1
MUSTANG
- Cholera jasna - klnę pod nosem, wbiegając szybko na chodnik.
Kierowca czarnego bmw naciska na klakson, a ja zatrzymuję się na sekundę i pokazuję mu środkowy palec, po czym ruszam dalej przed siebie. Nie mam chwili do stracenia. Jestem zdyszana, spocona i najpewniej nieprzyjemnie pachnę, ale kto by się tym przejmował w takiej sytuacji? Skręcam w ulicę Gruzełki i pierwsze, co ukazuje się moim oczom, to świecący się w słońcu czerwony mustang.
Robi mi się słabo, ale nie na widok tej pięknej maszyny, którą wcześniej widziałam tylko w filmach ani nie z powodu wysokiego szatyna o dużych niebieskich oczach i kilkudniowym zaroście. W innej sytuacji nie tylko zmiękłyby mi nogi na widok takiego faceta.
W innej sytuacji...
Przywołuję się do porządku i zaczynam się nerwowo rozglądać.
Tola.
Gdzie jest Tola?
I nagle ją dostrzegam. Siedzi w mustangu na miejscu pasażera. Szybko podbiegam do niej, uderzając przy tym właściciela czerwonego samochodu łokciem w ramię, ale w ogóle się tym nie przejmuję. Tola ma zapuchnięte oczy od ciągłego płaczu i czerwony jak u klowna nos. Na mój widok od razu zeskakuje z fotela i się do mnie przytula.
- Już dobrze, aniołku. - Głaszczę ją po kasztanowych włosach, które rano zaplotłam w warkocz. - Na szczęście nic się nie stało.
- Prze... Prze... przepraszam. - Tola łka i dostaje następnego ataku płaczu.
- Posłuchaj. - Odsuwam ją od siebie i unoszę jej brodę tak, aby spojrzała mi prosto w oczy. - Najważniejsze, że tobie nic się nie stało, rozumiesz? Z resztą sobie jakoś poradzimy.
- Ale...
Jeszcze pół godziny temu siedziałam w banku i słuchałam, jak młoda kobieta ubrana w czarną garsonkę tłumaczy mi warunki spłaty kredytu. Myślałam, że już nic gorszego mnie dzisiaj nie spotka.
Myliłam się.
Gdy podpisałam ostatni dokument skazujący mnie na porażkę, rozdzwonił się mój telefon. A gdy odebrałam, usłyszałam coś o stłuczce, Toli i o tym, że nic jej nie jest. Później już tylko biegłam ile tylko sił w nogach i dziękowałam Bogu za to, że Tola zapamiętała mój numer telefonu, dlatego teraz mogłam od razu znaleźć się przy niej i pomóc najlepiej, jak tylko potrafiłam.
- Przepraszam bardzo. - Słyszę za sobą głos tego samego mężczyzny, który powiadomił mnie o wypadku.
Odsuwam od siebie wciąż płaczącą Tolę i wstaję.
- Naprawdę nic takiego się nie stało - mówi nieznajomy, cały czas się uśmiechając. - Na całe szczęście ucierpiała tylko hulajnoga.
Wskazuje dłonią leżącą na zielonym poboczu hulajnogę. Jest skrzywiona, a przednie koło złamane na pół.
Zakrywam usta dłonią. Teraz już wszystko rozumiem. Wiem, dlaczego Tola tak płacze.
- Hulajnoga musiała zjechać z podjazdu wprost pod mój samochód, gdy dziewczynka z kimś rozmawiała - tłumaczy szatyn.
Zauważam, że ma piękne białe zęby, a gdy się uśmiecha, robią mu się dołeczki wokół ust.
Okrążam samochód, aby zobaczyć uszkodzenia. Ile kosztuje taki mustang? Sto tysięcy, a może i więcej?
Ile więc będzie kosztowała jakaś mała rysa?
Kurwa!
Na przednim zderzaku widać czarny lakier hulajnogi Toli, a wokół niego jest małe wgniecenie.
- Prawdą jest, że rozmawiałem akurat przez telefon, więc poniekąd też ponoszę winę za to, co się stało.
- Słucham?! - Czerwienieję na twarzy. - Czyli gdyby pan nie rozmawiał przez telefon, to pewnie wyhamowałby pan, tak?
- Bardzo możliwe - przyznaje nieznajomy, cały czas nie tracąc z twarzy swojego cholernie seksownego uśmiechu. - Jestem w stanie zapłacić za hulajnogę.
- Co?! - podnoszę głos. - Nie chcę od pana żadnych pieniędzy! Za kogo pan mnie ma?!
Co za dupek!
- Chwileczkę.
Nieznajomy podchodzi do mnie i delikatnie dotyka mojego ramienia. Jego dłoń jest ciepła i szorstka zarazem, a ten dotyk pobudza do życia każdą komórkę mojego ciała.
- Źle mnie pani zrozumiała.
- Źle?! - warczę.
- Tak, źle.
- Nie chcę jałmużny! Nie chcę litości! Przez cały czas dawałam sobie razem z Tolą radę, to i teraz dam!
Jakoś uzbieram pieniądze na jej nową hulajnogę. Nie będzie łatwo, ale uda mi się. Kupię jej hulajnogę, nawet jeśli będzie to oznaczać tydzień bez jedzenia - tylko dla mnie oczywiście.
- Niech mnie pani posłucha...
Przystojny szatyn nie kończy, gdyż zatrzymuje się przy nas zielone audi Szczepana.
Zadzwoniłam do niego, biegnąc do Toli, a on pomimo tego, że był właśnie w pracy, przyjechał.
Szczepan Mazur jest jedyną osobą, na którą zawsze, ale to zawsze mogę liczyć.
Tola od razu podbiega do Szczepana, a on bierze ją na ręce jak dwulatkę, a nie wyrośniętą dziesięciolatkę. Z Tolą na rękach podchodzi do szatyna i podaje mu rękę.
- Szczepan Mazur.
- Maks Jasiński.
Ściskają sobie dłonie, mierząc się wzrokiem. Mój przyjaciel jest wysokim blondynem, zawsze dobrze i gustownie ubranym. Teraz ma na sobie czarne dżinsy i białą koszulę z krótkimi rękawami, a na stopach szare adidasy.
Szczepan stawia Tolę na ziemię i odwraca się do mnie.
- Idźcie do samochodu. Ja się wszystkim zajmę - mówi.
Robię tak, jak prosi mój przyjaciel. Siadam z Tolą na tylnym siedzeniu audi i zamykam drzwi. Już po kilku sekundach czuję, jak po karku spływa mi struga potu. Na dworze panuje skwar, a nadchodzące tygodnie zapowiadają się nadzwyczaj słonecznie.
Tola się nie odzywa, ale przestaje płakać, co uznaję za sukces. Nie wiem, jak doszło do tego nieszczęsnego wypadku, ale jednego jestem pewna - dla Toli ta hulajnoga była wszystkim, o czym marzyła przez ostatni rok, i z całą pewnością jeszcze przez długi czas będzie się o to obwiniać.
Po dziesięciu minutach Szczepan żegna się z Maksem Jakimśtam, wrzuca do bagażnika zniszczoną hulajnogę, wsiada do samochodu, odpala silnik i rusza.
Gdy zatrzymuje się na czerwonym świetle, odwraca się do nas i mówi:
- Nie martw się, aniołku, kupimy nową hulajnogę. - Puszcza jej oczko.
- Nie rób jej nadziei! - warczę, z nerwów zgrzytając zębami. - Dobrze wiesz, że nas nie stać.
- Facet okazał się w porządku i dał pieniądze...
Samochód za nami trąbi. Szczepan wrzuca bieg i rusza.
Po przejechaniu dwóch ulic jesteśmy na miejscu. Mieszkamy w szarym starym bloku, którego nie lubię. Wchodzimy do trzypokojowego mieszkania znajdującego się na pierwszym piętrze.
Tola od razu biegnie do swojego różowego pokoju i trzaska drzwiami. Ja idę do kuchni, ściągam plecak i rzucam go na mały drewniany stół.
- Nie chcę słyszeć o żadnych pieniądzach od tamtego faceta, rozumiesz?! - Piorunuję wzrokiem Szczepana stojącego w progu kuchni.
Ma potargane przez wiatr włosy, niebieskie oczy i wąskie usta.
- Przestań, Mania! Nie możesz każdego, kto ma pieniądze, uważać za podłego dupka! Ten koleś pomimo tego, że jeździ mustangiem, okazał się w porządku. Przyznał, że rozmawiał przez telefon i nie bardzo wie, jak doszło do wypadku.
- Gówno mnie to obchodzi! - Rzucam jabłkiem w Szczepana. - Wezmę nadgodziny i kupię Toli nową hulajnogę!
- Mania! - krzyczy, a naprawdę rzadko mu się to zdarza. - Przełknij swoją dumę i pomyśl o Toli!
- Cały czas o niej myślę. Wszystko, co robię, robię właśnie dla niej... - Głos mi się załamuje.
Siadam na drewnianym krześle i ocieram łzę, która spływa mi po policzku.
- Wiem o tym. - Szczepan siada przy mnie i zamyka moją dłoń w swojej.
Dzięki temu małemu gestowi robi mi się lżej na sercu.
- Byłam dzisiaj w banku - wyrzucam szybko, wiedząc, że muszę to w końcu powiedzieć.
- Jak bardzo jest źle? - Szczepan marszczy ciemne brwi.
- Jest gorzej niż źle.
- Więcej niż trzydzieści?
Przeczesuję palcami kasztanowe włosy, które sięgają mi ramion, i kiwam głową.
- Siedemdziesiąt dwa tysiące trzysta - mówię.
- O ja pierdolę! I co... I co teraz? - jąka się.
Szczepan z reguły nie klnie, ale ta informacja nawet jego zwala z nóg.
- Nic. - Wzruszam ramionami. - Przez najbliższe dziesięć... albo piętnaście lat będę urabiać się po łokcie, aby spłacić dług nieżyjącego ojca.
- To...
- Niesprawiedliwe? Tak, wiem.
Podnoszę się i nastawiam wodę w czajniku elektrycznym. Wyjmuję z szafki dwa kubki i wsypuję do nich po miarce kawy. Sama nie wiem, skąd mam w sobie siłę, aby stać na nogach, ale z drugiej strony co dałyby mi położenie się do łóżka i płacz w poduszkę? Nic.
Znalazłam się w czarnej dziurze i muszę coś zrobić, aby z niej wyjść. Dla Toli. Dla tych jej niebieskich oczu, teraźniejszych i przyszłych marzeń, dla startu w dorosłość, którego ja nigdy nie miałam. Ona zasługuje na wszystko, co najlepsze.