Dzięki praktyce w GM Tom zyskał dobrą pozycję zawodową i został później
szefem działu wzornictwa w Toyocie. Spytałem go, czy nie miał wrażenia,
że w tej taktyce jest coś nieuczciwego. "W zasadzie nie. Sloan miał
świetny pomysł, żeby zachować samochód pod maską praktycznie taki sam, a sprzedawać go jako nowy model. To genialne".
Sloan w istocie tchnął nowe życie w koncepcję planowanego postarzania
produktów, zasiewając w klientach ziarno dręczącej wątpliwości co do
właśnie dokonanego zakupu, skoro wiadomo, że zegar już mu tyka. Mieli
oni jednak przeżywać również krótki moment intensywnej przyjemności,
kiedy dostawali do rąk nowiutki produkt i te wątpliwości jeszcze nie
miały do nich dostępu. Na to właśnie liczył mój nowy znajomy z początku
kolejki po nowego iPhone'a. Najnowsza nowa rzecz, jeszcze nieskażona
widmem przestarzałości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Sam kartel powstał w 1924 roku (przyp. red.). [wróć]