2
Kacper
- Uważasz, że twoje zachowanie jest fair?! Może powinienem ci dziękować za to, że łaskawie wróciłaś do domu po dwudniowym melanżu nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim? Tak? Kaśka!
- Nie krzycz na mnie. Głowa mi pęka.
- Może powinnaś mniej pić? Słyszałem, że to pomaga.
- Naprawdę musisz być wredny? Nie dobija się leżącego.
Kaśka schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się jak dziecko. Właściwie to ona była dzieckiem: trzydziestoczteroletnim, emocjonalnie niedojrzałym, które nie miało pojęcia, czego chce od życia. Patrzyłem na nią z mieszaniną smutku, złości i zniesmaczenia.
- To koniec - powiedziałem.
- C-co?
- To koniec, Kasiu. Ta relacja nie ma żadnego sensu, zmierza donikąd. Chcę, żebyś się wyprowadziła.
- Ale... Kacper! Co ty mówisz? Jak możesz...? Dlaczego?
- Naprawdę nie wiesz dlaczego? Czy tobie nie przeszkadza ta szarpanina? Te ciągłe kłótnie, ta sinusoida, raz tak, raz siak? - Nieświadomie zaciskałem zęby, żeby zapanować nad emocjami. - Ja mam tego dosyć, a dzisiaj przegięłaś. Wychodzę, wrócę wieczorem i chciałbym, żeby wtedy cię tu nie było. Klucze zostaw w bistro.
Zamknąłem drzwi odrobinę za głośno i oparłem się o nie. Ciśnienie rozsadzało mi czaszkę, a serce omal nie wyskoczyło z piersi. Cholera jasna, niech to szlag trafi! Nie tak wyobrażałem sobie początek tego dnia.
Uspokoiłem oddech i zbiegłem po schodach. Niemal staranowałem sąsiadkę, która tachała do domu siatki z zakupami. Zdaje się, że bąknąłem przeprosiny, ale głowy za to nie dam. Po trwających tygodniami awanturach i tak mieli mnie tu za buraka i chama, więc żadna to już różnica. Najlepiej byłoby się wyprowadzić, ale za bardzo kochałem to mieszkanie. Wiązało się z nim tak wiele pięknych wspomnień, że za nic nie mógłbym się go pozbyć. Poza tym to była najlepsza miejscówka w Zagrodziu i mój rodzinny dom.
Po wyjściu z bramy uderzył we mnie silny wiatr, którego zupełnie się nie spodziewałem. Wiosna w tym roku była niemożliwie kapryśna, jakby nie mogła się zdecydować, czy powinna mrozić, spuszczać na świat ulewy czy zmieść wszystko z powierzchni ziemi. Powoli zaczynałem żałować, że wróciłem do kraju, zwłaszcza że świat zdawał się sprzysiąc przeciwko mnie. Mój wspólnik omal nie doprowadził firmy do bankructwa, a kilkumiesięczny związek z Kasią rozsypał się jak domek z kart. W tamtej chwili czułem się jak największy przegryw i nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić.
Nogi same zaniosły mnie do miejsca, które działało na zszargane nerwy jak magiczny plaster.
- Witaj, Kacprze!
Lena obdarowała mnie ujmującym uśmiechem, choć tego dnia wydał mi się przyprawiony smutkiem. Jej oczy się nie uśmiechały, a pod nimi widniały ciemne obwódki.
- Cześć, Lenko, wszystko w porządku?
- Tak, dziękuję. Ale coś mi mówi, że u ciebie nie.
Nawet się nie zdziwiłem tym stwierdzeniem - Selena i jej kuzynka Kora potrafiły czytać w ludziach jak w otwartych księgach. Przyjaźniliśmy się całe życie i ten ich "dar" był dla mnie równie naturalny jak to, że Lena miała zwyczaj chodzenia boso.
- Chyba niezbyt. Właśnie rozstałem się z dziewczyną...
- Och, szalenie mi przykro. Widzę, że bardzo cię to zasmuciło. Niestety, nie mam leku na złamane serce, ale mogę zaproponować herbatę, którą nieco się rozgrzejesz.
- Gdybyś miała lek na złamane serce, pewnie nie opędziłabyś się od klientów - zażartowałem.
Choć właściwie nie było w tym stwierdzeniu niczego zabawnego. Gdyby ktoś wynalazł lek na nieszczęśliwą miłość, stałby się najbogatszym człowiekiem w historii świata.
Lena zniknęła na zapleczu, odgrodzonym od sklepu kotarą ze sznurów błyszczących koralików, a ja rozejrzałem się po wnętrzu. Nie było mnie tu od wielu miesięcy, mimo że przed laty spędzałem w Pełni mnóstwo czasu. Lena i Kora lubiły moje towarzystwo, z wzajemnością zresztą. Zawsze traktowałem je jak siostry, których nie miałem, a bardzo chciałem mieć. Niestety rodzice poprzestali na mnie, skazując mnie na życie jedynaka. Całe szczęście, że miałem te dwie szalone znachorki.
Pełnia - najcieplejsze i w niewyjaśniony sposób najmilsze miejsce w miasteczku - było dla każdego mieszkańca Zagrodzia naturalnym satelitą, do którego przychodzili w chwilach smutku, zwątpienia albo gdy coś im doskwierało. Oczywiście nikt nie negował nauki i medycyny, ale herbatki Leny Makris często - o ile nie zawsze - stanowiły pierwszy punkt na ścieżce terapeutycznej.
- Precz ze Zmartwieniem. - Głos Leny wyrwał mnie z rozmyślań, przy których mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Przepraszam?
- Tak nazwałam tę mieszankę - wyjaśniła. - Trawa cytrynowa, jagody goji, ananas, jabłko i rumianek. Powinno pomóc, przynajmniej troszkę.
- Dzięki, Leno. Pachnie obłędnie.
- Na zdrowie. Chcesz pogadać?
Postawiła dwa kubki na niewysokim stoliku i usiadła na fotelu. Ja zająłem drugi, z przyjemnością zapadając się w pluszowe siedzisko. Spłynęła na mnie błogość, na chwilę odsuwając myśli od bolesnego tematu.
- Nie wiem, czy jest o czym - odparłem, choć nie przekonałem nawet siebie.
- Kacprze, znamy się nie od wczoraj. Widzę wyraźnie, co się dzieje z twoją aurą. Cierpisz, a mnie boli twoje cierpienie.
- Ale co mam ci powiedzieć, Lenko? Nie przeczę: jest mi źle. Czuję pustkę, żal i złość, ale to chyba normalne po rozstaniu.
- Całkiem naturalne, zgoda. Nie znaczy to jednak, że nie możesz tego w pełni przeżywać. Każdy ma prawo do żałoby, a jej przejście jest bardzo ważne w procesie powrotu do stabilności. Kacper... - Lena pochyliła się i ujęła moją dłoń. Jej skóra była delikatna i ciepła. - Jesteśmy tu sami, możesz nawet krzyczeć i płakać. Nikomu nie powiem!
Roześmiałem się, chociaż w istocie miałem ochotę rozbeczeć się jak dziecko.
- Nie wiem, jak sobie z tym poradzić...
- Nikt tego nie wie i nikt ci tego nie powie. Ale jestem pewna, że znajdziesz sposób. Nic nie trwa wiecznie, smutek także.
Odniosłem wrażenie, że przy ostatnim słowie głos jej zadrżał, więc podniosłem wzrok i przyjrzałem się uważnie jej pięknej twarzy.
- Leno, jesteś pewna, że u ciebie wszystko w porządku? Ja tu się użalam nad sobą, ale ty chyba też z czymś się zmagasz.
Nie odpowiedziała od razu. Upiła łyk herbaty, jakby potrzebowała chwili, żeby zebrać myśli, po czym niemal wyszeptała:
- Każdy ma jakieś problemy i każdy musi znaleźć sposób, żeby sobie z nimi poradzić.
- To brzmi, jakbyś mnie zbywała.
- Ależ nie, nic z tych rzeczy. Naprawdę nic takiego się nie dzieje. - Potrząsnęła głową, a jej kasztanowe pukle rozsypały się na plecy. - Żałujesz tego rozstania? Myślisz, że możecie do siebie wrócić? Chcesz tego?
- Sam nie wiem, czego chcę. Nie chcę być sam, to na pewno. Ale czy Kasia to właściwa kobieta dla mnie...?
- Jeśli mogę powiedzieć ci coś szczerze, to nigdy nie wydawała mi się dla ciebie właściwa. Ty potrzebujesz kogoś, kto pozwoli ci rosnąć i będzie rósł razem z tobą. Kasia... Hmm... Powiedzmy, że nie wydawała się osobą gotową na poważny i zaangażowany związek.
- Widziałaś ją raptem kilka razy.
- Owszem, i tyle mi wystarczyło, aby dostrzec, że wcale nie byłeś z nią szczęśliwy. Nie krzyw się, Kacprze, jestem z tobą szczera. Nie byłeś sobą przy tej dziewczynie, a to raczej nie wróży dobrze relacji. Uważasz, że się mylę?
Nie myliła się, ale prawda bywa bolesna. Zwłaszcza kiedy obnaża nasze błędy. I wcale nie mam na myśli tego, że związek z Kasią był błędem; wiele dzięki niej dowiedziałem się o sobie, na wiele rzeczy spojrzałem z innej perspektywy. Błędem zaś było, że wbrew sobie zgadzałem się na to, co dotąd wydawało mi się nieakceptowalne. Stałem się kimś zupełnie innym tylko po to, żeby żyć w nieszczerym przekonaniu, że w ten sposób zmuszę drugą osobę do zmiany. Absurd, wiem to aż nazbyt dobrze. Kiedy jednak w grę wchodzą emocje, rozum się wycofuje, a później jest już za późno.
- Posłuchaj mnie - mówiła łagodnie, niemal jak do dziecka. - Wiem, że to boli. Wiem, że czujesz wielką stratę, przecież zniknął ktoś, kto przez długi czas wypełniał twoją codzienność. Ale tak będzie lepiej. Dla ciebie, a to dla mnie najważniejsze. I jej z pewnością też to wyjdzie na dobre. Teraz oboje możecie szukać swoich połówek.
- A co, jeśli ja już przegapiłem swoją? Spotkałem ją i wypuściłem z rąk, bo byłem ślepym cymbałem?
- To raczej niemożliwe, panie pesymisto. Kiedy ją spotkasz, wszechświat zrobi wszystko, żebyście nie mogli się od siebie oddalić.
- Ty naprawdę w to wierzysz, co?
Upiłem łyk herbaty, która smakowała dziwacznie. Dziwacznie, ale zaskakująco przyjemnie.
- Oczywiście! Ja wierzę w wiele rzeczy, nawet w to, że każda Horrorata znajdzie swego amatora. - Puściła do mnie oko i przeniosła wzrok na drzwi, które zaledwie sekundę później otworzyły się na oścież.
Już kiedy byliśmy dziećmi, Lena potrafiła wyczuć obecność ludzi, jeszcze zanim pojawili się w polu widzenia. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek mnie to dziwiło, dzieci wiele rzeczy przyjmują z otwartym umysłem. Teraz, mając lat czterdzieści, nawet nie mrugnąłem, kiedy do Pełni wszedł Maurycy, od niespełna roku małżonek upiornej wiedźmy, pieszczotliwie nazywanej Horroratą.
- O, mam nadzieję, że nie przeszkadzam? - Na mój widok zatrzymał się w pół kroku.
- Bynajmniej, właśnie o tobie mówiliśmy - odparłem, z trudem dusząc w sobie chichot.
- Witaj, Maurycy.
Chłód w głosie Leny wyraźnie mnie zaskoczył. Oczywiście znałem przeszłość tych dwojga i doskonale wiedziałem, ile łez wylała przez Maurycego, ale takie zachowanie było zupełnie nie w jej stylu.
- Czołem, Kacprze, nie wiedziałem, że jesteś w Polsce.
Facet wyciągnął do mnie rękę, którą uścisnąłem odrobinę zbyt mocno. Za Lenę, rzecz jasna.
- A ja słyszałem, że wyjechałeś z Zagrodzia. Jak tam życie w stadle?
Przez twarz Maurycego przemknął cień. Czyżbym poruszył czułą strunę?
- Wspaniale, dziękuję. Lenko, moglibyśmy zamienić słowo... na osobności?
- Teraz? Przepraszam cię, Maurycy, ale jestem umówiona z Kacprem...
- Okej, rozumiem - rzucił trochę za szybko, co znaczyło, że wcale nie rozumiał.
Tak jak ja nigdy nie potrafiłem pojąć, co ta wspaniała dziewczyna widziała w tym wymoczku.
- To może zajrzę do Zagajnika po twojej pracy?
- Nie!
A to dopiero była ciekawa reakcja. Spojrzałem na Lenę ze zdumieniem. Wymoczek tak samo.
- To znaczy... możemy się spotkać po mojej pracy, ale nie w domu. Umówmy się w Pralince. O osiemnastej?
Maurycy skinął głową, rzucił mi dziwne spojrzenie, po czym obrócił się na pięcie i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
- To było interesujące - oceniłem. - Czyżby twój facet nie przepadał za panem eks?
- Raczej nie pała do niego przesadną sympatią, zwłaszcza po tym, jak Maurycy potraktował swojego dziadka, ale to nie to...
- A więc jednak jest jakieś "to". Panno Makris, nieładnie okłamywać przyjaciół. Co się dzieje?
Selena odstawiła kubek na stolik i splotła dłonie, jak zawsze kiedy próbowała zdusić smutek. Znałem ją na wylot, a ta naiwniaczka wciąż sądziła, że może mnie oszukać.
- Chodzi o dziadka - powiedziała cicho. - Od jakiegoś czasu dziwnie się zachowuje. Zauważałam drobne zmiany w jego nastrojach, często bywał rozdrażniony albo markotny. A przecież znasz Grzegorza, to chodzący żywioł. A przynajmniej był.
- Co dokładnie przez to rozumiesz? Co się dzieje z Grzegorzem?
- Problem w tym, że ten uparciuch za nic nie chce iść do lekarza. Nie słucha mnie ani Igora. Nawet mojej mamy. Powoli brakuje nam już argumentów, a z nim jest coraz gorzej. Bywają dni, kiedy nie od razu nas rozpoznaje. Zapomina, bywa zagubiony. Mylą mu się ludzie, czasy i miejsca. Nie wiem, co mam robić.
- Myślisz, że to demencja?
- Nie mam pojęcia - odparła, a na jej policzku zalśniła łza. - Próbowałam wszystkiego, wezwałam lekarzy do domu, ale dziadek zamknął się w pokoju i nie wyszedł przez kilka godzin. To się robi nieznośne.
- Dlaczego nie mówiłaś? Ty durna dziewczyno, przecież bym pomógł!
- A niby jak? Skoro nawet mama nie jest w stanie niczego mu wytłumaczyć...
- Musi być jakiś sposób, Leno. On potrzebuje pomocy, TY potrzebujesz pomocy.
- Nie wiem, Kacprze... Nie wiem, co robić. To mnie przerasta. Gdyby tylko babcia żyła...
- Coś wymyślimy. Obiecuję.
Uścisnąłem jej rękę, a ona odwdzięczyła mi się uśmiechem ciepłym jak letnie słońce. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Kiedy drzwi Pełni ponownie się otworzyły, Lena otarła łzy i przywołała na twarz profesjonalny uśmiech znachorki.
- Marto, dzień dobry! Mam coś, co złagodzi twój ból głowy - rzuciła niemal wesoło w kierunku wchodzącej do sklepu pani burmistrz.
- Skąd...? A zresztą, po co ja pytam - burknęła Marta Ordel. - Daj mi to szybko, bo zaraz oszaleję. To pewnie ta wichura. Same nieszczęścia! O, Kacper, dobrze, że cię widzę. Musimy pomówić o tej twojej kancelarii.
Lena rzuciła mi na wpół współczujące, na wpół ironiczne spojrzenie, po czym zniknęła na zapleczu, zostawiając mnie na pastwę herod-baby, rządzącej Zagrodziem twardą ręką. Uśmiechnąłem się głupio, doskonale wiedząc, że już się nie wywinę.
- Siadaj, Marto - powiedziałem z szacunkiem, ustępując jej miejsca na fotelu.
- Ty mi tu oczu nie mydl dżentelmeństwem, bo mamy do pogadania. Ten twój, pożal się Boże, wspólnik nieźle narozrabiał. Obawiam się, że muszę wymówić wam lokal.
- Co takiego? Nie żartuj tak nawet!
Wiedziałem, że wcale nie żartuje. Długi, jakich narobił mój partner, znacznie przekraczały majątek spółki. Nie mówiąc nawet o oszczędnościach, których nie miałem.
- Miasto nie może sobie pozwolić na działalność charytatywną. Musisz się wynieść do końca tygodnia.
- Marto, proszę...
- O nie, nie, nie. Na prośby już za późno, mój panie.
- Przecież wiesz, że to nie moja wina. Wróciłem natychmiast, gdy dowiedziałem się o problemach.
- Mówiły jaskółki, że niedobre są spółki - zaćwierkała pani burmistrz. - Jakoś sobie poradzisz. Ale najpierw musisz posprzątać bałagan.
Wypuściłem głośno powietrze, powstrzymując się od kąśliwego komentarza. Niestety, znajdowałem się na przegranej pozycji, a kłopoty, w jakich się znalazłem, spiętrzyły się do granic możliwości. W jednej chwili cały świat, który latami starannie budowałem, zawalił mi się na głowę - i to niemal dosłownie. Jak gdyby migrena była zaraźliwa, łupnęło mnie w czaszce z taką mocą, że ugięły się pode mną nogi.
- Jasna cholera! - syknąłem, ściskając skronie.
- Nie przeklinaj - upomniała mnie Marta. - Tobie raczej przydałoby się jakieś zaklęcie.
- Albo... zaklinaczka - powiedziała Lena, która pojawiła się z powrotem nie wiadomo kiedy i wpatrywała się w coś za oknem, a jej twarz była biała jak papier. - Kora. Kora wróciła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki