1
-Leżeć, Pers! - nakazała półgłosem Zosia i klepnęła wyżła, który posłusznie wykonał polecenie. - Nie ruszaj się - dodała szeptem, układając się obok niego za wzgórkiem porośniętym soczystą, młodą trawą. Delikatnie rozchyliła łodyżki wiotkich roślin i uśmiechnęła się figlarnie. Czekała na Imrego. Wiedziała, że będzie jej szukał.
Łąka drżała ciepłym, wczesnoczerwcowym wietrzykiem, otulała wilgotną świeżością, odurzała wonią koniczyny i ledwie rozkwitłej macierzanki, szemrała trawą i głosem owadów. Zosia aż westchnęła rozkosznie, tyle tu było spokoju i ukojenia.
Pers nagle poruszył się niespokojnie i zaskamlał cichutko.
- Leż - upomniała go i przytrzymała na wypadek, gdyby zechciał zerwać się i zdemaskować kryjówkę.
Po ubitej drodze biegnącej wzdłuż łąki podążał Imre. Wokół było pusto, więc zatrzymał się i rozejrzał bezradnie. Ukryta w trawie Zosia z przyjemnością patrzyła na smukłą sylwetkę chłopaka.
Czarne, niedbale zaczesane włosy opadały mu na oczy, a on odgarniał je szybkim, niecierpliwym ruchem. Lubiła ten gest. Ostatnio polubiła też inne gesty Imrego. Te wszystkie niby przypadkowe muśnięcia, dotknięcia, trącanie i zaczepianie, na które podczas dziecięcych zabaw nie zwracali uwagi, teraz zaczęły nabierać innego znaczenia. Zdarzało się nawet, że Zosia sama, niby niechcący, prowokowała takie sytuacje. Oczywiście, jeśli nie było w pobliżu Elżbietki, która przekonywała, ni to z surowością, ni z wyrozumiałą pobłażliwością, że w pewnym wieku pewnych rzeczy robić nie wypada, zwłaszcza jeśli za chwilę skończy się czternaście lat.
Imre zwinął dłonie w trąbkę i przyłożył je do ust.
- Zooosia! - zawołał. Przez chwilę nasłuchiwał biegnącej od lasu odpowiedzi echa, zanim powtórzył wołanie: - Zosiaaaa!
Pers zaskamlał i poruszył się niespokojnie, chętnie pobiegłby do Imrego, ale dziewczynka przytrzymała go mocno.
- Leżeć! - przykazała stanowczo.
- Zosiaaaa! - zawołał jeszcze raz Imre, po czym odwrócił się na pięcie. Zanim jednak udał się w drogę powrotną, Pers zdołał uwolnić się z uchwytu swojej pani.
Na widok szczęśliwego, skaczącego wokół jego nóg psa chłopak zaśmiał się, potarmosił jego sierść i znów się rozejrzał.
- Tak myślałem, że się schowałaś! - krzyknął, ruszył śladem odgniecionej psimi susami ścieżki, by już po chwili upaść na trawę obok rozbawionej Zosi.
- Taka jesteś? - obrócił ją na plecy, chwycił za nadgarstki i przysunął twarz do zarumienionej buzi dziewczyny tak blisko, że natychmiast opanowała śmiech.
Jego spojrzenie pociemniało z emocji.
- Chowasz się przede mną? - zapytał, a właściwie tchnął gorącym oddechem, który rozpłynął się po jej obnażonej szyi, po ustach i policzkach. - Chowasz się? - powtórzył samym ruchem warg, z których Zosia nie spuszczała rozszerzonych ni to lękiem, ni zaciekawieniem oczu.
- Znalazłem cię, jesteś moja - szepnął Imre, dotknął wargami jej rozchylonych ust, a potem odsunął się nieco, jakby chciał ocenić wywołane tą śmiałością wrażenie.
Zosia zmarszczyła brwi, zacisnęła powieki, wstrzymała oddech i czekała. Lecz kiedy miękkie i wilgotne wargi Imrego przylgnęły do jej ust, odepchnęła brutalnie chłopaka i poderwała się z trawy jak oparzona.
- Fuj! - zakrzyknęła z oburzeniem, skrzywiła się i otarła usta wierzchem dłoni. - Nigdy więcej tak nie rób, słyszysz? To obrzydliwe!
Przywołała psa i pobiegła, pozostawiwszy za sobą mgiełkę kurzu na drodze i odurzonego pierwszym zakochaniem chłopca.
Łąka, obłoki i sukienka, wirowały tęczą, gdy frunęła z tym swoim niby zagniewaniem, z sercem bijącym szybciej niż kroki dudniące na drodze, ze śpiewem w głowie, radośniejszym niż to podniebne ptasie wołanie, ze smakiem pierwszego pocałunku.
Dzień był wyjątkowo ciepły i pogodny, dlatego Malwina poleciła nakryć do podwieczorku w altanie. Przyglądała się uważnym ruchom Wiesi ustawiającej na stole pierwsze w tym sezonie truskawki i słodką śmietankę. Słońce przedzierało się przez trącane wiatrem gałązki i liście winorośli. Ruchliwe cienie i świetliste refleksy padające z kryształowych pucharków splatały się na lnianym obrusie, tańczyły do muzyki świerszczy obmyślających w zaroślach czerwcowe koncerty. Pachniało szałwią i werbeną, które rozsiane wśród wesołych nasturcji i nagietków, kiwały fioletowymi głowami.
Zza szpaleru przekwitłych bzów wyłoniła się Cesia z naręczem świeżo wypranej, osuszonej słońcem, bielizny. Głuche dźwięki siekiery dobiegające z drewutni komponowały się z pokrzykiwaniem gęsi, śmiechem kaczek i jękliwym gwarzeniem kur moszczących się w rozgrzanym piasku. Ta jednostajność i niezmienność każdego dnia przynosiłyby spokój i poczucie bezpieczeństwa, gdyby nie zmartwienia, które zaczęły się piętrzyć wokół Stalickich.
Pięćdziesiąty pierwszy krzyżyk rozsiadł się tej wiosny na plecach Edwarda. Niby nie tak dużo, ale każdy kolejny dzień odbierał coś tam z sił, coś tam ze zdrowia. Raz czy dwa sprowadził do Przylipia doktora, który pokręcił z troską głową, przepisał jakieś medykamenty na osłabione serce i zakazał fajki oraz wszelkich uniesień. Ale jak się nie denerwować, gdy carskie sługusy fatygowały się tu aż z Warszawy, by ostro i natarczywie wypytywać o studenta Stanisława Stalickiego.
Tymczasem od Stasia żadnych wiadomości ostatnio nie było. On sam też nie wrócił z Petersburga, choć rok akademicki właśnie się zakończył.
Smutne myśli Malwiny przerwał dźwięk pospiesznych, drobnych kroków, a po chwili szczupłe ramiona Zosi zawisły na jej szyi. Dziewczynka oddychała prędko, wręcz zachłystywała się powietrzem.
- Ktoś cię gonił? - zapytała z uśmiechem Malwina i przygarnęła pasierbicę. - Imre? Podwieczorek gotowy, więc właśnie posłałam go po ciebie. Chcesz lemoniady? - sięgnęła po dzbanek.
- Tak, poproszę - wysapała Zosia. - A on mnie nie gonił. Ale ja i tak przed nim uciekłam.
- Tak? - zdziwiła się Malwina. - A dlaczego? Pokłóciliście się?
- Nie... - bąknęła Zosia i przepędziła osę krążącą nad miską z truskawkami. - A może tak? Sama nie wiem - zarumieniła się i przygryzła wargi.
Malwina podniosła szklankę i odruchowo obejrzała ją pod słońce. Dobrze, że nie było przy tym Elżbietki. Po takim geście pani Stalickiej kazałaby wymyć wszystkie szklane naczynia znajdujące się w Przylipiu.
- Kłótnie są niepotrzebne - powiedziała spokojnie. - Każde z was tworzy własny świat i żadne nie powinno drugiemu wchodzić w drogę. Jesteście jak brat i siostra, więc powinniście się raczej wspierać niż kłócić.
- Brat i siostra? - jęknęła Zosia tak dojmująco, że Malwina zastygła z dzbankiem zawieszonym nad szklanką i przyjrzała się pasierbicy uważnie.
- A gdzie tatko? - Szybko zagłuszyła to wrażenie Zosia. - Przyjdzie na podwieczorek?
- Przyjdzie, przyjdzie - odparła z roztargnieniem Malwina, napełniła szklankę i podała ją dziewczynce. - Pan Danicki jest u niego, gawędzą w gabinecie.
- I palą fajki - naburmuszyła się Zosia. - A doktor zabronił.
- Zabronił - westchnęła Malwina. - I co z tego... Czy to nie Imre wraca? - Zauważyła nagle, spoglądając na drogę.
- Tak, to on - potwierdziła niewyraźnie Zosia i umknęła wzrokiem.
- W takim razie siadamy do podwieczorku - zdecydowała Malwina.
Niezbyt jeszcze dojrzałe truskawki miały kwaskowy smak. A Zosia kwaśną minę, gdy Imre, dziwnie milczący i onieśmielony, rzucał jej błagalne spojrzenia. Ona zaś najpierw stroszyła się na te wymowne znaki, aż wreszcie zakłopotana zaczęła bawić się z krążącymi u jej nóg wyżłami.
Malwina, jak zwykle przy Danickim, mało była rozmowna. W skupieniu haftowała serwetę i od czasu do czasu dyskretnie obserwowała Zosię i Imrego, bo tych dwoje zachowywało się dziś bardzo osobliwie.
Tymczasem Edward z Danickim, ukryci w kącie altany, raczyli się piwem i rozprawiali półgłosem.
- Masz rację, Antoni - mówił Edward, przysunąwszy się bliżej, by ten mógł go lepiej słyszeć. - Cierpliwość Polaków się kończy, cóż dopiero tych młodych, u których krew gorąca.
- Tak właśnie sądzę - mruknął Danicki. - Carowi wydaje się, że nas spacyfikował, stłumił opozycję, a tu słychać, że wieją ożywcze prądy, co?
- Polak zawsze podniesie się z martwoty, nie przyzwyczai się do carskiego obcasa, otrząśnie się z tego jak pies z wody i zacznie działać - przekonywał Antoniego, a może i sam siebie, Edward.
- Czas już na to, przyjacielu. Wielki czas... - zgadzał się Danicki.
- Ja tylko się boję, że nasz Staś siedzi w tym po uszy - rzekł cicho Edward i zerknął ukradkiem na Malwinę. Wydało mu się, że dostrzegł poruszenie na jej twarzy, ledwie widoczne drgnienie ust, nieznacznie uniesioną brew. Domyślił się, że z uwagą słucha, nie miał jednak przed nią tajemnic, więc ciągnął dalej: - Nie wiem, co tam u niego się dzieje, ale przeczuwam, że coś niedobrego. Słyszałem, że na uczelni w Petersburgu aż huczy od demokratycznych poglądów polskich studentów. Staś powściągliwy, ale o tym nawet on półgębkiem napomknął.
- Tak? A co mówił? - podchwycił Danicki i przysunął się jeszcze bliżej przyjaciela.
- Nie chciał się za bardzo nad tym rozwodzić. Dopiero jak przydusiłem, przyznał, że raz na tydzień zbierają się w domach, gdzie są Polacy, i czytają zakazane książki. Sami też piszą patriotyczne wiersze, potem nad nimi dyskutują.
- To niebezpieczne - rzucił zafrasowany Antoni. On również łypnął okiem w stronę Malwiny. Siedziała jak posąg, nic po sobie nie pokazując.
- Niebezpieczne - przyznał Edward. - Roznoszą też ulotki o równości wobec prawa, zniesieniu różnic społecznych, takie tam...
- I, mówisz, twój Staś spiskuje?
- Zdziwiłbym się, gdyby nie. Zawsze miał gorączkę w głowie i do takich rzeczy go ciągnęło. - Edward zniżył głos i dodał: - Boję się tylko, bo byli tu po niego. Z samej Warszawy.
- Byli? - Antoni nerwowym ruchem zaczesał do tyłu włosy, które dobrze już przerzedzone odkryły pokaźne zakola.
- Byli - potwierdził Edward. - Na początku tłumaczyli, że z polecenia Ministerstwa Oświaty sporządzają spis studentów.
- Co za spis? Jędrka nikt nie spisywał, a też przecież się uczy. Tyle że w Wilnie.
- Ano widzisz - westchnął Edward. - Stasia spisali. Nazwisko, na którym roku studiów, jaka narodowość, miejsce zamieszkania... A jak już spisali, przestali być grzeczni. Pytali i pytali, gdzie on jest. I że dla dobra jego i nas wszystkich radzą powiedzieć. Nic nie powiedziałem. Prawda jest taka, że tydzień temu chłopak powinien wrócić, a tu ani jego samego, ani wieści żadnych.
- To może i lepiej - rzucił Antoni, a widząc strapienie Edwarda, poklepał go po ramieniu i dodał: - Nie martw się. Oni tam, w konspiracji, mają sposoby, żeby swojego ukryć.
- Tak myślę - rzekł w zadumie Edward. - Ale wiesz, jacy są Ruscy. Nie odpuszczą. Nam też próbowali grozić. Niby nic takiego, ale napomknęli o konsekwencjach dla nas, jeśli Stach się nie znajdzie.
- Daj spokój, oni zawsze grożą - usiłował go pocieszyć Danicki. - Chcą wymusić, żebyś wyjawił, gdzie syn, i nie próbował go ukrywać. Muszą postraszyć, ale nie ma co się bać. Nic wam nie zrobią.
Żaden w te słowa nie wierzył, dlatego zamilkli i przez długą chwilę w udanym opanowaniu popijali piwo. Słońce powoli osuwało się za horyzont. Do altany dobiegało przenikliwe pogwizdywanie kosa. Odległe ujadanie psów budziło niepokój, zwiastowało coś złego, jakby obcy kręcili się po wiosce.
- Czas na mnie - Antoni podniósł się z ławy i stęknąwszy, wyprostował plecy. - Helena pewnie wypatruje, czy jadę. Jędrek dziś z Wilna wraca, trzeba konie po niego posłać do miasteczka.
- Za rok może nie dyliżansem, a koleją żelazną przyjedzie - próbował żartować Edward, ale widać było, że jego myśli błądzą gdzie indziej.
- Może. Kto to wie, co za rok będzie? - westchnął Antoni.
Danicki, odprowadzony markotnym spojrzeniem Edwarda, odjechał. Chłodne powietrze przegoniło z altany również Malwinę. Pozbierawszy swoje przybory do haftowania, udała się do kuchni zadysponować jutrzejszy obiad. Przy stole, z którego Wiesia uprzątnęła już naczynia i resztkę truskawek, pozostał tylko Imre. Nieopodal, w zasięgu jego wzroku spacerowała Zosia, jak zwykle otoczona psami. Dziewczynka pragnęła rozmówić się z Imrem, lecz jego ponure spojrzenie onieśmielało ją. Dopiero, gdy Kazia wyniosła dla psów miskę kości, pozbawiona towarzystwa Zosia przełamała skrępowanie i przysiadła w altance.
- Gniewasz się na mnie? - odezwał się cichym i lekko ochrypłym głosem chłopak. Wyglądał bardzo poważnie.
- Nie. - Wzruszyła ramionami i wydęła usta, co wbrew jej zapewnieniu świadczyło o najwyższym stopniu zagniewania.
- Przepraszam. - Imre wyciągnął do niej dłoń, ale ona nie podała mu swojej. Łypnęła tylko obrażonym okiem.
- Nie gniewam się - powtórzyła wyniośle, a on nie miał pojęcia, czy wierzyć jej słowom, czy minkom, które stroi.
Zżymał się długą chwilę, ważył coś w sobie, wreszcie wybuchnął:
- Bo ty nic nie rozumiesz, Zosiu! Nic a nic!
Zaskoczona, spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
- Czego nie rozumiem? - zapytała z niekłamaną szczerością.
- Ech, bo ty myślisz, że skoro nie wyłowiłem wtedy twojego wianka z rzeki, to znaczy, że cię nie kocham!
- Głuptas. Nie myślę tak - odparła przestraszona tym wybuchem. - Wiem, że mnie kochasz. Ja też cię kocham, bo jesteśmy dla siebie jak brat i siostra... - powtórzyła słowa Malwiny.
- Jak brat i siostra? - Imre poderwał się z ławki. Zaraz jednak opanował się i usiadł. - To nieprawda - rzekł, siląc się na spokój. - Mówisz tak, bo masz dopiero trzynaście lat i nic nie rozumiesz. Ja nie jestem i nie chcę być twoim bratem.
- Nie? - wyszeptała Zosia i aż wyjrzała z altany, by sprawdzić, czy nikt ich nie słyszy. Po plecach przebiegł jej dziwny dreszcz, bo domyślała się, o czym mówi prawie całkiem dorosły Imre. Serce biło jej bardzo mocno, jakby obawiała się słów, na które podświadomie czekała. - To kim chcesz być? - zapytała i wstrzymała oddech.
- Mężem - odparł i przygładził ledwie widoczny zarost pod nosem, zupełnie tak jak robił to jej ojciec.
Zosia parsknęła śmiechem, a Imre, mimo że poczuł się urażony, ciągnął:
- I żebyś mi obiecała swoją rękę.
Dziewczynka spoważniała, zagryzła wargi i milczała, nerwowo nawijając na palec końcówkę warkocza.
- Obiecujesz? - ponaglał ją. - No, powiedz.
- Nie wiem...
- Mówiłaś, że mnie kochasz.
- Nie mówiłam.
- Powiedziałaś to. Przed chwilą.
Zosia nie odzywała się, zostawiła w spokoju warkocz, lecz dla odmiany zaczęła czubkiem buta wgniatać w ziemię kamyk. To zajęcie pochłonęło całą jej uwagę.
- Naprawdę tak powiedziałaś - żarliwie przekonywał Imre. - Obiecujesz?
- Pozwól mi się zastanowić - odparła wyniośle, po czym zarumieniona wybiegła z altany, pozostawiwszy w niej czerwonego z zakłopotania Imrego.
Przez okno sypialni można było obserwować drogę, która o tej porze tonęła w mroku. Spośród wieczornych szmerów wrażliwe ucho wciąż łowiło nerwowość wiejskich psów, które gdzieś daleko raz po raz podnosiły wrzawę. Z gęstwiny chmur wzrok wyłapywał niewyraźną księżycową poświatę, która to pojawiała się, to znów zanurzała w płaszczu nocy. Zachodni wiatr niósł wilgoć i chłód. Wieszczył zmianę pogody.
Może jutro, a może już za chwilę spadnie deszcz - rozmyślał Edward. Stał w otwartym oknie, jak co wieczór. Czekał na syna.
Zadumanego męża, obracającego w palcach wygasłą fajkę, zastała Malwina.
- Nie śpisz - stwierdziła tym swoim matowym głosem. Odstawiła na nocny stolik świecę, podeszła blisko i obejmując Edwarda wpół, przytuliła policzek do jego pleców. - Nie śpisz - powtórzyła. - A wydawałeś się dziś bardzo zmęczony.
- To nie zmęczenie, kochanie - odparł, nie odrywając oczu od pustej drogi. - Niespokojny jestem o Stasia.
- Wiem o tym - westchnęła. - Ja też obawiam się o niego. Ale jeśli stracimy siły na martwienie się, zabraknie nam mocy na walkę. Kto wie, czy nie trzeba będzie jej stoczyć. Nie mówiłeś mi o tym, że ci, co byli po Stasia, grozili...
Edward pokiwał smutno głową, obrócił się do żony i zamknął ją w ramionach. Kołysali się łagodnie, wtuleni w siebie, kojeni wzajemną bliskością.
- Psy wciąż szczekają - szepnął.
- Mają swoje psie sprawy, to szczekają - uspokoiła go Malwina.
- Ty zawsze wiesz, co powiedzieć - zaśmiał się cicho, lecz zaraz dodał z powagą: - A ja takie dziwne mam przeczucie, że coś złego się wydarzy.
- Zadręczasz się całymi dniami Stasiem, więc nocą roją ci się w głowie złe myśli. Musisz się wyspać, odpocząć.
- Ech, odpocząć... - Edward delikatnie wyswobodził się z ramion Malwiny, zamknął okno, zapalił świecę i sięgnął po kopertę spoczywającą na nocnym stoliku.
- Nie mówiłem ci jeszcze, bo jakoś nie było okazji. Przyszedł list z Warszawy, od kuzynki Eulalii.
- Cóż pisze? - zainteresowała się Malwina. Usiadła w fotelu i zawiesiła wzrok na twarzy Edwarda. - Zdrowa?
- Zdrowa. List długi, jutro sama przeczytasz. Powiem ci tylko, że zaprasza Zosię do Warszawy.
- Naprawdę? - Oczy Malwiny roziskrzyły się.
- Sama posłuchaj.
Edward zbliżył się do świecy, wygładził kartkę i przez chwilę szukał wzrokiem właściwego fragmentu.
- O, jest... Zastanawiam się, Drogi Edwardzie, czy nie zechciałbyś swojej Zosi przysłać do mnie na dwa, trzy tygodnie. Oczywiście wiem, że latem wszyscy ciągną na wieś, do natury. Ale przecież ona ma jej na co dzień aż nadto. Niechby przyjechała miasto zobaczyć. Wprawdzie nie pozbierało się jeszcze po majowej powodzi, ale Śródmieście, gdzie mieszkam, nie ucierpiało. Ja w tym roku, niestety, nie mogę opuścić Warszawy. Moja druga kamienica, ta na Pradze, po zalaniu, jest w przebudowie. Wyobraź sobie, po remoncie jej dół zamierzam wynająć Żydom pod sklep złotniczy i pracownię krawiecką, a wyższe piętra wynajmę rodzinom żydowskim, bo dość mam użerania się z biedotą, która miesiącami nie płaci czynszu. Jak się domyślasz, muszę zostać na miejscu i wszystkiego osobiście dopilnować. Gdybym miała przy sobie Zosię, to czas zmitrężony przeprawą ze Śródmieścia na drugą stronę Wisły nie byłby przykry, a ona cokolwiek Warszawę by poznała.
No więc napisz, co planujesz. Musisz wiedzieć, mój Drogi, że bardzo chciałabym ją tu widzieć i już się cieszę, że tyle rzeczy jej pokażę...
- Co sądzisz? - Edward zwrócił się do Malwiny, wsuwając do koperty list.
- Niech jedzie - zawyrokowała z przekonaniem. - Najwyższy czas, żeby wysunęła nos z Przylipia.
2
-Zosiu, stój spokojnie, nie wierć się - upominała Malwina, przyglądając się sprowadzonej z miasteczka krawcowej, która zdejmowała z Zosi miarę na nowe stroje.
Okazało się bowiem, że ta młoda panienka nie jest zupełnie na wyjazd przygotowana. Nie może przecież biegać po Warszawie w perkalowych sukienkach i wyświechtanych bucikach, jak wieśniaczka. Ponadto trzeba jej sprawić modne kapelusiki, nową bieliznę i mnóstwo innych drobiazgów, bez których nie mogłaby obejść się w mieście.
Imre niecierpliwie dreptał pod drzwiami i pod oknem Zosinego pokoju, wreszcie zirytowany wybrał się z Kajetanem na ryby. Nie był w dobrym nastroju. Wyjazd Zosi do Warszawy nie wróżył niczego dobrego. Napatrzy się na miejskie życie i kto wie, czy nie zechce nadal go smakować i zostać u boku kuzynki Eulalii.
- Cóż kawaler nos spuścił na kwintę? - zagadał Kajetan, zerkając na zwykle ożywionego chłopaka.
Ten wzruszył ramionami i na nowo zarzucił wędkę. Nawet ryby tego dnia nie chciały brać.
- Mówią, że dwóch przyjaciół nie może być w zgodzie, kiedy jeden chce mieć drugiego dla siebie - rzekł domyślnie Kajetan, bo całe Przylipie żyło wyjazdem Zosi. - I w przyjaźni tak jest, i w miłości, i w każdym związaniu. Trzeba dać drugiemu wolną wolę.
Imre spojrzał chmurnie i nic nie odpowiedział.
- Niech kawaler tak nie patrzy - żachnął się Kajetan. - Swoje przeżyłem i wiem, co mówię. Czy widział kto kiedy, żeby lubili się, dajmy na to, chłop i pan?
- Czy ja wiem... - burknął chłopak. - Pana Edwarda to chyba wszyscy lubią.
- Tak może się zdawać, a ja swoje wiem. Każdy potrafi udawać, ale chłop nigdy nie polubi pana właśnie dlatego, że jest panem. A ten zawsze dyktuje, co chłop ma robić, a czego mu nie wolno.
- Po co Kajetan mi to wszystko mówi? - obruszył się Imre.
- Z życzliwości. Bo panienka Zosia to polna ptaszyna i tak długo będzie Imrego lubiła, póki będzie czuła swobodę. Z serca radzę, niech kawaler się na nią nie boczy, bo ona nie tylko o Warszawie, ale o niczym nie będzie chciała rozmawiać.
Imre westchnął i zapatrzył się na drugi brzeg jeziora. Kajetan podążył za jego wzrokiem.
- Zarosło... - zauważył przyciszonym głosem. - A pamiętam jak panicz Staś na łódce za jezioro się zapuszczał. Teraz tam tylko dzikość, uroczysko.
- Z drugiej strony można się chyba dostać - zauważył niepewnie Imre.
- Oho! Z drugiej strony - zaśmiał się Kajetan. - Lepiej nie próbować. Kiedyś w lesie po tamtej stronie było małe jeziorko. Ludzie we wsi mówili "anielskie zwierciadło". Potem ono całkiem zarosło, nikt go już nie mógł znaleźć. Za to pod ziemią rozlewisko zostało. Bagna tam teraz takie, że strach. Opowiadał ekonom z Bobrowej, że kiedy noc jest całkiem ciemna, słychać krzyki i jęki kobiety, co raz po chrust poszła i nigdy już do domu nie wróciła. Mówią, że bagno ją wciągnęło. Teraz tam tylko rokita kępami rośnie, jakby sam czart ją zasadził.
- Możemy popłynąć na drugi brzeg? - zapalił się Imre. Lubił takie tajemnice.
- Niby możemy, ale po co? Ot, krzaki tylko i drzewa. Nic nie ma...
Po południu rozpadał się deszcz. Nie przeszkadzało to Edwardowi, który o tej porze zazwyczaj umykał do swojego gabinetu. Przeciwnie, nawet się cieszył, bo deszcz przyda się na polach. Malwina również nie narzekała. Zagnieździła się z robótką w fotelu, w którym niegdyś tak lubił zasiadać wuj Zygmunt, zamówiła u Anieli herbatę i poprosiła Zosię, by zechciała coś wesołego zagrać na pianinie.
Niezadowolenie okazywał jedynie Imre. Zamierzał porozmawiać z Zosią w cztery oczy, lecz ona ostatnio nie odstępowała macochy. Nic dziwnego, Malwina opowiadała o Warszawie i rozbudzała wyobraźnię dziewczynki, roztaczając przed nią wizje wypełnionych towarami sklepów, kolorowych witryn, spacerów po ogrodzie botanicznym pełnym egzotycznych roślin, koncertów i wielu innych miejskich atrakcji. Zosia słuchała z wypiekami na twarzy, a na Imrego wcale nie zwracała uwagi.
Nie była to prawda. Dziewczynka doskonale widziała przykrość malującą się na jego obliczu i właśnie dlatego unikała rozmów z nim. Obawiała się wyrzutów, że niebawem wyjedzie na całe lato, a jego zostawi samego. Gdyby chociaż Staś wrócił z Petersburga, ale o nim słuch zaginął.
Wiesia przebierała listki młodego szczawiu i raz po raz spoglądała w okno. Krople deszczu uderzały o szybę, łączyły się z sobą i spływały w dół nieregularnymi strugami. Panującą w kuchni ponurość potęgowała posępna twarz Anieli, która od kilku dni sama wyglądała jak gradowa chmura.
- Trzeci dzień tak pada - westchnęła Wiesia, której doskwierało to markotne milczenie.
- Wasław w sobotę utłukł pająka w gabinesie pana Edwarda. A mówi się, ze pająków się nie zabija, bo śsiągną desc - oświadczyła autorytatywnie Kazia i ze zdwojoną energią zaczęła ubijać masło. - Wsystko pses Wasława.
- Eee... To chyba nie przez niego - skrzywiła się Wiesia. - "Gdy ostatek maja słonko grzeje, to czerwcowe siano deszcz poleje". Tak mówią. A przecież koniec maja był gorący jak w lipcu.
- No, nie wiem... - rzekła bez przekonania Kazia. - Sesia mogła zuka albo mrówkę rozdeptaś...
- Co ty gadasz? - zdumiała się Wiesia. - Dlaczego akurat Cesia?
- Bo ona niezdarnie chozi - odparowała Kazia i zacisnęła usta. Podobnie jak Aniela, nie była w najlepszym nastroju.
Wiesia doskonale wiedziała, że to nie deszcz jest powodem, tylko wyjazd Zosi, którą jutro Anatol w towarzystwie Elżbietki powiezie do samiuśkiej Warszawy. Spakowane kufry od wczoraj stoją w holu i przypominają o tym wydarzeniu. Aniela napiekła już orzechowych rogalików dla Zosi na drogę, a Wiesia z Kazią na polecenie Malwiny przygotowały kosze wiejskich wiktuałów w prezencie dla pani Eulalii.
- Pastuch mówił, że w niedzielę bydło kładło się na pastwisku - zaczęła znów Wiesia, bo nie mogła znieść uciążliwej ciszy. - Krowy tak się kładą, kiedy ma padać. A znów Alojzy słyszał, jak kukułka za sadem długo kukała. Chyba przez godzinę.
- A ten jak zwykle - mruknęła Aniela. - Zamiast do roboty się zabrać, przez godzinę kukania słucha.
- Ja słysałam nasego koguta, jak piał po zmroku. To tez na padanie - oznajmiła z przekonaniem Kazia.
- Kogut nie pieje na żadne padanie, tylko pokazuje, kto w kurniku rządzi - wtrąciła Aniela. - Cicho już bądźcie.
- Jeszcze Aniela nacieszy się tą ciszą, jak Zosia wyjedzie - burknęła Wiesia. - A mnie już smutno - dodała łzawo.
- Kazdemu smutno - rzuciła Kazia. - Tylko Zosia się siesy.
- Pewnie, że się cieszy - podchwyciła Aniela. - I dobrze. Niech świata trochę zobaczy. Lato minie, to wróci. Nie ma co łez wylewać. Ubiłaś masło, Kazia?
- Ubiłam.
- To dołóż do koszyka osełkę.
- Dobze. Moze i twarogu zapakowaś?
- Zapakuj. A wędzonki?
- Na sam spód Wiesia włożyła. Wsysko juz jest. Elzbietka sały kosyk psejzała i powieziała, ze dobze.
- Coś podobnego, Elżbietka powiedziała, że dobrze... - burczała pod nosem Aniela.
Do kuchni wślizgnęła się Cesia. Spod chustki wysuwały się ociekające wodą kosmyki włosów.
- A ty gdzieś tak zmokła? - zdziwiła się Wiesia.
- No, jakże? Karmiłam kury.
- Semu nie wlazłaś do kurnika? - złapała się za głowę Kazia.
- W kurniku karmiłam. Kury też po deszczu nie chcą chodzić. Ale zanim przybiegłam do domu, to zmokłam. Nie widzisz, jak leje?
- Wizę psesiez...
- Kajetan mówił, że bociany z gniazd młode wyrzucają - zniżyła głos Cesia. - A to źle wróży.
- Dlasego? - wytrzeszczyła oczy Kazia.
- Dlaczego, dlaczego - przedrzeźniła ją Wiesia. - Jak ty, Kazia, nic nie wiesz. Bociany wyrzucają młode, kiedy czują ciężkie czasy - wyjaśniła. - Będzie jakieś nieszczęście.
- Nie kracz, nie kracz - napomniała ją Aniela. - Bo sama nieszczęście przywołasz.
Rankiem dwukonny powóz gotów był do odjazdu. Zosia była tak podekscytowana, że omal nie zapomniała pożegnać się z rodzicami. W ostatniej chwili dostrzegła też Imrego, który wyszedł na ganek, by zobaczyć się z nią przed wyjazdem. Ale jemu tylko pomachała z daleka i skryła się w powozie, gdzie czekała już na nią Elżbietka. Odkąd Imre zainicjował poważne rozmowy, zakłopotana Zosia zaczęła go unikać. Obraz jego posmutniałych oczu towarzyszył jej jednak przez całą drogę.
Zapadał zmrok, kiedy dotarli do Warszawy. Zosia nie odrywała wzroku od okna, gdy powóz wmieszał się między przejeżdżające pojazdy konne. Bogate domy, pałace i czynszowe kamienice przeplatały się z drewnianymi chatami. Ponad dachami wznosiły się tu i ówdzie strzeliste kościelne wieże.
Przechodnie, osłaniając się przed deszczem, pokonywali drogę, skacząc po wystających z kałuż kamieniach. Niektórzy szli gęsiego po wyłożonych deskach, ledwie widocznych spod grubej warstwy błota. Uliczki były wąskie. Pojazdy podskakiwały na źle ułożonym, rozpadającym się bruku, ochlapywały pieszych wodą i rozmokłą ziemią. Zanim Anatol znalazł Śródmieście i kamienicę kuzynki Eulalii, było już zupełnie ciemno.
Oszołomiona i zmęczona Zosia pozwoliła się wyściskać kuzynce i posadzić do stołu. Ale niewiele jadła. Ucieszyła się na widok usługującej tu Józi, bo poczuła okruchy domu, za którym już zdążyła zatęsknić, gdy służąca prowadziła ją przez obce pokoje do obcego łóżka. Zasnęła tak szybko, że nie zdążyła ułożyć w głowie doznanych tego dnia wrażeń.
Tej samej nocy w Przylipiu Edward usłyszał ciche pukanie do okna sypialni. Staś ledwo trzymał się na nogach. W wychudłej i poczerniałej od kilkudniowego zarostu twarzy nienaturalnie błyszczały oczy. Nie miał z sobą żadnych bagaży, jedynie studencki plecak, który rzucił w kąt sieni, zanim sam znalazł się w objęciach ojca.
- Jesteś nareszcie, jesteś - powtarzał Edward, tuląc syna i poklepując go po plecach. - Mogłeś wcześniej napisać, kiedy zamierzasz wracać, konie bym posłał do miasteczka - gderał, niby z naganą, a tak naprawdę głos mu się łamał ze wzruszenia. - My tu z Malwiną oczy za tobą wypatrywaliśmy, a ty pewnie gdzieś z kolegami się zabawiałeś - żartował przekornie.
- Nie zabawiałem się, ale przyznam, trochę czasu spędziłem w Warszawie.
- W Warszawie! Toś rozminął się... - Nie dokończył, bo przerwała mu Malwina.
- Zaraz służbę obudzę, niech ci Aniela coś dobrego do jedzenia zrobi, a Wacław wodę do mycia i łóżko przygotuje - wtrąciła, czekając na swoją kolej, by serdecznie przywitać pasierba.
- Nie - zaprotestował Staś i przygarnął do siebie Malwinę. Drobna i krucha wydała się przy nim. - Proszę służby nie budzić. - Zniżył głos, rzucił okiem na plecak, w którym ukrył zwitek propagandowych ulotek i dokończył szeptem: - Im mniej osób wie o mnie, tym lepiej. Proszę tylko o zapakowanie trochę jedzenia na drogę i zaraz sobie pójdę.
- Jak to? Nie zostaniesz? - przeraził się Edward, a Malwina złapała się za głowę, bez słowa wepchnęła ich do kuchni, chwyciła z rąk Edwarda świecę, ze skrzyni lniany worek i czym prędzej podążyła do spiżarni.
- Nie mogę zostać nawet na jedną noc, ojcze. To niebezpieczne dla mnie i dla was. W miasteczku żandarmi się kręcą. Mogą przyjść i do wsi, i do nas.
Edward rozłożył bezradnie ręce i rozejrzał się po kuchni, jakby w tych sprzętach albo w milczących ścianach szukał ratunku.
- W coś ty się, synu, wplątał - jęknął zrozpaczony. - Weź chociaż konia.
- Dziękuję, tatku, ale bez konia łatwiej się ukryć.
- Zaczekaj... - Edward wymknął się z kuchni, by już po chwili wtykać w dłoń Stasia zwitek pieniędzy. - Weź to, chłopcze. Bez pieniędzy trudno...
- Dziękuję, tatku - Staś uśmiechnął się z wdzięcznością i wsunął banknoty do kieszeni.
- Stach! - Usłyszeli znienacka radosny okrzyk od drzwi i obaj jak na komendę odwrócili się na głos Imrego. - Ja tak czułem, ja coś słyszałem... Drzwi skrzypiały... - mówił bezładnie, rzucając się Stasiowi na szyję jak bratu. - A co tak ciemno? Zaraz zapalę świece. - Odskoczył od Stasia i sięgnął po stojący na stole lichtarz.
- Nie! - Powstrzymał go Staś i zerknął trwożliwie na okno. - Nie trzeba. Księżyc wystarczy. Ja tu zresztą długo nie będę, tylko chcę jeszcze porozmawiać z ojcem. No, chodź tu jeszcze, niech cię uściskam, i zaraz do łóżka, spać.
- Spać? Wcale nie chcę. Posiedzę tu na ławie, nie będę przeszkadzać. Muszę się tobą nacieszyć.
- Jutro - wtrącił nieszczerze Edward. - Jutro się nacieszysz - dodał i ścisnął za rękę Stasia.
Ten milczał zakłopotany i zmartwiony, że zawiedzie Imrego i Zosię, która teraz pewnie smacznie śpi i nawet go nie zobaczy, bo jutro już go tu nie będzie.
Imre westchnął, klepnął Stasia w ramię i niechętnie opuścił kuchnię. Nie zamknął jednak za sobą drzwi i nie poszedł do łóżka. Ukryty za framugą, słuchał.
- Sądzisz, że jest aż tak niebezpiecznie? - pytał zgnębiony Edward.
- Bez wątpienia. Wiem o trzech naszych, których już złapali.
- Co z nimi?
- Więzienie, a później śmierć albo przymusowa zsyłka na Kaukaz. Więc co? - podniósł nagle głos. - Jeśli mnie złapią, miałbym wyrzec się nacji, walczyć pod obcą banderą w imię cara, przeciwko ludom, którzy, jak my, ścierają się o niepodległość?
- Ciszej - upomniał go ojciec.
- Tak, ma ojciec rację - zniżył głos, lecz nadal mówił gorączkowo: - Wolę umrzeć, ukrywając się na naszej ziemi, niż doczekać takiej hańby. Carskim psem nie będę.
- Dokąd pójdziesz?
- Do Krakowa. - W oczach Stasia błysnęła dzikość. - Teraz się uda, tatku. Spod wszystkich zaborów razem chwycimy za broń. Wyzwolimy nasz kraj, powstaniemy! Już niedługo! Potem wrócę i opowiem wam, Zosi. Kiedyś moim dzieciom opowiem - błysnął w uśmiechu zębami.
- Dałby Bóg, że to "kiedyś" nastąpi, chłopcze - rzekł Edward i przytulił syna. - Trzymać cię nie mogę. Gdyby nie tacy jak ty, nie byłoby nadziei. Ale ciężko mi się zgodzić, że chcesz iść na noc. Prześpij się choć na strychu, skoro w łóżku się boisz. Jutro z samego rana konie ci dam. Anatol zawiezie cię z powrotem do Warszawy, stamtąd łatwiej dostać się do Krakowa. Prześpisz się u kuzynki Eulalii. Zosia dopiero co do niej pojechała...
- To Zosi nie ma? - przerwał z żalem. - Szkoda, chciałem ją ucałować i pożegnać. Kto wie, kiedy ją zobaczę.
- Nie ma. Ale przecież możesz widzieć się z nią w Warszawie, A stamtąd... Czy ja wiem? Mógłbyś przedostać się do Paryża.
- Dziękuję, ale tatko mówi, jakby nic nie rozumiał. Mnie szukają i kilkunastu jeszcze od nas. Za granicę nie dam rady, pilnują, a w Warszawie nagonki. Tatko chyba nie wie, co teraz się dzieje.
- Może i nie wiem - mruknął Edward. - Tutaj, na wsi względny spokój.
- W Warszawie pełno tajnej policji i szpiegów. Byłem tam kilka dni, to wiem. Trudno ich poznać, bo nie noszą mundurów. Snują się po ulicach i obserwują. Albo węszą po kawiarniach i cukierniach. Chodzą, kręcą się, niby przeglądają rzucone gazety, a tak naprawdę śledzą zza nich podejrzane osoby, a potem podstępnie wciągają je w rozmowę i zręcznie wypytują o politykę, o cara, sposób rządzenia i takie tam... No, niech tatko się nie martwi, nie dam się złapać - zmienił ton na widok twarzy ojca, która w świetle księżyca wyglądała na zalęknioną.
Kroki Malwiny powracającej ze spiżarni uświadomiły im, że czas kończyć pogawędkę. Czas się zbierać. Żegnać.
Staś zarzucił na ramię worek z jedzeniem i poklepał się po wypełnionej banknotami kieszeni.
- Wyposażyliście mnie tak, że i rok mogę wędrować - zaśmiał się, potem uściskał Malwinę, lecz zanim przekroczył próg, zawahał się.
- A może jednak wezmę konia, tatku - rzekł z zastanowieniem.
- Mądra decyzja - przyznał Edward. - Weź moją Nimfę.