A myślałem, że ten dzień nie może już być bardziej popieprzony.
- Anna?
Stałem tam, trzymając w ręce torbę z pankejkami i patrząc na wstrząśniętą minę mojej dziewczyny z liceum.
- Jeremy? - Zamrugała. - Co ty tu, u diabła, robisz?
- W twoim ogrodzie czy w Minnesocie?
- Jedno i drugie. - Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem.
- To naprawdę długa historia...
Patrzyliśmy na siebie, nasze twarze oblewał rumieniec zażenowania, oboje byliśmy zbyt zszokowani, żeby cokolwiek powiedzieć.
Minęło prawie dziesięć lat, odkąd ostatnio ją widziałem. A wtedy to się nie skończyło najlepiej.
Wyglądała świetnie. Wręcz olśniewająco. Nadal miałem jej mamę w znajomych w mediach społecznościowych. Sam nigdy tam niczego nie wstawiałem. Założyłem konto, żeby być na bieżąco. Zdjęcia Anny pojawiały się rzadko i nie było ich wiele, ale, jak właśnie odkryłem, nie oddawały jej rzeczywistej urody.
Nagle przypomniałem sobie, po co tu przyjechałem, i otrząsnąłem się z osłupienia. Podałem jej torbę z jedzeniem.
- To chyba dla ciebie?
- Dzięki - mruknęła, biorąc ode mnie pakunek. - Dodam w aplikacji te dodatkowe dziesięć dolców.
- Och, to nie ja jestem dostawcą. To znaczy... poniekąd jestem. Właśnie dostarczyłem twoje zamówienie. Ale prawdziwy dostawca miał wypadek.
- Co? O Boże! Nic mu się nie stało?
- Chyba nie. Ktoś mu wjechał w bagażnik. Stałem obok niego na światłach. Zjechałem na pobocze i wysiadłem, żeby mu pomóc, ale niemal natychmiast przyjechały służby ratownicze, a on poprosił, żebym to doręczył, powiedział, że bardzo potrzebuje pieniędzy. Uznałem, że miał już wystarczająco zły dzień. To było zaledwie kilka przecznic stąd. Jechałem akurat do mamy.
Powoli kiwnęła głową.
- Dzięki. To miło z twojej strony.
- No tak.
A potem po prostu tam staliśmy.
Anna Bellthrope.
Boże, ta dziewczyna złamała mi, kurde, serce. Minęło tyle czasu. Wkroczyłem w nową dekadę. Byłem kompletnie innym człowiekiem niż w wieku osiemnastu lat. Ale kiedy teraz na nią patrzyłem, moje serce czuło dokładnie to samo co wtedy.
Zaczął padać śnieg. Zaledwie kilka drobnych płatków, ale wylądowały na jej brązowych włosach i skrzyły się w świetle lampek bożonarodzeniowych zawieszonych pod okapem. Spoglądała na mnie tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami. Gładka skóra, pełne usta, policzki zaróżowione od mrozu - wyglądała jak anioł.
Może umarłem i trafiłem do nieba. Może to ja miałem wypadek samochodowy, którego nie przeżyłem, i okazałem się wystarczająco dobrym człowiekiem, żebym teraz mógł spędzić wieczność u jej boku.
A może to było piekło i miałem właśnie zobaczyć, co straciłem.
Odchrząknąłem.
- Widzę sporo samochodów na podjeździe. Impreza świąteczna?
- Tak. Spotkanie rodzinne.
- Ale rozumiem, że zabrakło wam jedzenia, co? - zażartowałem, spoglądając znacząco na torbę z pankejkami.
Założyła kosmyk włosów za ucho.
- Jodie gotuje.
- Aaa. Jasne.
Zaśmiała się drwiąco.
- To co u ciebie słychać? - zapytałem.
Jej twarz nagle się zmieniła. Pojawił się na niej wyraz nieufności, jakby Anna właśnie sobie przypomniała, że mnie nie lubi.
- Naprawdę chcesz teraz prowadzić ze mną rozmowę towarzyską? - zapytała chłodnym tonem.
- Po prostu pomyślałem, że moglibyśmy... - Przerwał mi dźwięk otwierania przesuwnych drzwi za rogiem domu.
Anna odwróciła gwałtownie głowę w tamtą stronę. Ktoś ją zawołał.
- Cholera - syknęła. Rozglądała się gorączkowo. - Ruchy! Ruchy!
Chwyciła mnie za rękaw i dała nura za klimatyzator, ciągnąc mnie za sobą.
- Co się stało? - szepnąłem, przykucając w śniegu.
- Ciii. Oni nie wiedzą, że zamówiłam żarcie - wyjaśniła. - Moja siostra wypominałaby mi to do końca życia.
Nasłuchiwaliśmy w milczeniu. Ktoś szedł w naszą stronę.
- Wciśnij ją między klimatyzator a ścianę - szepnąłem.
- Że co?
- Torbę z żarciem. Ukryj ją - poleciłem.
Wepchnęła pankejki w szparę za klimatyzotorem.
Kuliliśmy się tam, słuchając nadchodzących kroków. Bliżej, bliżej... i nagle tata Anny, Mark, spojrzał na nas z góry, oświetlony od tyłu sznurem lampek. Chwilę trwało, zanim na jego twarzy pojawił się błysk rozpoznania.
- Jeremy? - Zmrużył oczy.
Zerknąłem na Annę, a ona kuksańcem dała mi znać, żebym się podniósł.
- Dobry wieczór, panie Bellthrope. - Wstałem i otrzepałem spodnie ze śniegu. - Miło mi pana znów zobaczyć.
Patrzył na mnie jak na ducha.
- Co wy tutaj... Terri! - zawołał przez ramię. - Zobacz, kto tu jest! - Ujął moją dłoń i potrząsał nią z entuzjazmem. Jego twarz cała się rozpromieniła. - Jeremy Todd, ja cię kręcę! Anno, dlaczego nie uprzedziłaś mnie, że on wpadnie? Nie mamy dość piwa. Muszę skoczyć do sklepu.
- Nie trzeba - wyjąkałem. - Ja tylko...
Pani Bellthrope wyłoniła się zza rogu, a na mój widok zamarła z dłońmi przyciśniętymi do policzków.
- Jeremy!
- Dzień dobry. - Pomachałem do niej.
Stąpając na paluszkach po brukowanej ścieżce, podeszła do mnie w samych kapciach i mnie przytuliła.
- Nie miałam pojęcia, że przyjedziesz. Co wy robicie w ogrodzie? - Wypuściła mnie z objęć i wodziła wzrokiem pomiędzy mną a Anną. - A więc to tutaj wyszłaś, Anno? Myślałam, że masz biegunkę.
- Mamo! - wykrzyknęła Anna z oburzoną miną.
Terri zbyła jej protesty machnięciem ręki.
- On jest teraz lekarzem, twoja biegunka mu niestraszna. - Znów spojrzała na mnie rozpromieniona. - Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś! Wejdź do środka, straszny ziąb.
Machnąłem kciukiem za siebie.
- Och, właśnie miałem...
- Wejść do środka - dokończyła za mnie Anna, przeszywając mnie wzrokiem. - Już właśnie szliśmy do domu. To miała być niespodzianka.
Teraz wszyscy na mnie patrzyli.
Wzrok Anny był niczym laser. Bez słów przekazywała mi sekretną wiadomość, prosto do mojego mózgu, żebym dostosował się do sytuacji. Swego czasu byliśmy świetni w takiej telepatycznej komunikacji.
- No tak - powiedziałem powoli, odwracając się z uśmiechem do jej rodziców. - Właśnie mieliśmy wejść do środka. Ale nie możemy zostać długo - dodałem. - Bo już zaraz Anna będzie niespodziewanym gościem w moim domu.
Anna spojrzała na mnie ze zdumieniem.
- Nie do wiary, że trzymaliście to w tajemnicy - wykrzyknęła Terri. - Nie wiedziałam nawet, że znów jesteś w Minnesocie. Tak się cieszę!
Mark gestem zaprosił nas do domu.
- Chodźcie, zanim tu zamarzniemy. Napijemy się czegoś i opowiesz nam wszystko o Kalifornii i studiach medycznych! - Ruszył w stronę domu, ale po paru krokach przystanął. - Czy mi się wydaje, czy ktoś z was też czuje zapach pankejków?
Anna zakasłała.
- Pewnie ktoś je smaży w domu obok - powiedziałem.
Kiwnął głową.
- Pewnie masz rację. No to chodźmy.
Mark wszedł do środka pierwszy, zaraz po nim Terri. Anna chwyciła mnie za łokieć i przytrzymała.
- Co to za historia z tym, że niby zaraz potem jadę twojego do domu? - wycedziła.
Spojrzałem na nią z rozbawieniem.
- Ja właśnie wchodzę do twojego. A to też nie do końca było w moich planach na dziś.
Zerknęła na wchodzących do środka rodziców.
- A jak inaczej miałam wyjaśnić to, że się chowaliśmy za klimatyzatorem?
- Nie wiem. To nie ja wplątałem nas w tę skomplikowaną sieć kłamstw. Ja wiem tylko, że teraz spóźnię się na moją rodzinną imprezę świąteczną, więc możesz mi przynajmniej pomóc jakoś z tego wybrnąć. Już i tak straciłem dziesięć minut, przywożąc ci jedzenie, a teraz mam jeszcze wejść do środka?
Skrzyżowała ręce na piersi.
- Och, nie dramatyzuj. To ci zajmie góra pięć minut.
Posłałem jej drwiące spojrzenie.
- Pięć minut? Z twoimi rodzicami? Dobrze będzie, jeśli wyjdę stąd przed północą - szepnąłem. - Chyba że po prostu wymknę się już teraz...
- Nie! Jesteś mi to winien, Jeremy.
To prawda. Byłem jej to winien.
- Chętnie wezmę udział w tej imprezie, jeśli potem ty pojedziesz do mnie - powiedziałem. - Jedzenie w każdym razie będzie tam lepsze. Jadalne.
Parsknęła, ale nadal się nie zgodziła. Utknęliśmy w martwym punkcie.
Miałem ukryty powód, żeby ją ściągnąć do siebie. Chciałem z nią porozmawiać. Myślałem o tym od lat. Nie należałem do osób przesądnych, ale los sam nas dziś ze sobą zetknął i już może nigdy nie da mi kolejnej szansy.
- W porządku - powiedziała wreszcie. - Pojadę na tę twoją imprezę. Ale tylko dlatego, że dzięki temu uniknę jedzenia indyka Jodie. No i nie zostanę długo.
- Zgoda.
Wydawała się rozdrażniona.
- Nie jedz tu niczego, o ile nie chcesz zagrać w gastryczną ruletkę.
- Przyjąłem. - Odchrząknąłem. - A tak dla jasności, w tym szalonym scenariuszu, który wymyśliłaś na poczekaniu, mamy ze sobą chodzić?
Zbladła, jakby sama ta myśl budziła w niej wstręt.
Nie będę kłamać, zraniła tym nieco moje uczucia.
Odwróciła wzrok.
- No wiesz, chyba tak. Bo inaczej co by to była za niespodzianka? - burknęła. - Ale mnie nie dotykaj.
Obeszła mnie naokoło w tych swoich za dużych śniegowcach i weszła do domu w ślad za rodzicami.
Cóż, było miło, zanim się skończyło. Zanim otrząsnęła się z pierwszego szoku i przypomniała sobie, że mnie nienawidzi.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.