6 Mały bunt
Po przejściu przez cztery poziomy z brygu na pokład rufowy Ash ledwie zipał i nogi pod nim drżały. Strangward był szybszy od niego, a kapitan Talbot zostawała o jeden poziom za nimi oboma. Kiedy Ash dotarł do celu, Strangward stał na pokładzie z DeVilliers i Finnem i przez lunetę obserwował horyzont. Zaraz za obszarem spokojnych wód znajdował się trzymasztowiec, który sunął w ich stronę. Jego żagle wydymał silny północno-wschodni wiatr.
Strangward opuścił lunetę i zaklął pod nosem. Podając ją DeVilliers, wyciągnął swoją czapkę i założył ją na głowę.
- Kto to jest? - zapytała kapitan.
- Nie wywiesili bandery, ale widzę po kształcie i takielunku, że to jeden ze statków cesarzowej - odparł pirat. - Póki się nie zbliży, nie rozpoznam, co to za statek ani kto stoi za sterem.
- Wolałabym, żeby do tego nie doszło. To jest... żeby się nie zbliżył - stwierdziła DeVilliers.
Podparty pod boki Strangward przesuwał wzrok po nieruchomej tafli morza i zwiotczałych żaglach.
- Może już być za późno. Mają nas jak na dłoni.
- I to z twojej winy - powiedziała DeVilliers. - Twój gambit nas wydał.
- Nie, kapitanie. To przez wasz upór, żeby ignorować moje rady i płynąć takim charakterystycznym statkiem tak blisko Wysp Północnych - odparł Strangward.
- Nie obchodzi mnie, czyja to wina - syknął Ash, wbijając wzrok w zbliżający się statek. - Evan, dasz nam trochę wiatru, żebyśmy przynajmniej mogli wykonać jakieś manewry?
Strangward spojrzał w niebo.
- Jeśli kapitan DeVilliers odda mi mój amulet, zobaczę, co da się zrobić.
- Kapitanie? - zapytał Ash, czując się tak, jakby ingerował w bójkę uczniów na boisku.
DeVilliers sięgnęła pod pelerynę, wyjęła wisior na łańcuchu i rzuciła nim w Strangwarda. Ten przełożył łańcuch przez głowę i wsunął amulet pod okrycie. Potem pstryknął palcami i wywołał lekki wiatr, który wytworzył kręgi na wodzie i poruszył żaglami zwisającymi z masztów.
- Potrzebujemy silniejszego wiatru - burknęła DeVilliers.
- Jeśli za bardzo zmienię pogodę, to jakbym wywiesił na maszcie własną banderę - stwierdził Strangward. - Może uda nam się uciec, ale stracimy element zaskoczenia. A tylko zaskoczenie może nam pomóc wygrać. Jeżeli Celestyna dowie się, że tu jestem, to w ciągu kilku dni całe Pustynne Wybrzeże zaroi się od statków, które będą nas szukać.
Obcy statek przekroczył niewidzialną linię, za którą wiatr w jego żaglach osłabł, lecz siła rozpędu nie pozwalała mu zwolnić. Strangward wywołał silniejszą bryzę i marynarze rzucili się do ustawiania żagli, halsując nieco w prawo, by znowu złapać wiatr.
Osłaniając oczy, Ash obserwował kartezjański okręt i szukał wzrokiem błękitnej aury oznaczającej czarowników. Członkowie załogi rozsiewali blask, ale barwy indygo. To musieli być...
- Zaprzysiężeni krwią - powiedziała DeVilliers tonem, w którym słychać było rozczarowanie. Jakby do tej pory miała nadzieję, że Strangward się myli. Tymczasem na maszt wciągnięto banderę z syreną cesarzowej, a zaraz za nią czarną flagę, oznaczającą żądanie poddania się.
- Myślicie, że możemy ich jakoś oszukać? - zapytał Ash.
- Może - odparła DeVilliers w tym samym momencie, w którym Strangward zaprzeczył.
- Nie. Już wiedzą, kim jesteśmy... a przynajmniej, że nasz statek pochodzi z mokrego lądu.
- Nawet jeśli, to czemu mieliby nas zaczepiać? - powiedziała DeVilliers. - Widzą, że jesteśmy uzbrojeni i raczej nie przewozimy nic cennego. Piraci wolą łatwiejsze cele.
- Ale Celestyna ostatnio nie myśli jak pirat - tłumaczył Strangward. - Myśli jak cesarzowa, która broni swojego terytorium. Będzie chciała wiedzieć, co robimy tak blisko jej stolicy. Jak... i czy uda nam się wywinąć, będzie zależało od tego, czy ona jest na pokładzie. Nie wyczuwam jej... na razie. Popatrzę jeszcze raz.
DeVilliers wsunęła mu lunetę w dłoń. Przyłożył ją do oka.
- No i? - szepnął Ash. - Widzisz ją? - Sam bardzo chciał zobaczyć cesarzową, ale nie w takich okolicznościach.
Strangward potrząsnął głową.
- To Tully Samara, admirał floty cesarzowej. Statek nazywa się Hydra. Na tyle, na ile mogę stwierdzić, nie ma na pokładzie magów, jeśli nie liczyć zaprzysiężonych krwią. Dobra wiadomość jest taka, że Samara nie umie wznosić magicznych barier ani stosować skomplikowanej magii. Tylko że zaprzysiężeni krwią są nie do pokonania w walce wręcz. Nie możemy dopuścić, żeby weszli na pokład.
- Nie możemy się też wdać w wymianę ognia - powiedziała DeVilliers. - Moglibyśmy stracić ludzi, a już dysponujemy minimalną załogą. Ale mamy czterech czarowników, a z tego, co mówisz, oni nie mają żadnego. Myślisz, że jeśli im pokażemy, na co nas stać, odpuszczą?
- Raczej zaczną się zastanawiać, po co płyniemy przy ich wybrzeżu z czterema czarownikami na pokładzie w czasie, kiedy wszyscy czarownicy są potrzebni do walki we własnym kraju - zauważył Ash.
Strangward spojrzał na niego w taki sposób, jakby był zaskoczony tak logicznym myśleniem.
- W takim razie wywiesimy żółtą flagę - stwierdziła DeVilliers. - Spróbujemy wywinąć się w taki sposób. To by mogło wyjaśniać, dlaczego jesteśmy z dala od brzegu i donikąd nie płyniemy.
Strangward pocierał podbródek.
- Każdy pirat od Piaszczystej Przystani po Dwór Głębokiej Wody zna ten takielunek. Nawet jeśli odstraszycie Samarę, zaprzysiężonych krwią to w ogóle nie zaniepokoi.
- Co oznacza żółta flaga? - Ash czuł się prawdziwym dyletantem w kwestiach żeglarstwa.
- Sygnalizuje chorobę na pokładzie. Symbol kwarantanny - wyjaśniła DeVilliers. - To stara sztuczka odstraszania piratów. Może w połączeniu z naszą siłą ognia da im do myślenia.
Strangward pokręcił głową. Pochylił się ku DeVilliers i powiedział cicho, lecz niecierpliwie:
- Kapitanie, teraz, gdy już tu jesteśmy, musimy uderzyć szybko i mocno tradycyjną bronią. Przy takiej załodze, jaką mamy, nie obsadzimy dużych dział, więc chyba nie uda się ich zatopić. Najlepsze, co możemy zrobić, to osłabić ich na tyle, żebyśmy mogli odpłynąć, nie ujawniając zbyt wiele. Zalecałbym wznieść magiczne bariery, przez które Samara nic nie zobaczy, a potem otworzyć ogień z dział ośmiofuntowych naładowanych kulami łańcuchowymi i prętowymi, celować w maszty i takielunek. Jeśli spróbują abordażu, użyjemy działek relingowych naładowanych kartaczami.
Uroczy, skromny Strangward zniknął. Jego miejsce zajął twardy i bezwzględny legendarny zaklinacz burz. Po raz kolejny pirat mówił pani kapitan fellsjańskiej marynarki, co robić. Teraz przynajmniej była skłonna skorzystać z jego wiedzy.
DeVilliers przez dłuższą chwilę przyglądała się Strangwardowi, po czym skinęła głową.
- To trochę potrwa. Wywiesimy żółtą flagę, żeby zyskać na czasie. Daj nam silny wiatr z północnego wschodu, żebyśmy mieli przewagę pod tym względem. Baines, ulokuj się na pokładzie artyleryjskim. Kiedy działa będą naładowane, strzelajcie. Teza, jesteś nawigatorem. Finn, ty zajmiesz się barierami. Jorani, wciągnij żółtą flagę, a potem naładuj działka relingowe, ale na razie dyskretnie. Książę Adrianie, rzuć zaklęcie na Kartezyjczyków. Zajmij ich czymś i powstrzymaj, gdyby próbowali abordażu.
- Kapitanie - powiedziała Talbot, która z mieczem w ręku wprost paliła się do działania - co mam robić?
- Pomóż księciu - powiedziała DeVilliers. Sięgnęła do składziku i wyjęła dwa długie pasy żółtego materiału: flagi zrobione z resztek koszul żeglarzy. - Będziecie udawać ostatnich z załogi, którzy przeżyli. - Odwróciła się w kierunku schodów.
Załoga rozprysła się na wszystkie strony niczym wybuchający pocisk. Finn, Talbot, Ash i Strangward pobiegli do swoich zadań. Finn odłączył się od pozostałych i zajął stanowisko przy grotmaszcie na śródokręciu. Po chwili lśniąca magiczna sieć rozpięła się nad statkiem i delikatnie otoczyła maszty i takielunek.
Kiedy doszli do forkasztelu, Ash zobaczył zaprzysiężonych krwią ustawionych wzdłuż relingów Hydry i ściskających bosaki w rękach. Nie trzeba było dobrze liczyć, by zauważyć, że wrogowie mieli przewagę liczebną. Strangward wyjrzał zza fokmasztu.
- Tam jest Samara - mruknął, pokazując palcem. - To ten jedyny, który nie jest zaprzysiężony krwią. - Zaklinacz burz ukrył się po rufowej stronie fokmasztu i oparł o niego plecami. Zacisnął dłoń na amulecie i uniósł drugą rękę, jakby sięgał powietrza.
Statek się zakołysał, a żagle zaczęły się wypełniać wiatrem.
Ash spoglądał ponad falami na admirała wrogiej floty w bogato zdobionej koralikami pelerynie, wysokich butach, z szerokim złotym pasem i uśmiechem zadowolenia. W jednej ręce trzymał wygięty miecz kartezjański.
- Witajcie, przybysze z mokrego lądu! - zawołał. - Nie macie się czego bać! Opuśćcie banderę i poddajcie się, a zobaczycie, jak łaskawa jest cesarzowa!
Ash poczuł przypływ złości. Czy cesarzowa okazałaby im taką samą łaskawość jak mieszkańcom Kredowych Klifów? Czy ten admirał widział jego siostrę? Czy wie, gdzie ona jest? Najchętniej sięgnąłby ponad tymi falami, chwyciłby go za gardło i zażądał odpowiedzi.
- Wasza Wysokość! - Talbot pociągnęła go za rękaw, co wyrwało go z zamyślenia.
Ash wziął się w garść, pochylił w stronę Talbot i mruknął:
- Zyskajmy trochę czasu. - Wyszedł zza masztu i ruszył naprzód, by złapać się relingu, jakby się bał, że nogi go nie utrzymają.
Talbot stanęła obok niego. Ash pomyślał, że on i Talbot nie są dobrym wyborem, by udawać marynarzy. Miał nadzieję, że Samara nie każe mu recytować pirackich zasad ani demonstrować wiązania węzłów żeglarskich.
- Ahoooj! - krzyknął.
Samara wpatrywał się w Asha ubranego w nijaki strój i czapkę marynarską, z chustką na szyi. Przesunął wzrok na Talbot i znowu na Asha. Ich widok wyraźnie odbiegał od jego oczekiwań.
- Coście za jedni? - zapytał w mowie powszechnej. - Spodziewałem się dowódcy marynarki z mokrego lądu. A tu, proszę, mamy parę obdartusów. A może po prostu nie znaleźliście munduru, w który ona by się wbiła? - Ruchem głowy wskazał Talbot.
Ash zasalutował do flagi cesarzowej. Talbot spojrzała zdumiona, lecz zaraz poszła w jego ślady.
- Jesteśmy korsarzami. Mamy list kaperski króla Ardenu - oznajmił Ash. - Pływamy przy brzegach mokrego lądu, z Bruinsport. Przejęliśmy ten statek i chcemy podarować go cesarzowej Celestynie wraz z naszymi wyrazami uznania.
- Ach tak? - Samara obserwował Wilka Morskiego, szukając oznak życia. - A gdzie reszta załogi?
Ash i Talbot wymienili spojrzenia, jakby uzgadniali wspólną wersję.
- Śpią - powiedziała Talbot. - Pod pokładem.
- Cesarzowa zawsze potrzebuje dobrych statków, marynarzy i żołnierzy - stwierdził Samara. - Ale dlaczego chcecie zrezygnować ze swojej zdobyczy?
- Mamy nadzieję, że cesarzowa nas zatrudni - oświadczył Ash z zapałem. - Młody król Ardenu... jest jeszcze gorszy niż jego ojciec. Uważamy, że lepiej nam będzie u was.
Samara obrzucił ich sceptycznym wzrokiem.
- Gdzie wasz kapitan? Chcę z nim pomówić.
- On... odpoczywa - odparł Ash. - Nie można mu przeszkadzać.
- Nie wierzę wam. - Samara wskazał żółtą flagę. - Co to ma być?
Ash spojrzał na flagę, jakby zaskoczony jej widokiem.
- To? To tylko... - Udał, że zakręciło mu się w głowie: mocniej ścisnął reling, żeby się nie przewrócić.
- To chyba jakaś północna bandera - odezwała się Talbot. - Nigdy jej nie opuściliśmy. - Otarła sobie twarz chustką i zadrżała, jakby przeszył ją dreszcz.
Odzyskawszy równowagę, Ash zawołał:
- Może zechcecie wejść na pokład?! Albo rzucicie nam linę i przejdziemy na wasz statek?!
Talbot odruchowo ścisnęła mu rękę, jakby się bała, że Samara się na to zgodzi.
Ten jednak ponownie spojrzał na flagę.
- Co to? Tyfus? Krwista biegunka? Ospa?
- Nie wiem, o co chodzi - odparł Ash.
- Chodzi o to, że wyczuwam tu jakiś szwindel - oświadczył Samara. - Chcecie przywlec jakąś paskudę na nasz statek, żebyśmy zawieźli ją do naszego portu.
Ash usiłował nie okazywać zdumienia. Czyżby ten prowizoryczny plan zadziałał?
- Proszę, panie - powiedziała Talbot. - Musimy się wydostać z tego statku. Nie chcemy skończyć jak... jak pozostali.
Ash posłał jej zagniewane spojrzenie.
- Zamknij się! - syknął.
- Coś mi się zdaje - Samara uśmiechnął się, obnażając szczęki jak u rekina - że będzie dla was najlepiej, jeśli wybawię was od tego nieszczęścia. Nauczę was też, żeby nie sprowadzać choróbsk z mokrego lądu w pobliże naszych ziem. - Obrócił się do czekających zaprzysiężonych krwią. - Puśćcie bosaki. Nie będzie abordażu. Wytoczyć działa i strzelać na moją komendę.
Zaprzysiężeni potraktowali ten rozkaz bardzo dosłownie. Bosaki z hukiem runęły na pokład, a marynarze rzucili się na swoje pozycje.
Nie zamierzają dokonywać abordażu, ale i tak nasz plan może się nie udać na wiele sposobów, myślał Ash. Co, u licha, dzieje się pod pokładem? Wiedział, że brakuje im ludzi, ale jak długo mogło trwać przygotowanie dział?
Nagle jakby wszystko ruszyło naraz. Najpierw skrzypnięcie zawiasów, kiedy otwierały się furty działowe Wilka Morskiego, a po chwili zgrzyt bocznego takielunku, gdy pojawiły się działa. Jorani z załogi Strangwarda natychmiast zaczęła toczyć jedno z dział pokładowych do relingu. Talbot podbiegła, by jej pomóc - razem przymocowały działo i wróciły po następne.
Statek się zatrząsł, kiedy gruchnęły potężne działa ośmiofuntowe, z których wystrzeliły kule łańcuchowe i prętowe prosto w takielunek Hydry. Rozłupały fokmaszt i rozdarły żagle na śródokręciu. Druga runda strzałów trafiła w sterownię, co dało strzelcom satysfakcję, lecz nie miało dużego wpływu na przygotowania przeciwników do walki. Trzecia seria pozbawiła Hydrę grotmasztu, który zwalił się na rufę.
Jorani omiatała pokład Hydry kartaczami z jednego z działek relingowych. Zaprzysiężeni krwią cesarzowej aż wylatywali w powietrze. Kiedy opróżniła działko, pobiegła do sąsiedniego i zaczęła od nowa. Wpakowała w statek Kartezyjczyków ładunek kolejnego działa i na tym się skończyło. Trzeba było ponownie załadować.
W powietrzu fruwały komendy Samary, gdy otwierały się furty działowe Hydry.
- Przygotować się do zmiany kursu! - krzyknęła DeVilliers i statek rozpoczął powolny obrót rufą do okrętu cesarzowej.
Ash i Talbot pobiegli na rufę, żeby nie stracić wrogiego statku z oczu. W chwili, gdy zrównali się z fokmasztem, Wilk Morski skoczył naprzód, napełniwszy żagle wiatrem, i Ash upadł na plecy. Talbot wyciągnęła rękę, by pomóc mu wstać, gdy nagle oślepił go błysk światła i przeszyła fala gorąca, a cały statek zatrząsł się i zakołysał. Fokmaszt wraz z takielunkiem zwalił się na niego i oplatał go linami i żaglami, które wydzielały zapach palonej smoły i zwęglonego drewna.
Najwyraźniej Hydra wystrzeliła pierwszą salwę. Ale co się stało z magicznymi barierami?
Próbując się wyplątać z takielunku, spojrzał na rufę. Finn stał samotnie na śródokręciu, w pelerynie targanej coraz silniejszym wiatrem, z amuletem w jednej ręce, z zamkniętymi oczami.
Kiedy uniósł powieki, na jego bladej, zrozpaczonej twarzy pojawiła się wściekłość. To były oczy obcego. Uniósł wolną rękę i posłał strumień ognia prosto w Asha.
Co, u licha, Finn?
Ash przeturlał się na bok, lecz nie dość szybko. Poczuł przeraźliwy żar, płomienie omal nie przecięły go na pół, w uszach mu dzwoniło. Po chwili pływał w wodzie, owinięty w żagiel, nie potrafiąc określić, gdzie jest góra, a gdzie dół.
Umierasz, pomyślał. Przepraszam, Lyss. Przepraszam, mamo. Przepraszam, Jenno. Zawiódł wszystkie kobiety w swoim życiu. Mężczyzn też.
Nagle ktoś chwycił go od tyłu umięśnioną ręką i pociągnął w górę, aż w końcu głowa Asha przebiła powierzchnię wody. Z poczuciem ulgi nabrał powietrza i natychmiast zaczął wykrztuszać wodę z płuc. Jego wybawca chwycił go za ręce i położył je na czymś twardym, zrobionym z kłód albo z desek.
- Trzymaj się tego, uzdrowicielu - powiedział. - Zaraz wrócę.
To był Strangward. W ciągu godziny dawny przyjaciel próbował go zabić, a dawny wróg uratował mu życie. Nic dziwnego, że Ash nie umiał rozpoznać, gdzie góra, a gdzie dół.
Z jedną ręką na prowizorycznej tratwie, wymacał swój sztylet przy pasie i ostrożnie odcinał płótno i liny, aż odsłonił sobie twarz i mógł się rozejrzeć. Odkrył, że trzyma się przewróconej łodzi ratunkowej, która wcześniej przymocowana była do Wilka Morskiego. Obejrzał się na statek, z którego wypadł, i zobaczył ogromną dziurę wygryzioną w lewej burcie, dokładnie w miejscu, w którym stał wraz z Talbot. Kadłub i pokład były zwęglone, jakby padły ofiarą płomieni.
Zamrugał, by pozbyć się z oczu wody, i zauważył, że Wilk Morski nawet się nie zatrzymał - stawał się coraz mniejszy, odpływając w dal. Ash rozejrzał się i zrozumiał, że unosi się na wodzie pomiędzy Wilkiem Morskim a Hydrą, skąd jak okiem sięgnąć nie było widać lądu.
- Hej! - krzyknął. - Żeglarze za burtą! - I po chwili: - Ratunku! - Chociaż zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie nic tym nie osiągnie, bo odległość między nimi a Wilkiem Morskim z każdą chwilą się zwiększała.
- Zamknij się!
Czyjś głos tak go przestraszył, że Ash omal nie puścił się kila. Strangward wrócił, tym razem holując nieprzytomną Talbot, obficie krwawiącą z rany w głowie.
- Dźwięk niesie się po wodzie, a nie chcemy, żeby Samara wrócił skończyć to, co zaczął.
- Wolisz utonąć?
Strangward zastanawiał się nad tym przez chwilę, jakby to było trudne pytanie. Potem odpowiedział:
- Nie utoniemy, uzdrowicielu, chyba że zaczniesz panikować. - Położył Talbot obok Asha i trochę ją podciągnął, tak że jej klatka piersiowa i głowa spoczywały na burcie łodzi. - O, tak - powiedział. - Trzymaj jej głowę nad wodą i spróbuj powstrzymać krwawienie. Dość już mamy drapieżników, nie musimy kusić następnych.
Talbot dochodziła do siebie: kaszlała, pluła, krztusiła się. Ash robił, co mógł, żeby nie zatopiła łódki, nim całkiem odzyska świadomość. Wymiotowała wodą morską, aż w końcu zaczęła wyrzucać z siebie słowa:
- Co to było? Gdzie nasz statek? Co my... Strangward! Co ty tu robisz? - Obrzuciła pirata podejrzliwym wzrokiem. - Gdzie reszta? - Obracała głowę na wszystkie strony.
Teraz już oba statki zniknęły z widoku. Po horyzont rozciągał się pusty ocean.
- Czemu wciąż kończę w wodzie? - jęknęła. - Całe życie aż do niedawna nigdy nawet nie byłam bliska utonięcia, a teraz dwa razy w ciągu kilku miesięcy...
- Nie krzycz i nie ruszaj się - powiedział Ash - spróbuję zasklepić ranę na twojej głowie.
Na szczęście była to powierzchowna rana, z którą szybko sobie poradził. W jego głowie kłębiły się myśli. Co się przed chwilą stało? Zdawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. A wtedy...
Strangward obserwował horyzont, wypatrując ratunku lub pojawienia się wrogiego statku. Potem powiedział:
- W porządku, teraz obrócę łódkę. Nie chcę nikogo z was utopić, więc musicie złapać za tę linę, puścić się łodzi i odsunąć od niej jak najdalej.
- Chcesz, żebyśmy puścili się łodzi? - zapytała Talbot, szczękając zębami.
- Nie mogę jej obrócić z wami przyczepionymi jak pąkle.
Ash i Talbot przesuwali się wzdłuż kadłuba, ostrożnie przekładając ręce, aż dotarli do liny. Puścili się drewna i mocno chwycili za sznur.
- Przygotujcie się na wysoką falę - ostrzegł Strangward. Odsunął się na niewielką odległość od łódki, jedną ręką chwycił za amulet, a drugą wykonał taki ruch, jakby zapraszał ją w swoją stronę.
Łódź zagłębiła się niżej, a potem wydawało się, że zaleje ją wysoka fala, która przewaliła się nad burtą i obróciła ją dnem na dół.
Ash musiał przyznać, że jest pod wrażeniem.
- Już to robiłeś - stwierdziła Talbot niemal oskarżającym tonem. - Prawda?
- Raz czy dwa - przyznał pirat. - Trzymajcie się teraz mocno, ja wejdę pierwszy i wciągnę was bezpiecznie na pokład.
- Dlaczego ty masz iść pierwszy? - zapytała Talbot.
Strangward odgarnął sobie mokre włosy z oczu.
- No nie wiem... bo umiem to zrobić tak, żeby łódź znowu się nie przewróciła?
- To jakaś sztuczka?
- Po co miałbym stosować jakieś sztuczki? - odparł Strangward. - Mogłem po prostu pozwolić wam utonąć. - Humor w jego oczach zgasł, zastąpiony przez ból, który Ash widział już wcześniej. - To jeszcze może się zdarzyć.
- Talbot, proszę - wtrącił się Ash. - On nam obojgu uratował życie. Musisz spróbować mu zaufać.
Talbot przerzuciła wzrok z Asha na Strangwarda. Była nieprzytomna, kiedy pirat dokonywał bohaterskich czynów.
- Ja tylko...
- Nie mam czasu na dyskusje - burknął Strangward. - Wchodzę na pokład. A wy róbcie, co chcecie. - Podpłynął do łodzi, przywarł do niej plecami, obiema rękami chwycił za krawędź, odchylił do tyłu głowę, podciągnął kolana i tyłem przerzucił się przez burtę.
Ash i Talbot wpatrywali się w niego zdumieni, a potem spojrzeli po sobie.
Umieściwszy stopy przy jednej burcie, przechylił ciało przez drugą i wciągnął ich do łodzi. Ze schowka pod ławką wydobył worek marynarski, otworzył go i wyjął dwa kubły.
- Pomóż mi wylać wodę. - Podał kubeł Talbot, która po chwili wahania przystąpiła do pracy.
Kiedy łódź była już osuszona, Strangward odpakował maszt.
- Musimy go postawić - zwrócił się do Asha.
Nagle Ash zrozumiał.
- Chcesz popłynąć tą łódką do brzegu? - Obrzucił łódź sceptycznym wzrokiem.
- W rękach zaklinacza burz to jest statek - oświadczył Strangward, a w jego wzroku znów pojawiły się psotne ogniki. - Poczekaj trochę, a pokażę ci, co to znaczy.
Wszyscy troje wzięli się do pracy. Przymocowali wanty, a niedługo potem postawili gafel i sztaksle.
Talbot obserwowała takielunek, marszcząc czoło.
- Wiesz chociaż, gdzie jesteśmy? Albo dokąd płyniemy?
Strangward parsknął śmiechem.
- Wiem dokładnie, gdzie jesteśmy, i wiem dokładnie, dokąd płyniemy - oznajmił. - W końcu płyniemy do Tarvos.