Zakochana modelka - Alyson Richman

Reflow text when sidebars are open.
Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Rozdział I. Złożone płatki maku
Rozdział II. Buty nie do pary
Rozdział III. Czarująca młoda dama
Rozdział IV. Przykra niespodzianka
Rozdział V. Paul van Ryssel
Rozdział VI. Sekretna woda Gacheta
Rozdział VII. Jak dwa orły
Rozdział VIII. Modelka
Rozdział IX. Sekrety
Rozdział X. Królowa Płaczących Wierzb
Rozdział XI. Piwnica
Rozdział XII. Skrawek papieru
Rozdział XIII. Ubłocony rąbek sukni i w ogóle
Rozdział XIV. Naparstnice
Rozdział XV. Pod osłoną nocy
Rozdział XVI. Garść świetlików
Rozdział XVII. Jak siostra
Rozdział XVIII. Symbol nowoczesnego człowieka
Rozdział XIX. Wyobcowani
Rozdział XX. Zezwolenie
Rozdział XXI. Awanturniczy duch
Rozdział XXII. Rendez-vous
Rozdział XXIII. Żółty odcisk palca
Rozdział XXIV. Smuga szarości
Rozdział XXV. Podarunki i przestrogi
Rozdział XXVI. Mostki w ogrodzie
Rozdział XXVII. Niecierpliwość
Rozdział XXVIII. Ulewa
Rozdział XXIX. Nalewki i portrety
Rozdział XXX. Żuraw i kwiat śliwy
Rozdział XXXI. Wewnętrzne światło
Rozdział XXXII. Ostatnie szlify
Rozdział XXXIII. Piękne płótno
Rozdział XXXIV. Strzaskany marmur
Rozdział XXXV. Nad rzeką
Rozdział XXXVI. Sprzeczne pragnienia
Rozdział XXXVII. Nawrót choroby
Rozdział XXXVIII. Przeczucie
Rozdział XXXIX. Słabość
Rozdział XL. Pewien rodzaj szlachetności
Rozdział XLI. Dwie rzeczy wychodzą na jaw
Rozdział XLII. Niespokojna noc
Rozdział XLIII. Zasłużona kara
Rozdział XLIV. Trzech pod lipą
Rozdział XLV. Drugi list
Rozdział XLVI. Za zamkniętymi drzwiami
Rozdział XLVII. Dzień Bastylii
Rozdział XLVIII. Akt bez ramy
Rozdział XLIX. Święta Cecylia
Rozdział L. Nadciąga mróz
Rozdział LI. Kolekcja
Epilog
Od autorki
Podziękowania
Wydawnictwo Bukowy Las poleca
Skrzydełko
Okładka
Rozdział VI
Byłam pewna, że mieszkańcy Auvers uważają ojca za dziwaka. Każdej niedzieli paradował ulicami wsi z naszą kozą - zwaną przez niego czule Henriettą - na smyczy. "To wioskowa kosiarka", wyjaśniał tym, którzy patrzyli na niego ze zdziwieniem, gdy koza skubała długą trawę rosnącą wzdłuż drogi.
Ojciec wyróżniał się na tle wiejskiego pejzażu jak obraz fowistyczny wśród płócien obydwu Brueghelów. Ubierał się w białe rozpinane kaftany i odświętne fulary zawiązywane na luźną kokardę oraz nosił zielony parasol od słońca nawet w pochmurną pogodę. Był zaskakująco przyjacielski dla każdego, kto podszedł do niego, gdy przechadzał się po wsi, lecz poza tym nigdy nie angażował się w lokalne sprawy, nie utrzymywał kontaktów towarzyskich ani nie zapraszał miejscowych do domu. Od czasu do czasu ludzie prosili go o poradę, jak wyleczyć rozmaite bóle i dolegliwości. "Proszę wziąć mój eliksir", mówił i wręczał wyjętą z kieszeni buteleczkę. Nigdy nie żądał pieniędzy, ponieważ cieszyło go ogromnie, że może podarować im (tak mu się przynajmniej wydawało) sekret długiego życia zamknięty w małej szklanej buteleczce z odręcznie wypisaną etykietą. W każdym razie nigdy nie wracali po więcej.
Papa zaczął sporządzać "Sekretną wodę Gacheta" kilka lat wcześniej w ramach osobistego eksperymentu. Miał tajny przepis, który zamierzał zabrać ze sobą do grobu. Uprawiał w naszym ogrodzie zioła i rośliny homeopatyczne i destylował swój eliksir z wielką czcią i starannością. Gdy byliśmy dziećmi, nauczono nas zażywać jedną łyżeczkę co wieczór przed snem. Nasze osobiste buteleczki stały zawsze na nocnych stolikach, nieustannie o sobie przypominając.
Zimą, przed przybyciem Vincenta, postanowiłam jednak zaniechać picia eliksiru. Był to mój prywatny sprzeciw wobec woli ojca i nawet jeżeli papa nie mógł dowiedzieć się o moim nieposłuszeństwie, sprawiał mi zadowolenie. Bo choć mój bunt był bierny i można by nawet powiedzieć - tchórzliwy, przeciwstawiałam się dla własnej satysfakcji. Od tamtej wiosny co wieczór przed pójściem do łóżka uchylałam okno i wylewałam kilka nakrętek leku do ogrodu.
Natomiast Paul nie przestawał przyjmować swojej dziennej dawki leczniczej wody ojca, chwaląc się nawet, że czasami bierze podwójną porcję. Jego ślepe uwielbienie dla ojca martwiło mnie i wkrótce zaczęłam żałować, że nie dzieli nas większa różnica wieku, bo wtedy ja - zamiast madame Chevalier - mogłabym bardziej angażować się w jego wychowanie po śmierci matki.
W dzieciństwie marzyłam nieraz, by nasza rodzina była bardziej typowa, taka jak rodziny naszych sąsiadów. By się nie izolowała, podtrzymując wokół siebie aurę tajemniczości bądź teatralności. Chciałam być jak inne dziewczęta, które miały swoje przyjaciółki. Często widywałam dziewczynki w moim wieku, przechadzające się pod rękę po miasteczku. Chichotały do siebie zza wachlarza rozłożonych palców albo goniły się po parku. Marzyłam, by być taka jak one. Mieć towarzystwo. Wiedziałam jednak, że takie więzi są niemożliwe. Ojciec ograniczał moje ruchy i był niewzruszony w kwestii chronienia prywatności naszej rodziny. Jedynymi zatem osobami w zbliżonym wieku, z którymi miałam kontakt, byli mój brat oraz córka naszej rzekomej służącej, która to służąca zachowywała się raczej jak wiejska doktorowa, i to w znacznie większym stopniu niż moja matka.
Moje kontakty z płcią przeciwną także były ograniczone, w zasadzie wyłącznie do Paula. Gdy zbliżał się dzień moich urodzin, modliłam się w duchu, by ojciec przynajmniej zauważył, że wchodzę w wiek panny na wydaniu. Oczywiście, córka paryskiego doktora miała niewielkie możliwości znalezienia w Auvers odpowiedniej partii, ale kończyłam dwadzieścia jeden lat, a ojciec wciąż nie wspominał o jakichkolwiek wydarzeniach towarzyskich, które mogłyby dać mi okazję poznania stosownych adoratorów. W gruncie rzeczy na razie milczał na temat aranżowania jakichkolwiek spotkań bądź mojej małżeńskiej przyszłości.
Obawiałam się, że ojciec może podejść do mojego zamążpójścia w taki sam sposób, jak podszedł do kwestii edukacji mojej i Paula. Nie zgodził się na sprowadzenie do domu nauczyciela nawet wtedy, gdy wyczerpaliśmy ograniczone zasoby wiedzy naszej domniemanej guwernantki, madame Chevalier, i z wielką niechęcią pozwolił Paulowi zapisać się do szkoły średniej. A i z tą decyzją zwlekał aż do bieżącego roku.
- Trzeba uczyć się wszystkiego samodzielnie! Nauczanie nie ma sensu, to farsa! Człowiek zdobywa wiedzę tylko wtedy, gdy jest to nieobowiązkowe - wymądrzał się ojciec przed daleką ciotką, która odwiedziła nas raz po śmierci matki. - Mam w domu setki książek i jeśli moje dzieci są czymś zainteresowane, mogą czytać i dociekać prawdy na własną rękę!
Miłości i męża nie dało się jednak znaleźć w bibliotece wypełnionej starymi książkami. I zastanawiałam się, czy papa zdaje sobie z tego sprawę, lecz woli kazać mi czekać dopóty, dopóki sam nie podejmie jakichś kroków. Mnie, dziecku, które przypominało mu zmarłą żonę, ale miało zdrowe płuca i spokojny charakter.
Ojciec przyjechał do domu następnego wieczoru i udał się prosto do swego gabinetu, by zdradzić madame Chevalier powód swego dobrego nastroju. Spotkanie z Theo najwyraźniej potoczyło się znakomicie, a ponieważ papa nie starał się w żaden sposób ściszyć głosu, mogłam bez trudu poznać szczegóły.
- Szczęściarz z tego Vincenta, że ma tak oddanego brata. Ten młody człowiek go ubóstwia, uczyni dla niego wszystko... Jest przekonany, że świat artystyczny pozna się w końcu na geniuszu Vincenta.
Madame Chevalier nic nie odpowiedziała. Wyobraziłam sobie, że siedzi ze spuszczoną głową i skupia się na swojej robótce.
- Powierza mi troskę o zdrowie Vincenta i dopilnowanie, żeby był w stanie malować.
Słyszałam, jak ojciec wrzuca spinki do mankietów do ceramicznego puzderka, które trzymał na półce nad kominkiem.
- Zjedliśmy wspaniały obiad w La Coupole - ciągnął. - Powiedziałem mu, że świat artystyczny nie jest mi obcy. Wiedział już, że kolekcjonuję sztukę, ale nie miał pojęcia o "środach przy bulwarze Woltera".
Papa zachichotał. Miał na myśli mieszkanie mistrza cukiernictwa Eug?ne'a Murera, który był gospodarzem cotygodniowego salonu towarzyskiego, gdzie bywali malarze Pissarro, Sisley, Monet i Renoir. Jakimś cudem papie zawsze udawało się zdobyć zaproszenie.
- Zapowiedziałem, że złożę mu wizytę u znanego marszanda Goupila i rzucę okiem na prace innych reprezentowanych przez niego artystów.
- Mógłbyś zaprosić tutaj Theo z rodziną, by odwiedzili Vincenta - zaproponowała cicho madame Chevalier. - Może poczułby się mniej samotny w Auvers.
- Zaproszę, to znakomity pomysł. - Słyszałam jego kroki na podłogowych deskach. - A, byłbym zapomniał - mówił dalej. - Dostałem liścik od Vincenta z wiadomością, że przyjmuje moje zaproszenie na obiad w najbliższą niedzielę. Przypilnuj, by Marguerite przygotowała coś stosownego.
Nie wierzyłam własnym uszom. Czyżby ojciec uważał, że nie sprostam kulinarnemu wyzwaniu? Co prawda nie będę miała zbyt wiele czasu na opracowanie menu, ale z pewnością nie ugotowałabym czegoś, co wprawiłoby papę w zakłopotanie lub uraziło naszego gościa.
Poczułam, jak całe moje ciało tężeje ze złości. Z powodzeniem potrafię przyrządzić posiłek, którego ojciec się nie powstydzi!
Rozdrażniona jego słowami próbowałam zająć myśli czym innym. Podeszłam do okna mojej sypialni i rozchyliłam okiennice. Niebo zaczynało wypełniać się gwiazdami, słyszałam, jak koniki polne cykają do księżyca.
Otworzyłam swój pamiętnik i znalazłam w środku złożony kwiat czerwonego maku, który Vincent dał mi kilka dni wcześniej. Zachował wilgotność między kartkami papieru.
Podniosłam go ostrożnie i przyjrzałam się ząbkowanym brzegom i pąsowym płatkom.
Po złożeniu wyglądał jak wachlarzyk. Wyobraziłam sobie, że to miniaturowy wachlarz operowy, który - gdyby był większy - mógłby być dopełnieniem kobiecego stroju uszytego z czarnego, cieniutkiego jak pajęczyna jedwabiu, z wielką turniurą doczepioną do spódnicy. Dla eleganckiej i szykownej damy. Takiej, która wysiada z powozu, której kremowobiała skóra wyziera spod kołnierza sukni i której dłonie obleczone są w rękawiczki z czarnej satyny.
Tamtej nocy usnęłam nad otwartym pamiętnikiem, wyobrażając sobie matkę, taką jak wtedy, gdy widziałam ją po raz ostatni, tylko że w moim śnie miała na sobie dwa welwetowe trzewiki do pary i trzymała w ręku przepiękny purpurowy wachlarz.
Rozdział VII
W niedzielny poranek obudziłam się wcześnie i rozpoczęłam przygotowania do obiadu. Nie poprosiłam Louise-Joséphine o pomoc, ponieważ uznałam, że mogłoby to wydawać się niejakim okrucieństwem, zważywszy, że ani ona, ani jej matka nie zostaną zaproszone do stołu. W tego rodzaju sytuacjach nie wiedziałam, jak traktować madame Chevalier i jej córkę. Nominalnie były służącymi i po prawdzie to one powinny przygotować obiad. Tymczasem ojciec traktował madame Chevalier z dużo większą czułością niż moją zmarłą matkę i bez wątpienia darzył Louise-Joséphine ciepłymi uczuciami. Nigdy nie prosił żadnej z nich o pójście po sprawunki czy ugotowanie posiłku. Jedynymi pracami domowymi, jakie wykonywały, było pobieżne odkurzanie bądź zamiatanie. Nie robiły nawet prania, ponieważ papa nalegał na zanoszenie brudnej bielizny do pralni.
Skłamałabym, mówiąc, że nie podejrzewam, iż Louise-Joséphine jest jego córką, poczętą podczas któregoś z dłuższych pobytów ojca w Paryżu. Miała w sobie jakieś poczucie uprzywilejowania, które uznałabym za osobliwe u dziecka zwykłej służącej. Jednakże nigdy nie wyrażałam głośno swoich wątpliwości. Tak samo jak nie wspominałam o moich domysłach Paulowi - choć jestem pewna, że i on słyszał kroki madame Chevalier, lekki tupot, który niósł się po domu, gdy jak zwykle schodziła wieczorem po schodach, by odwiedzić papę w jego pokoju.
Odcinając zdrewniałe końcówki szparagów, przyłapałam się na marzeniu, że i ja chciałabym mieć swoje tajemnice, które pozwalałyby mi oderwać się od monotonii codziennego życia. Rozmyślałam o tym, jak musiała czuć się moja matka poddawana kwarantannie w tym domu, z dala od swego ukochanego Paryża. Brakowało tu miejsca, gdzie można by wystąpić w jedwabnych sukniach wiszących rzędem w jej szafie. Nie było bulwarów, którymi można się przechadzać, ani obitych adamaszkiem salonów, gdzie plotkuje się godzinami i popija herbatę. Takie życie musiało być dla niej nieznośnie samotne - pozostawała przez cały dzień w zamknięciu, mając niewiele czy wręcz będąc w ogóle pozbawiona rozrywek. Teraz jednak uświadomiłam sobie, że matka nie była jedyną osobą, która wiodła takie życie. Mnie spotkał ten sam los.
Tuż przed umówioną godziną wizyty Vincenta do kuchni zajrzał Paul.
- Myślisz, że ojciec miałby coś przeciwko temu, żebym pokazał Vincentowi niektóre moje obrazy?
Mieszałam duszone gruszki, uważając, by nie pochlapać się czerwonym winem.
- Nie wiem, Paul - odparłam. - Powinieneś chyba zapytać papę.
Wydawał się zawiedziony.
- Siedzi w pracowni od rana i myślę, że szykuje się do pokazania Vincentowi własnych płócien.
- Cóż, obiad jest w zasadzie przewidziany dla Vincenta i papy, a nie dla nas - przypomniałam. - Powinniśmy się cieszyć, że w ogóle zaprosił nas do stołu.
Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby być tak zuchwałą i pokazać Vincentowi moje akwarele. Krępowałabym się pokazywać mu coś, co wiem, że uznałby za amatorszczyznę.
- Sądzisz, że mogą mu się spodobać, Marguerite? - zapytał Paul.
Przez dłuższą chwilę nie reagowałam. Usiłowałam skupić się na przygotowaniach oraz dopilnować, by stół był nakryty z wielkim wyczuciem - w cichej nadziei, że Vincent zauważy moje wysiłki stworzenia pozorów piękna w naszym zagraconym i ponurym domu. Jednak Paula nazbyt absorbował jego własny problem, by mógł zauważyć moją koncentrację na rzeczach niedotyczących jego osoby.
Odłożył z brzękiem pokrywkę, a mnie ten hałas przestraszył.
- Paul! - krzyknęłam. Szturchnęłam go drewnianą łyżką, którą właśnie trzymałam w ręku. - Vincent ma się zjawić za kilka minut, a wszystko jeszcze niegotowe!
- Ale co z pokazaniem mu obrazów? Wracam dziś wieczorem do Paryża i nie będę miał okazji zobaczyć się z nim przez cały tydzień!
Głośno westchnęłam, nie potrafiąc ukryć rosnącego zniecierpliwienia.
- Nie wiem, Paul... Papa chce, żeby każde z nas zagrało mu coś na pianinie. Zobaczysz, czy mu się spodoba. Jeśli tak i jeśli okaże entuzjazm, wtedy możesz go zapytać, czy zechciałby obejrzeć także i twoje obrazy.
Paul wyprostował się i rozpromienił.
Vincent spóźnił się dwadzieścia minut, sapiąc i dysząc niczym wieśniak pracujący cały dzień w polu. Zmienił strój i miał teraz na sobie surdut oraz kapelusz, lecz tkanina wyglądała na poprzecieraną, a buty były zdarte i osypywało się z nich błoto.
- Mademoiselle Gachet - powiedział, gdy otworzyłam drzwi - pani ojciec był uprzejmy zaprosić mnie na obiad.
- Tak - odparłam. - Zjemy dzisiaj w jadalni. - Zaprosiłam go do środka. - Deszcz pokrzyżował nam plany - szepnęłam przepraszająco. - W ogrodzie byłoby o wiele przyjemniej.
- Po odrobinie deszczu znacznie bardziej docenia się słońce - zauważył, wyglądając przez okno.
Przez sekundę wydawało mi się, że przyłapałam go, jak mi się przygląda, jego wzrok ześlizgiwał się z koronkowego kołnierzyka w dół po ozdobnym gorsie sukni.
- Święta prawda - rzekłam i nie mogłam powstrzymać uśmieszku, który pojawił się na moich wargach. Byłam szczęśliwa, że mnie zauważa. A potem, jakby uwolniona nagle od dręczącej mnie niepewności, dodałam: - Artysta dostrzega piękno świata, a kobieta, zdaje się, często widzi w nim jedynie przeszkody.
Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby zaskoczony moją zdolnością wyrażania opinii.
- Cóż za osobliwe stwierdzenie, mademoiselle. - Wsadził ręce do kieszeni. - Myślę, że to samo można powiedzieć o ubogich. Dzień biedaka jest pełen trudów i ograniczeń, natomiast bogacz oraz artysta dostrzegają w nim jedynie możliwości.
Uśmiechnęłam się.
- To prawdopodobnie jedyny punkt zbieżny między nimi.
Sprawiał wrażenie rozbawionego moją odpowiedzią i zauważyłam, że nie przestaje mi się przyglądać, zdejmując kapelusz oraz surdut i mi je podając. Były wilgotne od deszczu, ale mnie wydawały się niemal pozbawione ciężaru. Pomyślałam o sukiennych płaszczach papy i Paula - oba były ciężkie w porównaniu z tym, miały jedwabną podszewkę i szylkretowe guziki. Natomiast płaszcz Vincenta był jakby uszyty z muślinu. Gdy wieszałam go na drewnianym kołku przy sieni, zauważyłam własne dłonie prześwitujące przez wytartą tkaninę.
Miałam już zaprowadzić Vincenta do salonu, gdy przerwał mi głos ojca.
- Vincent! - powitał go tonem zdradzającym wielki entuzjazm. Usłyszał kroki Vincenta i wstawał właśnie z krzesła, śpiesząc ku gościowi. - Ogromnie się cieszę, że mógł pan do nas dzisiaj przyjść.
Vincent skinął głową i podziękował cicho za zaproszenie.
- Jak się pan dzisiaj miewa? - zapytał papa, poklepując go po plecach. - Przykro mi z powodu pogody. Założę się, że trudno się dzisiaj rano malowało.
- Zacząłem szkic starej winnicy - odpowiedział Vincent. - Ale mój umysł jest wciąż niespokojny.
- Musi pan malować, ile się da - przypomniał papa. - To pomoże rozjaśnić myśli.
- Czuję napięcie - zdradził półszeptem. - Ma pan rację, malowanie pomaga... Ale kiedy nie mam w ręku pędzla, przepełnia mnie lęk.
Papa parsknął.
- Słyszę podobne skargi od innych artystów. To wcale nie takie rzadkie.
Widziałam, jak ojcu przemykają przed oczami twarze Cézanne'a i Pissarra. Uśmiechnął się na samo wspomnienie tych nazwisk.
Vincent pokiwał głową i zerknął na swoje palce. Zauważyłam pobrudzoną farbami skórę, wyblakłe plamki pigmentów - błękitu kobaltowego oraz cienkie kreski czerwieni kadmowej. Jego dłonie wyglądały tak, jakby szorował je do zdarcia skóry, ale ślady farb i tak pozostały.
- Wie pan, Vincencie, mam pewną sentencję wypisaną chińskimi znakami obok mojego gabinetu oraz na zewnątrz, na ścianie pieczary. W tłumaczeniu brzmi ona: pracuj, a zaznasz szczęścia. Mocno wierzę w to porzekadło. To dobra rada dla pana.
- Chcę malować - i maluję. Tylko kiedy wieczorem siedzę w swoim pokoju i mam palce tak zmęczone, że ledwo potrafię utrzymać w nich grzebień, zaczynam wpatrywać się w sufit, a wtedy zalewa mnie fala lęku... lęku, że powrócą zaćmienia umysłu, lęku przed kolejnym atakiem... Były czasy, kiedy szklaneczka absyntu odpędzała moje demony, ale lekarz w Arles absolutnie mi go zabronił...
Papa pokiwał głową.
- To wszystko jest całkowicie zrozumiałe. Przeżył pan okropny okres w Arles. Ale będziemy trzymać pana z dala od absyntu, Vincencie, i wzmocnimy pański organizm, żeby tworzył pan to, do czego jest pan stworzony. Geniusz należy pielęgnować i karmić świeżym powietrzem, odpoczynkiem i zdrowym wysiłkiem fizycznym. Obiecałem pańskiemu bratu, że dopilnuję, by dobrze się tu panem zaopiekowano. A gdyby potrzebował pan kropelki czegoś przed zaśnięciem, sporządzę dla pana nalewkę z passiflory, by ukoić te pana krnąbrne nerwy!
Vincent skrzywił się na wzmiankę o nalewce.
- Cóż, cieszę się, że brat prosi pana o sprawowanie nade mną pieczy. Już dawno nie miałem od Theo żadnych wieści, a pan?
- Widziałem się z nim kilka dni temu w Paryżu. Zjedliśmy razem obiad. - Papa podszedł do tacy i wziął butelkę wina. - Szczęściarz z pana, że brat jest panu tak oddany i pełen poświęcenia. Jest przekonany, że rychło nadejdzie dzień, kiedy zdobędzie pan publiczne uznanie. - Mówiąc to, papa obracał korkociąg, przytrzymując drugą ręką wysoką zieloną butelkę. - Rozmawialiśmy o panu oraz niektórych pańskich kolegach po fachu. Zdaje się, że wspomniał niejakiego Paula Gauguina.
Vincent lekko zmarszczył czoło.
- Mieszkaliśmy razem w Arles przez krótki czas, dopóki nie powróciły moje bóle głowy. - Było wyraźnie widać, że Vincent chce zmienić temat. - Nie mogę się doczekać, kiedy zostaną mi przesłane moje rzeczy... Zostawiłem kilka obrazów u Juliena Tanguy w Paryżu i mam jeszcze kilka mebli w Arles. - Odchrząknął. - Czy Theo coś o tym napomknął?
- Niestety nie. - Ojciec przecząco pokręcił głową. - Niech się pan nie martwi. Wkrótce wszystko zostanie z pewnością załatwione. W tej chwili ma pan obowiązek skoncentrować się na malowaniu i odzyskiwaniu zdrowia.
- Tak, wiem - przyznał cicho. - Prawie skończyłem obraz, który malowałem pewnego dnia w pańskim ogrodzie, i rozpocząłem trzy następne.
- Znakomicie!
- I ma pan rację, kiedy pracuję, jest o wiele lepiej...
- A zatem niech pan nie przestaje, ja zaś rozejrzę się wśród moich różnych ziół. Sporządzimy dla pana kolejną nalewkę, żeby lepiej pan sypiał i czuł się rano wypoczęty. - Ojciec chrząknął. - Proszę przypomnieć mi po obiedzie - dam panu do domu jeszcze jedną nalewkę.
Ojciec i Vincent kontynuowali rozmowę w salonie, póki nie zawołałam wszystkich na obiad.
Wczesny ranek upłynął mi na przygotowywaniu moich ulubionych potraw. Wstałam o świcie, żeby mieć najlepszy wybór na targu. Napełniłam koszyk cykorią i młodymi ziemniakami, kilkoma główkami czosnku oraz wielkim pęczkiem marchewki. U Armela, rzeźnika, starannie wybrałam kurczaka, domagając się największego i najbardziej soczystego z porannego uboju. Po deszczu zioła w ogródku wyglądały marnie, pozwoliłam sobie zatem kupić garść rozmarynu, majeranku i tymianku. Nigdy nie miałam dość aromatu świeżo zerwanych ziół i w drodze do domu wdychałam ich mocną woń, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia przygotowań.
Cały dom pachniał teraz chrupiącym pieczonym kurczakiem i ziemniaczanym purée z masłem. Nie potrafiłam stłumić uśmiechu, gdy wyłoniłam się z kuchni z dużym półmiskiem w rękach. Ozdobiłam kurczaka kilkoma gałązkami rozmarynu, a barwnie kontrastujące marchewki i cykoria czyniły danie godnym królewskiego stołu. Byłam przekonana, że oczy wszystkich są zwrócone na mnie. Lecz gdy już mieliśmy zajmować miejsca przy stole, zjawił się Paul. Miał na sobie jaskrawoczerwony fular i czarną kamizelkę, z kieszonki zwisał złoty zegarek.
- Malowałem dziś w pobliżu Chaponval, papo - oznajmił głośno mój brat, kiedy usiedliśmy. - Przepraszam za spóźnienie.
Papa potrząsnął głową, a następnie odwrócił się do Vincenta i zapytał:
- Był pan już w Chaponval? Tamtejsze drzewa mają ponad sto lat... Cézanne lubił chodzić tam ze sztalugą i malować.
Stałam przy stole, krojąc na porcje kurczaka, a potem nakładając wszystkim na talerze warzywa i purée. Na początku obsłużyłam Vincenta, starając się ułożyć jedzenie najpiękniej, jak umiałam. On jednak chyba tego nie zauważył.
- Nie, tak daleko jeszcze nie dotarłem. Malowałem głównie nieopodal gospody państwa Ravoux i w pobliżu pańskiego domu.
- Ma pan szczęście, że przyjechał tu na czas nieokreślony. Będzie pan miał niezliczoną mnogość okazji do malowania tutejszych pejzaży. A wraz z nadejściem jesieni zobaczy pan, jak wszystko będzie zmieniać się na pańskich oczach!
Usiadłam, wygładziłam z tyłu suknię i poprawiłam się na krześle.
- Tak - wtrąciłam. - Cudownie będzie malować wszystkie barwy liści...
Widziałam, jak papa i Paul wlepiają we mnie wzrok znad srebrnych platerów. Siedzieli przyczajeni niczym dwa orły, patrząc na mnie spode łba z rosnącą podejrzliwością.
- Jeśli pan sobie życzy, monsieur van Gogh, mogę pana zabrać w jedno z moich ulubionych miejsc do malowania w Chaponval. Widać stamtąd drugi brzeg Oise i pola po tamtej stronie. - Paul mówił szybko, widziałam, jak bardzo zależy mu na wywarciu na Vincencie wrażenia.
Natychmiast zauważyłam, jak ojciec podchwytuje rzucony przez Paula pomysł towarzyszenia Vincentowi podczas malowania. Zgodnie z moimi przypuszczeniami ojciec dodał:
- Ja także mogę pana oprowadzić po okolicy i pokazać najlepsze widoki. Zabrałbym swoją sztalugę i moglibyśmy malować obok siebie.
Paulowi z miejsca zrzedła mina. Nie potrafił ukryć swego rozczarowania.
Vincent pokręcił przecząco głową.
- Bardzo miło ze strony obu panów, że proponują mi swoją pomoc, wolę jednak malować w pojedynkę. Nawet kiedy mieszkałem z Gauguinem, rzadko pracowaliśmy w tym samym miejscu. - Odchrząknął. - Wolę tworzyć w samotności.
Do końca posiłku brat pozostał wyjątkowo milczący. Widziałam, że kilka razy próbował zerkać ukradkiem w stronę Vincenta i że jego zainteresowanie wyraźnie wynikało z czysto uczniowskiej ciekawości. Wiercił się na krześle, wykonując serię mało dyskretnych ruchów, i niezgrabnie przekrzywiał na bok głowę. Wiedziałam, do czego zmierza - szukał potwierdzenia, czy informacja od madame Chevalier o brakującym lewym uchu Vincenta jest prawdziwa.
Tymczasem papa, nieświadomy zabarwionej makabrą ciekawości Paula, w trakcie ochoczego pałaszowania obiadu nie przestawał zajmować Vincenta rozmową.
- Tak sobie myślałem, Vincencie. Moglibyśmy zaprosić do nas pańskiego brata z rodziną na któreś popołudnie... zjedlibyśmy obiad w ogrodzie... a pan mógłby zobaczyć swojego małego bratanka. Paryż nie jest aż tak odległy - ciągnął. - Mogliby wybrać się do nas na cały dzień.
Vincent się uśmiechnął. Natychmiast poweselał na myśl o przyjeździe do Auvers brata z rodziną.
- Cóż za miłe zaproszenie, doktorze. - Wyglądał na szczerze zadowolonego. - Chciałem, żeby przyjechali tu do mnie na całe lato, przywieźli dziecko i pooddychali świeżym powietrzem, lecz Theo napisał, że to niemożliwe. Ale obiad - byłoby wspaniale.
Vincent odkroił kolejny kęs kurczaka i popił go sporym haustem wina. Odchrząknął i zwrócił się do mnie. Jego spojrzenie i tym razem było intensywne. Para jasnoniebieskich oczu pod nawisem czoła. Klasyczny łuk miedzianych brwi. Następnie, zupełnie niespeszony obecnością ojca, odwrócił się w moją stronę i powiedział:
- O ile nie sprawi to kłopotu mademoiselle Gachet.
Chyba nawet nie zdołałam odpowiedzieć, tak byłam przejęta rumieńcem na twarzy. Żeby ukryć zakłopotanie, odwróciłam głowę, i wtedy spostrzegłam minę brata. Zaskoczyła mnie. Paul wyglądał tak, jakby ktoś zwędził mu sprzed nosa ostatni kawałek urodzinowego tortu.
Wszyscy czekaliśmy, aż Vincent skończy posiłek. Paul spałaszował już podwójną porcję wszystkiego, co było na stole, i nadal patrzył żarłocznie na resztki kurczaka pozostałe na ozdobnym półmisku z Limoges.
- Jedzenie panu smakowało, monsieur van Gogh? - zapytałam.
- O tak... rzadko jadam tak smacznie... mój żołądek do tego nie przywykł.
Próbowałam się uśmiechnąć, gdy wstawałam, by uprzątnąć stół do deseru. W drodze do kuchni martwiłam się mimo wszystko, że przygotowane przeze mnie menu być może okazało się zbyt treściwe jak na jego żołądek.
Po zaserwowaniu przeze mnie duszonych gruszek papa klasnął w dłonie i oznajmił, że na cześć Vincenta Paul i ja zagramy na pianinie.
- Paul zagra pierwszy - dodał.
Zebrałam ze stołu naczynia, a panowie przenieśli się do salonu. Słyszałam, jak Paul zapowiada, że zagra utwór Bacha. Był to ambitny wybór jak na mojego brata i wiedziałam, że dokonał go, ponieważ pragnął zaimponować nie tylko Vincentowi, lecz także papie. Bardzo doskwierał mu brak uwagi ze strony ojca (coś, na co ja dawno machnęłam ręką) i miał nadzieję, że choć papa ignoruje jego obrazy, zwróci być może uwagę na grę na pianinie.
Jednak utwór był dla niego o wiele za trudny. Nie mógł ćwiczyć, kiedy wyjeżdżał do szkoły, a wybrana kompozycja wymagała niesłychanej precyzji wykonania. Żałowałam, że nie wzięłam go wcześniej na stronę i nie zasugerowałam delikatnie, by zdecydował się na coś łatwiejszego. W ciągu tygodnia byłam tak zajęta i zaabsorbowana gotowaniem i sprzątaniem domu, że nie miałam ku temu okazji. Później nękały mnie wyrzuty sumienia, że nie okazałam się bardziej dociekliwa, że nie zapytałam, co ma zamiar zagrać. Gdybym wiedziała, że chodzi o Bacha, z pewnością próbowałabym zachęcić go do wybrania czegoś mniej skomplikowanego.
Ale było już za późno. Zanim weszłam do salonu, on zajął już miejsce przy klawiaturze. Najwyraźniej zjadły go nerwy, ponieważ podczas gry palce drżały mu jak trzepoczące na wietrze liście i nie był w stanie trafiać we właściwe klawisze.
Przykro było na to patrzeć. I równie przykro słuchać. Świadomość publicznej porażki - dokonującej się na oczach ojca i jego szanownego gościa artysty - wywołała na policzkach Paula rumieniec zażenowania. Uszy także mu spąsowiały i wyglądał tak, jakby miał zemdleć po każdym błędnie wydobytym dźwięku.
Kiedy wreszcie skończył, starałam się bić brawo najmocniej, jak umiałam. Marne było to jednak pocieszenie. Siedział markotny, gdy podeszłam do instrumentu, by zagrać impromptu Chopina, które ćwiczyłam każdego dnia od chwili przyjazdu Vincenta do Auvers.
Zasiadłam przy pianinie. Gdybym spojrzała w lewo, zobaczyłabym odbicie papy i Vincenta w pozłacanym lustrze na ścianie, patrzyłam więc prosto przed siebie, na nuty i czubek stojącego tuż za nimi metronomu.
Papa zakasłał, ja zaś wiedziałam, że to dla mnie znak do rozpoczęcia gry.
Wygładziłam suknię i położyłam dłonie na klawiszach. Stopę oparłam na pedale i zaczerpnęłam powietrza.
Zaczęłam ostrożnie, z rezerwą wygrywając pierwsze dźwięki, wkrótce jednak zapomniałam, że gram przed publicznością, i melodia wzięła nade mną górę.
Nie potrzebowałam już patrzeć w zapis nutowy; znałam każdą część utworu na pamięć. Moje ciało kołysało się, gdy łączyłam ze sobą kolejne dźwięki. Przepona unosiła się, pierś falowała, oddychałam w rytm muzyki. Czułam się jak jodła strząsająca z konarów śnieżną okrywę.
Zbliżało się crescendo i gdy grałam ostatnie takty, poczułam, jak kilka zbłąkanych kosmyków włosów wysypuje się z koka. Opadły mi na oczy i musiałam stoczyć ze sobą walkę, by ich nie odgarnąć.
Miałam wrażenie, że moje palce napędza jakaś obca siła. Tańczyły na klawiaturze z zawrotną szybkością.
Vincent stał i bił brawo, gdy zdejmowałam nogę z pedału.
- Cóż za artystyczna pasja - usłyszałam, jak rozpływa się w podziwie. Klaskał tak zapamiętale, że nawet papa wydawał się skrępowany entuzjazmem gościa i jego całkowitą niezdolnością do zamaskowania swego zachwytu.
Gdy usiadłam, czułam na sobie wściekłe spojrzenie Paula. Nie pokaże Vincentowi swoich obrazów. Zrobiło mi się żal młodszego brata. Tak rozpaczliwie pragnął zaimponować naszemu gościowi.
- Muszę przygotować Vincentowi nalewkę - szepnął do mnie papa po występie. - Twój brat jest wyraźnie rozdrażniony swoim wykonaniem. Może zaprowadzisz Vincenta do salonu i zajmiesz go przez kilka minut rozmową... To potrwa tylko chwilę.
Sugestia papy mnie zaskoczyła, ale nie mogłam protestować. Czy nie było to bowiem coś, na co miałam nadzieję - szansa znalezienia się z nim sam na sam?
Dałam Vincentowi znak, by poszedł za mną do salonu. W środku cała drżałam. Wiedziałam, że nie jestem przygotowana do prowadzenia towarzyskich pogawędek, nie mówiąc już o flirtowaniu. Już od kilku dni głowa pękała mi od pytań pod jego adresem. Chciałam dowiedzieć się, jak dobiera paletę barw, jak nauczył się swej sztuki. Czy kiedykolwiek wyobrażał sobie siebie w innej roli niż malarza?
Teraz jednak opuściła mnie umiejętność prowadzenia rozmowy, a język nie potrafił wyartykułować choćby jednego słowa.
- Pięknie pani gra Chopina - odezwał się wreszcie, gdy weszliśmy do salonu.
- Dziękuję - odparłam i lekko się roześmiałam.
Słyszałam, jak na dworze Henrietta meczy do kur. Dźwięk ten dziwnie dodał mi otuchy, zwłaszcza gdy Vincent uśmiechnął się, usłyszawszy gdakanie koguta w odpowiedzi.
- Podczas gry zachodzi w pani jakaś zmiana. Usiłowałem ją sprecyzować... Nie w tym rzecz, że włosy stają się bardziej złociste... ani że dłonie fruwają na klawiaturze jak dwa białe gołębie... To... to coś... - urwał. - Przepraszam, trudno znaleźć odpowiednie słowa. Chciałem tylko powiedzieć, że pani występ mocno mnie poruszył.
- Och, niezmiernie pan uprzejmy... Lecz tak naprawdę brakuje mi talentu mojej matki. Była znakomitą pianistką.
Na te słowa Vincent zmarszczył czoło, jakby zakłopotany, że mam o sobie tak niskie mniemanie.
- To dość nielogiczne. Pani talent jest jak najbardziej prawdziwy, tak prawdziwy jak krew płynąca w moich żyłach! - Uderzył się w przedramię dla wzmocnienia dramatycznego tonu. - Gdy ujrzałem panią w ogrodzie tamtego popołudnia, zauważyłem, że ma pani w sobie coś szczególnego. Pod mlecznobiałą skórą kryje się wielka pasja życia. Widzę to.
- Monsieur van Gogh, ciii! Gdyby mój ojciec to usłyszał, już nigdy nie dopuściłby mnie do pianina! - Znów zachichotałam nerwowo, ponieważ dotychczas nikt nigdy mi nie pochlebiał.
- Ach, więc nie przywykła pani do atencji - rzekł i przez jego twarz prześliznął się drobny uśmieszek. Wciąż siedział w bezpiecznej odległości, ale czułam, że jego spojrzenie nabiera intensywności. Teraz po prostu się we mnie wpatrywał.
Robiło mi się gorąco pod wpływem jego wzroku.
- Rzeczywiście, to prawda. To uczucie jest mi obce. - Rumieniec się rozszerzył: jak smuga różu na mokrym papierze.
Vincent wstał z krzesła. Nagle stał się bardziej pewny siebie, a jego głos rozbrzmiał silniej.
- Rozglądam się po domu pani ojca i widzę wszystkie te bibeloty. - Wskazał na hebanowy postument w kącie, półki zastawione porcelaną. - Zbyt wiele rzeczy zakłóca tu spokój. Lecz pani, mademoiselle, wyróżnia się pośród tych ciemnych mebli i pozłacanych brązów.
- Zbyt pan uprzejmy - wyszeptałam, a głos uwiązł mi w gardle.
- Nie, nieprawda - obstawał przy swoim. - Malarz pragnie malować to, czego inni nie widzą. Jeśli ktoś mówi mi, że niebo jest zasnute chmurami, wybiegam na dwór, by sprawdzić, co kryje się pod spodem. - Podszedł bliżej, stał teraz zaledwie kilkanaście centymetrów od mojego krzesła. I choć ja starałam się nie odrywać oczu od własnego podołka, jego spojrzenie wciąż było skierowane nieruchomo na mnie. Skupił wzrok na moich rysach i zaczęłam podejrzewać, że studiuje moją twarz, wyobrażając sobie, jak wydobyć kolor skóry z warstw cienko kładzionego zmieszanego pigmentu.
Gdy wreszcie podniosłam głowę, mogłam dostrzec każdą jego rzęsę z osobna, zmarszczki w kącikach oczu, mieszki włosowe baków.
Jego usta pozostawały w całkowitym bezruchu. Delikatne jak piórko bruzdki warg przypominały cieniutkie żyłki jesiennego liścia, skóra pod oczami była tak blada, że wydawała się nieomal sina.
- Nie byłbym taki rozkojarzony, gdybym mógł panią namalować, mademoiselle.
Podniosłam na niego wzrok. Tęczówki jego oczu nie miały jednolitej barwy akwamaryny, tak jak mi się wcześniej wydawało, lecz były upstrzone złotymi i morelowymi cętkami.
- Monsieur van Gogh - wyjąkałam. Miałam wrażenie, że moja skóra przepali jedwab sukni. Nigdy dotąd nie znalazłam się w takiej bliskości mężczyzny i cała drżałam.
- Będzie pan musiał zapytać mojego ojca - wykrztusiłam wreszcie. - Zjawi się tu lada chwila!
Parsknął krótkim śmiechem, wyraźnie oczarowany moją niezręcznością.
- Proszę się nie martwić, mademoiselle Gachet, zamierzam poprosić pani ojca o pozwolenie. Nie postąpiłbym inaczej.
Krążył teraz po pokoju, podczas gdy ja siedziałam jak odrętwiała. I choć słyszałam, jak ojciec otwiera i zasuwa szuflady w swoim gabinecie na górze i czułam drożdżowy aromat ciasta rumieniącego się w piecu, wciąż nie ruszałam się z miejsca, obserwując Vincenta przemierzającego powolnym krokiem nasz salonik.
I tym razem on przerwał milczenie.
- Powinna pani wiedzieć, że nie lekceważę portretów. Starannie dobieram osoby. W sposób przemyślany. - Stał przy oknie, z odwróconą twarzą.
- Chcę, by ludzie, którzy będą oglądali moje portrety za sto lat, widzieli je tak, jak ja postrzegałem je podczas malowania, jak zjawy, wybrane skrawki boskości.
Rozpaczliwie pragnęłam powiedzieć mu, jak bardzo czuję się zaszczycona, że chce mnie namalować, zanim jednak wykrztusiłam z siebie słowo, usłyszałam w korytarzu sprężyste kroki ojca. Wszedł wielce ożywiony, z wyciągniętymi rękoma, jakby niósł coś cennego.
- Proszę, Vincencie. Niech pan zażywa trzy dawki dziennie. Powinno pomóc ukoić nerwy.
Vincent odwrócił się do ojca i wziął od niego flakonik.
- Nie mam przygotowanej passiflory, ale proszę wziąć ten lek, to piołun - oznajmił papa. Buteleczka zawierała płyn o barwie mchu, który okazał się niemal przezroczysty, gdy Vincent podniósł go do światła. - Sasi wierzyli, że to jedno z dziewięciu świętych ziół. Nawet ja zażywam je od czasu do czasu, gdy dokucza mi przygnębienie.
- Mówiłem panu - wyjąkał nerwowo Vincent - przez kilka miesięcy próbowałem odzwyczaić się od zielonej wróżki... - Zwrócił fiolkę ojcu. - Sądzę, że nie powinienem tego brać.
Papa pokręcił głową i wcisnął nalewkę w dłoń Vincenta.
- Nie, to nie jest absynt, Vincencie. - Zaśmiał się. - To działa leczniczo. Od lat przepisuję leki homeopatyczne moim pacjentom w Paryżu.
Vincent spojrzał na ojca sceptycznie.
- Nie wiem... - Wydawał się wzburzony, a w jego oczach widać było autentyczne przerażenie. - Nie chcę się znów od czegoś uzależnić, a jeśli wystąpią jakiekolwiek skutki uboczne... tego bym nie zniósł.
- Te nalewki jedynie pomogą poprawić pańskie samopoczucie, Vincencie.
Lecz artysta wciąż się wahał.
- Będę nalegał, by je pan zażywał, Vincencie. - Głos ojca tym razem zabrzmiał surowo. - Wątpię, czy Theo byłby zadowolony, dowiedziawszy się, że nie przestrzega pan moich zaleceń. Ostatecznie jestem pańskim lekarzem.
Jestem pewna, że Vincent rzucił wtedy spojrzenie w moim kierunku, jakby sądził, że moje aprobujące kiwnięcie głową może rozwiać jego wątpliwości.
Ja jednak nie dałam mu żadnego znaku.
Nie żebym nie chciała. Desperacko pragnęłam napotkać jego wzrok i zrozumieć mimikę twarzy. Obawiałam się jednak, że papa to zobaczy i uzna, że usiłuję podkopać jego autorytet. Nie byłam lekarzem. Niewiele wiedziałam o leczniczych właściwościach roślin i kwiatów. I bałam się wzniecić gniew ojca po wyjściu Vincenta.
- Niech pan weźmie... - Głos papy był teraz nieustępliwy. Miał w sobie jakąś natarczywość, która sprawiała, że brzmiał jak rozkaz.
Zobaczyłam, że Vincent bierze od ojca flakonik, wkłada do bocznej kieszeni i niechętnie przyjmuje jego zalecenia kiwnięciem głowy.
Rozdział I
Ujrzałam go pierwsza, szczupłego i niepozornego, z kilkoma płótnami pod pachą, plecakiem przewieszonym przez ramię, w nasuniętym na oczy słomkowym kapeluszu. To była moja pierwsza tajemnica - zobaczyłam go najpierw, zza kwitnących kasztanowców.
Wyszłam po sprawunki jak zawsze wczesnym popołudniem. Był ciepły, słoneczny dzień maja. Niebo przybrało chabrową barwę, słońce miało kolor nagietków. Muszę wyznać, że owego dnia zwolniłam nieco kroku, przechodząc obok stacji. Wiedziałam w przybliżeniu, którym pociągiem ma przyjechać. Stawiałam kroki drobniejsze niż zazwyczaj, niosąc koszyk z jajami i bochny chleba.
Usłyszałam gwizd lokomotywy i pisk hamulców zatrzymującego się pociągu. Podeszłam bliżej i stanęłam za drzewami, które obrzeżały peron.
Pamiętam, jak wysiadał z wagonu; nie sposób było go nie zauważyć na tle mężczyzn w czarnych surdutach i cylindrach. W białej koszuli ze stójką, słomkowym kapeluszu z szerokim rondem i rozpiętej kamizelce wyglądał niemal jak wieśniak. Z początku rondo kapelusza nie pozwalało mi dojrzeć jego rysów. Lecz kiedy wreszcie pozbierał swoje płótna i przewiesił plecak przez ramię, zobaczyłam go wyraźnie.
Dziwnym trafem przypominał papę. Ich podobieństwo było tak uderzające, że w pierwszej chwili aż mnie to zaskoczyło. Jakby mignęła mi przed oczyma twarz ojca młodszego o trzydzieści lat. Vincent miał ten sam kształt głowy - zwężającej się ledwo dostrzegalnie w okolicach skroni, takie same rude włosy i niepozorną bródkę jak papa, identycznie zakrzywiony nos i pomarszczone czoło, ponad głęboko osadzonymi niebieskimi oczyma. Poruszał się jak mały ptaszek, wykonując zwinne, rozmyślne gesty, tak samo jak mój ojciec, kiedy był zdenerwowany lub podekscytowany. Lecz w przeciwieństwie do niego wydał mi się przystojny.
Z pewnością nie była to klasyczna uroda. Miał bladą cerę, wystające kości policzkowe i nastroszone rude baki. Mimo to zaintrygował mnie. Wydawało się, że ma w sobie ogromną determinację, gdy szedł z wysoko zadartą głową, taszcząc na plecach obrazy. Gdy rozglądał się po nowym otoczeniu, widziałam w jego oczach żarliwość i zapał. A obserwując go, mogłam przewidzieć, jakie tematy ma zamiar malować. Taksował wzrokiem dachy wiejskich domów, iglicę kościoła, wieżę zegarową ratusza. I choć pochłonięty był nowymi widokami, zupełnie nie zważał na mijających go ludzi, dźwigających swoje sakwojaże na wózki, z wysiłkiem zmierzających w stronę oczekujących bryczek. Nawet nie starał się usunąć im z drogi, stał pośrodku peronu ze spojrzeniem utkwionym w rzece Oise.
Tamtego popołudnia przypominał plamę żółcienia na tle wiejskiego pejzażu Auvers. Przyciągał ku sobie promienie słońca, a w ciepłym, miękkim blasku zdawał się sam emanować światłem. Stałam tam i czekałam, patrząc, jak pacjent mojego ojca rusza w kierunku wsi. Nie widziałam go później aż do chwili, gdy zjawił się u naszych drzwi.
Większość dnia upłynęła papie na przygotowaniach do przyjazdu Vincenta. Odwołał umówione wizyty w Paryżu i spędził wczesne godziny poranka na poddaszu, przeglądając obrazy i grafiki, których jeszcze nie oprawił. Zjadł obiad na górze i dopiero około drugiej, kiedy wybierałam się na zakupy, zobaczyłam, jak schodzi po schodach.
Zawiązałam pod brodą moją ulubioną chustkę i poszłam do sieni po koszyk. Papa siedział przy swoim biurku, rozwijając jedną z odbitek i rozprostowując ją za pomocą czterech przycisków do papieru.
- Papo, wychodzę - poinformowałam.
Podniósł na mnie wzrok, przyjmując do wiadomości moje wyjście roztargnionym skinieniem głowy. Widziałam, jak odwraca się do biblioteczki i wyjmuje ceramiczny pojemnik na pędzle oraz mały azjatycki wazonik, który kilka lat temu podarował mu Cézanne. Trzymał w każdej z rąk po jednym przedmiocie, obracał je w świetle i oglądał zdobiące je wzory, dostrzegając w szkliwie własne odbicie.
Wiedziałam, że ojciec umieści te dwa porcelanowe przedmioty na widoku. Czynił tak zawsze, kiedy spotykał się z ludźmi, na których pragnął wywrzeć wrażenie, ja zaś byłam pewna, że nie omieszka o nich napomknąć w pierwszej rozmowie z monsieur van Goghiem.
Zima była nużąca, odczuwałam zatem ogromną satysfakcję, widząc mój ogród w rozkwicie. Do moich dwudziestych pierwszych urodzin brakowało miesiąca, a ostatnimi czasy całą energię poświęcałam grzebaniu na kolanach w ziemi. Mój trud nie poszedł wszak na marne. Krzewy róż kwitły bujnie, kłącza kosaćców wypuściły wysokie sztywne łodygi, a i na polach tuż za naszym domem płonęły czerwone maki, jaśniały anemony i białe stokrotki.
Przyjazd Vincenta oznaczał nie tylko przybycie do naszej wsi nowego mieszkańca, lecz również gościa, którego ojciec uznał za godnego zaproszenia do naszego domu. Rzadko komu udzielaliśmy gościny, poza garstką wybranych malarzy. Camille Pissarro, Paul Cézanne oraz Émile Bernard, oni wszyscy nas odwiedzali, ale nie przypominam sobie, by ojciec kiedykolwiek zaprosił choćby jedną osobę z naszej wsi. Szewcy, piekarze - ci zupełnie papy nie interesowali. A otwierając podwoje naszego domu swoim rozmaitym przyjaciołom artystom, papa mógł kontynuować życie, jakie wiódł z upodobaniem w Paryżu.
Często opowiadał o czasach spędzonych w stolicy. Po ukończeniu studiów medycznych dołączył do swego przyjaciela z dzieciństwa, Gautiera - początkującego malarza - i wspólnie prowadzili la vie boh?me pośród rozwijających skrzydła przedstawicieli świata sztuki. A ojciec, który uważał się za malarza amatora, zdołał zgromadzić liczną klientelę złożoną z artystów, pisarzy oraz muzyków chętnych do wymiany swoich dzieł na usługi medyczne.
Papa napisał rozprawę o melancholii, w której udowodnił, iż historycznie rzecz ujmując, wszyscy ludzie wybitni - wielcy filozofowie, poeci oraz artyści tego świata - cierpieli na tę przypadłość. Dlatego zawsze życzliwie wysłuchiwał artystów, którzy uważali się za przygnębionych lub dotkniętych tą dolegliwością, i z niemałym zapałem leczył ich, stosując eksperymentalną metodę, na której punkcie miał obsesję - homeopatię Hahnemanna. Dzięki pieniądzom, które otrzymał w spadku po ojcu, oraz pokaźnemu posagowi matki mógł swobodnie rozwijać niekonwencjonalne metody leczenia, które najbardziej go fascynowały.
W gruncie rzeczy to Pissarro podsunął Theo van Goghowi pomysł, by Vincent przyjechał do Auvers, żeby papa mógł się nim zająć. "Ty, ze swoim doświadczeniem malarskim i wykształceniem psychiatrycznym, będziesz dla niego idealnym lekarzem!", powiedział papie pewnego popołudnia w naszym ogrodzie. Pamiętam, że wszyscy byli zgodni co do tego, iż świeże powietrze oraz wiejska okolica zarówno ukoją duszę Vincenta, jak i będą inspiracją dla jego malarstwa.
Jednak pomimo sielankowego otoczenia nasz dom nie należał do szczególnie jasnych i przestronnych, jak można by się spodziewać po wiejskim domostwie. Pamiętam, że zastanawiałam się, jak ten wrażliwy malarz zareaguje na nasze ciasne, zagracone wnętrza. Czy te wszystkie czarne meble i bibeloty nie będą mu przeszkadzać? A co sobie pomyśli o ojcu i jego homeopatycznych lekarstwach? Zachodziłam też w głowę, czy będzie często nas odwiedzał, tak jak inni artyści w minionych latach, i czy nasz dom na powrót ożyje.
Vincent zjawił się u naszych drzwi mniej więcej w porze podwieczorku, wbiegając po długich wąskich schodach tak żwawo, że słyszałam jego kroki zza zamkniętego okna sypialni. Ojciec przywitał go i zaprowadził do bawialni. Widziałam, jak po południu wyjmował obrazy - jeden Pissarra i trzy Cézanne'a - i byłam pewna, że pokaże je Vincentowi na powitanie.
- A, tak, ten należy również do moich ulubionych - słyszałam, jak zgadza się z Vincentem. Przypuszczałam, że Vincent mówi o obrazie Pissarra przedstawiającym samotny czerwony domek w oddali, na pierwszym planie matkę i drżące z zimna dziecko oraz trzy kasztanowce pokryte szronem.
- Większość moich zbiorów jest na górze - ciągnął ojciec. - Mam też prasę graficzną, którą z przyjemnością panu pożyczę. Cézanne często jej używał, gdy mieszkał w Auvers. - Ojciec przerwał, po czym uderzył w bardziej podniosły ton. - Widzi pan, Cézanne podarował mi w dowód wdzięczności ten mały wazonik oraz ceramiczny kubełek na pędzle. Bardzo przysłużyłem się jemu samemu i jego malarstwu!
Pokręciłam głową, podsłuchując tę rozmowę. Z każdym kolejnym rokiem ojciec wykazywał się coraz większą pomysłowością w swoich opowieściach. Jego pragnienie bycia malarzem było ważniejsze niż zawód, który wykonywał. Mężczyźni przez kilka kolejnych minut rozprawiali o rozmaitych artystach, gdy wtem usłyszałam swoje imię.
- Marguerite! - wzywał mnie ojciec. - Przybył monsieur van Gogh. Czy mogłabyś podać nam herbatę?
Madame Chevalier, kobieta, która zjawiła się w naszym domu po śmierci matki i została guwernantką mojego brata Paula oraz moją, czytała w swojej sypialni. Większość czasu spędzała na szyciu lub dogadzaniu papie. To ja byłam odpowiedzialna za wypełnianie niemal wszystkich domowych obowiązków.
Tamtego popołudnia włożyłam nową suknię. Bladoniebieską, z drobnymi białymi kwiatkami wyhaftowanymi wzdłuż rąbka i wokół dekoltu. Pamiętam, że w ostatniej chwili, gdy już miałam schodzić na dół, wróciłam po białą wstążkę do włosów. Zwykle nie ozdabiałam w domu włosów, tylko chowałam je pod przykryciem. Jednak tego dnia związałam włosy cienką jedwabną tasiemką w kolorze kości słoniowej. Jeden koniec dotykał obojczyka, drugi opadał na ramię. Bardzo pragnęłam zostać zauważona na tle należącej do ojca kolekcji dzieł sztuki oraz cieni rzucanych przez nasze czarne meble.
Nim zaparzyłam herbatę i wyłożyłam na półmisek żółte ciasteczka, które upiekłam zawczasu, ojciec i Vincent udali się do ogrodu. Siedzieli obok siebie, przed nimi rozpościerał się duży czerwony stół piknikowy. Uginające się konary naszych dwóch lip obramowywały ich twarze. Ojciec odprężał się, siedząc w ogrodzie, rozprawiając o sztuce, o radości, jaką dawało mu posiadanie prasy graficznej oraz malowanie olejami i pastelami. Vincent także wydawał się przy papie swobodny. Jakże żałowałam tamtego dnia, że nie zaproszono mnie do udziału w rozmowie. Oni jednak zaszyli się pośród kwiatów i cienistych drzew, podczas gdy ja krążyłam między ogrodową furtką a kuchnią.
Co nieco o nim wiedziałam. Ojciec jeszcze przed przyjazdem Vincenta opowiadał o jego talencie oraz wyjątkowym sposobie kładzenia farb. Wiedziałam, że malarz przybywa do Auvers w charakterze pacjenta papy, lecz nie powstrzymało to bynajmniej mojego zainteresowania jego osobą. Nie wyglądał na chorego, choć był blady. Może trochę nieokrzesany, ale to jedynie wzmagało jego magnetyzm. Teraz mogę powiedzieć, że cechowało go coś, z czym nigdy dotąd się nie zetknęłam: rzadkie połączenie wrażliwości i brawury. Jakże zazdrościłam pszczołom uwijającym się na różanych krzewach, słyszącym wszystko, co mówili ojciec i Vincent. Chciałam uważniej przyjrzeć się jego twarzy i zobaczyć, na które z moich kwiatów pada jego wzrok. Czy uważał fioletowe anemony za piękne i warte namalowania? Czy intrygowały go rośliny lecznicze, które ojciec uprawiał w pobliżu drzwi frontowych? Czy zauważył ścianę bluszczu skrywającą jedną z dwóch grot znajdujących się na terenie naszej posesji? Tę, w której papa przechowywał wino i sery? Później, w czasie wojny, miała stać się schronieniem dla najcenniejszych obrazów z jego kolekcji: dzieł Vincenta.
Słyszałam tubalny głos ojca wybijający się ponad gdakanie kur na podwórzu. Pochylał się ku Vincentowi, który zdawał się kiwać twierdząco głową, podczas gdy papa wykładał swoje poglądy na malarstwo i uzdrawianie umysłu.
- Sztuka i homeopatia to nauki ścisłe. I obie są namiętnościami, Vincencie! - Twarz papy promieniała, gdy przemawiał do swojej zauroczonej jednoosobowej publiczności.
Przyjrzawszy się ojcu uważniej, pojęłam, dlaczego pociągały go zarówno medycyna, jak i malarstwo. Mieszał swoje eliksiry jak rzadkie pigmenty, kropla wyciągu z hyzopu była dla niego równie cenna jak odrobina błękitu kobaltowego. Z upodobaniem odmierzał i filtrował, ciesząc się własnoręcznym przygotowywaniem leków.
Choć raczej nie podzielałam zamiłowania papy do ziół i nalewek, pod jednym względem byłam do niego podobna. Mnie także interesowali w swej istocie artyści. Pragnęłam rozumieć, co widzą, co uznają za godne swoich płócien i farb. Pragnęłam dowiedzieć się, dlaczego wybierają karmin i szkarłat marzanny barwierskiej do malowania czerwonego miąższu truskawek, jak udaje im się oddać na nagim, białym płótnie zarówno twardość skorupki jaja, jak i puchatość obłoków.
Niestety, przez lata miałam niewiele sposobności do zadawania tego rodzaju pytań. Nawet kiedy Pissarro i Cézanne przybywali z wizytą, widywałam ich rzadko, co najwyżej podczas nieformalnego obiadu. Lecz i wtedy gotowałam albo sprzątałam ze stołu, nie mogąc swobodnie włączyć się do rozmowy czy też obserwować ich, gdy rozkładali farby i sztalugi.
Kuracja ojca miała wszak zatrzymać Vincenta w naszej wsi na czas nieokreślony, dlatego żywiłam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Wiedziałam, że będzie odwiedzał nasz dom niemal codziennie. I choć już moment przyjazdu na stację wyraźnie pokazywał, że ma dużo mniej ogłady niż inni mężczyźni, których papa podejmował w naszym domu, Vincent intrygował mnie nieskończenie bardziej.
- Marguerite, herbata! - usłyszałam znów wezwanie papy. Pospieszyłam do ogrodu, niosąc poczęstunek. Gdy stawiałam tacę z herbatą, ręce drżały mi od ciężaru srebrnego dzbanka, wywołując brzęk porcelanowych filiżanek i spodeczków. Wydawało się, że żaden z nich tego nie zauważył. Byli tak pochłonięci konwersacją, iż ledwo spostrzegli postawioną przed nimi tacę.
- Musi pan jak najwięcej malować - nalegał papa. Gestykulował rękoma, by okazać swój entuzjazm, i przemawiał do Vincenta w taki sposób, jakby przyjaźnili się od dawna. - To jest lekarstwo na pańską chorobę... kiedy będzie pan malował, objawy ustąpią.
- Malowałem przecież w Arles, w sanatorium, a objawy powróciły. Doktor Peyron zabraniał mi czasem pracować, ponieważ uważał, że przyczynia się to do pogorszenia mojego stanu.
- Nonsens - mówił ojciec, gwałtownie kręcąc głową. - Po prostu nie miał pan ciszy i spokoju, których pan potrzebował. W Arles otaczali pana chorzy pacjenci, którzy przeszkadzali panu w pracy. Nie przebywał pan w takim miejscu jak Auvers. Czy miał pan tam dostęp do tak świeżego powietrza jak tutaj? - Ojciec zatoczył ręką szeroki gest. - Miał pan tak spokojny, niczym niezakłócony widok na kryte strzechą domy i pola buraków cukrowych? Czy mógł pan rozstawić sztalugę obok bezkresnych rzędów kwitnących jabłoni bądź nad brzegiem wijącej się meandrami rzeki, takiej jak Oise?
Vincent potrząsnął przecząco głową.
- A przede wszystkim, na wypadek gdybyśmy zapomnieli - rzekł ojciec, uderzając w stół, by zaakcentować swoje przekonanie - nie było tam mnie!
Vincent zdobył się na uśmiech.
- Auvers-sur-Oise to miejsce, do którego przyjeżdżają artyści, by uciec przed gorączkowym i burzliwym życiem miejskim. Ci ludzie są moimi przyjaciółmi i leczę ich z powodzeniem moimi ziołami. - W głosie ojca słychać było uniesienie. - Czy wiedział pan, że sam Pissarro jest tak wielkim entuzjastą moich homeopatycznych specyfików, że leczę nimi niemal wszystkich członków jego rodziny? Powinienem pokazać panu te obrazy, którymi obdarowywał mnie przez lata w zamian za moje usługi! Mam w swojej kolekcji trzynaście jego prac!
Nie zapomnę wyrazu oczu Vincenta w tamtym momencie. Patrzył na ojca z taką nadzieją, z takim podziwem. Jakby szczerze wierzył, że papa posiada zdolność uleczenia wszystkiego, co go bolało i trapiło przez minionych trzydzieści siedem lat.
Pomyślałam więc, że to nieistotne, iż Vincent najwyraźniej nie widział mnie tamtego popołudnia - ani na stacji, ani w naszym ogrodzie. Najważniejsze, że ja go widziałam.
W drodze powrotnej do kuchni przystanęłam przy grządce maków rosnących przy furtce. Zatrzymałam się tam na chwilę, leciutko gładząc ich płatki. Kwiaty były wysokie i promienne, ich czerwone pąki otwierały się jak czary trąbek.
Musiałam być tak zaabsorbowana ich urodą, iż nie zdawałam sobie sprawy, że mimo wszystko Vincent najwyraźniej zauważył mnie tamtego dnia. Kiedy bowiem przyszedł się pożegnać, rozwarł dłoń i pokazał złożony na pół kwiat maku. Wyciągnął do mnie rękę i z utkwionym w moich oczach spojrzeniem powiedział:
- Dla pani, mademoiselle Gachet, maleńki czerwony wachlarzyk.
W 1999 roku wybrałam się na wystawę w Metropolitan Museum of Art, prezentującą obrazy z prywatnej kolekcji doktora Gacheta, lekarza opiekującego się van Goghiem w ostatnich miesiącach jego życia. Ekspozycja była niezwykła o tyle, że pokazywała nie tylko obszerny, zgromadzony przez doktora zbiór płócien Cézanne'a, Pissarra i van Gogha, namalowanych podczas wizyt tych artystów w Auvers-sur-Oise lub ich dłuższych pobytów, kiedy byli poddawani tam leczeniu, lecz również kopie tych samych obrazów wykonane przez Gacheta i jego syna Paula, gdy Vincent oraz inni artyści wyjechali już z miasteczka.
Wystawę uzupełniały fotografie wnętrza domu Gacheta, z których jasno wynikało, jak poważnie doktor przywiązywał się do swych pacjentów artystów - zwłaszcza do Vincenta van Gogha. Na czarno-białych zdjęciach można było zobaczyć niemal świątynną atmosferę, jaką Gachetowie utrzymywali w domu po śmierci Vincenta. Jego obrazy wisiały na każdej ścianie, a przedmioty, które wykorzystywał w martwych naturach, były na wyciągnięcie ręki. W tekście opisującym rodzinę zwracano uwagę, że Gachetowie strzegli swojej prywatności i żyli w dużym odosobnieniu. Syn Gacheta nigdy nie podjął pracy i mieszkał wraz z siostrą w domu ojca aż do końca swoich dni. Po śmierci doktora Gacheta treścią jego życia stały się znajomość twórczości van Gogha oraz - jako że Vincent został pochowany na cmentarzu w Auvers - opieka nad jego grobem.
Po przeprowadzeniu wstępnych badań odkryłam istnienie jeszcze bardziej intrygującej postaci w tym zbiorze ekscentryków. W katalogu wystawy Susan Alyson Stein pisze o tym, że jedyna córka Gacheta "Marguerite, która nigdy nie wyszła za mąż, była cichym i pełnym szacunku świadkiem tego poświęconego badaniom życia w skąpstwie, w domu zastygłym w przeszłości"*.
*Susan Alyson Stein, The Gachet Donation In Context: The Known and Little-Known Collections of Dr. Gachet, The Metropolitan Museum of Art, New York, 1999, str. 168.
Kim była ta cicha kobieta, która nigdy nie opuściła murów rodzinnego domu, a mimo to pozowała do dwóch obrazów Vincenta namalowanych podczas jego pobytu w Auvers? Marguerite Gachet w ogrodzie oraz Marguerite Gachet przy pianinie to dwa znakomite przykłady stosowania przez Vincenta zarówno symbolizmu, jak i wielobarwnej palety dla przedstawienia chorobliwie nieśmiałej modelki, trzymanej pod czujnym okiem apodyktycznego ojca. Umieszczając Marguerite w ogrodzie oraz przy pianinie - w jej dwóch ulubionych miejscach, gdzie sublimuje swoje pasje - Vincent był w stanie pokazać tę jej stronę, która umknęłaby przeciętnemu obserwatorowi. A to było zawsze jednym z celów Vincenta: posłużyć się farbą oraz okiem artysty, by sławić ukryte piękno obiektu.
Najbardziej zadziwiała adnotacja w katalogu wskazująca, że aukcję z 1934 roku, na której wystawiono Marguerite Gachet przy pianinie, podarunek od van Gogha wiszący w sypialni Marguerite przez ponad czterdzieści lat, przeprowadzono na zlecenie jej brata Paula, który zawsze był zazdrosny, że van Gogh nigdy nie namalował jego portretu**. W innej hipotezie posunięto się do sugestii, że był zazdrosny o rzekomy romans między tym dwojgiem, dlatego wziął odwet, zmuszając siostrę do sprzedaży obrazu.
** Tamże pod nr. 30.
Pytanie o motyw sprzedaży portretu stało się genezą tej powieści. Czy w ostatnich tygodniach życia Vincent nawiązał romans z Marguerite? Dziewczyna była z pewnością panną na wydaniu, skończywszy dwadzieścia jeden lat wkrótce po przybyciu Vincenta do Auvers. Jej ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym czyniłby ją szczególnie podatną na urok artysty, zwłaszcza takiego obieżyświata jak Vincent. Nie znając odpowiedzi, zaczęłam bardziej zagłębiać się w życie rodziny Gachetów, przede wszystkim tej cichej młodej kobiety, o której, jak się zdawało, nikt nic nie wiedział. Czego się natomiast nie spodziewałam, to odkrycia, że w domu Gachetów mieszkały pod kluczem dwie kobiety: Marguerite i Louise-Joséphine Chevalier, która, jak wielu przypuszcza, była nieślubnym dzieckiem doktora Gacheta z guwernantką Paula i Marguerite, Louise-Anne-Virginie Chevalier.
Natknęłam się na tę informację niemal przez przypadek. Podczas pierwszej wizyty w Auvers-sur-Oise zaprzyjaźniłam się z dyrektorką biura podróży, która powiedziała mi, że w miasteczku rezydują nadal dwie dziewięćdziesięciokilkuletnie kobiety, które mieszkały tam za życia Marguerite. Umówiła mnie na spotkanie. Jedną z kobiet była córka piekarza, madame Cretelle, która doskonale pamiętała, jak sprzedawała chleb oraz inne artykuły spożywcze cichej Marguerite. Drugą była madame Millon, która uczęszczała do szkoły, gdy Marguerite była już w podeszłym wieku, i pamiętała, że widywała ją idącą przez miasteczko.
Obie panie okazały się nieocenionym źródłem szczegółów, których nie znalazłabym nigdy w żadnym katalogu ani książce historycznej, takich jak stonowany strój Marguerite, który wkładała do kościoła, czy też nieśmiałość, z jaką pozdrawiała ludzi na ulicy, a ponadto dostarczyły mi lokalnych plotek, nieprzytaczanych w żadnych materiałach w języku angielskim, w których szukałam informacji. Najbardziej szokującą z tych rewelacji była postać Louise-Joséphine, która rzekomo mieszkała w domu Gachetów od czternastego do dwudziestego trzeciego roku życia i o której istnieniu nikt nawet nie wiedział, póki domu nie wystawiono na sprzedaż.
Madame Millon napisała książkę w języku francuskim, w której informuje o odnalezieniu metryki urodzenia dziecka, ale nazwisko ojca nie jest wymienione w dokumencie. Są jednak inne wskazówki co do ojcostwa. Na przykład Gachet podpisał się na dokumencie, który potwierdza, że dziewczyna nie urodziła się ze związku cudzołożnego, będzie zatem mogła w przyszłości wyjść za mąż. Jej imię, Louise-Joséphine, jest podobne do imienia ojca doktora Gacheta, Louisa-Josepha. Ponadto jej poczęcie zbiega się z okresem poprzedzającym zaręczyny doktora Gacheta z przyszłą żoną, matką Marguerite i Paula, która zmarła na gruźlicę, kiedy Marguerite była jeszcze dziewczynką. Madame Millon w swojej książce Vincent van Gogh a Auvers*** spekuluje, że doktor poznał madame Chevalier przed swoim ślubem i kontynuował tę znajomość (oraz finansowe wsparcie dla Louise-Joséphine) aż do śmierci żony. Po jej odejściu zaprosił madame Chevalier do swego domu w charakterze guwernantki swoich dzieci. Później dołączyła do nich Louise-Joséphine.
*** Claude Millon, Marie-Paule Défossez, Vincent van Gogh a Auvers, Auvers-sur-Oise 1998 [przyp. red.].
Strzegąc zaciekle swojej prywatności, doktor Gachet odmówił pannie Chevalier pozwolenia na pokazywanie się w miasteczku. W listach van Gogha nie ma żadnej wzmianki o spotkaniu guwernantki bądź jej córki, można zatem przypuszczać, że Gachet, obawiając się lokalnych plotek, celowo ukrywał je przed artystą.
Korzystając skwapliwie z tej informacji, zaczęłam tworzyć szkic Zakochanej modelki, oddając głos tym dwóm kobiecym postaciom zepchniętym na margines historii, a zwłaszcza Marguerite. Korzystając z koncepcji, że Marguerite była nie tylko muzą Vincenta w ostatnich miesiącach jego życia, lecz również obserwatorką budzących wątpliwości praktyk medycznych ojca w leczeniu Vincenta oraz ofiarą gniewu własnego brata, starałam się stworzyć narrację, w której jej przeżycia wychodzą na światło dzienne za sprawą jedynej namacalnej spuścizny: dwóch ukończonych portretów Marguerite namalowanych przez van Gogha oraz jeszcze jednego, o którym artysta wspomina swojej siostrze Willeminie, przedstawiającego Marguerite przy niewielkich organach, upozowaną na współczesną świętą Cecylię****, badacze uważają jednak, że ten portret nie został nigdy ukończony.
**** The Letters of Vincent van Gogh wybrane i opracowane przez Ronalda de Leeuwa, Penguin Books 1996, str. 498.
Wskazówki ukryte na płótnach van Gogha (na przykład naparstnice na portrecie doktora Gacheta, które mogą wywoływać skutki uboczne, takie jak niepokój i palpitacje serca, i mogły być niewłaściwie stosowane w leczeniu samego van Gogha, sugestia nigdy nieukończonego obrazu) stanowią część tajemnicy spowijającej ostatnie tygodnie życia Vincenta w Auvers. W ciągu siedemdziesięciu dni, jakie spędził we wsi, powstało ponad siedemdziesiąt obrazów. Zakochana modelka stawia sobie za cel zbadanie inspiracji, z której powstał ostatni obraz.
Powstanie tej książki nie byłoby możliwe bez znakomitych studiów Anne Distel oraz Susan Alyson Stein, których katalog do wystawy Cézanne to Van Gogh: The Collection of Doctor Gachet (Od Cézanne'a do van Gogha: kolekcja doktora Gacheta) w Metropolitan Museum of Art posłużył za inspirację do tej powieści. Wiele zawdzięczam także Ronaldowi Pickvance'owi oraz jego badaniom, które zaowocowały publikacją The Complete Letters of Vincent Van Gogh wydaną przez New York Graphic Society*.
* W Polsce ukazały się jedynie listy Vincenta do Theo: Vincent van Gogh, Listy do brata, Warszawa 2002 [przyp. red.].
W Auvers-sur-Oise państwo Cretelle zasypali mnie cudownymi anegdotami z życia rodziny Gachetów, zwłaszcza wspomnieniami o Paulu i Marguerite Gachetach. Badania madame Millon nad Vincentem van Goghiem oraz jej drobiazgowy opis szczegółów życia w Auvers u schyłku XIX stulecia także okazały się nieocenione. Specjalne podziękowania należą się Catherine Galliot z agencji turystycznej w Auvers-sur-Oise, która przedstawiła mnie tym wspaniałym osobom, jak również umożliwiła prywatne zwiedzanie domu Gachetów, który dopiero od niedawna jest udostępniony szerszej publiczności.
Rosalyn Shaoul - dziękuję Ci za niezmordowane wysiłki w moim imieniu. Przeczytałaś liczne wersje robocze mojej książki, przetłumaczyłaś z francuskiego wszystkie potrzebne mi dokumenty i byłaś wspaniałą trampoliną do rozwinięcia tak wielu niuansów tej powieści. Doprawdy nie wiem, jak Ci dziękować, i książkę tę należy dedykować właśnie Tobie. Meredith Hassett, Nikki Koklanaris, Jardine Libaire, Sarze Shaoul oraz Heather Rowland - dziękuję każdej z Was za uważną lekturę tej książki. Mojemu mężowi - dziękuję za wsparcie, cierpliwość i zachętę do rozwijania skrzydeł wraz z każdą napisaną przeze mnie powieścią.
I na koniec podziękowania dla mojej agentki Sally Wofford-Girand za wiarę w tę powieść oraz dla nieżyjącej już Leony Nevler, której spodobała się ona na tyle, że zdecydowała się na jej wydanie.
Rozdział II
Miałam zaledwie trzy lata, gdy przeprowadziliśmy się z naszego mieszkania w Paryżu przy rue du Faubourg-Saint-Denis do Auvers-sur-Oise. W tym czasie u mamy zdiagnozowano już gruźlicę; mój brat jeszcze się nie narodził.
Paul przybył na świat w następnym roku rankiem, w dniu moich czwartych urodzin. Wysiłek drugiego porodu wyraźnie opóźnił powrót matki do zdrowia i po wydaniu na świat Paula nie zabawiła w domu zbyt długo. Kilka miesięcy później wyjechała na południe Francji w poszukiwaniu zdrowszego klimatu. Wróciła po roku, nadal chora i bardzo niezadowolona, że już nie otaczają jej wygody i rozrywki towarzyskie mieszczańskiego życia w Paryżu.
Wiedziałam, tak jak dziecko intuicyjnie wyczuwa nastrój każdego z rodziców, że matka jest nieszczęśliwa. Nie pamiętam, by w naszym domu rozlegał się śmiech, i zachowałam nieliczne wspomnienia mamy bawiącej się z Paulem lub ze mną.
Mimo to z całych sił starałam się ją zadowolić, tak więc już jako małe dziecko pielęgnowałam w sobie pragnienie dogadzania innym oraz awersję do zadawania niepotrzebnych pytań. Nigdy nie wątpiłam w słowa ojca, gdy oznajmił, że przeprowadzamy się do Auvers-sur-Oise ze względu na jej zdrowie.
- Świeże powietrze i czysta woda dobrze zrobią twojej matce - powiedział, gdy nasza gosposia pakowała moje ubrania i zabawki.
Dom kupił zaledwie miesiąc wcześniej od państwa Lemoine, emerytowanego malarza pokojowego i nauczycielki. Budynek służył latami za internat i szkołę.
Rano w dniu planowanej przeprowadzki załadowaliśmy do powozu kufry i sakwojaże z naszym paryskim dobytkiem i wyruszyliśmy do Auvers. Skrzynie ze starannie zapakowanymi porcelaną i srebrami, ciemne, niemal czarne meble - palisandrowe łóżko matki, jej misternie rzeźbioną komodę w stylu Ludwika XIII - wszystkie rzeczy, które kochała i które należały do jej posagu, zapakowano na osobny wóz, który jechał z tyłu.
Wciąż stoi mi wyraźnie w pamięci obraz matki z tamtego popołudnia. Jej twarz z profilu, wyrzeźbiona jak idealna kamea; rubinowe usta, śnieżnobiała cera. W jednej ręce trzyma koronkową chusteczkę, którą przykłada do twarzy, by stłumić kasłanie. Długie blade palce drugiej dłoni nerwowo zatapiają się w szkarłatnej tapicerce powozu; oszlifowany w rozetę brylant migocze w szybie.
Ojciec pochyla się ku niej, gdy powóz staje, po czym informuje ją, że zajechaliśmy na miejsce. Ona odwraca głowę do okna. Dom znajduje się wysoko na pagórku, do drzwi frontowych wiedzie długie podejście. Będzie musiała wspiąć się po stromych stopniach, by wejść do tego niczym niewyróżniającego się budynku; z malutkimi oknami przesłoniętymi okiennicami, bez balkonu, z wąskimi drzwiami wejściowymi. Matka odwraca się do ojca i potrząsa głową.
Stangret otwiera drzwi powozu, ona wysiada i staje na chodniku. Dostrzega niewielki malowany szyld wiszący na żelaznej latarni przy furtce: SZKOŁA Z INTERNATEM DLA DZIEWCZĄT, DYREKTORKA MME LEMOINE.
- To jest ten dom, Paulu-Ferdinandzie? - pyta.
Ojciec potakuje głową, spoglądając na swój najnowszy nabytek, na jego twarzy maluje się wyraz pełnej satysfakcji.
Nie widzi rozczarowanej miny matki. Wbiega już susami po schodach. Matka stoi w satynowej sukni ze stójką wokół szyi. Po jej policzkach spływają łzy.
Rozpakowywała się stopniowo, ponieważ była słabego zdrowia i nadmiar zajęć by ją wyczerpał. Poprosiła papę o wstawienie do salonu sofy z ciemnego drewna z aksamitnym siedziskiem i foteli do kompletu. Pianino ustawiono w rogu, drewnianą klapę nakryto koronkową narzutą. Przypuszczam, że matka wyobrażała sobie siebie, jak gra dla gości sączących kawę z porcelanowych filiżanek, które należały niegdyś do jej matki, skubiących ciasta wypiekane przez domowego kucharza, którego udawała, że zatrudnia.
Nad kominkiem stanął marmurowy zegar z wahadłem; pudełka z japońską porcelaną, nieszkliwioną ceramikę, wazony oraz wysokie świece w ozdobnych świecznikach poustawiano starannie na półkach. Kuchnia, choć mała, mogła pomieścić jej skromny zbiór patelni i rondli. Dębowy kredens, który zawierał dwa komplety ręcznie malowanych talerzy, stał w części jadalnianej. W otwartych kuchennych drzwiach zawieszono algierską zasłonę w pasy.
Chociaż wszystko zostało już rozpakowane i rozmieszczone, tak że wnętrze nabrało charakteru porządnego mieszczańskiego domu, matka wciąż sprawiała wrażenie nieszczęśliwej i znużonej. Ku jej wielkiemu rozczarowaniu ojciec nadal utrzymywał nasze mieszkanie w Paryżu, gdzie nocował kilka razy w tygodniu, przyjmując ponoć pacjentów umówionych na późne godziny. Nie chciał jednak pozwolić, byśmy do niego dołączyły, podając słabe zdrowie mamy za powód pozostawiania nas na miejscu.
Matka stawała się coraz bardziej rozdrażniona w naszym nowym domu. Często skarżyła się na wilgoć, dużą odległość od Paryża oraz brak ludzi, z którymi mogłaby, jak sądziła, utrzymywać kontakty towarzyskie. Nie znosiła symetrycznego układu budynku, jego położenia wysoko na pagórku, dziewięciu zaopatrzonych w okiennice okien oraz niesłychanie pospolitej tynkowanej fasady. Dom był pozbawiony choćby jednego skromnego ozdobnika, choćby pojedynczego rzeźbionego cherubina, choćby jednego kutego ornamentu. Mówiła, że cały czas wygląda jak internat, a to przyprawiało ją o płacz.
Po urodzeniu Paula sprawy tylko się pogorszyły. Wciąż nękała ją choroba. Pewnego dość przygnębiającego wieczoru, gdy wróciła z przerwanego wypoczynku w Prowansji, a ja bawiłam się cichutko z Paulem w swoim pokoju, usłyszeliśmy, jak wlecze się ze swojej sypialni i wrzeszczy na papę.
- Dla ciebie! Dla ciebie, Paulu-Ferdinandzie, przeprowadziliśmy się tutaj! Nie dla mnie! Wykorzystujesz mój posag dla swoich celów!
Próbował ją uspokoić, chwytał za ramiona i błagał. Miała w ręku flakonik z jedną z nalewek ojca i cisnęła nim o ziemię, szkło roztrzaskało się na podłodze.
- Chcę się widzieć z moim osobistym lekarzem! - krzyczała. - Prędzej wypiję arszenik niż którąś z tych twoich ohydnych mikstur! Nie jestem głupia! Znam prawdziwy powód, dla którego chcesz trzymać mnie z dala od Paryża!
Jej krzyk niósł się po wysokim, wąskim domu i pamiętam, jak próbowałam stłumić przenikliwy głos matki, zatykając sobie uszy. Ale nawet kiedy ojcu udało się ją uciszyć, pretensje matki wsiąkły głęboko w wilgotne tynkowane ściany naszego domu, a jej podejrzenia wobec ojca głęboko zapadły mi w umysł.
Niespełna tydzień później - dwa dni przed śmiercią - matka wystroiła się od stóp do głów w swój najlepszy paryski strój. Upudrowała twarz i użyła zbyt dużo różu, nakładając makijaż warstwami, tak jak czynią osoby niedomagające, które wierzą, że można zatuszować chorobę i ukryć ją pod maską dobrego zdrowia.
Nie słuchała, kiedy pielęgniarka próbowała powstrzymać ją przed udaniem się powozem na dworzec. Ojciec wyjechał wcześnie rano na umówione wizyty w Paryżu, a matka uparła się, że musi do niego dołączyć.
Nie pocałowała mojego brata ani mnie na do widzenia. Zeszła po schodach w tumanie czerni, jedwabna materia wlokła się za nią po ziemi. Kiedy jednak przy wsiadaniu do powozu uniosła spódnicę, zauważałam, że w pośpiechu włożyła dwa zupełnie różne buty - czarny trzewik z cielęcej skóry i pantofel z czarnego prążkowanego jedwabiu. Przy obu luźno zwisały niezawiązane tasiemki.
Matka nie wróciła już do naszego domu w Auvers. Zmarła nie w swoim palisandrowym łożu z baldachimem, jak chciał ojciec, lecz w naszym pierwszym mieszkaniu przy rue du Faubourg-Saint-Denis. Miałam wtedy sześć lat. Mój brat dopiero dwa.
Niecały tydzień później zjawiła się madame Chevalier. Powiedziano nam, że będzie naszą guwernantką. Lecz, co dziwne, została u nas nawet wtedy, kiedy wkroczyliśmy z Paulem w wiek dojrzewania.
Przybyła praktycznie z jedną walizką, ciemne włosy miała zaczesane w luźny kok. Była ubrana w pospolitą czarną suknię: z filcowanej wełny, ze srebrnymi guzikami. Zimowa suknia na początku wiosny. Żadnego koronkowego kołnierza, żadnych zwężanych rękawów z ozdobną lamówką. Góra sukni była jednak obcisła, tak że materiał podkreślał wąską talię. Tuż poniżej pasa można było dojrzeć szpiczaste kości biodrowe wystające przez grubą tkaninę. Gdy się pojawiła, ucałowała papę w oba policzki, zostawiając na jego skórze różowy odcisk warg.
On rozpiął swój zielony parasol, żeby chronić ją przed słońcem. Przechyliła głowę, by pozostawać w cieniu, kiedy pięli się ku domowi. Pamiętam stukanie jej trzewików na ogrodowych schodach, spódnicę ocierającą się zbyt blisko nóg papy.
Zachowywałam podejrzliwość wobec madame Chevalier od chwili jej przybycia. Nie była naszą matką, a mimo to papa zachęcał ją - niemal od razu - do zajęcia pozycji pani domu.
Z drugiej strony mój brat Paul miał niewielką szansę na przywiązanie się do naszej matki. Dlatego w jego oczach madame Chevalier była mile widzianym nowym domownikiem. Wychowywała go z wielką czułością, obsypywała uczuciem i hołubiła, jakby był jej własnym dzieckiem.
Niemal od momentu pojawienia się w naszym domu swobodnie tuliła go w ramionach. Pamiętam, jak przyglądałam się, gdy kołysała go przy piersi jak koszyk. Kilka kosmyków czarnych włosów wysunęło się jej z koka, a mój maleńki braciszek wyciągnął rączki i szarpał je jak cugle wyimaginowanego konia.
Było jasne, że przybycie madame Chevalier wywarło wpływ także na ojca. Zmiany, jakie w nim zaszły, stały się widoczne niemal od samego początku. Rzadziej jeździł do Paryża, spędzał więcej czasu w domu i zaczął zapraszać ze stolicy zaprzyjaźnionych artystów na wspólne malowanie w ogrodzie.
Skorzystał nawet z okazji i po śmierci matki odnowił część domu. Postanawiając zbuntować się przeciwko temu, co uważał za burżuazyjny gust zmarłej żony, uznawany przez niego za coś całkowicie przeczącego inteligencji, umieścił pośród jej antyków osobliwe pamiątki pozbierane od przyjaciół artystów. Formalną perfekcję zastąpiła ekscentryczność. W rogu bawialni zawisła pusta bambusowa klatka dla ptaków. Na gipsowej ścianie powieszono na kołku pozbawione strun skrzypce. Za szklanymi drzwiami etażerki poustawiał rzędem sztychy i grafiki, które jego zdaniem nie były wystarczająco dobre technicznie, by zasłużyć na oprawę.
Zamienił wybrane przez matkę stonowane barwy ścian zarówno w swojej sypialni, jak i w pokoju, gdzie sypiała madame Chevalier, na jaskrawe kolory i tapety w zawiłe wzory. Jedne z drzwi w pobliżu schodów pomalował na odcień intensywnej czerwieni i wypisał na nich pionowo z boku wielkie czarne chińskie znaki, ściany korytarzy pokrył tapetami przedstawiającymi półleżące rzymskie akty.
Zachował wszakże szarości i blade zielenie ścian w salonach na parterze oraz ciężkie ciemne meble, które matka sprowadziła z Paryża. Tak więc na zewnątrz, a także w oczach tych, którzy złożyli nam wizytę po śmierci matki, nasz dom utrzymał ten sam posępny charakter. Natomiast na wąskich wyższych piętrach nastąpiła niezwykła zmiana.
Z początku podobała mi się paleta turkusów i szkarłatów wybrana przez ojca do pokojów madame Chevalier i własnego, oddzielonych od siebie podłogą. Jednak z wiekiem zmieniłam zdanie. Zaczęłam postrzegać je jako prostackie - wręcz krzykliwe - i unikałam wchodzenia do ich sypialni, ponieważ takie barwy mi przeszkadzały. Nawet nagie postaci na ścianach korytarza zaczęły mnie krępować.
Nauczyłam się zaszywać albo w azylu naszego ogrodu za domem, albo w zaciszu mojego własnego pokoiku. Był najmniejszy i najskromniejszy w całym domu, ale lubiłam go najbardziej. Podobało mi się, że jest cofnięty, więc jego ściany nie podpierały ścian sypialni madame Chevalier. Był to jedyny fragment domu, który należał całkowicie do mnie. Na skromny wystrój składało się kilka starych sprzętów należących dawniej do matki, w tym palisandrowy stolik nocny, sekretarzyk oraz kilka porcelanowych figurek.
Najbardziej lubiłam dziewczynę w jaskrawej kolorowej sukni. Sztywna porcelanowa spódnica była pomalowana w małe szkarłatne kropki, opinający talię gorset miał barwę bladego błękitu. Dziewczyna rozkładała delikatne białe dłonie, jak gdyby nieustająco przyjmowała zaproszenie do tańca, a ja patrzyłam na nią, zapadając w sen. Jej czarne oczy i rubinowe usta uśmiechały się do mnie, gdy marzyłam o późnych paryskich wieczorkach tanecznych i sznureczku nazwisk zapełniających mój karnet.
Rozdział III
Choć ojciec zapowiedział nam, że madame Chevalier będzie naszą guwernantką, od początku było jasne, że ma niewielkie przygotowanie nauczycielskie. Nie przynosiła ze sobą żadnych wypisów, lektur czy ołówków, a jedynie dla mnie kilka wzorów haftu na kanwie.
To, co zaczynało się po śniadaniu jako lekcja, nieodmiennie kończyło się niańczeniem mojego brata na kolanach i przepisywaniem przeze ze mnie liter alfabetu na kilku kartkach papieru, które wyrywała ze szkicownika ojca.
Kiedy opanowaliśmy już z bratem umiejętność czytania, niewiele więcej umiała nam zaoferować. Czasem przynosiła dwie książki z biblioteki ojca i kazała nam je po południu czytać. "Wasz ojciec powtarza, że jeśli będziecie czytać, będziecie też potrafili odpowiedzieć sobie na wszystkie pytania dotyczące świata", mawiała. Lecz, co dziwne, nigdy nie widziałam, by sama pochylała głowę nad lekturą. Wolała siedzieć przy kominku i oglądać wykroje krawieckie, które zamawiała pocztą.
Brak intelektualnego zapału nadrabiała nadskakiwaniem naszemu ojcu. Nie było większych wątpliwości co do tego, jak bardzo go wielbiła. W przeciwieństwie do matki, która wydawała się wiecznie na papę zirytowana, madame Chevalier nigdy nie miała go dość. Darzyła go niemal bezgranicznym podziwem. Kiedy papa był zajęty uprawą ziół, ona przysuwała sobie ogrodowy stołeczek i obserwowała go całymi godzinami. Kiedy wracał późno do domu, zmęczony dniem pracy w Paryżu, kazała mnie i Paulowi zachowywać się cicho, sama zaś szła na górę i przygotowywała dla niego ciepłą kąpiel, przynosząc mu szklaneczkę sherry na jednej ze srebrnych tac mamy.
Często mówiła nam, jaki nasz ojciec jest mądry, i przypominała, że jesteśmy w czepku urodzeni - bo wielu dzieciom los tak nie sprzyja. "Mnóstwo dzieci w Paryżu odcięłoby sobie prawą rękę, by mieć to, co wy macie", mawiała nieraz. "Dom z ogrodem, mnóstwo zwierząt, z którymi można się bawić...". Za każdym razem, kiedy to powtarzała, tęsknie zawieszała głos.
Bez względu na to, jak bardzo się starała, ja wciąż miałam ją w niewielkim poważaniu. Wyraźnie brakowało jej wdzięku czy też wytworności mojej zmarłej matki, dlatego irytował mnie zachwyt papy jej osobą.
Ojciec zaczął zwracać się do niej po imieniu - Virginie - dość szybko po jej zamieszkaniu w naszym domu i choć z początku mnie to bulwersowało, często słyszałam, jak rozmawiają przyciszonym głosem w jego sypialni na górze. Późnym wieczorem, gdy Paul i ja powinniśmy już leżeć w łóżkach, rozlegały się pomruki i tłumione chichoty. Przy kolacji zdarzało się papie puścić do niej oko, gdy sądził, że patrzę w stronę kuchni.
Jednak nic nie mogło przygotować mnie na skandal, który wybuchł sześć lat później. Tuż przed moimi dwunastymi urodzinami papa oznajmił, że madame Chevalier ma córkę mniej więcej w moim wieku.
- Przez sześć lat dziewczynka mieszkała ze swoją babką w Paryżu - wyjaśnił, odrywając od ust kieliszek z winem. - Ale doszły nas ostatnio smutne wieści. Matka madame Chevalier zachorowała i nie może dłużej opiekować się dzieckiem.
Papa wysączył kolejny łyk wina i spojrzał Paulowi i mnie prosto w oczy.
- Właśnie wróciła z pobytu na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie pomagała moim przyjaciołom ze studiów medycznych przy dwojgu małych dzieci. Miałem nadzieję, że kiedy skończą się jej obowiązki u państwa Lenoir, babka zdąży wydobrzeć. Ale wygląda na to, że tak się nie stało.
Paul i ja wpatrywaliśmy się w papę, zachodząc w głowę, dlaczego nam to wszystko mówi.
- Uczyniłem zatem, co przystało. - Odchrząknął. - Zaprosiłem Louise-Joséphine, by z nami zamieszkała.
Paul i ja spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem.
- Papo, zamieszka z nami tutaj, w Auvers? - Buzia Paula wyrażała zdziwienie. Choć miał wówczas zaledwie osiem lat, także uważał przybycie innego dziecka do naszego domu za rzecz osobliwą.
Ja jednak nie mogłam pohamować wzburzenia.
- Louise-Joséphine ma teraz czternaście lat. Miałem przyjemność ją poznać, kiedy byłem w Paryżu, i przyznaję, że jest czarującą młodą damą. Sądzę, że ucieszysz się z obecności drugiej dziewczynki w domu, Marguerite. Miło będzie mieć dziewczęce towarzystwo, a w dodatku pomoże ci opiekować się bratem. Doktor Lenoir mówi, że okazała się dla nich wyjątkowo pomocna.
Wirowało mi w głowie. Jak ojciec mógł w ogóle rozpatrywać tego rodzaju układ? Jak papa, który zawsze tak chronił swoją prywatność, zamierza wytłumaczyć mieszkańcom wsi, że rzekoma guwernantka mieszka pod jego dachem z własną córką: czy jest to dziecko z nieprawego łoża, czy madame Chevalier jest wdową z dorastającą córką - każda z wersji wywoła we wsi falę plotek.
Niepotrzebnie martwiłam się o takie szczegóły, ponieważ kilka minut później ojciec pouczył nas, w jaki sposób nie dopuści do uwłaczających mu plotek.
- Oczywiście będziemy musieli utrzymywać to w tajemnicy. Madame Chevalier nie życzy sobie plotek na swój temat. - Papa przerwał. - Dziewczyna została już poinformowana, że nie będzie jej wolno wychodzić poza dom.
Pamiętam, jak zerknął na mnie Paul. Na jego twarzy malowało się wyraźne zdziwienie.
Czy to, co proponował papa, nie było odrobinę absurdalne? Jak obecność tej dziewczyny mogła pozostać tajemnicą? Wiedziałam jednak, jak niewielki kontakt ze światem zewnętrznym miałam ja sama. A zatem nie będzie jej dane pójść na targ czy do kościoła, przypuszczałam jednak, że pod innymi względami jej życie nie będzie różniło się wiele od mojego.
Przyjechała w słoneczne popołudnie. Papa odebrał ją ze stacji, a jej matka pozostała w domu. Była szczupła, miała kasztanowe włosy i ciemnobrązowe oczy. Cerę miała w cieplejszym odcieniu, oczy dużo ciemniejsze od moich.
Papa wydawał się dziwnie dobrze znać Louise-Joséphine, podobnie jak madame Chevalier, gdy zjawiła się u nas po raz pierwszy. Z ojcowską czułością pomógł dziewczynie wejść do domu, oprowadzając ją po każdym pomieszczeniu i nalegając, by czuła się jak u siebie.
Podobnie jak przybycie jej matki wiele lat wcześniej, wkroczenie Louise-Joséphine do naszego domu wydawało się ożywić papę. Kilka miesięcy po jej przyjeździe wytapetował dla niej pokój, pozwalając jej wybrać wzór z dużego katalogu dekoratorskiego, który przywiózł pewnego popołudnia z Paryża. Wybór desenia w potrójne kwiaty i ozdobnej bordiury w lilie zajął jej najwyżej kilka sekund. Odcienie tapety kojarzyły się z cukiernią - tworzyły paletę sorbetowych różów i kakaowych brązów. Pamiętam ojca komplementującego jej "znakomity gust".
Na początku nie przeszkadzało mi, że Louise-Joséphine zamieszkała z nami. Podobał mi się pomysł obecności dziewczyny w wieku zbliżonym do mojego. Lecz ona była ostrożna. Nawet nie próbowała zaprzyjaźnić się ze mną, wolała trzymać się z dala. Czasami na prośbę matki zajmowała się Paulem, szykując mu kąpiel albo reperując jego ubrania, kiedy podarł je w ogrodzie. Przed jej przybyciem należało to do moich obowiązków, teraz jednak wydawało się, że madame Chevalier czuje się zręczniej, prosząc o ich wykonanie własną córkę zamiast mnie.
Przez tyle lat pomagałam madame Chevalier w kuchni, że zaczynałam teraz sama gotować wiele posiłków dla rodziny, jak również robić zakupy. Miałam wrażenie, że jestem wreszcie gotowa przejąć prowadzenie domu po matce, przestawiając jej bibeloty przy odkurzaniu półek, polerując mosiężną rzeźbę dziewczyny, która zdobiła marmurowy zegar z wahadłem, zaciągając kotarę w drzwiach, gdy rozpoczynałam przygotowania do kolacji.
Wraz z upływem kolejnych tygodni Louise-Joséphine zaczynała powoli wtapiać się w nasz dom, podobnie jak nowo nabyte przez ojca obrazy. Dziewczyna zlewała się z gipsowymi ścianami jak farba, rzadko odzywała się niepytana, nigdy nie czyniła zbędnego hałasu, sunęła po domu milcząco, jak przezroczysta tkanina.
Wypełniała dni zdobieniem małych pudełeczek techniką découpage'u albo przeglądaniem przywiezionych z Paryża magazynów. Czasem jednak zatrzymywałam się i widziałam, jak wykonuje czynności, które, jak mi się zdawało, należały do moich obowiązków. Kiedy brała Paula za rękę i prowadziła go do kąpieli, dostrzegałam w jego oczach to samo uwielbienie, które żywił dla madame Chevalier, gdy zjawiła się u nas po raz pierwszy po śmierci matki. I znów poczułam tę samą wzbierającą falę niechęci, która towarzyszyła przybyciu guwernantki.
Wkrótce porzuciłam wszelką myśl o zaprzyjaźnieniu się z Louise-Joséphine. Pozdrawiałam ją na korytarzach, kiedy mijałyśmy się, by usiąść do stołu, lecz poza tym nasze kontakty pozostały chłodne.
Pomimo wzajemnego braku sympatii Louise-Joséphine szybko uczyła się zasad życia w naszym domu. Przystosowała się do wyraźnej różnicy w naszym postępowaniu, kiedy byliśmy w gronie rodzinnym i kiedy podejmowaliśmy gości. W tym drugim wypadku wycofywała się na piętro. Nawet podczas odwiedzin zaprzyjaźnionych artystów z Paryża - którzy, o dziwo, wydawali się zaznajomieni z madame Chevalier, jakby była dawno niewidzianą przyjaciółką - nigdy nie przedstawiano Louise-Joséphine.
Czasem także madame Chevalier musiała zostać na górze. Kiedy jakiś gość z Paryża przyjeżdżał na obiad, papa mówił madame Chevalier, iż byłoby mu niezręcznie wyjaśniać, dlaczego jego duże już dzieci nadal potrzebują guwernantki, a ona kiwała tylko głową i udawała się na piętro, jakby w pełni rozumiała sytuację. Najwyraźniej przekazała córce całą swoją wiedzę w zakresie sztuki pozostawania niewidzialną i niesłyszalną. Obie potrafiły chodzić na palcach, a także wynajdować sobie zajęcia na długie godziny, ponieważ siedziały cicho jak mysz pod miotłą, gdy papa podejmował gościa. Na górze, nad salonem utrzymanym w stonowanych barwach, sekretne życie papy chowało się przed wścibskimi spojrzeniami w pomalowanych na jaskrawe kolory pokojach.
Jednak gdy byliśmy sami, nie na widoku publicznym, egzystowaliśmy jak coś na kształt osobliwej rodziny, z madame Chevalier oraz jej córką zachowującymi się nie jak służba, lecz żyjącymi wśród nas na prawach najbliższych krewnych. Ojciec zdawał się często okazywać więcej serdeczności Louise niż Paulowi lub mnie, czule głaszcząc ją po ramieniu, gdy go mijała. I choć nie opłacał jej prywatnych lekcji fortepianu, tak jak mnie i mojemu bratu, żywił dla niej pewną tkliwość. Gdyby mógł ustawić swoje dzieci w hierarchii, tak jak zawieszał płótna na ścianie, Louise-Joséphine byłaby niesygnowanym obrazem najbliższym jego sercu.
Rozdział IV
Miłość do muzyki odziedziczyłam po matce. Kiedy była zdrowa, jeszcze w Paryżu, codziennie grała na fortepianie, czasem nawet komponowała własne melodie. Gdy po latach ćwiczeń osiągnęłam większą biegłość, ojciec prosił mnie, żebym zagrała, gdy nasz dom odwiedzał któryś z zaprzyjaźnionych artystów.
Wkrótce po śmierci matki zatrudnił nauczycielkę gry na fortepianie w nadziei, że ujawnię talent, jaki miała ona. Madame Dutreau należała do wąskiego grona osób spoza artystycznego kręgu przyjaciół papy, które, jak pamiętam, były wpuszczane do naszego domu. Polubiła mnie od razu, ponieważ zawsze sumiennie wykonywałam zadawane co tydzień ćwiczenia, w przeciwieństwie do mojego młodszego brata, który wydawał się nieustannie roztargniony.
Uwielbiałam ją. Była wysoka i elegancka. Pachniała świeżo ściętymi różami oraz odrobiną mięty. Jej gra zniewalała. Szczupłe palce przemykające po klawiszach o barwie kości słoniowej przypominały jędrne białe pędy szparagów.
Jakże wypatrywałam jej cotygodniowych wizyt! Były dla mnie jak podmuch świeżego powietrza. Ona zaś była nie tylko nauczycielką muzyki, lecz także nicią łączącą mnie ze światem zewnętrznym. Dokładnie wiedziała, jakie powieści lubią czytać dziewczęta w moim wieku, i przynosiła mi je, wsuwając książki między nuty.
Czasem, kiedy skończyła udzielać Paulowi lekcji fortepianu, zapraszałam ją na herbatę. Jadłyśmy ciasto i rozmawiałyśmy o pożyczonej mi przez nią powieści. Często pytała mnie o pracę w ogrodzie lub podsuwała przepis, który mógł przypaść mi do gustu.
Natomiast papa odnosił się do naszej przyjaźni podejrzliwie. Kiedy odkrył, że nauczycielka przynosi do naszego domu coś więcej niż nuty, wpadł w furię. "Płacę jej za naukę gry na fortepianie, a nie decydowanie, jakie masz czytać romanse!", gderał pewnego wieczoru przy kolacji. Błagałam, żeby nie odbierał mi tych lekcji, lecz on pokręcił przecząco głową. Kilka dni później wypowiedział nauczycielce posadę, informując mnie jedynie, że "już dość się nauczyłam od madame Dutreau". W jego mniemaniu nie była niezbędna w mojej dalszej edukacji - posiadłam już umiejętności, by doskonalić się teraz samodzielnie.
Choć byłam przygnębiona brakiem wizyt madame Dutreau, kontynuowałam grę na pianinie przez lata. Kiedy Vincent przyszedł do nas po raz drugi tamtego popołudnia w 1890 roku, grałam Chopina w salonie. Ćwiczyłam ostatnio miękkie, płynne dźwięki impromptu Chopina i tak mnie ono zachwyciło, że straciłam zainteresowanie wprawianiem się w jakichkolwiek innych utworach. Stwierdziłam, że moje palce w naturalny sposób polubiły tę melodię, a kiedy ją grałam, przenosiłam się w inny świat. Nie byłam już zamknięta w ścianach ojcowskiego domu, zmuszona do bycia oddaną córką i posłuszną służącą dogadzającą jemu i jego kaprysom. Nie ograniczały mnie już pola i wąskie uliczki naszej wsi. Kiedy zasiadałam do instrumentu, znajdowałam się w innym świecie; takim, w którym mogłam nieskrępowanie podróżować, w którym czułam się piękna i ujmująca. Na całej kuli ziemskiej istniały tylko dwa miejsca, w których czułam się w pełni swobodnie: mój ogród i moje pianino. W obu tych miejscach nie byłam córką Paula-Ferdinanda Gacheta, lecz po prostu sobą.
Kiedy Vincent zjawił się u nas po raz drugi, nie przyniósł podarunku dla domu ani bukietu kwiatów. Przyszedł ot tak, niosąc na plecach sztalugę oraz pudełko z farbami. Tym razem to ja otworzyłam drzwi, ponieważ Vincent należał do tych gości, których papa nie chciał przedstawiać ani madame Chevalier, ani Louise-Joséphine.
- Dzień dobry, mademoiselle. Pani ojciec powiedział, że mogę przyjść i malować w ogrodzie... - Mówił szybko, ale jego francuszczyzna była oficjalna i uprzejma. Pod rondem kapelusza dostrzegałam gładką skórę i płowe piegi, które skojarzyły mi się z nakrapianym sójczym jajem.
- Ależ tak, oczywiście - odparłam nieśmiało i przyłożyłam rękę do piersi. - Ojca dzisiaj nie ma. Pojechał do Paryża na konsultacje.
Wyglądał na wyraźnie rozczarowanego, nie zastawszy papy w domu.
- Czy mogę przekazać dla niego wiadomość? - zapytał.
- Tak, proszę bardzo - rzekłam.
W progu prezentował się niemal dziecinnie. Miał ubranie zbyt obszerne jak na swoją drobną posturę, głos mu drżał. Było jasne, że czuje się przy mnie odrobinę niezręcznie. Trzymał płótno luźno przy boku, stukając nim delikatnie o udo. Wydawało się, że obraz przedstawia jedno z pól za naszym wiejskim kościołem.
- Miałem nadzieję, że będę mógł malować w ogrodzie - wyjąkał wreszcie. - Ale skoro ojciec jest nieobecny, to chyba przyszedłem nie w porę.
- Proszę wejść - powiedziałam i poczułam, jak wali mi serce, gdy te słowa wyrwały mi się z ust. Wiedziałam, że w żadnym wypadku nie powinnam była składać tego zaproszenia, zdawałam sobie bowiem sprawę, że papa byłby zirytowany, gdybym wpuściła Vincenta do domu pod jego nieobecność. Pouczyłby, że zapraszanie do domu mężczyzny - a tym bardziej jego pacjenta - bez ojcowskiego nadzoru jest rzeczą niestosowną, ale nie mogłam się powstrzymać.
Vincent przez chwilę rozważał moją propozycję, po czym odmówił.
- Nie, dziękuję, ale bardzo pani uprzejma - powiedział. - Proszę mu jedynie przekazać, że zajrzałem spytać, czy znajdzie czas na moją krótką wizytę. Następnym razem postaram się umówić bardziej oficjalnie.
- Papa będzie w domu jutro. Może wtedy pan wstąpi? - zasugerowałam. Postąpiłam kilka kroków w jego stronę, by zobaczyć twarz skrytą pod rondem kapelusza. Kilka słonecznych dni odcisnęło już na niej swoje piętno. Teraz wszystko, co pozostało z jego dawnej bladości, to delikatne białe zmarszczki wokół oczu.
Zdawał się lekko skrępowany w mojej obecności, co w jakiś osobliwy sposób zwiększało moją pewność siebie. Cieszyłam się, że nie czuję onieśmielenia, które zawsze odczuwałam w towarzystwie papy. Nagle znalazłam w sobie odwagę i ośmieliłam się spojrzeć mu prosto w oczy.
Nie spodziewałam się, że odwzajemni spojrzenie, ale to uczynił. Jego niebieskie oczy mocno kontrastowały z jasnorudymi rzęsami. Ciemne źrenice były zwężone i patrzyły intensywnie, moje zaś szeroko otwarte i pełne przejęcia.
- Mademoiselle - powiedział, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy. - W takim razie przyjdę jutro. - Przez jego oblicze przemknął cień uśmiechu. - Z niecierpliwością oczekuję pani uprzejmego powitania w progu.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Cofając się do środka, kurczowo uczepiłam się mosiężnej klamki. Patrzyłam, jak Vincent zarzuca plecak i przekłada płótno do drugiej ręki. Nasze spojrzenia ponownie się spotkały i serce zabiło mi szybciej kolejny raz.
Gdy odwrócił się i ruszył w stronę ulicy, nie mogłam powstrzymać się przed odprowadzeniem go wzrokiem. Słyszałam tupot jego butów, odgłos skórzanych podeszew klapiących na bruku. Było w nim coś rozbrajającego. Nie potrafiłam wymazać tego dźwięku z myśli, tak jak stukania metronomu przy pianinie. I przez resztę popołudnia wywoływał uśmiech na mojej twarzy.
Przyszedł następnego dnia i znów ja otworzyłam mu drzwi.
- Papa jest w ogrodzie - poinformowałam. - Karmi zwierzęta i ucieszy się na wieść o pańskim przybyciu.
Wiercił się odrobinę, stojąc w sieni naszego domu.
- Nie mogę się doczekać malowania - powiedział cicho. - Dziś jest dobre światło i naprawdę powinienem popracować zgodnie z sugestią pani ojca.
Skinęłam głową, ciesząc się z kolejnej okazji przyjrzenia się jego postaci. Promienie słońca przenikały przez witrażowe okno i rzucały barwny kalejdoskopowy wzór na jego białą lnianą koszulę. Przez chwilę kojarzył mi się z jedną z postaci otaczających okna naszego kościoła. Szczupłe palce wystawały z rękawów, głowę okalało bursztynowe światło.
Ruda szopa włosów wydała mi się zabawna. Końce sterczały jak sztywne kolce jeżozwierza, a ich kolor przechodził od głębokiego szkarłatu po jasnorudy blond. Z kolei broda sprawiała wrażenie bardziej miękkiej w dotyku, a ognistorude kępki szczeciny zaokrąglały dość kanciastą żuchwę. Jego twarz wyglądała tak, jakby wyrzeźbiło ją dłuto - wystające kości policzkowe, wysokie czoło, wąski grzbiet nosa - jego rysy poddawały się dramatycznym cieniom i odbiciom światła. Mogłam patrzeć na niego godzinami. Ekspresja Vincenta, rysy twarzy, każda jego cząstka była przeciwieństwem mężczyzn, których widywałam w kościele! Mężczyzn, których spojrzenia były martwe jak kamień rzeczny, a policzki pulchne jak krążki dojrzałego camemberta. W porównaniu z nimi Vincent był o niebo przystojniejszy.
Miałam nadzieję, że nie zorientował się, iż znowu mu się przyglądam. Próbując wziąć się w garść, zakasłałam i ruchem ręki zaprosiłam, by wszedł.
- Spodoba się panu malowanie w naszym ogrodzie - rzekłam cicho. Kiedy do niego mówiłam, spuścił oczy. Nie mogłam uwierzyć, że ten człowiek, który wydawał się tak śmiały i pewny siebie, gdy wręczał mi złożony kwiat czerwonego maku, jest w rzeczywistości wstydliwy. Tak samo jak poprzedniego dnia poczułam większą swobodę, wiedząc, że i on bywa skrępowany.
- Proszę tędy. - Dałam znak ręką. Pozbierał swoje rzeczy i ruszył za mną długim korytarzem. Przeszliśmy przez salon, a następnie kuchnię, w której piekłam chleb.
Zaczerpnął powietrza.
- Nic tak nie poprawia nastroju jak zapach świeżego pieczywa - odezwał się cichym głosem. - Może z wyjątkiem woni terpentyny.
Był tak czarujący, że się roześmiałam.
- Chleb i rozcieńczalnik do farb to miód i mleko artysty - zauważyłam, otwierając tylne drzwi wychodzące na trawnik. Wyszliśmy na zewnątrz i zastaliśmy ojca zajętego karmieniem pawi i kozy.
- Papo, przybył monsieur van Gogh!
Ojciec odwrócił się i podniósł wzrok. Miał na sobie niebieski kaftan, na którego tle kępki rudych włosów wokół uszu wydawały się niemal pomarańczowe.
- Aaa... Vincent! Tak się cieszę, że pan przyszedł. - Zbliżył się i wyciągnął rękę. - Widzę, że idzie pan za moją radą i jest gotów dzisiaj malować.
Gdy patrzyłam na nich, zwróconych do mnie profilem, kolejny raz dostrzegłam ich fizyczne podobieństwo. Ojciec także miał krótko przystrzyżone włosy, jasnorude za sprawą szamponu ze sproszkowanych liści henny. Mocno zarysowane kości policzkowe i blisko osadzone oczy nadawały im wygląd ascetów.
O ile jednak papa ledwo panował nad swymi emocjami, o tyle Vincent zdawał się trzymać je na wodzy. Podejrzewam, że oszczędzał wszystkie siły na malowanie. Stał całkowicie nieruchomo, podczas gdy ojciec zawzięcie gestykulował, wskazując rozmaite części ogrodu, jak maniakalny dyrygent bez batuty.
Prawdziwe jest powiedzenie, że im mniej ktoś mówi, tym bardziej staje się tajemniczy. I tak było w wypadku Vincenta. Patrzyłam urzeczona, jak stoi w cieniu papy, z pędzlami i drewnianymi krosnami malarskimi wystającymi z otwartego plecaka. Nie poruszył się ani nie odezwał słowem, z kolei ojciec trajkotał bez końca. W odróżnieniu od niego Vincent przypominał niemal słup soli. Ogrodową rzeźbę na tle kwiatów i drzew.
Wyobrażałam sobie, że Vincent już nie słucha paplaniny ojca, lecz jest pochłonięty wyborem miejsca na rozstawienie sztalugi, kąta, pod jakim stanie, oraz barw, jakich użyje. Sprawiał wrażenie dużo bardziej zainteresowanego malowaniem niż rozmową; to było absolutnie jasne. Nie mogłam odegnać od siebie uczucia zażenowania, że egoistyczny charakter papy nie pozwala mu tego zauważyć.
- Zostawię tu panów - powiedziałam, gdy ojciec nabrał powietrza między jednym a drugim zdaniem. - Jestem pewna, że monsieur van Gogh nie może doczekać się malowania.
- Tak, z pewnością! - ojciec skinął głową do Vincenta. - Jestem jednak przekonany, że przed przystąpieniem do pracy z chęcią napiłby się herbaty. Może zerwałabyś trochę lipowych liści, Marguerite? Monsieur van Gogh na pewno doceni ich aromat.
Posłuchałam prośby ojca i zaczęłam iść w stronę domu.
- Prawdę mówiąc, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, doktorze... - dobiegł mnie słaby szept Vincenta. Zwolniłam kroku, żeby lepiej słyszeć.
- Wolałbym nie pić teraz herbaty, lecz natychmiast zabrać się do pracy, jeśli to panu nie przeszkadza. Wstałem wcześnie rano i malowałem na tyłach château de Léry, ale światło się zmieniło i myślę, że po południu będzie znacznie lepsze tutaj.
- Ma pan absolutną rację, Vincencie! - rzekł ojciec, klaszcząc w dłonie. - Sądzę, że światło w naszym ogrodzie okaże się dla pana doskonałe!
Mimo wszystko zebrałam liście lipy, wiedziałam bowiem, że ojciec zaprosi Vincenta na herbatę po zakończeniu malowania. Poza tym zrywanie liści stwarzało jeszcze jedną okazję do obserwowania go z daleka.
Uważnie przypatrywałam się Vincentowi zza drzew, tak samo jak w dniu jego przyjazdu do Auvers. Krążył przez kilka minut po ogrodzie, aż zdecydował się na skrawek porośnięty jukami i kwitnącymi pelargoniami. Uznałam, że to mądry wybór, ponieważ z tego rogu rozciągał się widok poza ogrodowy mur na całą panoramę wioski: strzechy domów, wysokie kominy i błękitną wstęgę horyzontu.
Nawet o czwartej nie wypił z ojcem herbaty. To z pewnością zirytowało papę, lecz Vincent był tak zaabsorbowany malowaniem, że nie miał czasu ani cierpliwości, by przerywać pracę dla jałowej rozmowy. Malował żarliwie, jak gdyby szaleńczo ścigał się z zachodzącym słońcem. Z tylnego okna domu kilkakrotnie przyłapałam go na spoglądaniu w niebo. W jego spojrzeniu czaił się duch rywalizacji, jakby chciał sprowokować światło dzienne do wyścigu, usiłując utrwalić jeszcze jeden widok, zanim słońce zacznie chować się za horyzontem.
Przed piątą zdążył namalować poskręcane konary jabłoni, kłujące liście juki oraz nasz wąski taras, który na jego płótnie tonął w aloesach i nagietkach.
Ojciec zaproponował przechowanie obrazu na górze, żeby grubo nałożona farba miała szanse wyschnąć. Vincent odmówił.
- Czy zechce pan zjeść z nami kolację, a potem posłuchać muzyki w wykonaniu moich dzieci? - zapytał.
- Obawiam się, że jestem dziś zbyt zmęczony, doktorze - odarł cicho Vincent. - Może innym razem.
- Wobec tego musi pan przyjść na obiad - nalegał papa - kiedy będzie pan tryskał energią. Może pod koniec tygodnia?
Vincent uśmiechnął się i podniósł głowę. Wyglądał wręcz niebiańsko, jak gdyby jego skóra była tylko cienkim woalem, a oczy i powłoka cielesna ledwo mogły pomieścić potęgę ducha.
- Z przyjemnością spożyję obiad w towarzystwie pana i pańskiej rodziny - odpowiedział uprzejmie, po czym podniósł na mnie wzrok. Jestem przekonana, że zauważyłam w jego oku pewną kokieterię.
Rozdział V
W sobotę, dwa dni po tym, jak Vincent namalował swoje pierwsze płótno w naszym ogrodzie, papa pojechał pociągiem do Paryża, by spotkać się z bratem Vincenta, Theo. Nie wiedziałam o tych planach, dopóki Paul nie napomknął o nich mimochodem.
- Będą omawiać kurację Vincenta - wyjaśnił Paul, oparłszy się o ścianę. Rozwałkowywałam właśnie ciasto na placek i próbowałam ukryć swoją ciekawość.
Paul przyjechał tamtego dnia prosto ze szkoły w Paryżu. Po raz pierwszy przebywał tak długo z dala od domu i semestr dobiegał już końca. Od wakacji dzieliło go już zaledwie kilka tygodni.
- Bezwzględnie się cieszę, że papa nie zaprosił do nas na lato Vincenta - mruknął, grzebiąc w kieszeni i wyjmując małą fajkę. - To dość ciekawy człowieczek. Ale nie chciałbym przebywać z nim pod jednym dachem.
Podniosłam wzrok, uśmiechnęłam się do niego i nic nie powiedziałam. W istocie uznałam uwagę brata za lekko ironiczną. W tamtym momencie naszego życia Paul nie odnosił się do mnie z goryczą. W młodości był dość łagodny, aczkolwiek odrobinę zdziwaczały. Ku memu rozczarowaniu w pierwszym roku nauki ta jego osobliwa cecha charakteru zamiast zaniknąć, na co miałam nadzieję, jeszcze bardziej się uwydatniła. Przypuszczam, że trudno mu było przystosować się do miejskiej egzystencji po życiu pod kloszem w Auvers.
Starałam się zmienić temat rozmowy.
- Nie powinieneś palić przy pieczeniu ciasta - zbeształam go. - Placek będzie smakował jak tytoń!
Paul mnie zlekceważył i mimo wszystko zapalił fajkę.
- Widziałaś go już, Marguerite?
- Byłam tu przedwczoraj, kiedy malował u nas w ogrodzie - powiedziałam, siląc się na obojętność.
Tymczasem Paul wcale nie próbował ukryć swojej ciekawości związanej z pojawieniem się Vincenta.
- Dzisiaj, kiedy przyjechałem ze stacji, widziałem go, jak malował na polu za kościołem. Był ubrany jak żebrak i miał całą twarz umazaną farbą.
Wybrałam trochę mąki z ceramicznej miski i rozsypałam ją na kuchennym blacie.
- Mnie wydaje się bardzo uprzejmy. Może odrobinę ekscentryczny, ale to czyni go tylko bardziej interesującym od innych...
- Ekscentryczny! - zaśmiał się Paul, kręcąc głową. - Madame Chevalier powiedziała, że słyszała od papy, że w Arles odciął sobie ucho!
Poczułam nagle, jak krew odpływa mi z twarzy.
- Nie wierzę ci, Paul. Nie powinieneś zmyślać takich okropieństw.
- To prawda! Kiedy go zobaczysz następnym razem, dobrze się przyjrzyj jego lewemu uchu. Odciął sobie płatek!
Otrzepałam ręce z mąki i wytarłam dłonie w fartuch.
- Nie powinniśmy plotkować, Paul. Jest pacjentem papy. - Ze wszystkich sił starałam się nie dać po sobie poznać, że słowa brata mocno mnie poruszyły, lecz w środku poczułam, jak wywraca mi się żołądek. Sięgnęłam po szklankę wody. Od pieca zrobiło się w kuchni nieznośnie gorąco i trudno było oddychać.
- Czy Vincent jest chory, czy nie, ma ogromny talent. Widziałam rozpoczęty obraz przedstawiający nasz ogród. Kolory były żywe, a farba położona grubo, wręcz rzeźbiarsko. - Umilkłam na chwilę, przypominając sobie, jak ogromne wrażenie wywarło na mnie to płótno. - Prawdę mówiąc, Paul, uważam, że jest lepszy od przyjaciół papy, od Pissarra i Cézanne'a razem wziętych.
Wyraz twarzy brata nagle się zmienił. Potrafił w jednej chwili sposępnieć, odziedziczył bowiem po naszym ojcu zmienność nastrojów.
- Naprawdę uważasz, że on ma talent, Marguerite?
- Tak.
Paul się nadąsał, przygryzając kącik ust i jednocześnie szarpiąc łańcuszek kieszonkowego zegarka.
- Ty zawsze jesteś w pobliżu, gdy tylko coś się dzieje w domu - burknął, wciąż bawiąc się zegarkiem.
- Paul, to dlatego, że zawsze jestem na miejscu. Uważaj się za szczęściarza, że nie spędzasz w kuchni połowy dnia! - powiedziałam. Dla większego efektu trzasnęłam go w udo ścierką kuchenną.
Zdołałam wydobyć z niego blady uśmiech, który jednak szybko zgasł. Wiedziałam, że ten rok był dla Paula trudnym okresem adaptacyjnym. W ciągu ostatnich miesięcy przy ścieraniu kurzu zajrzałam do kilku jego listów, które często leżały otwarte na biurku papy. Skarżył się, że koledzy z klasy są dla niego niemili, że często czuje się jak zagubiona łódź pośród silniejszych i bardziej wytrzymałych okrętów.
Kiedy czytałam te listy, serce mi się krajało. Brat miał już prawie siedemnaście lat, ale odebrał dość niekonwencjonalne wychowanie. Rozumiałam, że może być obiektem ataków i drwin ze strony niektórych klasowych łobuzów.
Przez zimę zapuścił, wzorem ojca, kozią bródkę, ale najprawdopodobniej w niczym mu to nie pomogło. Kępka szczeciny tylko podkreśliła ostrą, kanciastą twarz. Wysoki i chudy, wyglądał wręcz niezdrowo. Jak wątłe kaczątko z długą szyją pokrytą niebieskimi żyłkami. Niemal słyszałam w myślach te drwiny.
Ostatnio, kiedy Paul przyjechał do domu na ferie, zaczął okazywać coraz mniejsze zainteresowanie przystosowywaniem się do stylu życia swoich rówieśników. Być może w reakcji na ich odrzucenie zaczął wykształcać w sobie postawę ekscentryczną, podobnie jak papa. Z początku wyglądało to łagodnie. Po sobotnim obiedzie zamykał się w swoim pokoju i zabierał do malowania farbami pożyczonymi od papy. Potem zaczął naśladować styl ojca także pod innymi względami. Nosił podobne kaftany i jaskrawe, barwne fulary.
Zacząć naśladować sposób chodzenia papy, z jedną ręką wsadzoną pod pachę, drugą zwisającą swobodnie ze ściśniętym w palcach ołówkiem. Uczył się na pamięć gestów i min papy, nawet specyficznego sposobu, w jaki wiązał fular.
O ile jednak dziwactwa ojca przystawały starzejącemu się lekarzowi, o tyle w wypadku chłopca w wieku szkolnym zdawały się budzić szczególny niepokój.
Pewnej niedzieli przy obiedzie Paul oznajmił, że zostanie kiedyś sławnym malarzem. Wiedziałam, że stara się zaimponować ojcu pomysłem, że jego jedyny syn spełni marzenie, któremu on sam nie poświęcił się przez swoją zbytnią mieszczańskość.
Papa podniósł wzrok znad kotleta jagnięcego i trzymając nadal widelec wbity w kęs mięsa, uśmiechnął się.
- Zawsze znajdzie się na ścianach miejsce dla twoich obrazów.
Była to dużo bardziej życzliwa reakcja, niż się spodziewałam, choć papa nie powiedział wiele więcej dla zachęty.
Mimo wszystko Paul oddał się swym nowo odkrytym aspiracjom. Wracał po tygodniu nauki nie z podręcznikami, lecz ze stosem szkicowników i puszką pasteli. Rozstawiał sztalugę w kącie pokoju i spędzał kilka godzin dziennie, rysując lub malując przy szeroko otwartym oknie.
Przyjął pseudonim artystyczny Paul van Ryssel, jako że ojciec od dzieciństwa malował pod nazwiskiem Louis van Ryssel. Kopiował obrazy z książek ojca, starając się naśladować Cézanne'a. Nawet ja nie mogłam nie podziwiać jego determinacji, aczkolwiek zastanawiałam się, w jakim stopniu poświęcał się pozostałej nauce.
Tamtego popołudnia, gdy rozwałkowywałam ciasto na placek w naszej parnej, zastawionej sprzętami kuchni, chełpił się:
- Wątpię, czy w przyszłości ktokolwiek usłyszy o tym Vincencie van Goghu, ale z pewnością usłyszą o mnie!
- Paul, mam nadzieję, że świat usłyszy o was obu - odparłam gładko. Chciałam podzielać jego pewność siebie, widziałam jednak jego szkice i obrazy. Były nieudolne i nie zdradzały większego talentu.
Obejrzałam się na brata. Wzrok miał utkwiony w podłodze, palce wciąż manipulowały zwinnie przy zegarku. Od razu przypomniałam sobie, jak bawił się ze mną w ogrodzie jako siedmioletni chłopiec. Już wtedy pragnął być kimś wyjątkowym, błagał mnie o uplecenie mu korony z liści laurowych, żeby mógł zostać władcą lasu. Żeby to właśnie on mógł być królem w naszym maleńkim królestwie.