Zaklinacz słów - Shirin Kader

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Za­nim się uro­dziłam, znałam już większość orien­tal­nych baśni. Mat­ka czy­tała je, odkąd do­wie­działa się o mnie, a na­wet wcześniej, mając za­le­d­wie prze­czu­cie mo­je­go ist­nie­nia. Dzięki niej, na­uczy­ciel­ce języka pol­skie­go w jed­nym z lu­bel­skich liceów, jesz­cze nim przyszłam na świat, od­wie­dziłam Bli­ski Wschód, In­die, Birmę, Turcję, sta­rożytną Persję i współcze­sny Iran. Pochłaniała każdą książkę z baśnia­mi, jaką w ciężkich, ko­mu­ni­stycz­nych cza­sach udało jej się do­stać, była ich głodna tak, jak większość ciężar­nych ko­biet głodna jest słody­czy albo wszyst­kie­go, co kwaśne i co zdra­dza, według wie­rzeń lu­do­wych, płeć przyszłego po­tom­ka. Mat­ka nie po­tra­fiła so­bie po­tem przy­po­mnieć, co jadła w ciągu tych dla niej szczególnych dzie­więciu mie­sięcy, do­sko­na­le znała na­to­miast tytuły czy­tanych wte­dy książek.

Łagod­ny, zrówno­ważony głos mat­ki to­wa­rzy­szył mi od początku. Był ze mną, gdy za­czy­nało bić ser­ce, gdy po­ja­wiały się pierw­sze ge­sty i ru­chy. No­ca­mi wierz­gałam nie­spo­koj­nie w jej wnętrzu, do­ma­gając się ko­lej­nych opo­wieści, aż w końcu bu­dziła się i za­czy­nała czy­tać. Tak po­znałam Księgę tysiąca i jed­nej nocy, Księgę pa­pu­gi, Przy­go­dy Hodży Na­sred­di­na, mi­stycz­ne opo­wieści Ru­mie­go i set­ki dzieł ano­ni­mo­wych au­torów.

Od wcze­sne­go dzie­ciństwa mój pokój wypełniały książki, zarówno pachnące nowością, jak i sta­re, sfa­ty­go­wa­ne przez czas, na za­wsze na­zna­czo­ne śla­da­mi daw­nych użyt­kow­ników. Pro­wa­dziły mnie przez ma­gicz­ny świat słów, z których każde miało swój ko­lor, swą wewnętrzną me­lo­dię, rytm, nie­po­wta­rzal­ność. Naj­pierw do­wie­działam się, jak sma­kują. Mełłam w bezzębnych ustach strzępy pa­pie­ru, a mat­ka wyciągała je, prze­rażona, że za­truję się farbą dru­karską. Po­tem przy­szedł czas na do­tyk. Prze­su­wałam pal­ca­mi po błyszczących li­te­rach, próbując wy­czuć, które są szorst­kie, a które twar­de czy miękkie. W końcu na­uczyłam się mówić, a wte­dy słowa ob­ja­wiły mi ko­lejną ta­jem­nicę: zro­zu­miałam, że na­zy­wają to, co kry­je wy­obraźnia. Od tam­tej pory w czte­rech ścia­nach mo­je­go po­ko­ju po­ma­lo­wa­nych na ko­lor doj­rzałej po­ma­rańczy two­rzyłam własne baśnio­we kra­iny, pełne po­sta­ci o zmyślo­nych twa­rzach i nie­ist­niejących nig­dy życio­ry­sach.

W wie­ku nie­spełna pięciu lat zaczęłam czy­tać. Od tam­tej pory często wy­obrażałam so­bie, że je­stem kimś na­pi­sa­nym, kogo życie to­czy się na kar­tach po­wieści. Wie­rzyłam też, że za każdym ra­zem, gdy wy­cho­dzi­my z miesz­ka­nia, książki ze­ska­kują z półek, a bo­ha­te­ro­wie wy­sy­pują się z nich jak z dziu­ra­we­go wor­ka, cie­ka­wi ob­ce­go świa­ta. W mo­jej głowie po­wsta­wały wówczas najróżniej­sze sce­na­riu­sze tego, co działo się pod naszą nie­obec­ność: na ka­na­pie zwi­nięty w kłębek chra­pał smok, ifry­ty próbowały za­mknąć się w słoikach po dżemie, chci­wy per­ski ku­piec chciał wie­dzieć, czy dy­wan w sa­lo­nie na­da­je się do la­ta­nia i czy można nim prze­wieźć eg­zo­tycz­ne to­wa­ry. W tym cza­sie inni, a było ich wie­lu, szpe­ra­li w lodówce, włącza­li te­le­wi­zor albo słucha­li mu­zy­ki na sta­rym ad­ap­te­rze ro­dziców. Po po­wro­cie spraw­dzałam, czy wszyst­kie przed­mio­ty znaj­dują się na właści­wych miej­scach, i do­zna­wałam za­wo­du. Odłożona in­a­czej łyżecz­ka czy po­prze­sta­wia­ne buty w przed­po­ko­ju miały być zna­kiem, wia­do­mością z zaświatów.

Po­dob­no byłam dziw­nym dziec­kiem. Niektórzy twier­dzi­li, że je­stem opóźnio­na w roz­wo­ju (bali się po­wie­dzieć wprost, że uważają mnie za nie­nor­malną), bo przed­sta­wiałam się imio­na­mi książko­wych bo­ha­terów albo od­ma­wiałam je­dze­nia bu­dy­niu, prze­ko­na­na, że nie­wiel­kie pływające w nim grud­ki to bąble, które wcześniej zwi­sały z nosów cza­row­nic. W prze­ci­wieństwie do rówieśników nie za­da­wałam nie­zli­czo­nych pytań ani nie do­ma­gałam się nie­ustan­nej uwa­gi do­rosłych. Całe dnie spędzałam w swo­im po­ko­ju, mając za to­wa­rzy­szy je­dy­nie za­baw­ki: hin­du­skie ma­rio­net­ki o rzeźbio­nych twa­rzach, ku­kiełki wo­jow­ników, drew­nia­ne ko­nie ręcznie ma­lo­wa­ne czer­wie­nią i złotem, błękit­ne pa­pu­gi w zdobio­nych sre­brem klat­kach. Dziw­na, milcząca dziew­czyn­ka - mówili między sobą przy­ja­cie­le ro­dziców, za­do­wo­le­ni, że nie zakłócam ich to­wa­rzy­skich spo­tkań płaczem i ma­ru­dze­niem. Cza­sem, prze­ko­na­ni, że ich nie słyszę, za­sta­na­wia­li się, na kogo wy­rosnę, prze­po­wia­da­li przyszłość wzo­rem sta­rożyt­nych wy­rocz­ni i pod­trzy­my­wa­li na du­chu matkę i ojca, których cie­szyłby za­pew­ne mój pęd do książek, gdy­by nie szło z nim w pa­rze całko­wi­te igno­ro­wa­nie in­nych dzie­ci.

Im dłużej żyłam wśród baśni, tym mniej ro­zu­miałam ota­czający mnie świat. Prze­stałam go po­trze­bo­wać, bo w sy­tu­acji, gdy lu­dzie wciąż za czymś tęsknią, do cze­goś dążą i cze­goś chcą, wszyst­ko po­tra­fiłam so­bie wy­obra­zić. W moim języku nie było pojęcia bra­ku: umiałam latać, ożywiać przed­mio­ty, nada­wać kształt temu, co dla zwykłych śmier­tel­ników po­zo­sta­wało abs­trakcją lub nie­osiągal­nym przed­mio­tem ma­rzeń. Do­pie­ro gdy poszłam do szkoły, mu­siałam stanąć twarzą w twarz z rze­czy­wi­stością. Pew­nie dla­te­go niechętnie wspo­mi­nam tam­te cza­sy. Gdy­by ktoś te­raz spy­tał mnie o wspo­mnie­nia z czasów szkol­nych, nie­wie­le miałabym do opo­wie­dze­nia.

Naj­le­piej pamiętam lekcję, na której roz­ma­wia­liśmy o tym, co chce­my robić w przyszłości. Na­uczy­ciel­ka cho­dziła między rzędami ławek i za­da­wała każdemu to samo py­ta­nie. Pogrążona we własnych myślach, jak zwy­kle nie zwra­całam uwa­gi na to, co mówią inne dzie­ci, a kie­dy na­deszła moja ko­lej, wy­pa­liłam bez za­sta­no­wie­nia: "Chcę być Sze­he­re­zadą". Wokół roz­legł się ryk. Śmiech wi­ro­wał w po­wie­trzu, tur­lał się po podłodze, wpełzał na pa­ra­pe­ty, przy­kle­jał do świeżo wy­tar­tej ta­bli­cy. Moi ko­le­dzy i koleżanki z kla­sy pokłada­li się na so­bie na­wza­jem, smar­ka­li w rękawy far­tuchów, kwi­cze­li i wy­da­wa­li trud­ne do określe­nia odgłosy. Wy­obra­ziłam so­bie wte­dy, że przez uchy­lo­ne okno do sali wla­tu­je lśniący, pur­pu­ro­wy ptak i robi wielką kupę na głowy prze­rażonych dzie­ciaków. Na­uczy­cielkę kom­plet­nie za­sko­czyły re­ak­cje dzie­ci. Wi­działa wie­le form szkol­ne­go ostra­cy­zmu, ale sce­na w kla­sie ode­brała jej reszt­ki złudzeń. Chciała chro­nić mnie przed okru­cieństwem, zupełnie nie­po­trzeb­nie, bo nic nie mogło zro­bić tego le­piej niż wy­obraźnia. Mówiła o sza­cun­ku dla cu­dzych ma­rzeń, o em­pa­tii i zro­zu­mie­niu, ale wszyst­ko to tra­fiało w próżnię.

- Te, Sze­he­re­za­da, pokaż maj­ty - usłyszałam, wchodząc do szat­ni.

- Spa­daj - warknęłam.

- Wa­riat­ka.

- Kre­tyn.

Przez ko­lej­ne lata nie­wie­le się zmie­niło. Pro­wa­dziłam podwójne życie i nie prze­szka­dzało mi to. W kla­sie byłam ci­chym, milczącym wy­rzut­kiem, po­zo­sta­wio­nym jed­nak w spo­ko­ju, bo poza języ­kiem baśni do­sko­na­le znałam też język uli­cy i nie wahałam się go używać, nie­spe­cjal­nie pa­so­wałam więc do roli ofia­ry. W domu na­to­miast miałam swój świat i przeżywałam w nim nie­sa­mo­wi­te przy­go­dy. Z cza­sem na­uczyłam się trak­to­wać rze­czy­wi­stość jako tło wy­obraźni, jej dopełnie­nie, coś, bez cze­go nie mogłaby ist­nieć.

Pew­ne­go dnia zdałam so­bie sprawę z tego, że do­ra­stam. Dzie­ciństwo kończyło się bez­pow­rot­nie i na­gle baśnie prze­stały mi wy­star­czać. Ob­ser­wując koleżanki spa­ce­rujące z chłopa­ka­mi za rękę albo całujące się z nimi ukrad­kiem na szkol­nych ko­ry­ta­rzach, od­czu­wałam tęsknotę za czymś, cze­go nie po­tra­fiłam na­zwać. W moim oto­cze­niu nie było ni­ko­go, kto by przy­ciągnął wzrok, wzbu­dził za­in­te­re­so­wa­nie. Prze­rażała mnie milcząca bez­po­sta­cio­wość owej tęskno­ty, brak na­wet jed­ne­go człowie­ka sym­bo­lu, którego imię mogłaby nosić. Ano­ni­mo­wa tęskno­ta roz­gościła się w myślach na do­bre, wy­po­mi­nając każdą prze­czy­taną dotąd hi­sto­rię o bo­ha­te­rach go­to­wych na naj­większe poświęce­nie dla swych uko­cha­nych.

Mimo upływu lat wciąż nie wy­rosłam z dzie­cięcych ma­rzeń, że znajdę ta­jem­ne przejście do baśnio­wej kra­iny, gdzie będzie cze­kał ktoś, dzięki komu usłyszę słowa dotąd zna­ne mi tyl­ko z książek. Być może dla­te­go w gro­nie rówieśników nie do­strze­gałam tych, którzy mo­gli­by zy­skać przy bliższym po­zna­niu. Wszy­scy przy­po­mi­na­li ma­ne­ki­ny na skle­po­wych wy­sta­wach. Ani je­den nie różnił się od resz­ty na tyle, by się przy nim za­trzy­mać, a ja chciałam spo­tkać kogoś, kto po­rwie mnie za sobą tak, jak ifry­ty po­ry­wały swe uko­cha­ne do za­mor­skich kra­in.

Wszyst­ko zmie­niło się tam­tej zimy, która po­zor­nie nie różniła się od in­nych zim, ja­kie spędziłam w nie­zwykłym oto­cze­niu lu­bel­skiej Starówki.

Mróz po­za­my­kał przed­szko­la, szkoły, wyższe uczel­nie, fa­bry­ki, spa­ra­liżował miejską ko­mu­ni­kację. W bra­mach czaiła się ciem­ność i bez­pańskie koty. Zmierz­chało. W nieśmiałym bla­sku la­tar­ni ktoś sypał piach na sku­te lo­dem podwórko. Na par­te­rze sąsied­niej ka­mie­ni­cy star­sza ko­bie­ta uszczel­niała watą okien­ne fu­try­ny. Śnieg zaczął padać tak gęsto, że z tru­dem po­zwa­lał roz­po­znać prze­ciw­ległe bu­dyn­ki, na­wet od lat opusz­czo­ny gmach Te­atru Sta­re­go. Stałam w oknie i pa­trzyłam, jak lep­kie płatki śnie­gu przy­kle­jały się do oka­le­czo­nych przez czas płasko­rzeźb, do od­pa­dających tynków, fresków roz­pacz­li­wie do­ma­gających się re­no­wa­cji. Z od­da­li do­cie­rały do mnie odgłosy co­dzien­ne­go życia, wraz z nimi za­pach cia­sta i cy­na­mo­nu, a przed oczy­ma miałam wi­dok jak z przed­wo­jen­nej pocztówki. Ma­gia Sta­re­go Mia­sta spra­wiała, że nig­dy nie za­mie­niłabym go na po­nu­re, zim­ne blo­ko­wi­sko, mimo wno­sze­nia węgla na czwar­te piętro i opor­nych pieców, których ro­dzi­ce, z sen­ty­men­tu, nie po­zwo­li­li prze­ro­bić na prąd. Tu przeszłość mie­szała się z teraźniej­szością, a wąskie ulicz­ki, sta­re domy, ru­iny daw­nych za­bytków po­bu­dzały moją wiecz­nie spra­gnioną wrażeń wy­obraźnię.

Mój wzrok wciąż mi­mo­wol­nie wędro­wał w stronę te­atru, dzwo­niących złowro­go na wie­trze roz­bi­tych szyb. Za­sta­na­wiałam się, jak wyglądało to przed­sta­wie­nie, po którym światła zgasły bez­pow­rot­nie, a sce­na opu­sto­szała. Co wówczas gra­no? Ham­le­ta? An­ty­gonę? Marię Stu­art? Co działo się po­tem? Wie­działam, że kie­dyś, przez krótki czas, w bu­dyn­ku mieściło się kino, ale nig­dy nie od­zy­skał już daw­nej świet­ności. Choć oparł się obu woj­nom, nie zdołał bez końca prze­ciw­sta­wiać się de­struk­cyj­nym działaniom człowie­ka. Za­po­mnia­ny i zi­gno­ro­wa­ny, po­pa­dał w co­raz większą ruinę, po­wo­li stając się wid­mem, wy­rzu­tem su­mie­nia mia­sta. Niektórzy twier­dzi­li na­wet, że po oko­li­cy błąka się duch pro­jek­tan­ta te­atru, Łuka­sza Ro­da­kie­wi­cza.

Jesz­cze parę lat temu, jako dziec­ko z prze­ro­stem wy­obraźni, pa­nicz­nie bałam się Te­atru Sta­re­go, a krążąca o nim le­gen­da wzma­gała mój strach. Po­dob­no w miej­scu wznie­sie­nia bu­dow­li stał nie­gdyś kościół Sza­ry­tek, w ka­ta­kum­bach którego cho­wa­no zmarłe sio­stry. Na każdego, kto na­ru­szy kryptę, miała spaść nie­spo­dzie­wa­na śmierć, a jego du­sza nig­dy nie miała za­znać spo­ko­ju. Gdy mat­ka kładła mnie do łóżka, gasiła światło i wy­cho­dziła z po­ko­ju, drżałam pod kołdrą, wy­obrażając so­bie, jak z za­grze­ba­nych głęboko tru­mien wypełzają du­chy za­kon­nic odzia­ne w prze­gniłe ha­bi­ty, cho­wają się w za­ka­mar­kach Starówki i cze­kają, by po­chwy­cić w swe szpo­ny zbłąka­nych noc­nych prze­chod­niów.

Opusz­czo­ny te­atr znaj­do­wał się tak bli­sko mego domu, że mogłam wyraźnie do­strzec wszyst­kie jego ana­to­micz­ne szczegóły: pęknięcia w mu­rze, ki­ku­ty lamp, boleśnie skur­czo­ne gry­fy, skrzy­wio­ne z zim­na ma­ski, nie­ustan­nie sma­ga­ne przez wiatr. Po la­tach, gdy daw­no wy­wie­trzały już dzie­cin­ne stra­chy, postępująca ago­nia bu­dyn­ku wy­da­wała mi się na­wet fa­scy­nująca. Posępny, tonący w śnie­gu gmach, ide­al­ny na sie­dli­sko duchów, wzma­gał moją tęsknotę za baśnio­wym świa­tem Orien­tu, gdzie mróz, wcześnie za­pa­dające ciem­ności i so­ple zwie­szające się z da­chu mogły być je­dy­nie pu­stynną fa­ta­mor­ganą.

Tam­te­go wie­czo­ru nie zdążyłam jed­nak po­zwo­lić myślom na wędrówkę do da­le­kich kra­in. Od brud­nej, odra­pa­nej ścia­ny te­atru od­kleił się bo­wiem cień i prze­sunął w kie­run­ku za­rdze­wiałej, daw­no nieużywa­nej furt­ki. Wstrząsnął mną dreszcz, a w tym sa­mym mo­men­cie błyska­wi­ca, choć był to początek zimy, prze­cięła nie­bo na pół. W słabym świe­tle la­tar­ni cień przy­brał ludzką po­stać, prze­szedł kil­ka kroków w stronę ka­mie­ni­cy, po czym przy­stanął i spoj­rzał w moją stronę. Na głowie miał kap­tur, a wiatr roz­wie­wał mu poły długie­go ak­sa­mit­ne­go płasz­cza ze złotym or­na­men­tem. Gdy uświa­do­miłam so­bie, skąd znam ten wzór, od­sko­czyłam od okna i wy­biegłam z po­ko­ju.

Z duszą na ra­mie­niu otwie­rałam drzwi pro­wadzące do ga­bi­ne­tu ojca. Na podłodze i pa­ra­pe­cie wzno­siły się tu wieże książek, między którymi po­nie­wie­rały się po­je­dyn­cze kart­ki, połama­ne ołówki i mie­dzia­ne po­piel­nicz­ki z na­pi­sem CCCP. Na ma­syw­nym dębo­wym biur­ku kłębiły się pa­pie­ry, których pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no mi było do­ty­kać. Regały, wy­so­kie pod su­fit, ugi­nały się pod ciężarem opasłych tomów o zna­jo­mo brzmiących tytułach. Zna­lazłam wzro­kiem Księgę tysiąca i jed­nej nocy i prze­je­chałam pal­cem po lśniących złotem okład­kach z or­na­men­tem iden­tycz­nym jak ten na płasz­czu nie­zna­jo­me­go.

W tej sa­mej chwi­li wiatr za­sko­wy­czał jak zra­nio­ne zwierzę, sta­ra­no­wał szybę i wtargnął do środ­ka. Kawałki szkła roz­le­ciały się na wszyst­kie stro­ny, a luźne kart­ki, pełne za­pisków, po­de­rwa­ne nagłym po­dmu­chem, za­wi­ro­wały w po­wie­trzu. Kil­ka z nich wy­le­ciało na zewnątrz i za­mie­niło się w ra­chi­tycz­ne, bla­de la­taw­ce, jed­na na­to­miast przy­frunęła pro­sto do mnie, jak­by kie­ro­wała nią nie­wi­dzial­na ręka. Złapałam kartkę od­ru­cho­wo, a po­tem zaczęłam czy­tać, nie bacząc na roz­gry­wający się wokół ka­ta­klizm. Opo­wieść zo­stała spi­sa­na w języku fran­cu­skim.

Po­ja­wiał się znikąd w pa­ry­skich ka­wiar­niach i opo­wia­dał lu­dziom hi­sto­rie. Po mieście krążyły na jego te­mat le­gen­dy, szep­ta­li o nim ważni urzędni­cy, ofi­cje­le, artyści na Mont­mar­tre, miej­sco­wi klo­szar­dzi, na­wet pro­sty­tut­ki. Przy­sia­dał się do szu­kających za­po­mnie­nia w al­ko­ho­lu, ha­szy­szu i opium, wy­rzutków, nieszczęśników, życio­wych ban­krutów, wszyst­kich sa­mot­nych, opusz­czo­nych, do­tkniętych nagłą tra­ge­dią. Mil­kli, kie­dy za­czy­nał mówić z le­d­wie wy­czu­wal­nym ob­cym ak­cen­tem. Z cza­sem zaczęto na­zy­wać go Za­kli­na­czem Słów, bo jego opo­wieści po­zwa­lały od­zy­skać siłę do wal­ki z prze­ciw­nościa­mi.

Nikt nie spo­ty­kał Za­kli­na­cza więcej niż je­den raz. Kim był? Po­tom­kiem emi­grantów? Zbłąka­nym wędrow­cem? Ar­tystą, po­szu­kującym in­spi­ra­cji w świa­to­wej sto­li­cy sztu­ki? A może zjawą? Pi­jac­kim przy­wi­dze­niem? Po­dyk­to­waną roz­paczą ułudą? Re­la­cje świadków różniły się między sobą. Nikt nie po­tra­fił opi­sać jego wie­ku, wyglądu ani po­cho­dze­nia, za­pa­miętali tyl­ko nie­zwykły, hip­no­tycz­ny głos i ba­smalę, od której za­czy­nał swo­je opo­wieści. Dla­cze­go wy­brał Paryż? Czyżby miesz­kańcy tego mia­sta szczególnie po­trze­bo­wa­li jego opo­wieści? Wie­le pytań na za­wsze po­zo­stało bez od­po­wie­dzi, a Za­kli­nacz zniknął tak na­gle, jak­by rozpłynął się we mgle nad Se­kwaną.

Wiatr nadal plądro­wał ga­bi­net. Za­stygłam nie­ru­cho­mo na mo­krym dy­wa­nie, nie umiejąc ode­rwać się od rzędów li­ter. Moja twarz płonęła, ser­ce tłukło się w pier­si jak osza­lałe.

Całe świa­do­me życie, wie­dzio­na cie­ka­wością i głodem po­zna­nia, cho­dziłam po śla­dach ojca - kul­tu­ro­znaw­cy, ba­da­cza eu­ro­pej­skich podań lu­do­wych, od­noszącego w cza­sach mo­jej młodości pierw­sze na­uko­we suk­ce­sy. Wycho­dził na długie go­dzi­ny do uni­wer­sy­tec­kiej czy­tel­ni, a ja za­kra­dałam się do jego sank­tu­arium, chłonęłam gorz­ki za­pach kawy i pa­pie­rosów, pa­trzyłam, nad czym pra­cu­je. Kie­dy zo­sta­wał w domu, w miesz­ka­niu roz­le­gał się stu­kot ma­szy­ny do pi­sa­nia, do dziś ko­jarzący mi się z dzie­ciństwem. Podglądałam ojca z uczu­ciem, że oto je­stem świad­kiem mi­stycz­ne­go spek­ta­klu, że coś ważnego i wyjątko­we­go dzie­je się na mo­ich oczach. Gdy­byśmy roz­ma­wia­li, mogłabym za­py­tać, jak zna­lazł Za­kli­na­cza Słów, ale on nie lubił roz­ma­wiać. Po­dob­nie jak ja miał swój świat za za­mkniętymi drzwia­mi po­ko­ju i ten pokój mówił do mnie w jego imie­niu. Nie dzi­wiłam się, że ba­da­cza daw­nych podań lu­do­wych za­in­try­go­wała dziw­na po­stać po­ja­wiająca się w pa­ry­skich ka­wiar­niach, bo prze­cież w ciągu za­le­d­wie kil­ku se­kund ta­jem­ni­czy ktoś całko­wi­cie zawładnął mo­imi myślami, przejął je na własność.

Nie­duża biała kart­ka pa­pie­ru nie zdra­dzała żad­nych oznak sta­rości. Nie miała plam, kleksów, od­cisków palców, zagiętych rogów i in­nych śladów użyt­ko­wa­nia. Mu­siało do­ty­kać jej nie­wie­le rąk. Cha­rak­ter pi­sma nie należał do ojca. Był wyraźny, zde­cy­do­wa­ny, wy­da­wać by się mogło, że każde słowo kreślono z nie­za­chwianą pew­nością. Słowa za­wie­rały w so­bie coś ma­gne­tycz­ne­go, co spra­wiało, że czy­tający z tru­dem od­wra­cał wzrok, a kie­dy już to zro­bił, od­czu­wał taką pustkę, jak­by na­gle coś stra­cił.

Wsunęłam kartkę do kie­sze­ni spodni i w pośpie­chu opuściłam ga­bi­net, z na­dzieją, że za bałagan zo­staną ob­wi­nio­ne je­dy­nie siły na­tu­ry. Nie mogłam prze­stać myśleć o Za­kli­na­czu Słów. Czy chciał, żebym po­znała jego hi­sto­rię? Czy miał być tym po­szu­ki­wa­nym prze­ze mnie okru­chem baśni, sta­no­wiącym dowód, że na­sze fan­ta­zje mają swój równo­legły świat w in­nym wy­mia­rze?

Stałam na ciem­nym ko­ry­ta­rzu pachnącym skórza­ny­mi bu­ta­mi i pastą do my­cia podłóg. W sąsied­nim miesz­ka­niu grało ra­dio, słyszałam przez ścianę IV Kon­cert bran­den­bur­ski, a w mo­jej głowie dziw­ne myśli strze­lały jak fa­jer­wer­ki w syl­we­strową noc. Gdzieś z od­da­li do­cie­rało do mnie prze­czu­cie, że w po­go­ni za ma­rze­nia­mi, za własną baśnią, za wiarą w cuda na­wet rze­czy zupełnie przy­pad­ko­we i po­zba­wio­ne zna­cze­nia uznać można za - często zwod­ni­cze - sym­bo­le i zna­ki. Czy tak stało się ze mną? Czy dałam się zwieść? Bez­wied­nie po­szu­kałam dłonią śli­skie­go pa­pie­ru, by upew­nić się, że jest praw­dzi­wy. Już miałam go wyjąć i po­now­nie zagłębić się w opo­wieści, gdy za­uważyłam słabe światło roz­chodzące się po gru­bej szy­bie w drzwiach ga­bi­ne­tu. Światło raz przy­bliżało się, raz od­da­lało od szkła, tak jak­by ktoś próbował prze­ka­zać nim za­szy­fro­waną wia­do­mość.

Po­now­nie weszłam do środ­ka. Wszyst­ko ułożone było jak przed kwa­dran­sem, na­wet do­ku­men­ty na biur­ku wyglądały tak, jak­by wca­le nie bu­szo­wał w nich zi­mo­wy wiatr. W po­ko­ju pa­no­wał półmrok. Przez okno zaglądał księżyc, jego pro­mie­nie śli­zgały się po grzbie­tach sta­rych książek, dokład­nie tam, gdzie znaj­do­wało się źródło ta­jem­ni­cze­go światła. Or­na­ment wid­niejący na okładce pierw­sze­go tomu Księgi tysiąca i jed­nej nocy na prze­mian za­pa­lał się i gasł, roz­ta­czając wokół czer­wo­nawą, po­dobną do bla­sku ognia poświatę.

Wie­dzio­na in­stynk­tem, chciałam go do­tknąć, ale nie po­tra­fiłam zdo­być się na żaden, naj­mniej­szy na­wet gest. Myślałam o tym, co będzie, jeśli spo­między kar­tek wy­su­nie się czy­jaś dłoń i pociągnie mnie w nie­zba­da­ny, zupełnie obcy świat, gdzie wca­le nie mu­siałabym zo­stać panią eg­zo­tycz­nych kra­in, złotych miast, strze­li­stych mi­na­retów, ale kimś, kim za wszelką cenę nie chce się być. Miałam swo­je ma­rze­nia w zasięgu ręki, lecz właśnie zro­zu­miałam, że do nich nie do­rosłam. Z prze­rażającą oczy­wi­stością do­tarło do mnie, że baśnie mogą rządzić się swo­imi pra­wa­mi, których nikt nig­dy nie po­znał, i przez to sta­no­wić pułapkę dla nieświa­do­mych ni­cze­go ma­rzy­cie­li. Nie­mal w każdej z nich roiło się prze­cież od prze­mo­cy, fałszu i zdrad, ale wszy­scy za­pa­mięty­wa­li tyl­ko szczęśliwe zakończe­nie. Sto­sy ściętych głów, kończyn i przy­ro­dzeń, podłe ifry­ty, groźne po­two­ry, zaklęcia zmie­niające lu­dzi w zwierzęta, okrut­ni władcy i bez­względne królowe - to była ta część baśni, o której mało kto pamiętał, a jed­nak mu­siała ist­nieć jako ko­niecz­ny wa­ru­nek do­bra, od­wiecz­nej wal­ki prze­ci­wieństw. Pa­trzyłam na świecący co­raz jaśniej or­na­ment i za­sta­na­wiałam się, jaka na­prawdę jest książkowa rze­czy­wi­stość. Czy pa­nu­je w niej nie­ogra­ni­czo­na wol­ność, po­zwa­lająca każdemu być tym, kim chce, czy to wy­obraźnia au­to­ra, w sposób nie­od­wra­cal­ny, do­ko­nu­je po­działu na role? Mimo wątpli­wości wresz­cie zwy­ciężyło we mnie prze­ko­na­nie, że w baśniach każdy może posiąść moc zbliżoną do bo­skiej, stać się de­miur­giem, twórcą, kre­ato­rem zda­rzeń. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem zdjęłam z półki Księgę, pierw­szy tom z dzie­więciu. Rozbłysnął jaśniej­szym światłem. Przez pokój, mimo za­mkniętych okien, prze­mknął po­dmuch sil­ne­go wia­tru. Nic więcej się nie stało.

Od mo­men­tu zna­le­zie­nia ta­jem­ni­czej kart­ki z hi­sto­rią Za­kli­na­cza Słów wy­da­rze­nia w moim życiu zaczęły układać się w skom­pli­ko­wa­ny, ale wyraźny splot, choć długo o tym nie wie­działam. Tak mijały lata, pod­czas których zna­le­zio­ny w ga­bi­ne­cie skra­wek pa­pie­ru leżał scho­wa­ny wśród in­nych skarbów z przeszłości, ta­kich, ja­kie ma większość z nas: rodzin­nych pamiątek, sta­rych listów, pożółkłych zdjęć przodków pod­pi­sa­nych nic niemówiącymi na­zwi­ska­mi. Pi­smo nie­zna­ne­go au­to­ra nie zblakło z bie­giem cza­su, lecz prze­ciw­nie - li­te­ry wy­da­wały się bar­dziej wyraźne niż wte­dy, gdy zo­ba­czyłam je pierw­szy raz.

Kie­dyś nie wy­trzy­małam i po­sta­no­wiłam w końcu za­py­tać ojca, w jaki sposób owa kart­ka zna­lazła się w jego po­sia­da­niu. Od­po­wiedź oka­zała się za­dzi­wiająco pro­sta i zupełnie inna, niż ocze­ki­wałam. "Ktoś mu­siał zo­sta­wić to w książce i oddać do bi­blio­te­ki" - po­wie­dział, obej­rzaw­szy ją uważnie ze wszyst­kich stron. "Wygląda jak frag­ment po­wieści" - dodał.

Wraz z tymi słowa­mi cała hi­sto­ria stra­ciła swój urok i tę aurę ta­jem­ni­czości, która mnie w niej pociągała. Włożyłam pa­pier w skórza­ne etui po oku­la­rach i za­mknęłam na klucz w szu­fla­dzie biur­ka, gdzie leżał jako sym­bol wy­bu­jałej dzie­cięcej fan­ta­zji, wspo­mi­na­nej od cza­su do cza­su z pobłażli­wym uśmie­chem.

Tam­ten czerw­co­wy dzień na za­wsze po­zo­sta­nie w mo­jej pamięci, do­sko­na­le wpi­sując się w pierwszą dzie­siątkę dni określa­nych jako nie­za­po­mnia­ne. Wstałam wcze­snym przed­południem, obu­dzo­na krzy­kiem dzie­ci bawiących się na uli­cy. Przez otwar­te okna wraz z hałasem wpa­dał ciepły wiatr, pachnący miej­skim ku­rzem i roz­grza­ny­mi da­cha­mi sta­rych ka­mie­nic. Tom­cza­ko­wa spod czwórki roz­wie­szała na podwórku pra­nie, złorzecząc sy­no­wi, który znów wrócił pi­ja­ny po noc­nej li­ba­cji. Nie­da­le­ko te­atru gru­pa chu­dych dziew­czy­nek grała w króla skoczków. W po­bliżu nie było żad­ne­go par­ku, pla­cu za­baw ani in­ne­go miej­sca po­zwa­lającego im ko­rzy­stać z uroków lata. Nie­co później, mniej więcej koło dwu­na­stej, gdy - jesz­cze w szla­fro­ku - śle­dziłam tor lotu gu­mo­wej piłki ude­rzającej ryt­micz­nie o ścianę bu­dyn­ku, przed na­szy­mi drzwia­mi zja­wił się li­sto­nosz. Na­pis na sta­rej, wy­ko­na­nej przez pra­dziad­ka ta­blicz­ce, pre­zen­cie ślub­nym dla mo­ich ro­dziców, in­for­mo­wał, że miesz­kają za nimi Ju­sty­na i Adam Cza­plińscy oraz Nina (własne imię wy­ka­li­gra­fo­wałam sama daw­no temu na na­klej­ce ze szkol­ne­go ze­szy­tu). Zdy­sza­ny i wściekły, li­sto­nosz upew­nił się, że ma przed sobą właściwą osobę i bez słowa wręczył mi list z logo słyn­nej lon­dyńskiej The Scho­ol of Orien­tal and Afri­can Stu­dies. W środ­ku znaj­do­wało się po­twier­dze­nie, że zo­stałam przyjęta na stu­dia dok­to­ranc­kie z za­kre­su li­te­ra­tu­ry arab­skiej.

Mie­siąc po­prze­dzający mój wy­jazd upływał na przy­go­to­wa­niach: za­ku­pach, pa­ko­wa­niu, od­by­wa­nych w pośpie­chu roz­mo­wach. "Do wi­dze­nia" ciągle wra­cało, po­znałam jego me­lo­dię w różnych in­ter­pre­ta­cjach: ser­decz­nej, ciepłej, czułej, za­tro­ska­nej, fałszy­wej. Do Lon­dy­nu za­bie­rałam ze sobą ma­rze­nia, włożone do wiel­kiej wa­li­zy, po­cho­wa­ne między ubra­nia, w buty, w bocz­ne kie­sze­nie. Wy­obraźnia pod­su­wała mi wciąż nowe ob­ra­zy, pisała sce­na­riu­sze nad­chodzących wy­da­rzeń. An­gielską rze­czy­wi­stość śniłam snem na­poczętym, le­d­wie za­ry­so­wa­nym. Cze­kałam, aż sen ten roz­wi­nie się jak czer­wo­ny dy­wan przed wejściem ważnej oso­by na pokład sa­mo­lo­tu. Nie wie­działam, jaki obie­rze kie­ru­nek, w którą stronę zde­cy­du­je się pójść, po­le­cieć, popłynąć. Pew­ny był w nim tyl­ko bi­let lot­ni­czy z dwu­krot­nie po­twier­dzoną go­dziną przy­lo­tu i nic niemówiący ad­res, pod którym miałam za­miesz­kać.

W noc po­prze­dzającą wy­jazd żegnałam się z moim po­ko­jem, łóżkiem, po­obi­ja­nym pie­cem ka­flo­wym i skrzy­piącą ze sta­rości podłogą. Stałam w oknie, nie wiedząc, ja­kie nie­bo zo­baczę nad głową na­za­jutrz, za to z głębo­kim prze­ko­na­niem, że dzie­je się to, co dziać się po­win­no, że wszyst­kie dro­gi pro­wa­dziły mnie do tego właśnie mo­men­tu.

Na sąsied­niej uli­cy ktoś schy­lił się, by pod­nieść z ko­cich łbów gwiazdę, która nie­chcący spadła na zie­mię, i scho­wał ją do kie­sze­ni ak­sa­mit­ne­go płasz­cza. Po­tem naciągnął na głowę kap­tur i nie­spiesz­nym kro­kiem od­da­lił się krętymi ulicz­ka­mi Starówki.

PRO­LOG

Przed chwilą zgasło światło. Sie­działam bez ru­chu, wsłuchując się w odgłosy, które tak często umy­kają uwa­dze, dopóki nie przy­po­mni nam o nich nagła, nie­spo­dzie­wa­na ciem­ność. Piętro niżej płakało dziec­ko, w ru­rach bul­go­tała woda, gdzieś w od­da­li skrzy­piały ciężkie drzwi. W oknach zaczęły po­ja­wiać się chwiej­ne płomie­nie świec, wy­do­by­wając z mro­ku twa­rze lu­dzi mi­ja­nych cza­sem w skle­pach i na przy­stan­kach. Pew­nie prze­cze­kałabym awa­rię prądu tak jak inni - za­go­to­wałabym her­batę w nie­wiel­kiej kuch­ni, patrząc na cie­nie powołane do życia przez palący się gaz, za­grałabym w jedną z głupich gier, ja­kich pełno w te­le­fo­nach komórko­wych, albo po pro­stu ucięła so­bie drzemkę - gdy­by ta awa­ria nie obu­dziła wspo­mnie­nia, które po­wra­ca do dziś.

Za­wsze, gdy gaśnie światło, myślę o To­bie. Mam te­raz trzy­dzieści pięć lat i piszę opo­wia­da­nia, które czy­ty­wa­ne są na całym świe­cie. Nie, nie po­si­wiałam, moje włosy są wciąż ta­kie jak wte­dy, rude, od­cień mie­dzi, lek­ko kręcone na końcach. Nie gar­bię się. Nie przy­tyłam. Tyl­ko mój śmiech lek­ko się za­ku­rzył.

"Na­pisz o mnie" - po­wie­działeś tam­te­go dnia, kie­dy je­cha­liśmy lon­dyńskim me­trem. Mój wzrok błąkał się bez celu po srebr­nych ścia­nach wa­go­nu, błądził po płasz­czach i bu­tach pasażerów, prze­my­kał po ich pal­cach przy­trzy­mujących ta­nie bru­kow­ce wy­rzu­ca­ne do ko­sza na naj­bliższej sta­cji, śle­dził drob­ne nie­do­sko­nałości skóry, zbyt wyraźne w sztucz­nym świe­tle ja­rze­niówki. Gdy wy­sie­dliśmy na Se­ven Si­sters, gdzie mie­liśmy się spo­tkać ze zna­nym reżyse­rem Ala­inem Le­vit­to­ux, powtórzyłeś: "Na­pisz o mnie". Tym ra­zem za­brzmiało to jak za­pro­sze­nie do za­ka­za­nej miłosnej igrasz­ki.

Gdy­bym miała wte­dy o To­bie na­pi­sać, na­pi­sałabym o czar­nym płasz­czu pachnącym kawą i ro­ga­li­ka­mi z fran­cu­skiej pie­kar­ni; wzdłuż zam­ka biegł haft, który wciąż zda­rza mi się ry­so­wać z pamięci na ka­wiar­nia­nych ser­wet­kach. Na le­wym ręka­wie tego płasz­cza, po­dob­ne­go kro­jem do in­dyj­skie­go szer­wa­ni, wid­niało za­wsze kil­ka ru­dych włosów, znak, że na­sze ubra­nia już od kil­ku mie­sięcy wi­siały we wspólnej sza­fie. Tłem tam­te­go Cie­bie pew­nie by­li­by lu­dzie po­ru­szający się po pe­ro­nie w tę i z po­wro­tem, jak zdal­nie ste­ro­wa­ne za­baw­ki, a odgłos jadącego pociągu, pisk ha­mulców, szczęk bra­mek przy wejściu na stację zastąpiłyby ścieżkę dźwiękową.

Te­raz na­pi­sałabym to wszyst­ko in­a­czej, za­czy­nając od mok­ki z białą cze­ko­ladą ku­pio­nej w jed­nej z zatłoczo­nych ka­wiar­ni przy Oxford Cir­cus. Przy­po­mniał mi o niej ra­chu­nek za te dwie kawy, zna­le­zio­ny nie­daw­no w zbio­rze opo­wieści Ru­mie­go.

"Jak było w bi­blio­te­ce?" - za­py­tałeś. To py­ta­nie po­wra­cało, odkąd za­miesz­ka­liśmy ra­zem. Jako przykładna dok­to­rant­ka The Scho­ol of Orien­tal and Afri­can Stu­dies (SOAS) spędzałam w bi­blio­te­kach całe dnie, pochłonięta przy­go­to­wy­wa­niem roz­pra­wy o roli ba­ja­rzy w kul­tu­rze arab­skiej. W tym cza­sie Ty występowałeś w te­atrze na St. Mar­tin's Lane, na­gry­wałeś słucho­wi­ska ra­dio­we albo opo­wia­dałeś lu­dziom hi­sto­rie w lon­dyńskich ka­wiar­niach.

"Chciałabym po­znać człowie­ka, który wymyślił Sze­he­re­zadę" - po­wie­działam, przy­stając koło skle­po­wej wy­sta­wy. Mój wzrok prze­mknął po ko­lo­ro­wych bu­tach z miękkiej skóry, mo­ka­sy­nach, czółen­kach, pan­to­flach, za­mszo­wych bot­kach i płaskich ba­le­ri­nach, po czym na­po­tkał Twoją twarz od­bitą w lśniącej szy­bie, zmie­nioną, wy­krzy­wioną w nie­na­tu­ral­nym gry­ma­sie. Trwało to nie dłużej niż ułamek se­kun­dy, kie­dy się odwróciłam, nie przy­po­mi­nałeś już po­skręca­ne­go masz­ka­ro­na z fa­sa­dy sta­re­go bu­dyn­ku. Po­zor­nie nic się nie stało, a jed­nak prze­strzeń między nami wypełniła ci­sza, za­po­wiedź nad­ciągającego nieszczęścia.

Ścisnąłeś moją rękę trochę moc­niej niż zwy­kle i cel­nie rzu­ciłeś tek­tu­ro­wym kub­kiem do ko­sza na śmie­ci. Z głośników wiszących przed skle­pem popłynął na­gle męski głos, śpie­wając The­re's a clo­ud in the New York sky­li­ne1, a na moim nie­bie, dotąd bez­chmur­nym, po­ja­wiła się lep­ka i brud­na chmu­ra nie­po­ko­ju.

Całą drogę do Se­ven Si­sters mil­czałeś nie­od­gad­nio­nym, pełnym napięcia mil­cze­niem, z wyjątkiem: "Na­pisz o mnie". Do tej pory wy­my­kałeś się słowom, ucie­kałeś przed słowa­mi, spra­wiałeś, że słowa roz­wie­wały się jak czy­ste kart­ki pa­pie­ru na wie­trze.

Czyjś śmiech, to­wa­rzyszący głosom lu­dzi na scho­dach, znów prze­niósł mnie z lon­dyńskich ulic do kra­kow­skie­go miesz­ka­nia z cieknącym kra­nem i szu­miącymi ru­ra­mi. Pod wpływem ciem­ności nie­wiel­ka man­sar­da jesz­cze się skur­czyła, za­padła w sie­bie, zma­lała. Ścia­ny, błękit­ne za dnia, kre­mo­wa sza­fa w sty­lu de­co­upa­ge, stół, którego nig­dy nie po­tra­fiłam okiełznać, pełen daw­no zapłaco­nych ra­chunków, pa­ra­gonów i nie­otwar­tej ko­re­spon­den­cji, na­wet szy­by w oknach, tak często drżące od prze­jeżdżających pod do­mem tram­wajów, zda­wały się po­wta­rzać: "Na­pisz o mnie".

"Na­piszę" - po­wie­działam w ciem­ność.