SIOSTRA ZUZANNA
Siostra Zuzanna co chwilę pocierała zaspane oczy. Całą noc walczyła z bólem brzucha. Tabletki, które zażywała, okazały się niewystarczające, a żadne domowe sposoby nie pomagały na bolesną miesiączkę. Matka przełożona wymagała obecności wszystkich sióstr na śniadaniu i kolacji. Uważała, że jest to jedyny czas, kiedy mogą na spokojnie porozmawiać i zacieśniać siostrzane więzi. Poza tym przy śniadaniu ustalano plan na cały dzień, a wieczorem go podsumowywano. Gdyby nie to, mogłaby jeszcze pospać po zakończonych modlitwach porannych, bo do przedszkola, które znajdowało się w drugiej części ich domu zakonnego, miała na drugą zmianę.
Zuzanna starała się skupić na tym, co mówiła matka przełożona, lecz była zbyt mocno rozkojarzona. Jej nietypowe zachowanie zwróciło uwagę pozostałych sióstr, które raz po raz zerkały w jej stronę, lecz nie śmiały się odzywać w czasie, gdy przełożona przydzielała zadania.
- Siostro Alberto, trzeba zrobić miesięczne zestawienie zapasów i uzupełnić braki przy okazji zakupów do przedszkola.
- Dobrze, poproszę kucharkę, żeby wszystko spisała.
- Ty spiszesz. Nie chcę, żeby świeccy wchodzili do naszej części mieszkalnej. Mówię ci o tym za każdym razem, a ty i tak swoje. Zupełnie, jakbyś liczyła na to, że zapomnę i pozwolę.
- Przepraszam, matko przełożona.
- Zawsze przepraszasz i zaś robisz to samo, Alberto. - Przełożona pokiwała z dezaprobatą głową. - To naprawdę nie wymaga wiele pracy, więc bez problemu sobie poradzisz. A, i w ten weekend jest moja kolej gotowania, więc przygotowałam listę zakupów. Powiesiłam na lodówce. Tylko o niczym nie zapomnij.
- Dobrze.
- Środki czystości sprawdzi siostra Zuzanna. Proszę tylko nie przesadzać z ilością. Musimy pamiętać, że tylko część produktów daje się wpisać w koszty przedszkola. Szampony, pasty do zębów... to wszystko przejdzie, ale już antyperspiranty czy podpaski nie, więc oszacuj dobrze, bo w tym miesiącu nie dość, że są twoje imieniny, urodziny proboszcza, to jeszcze przyjeżdża do nas matka prowincjalna. Czeka nas sporo wydatków.
Zuzanna wpatrywała się bezmyślnie w przełożoną. Zarejestrowała, że coś do niej mówiła, ale kompletnie nie wiedziała co. Męczyły ją już nie tylko senność i dolegliwości brzucha, ale także i ból głowy. Czuła, jakby ktoś położył jej ogromny ciężar na tył czaszki.
- Siostro Zuzanno? Słyszałaś, co mówiłam?
Dziewczyna zacisnęła usta w bolesnym grymasie i nieznacznie skinęła.
- Źle wyglądasz. Chyba bierze cię jakieś choróbsko - zauważyła przełożona. - Masz gorączkę?
- Nie, miesiączkę.
- Rozumiem. Weź leki i idź się połóż. Odpoczniesz, to ci przejdzie.
- Ona musi przyjść o dziesiątej do przedszkola - wtrąciła siostra Alberta. - Zaczyna zmianę, a ja nie mam kim jej zastąpić, bo pomoc jest na zwolnieniu, a przedszkolanki mają inne grupy.
- Zastąpisz ją. Przecież dzisiaj nie masz zajęć w przedszkolu.
- Matko przełożona, ależ ja nie mogę - szybko zastrzegła siostra Alberta. - To jest dzień na zrobienie dokumentacji. Zamówienia, wypełnianie dziennika, a i arkusze muszę poprawić. I jeszcze lista zakupów, i sprawdzenie naszych zapasów. Nie dam rady, matko przełożona. Mam naprawdę mnóstwo pracy.
- Siostro Rozalio? Może ty pomożesz?
- Dzisiaj od ósmej mam dyżur w kancelarii, a później majowe, najpierw dla dzieci, a później dla dorosłych - odparła z uśmiechem Rozalia. - Wie matka, że jestem jedyną organistką i nie ma mnie kto zastąpić.
- Wiem, ale przecież w kancelarii może zastąpić cię proboszcz lub wikary.
- Niestety, jeden wikary ma lekcje.
- O tym wiem, przecież pracuję z nim w jednej szkole - wtrąciła się przełożona - ale drugi pracuje tylko trzy dni w tygodniu.
- Zgadza się, ale musiałabym mu wcześniej powiedzieć, bo może już ma coś zaplanowane. Wie matka, że ich ciężko zastać na plebanii.
- Proboszcz prawie zawsze jest i nie rozumiem, po co ciebie obarcza kancelarią, skoro i tak wszystko nadzoruje.
- Twierdzi, że jak ja przyjmuję ludzi, to sprawniej to idzie i porządek jest w papierach.
- Słaby argument. - Przełożona zacisnęła usta i westchnęła z irytacją.
Nie podobało jej się to nakładanie na siostrę Rozalię dodatkowych obowiązków. Miała ich dość jako organistka, a przez dokładane zajęcia nie starczało czasu na pracę na rzecz ich siostrzanej wspólnoty. Wiele razy podejmowała ten temat w rozmowie z proboszczem, ale zawsze tak manewrował rozmową, tak przedstawiał sytuację, że odpuszczała i wyrażała zgodę. Czas jednak było to ukrócić. Miał dwóch wikarych, którzy mogli się tym zająć, zamiast wałęsać się bez celu po mieście. Sióstr było tak mało, że ciągle brakowało rąk do pracy. Tak jak teraz.
- Ja pójdę, matko przełożona - powiedziała łagodnym głosem siostra Teresa. Była najstarsza z nich, emerytka, pracująca jako zakrystianka w kościele. Mimo podeszłego wieku wciąż się garnęła do pracy i przełożona musiała ją pilnować, żeby nie brała na siebie zbyt wiele.
- Nie, siostro Teresko, ty masz aż nadto obowiązków. Powinnam ci przydzielić kogoś do pomocy, ale nie mam kogo. Prosiłam matkę prowincjalną już kilka razy o przysłanie nam sióstr, ale wszędzie są braki. Boję się, że za kilka lat zostanie nas garstka.
- Modlę się o nowe powołania - oznajmiła siostra Teresa. - Ale będę modliła się jeszcze więcej. Codziennie - zadeklarowała, klepiąc delikatnie matkę przełożoną po dłoni. - Nie martw się. Pan Bóg wysłucha moich próśb.
- Wszystkie się pomodlimy - zarządziła przełożona. - Codziennie po majowym będziemy odmawiały w tej intencji różaniec.
Alberta stłumiła westchnienie, Rozalia zaś drgnęła nerwowo, szybko obliczając w myślach, czy w ogóle zostanie jej jakiś czas wolny. Jedynie Teresa przyjęła ten pomysł z radością.
- Zatem to mamy ustalone, ale wciąż nie wiem, co ze zmianą Zuzanny.
- Ja pójdę - odparła główna zainteresowana, którą wzruszyła troska przełożonej. - Wezmę leki, teraz trochę odpocznę i do dziesiątej powinno być mi lepiej.
- Oczywiście, że tak - wtrąciła Alberta. - Każda z nas ma dolegliwości kobiece, a jednak zaciskamy zęby i wykonujemy swoje obowiązki. A nie jest lekko. Szczególnie, jak ktoś ma mięśniaki, jak ja. Są dni, że wstać z łóżka nie mogę, a wstaję i robię swoje.
- Dość już. - Przełożona ucięła dalszy wywód. - Skoro wszystko wiadome, czas iść do swoich powinności.
Zuzanna z ulgą wstała od stołu. Zażyła kolejną porcję leków i poszła do swojej celi. Łóżko było wąskie, ale wygodne. Matka przełożona należała do tych wymagających, ale sprawiedliwych. Starała się traktować je ze zrozumieniem i życzliwością, choć nie zawsze było to łatwe. Dbała też, żeby miały zapewnione podstawowe wygody. Nie uznawała umartwiania ciała i ducha.
W przeciwieństwie do jej poprzedniej przełożonej. Tamta, Innocenta, każdy drobiazg potrafiła rozdmuchać do niebotycznych rozmiarów. Doszukiwała się we wszystkim grzechu, złej woli albo ingerencji szatana. Przynajmniej dwa razy w tygodniu zarządzała głodówki, a nawet namawiała do biczowania, choć to od dawna nie było praktykowane w zakonach. Przynajmniej oficjalnie, bo to, co się działo w poszczególnych domach, było kwestią mocno odbiegającą od wytycznych.
Nie lubiła wracać myślą do lat spędzonych z Innocentą. Była na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego. Mimo wciąż żywego powołania rozważała wystąpienie z zakonu i gdyby nie to, że przyszedł upragniony czas na zmianę i przeniesiono ją do domu prowadzonego przez matkę Emanuelę, mogłoby się tak stać. Skończyło się na szczęście jedynie wrzodami żołądka, które leczyła do dzisiaj.
Przewracała się z boku na bok, próbując odgonić ból i wspomnienia. W pewnym momencie przysnęła. Nie nastawiła budzika, więc ze snu wyrwało ją pukanie do drzwi.
- Siostro Zuzanno, już pięć po dziesiątej! - wołała zirytowana Alberta. - Mam tyle pracy, a muszę biegać z jednego końca domu na drugi, żebyś łaskawie sobie przypomniała o obowiązkach.
- Przepraszam, już idę - odparła, zrywając się z łóżka. - Minutka, tylko pobiegnę do łazienki.
- Pospiesz się.
Nie musiała jej powtarzać. Wolała nie podpadać Albercie, gdyż ta potrafiła mocno dokuczyć. Przy matce przełożonej się hamowała, ale w przedszkolu pozwalała sobie na znacznie więcej. Świeckie nauczycielki traktowała lepiej. Potrafiła i pochwalić, i wykazać się zrozumieniem. Były to jednak pozory, które opadały niczym maska, gdy traciła czujność i zapominała, że ma grać dobrą siostrę. W stosunku do niej nawet nie dbała o pozory. Nieustannie nią poniewierała, podkreślając, że jest dyrektorką przedszkola i to ona ustala zasady.
Gdy Zuzanna weszła do części, w której znajdowały się sale, nigdzie już nie było widać siostry Alberty. Zaszyła się w swoim gabinecie. Często to robiła. Nie tylko w dzień administracyjno-gospodarczy, ale także w tygodniu. Stwierdzała, że ma pilne dokumenty do wypełnienia, i wyznaczała kogoś na swoje zastępstwo. Najczęściej oczywiście Zuzannę. Nikt jednak nie wiedział, jakie papiery musi ciągle uzupełniać, bo wszelkie pytania zbywała machnięciem ręki.
Zuzanna w towarzystwie dzieci szybko zapomniała o innych dolegliwościach. Maluchy ją uwielbiały, więc od razu rzuciły się jej na szyję i zaczęły powierzać swoje małe sekrety. To w tej pracy lubiła najbardziej. Ich ufność, szczerość i bezpretensjonalność. Bywała zmęczona hałasem, ale wystarczyło, że któreś z maluchów posłało jej szczerbaty uśmiech, a od razu odzyskiwała energię.
- Kiedy idziemy majować? - zapytał Kacper, jeden z mniejszych chłopców, który nieustannie chwytał ją za habit.
- Jeszcze mamy czas - wyjaśniła, ocierając pot z czoła.
Było ciepło, habit grzał, a i tabletki, które zażyła, robiły swoje.
- A teraz nie możemy?
Zerknęła na zegarek. Było jeszcze pół godziny do dziecięcej mszy. Upał jednak doskwierał coraz mocniej, więc chłodne wnętrze kościoła kusiło.
- Dobrze, pójdziemy, ale pamiętacie, że musimy grzecznie czekać na rozpoczęcie mszy?
- Wiemy, wiemy! - zawołały chórem dzieci. - Będziemy tylko cicho siedzieć i cicho śpiewać.
- W porządku. Idźcie zmienić buty z panią Elą. Pomoże wam.
Wykorzystała chwilę spokoju i zażyła kolejne leki. Tym razem na żołądek, który podrażniła tabletkami przeciwbólowymi. Zaczynał palić coraz mocniej, lecz starała się to zignorować.
Do kościoła mieli kilkadziesiąt metrów, więc po kilku minutach byli na miejscu. Mimo iż była to msza dla dzieci, to pierwsze ławki już były zajęte. Zuzanna przewróciła oczami, widząc młode kobiety co chwilę zerkające w kierunku zakrystii. Wiedziała, skąd ta frekwencja, niespotykana w innych dniach, i okupowanie pierwszych ławek. Ksiądz Marcel Luberda, wikary, był obiektem westchnień wielu parafianek. Młody, wysoki, ciemnooki, z modnie ostrzyżonymi czarnymi włosami przyciągał wzrok i uruchamiał wyobraźnię. Parafianki wpatrywały się w niego jak w obraz, lecz on zdawał się w ogóle tego nie dostrzegać. A jeśli któraś była zbyt natrętna, reagował dość szorstko, wyraźnie zaznaczając granicę. To jednak zdawało się tylko podsycać ich zainteresowanie.
Zuzanna nie mogła pojąć ich zachowania. Tylu było wolnych mężczyzn, a one za cel postawiły sobie wikarego. Niekiedy zachowywały się naprawdę w gorszący sposób. Musiała jednak przyznać, że ksiądz Marcel zawsze wiedział, jak postąpić. Była dumna, że w gronie konsekrowanych mają tak porządnego księdza, z godnością wypełniającego swe powołanie.