Zaklinacz słów - Shirin Kader

Reflow text when sidebars are open.
Zanim się urodziłam, znałam już większość orientalnych baśni. Matka czytała je, odkąd dowiedziała się o mnie, a nawet wcześniej, mając zaledwie przeczucie mojego istnienia. Dzięki niej, nauczycielce języka polskiego w jednym z lubelskich liceów, jeszcze nim przyszłam na świat, odwiedziłam Bliski Wschód, Indie, Birmę, Turcję, starożytną Persję i współczesny Iran. Pochłaniała każdą książkę z baśniami, jaką w ciężkich, komunistycznych czasach udało jej się dostać, była ich głodna tak, jak większość ciężarnych kobiet głodna jest słodyczy albo wszystkiego, co kwaśne i co zdradza, według wierzeń ludowych, płeć przyszłego potomka. Matka nie potrafiła sobie potem przypomnieć, co jadła w ciągu tych dla niej szczególnych dziewięciu miesięcy, doskonale znała natomiast tytuły czytanych wtedy książek.
Łagodny, zrównoważony głos matki towarzyszył mi od początku. Był ze mną, gdy zaczynało bić serce, gdy pojawiały się pierwsze gesty i ruchy. Nocami wierzgałam niespokojnie w jej wnętrzu, domagając się kolejnych opowieści, aż w końcu budziła się i zaczynała czytać. Tak poznałam Księgę tysiąca i jednej nocy, Księgę papugi, Przygody Hodży Nasreddina, mistyczne opowieści Rumiego i setki dzieł anonimowych autorów.
Od wczesnego dzieciństwa mój pokój wypełniały książki, zarówno pachnące nowością, jak i stare, sfatygowane przez czas, na zawsze naznaczone śladami dawnych użytkowników. Prowadziły mnie przez magiczny świat słów, z których każde miało swój kolor, swą wewnętrzną melodię, rytm, niepowtarzalność. Najpierw dowiedziałam się, jak smakują. Mełłam w bezzębnych ustach strzępy papieru, a matka wyciągała je, przerażona, że zatruję się farbą drukarską. Potem przyszedł czas na dotyk. Przesuwałam palcami po błyszczących literach, próbując wyczuć, które są szorstkie, a które twarde czy miękkie. W końcu nauczyłam się mówić, a wtedy słowa objawiły mi kolejną tajemnicę: zrozumiałam, że nazywają to, co kryje wyobraźnia. Od tamtej pory w czterech ścianach mojego pokoju pomalowanych na kolor dojrzałej pomarańczy tworzyłam własne baśniowe krainy, pełne postaci o zmyślonych twarzach i nieistniejących nigdy życiorysach.
W wieku niespełna pięciu lat zaczęłam czytać. Od tamtej pory często wyobrażałam sobie, że jestem kimś napisanym, kogo życie toczy się na kartach powieści. Wierzyłam też, że za każdym razem, gdy wychodzimy z mieszkania, książki zeskakują z półek, a bohaterowie wysypują się z nich jak z dziurawego worka, ciekawi obcego świata. W mojej głowie powstawały wówczas najróżniejsze scenariusze tego, co działo się pod naszą nieobecność: na kanapie zwinięty w kłębek chrapał smok, ifryty próbowały zamknąć się w słoikach po dżemie, chciwy perski kupiec chciał wiedzieć, czy dywan w salonie nadaje się do latania i czy można nim przewieźć egzotyczne towary. W tym czasie inni, a było ich wielu, szperali w lodówce, włączali telewizor albo słuchali muzyki na starym adapterze rodziców. Po powrocie sprawdzałam, czy wszystkie przedmioty znajdują się na właściwych miejscach, i doznawałam zawodu. Odłożona inaczej łyżeczka czy poprzestawiane buty w przedpokoju miały być znakiem, wiadomością z zaświatów.
Podobno byłam dziwnym dzieckiem. Niektórzy twierdzili, że jestem opóźniona w rozwoju (bali się powiedzieć wprost, że uważają mnie za nienormalną), bo przedstawiałam się imionami książkowych bohaterów albo odmawiałam jedzenia budyniu, przekonana, że niewielkie pływające w nim grudki to bąble, które wcześniej zwisały z nosów czarownic. W przeciwieństwie do rówieśników nie zadawałam niezliczonych pytań ani nie domagałam się nieustannej uwagi dorosłych. Całe dnie spędzałam w swoim pokoju, mając za towarzyszy jedynie zabawki: hinduskie marionetki o rzeźbionych twarzach, kukiełki wojowników, drewniane konie ręcznie malowane czerwienią i złotem, błękitne papugi w zdobionych srebrem klatkach. Dziwna, milcząca dziewczynka - mówili między sobą przyjaciele rodziców, zadowoleni, że nie zakłócam ich towarzyskich spotkań płaczem i marudzeniem. Czasem, przekonani, że ich nie słyszę, zastanawiali się, na kogo wyrosnę, przepowiadali przyszłość wzorem starożytnych wyroczni i podtrzymywali na duchu matkę i ojca, których cieszyłby zapewne mój pęd do książek, gdyby nie szło z nim w parze całkowite ignorowanie innych dzieci.
Im dłużej żyłam wśród baśni, tym mniej rozumiałam otaczający mnie świat. Przestałam go potrzebować, bo w sytuacji, gdy ludzie wciąż za czymś tęsknią, do czegoś dążą i czegoś chcą, wszystko potrafiłam sobie wyobrazić. W moim języku nie było pojęcia braku: umiałam latać, ożywiać przedmioty, nadawać kształt temu, co dla zwykłych śmiertelników pozostawało abstrakcją lub nieosiągalnym przedmiotem marzeń. Dopiero gdy poszłam do szkoły, musiałam stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością. Pewnie dlatego niechętnie wspominam tamte czasy. Gdyby ktoś teraz spytał mnie o wspomnienia z czasów szkolnych, niewiele miałabym do opowiedzenia.
Najlepiej pamiętam lekcję, na której rozmawialiśmy o tym, co chcemy robić w przyszłości. Nauczycielka chodziła między rzędami ławek i zadawała każdemu to samo pytanie. Pogrążona we własnych myślach, jak zwykle nie zwracałam uwagi na to, co mówią inne dzieci, a kiedy nadeszła moja kolej, wypaliłam bez zastanowienia: "Chcę być Szeherezadą". Wokół rozległ się ryk. Śmiech wirował w powietrzu, turlał się po podłodze, wpełzał na parapety, przyklejał do świeżo wytartej tablicy. Moi koledzy i koleżanki z klasy pokładali się na sobie nawzajem, smarkali w rękawy fartuchów, kwiczeli i wydawali trudne do określenia odgłosy. Wyobraziłam sobie wtedy, że przez uchylone okno do sali wlatuje lśniący, purpurowy ptak i robi wielką kupę na głowy przerażonych dzieciaków. Nauczycielkę kompletnie zaskoczyły reakcje dzieci. Widziała wiele form szkolnego ostracyzmu, ale scena w klasie odebrała jej resztki złudzeń. Chciała chronić mnie przed okrucieństwem, zupełnie niepotrzebnie, bo nic nie mogło zrobić tego lepiej niż wyobraźnia. Mówiła o szacunku dla cudzych marzeń, o empatii i zrozumieniu, ale wszystko to trafiało w próżnię.
- Te, Szeherezada, pokaż majty - usłyszałam, wchodząc do szatni.
- Spadaj - warknęłam.
- Wariatka.
- Kretyn.
Przez kolejne lata niewiele się zmieniło. Prowadziłam podwójne życie i nie przeszkadzało mi to. W klasie byłam cichym, milczącym wyrzutkiem, pozostawionym jednak w spokoju, bo poza językiem baśni doskonale znałam też język ulicy i nie wahałam się go używać, niespecjalnie pasowałam więc do roli ofiary. W domu natomiast miałam swój świat i przeżywałam w nim niesamowite przygody. Z czasem nauczyłam się traktować rzeczywistość jako tło wyobraźni, jej dopełnienie, coś, bez czego nie mogłaby istnieć.
Pewnego dnia zdałam sobie sprawę z tego, że dorastam. Dzieciństwo kończyło się bezpowrotnie i nagle baśnie przestały mi wystarczać. Obserwując koleżanki spacerujące z chłopakami za rękę albo całujące się z nimi ukradkiem na szkolnych korytarzach, odczuwałam tęsknotę za czymś, czego nie potrafiłam nazwać. W moim otoczeniu nie było nikogo, kto by przyciągnął wzrok, wzbudził zainteresowanie. Przerażała mnie milcząca bezpostaciowość owej tęsknoty, brak nawet jednego człowieka symbolu, którego imię mogłaby nosić. Anonimowa tęsknota rozgościła się w myślach na dobre, wypominając każdą przeczytaną dotąd historię o bohaterach gotowych na największe poświęcenie dla swych ukochanych.
Mimo upływu lat wciąż nie wyrosłam z dziecięcych marzeń, że znajdę tajemne przejście do baśniowej krainy, gdzie będzie czekał ktoś, dzięki komu usłyszę słowa dotąd znane mi tylko z książek. Być może dlatego w gronie rówieśników nie dostrzegałam tych, którzy mogliby zyskać przy bliższym poznaniu. Wszyscy przypominali manekiny na sklepowych wystawach. Ani jeden nie różnił się od reszty na tyle, by się przy nim zatrzymać, a ja chciałam spotkać kogoś, kto porwie mnie za sobą tak, jak ifryty porywały swe ukochane do zamorskich krain.
Wszystko zmieniło się tamtej zimy, która pozornie nie różniła się od innych zim, jakie spędziłam w niezwykłym otoczeniu lubelskiej Starówki.
Mróz pozamykał przedszkola, szkoły, wyższe uczelnie, fabryki, sparaliżował miejską komunikację. W bramach czaiła się ciemność i bezpańskie koty. Zmierzchało. W nieśmiałym blasku latarni ktoś sypał piach na skute lodem podwórko. Na parterze sąsiedniej kamienicy starsza kobieta uszczelniała watą okienne futryny. Śnieg zaczął padać tak gęsto, że z trudem pozwalał rozpoznać przeciwległe budynki, nawet od lat opuszczony gmach Teatru Starego. Stałam w oknie i patrzyłam, jak lepkie płatki śniegu przyklejały się do okaleczonych przez czas płaskorzeźb, do odpadających tynków, fresków rozpaczliwie domagających się renowacji. Z oddali docierały do mnie odgłosy codziennego życia, wraz z nimi zapach ciasta i cynamonu, a przed oczyma miałam widok jak z przedwojennej pocztówki. Magia Starego Miasta sprawiała, że nigdy nie zamieniłabym go na ponure, zimne blokowisko, mimo wnoszenia węgla na czwarte piętro i opornych pieców, których rodzice, z sentymentu, nie pozwolili przerobić na prąd. Tu przeszłość mieszała się z teraźniejszością, a wąskie uliczki, stare domy, ruiny dawnych zabytków pobudzały moją wiecznie spragnioną wrażeń wyobraźnię.
Mój wzrok wciąż mimowolnie wędrował w stronę teatru, dzwoniących złowrogo na wietrze rozbitych szyb. Zastanawiałam się, jak wyglądało to przedstawienie, po którym światła zgasły bezpowrotnie, a scena opustoszała. Co wówczas grano? Hamleta? Antygonę? Marię Stuart? Co działo się potem? Wiedziałam, że kiedyś, przez krótki czas, w budynku mieściło się kino, ale nigdy nie odzyskał już dawnej świetności. Choć oparł się obu wojnom, nie zdołał bez końca przeciwstawiać się destrukcyjnym działaniom człowieka. Zapomniany i zignorowany, popadał w coraz większą ruinę, powoli stając się widmem, wyrzutem sumienia miasta. Niektórzy twierdzili nawet, że po okolicy błąka się duch projektanta teatru, Łukasza Rodakiewicza.
Jeszcze parę lat temu, jako dziecko z przerostem wyobraźni, panicznie bałam się Teatru Starego, a krążąca o nim legenda wzmagała mój strach. Podobno w miejscu wzniesienia budowli stał niegdyś kościół Szarytek, w katakumbach którego chowano zmarłe siostry. Na każdego, kto naruszy kryptę, miała spaść niespodziewana śmierć, a jego dusza nigdy nie miała zaznać spokoju. Gdy matka kładła mnie do łóżka, gasiła światło i wychodziła z pokoju, drżałam pod kołdrą, wyobrażając sobie, jak z zagrzebanych głęboko trumien wypełzają duchy zakonnic odziane w przegniłe habity, chowają się w zakamarkach Starówki i czekają, by pochwycić w swe szpony zbłąkanych nocnych przechodniów.
Opuszczony teatr znajdował się tak blisko mego domu, że mogłam wyraźnie dostrzec wszystkie jego anatomiczne szczegóły: pęknięcia w murze, kikuty lamp, boleśnie skurczone gryfy, skrzywione z zimna maski, nieustannie smagane przez wiatr. Po latach, gdy dawno wywietrzały już dziecinne strachy, postępująca agonia budynku wydawała mi się nawet fascynująca. Posępny, tonący w śniegu gmach, idealny na siedlisko duchów, wzmagał moją tęsknotę za baśniowym światem Orientu, gdzie mróz, wcześnie zapadające ciemności i sople zwieszające się z dachu mogły być jedynie pustynną fatamorganą.
Tamtego wieczoru nie zdążyłam jednak pozwolić myślom na wędrówkę do dalekich krain. Od brudnej, odrapanej ściany teatru odkleił się bowiem cień i przesunął w kierunku zardzewiałej, dawno nieużywanej furtki. Wstrząsnął mną dreszcz, a w tym samym momencie błyskawica, choć był to początek zimy, przecięła niebo na pół. W słabym świetle latarni cień przybrał ludzką postać, przeszedł kilka kroków w stronę kamienicy, po czym przystanął i spojrzał w moją stronę. Na głowie miał kaptur, a wiatr rozwiewał mu poły długiego aksamitnego płaszcza ze złotym ornamentem. Gdy uświadomiłam sobie, skąd znam ten wzór, odskoczyłam od okna i wybiegłam z pokoju.
Z duszą na ramieniu otwierałam drzwi prowadzące do gabinetu ojca. Na podłodze i parapecie wznosiły się tu wieże książek, między którymi poniewierały się pojedyncze kartki, połamane ołówki i miedziane popielniczki z napisem CCCP. Na masywnym dębowym biurku kłębiły się papiery, których pod żadnym pozorem nie wolno mi było dotykać. Regały, wysokie pod sufit, uginały się pod ciężarem opasłych tomów o znajomo brzmiących tytułach. Znalazłam wzrokiem Księgę tysiąca i jednej nocy i przejechałam palcem po lśniących złotem okładkach z ornamentem identycznym jak ten na płaszczu nieznajomego.
W tej samej chwili wiatr zaskowyczał jak zranione zwierzę, staranował szybę i wtargnął do środka. Kawałki szkła rozleciały się na wszystkie strony, a luźne kartki, pełne zapisków, poderwane nagłym podmuchem, zawirowały w powietrzu. Kilka z nich wyleciało na zewnątrz i zamieniło się w rachityczne, blade latawce, jedna natomiast przyfrunęła prosto do mnie, jakby kierowała nią niewidzialna ręka. Złapałam kartkę odruchowo, a potem zaczęłam czytać, nie bacząc na rozgrywający się wokół kataklizm. Opowieść została spisana w języku francuskim.
Pojawiał się znikąd w paryskich kawiarniach i opowiadał ludziom historie. Po mieście krążyły na jego temat legendy, szeptali o nim ważni urzędnicy, oficjele, artyści na Montmartre, miejscowi kloszardzi, nawet prostytutki. Przysiadał się do szukających zapomnienia w alkoholu, haszyszu i opium, wyrzutków, nieszczęśników, życiowych bankrutów, wszystkich samotnych, opuszczonych, dotkniętych nagłą tragedią. Milkli, kiedy zaczynał mówić z ledwie wyczuwalnym obcym akcentem. Z czasem zaczęto nazywać go Zaklinaczem Słów, bo jego opowieści pozwalały odzyskać siłę do walki z przeciwnościami.
Nikt nie spotykał Zaklinacza więcej niż jeden raz. Kim był? Potomkiem emigrantów? Zbłąkanym wędrowcem? Artystą, poszukującym inspiracji w światowej stolicy sztuki? A może zjawą? Pijackim przywidzeniem? Podyktowaną rozpaczą ułudą? Relacje świadków różniły się między sobą. Nikt nie potrafił opisać jego wieku, wyglądu ani pochodzenia, zapamiętali tylko niezwykły, hipnotyczny głos i basmalę, od której zaczynał swoje opowieści. Dlaczego wybrał Paryż? Czyżby mieszkańcy tego miasta szczególnie potrzebowali jego opowieści? Wiele pytań na zawsze pozostało bez odpowiedzi, a Zaklinacz zniknął tak nagle, jakby rozpłynął się we mgle nad Sekwaną.
Wiatr nadal plądrował gabinet. Zastygłam nieruchomo na mokrym dywanie, nie umiejąc oderwać się od rzędów liter. Moja twarz płonęła, serce tłukło się w piersi jak oszalałe.
Całe świadome życie, wiedziona ciekawością i głodem poznania, chodziłam po śladach ojca - kulturoznawcy, badacza europejskich podań ludowych, odnoszącego w czasach mojej młodości pierwsze naukowe sukcesy. Wychodził na długie godziny do uniwersyteckiej czytelni, a ja zakradałam się do jego sanktuarium, chłonęłam gorzki zapach kawy i papierosów, patrzyłam, nad czym pracuje. Kiedy zostawał w domu, w mieszkaniu rozlegał się stukot maszyny do pisania, do dziś kojarzący mi się z dzieciństwem. Podglądałam ojca z uczuciem, że oto jestem świadkiem mistycznego spektaklu, że coś ważnego i wyjątkowego dzieje się na moich oczach. Gdybyśmy rozmawiali, mogłabym zapytać, jak znalazł Zaklinacza Słów, ale on nie lubił rozmawiać. Podobnie jak ja miał swój świat za zamkniętymi drzwiami pokoju i ten pokój mówił do mnie w jego imieniu. Nie dziwiłam się, że badacza dawnych podań ludowych zaintrygowała dziwna postać pojawiająca się w paryskich kawiarniach, bo przecież w ciągu zaledwie kilku sekund tajemniczy ktoś całkowicie zawładnął moimi myślami, przejął je na własność.
Nieduża biała kartka papieru nie zdradzała żadnych oznak starości. Nie miała plam, kleksów, odcisków palców, zagiętych rogów i innych śladów użytkowania. Musiało dotykać jej niewiele rąk. Charakter pisma nie należał do ojca. Był wyraźny, zdecydowany, wydawać by się mogło, że każde słowo kreślono z niezachwianą pewnością. Słowa zawierały w sobie coś magnetycznego, co sprawiało, że czytający z trudem odwracał wzrok, a kiedy już to zrobił, odczuwał taką pustkę, jakby nagle coś stracił.
Wsunęłam kartkę do kieszeni spodni i w pośpiechu opuściłam gabinet, z nadzieją, że za bałagan zostaną obwinione jedynie siły natury. Nie mogłam przestać myśleć o Zaklinaczu Słów. Czy chciał, żebym poznała jego historię? Czy miał być tym poszukiwanym przeze mnie okruchem baśni, stanowiącym dowód, że nasze fantazje mają swój równoległy świat w innym wymiarze?
Stałam na ciemnym korytarzu pachnącym skórzanymi butami i pastą do mycia podłóg. W sąsiednim mieszkaniu grało radio, słyszałam przez ścianę IV Koncert brandenburski, a w mojej głowie dziwne myśli strzelały jak fajerwerki w sylwestrową noc. Gdzieś z oddali docierało do mnie przeczucie, że w pogoni za marzeniami, za własną baśnią, za wiarą w cuda nawet rzeczy zupełnie przypadkowe i pozbawione znaczenia uznać można za - często zwodnicze - symbole i znaki. Czy tak stało się ze mną? Czy dałam się zwieść? Bezwiednie poszukałam dłonią śliskiego papieru, by upewnić się, że jest prawdziwy. Już miałam go wyjąć i ponownie zagłębić się w opowieści, gdy zauważyłam słabe światło rozchodzące się po grubej szybie w drzwiach gabinetu. Światło raz przybliżało się, raz oddalało od szkła, tak jakby ktoś próbował przekazać nim zaszyfrowaną wiadomość.
Ponownie weszłam do środka. Wszystko ułożone było jak przed kwadransem, nawet dokumenty na biurku wyglądały tak, jakby wcale nie buszował w nich zimowy wiatr. W pokoju panował półmrok. Przez okno zaglądał księżyc, jego promienie ślizgały się po grzbietach starych książek, dokładnie tam, gdzie znajdowało się źródło tajemniczego światła. Ornament widniejący na okładce pierwszego tomu Księgi tysiąca i jednej nocy na przemian zapalał się i gasł, roztaczając wokół czerwonawą, podobną do blasku ognia poświatę.
Wiedziona instynktem, chciałam go dotknąć, ale nie potrafiłam zdobyć się na żaden, najmniejszy nawet gest. Myślałam o tym, co będzie, jeśli spomiędzy kartek wysunie się czyjaś dłoń i pociągnie mnie w niezbadany, zupełnie obcy świat, gdzie wcale nie musiałabym zostać panią egzotycznych krain, złotych miast, strzelistych minaretów, ale kimś, kim za wszelką cenę nie chce się być. Miałam swoje marzenia w zasięgu ręki, lecz właśnie zrozumiałam, że do nich nie dorosłam. Z przerażającą oczywistością dotarło do mnie, że baśnie mogą rządzić się swoimi prawami, których nikt nigdy nie poznał, i przez to stanowić pułapkę dla nieświadomych niczego marzycieli. Niemal w każdej z nich roiło się przecież od przemocy, fałszu i zdrad, ale wszyscy zapamiętywali tylko szczęśliwe zakończenie. Stosy ściętych głów, kończyn i przyrodzeń, podłe ifryty, groźne potwory, zaklęcia zmieniające ludzi w zwierzęta, okrutni władcy i bezwzględne królowe - to była ta część baśni, o której mało kto pamiętał, a jednak musiała istnieć jako konieczny warunek dobra, odwiecznej walki przeciwieństw. Patrzyłam na świecący coraz jaśniej ornament i zastanawiałam się, jaka naprawdę jest książkowa rzeczywistość. Czy panuje w niej nieograniczona wolność, pozwalająca każdemu być tym, kim chce, czy to wyobraźnia autora, w sposób nieodwracalny, dokonuje podziału na role? Mimo wątpliwości wreszcie zwyciężyło we mnie przekonanie, że w baśniach każdy może posiąść moc zbliżoną do boskiej, stać się demiurgiem, twórcą, kreatorem zdarzeń. Zdecydowanym ruchem zdjęłam z półki Księgę, pierwszy tom z dziewięciu. Rozbłysnął jaśniejszym światłem. Przez pokój, mimo zamkniętych okien, przemknął podmuch silnego wiatru. Nic więcej się nie stało.
Od momentu znalezienia tajemniczej kartki z historią Zaklinacza Słów wydarzenia w moim życiu zaczęły układać się w skomplikowany, ale wyraźny splot, choć długo o tym nie wiedziałam. Tak mijały lata, podczas których znaleziony w gabinecie skrawek papieru leżał schowany wśród innych skarbów z przeszłości, takich, jakie ma większość z nas: rodzinnych pamiątek, starych listów, pożółkłych zdjęć przodków podpisanych nic niemówiącymi nazwiskami. Pismo nieznanego autora nie zblakło z biegiem czasu, lecz przeciwnie - litery wydawały się bardziej wyraźne niż wtedy, gdy zobaczyłam je pierwszy raz.
Kiedyś nie wytrzymałam i postanowiłam w końcu zapytać ojca, w jaki sposób owa kartka znalazła się w jego posiadaniu. Odpowiedź okazała się zadziwiająco prosta i zupełnie inna, niż oczekiwałam. "Ktoś musiał zostawić to w książce i oddać do biblioteki" - powiedział, obejrzawszy ją uważnie ze wszystkich stron. "Wygląda jak fragment powieści" - dodał.
Wraz z tymi słowami cała historia straciła swój urok i tę aurę tajemniczości, która mnie w niej pociągała. Włożyłam papier w skórzane etui po okularach i zamknęłam na klucz w szufladzie biurka, gdzie leżał jako symbol wybujałej dziecięcej fantazji, wspominanej od czasu do czasu z pobłażliwym uśmiechem.
Tamten czerwcowy dzień na zawsze pozostanie w mojej pamięci, doskonale wpisując się w pierwszą dziesiątkę dni określanych jako niezapomniane. Wstałam wczesnym przedpołudniem, obudzona krzykiem dzieci bawiących się na ulicy. Przez otwarte okna wraz z hałasem wpadał ciepły wiatr, pachnący miejskim kurzem i rozgrzanymi dachami starych kamienic. Tomczakowa spod czwórki rozwieszała na podwórku pranie, złorzecząc synowi, który znów wrócił pijany po nocnej libacji. Niedaleko teatru grupa chudych dziewczynek grała w króla skoczków. W pobliżu nie było żadnego parku, placu zabaw ani innego miejsca pozwalającego im korzystać z uroków lata. Nieco później, mniej więcej koło dwunastej, gdy - jeszcze w szlafroku - śledziłam tor lotu gumowej piłki uderzającej rytmicznie o ścianę budynku, przed naszymi drzwiami zjawił się listonosz. Napis na starej, wykonanej przez pradziadka tabliczce, prezencie ślubnym dla moich rodziców, informował, że mieszkają za nimi Justyna i Adam Czaplińscy oraz Nina (własne imię wykaligrafowałam sama dawno temu na naklejce ze szkolnego zeszytu). Zdyszany i wściekły, listonosz upewnił się, że ma przed sobą właściwą osobę i bez słowa wręczył mi list z logo słynnej londyńskiej The School of Oriental and African Studies. W środku znajdowało się potwierdzenie, że zostałam przyjęta na studia doktoranckie z zakresu literatury arabskiej.
Miesiąc poprzedzający mój wyjazd upływał na przygotowaniach: zakupach, pakowaniu, odbywanych w pośpiechu rozmowach. "Do widzenia" ciągle wracało, poznałam jego melodię w różnych interpretacjach: serdecznej, ciepłej, czułej, zatroskanej, fałszywej. Do Londynu zabierałam ze sobą marzenia, włożone do wielkiej walizy, pochowane między ubrania, w buty, w boczne kieszenie. Wyobraźnia podsuwała mi wciąż nowe obrazy, pisała scenariusze nadchodzących wydarzeń. Angielską rzeczywistość śniłam snem napoczętym, ledwie zarysowanym. Czekałam, aż sen ten rozwinie się jak czerwony dywan przed wejściem ważnej osoby na pokład samolotu. Nie wiedziałam, jaki obierze kierunek, w którą stronę zdecyduje się pójść, polecieć, popłynąć. Pewny był w nim tylko bilet lotniczy z dwukrotnie potwierdzoną godziną przylotu i nic niemówiący adres, pod którym miałam zamieszkać.
W noc poprzedzającą wyjazd żegnałam się z moim pokojem, łóżkiem, poobijanym piecem kaflowym i skrzypiącą ze starości podłogą. Stałam w oknie, nie wiedząc, jakie niebo zobaczę nad głową nazajutrz, za to z głębokim przekonaniem, że dzieje się to, co dziać się powinno, że wszystkie drogi prowadziły mnie do tego właśnie momentu.
Na sąsiedniej ulicy ktoś schylił się, by podnieść z kocich łbów gwiazdę, która niechcący spadła na ziemię, i schował ją do kieszeni aksamitnego płaszcza. Potem naciągnął na głowę kaptur i niespiesznym krokiem oddalił się krętymi uliczkami Starówki.
Przed chwilą zgasło światło. Siedziałam bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy, które tak często umykają uwadze, dopóki nie przypomni nam o nich nagła, niespodziewana ciemność. Piętro niżej płakało dziecko, w rurach bulgotała woda, gdzieś w oddali skrzypiały ciężkie drzwi. W oknach zaczęły pojawiać się chwiejne płomienie świec, wydobywając z mroku twarze ludzi mijanych czasem w sklepach i na przystankach. Pewnie przeczekałabym awarię prądu tak jak inni - zagotowałabym herbatę w niewielkiej kuchni, patrząc na cienie powołane do życia przez palący się gaz, zagrałabym w jedną z głupich gier, jakich pełno w telefonach komórkowych, albo po prostu ucięła sobie drzemkę - gdyby ta awaria nie obudziła wspomnienia, które powraca do dziś.
Zawsze, gdy gaśnie światło, myślę o Tobie. Mam teraz trzydzieści pięć lat i piszę opowiadania, które czytywane są na całym świecie. Nie, nie posiwiałam, moje włosy są wciąż takie jak wtedy, rude, odcień miedzi, lekko kręcone na końcach. Nie garbię się. Nie przytyłam. Tylko mój śmiech lekko się zakurzył.
"Napisz o mnie" - powiedziałeś tamtego dnia, kiedy jechaliśmy londyńskim metrem. Mój wzrok błąkał się bez celu po srebrnych ścianach wagonu, błądził po płaszczach i butach pasażerów, przemykał po ich palcach przytrzymujących tanie brukowce wyrzucane do kosza na najbliższej stacji, śledził drobne niedoskonałości skóry, zbyt wyraźne w sztucznym świetle jarzeniówki. Gdy wysiedliśmy na Seven Sisters, gdzie mieliśmy się spotkać ze znanym reżyserem Alainem Levittoux, powtórzyłeś: "Napisz o mnie". Tym razem zabrzmiało to jak zaproszenie do zakazanej miłosnej igraszki.
Gdybym miała wtedy o Tobie napisać, napisałabym o czarnym płaszczu pachnącym kawą i rogalikami z francuskiej piekarni; wzdłuż zamka biegł haft, który wciąż zdarza mi się rysować z pamięci na kawiarnianych serwetkach. Na lewym rękawie tego płaszcza, podobnego krojem do indyjskiego szerwani, widniało zawsze kilka rudych włosów, znak, że nasze ubrania już od kilku miesięcy wisiały we wspólnej szafie. Tłem tamtego Ciebie pewnie byliby ludzie poruszający się po peronie w tę i z powrotem, jak zdalnie sterowane zabawki, a odgłos jadącego pociągu, pisk hamulców, szczęk bramek przy wejściu na stację zastąpiłyby ścieżkę dźwiękową.
Teraz napisałabym to wszystko inaczej, zaczynając od mokki z białą czekoladą kupionej w jednej z zatłoczonych kawiarni przy Oxford Circus. Przypomniał mi o niej rachunek za te dwie kawy, znaleziony niedawno w zbiorze opowieści Rumiego.
"Jak było w bibliotece?" - zapytałeś. To pytanie powracało, odkąd zamieszkaliśmy razem. Jako przykładna doktorantka The School of Oriental and African Studies (SOAS) spędzałam w bibliotekach całe dnie, pochłonięta przygotowywaniem rozprawy o roli bajarzy w kulturze arabskiej. W tym czasie Ty występowałeś w teatrze na St. Martin's Lane, nagrywałeś słuchowiska radiowe albo opowiadałeś ludziom historie w londyńskich kawiarniach.
"Chciałabym poznać człowieka, który wymyślił Szeherezadę" - powiedziałam, przystając koło sklepowej wystawy. Mój wzrok przemknął po kolorowych butach z miękkiej skóry, mokasynach, czółenkach, pantoflach, zamszowych botkach i płaskich balerinach, po czym napotkał Twoją twarz odbitą w lśniącej szybie, zmienioną, wykrzywioną w nienaturalnym grymasie. Trwało to nie dłużej niż ułamek sekundy, kiedy się odwróciłam, nie przypominałeś już poskręcanego maszkarona z fasady starego budynku. Pozornie nic się nie stało, a jednak przestrzeń między nami wypełniła cisza, zapowiedź nadciągającego nieszczęścia.
Ścisnąłeś moją rękę trochę mocniej niż zwykle i celnie rzuciłeś tekturowym kubkiem do kosza na śmieci. Z głośników wiszących przed sklepem popłynął nagle męski głos, śpiewając There's a cloud in the New York skyline1, a na moim niebie, dotąd bezchmurnym, pojawiła się lepka i brudna chmura niepokoju.
Całą drogę do Seven Sisters milczałeś nieodgadnionym, pełnym napięcia milczeniem, z wyjątkiem: "Napisz o mnie". Do tej pory wymykałeś się słowom, uciekałeś przed słowami, sprawiałeś, że słowa rozwiewały się jak czyste kartki papieru na wietrze.
Czyjś śmiech, towarzyszący głosom ludzi na schodach, znów przeniósł mnie z londyńskich ulic do krakowskiego mieszkania z cieknącym kranem i szumiącymi rurami. Pod wpływem ciemności niewielka mansarda jeszcze się skurczyła, zapadła w siebie, zmalała. Ściany, błękitne za dnia, kremowa szafa w stylu decoupage, stół, którego nigdy nie potrafiłam okiełznać, pełen dawno zapłaconych rachunków, paragonów i nieotwartej korespondencji, nawet szyby w oknach, tak często drżące od przejeżdżających pod domem tramwajów, zdawały się powtarzać: "Napisz o mnie".
"Napiszę" - powiedziałam w ciemność.