Wczoraj.
Przychodzi i cała jest zapowiedziana-niezapowiedziana, zadzwoniła, że stoi pod klatką.
Wieszam pranie. Na sznurze ciągnącym się od rury w kuchni do haka w przedpokoju wieszam bieliznę, koszule, spodnie, sukienki, wspinam się na palce, przyciągam sznur. Otwieram wszystkie okna i robię przeciąg, żeby szybciej schło i pachniało słońcem, wieszam prześcieradła. Na każdym prześcieradle jest odbita twarz. To długi sznur.
- To dzisiaj? - pyta Magda. Siada na jedynym wygodnym krześle w kuchni i odsuwa prześcieradło kolanem, żeby mnie widzieć. - Nie zmieniłaś zdania?
Nie zmieniłam.
Magda wierci się na krześle, zaraz wstanie, powie, że nie może tu siedzieć. Chce wiedzieć, czemu nie kupię normalnych krzeseł. Dwa krzesła są zepsute i tylko to, na którym ona siedzi, jeszcze się nie rozpada, za to wpada się w nie jak w niespodziewaną dziurę w ziemi. Zapewniam ją, że obserwuję okoliczne śmietniki i jak tylko pojawią się wygodne krzesła, będę pierwsza. Wolałabym używane, wysiedziane, takie nowe ze sklepu zawsze są trochę za twarde.
Magda już od dawna mnie nie odwiedza. Dzisiaj jest wyjątkowa okazja bez okazji, zbieg różnych okoliczności, ale wybrała najgorszą porę. Wieszam teraz to pranie, a ona siedzi w kuchni, nie mamy o czym rozmawiać. Przy niej podłoga wydaje mi się bardziej lepka, stół brudny. Stoi przed nią mój talerz po makaronie. Powinnam go odnieść do zlewu, ale mam ręce zajęte czystą pościelą, nie chcę tak mieszać czystego z brudnym. Magda mi się przygląda, kiedy myśli, że nie widzę, ale przecież widzę, marszczy brwi i coś próbuje we mnie dostrzec. Klapię bosymi stopami o linoleum. Wspinam się na palce, przyciągam sznur, ale wymyka mi się z ręki i wyskakuje w górę, wszystkie prześcieradła falują. Pomiędzy nimi Magda jak Madonna, patronka oceanu pośród żagli, wyciąga nogi przed siebie.
- Gdyby nie to - mówi, kładąc rękę na wystającym brzuchu - to poszłabym z tobą.
- Z brzuchem też możesz.
Kładzie drugą rękę i trzyma czule.
- Nasionko może nic nie widzi, ale wszystko słyszy. Nie mogłabym - stwierdza w sposób ostateczny.
To jakaś bajka. Co tam takiego będzie do usłyszenia, a nawet jeśli, to mogłaby się przykryć kocem. Koc wycisza. Myślę, że w ogóle nie o to chodzi, że i tak by nie poszła, tylko lubi o sobie myśleć, że zrobiłaby wszystko, gdyby akurat nadarzyła się okazja. Nie potępia i nie zazdrości, ale żałuje. Zwłaszcza przez ostatnie siedem miesięcy. Najpierw powoli wrastała w swoje ciężarne ciało, ale kiedy już wrosła, to nagle rozkwitła, jakby wstąpiła na podwyższenie i całe światło świeciło właśnie na nią. Momentami to nieznośne, a jednak wciąż patrzę na nią z zachwytem, tak ogromna jak teraz jest nieludzko piękna.
- Wszystko mi potem opowiesz - mówi.
Opowiadam jej czasem historie z pracy, kiedy prosi, bo nie chce się przyznać, ale ją ekscytują, słucha mnie wtedy z ogromną uwagą. Wybieram dla niej najsoczystsze kawałki z wielu nudnych godzin. Magda ma swoich ulubieńców. A co u niego słychać?, pyta jak o wspólnego znajomego. Ale lubi też nowość, chce usłyszeć o rzeczach, których dotąd nie znała, nawet sobie nie wyobrażała, że tak można. Opowiadam jej, a ona unosi wysoko swoje piękne, ekspresywne brwi. Zdziwienie podnosi ją wyżej razem z brwiami.
Ona nie opowiada mi w zamian nic, czego bym wcześniej gdzieś nie słyszała.
Przyszła z papierową torebką, w której ma jakieś rzeczy, szeleści tym sobie. Opieram się biodrem o zlew, a i tak jestem blisko, w niewielkich kuchniach tak już jest. Magda mieści się idealnie pomiędzy dwiema plamami słońca padającymi z okna na skos. Na tle chropowatej ściany jest gładka niczym rozpięta na stelażu. Odsuwa od siebie brudny talerz łokciem, nie zaszczycając go spojrzeniem, i kładzie na stole nieduże pudełko.
- Przyniosłam ci tu taką herbatkę. - Oczywiście, Magda przyszła w gości z podarkiem, z herbatką. Obraca to pudełko raz do siebie, raz do mnie, jakby nie mogła zdecydować dla kogo to. - Ona jest dobra na wszystko, z Azji, z ziół, z tysiąca i jednego zioła, suszona przez prawdziwych joginów, oczyszcza ciało, ale i umysł, trzeba zalewać wodą o temperaturze dokładnie dziewięćdziesięciu sześciu stopni, ja kupiłam sobie do tego specjalny termometr, który gwiżdże, kiedy woda osiąga te dziewięćdziesiąt sześć stopni, i tylko wtedy gwiżdże, a gwiżdże głosem drozda, takiego, co występuje w Chinach, drozda chińskiego, to jest niesamowite, jak nagle słyszysz w swojej kuchni głos drozda, jakbyś była pod chińskim niebem, to zrób tej herbatki, to spróbujesz i polecam ci, pij regularnie, a zrobiłabyś mi fotkę z tą herbatką, bo tu masz tak słonecznie, okej?
Z Magdą byłyśmy razem na studiach, potem ona studiowała psychologię, potem przekwalifikowała się na księgową, a teraz rzuciła etat i prowadzi bloga. W każdej kolejnej roli była co najmniej bardzo dobra. Podaje mi telefon, robię jej kilka fotek, żeby wybrała najlepszą.
Wciąż nie wiem, czy ona tak na poważnie z tymi drozdami, bo kiedy jesteśmy ze sobą całkiem trzeźwe, to nie jesteśmy ze sobą całkiem szczere. Zawsze tak było, a teraz tym bardziej nie potrafię wyczytać z jej twarzy, kiedy oszukuje. Wszystko tym samym tonem. Doceniam ten kunszt, chyba nawet zazdroszczę. Gdybym sprzedawała swoje iluzje tak umiejętnie jak ona, to mieszkałabym w apartamentowcu nad oceanem, a nie w wynajętym mieszkaniu na Woli, na ostatnim dusznym piętrze.
Kiedyś byłyśmy dobrymi koleżankami, miałyśmy nawet pokazową imprezową sztuczkę, w trakcie której jadłam banana, którego ona trzymała cyckami. (Oczywiście nie da się trzymać banana cyckami, Magda trzymała sobie cycki, które trzymały banana. A ja jadłam, jadłam, jadłam). Nasza droga rozwidliła się w pewnym momencie, Magda straciła zainteresowanie tego typu performensem, a ja wręcz przeciwnie, odnalazłam siebie. Z ustami pełnymi banana, podnosząc wzrok na Magdę i szukając u niej zrozumienia, byłam na właściwym miejscu. Ktoś chciał to oglądać. To był dla mnie moment objawienia, chociaż nie od razu wiedziałam, co tak właściwie mi się objawiło. Dopiero potem wpadłam na to, jak to wykorzystać. Miałam nieśmiałą nadzieję, że Magda będzie chciała dołączyć, jako duet byłybyśmy niezapomniane. Nie chciała.
Kiedy się poznałyśmy, był listopad. Magda nosiła za dużą skórzaną męską kurtkę, nosiła ją całą zimę i wiosnę. Włosy miała długie i splątane, obcinała sama. Obcinanie włosów to żadna filozofia, mówiła, siedząc na stole i skręcając papierosa. Jakby tamtego było mało, jeszcze sama skręcała papierosy. Wszystko, co robiła, było łatwe, więc przykleiłam się do niej, jak gdybym mogła się tego od niej nauczyć przez obserwację, bo też chciałam mieć łatwo. Byłam zachwycona książkami, które przeczytała, filmami, które widziała, brakiem planu na przyszłość. Nie dziwiła się jeszcze niczemu.
Tego faceta, któremu podprowadziła kurtkę, nikt nigdy nie widział, bo był żonaty i wszystko, rozumiesz, dyskretnie. Miłość jej życia. Ale nie chciała rozbijać żadnych małżeństw, jeśli coś takiego się zdarzyło, to tylko przy okazji i komuś innemu. Uważała, że nikt nie odpowiada za cudze zobowiązania.
W wakacje pojechałyśmy autostopem na południe, Magda czytała Kerouaca, ja robiłam dużo zdjęć, dotarłyśmy do Budapesztu. Taką ją pamiętam najlepiej, stojącą przy drodze w słońcu, z plecakiem, w obciętym tiszercie, spod którego wiele wystawało, kiedy podnosiła ręce, żeby związać włosy. Pomiędzy plamami słońca na ścianie mojej kuchni chyba wciąż jest taka sama, tylko ja patrzę już inaczej.
Magda, zadowolona ze zdjęć, odkłada telefon na stół.
- Sama tam idziesz? - pyta.
- Ambroży ma po mnie przyjechać.
- I gdzie jedziecie?
- Nie wiem, nie znam adresu. Ambroży powiedział, że wszystko załatwił.
Magda unosi znacząco brwi, to uniesienie znaczy: sama się prosisz, sama będziesz sobie winna, jak to się wszystko źle skończy, tylko potem nie skamlaj, nie skarż się, a nie mówiłam. Tak ekspresywne są te brwi. Chcę na nią krzyczeć.
- Co tak na mnie patrzysz? - mówię tylko. - Przecież to twój znajomy.
- Ale ja cię do niczego nie namawiałam.
- Napiszę ci, gdzie jestem - obiecuję.
(Nic nie napiszę, bo nie będę wiedziała, gdzie jestem).
Bluzka lepi mi się do pleców i czuję mokre plamy pod pachami. Jest upiornie gorący lipiec. Otwieranie okien niewiele pomaga, nad sobą mam już tylko rozprażony dach, przyjmujący każdą ilość słońca i nieoddający aż do nocy.
- A guglowałaś go kiedyś? - Nagle wpada mi do głowy, pytam ją.
Magda wzrusza ramionami.
- Po co? Przecież to mój znajomy.
Wciąż mnie zastanawia, skąd się znają, ale nie chcę z nią ciągnąć tego tematu, już i tak niewiele brakuje, żeby pomyślała, że się boję. Każda moja obawa działa na moją niekorzyść, świadczy o tym, że brak mi pewności siebie i podejmuję złe decyzje. Taki sceptycyzm nie jest mi potrzebny.
Powiesiłam ostatnie prześcieradło. Magda wstaje i bez słowa odstawia mój brudny talerz do zlewu.
Niedługo potem idzie do domu, ja zostaję z resztą dnia. Pójdę zrobić paznokcie, potem się wykąpię. Wyglądam przez okno w kuchni na alejkę, parking, śmietnik, wszystko w słońcu. To dobre miejsce. Trochę zasuszone, jeszcze odporne na zmiany, stal i szkło. Z mojego okna nie widać horyzontu szarpanego wieżowcami, widać tylko tę wewnętrzną przestrzeń. Wewnętrzna przestrzeń kamienic nie jest dla każdego. To panoptykon strzeżony przez setki oczu dniem i nocą. Wyobrażam nas sobie, niewyraźne twarze za szybą, czy to twarz, czy tylko jej odbicie, wszyscy jesteśmy dobrzy. Wszyscy jesteśmy dobrzy, kiedy idziemy tą alejką, dopóki nie wyjdziemy na ulicę, jesteśmy swoi.
Patrzę na czarny ekran telefonu, jakby miał się rozświetlić myślą. Normalnie zadzwoniłabym do Pana Lipsztyka po drugą opinię, ale dzisiaj oddaję przestrzeń Magdzie, żebyśmy może znowu były przyjaciółkami, chcę polegać na niej. I może jest jeszcze we mnie pokraczne mniemanie, że nie potrzebuję więcej opinii, po co dzielić swoje sukcesy między tyle osób, sama doskonale sobie radzę. Czeka mnie wiele sukcesów.
Akurat wychodzi pani Hela z naprzeciwka z psem, grubym labradorem. Pani Hela trochę kuleje, boli ją lewe kolano, i pies też kuleje, przy czym pani Hela twierdzi, że pies tylko udaje, bo jest żebrak i wyłudza jedzenie od obcych ludzi na inwalidę. Wstyd z takim psem, mówi często pani Hela. Czasem wyprowadzam jej tego psa, kiedy kolano mocniej jej dokucza. Całe szczęście, kochana, że jesteś w domu, mówi wtedy pani Hela, jakby chciała powiedzieć coś zupełnie innego.
Pomiędzy moim mieszkaniem a mieszkaniem pani Heli jest jeszcze jedno, które zajmuje małżeństwo z nastoletnim synem, ale niezbyt chętnie wchodzą w sąsiedzkie zażyłości. To wyraźnie irytuje panią Helę. Ona ma potrzebę znać, wiedzieć, w tym jest jeśli nie władza, to przynajmniej siła. Pani i pan spod czternastki nie są niegrzeczni, po prostu przemykają korytarzem jak duchy, nie przystają przy skrzynce na listy, klucz nigdy nie zacina się im w zamku. Chłopaczek głównie wychodzi z domu, zawsze go widzę, jak wychodzi z domu, nigdy jak wraca. (Może produkują tam armię nastoletnich klonów, które wysyłają w świat, ktoś za to płaci, pewnie jakiś rząd).
Też z początku starałam się zachować dystans wobec pani Heli, ale wystarczyła jedna przypadkowa interakcja na klatce, żeby opowiedziała mi pół swojego życia, namaszczając mnie w ten sposób na osobę sobie znajomą i bliską.
Gdy tylko widzi, że zamykam drzwi, wita się serdecznie i w mgnieniu oka przemieszcza do schodów.
- Kochana, weźmiesz mi tego pulpeta poprowadzisz? - mówi, podając mi smycz. - A ja się przytrzymam poręczy, bo mi dzisiaj kolano bardzo daje w kość.
Idziemy we trójkę, pies na przodzie, pani Hela z tyłu, ja pomiędzy nimi. Zaczynam schodzić w ich rytmie, prawa noga, dołączyć, prawa noga, dołączyć. Na pierwszym półpiętrze pies odwraca się do mnie z miną skrzywdzoną i głodną. Nic nie poradzę, teraz oboje jesteśmy na smyczy pani Heli. Klepię go po zadku i mam nadzieję, że rozumie. Wysypujemy się na zewnątrz, wychodzimy z podwórka i okazuje się, że idziemy w tę samą stronę.
- Skoczę tylko do sklepu, tego obok, wiesz którego. O tu, to blisko. To mi potrzymasz, kochanie, Ptysia, bo on strasznie wyje, jak go przywiązuję na ulicy. Pięć minut będę.
Zostajemy z Ptysiem we dwoje pod sklepem. Pies od razu siada, chyba nawet stanie go męczy. W pobliżu nie ma ani skrawka cienia, słońce leje się z nieba, jakby było w płynie, beton paruje. Nowe dżinsy kleją mi się do nóg na całej długości, chciałam wyglądać ładnie, ale skromnie, wróciłabym do domu się przebrać, ale nie zostawię Ptysia, boby wył. Kilka metrów przed nami dzieci grają w klasy albo w coś, co jest wyrysowane na chodniku kredą, dwie dziewczynki i chłopiec. Podskakują jak piłki, z jakiegoś powodu dzieci lepiej sobie radzą w upale niż psy i kobiety.
Z tego słońca robi się wata, która nakłada się na wszystko, co tu jest brzydkie, a dużo tu jest brzydkiego, chodniki i elewacje, ludzie, szpital też, wydaje się to miękkie, bezpieczne i swoje pod watą. Pod kredą na chodniku jest więcej zadeptanej kredy. Ta część Płockiej zawsze jest do siebie podobna, jeszcze odporna na rycie w ziemi, mogę sobie łatwo wyobrazić, że też grałam tu w klasy, rozbijałam kolana, potem paliłam fajki w bramie, mogę wyświetlać podobne slajdy na tych ścianach, przebije czasem nędzne graffiti i brudny tynk, jakbym udawała, że mieszkam tu dłużej niż dwa lata. Wcześniej trochę na Żoliborzu, jeszcze wcześniej z Magdą, a jeszcze wcześniej w innych miejscach. Z takiego łączenia punktów kiedyś wychodziły obrazki, choinka albo słoń, trochę kanciasty. Warszawa jest łatwa, łatwo się wrasta w jej miejsca, beton czasem drży od tego wrastania wielu ludzi naraz.
Przez sklepową szybę widać panią Helę przy kasie, pani Hela w sukience w kwiaty jedną ręką trzyma torebkę blisko przy biodrze, a drugą grzebień, którym dyryguje, wbija przecinki i kropki w powietrze, coś nim robi. Stąd nie widzę, kto stoi po drugiej stronie i jaki efekt wywiera na nim pani Hela, ale jaki to może być efekt, piorunujący, specjalny, cieplarniany, to zupełnie spektakularna kobieta pod pozorami staruszki (przeżyła wojnę; na co dzień o tym nie myślę ani jak jej trzymam psa). Kiedy opowiada, to opowiada dużo, ale nielinearnie, nie zawsze potrafię umieścić ją na mapie, tak samo jak kiedy opowiada o mężczyznach, ale nie zawsze o panu Helu, o każdym własnym i z osobna, nie miesza ich ze sobą. Imponuje mi jej starość, liczba historii, które zdążyła nazbierać albo zostawić za sobą. Jeśli tak sobie wyobrażę koniec życia, to środek nie wydaje się wcale straszny.
Dzieciaki porzucają zabawę na chodniku i przemieszczają się w kierunku psa, niby przypadkiem, ale mają przecież plan, wymieniają się spojrzeniami i szturchnięciami łokciem. Przyklejają się do ściany obok wejścia do sklepu.
- Można pogłaskać? - pyta w końcu mniejsza dziewczynka, kiedy odbiła się już dwa razy od muru w piruecie, a Ptyś spojrzał na nią raz bez większego zainteresowania.
Dzieciaki głaszczą psa, a mi wibruje telefon. Mam teraz w telefonie wiadomość od Ambrożego, którego nie znam zbyt dobrze, a który pisze, że może się spóźni, ale może nie. Wszystko zależy od okoliczności, czy będą sprzyjały. Pisze bardzo porządnie, z całą interpunkcją, złożonymi zdaniami. Umówiliśmy się w restauracji. Mężczyźni często chcą, żebym z nimi jadła. Wschodzi we mnie powoli niecierpliwość, z wnętrza ciasnych dżinsów wspina się pod żebra, chcę iść. Myślę o tym, ile czasu jeszcze przede mną, to zazwyczaj pomaga w czekaniu: za trzy godziny będę z powrotem. Za dwadzieścia cztery godziny będę z powrotem. Tylko w tym upale czas się ciągnie jak roztopiony asfalt, stopy w nim grzęzną, można się zakotwiczyć.
Chłopiec, taki typowy: z buzi aniołek, z oczu demon, daje psu do polizania butelkę z sokiem i palce z kredą. Pies wybiera palce, ciepłą skórę, pod spodem są mięśnie, ścięgna, kość. Mniejsza dziewczynka drapie psa za uchem, większa stoi obok, uważnie obserwuje. Mija nas kobieta z akordeonem, widuję ją czasem tutaj albo obok cukierni, a bywa, że przychodzi grać do nas pod kamienicę. Czasem też śpiewa, nieczęsto i nic wesołego, więc ludzie wtedy jeszcze mniej wrzucają jej do puszki. Tym razem nie gra, nie śpiewa, tylko nas mija. Pójdę do skrzyżowania, poczekam na tramwaj, coś sobie po drodze opowiem. Mam ochotę zedrzeć z siebie wierzchnią warstwę, szorstką i suchą, pod którą się marszczę, kiedyś pokleiłam sobie palce super glue, to podobne uczucie. Wystukuję w telefonie, że będę na czas. Pani Hela wciąż tkwi w tym samym miejscu i wciąż z grzebieniem w ręce, tylko grzebień zaczął wyglądać bardziej agresywnie. To ona, nie ja, jest tu zakotwiczona.
Pukam w szybę, macham do pani Heli, zostawiam psa z dziećmi i idę stąd, idę dalej.