Zakochana służąca - Wioletta Piasecka

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (28,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Środ­kiem ulicy pę­dził żółty pocz­towy dy­li­żans za­przę­żony w dwa gniade ko­nie. Stu­kot ko­pyt na bruku niósł się echem po nie­mal pu­stym o tej go­dzi­nie Kra­kow­skim Przed­mie­ściu. Sie­dzący na koźle pocz­ty­lion w czar­nym ka­pe­lu­szu z białą wstążką i w ciem­no­zie­lo­nej pe­le­ry­nie ob­szy­tej kar­ma­zy­nową la­mówką ścią­gnął cu­gle tak ener­gicz­nie, że bryka za­ko­ły­sała się na boki i sta­nęła. Ko­nie za­rżały, a z ich cie­płych chrap uszła para. Męż­czy­zna od­ru­chowo się­gnął po za­wie­szoną na sznu­rze i przy­piętą do płasz­cza trąbkę, na­brał po­wie­trza w płuca i za­dął. We­soło, choć nieco pa­te­tycz­nie brzmiący dźwięk in­stru­mentu roz­niósł się po oko­licy, do­le­ciał także do pierw­szego pię­tra apar­ta­mentu są­sia­du­ją­cego z bu­dyn­kiem poczty kró­lew­skiej. Marta Skow­ro­nek drgnęła, z jej dłoni wy­su­nął się por­ce­la­nowy biały kan­de­labr zdobny w nie­za­po­mi­najki, nie po­tłukł się na szczę­ście, tylko po­tur­lał po mięk­kim dy­wa­nie. Pod­nio­sła go, ob­ró­ciła się na pię­cie, od­sta­wiła świecz­nik na ko­modę i ener­gicz­nym kro­kiem, sze­lesz­cząc sza­rym, mocno wy­kroch­ma­lo­nym ma­te­ria­łem spód­nicy, prze­szła przez sa­lon.

- A niech Fran­ciszka wszy­scy dia­bli po­rwą! Niby taki za­cny i miły czło­wiek, a jed­nak robi na prze­kór. Tyle razy pro­si­łam, żeby nie ry­czał tą okropną trąbką pod oknami księż­nej! Och, można pro­sić i pro­sić! Tyle mo­jego, co so­bie po­pro­szę! - mam­ro­tała pod no­sem.

Nie zwra­ca­jąc uwagi na spło­szone spoj­rze­nia dwóch po­ko­jó­wek, Meli i Frani, a także ku­charki Anieli, zbie­gła po scho­dach. Już na klatce w holu owio­nął ją chłód mar­co­wego po­ranka. Mimo zimna jej po­liczki pło­nęły gnie­wem. Wpraw­dzie od kilku dni księżna Sara ba­wiła u ro­dzi­ców w Bie­la­wie i trąbka aku­rat dziś prze­szka­dzać jej nie mo­gła, ale Marta dzia­łała na za­pas, by nikt ni­gdy nie ośmie­lił się o po­ranku bu­rzyć spo­koju jej pani. Wiele razy prze­ko­ny­wała Fran­ciszka, by nie dął w trąbkę pod ich oknami. Od kilku do­brych ty­go­dni tego za­nie­chał, ale dziś naj­wi­docz­niej się za­po­mniał. Po­sta­no­wiła nie szczy­pać się w ję­zyk, prze­stać pro­sić i zru­gać pocz­ty­liona po szew­sku. Na co dzień panna Skow­ro­nek była ko­bietą spo­kojną, ale je­śli cho­dziło o do­bro jej pani, sta­wała się lwicą.

Wy­bie­gła z bu­dynku i przez chwilę stała nie­zde­cy­do­wana. Przy dy­li­żan­sie krę­ciło się kilku męż­czyzn. Coś jej jed­nak nie pa­so­wało w zna­jo­mym ob­razku. Ni­g­dzie nie do­strze­gła Fran­ciszka. Wi­działa po­chy­lo­nego nad ku­frami pocz­ty­liona, który prze­glą­dał do­ku­men­ta­cję, ale jego syl­wetka wy­dała się jej nieco szczu­plej­sza niż ostat­nio. Wa­hała się, czy to na pewno jest on. Nie wi­działa twa­rzy męż­czy­zny, bo prze­sła­niał ją chło­pak, który ścią­gał z ku­frów pasy za­bez­pie­cza­jące. Trzę­sąc się z zimna, Marta prze­stą­piła z nogi na nogę, chciała za­ła­twić sprawę jak naj­szyb­ciej. Wiatr co rusz pod­wie­wał szary ma­te­riał jej su­kienki, krę­cił bia­łym far­tu­chem na wszyst­kie strony, stro­szył włosy wy­sta­jące spod czepka i mro­ził od­dech. Po­pra­wiła wy­my­ka­jące się ciemne ko­smyki, po czym chrząk­nęła zna­cząco raz i drugi, a po­nie­waż pocz­ty­lion da­lej nie pod­no­sił głowy ani się nie od­wró­cił, znie­cier­pli­wiona zi­gno­ro­wała wcze­śniej­sze wąt­pli­wo­ści i oznaj­miła:

- Pa­nie Fran­ciszku, na li­tość bo­ską, tyle razy za­pew­niał mnie pan, że nie użyje pod oknami księż­nej tej sza­lo­nej trąbki! Wi­dzę, że na nic się zdały moje prośby i pań­skie za­pew­nie­nia. Do­prawdy, mia­łam pana za dżen­tel­mena. - Na­gle pocz­ty­lion po­rzu­cił swoje za­ję­cie, wy­pro­sto­wał się i wbił zdzi­wiony wzrok w pa­ła­jącą świę­tym obu­rze­niem Martę, a ona za­mil­kła i znie­ru­cho­miała. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa tego czło­wieka. Przy­stojny, wy­soki mło­dzie­niec, z roz­wie­wa­nymi przez wiatr ru­dymi wło­sami i bły­skiem w nie­bie­skich oczach, uśmiech­nął się lekko za­sko­czony.

- A dla­cze­góż to nie miał­bym użyć sy­gnału dźwię­ko­wego przed bu­dyn­kiem poczty? - spy­tał.

- Bo... bo... ja... pana Fran­ciszka pro­si­łam... i on... mi... to... obie­cał... - wy­ją­kała spe­szona. Po­stawa męż­czy­zny, a szcze­gól­nie jego roz­ba­wiony wzrok onie­śmie­liły ją. Wpa­try­wała się w jego nie­bie­skie oczy nieco zbyt długo, niżby po­zwa­lały na to skrom­ność i przy­zwo­itość. Jej spoj­rze­nie przy­cią­gały wierz­ga­jące na wie­trze nie­sforne mie­dziane kę­dziorki, otu­la­jące wy­sma­ganą słoń­cem i wia­trem twarz. Gdy zdała so­bie sprawę z nie­sto­sow­no­ści swo­jego za­cho­wa­nia, wpa­dła w złość. - Ma pan prze­stać trą­bić! - fuk­nęła gniew­nie.

- Po­nie­kąd jest to mój obo­wią­zek. Sza­nowna pani tego nie wie?

Ką­ciki jego ust unio­sły się w tłu­mio­nym roz­ba­wie­niu. Chciał jesz­cze coś do­dać, ale po­ma­gier pocz­towy sta­nął przy nim, po­tu­pu­jąc z zimna. Pocz­ty­lion nie­chęt­nie od­wró­cił wzrok od Marty i spoj­rzał na po­moc­nika.

- Sze­fie, prze­syłki po­li­czone, mogę już je no­sić? - za­wo­łał chło­pak, a otrzy­maw­szy po­twier­dze­nie, chwy­cił jedną z pa­czek i znik­nął w drzwiach bu­dynku pocz­to­wego. Dwaj mło­dzicy opo­rzą­dza­jący ko­nie rów­nież we­szli do środka.

Marta Skow­ro­nek naj­pierw za­ci­snęła po­wieki, ale za­raz je otwo­rzyła i za­mru­gała ener­gicz­nie, jakby tym spo­so­bem chciała wy­ma­zać sprzed oczu ob­raz przy­stoj­nego ru­dzielca w ele­ganc­kim pocz­to­wym płasz­czu.

- Gdzie pan Fran­ci­szek? - wy­du­siła w końcu.

- Nie wiem, droga pani, nie tłu­ma­czył mi się, co dziś po­ra­bia. O jed­nym mogę pa­nią za­pew­nić, a mia­no­wi­cie o tym, że będę trą­bił, ile wle­zie. Od wczo­raj prze­ją­łem obo­wiązki pocz­towe na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu. Ża­łuję, że z uwagi na da­le­kie trasy nie dane mi bę­dzie trą­bić tu­taj co­dzien­nie, ale gdy tylko się tu zja­wię, za­trą­bię, ja­kem Wal­de­mar Pro­myk. - Skło­nił się prze­sad­nie ni­sko i już chciał wró­cić do prze­rwa­nego za­ję­cia, lecz Marta nie­spo­dzie­wa­nie zła­pała go za rę­kaw służ­bo­wego płasz­cza, w do­datku zro­biła to tak gwał­tow­nie, że ru­dzie­lec przy­trzy­mał się jej ra­mion, by nie upaść.

- Och, je­steś pani spra­gniona bli­sko­ści, w ta­kim ra­zie służę ra­mie­niem. - Za­śmiał się swa­wol­nie.

- Co za tu­pet! Pro­szę mnie pu­ścić! - krzyk­nęła wzbu­rzona, lecz uścisk męż­czy­zny nie ze­lżał. - Pro­szę na­tych­miast mnie pu­ścić! Jest pan źle wy­cho­wany! Nie ma pan prawa ha­ła­so­wać! Moja pani jest po­wie­ścio­pi­sarką i po­trze­buje spo­koju - oznaj­miła, nie kry­jąc dumy i jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się wy­śli­znąć z jego ra­mion. Te jed­nak wciąż trzy­mały ją mocno.

- Ach, to w ta­kim ra­zie cho­dzi za­pewne o księżną Reszko. A wie pani, że je­stem jej czy­tel­ni­kiem? Zresztą, kto nim nie jest? - spy­tał re­to­rycz­nie.

- Do­prawdy? Jest pan czy­tel­ni­kiem księż­nej? Otóż, mój pa­nie, czy­tel­nik się tak nie za­cho­wuje. Po­wi­nien pan się do­my­ślić, że szcze­gól­nie o po­ranku księżna po­trze­buje spo­koju, bo pra­cuje nocą. Nie ma jej dziś co prawda w War­sza­wie, ale na przy­szłość z sza­cunku do pi­sarki ze­chce pan za­cho­wy­wać się sto­sow­nie.

Dla lep­szego efektu Marta unio­sła pod­bró­dek, lecz już po se­kun­dzie po­ża­ło­wała tego od­ru­chu, bo nie­bie­skie oczy pocz­ty­liona zna­la­zły się tuż nad jej oczyma. Po­chy­lił się jesz­cze bar­dziej, aż po­czuła cie­pły za­pach jego skóry. Pach­niał my­dłem i wodą po go­le­niu. Spło­nęła ru­mień­cem jak mło­dziutka pa­nienka. Za­wsty­dzona i zła za­ci­snęła wargi i ener­gicz­nym szarp­nię­ciem wy­rwała się z uści­sku. Jej do­mowe pan­to­fle, nie­przy­sto­so­wane do wil­got­nej na­wierzchni, po­śli­znęły się na bruku i by­łaby za­pewne wy­wi­nęła ko­ziołka, lecz w ostat­niej chwili przy­trzy­mała się że­liw­nej po­rę­czy ławki. Od­trą­ciła po­daną so­bie dłoń, za­nim jed­nak zdo­łała zła­pać rów­no­wagę, po­dmuch wia­tru uniósł dół jej su­kienki, po­ka­zu­jąc światu białe płó­cienne pan­ta­lony. Ener­gicz­nym ru­chem przy­gła­dziła ma­te­riał. Pocz­ty­lion chciał jej po­móc w sza­mo­ta­ni­nie z wia­trem, ale fuk­nęła na męż­czy­znę roz­złosz­czona i spe­szona, a po­tem ob­ró­ciła się i zła na cały świat, a przede wszyst­kim na tego krnąbr­nego ba­wi­damka, ru­szyła w stronę ka­mie­nicy.

- Pro­szę pani, pro­szę po­cze­kać! - za­wo­łał pocz­ty­lion, ale ona, nie spoj­rzaw­szy już w jego kie­runku, go­niona pa­lą­cym wsty­dem, przy­śpie­szyła. Bie­gła po scho­dach, gło­śno dy­sząc. Wpa­dła do miesz­ka­nia, za­trza­snęła drzwi i oparła się o nie ple­cami. Mam­ro­cząc obe­lgi pod ad­re­sem ru­dzielca, sta­rała się uspo­koić od­dech.

- A to ty­pek, ja mu jesz­cze po­każę - od­gra­żała się pod no­sem.

- Marto, co się stało?

Zwa­biona nie­co­dzien­nym ha­ła­sem Aniela wy­bie­gła z kuchni i sta­nęła w holu. Nie pa­mię­tała Marty tak wzbu­rzo­nej.

- Nic. Zu­peł­nie nic. - Och­mi­strzyni po­krę­ciła głową, czym wy­wo­łała jesz­cze więk­szą kon­ster­na­cję ku­charki i po­ko­jó­wek, które też zja­wiły się w holu.

- Masz prze­krzy­wiony cze­pek, roz­wiane włosy i czer­wone po­liczki. Wy­glą­dasz, jakby cię ktoś go­nił - oce­niła Aniela, nie­spiesz­nie za­cie­ra­jąc po­pró­szone tu i ów­dzie mąką dło­nie.

- Nikt mnie nie go­nił. By­łam na dole ob­sztor­co­wać pocz­ty­liona. Bez­czelny typ. - Marta wes­tchnęła prze­cią­gle i po­now­nie po­krę­ciła głową z dez­apro­batą. - Że też poczta ta­kich za­trud­nia. Świat zszedł na psy. Nie­uprzejmy, nie­miły, bez­czelny i pewny sie­bie, aż przy­kro pa­trzeć.

- Pan Fran­ci­szek bez­czelny? - zdzi­wiła się po­ko­jówka. - Ależ to nie­spo­ty­ka­nie ła­godny czło­wiek. Cóż on ta­kiego Mar­cie zro­bił?

- Nie sły­sza­łaś trąbki? Głu­chy by usły­szał. Zresztą, to nie był Fran­ci­szek tylko ja­kiś fir­cyk. Tak czy siak, księżna spać nie może przez te po­ranne ha­łasy. Naj­le­piej zro­bisz, Melu, jak zaj­miesz się czysz­cze­niem sre­ber. Pra­gnę przy­po­mnieć, że na­sza pani dziś wraca.

- O co pan­nie Mar­cie cho­dzi? Sre­bra dawno prze­tarte. - Ura­żona po­ko­jówka wzru­szyła ra­mio­nami

- Niech so­bie pocz­ty­lion dziś trąbi, ile wle­zie, prze­cież księż­nej Sary od kilku dni nie ma - wtrą­ciła się Fra­nia.

- Nie ma, nie ma - prze­drzeź­niała ją Marta. - Nie wie­cie, że trzeba dzia­łać za­wczasu, a nie wtedy, jak mleko się roz­leje?

- Wy­daje mi się, że księżna Sara nie raz, nie dwa mó­wiła, że lubi dźwięk trąbki. Na wła­sne uszy sły­sza­łam - za­kli­nała się Aniela, wi­dząc jed­nak, że och­mi­strzyni szy­kuje się do słow­nego ataku na nią, na­tych­miast unio­sła dło­nie i ustą­piła. - Rze­czy­wi­ście, może mi się tylko zda­wało. Cho­ciaż ja sama też lu­bię me­lo­dię trąbki pocz­to­wej, ale do­brze już, do­brze, wra­cam do za­gnia­ta­nia cia­sta, bo wi­dać od razu, że Mar­cie mu­cha na nos sia­dła.

Marta za­mie­rzała coś ostro od­po­wie­dzieć, ale otwo­rzyła tylko usta, bo roz­legł się stu­kot ko­łatki. Od­sko­czyła rap­tow­nie od drzwi, jakby te ją opa­rzyły. Wzro­kiem i mach­nię­ciem dłoni na­ka­zała ko­bie­tom opu­ścić hol i udać się do swo­ich za­jęć. Zro­biły to nie­chęt­nie, tak rzadko w ich spo­koj­nym apar­ta­men­cie działo się coś na­prawdę god­nego uwagi. Nad­sta­wiły więc uszu i zer­kały z ukry­cia. Bo też była to iście nie­co­dzienna sy­tu­acja i za­mie­rzały nie uszczk­nąć ani krzty z szy­ku­ją­cego się wi­do­wi­ska.

Marta tym­cza­sem po­pra­wiła biały cze­pek, przy­gła­dziła włosy, wy­gła­dziła szary ma­te­riał su­kienki, wzięła głę­boki od­dech i na­ci­snęła klamkę.

- Jakże mi miło wi­dzieć pa­nią po­now­nie. - Ru­do­włosy pocz­ty­lion uśmiech­nął się fi­glar­nie, a na­stęp­nie skło­nił się z prze­sadną uprzej­mo­ścią, ścią­ga­jąc uprzed­nio czarny fir­mowy ka­pe­lusz z białą wstążką. - Pro­szę się już nie dą­sać, choć pięk­nie pani z tym chmur­nym spoj­rze­niem, ale wo­lał­bym zo­stać ob­da­rzony uśmie­chem. Sta­rzy po­wia­dają, że uśmiech jest prze­pustką do lep­szego świata.

- Ma pan prze­syłkę dla księż­nej? - prze­rwała mu Marta, z ka­mienną twa­rzą wy­cią­gnęła rękę przez próg, nie za­szczy­ciw­szy go­ścia spoj­rze­niem.

- Mam prze­syłkę dla pani męża - oznaj­mił po­waż­nie Wal­de­mar Pro­myk.

- Ależ ja nie mam męża! - wy­pa­liła i wbiła w pocz­ty­liona zszo­ko­wany wzrok.

- Całe szczę­ście! - Ro­ze­śmiał się szcze­rze. - Bar­dzo chcia­łem się tego do­wie­dzieć i od razu pro­szę o wy­ba­cze­nie za ten nie­winny żart. Straszne się cie­szę, że jest pani pa­nienką.

- Jak pan śmie! - fuk­nęła obu­rzona Marta. - Za dużo pan so­bie po­zwala! Jest pan bez­czelny, bez wy­cho­wa­nia i... - Za­pe­rzyła się, bo za­bra­kło jej słów, co zda­rzało się na­der rzadko.

- Czy mó­wił już pan­nie ktoś, że jest panna uro­cza, gdy z tych piw­nych oczu ci­ska pio­runy? Och, jakże się pa­nienka pięk­nie gniewa i czer­wieni. - Nie prze­sta­wał się śmiać, a przy oka­zji zda­wał się do­brze ba­wić całą sy­tu­acją.

- Pro­szę na­tych­miast opu­ścić apar­ta­ment księż­nej Reszko. - Ścią­gnęła brwi ku so­bie i po­pa­trzyła na przy­by­sza by­kiem. - Na­tych­miast pro­szę stąd wyjść! - pod­nio­sła głos.

- Ależ sza­nowna pa­nienko, na­wet czub­kiem trze­wika nie prze­kro­czy­łem progu apar­ta­mentu księż­nej. Gdzież bym śmiał!

- I całe szczę­ście. Że­gnam pana. - Od­su­nęła się, by za­trza­snąć drzwi przed no­sem nie­sfor­nego go­ścia. Nie uszła jed­nak dwóch kro­ków w głąb miesz­ka­nia, gdy po­now­nie roz­le­gło się pu­ka­nie. Tym ra­zem jed­nak cich­sze. - Nie no, ja osza­leję, osza­leję - po­wtó­rzyła z dez­apro­batą. Z osten­ta­cyj­nym wes­tchnie­niem i prze­wra­ca­jąc oczyma, na po­wrót otwo­rzyła drzwi. - Za­po­mniał pan o czymś? - za­kpiła.

- Tak się za­pa­trzy­łem w pa­nienki cza­ro­dziej­skie oczy, że na śmierć za­po­mnia­łem o bo­żym świe­cie i o li­stach. Jest pa­nienka prze­śliczna, mó­wił już pa­nience ktoś? - Uśmiech­nął się sze­roko, a ona za­marła. Serce jej na­gle osza­lało. Chciała być zła, ba, wma­wiała so­bie, że jest zła, ale nie po­tra­fiła nie od­wza­jem­nić uśmie­chu, a jej twarz na­brała ła­god­no­ści. Męż­czy­zna roz­cią­gnął usta jesz­cze bar­dziej, a wtedy w jego wy­sma­ga­nych wia­trem po­licz­kach uka­zały się do­łeczki, na­to­miast tę­czówki oczu na­brały błę­kit­nej głębi. Uśmiech­nęła się więc bez­wied­nie całą sobą. - Ma pa­nienka śliczny uśmiech - szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie, a ob­ni­żony, cie­pły tembr głosu cał­ko­wi­cie ją roz­ko­ja­rzył.

- Co to za prze­syłki? - wy­du­siła z tru­dem. Chciała coś ką­śli­wie zri­po­sto­wać, jed­nak stała przed nim ni­czym bez­bronne dziew­czątko.

- Mam list do pani Marty Skow­ro­nek - od­po­wie­dział ci­cho, jakby po­wie­rzał jej jedną z naj­więk­szych ta­jem­nic.

- Do mnie? - Pod­nio­sła wzrok w au­ten­tycz­nym zdzi­wie­niu. Jesz­cze się ni­gdy bo­wiem nie zda­rzyło, by przy­szła na jej na­zwi­sko ja­ka­kol­wiek ko­re­spon­den­cja.

- A za­tem ma pa­nienka na imię Marta. - Znów się uśmiech­nął. - Marta Skow­ro­nek. Pięk­nie brzmi i pa­suje do pa­nienki ogni­stego cha­rak­teru.

- Też coś! - prych­nęła, ale od­ru­chowo po­pra­wiła włosy. Na­gle przy­po­mniała so­bie, że prze­cież pocz­ty­lion był świad­kiem że­nu­ją­cej sceny przed ka­mie­nicą, gdy wiatr pod­wiał ma­te­riał jej su­kienki, po­ka­zu­jąc światu pan­ta­lony. Nie­grzecz­nym szarp­nię­ciem wy­rwała list z rąk męż­czy­zny, okrę­ciła się na pię­cie, chwy­ciła klamkę i pchnęła drzwi.

- Panno Marto... - szep­nął i przy­trzy­mał jej za­ci­śniętą na klamce dłoń.

- Jesz­cze coś? - mruk­nęła. Nie ro­zu­miała, dla­czego nie po­trafi oprzeć się ma­gii spoj­rze­nia nie­bie­skich roz­ba­wio­nych oczu i cie­płego głosu. Pe­szyły ją wła­sne za­cho­wa­nie i nie­ocze­ki­wana bez­rad­ność wo­bec tego czło­wieka.

- Po­pro­szę tylko o jesz­cze je­den uśmiech. Obie­cuję, że po­ju­trze, gdy wrócę do War­szawy, też za­gram na trąbce pod pa­nienki oknem, dość gło­śno, żeby przy­szła pa­nienka na mnie na­krzy­czeć. - To po­wie­dziaw­szy, ro­ze­śmiał się i za­nim zdą­żyła rzu­cić ja­kąś ciętą ri­po­stę, zbiegł po scho­dach, po­gwiz­du­jąc we­soło.

- Marta ma ad­o­ra­tora. - Mela, po­rzu­ciw­szy kry­jówkę, wy­bie­gła na ko­ry­tarz. - Marta ma ad­o­ra­tora, Marta ma ad­o­ra­tora, Marta ma ad­o­ra­tora - po­wta­rzała i kla­skała w dło­nie.

- Przy­stojny ten nowy pocz­ty­lion i wpa­trzony w na­szą och­mi­strzy­nię jak kot w mysz - za­pisz­czała Fra­nia. - Chyba szy­kuje się ro­mans, bo Marta przy nim po­kra­śniała jak nie­śmiała pa­nienka.

- W tej chwili prze­stań­cie! Ro­bota skoń­czona? Strzę­pi­cie so­bie ję­zory po próż­nicy! Po­ściele z ma­gla ode­brane? Nie? To na co jesz­cze cze­ka­cie? - Och­mi­strzyni do­piero te­raz wpa­dła w gniew. Nie lu­biła czczego ga­da­nia, a szcze­gól­nie na swój te­mat.

Po wyj­ściu dziew­cząt bez­sze­lest­nie prze­szła przez sa­lon i sta­nęła przy oknie. Stąd roz­cią­gał się naj­lep­szy wi­dok na Kra­kow­skie Przed­mie­ście. Po­ranne mgły już zdą­żyły się unieść, ale dzień na­dal był po­chmurny. Oku­tani w palta i szale prze­chod­nie prze­my­kali ze sku­lo­nymi ra­mio­nami i wci­śnię­tymi w koł­nie­rze gło­wami. Marta Skow­ro­nek z wy­so­ko­ści pierw­szego pię­tra ob­ser­wo­wała, jak ru­do­włosy pocz­ty­lion wska­kuje na ko­zła i strze­la­jąc lej­cami, ru­sza z gra­cją w stronę ka­wiarni U Brze­ziń­skiej. Wie­działa, że nie­ba­wem skręci na plac Wa­recki, a po­tem, kto wie, może uda się wprost do Sak­so­nii. Mó­wił, że nie bę­dzie trą­bił co­dzien­nie, więc pew­nie wy­jeż­dża da­leko. Nie ro­zu­miała, dla­czego na­gle po­smut­niała. Po­tem uzmy­sło­wiła so­bie, że nie­dawno skoń­czyła trzy­dzie­ści dwa lata. Była już stara. Bar­dzo stara. Za stara, by wyjść za mąż czy w ogóle my­śleć o mi­ło­ści. Ta­kie ko­biety jak ona, od dziecka słu­żące we dwo­rach ja­śnie­pań­stwa, nie miały szans na wła­sne ży­cie. Ko­chała swoją pa­nią i swój los. Ba, czuła się szczę­ściarą. Ni­gdy wcze­śniej nie my­ślała o bła­host­kach, dla­czego więc ten przy­pad­kowo spo­tkany mło­kos za­siał nie­po­kój w jej du­szy? Jesz­cze te­raz na wspo­mnie­nie jego fi­glar­nych nie­bie­skich oczu cie­pło prze­le­wało jej się wo­kół serca, a ni­sko w brzu­chu dziwne ła­skotki wy­czy­niały harce. Oparła czoło o fra­mugę okna. Po­my­ślała o do­sko­nale skro­jo­nym mun­du­rze pocz­to­wym Wal­de­mara Pro­myka, wspa­nia­łym płasz­czu z pe­le­ryną, wy­twor­nym cy­lin­drze. Mu­siało mu się do­brze i wy­god­nie żyć, wszak był urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, w do­datku wy­ko­ny­wał sza­no­wany i pre­sti­żowy za­wód, by­wał w świe­cie. A ja? Co ja sobą re­pre­zen­tuję? - za­sta­na­wiała się w du­chu. Od dziecka od­dana na służbę, bez moż­li­wo­ści uło­że­nia so­bie ży­cia. Po­pa­trzyła na wartko pły­nące rynsz­toki, a po­tem na wy­tworną ko­bietę wsia­da­jącą do do­rożki. Dwa skrajne światy są tak bli­sko sie­bie, a za­ra­zem tak da­leko - oce­niła w my­ślach. Czy ja bym mo­gła ko­chać? - za­py­tała sie­bie, le­dwo po­ru­sza­jąc war­gami, i ogar­nęła ją dziwna tę­sk­nota. Przy­gry­zła wargę, ale za­raz mach­nęła ręką na swoje dzie­cinne mrzonki. Jed­nak gdy żółta pocz­towa bryczka z przy­stoj­nym pocz­ty­lio­nem znik­nęła z ho­ry­zontu, z piersi Marty wy­rwał się ci­chy jęk. Spu­ściła wzrok i do­strze­gła w dłoni ko­pertę, o któ­rej na śmierć za­po­mniała. Pod­nio­sła ją na wy­so­kość wzroku i z lek­kim tru­dem od­czy­tała za­ma­szy­ste za­wi­jasy.

O święci pań­scy! Toż to list z pa­ra­fii Świę­tego Mi­ko­łaja! Coś mu­siało zajść u ma­tuchny lub tatki - str­wo­żyła się. Oj­ciec i matka byli nie­pi­śmienni, co­kol­wiek się wy­da­rzyło, nie mo­gli sami na­pi­sać do córki. Za­pewne po­pro­sili o tę przy­sługę pro­bosz­cza. Mu­siało to być jed­nak coś na­prawdę waż­nego. Za­pewne ciężka cho­roba lub śmierć. W in­nym przy­padku nikt nie ośmie­liłby się za­wra­cać du­chow­nemu głowy. O mój Boże! Je­śli ma­tuchna umarła, przyj­dzie mi za­jąć się tat­kiem - prze­ra­ziła się. W roz­tar­gnie­niu zro­biła znak krzyża. Nie wy­obra­żała so­bie opu­ścić księż­nej Sary. Ary­sto­kratka była nie tylko jej chle­bo­daw­czy­nią, lecz też na swój spo­sób przy­ja­ciółką i ostoją. Marta na służbę do ro­dziny Wol­skich zo­stała od­dana jako dziecko. Miała kilka lat, gdy uro­dziła się Sara. Po­ko­chała tę ja­sno­włosą istotkę ca­łym dzie­cię­cym ser­dusz­kiem. Pra­co­wała naj­pierw we dwo­rze w Bie­la­wie, po­tem po ślu­bie pa­nienki Sary prze­nio­sły się obie do Kar­czewa, a nie­dawno do War­szawy. In­nego ży­cia Marta nie znała. Ro­dzi­ców już pra­wie nie pa­mię­tała, więc te­raz prze­ra­ziła się cze­ka­ją­cymi ją kło­po­tami. Z sze­le­stem spód­nicy opa­dła na fo­tel i chlip­nęła. Nie wie­działa wpraw­dzie, co się wy­da­rzyło u ro­dzi­ców, ale była pewna, że cze­kają ją zmiany i że z pew­no­ścią nie będą to zmiany na lep­sze. Przez krótki mo­ment po­my­ślała o przy­stoj­nym ru­do­wło­sym pocz­ty­lio­nie, ale po chwili z tru­dem od­su­nęła od sie­bie ob­raz mło­dego męż­czy­zny i prze­ra­żona prze­czy­tała list raz, drugi i trzeci, skryła twarz w dło­niach, bo czuła, że jej świat wła­śnie prze­wraca się do góry no­gami.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki