2 Płaczący Strumień
Lyss zaczerpnęła wody z Płaczącego Strumienia i popiła suchy kęs sera i chleb podróżny. Chciałaby tak samo łatwo spłukać swoje wspomnienia.
Reszta jej szwadronu, porozrzucana wzdłuż brzegów strumienia, korzystała z krótkiego postoju, by się pożywić, odpocząć i napoić konie.
Po chlebie przełknęła kilka pasków łykowatej sarniny oraz garść suszonych owoców i orzechów. Te żołnierskie racje żywnościowe już wychodziły jej bokiem. Wojsko w drodze nie miało czasu na polowanie czy pieczenie świeżego mięsa.
Ledwie cztery lata temu Lyss i jej brat Adrian biwakowali nad brzegiem tego strumienia po śmierci Hany. Cztery lata temu brat złożył jej solenną obietnicę.
Nie będziesz sama.
Później, zaledwie po kilku miesiącach, podczas Przesilenia, jej ojciec i brat wpadli w zasadzkę na ulicy Fellsmarchu. Ojciec został zamordowany, a brat zniknął bez wieści. Pozostała po nim tylko umazana krwią torba.
Pochowały ojca obok Hany w Świątyni Katedralnej, a potem w napięciu czekały na wiadomości o Adrianie. Spodziewały się żądań ogromnego okupu lub jakiegoś przerażającego dowodu śmierci od króla Ardenu. Otrzymały zaś... nic. Po czterech latach milczenia Adrian został uznany za zmarłego - przez prawie wszystkich oprócz Lyss. Wbrew wszelkim dowodom ona wciąż wierzyła w cuda. Mimo wszystko miała nadzieję, że brat żyje - może w niewoli, gdzieś w lochach na Południu, chociaż zdrowy rozsądek mówił, że lepiej dla niego byłoby nie żyć, niż być więźniem Ardenu.
Gdyby nie żył, wiedziałabym o tym.
Na początku wprost rozsadzała ją chęć szukania brata. Matka stanowczo zabroniła jej podejmowania jakichkolwiek prób w tym kierunku, a nawet przydzieliła jej całodobową ochronę, żeby Lyss nie myślała o ucieczce.
W końcu, mimo oporów Lyss, odbył się pogrzeb Adriana, a ona sama dorosła na tyle, by zrozumieć, że nawet jeśli jej brat żyje, ona i tak nie ma pojęcia, gdzie go szukać.
Wciąż miewała sny, w których stawał w drzwiach i pytał, dlaczego nikt go nie szukał.
To jest ziemia złamanych obietnic, pomyślała. Przyzwyczaj się. Miałam sporo na głowie, odkąd zniknąłeś.
Rzuciła kamień, który miał dotrzeć na drugi brzeg, lecz wcześniej wpadł do wody. Obok niej Sasha grzebała w torbie, zapewne poszukując czegoś, co pozostało do zjedzenia. Nikt w tej grupie żołnierzy nie miał ani grama tłuszczu, ale Sasha była duża i jej apetyt odpowiadał jej gabarytom.
- Łap - powiedział Cam, rzucając jej woreczek suszonych jagód. - Ja już się najadłem.
Sasha odrzuciła mu owoce.
- Zjedz, żołnierzu. Ja mam dużo więcej mięsa na kościach niż ty.
To była prawda. Cam zawsze wyglądał na niedożywionego - chudy jak szczapa, z kończynami, które jakby wyrosły mu w jeden dzień.
Sasha Talbot i Cam Staunton należeli do gwardii królewskiej Szarych Wilków, przydzielonej Lyss na porę kampanii wojennych. Chociaż nosili mundury regularnej armii, mieli tylko jedno zadanie: utrzymać przy życiu następczynię tronu Szarych Wilków. To stawało się coraz trudniejsze, w miarę jak wojna się przeciągała i cierpliwość Lyss się kurczyła.
Staunton służył w gwardii od niedawna. Jego matka była kapralem w szwadronie Lyss. Zginęła na Trzęsawiskach w zeszłym roku i Cam został jedynym opiekunem dwóch młodszych braci.
Jeszcze dobrze nie zgasły ogniska pogrzebowe, kiedy dwunastoletni Cam przyszedł do Lyss, by się zaciągnąć do piechoty górskiej.
- Chciałbym dla was walczyć, pani - powiedział, unosząc głowę i prężąc sylwetkę. - Wszyscy mówią, że przy was będę brał udział w prawdziwych walkach.
- Zostań jeszcze w domu, Cam - odparła. Choć była od niego tylko dwa lata starsza, miała wrażenie, że dzielą ich dekady.
- Wy walczyliście na wojnie w wieku dwunastu lat - zauważył chłopak. - Mama mi opowiadała. Jako trzynastolatka wyciągnęliście sztandar Szarych Wilków z martwych rąk swego dowódcy i poprowadziliście atak, który wyparł Południowców do Świętej Wody. A w zeszłym roku...
Lyss uniosła ręce.
- Nie wierz we wszystko, co słyszysz - powiedziała. - Opowieści lubią się rozrastać. I nie mówią całej prawdy.
Cam zacisnął szczęki.
- Wielu moich rówieśników jest w wojsku. Ja się nie zaciągnąłem tylko dlatego, że mama mi nie pozwalała. Zawsze mówiła, że muszę się opiekować braćmi.
Lyss wiedziała, że każdy inny komendant przyjąłby go od razu. Był bardziej obiecujący jako rekrut niż wielu z tych, którzy już brali udział w walkach. Gdyby mu odmówiła, nic by go nie powstrzymało przed pójściem do innej formacji.
- Kto zajmie się twoimi braćmi, kiedy pójdziesz na wojnę?
- Mam starszych kuzynów w pobliżu Ściany Zachodniej - odparł Cam. - Mogą u nich zostać na czas kampanii.
- A szkoła?
- Już prawie skończyłem Szkołę Świątynną. Ale będę się pilnie uczył, jak wrócę do domu.
Lyss westchnęła. Wiedziała, co się dzieje z takimi obietnicami.
- Dlaczego chcesz iść na wojnę? Zostań czeladnikiem. Znajdź zawód, który będziesz mógł wykonywać po wojnie.
- Po wojnie? - Cam wyglądał na zaskoczonego. - Czy naprawdę myślicie, że to się niedługo skończy?
Nie mogła okłamać tego chłopca, który już tak wiele stracił.
- Nie wiem - powiedziała.
- No to ja chcę pomóc - oświadczył. - Chcę ścigać tych, którzy zabili mi matkę.
W końcu porozmawiała z kapitanem Byrne'em i Cam został przyjęty do Szarych Wilków. To miało go utrzymać poza polem bitwy i umożliwić mu stacjonowanie blisko domu. Tego lata jednak został przydzielony do Lyss, więc ostatecznie i tak trafił na front.
Czy można właściwie powiedzieć, że w Dolinie jest bezpieczniej? - pomyślała Lyss.
Królowe Fells były związane krwią i historią z Górami Duchów. Ich przodkowie z rodu Szarych Wilków pełnili straż w lasach i na górskich przełęczach. Te szczyty zawsze stanowiły nieprzebytą barierę, która od południa osłaniała królestwo przed wrogami. Dwadzieścia pięć lat temu, kiedy jej matka Raisa była młodą królową, potworny Gerard Montaigne, król Ardenu, przedarł się przez te góry. Jego wojska dotarły aż do bram Fellsmarchu i zażądały kapitulacji.
Wówczas najeźdźców odparto, umocniono granice i od tamtej pory przez dwadzieścia pięć lat wojny udawało się utrzymywać wrogów poza granicami kraju. Niespodziewanie cztery lata temu zaczęły się zabójstwa. W pierwszym Lyss straciła ojca i brata, ale na rodzinie królewskiej się nie skończyło. Najczęściej ofiarami padali czarownicy, lecz ginęli także oficerowie armii, wojownicy klanowi, przedstawiciele rządu i arystokraci. Tym, co ich łączyło, był wkład w wysiłek wojenny lub bliski kontakt z królową.
Jak bronić się przed wrogiem, który mógł być wszędzie i uderzyć w każdej chwili?
Lyss zanurzyła bukłak w lodowatym strumieniu, by nabrać wody na dalszą podróż. Potoki spływające ze szczytu Alyssy zawsze były zimne - zasilane topniejącym śniegiem, który spływał od wiosny do późnego lata, kiedy to stoki zaczynał okrywać świeży biały puch. Południowcy nazywali ten szczyt inaczej - Nierządnica, bo była to góra, która łamała męskie serca.
Może serca Ardeńczyków, pomyślała Lyss.
W ciągu kilku ostatnich dni oddalali się od Przydrożnej Kolonii, by dołączyć do reszty salwonu w Dolinie Królowych, która rozpościerała się przed nimi - szachownica małych gospodarstw w środku pory żniw.
- Ktoś się zbliża - powiedziała Sasha, spoglądając ponad ramieniem Lyss. Z niedowierzaniem zmrużyła oczy. - Wygląda na Tancerza Cieni.
- Co? - zdziwiła się Lyss. - Myślałam, że jeszcze jest w kolonii Demonai. - Obróciła się i przymrużyła oczy, oślepiona porannym słońcem. Zobaczyła jeźdźca pokonującego dolinę od strony namiotu sztabowego. - Masz rację. To on. Ciekawe, co go tu sprowadza.
Cień zatrzymał się obok Lyss, zasalutował, zsiadł z konia i zamaszystym gestem podał jej tubę z depeszą.
- Od generał Dunedain - oznajmił.
Lyss objęła go na powitanie, na chwilę ignorując depeszę. Zapach topnika, węgla i metalu świadczył o tym, że Cień nie oddalał się na długo od kuźni.
- Co ty tu robisz?
- Przywiozłem nowy ładunek sprzętu waszemu kwatermistrzowi - powiedział.
To miało sens. W wieku szesnastu lat Cień był już jednym z najbardziej utalentowanych wytwórców magicznych artefaktów w całym królestwie. Tacy jak on klanowi rzemieślnicy produkowali broń i magiczne narzędzia wspierające wysiłek wojenny Północy.
To jednak nie wyjaśniało, dlaczego dostarczał depesze.
- Od kiedy jesteś posłańcem?
- Słyszałem, że dzisiaj może się trafić okazja zabicia kilku Południowców, więc postanowiłem przedłużyć swoją wizytę. - Liczne warkoczyki w jego włosach świadczyły o tym, że rzadko rezygnował z okazji do walki i że zwykle wychodził z nich zwycięsko. Chociaż jego działalność miała istotne znaczenie dla przebiegu wojny i z racji tego nie powinno się go narażać na śmierć, utrzymanie go z dala od pola bitwy było prawie niemożliwe. Cień był najgroźniejszym kowalem w królestwie.
Nosił na szyi szalik szeregowca, i to stanowiło cały jego mundur. Talent do tworzenia magicznych artefaktów prawdopodobnie odziedziczył po pochodzącym z klanu ojcu, który był obdarzony mocą, lecz wygląd i zuchwałego, niezależnego ducha zawdzięczał matce z Wysp Południowych.
Matka Cienia, Cat Tyburn, dowodziła siatką szpiegowską królestwa do momentu, kiedy dwa lata temu ktoś poderżnął jej gardło i wrzucił jej ciało do Dyrny. Była sprytna i zaprawiona w walkach ulicznych jak mało kto, dlatego Lyss nie mogła zrozumieć, jak mogło do tego dojść.
Cat odeszła, ale pozostawiła po sobie upartego i temperamentnego syna. Lyss i Cień w dzieciństwie byli nierozłączni, lecz ostatnio rzadko się widywali w porze kampanii wojennych. A teraz...
- Myślałam, że masz ważniejsze rzeczy na głowie - powiedziała Lyss. - Słyszałam, że planujesz ślub.
Cień potaknął, na jego policzki wypłynął rumieniec.
- Widać, że wieści docierają szybciej niż ja.
- Ustaliliście już datę?
Pokręcił głową.
- Mój ojciec chce, żebyśmy poczekali jeszcze rok albo dwa. Topola i ja i tak mamy mnóstwo pracy, więc prawdopodobnie byłoby to dopiero jakoś w przyszłym roku. Nie martw się... dostaniesz zaproszenie, jak tylko będę wiedział, kiedy i gdzie to się odbędzie.
Lyss już kilka razy spotkała narzeczoną Cienia, Topolę Srebrny Liść, na targach klanowych. Jej warsztat znajdował się w Fortecznych Skałach, średniej wielkości miasteczku na północnym wschodzie, gdzie opiekowała się czworgiem rodzeństwa.
Jesteśmy krajem sierot, pomyślała Lyss, robimy to, czym powinni się zajmować nasi nieżyjący rodzice.
Topola była spokojna, praktyczna i bardzo rozsądna. Odpowiednia dla Cienia. Odkąd byli razem, bardziej na siebie uważał.
Mimo to Lyss trudno było się pogodzić z myślą, że Cień się ożeni i ustatkuje, nawet jeżeli miałoby to przedłużyć mu życie. Przez wiele lat, nawet pozostając z dala od siebie, byli przyjaciółmi skupionymi na jednym: powstrzymać armię króla Ardenu przed najazdem na ich ojczyznę. Czy zakładanie rodziny w sytuacji, gdy wciąż trwa wojna, nie jest kuszeniem losu?
- Gdzie będziecie mieszkać? Jak już się pobierzecie. - Jeśli on przeniesie się do Fortecznych Skał, już go więcej nie zobaczę, pomyślała. Wiedziała, że ten żal jest przejawem egoizmu.
- Wszystko w swoim czasie - roześmiał się Cień. - Dopiero się przyzwyczajam do myśli o ożenku. - Pomachał jej depeszą przed nosem. - Nie chcesz tego przeczytać, skoro przebyłem z tym taką drogę?
Lyss wydobyła papier ze środka, rozwinęła, przejrzała i zmięła w garści.
- Co jest? - zapytała Sasha, natychmiast zaniepokojona.
- Ci przeklęci błotniści podjęli decyzję - odparła Lyss. - Zmierzają ku przełęczy. Mason i Littlefield spotkają się tam z nami.
Sasha wyjęła lunetę i spojrzała na góry.
- Ilu?
- Nie pisze, ale na pewno mają ze sobą zniewolonych magów. Wysyłają nam Finna.
- Sul'Mander też tu jest? - Cień przerzucił wzrok z Sashy na Lyss, a z jego twarzy nie dało się niczego odczytać. - Ostatnio słyszałem, że był z królową na pograniczu.
- Był. Wiosną został ranny i od tamtej pory przebywał w szpitalu. Właśnie wrócił ze stolicy. Widocznie myślą, że przyda nam się trochę więcej obdarzonych mocą.
Chociaż Cień i Finn byli dalekimi krewnymi (dziadek Cienia pochodził z rodu Bayarów), Lyss zawsze miała wrażenie, że ten pierwszy w jakiś sposób Finna odtrącał. Jej zdaniem nie chodziło o istniejący od wieków brak zaufania między klanowcami a czarownikami - w końcu ojciec Cienia był czarownikiem.
Może powodem było to, że obaj żyli bardzo intensywnie, choć w zupełnie inny sposób.
- Ja mogę z wami pojechać - powiedział Cień, poprawiając łuk przy siodle. - Jestem obdarzony mocą.
- Wiem - Lyss przewróciła oczami - ale czy umiesz się podporządkowywać rozkazom?
- Umiem wykonywać rozkazy tak samo jak każdy Demonai - rzekł, co ustawiało poprzeczkę raczej nisko. - Zresztą generał Dunedain już się zgodziła.
- Dobrze - odparła Lyss, poirytowana, że załatwił to za jej plecami. - Tylko pamiętaj... nie chcę słyszeć narzekań, kiedy pojawią się kłopoty.
Nie powiedziała na głos tego, co jeszcze pomyślała: że ta ardeńska ofensywa musi być groźniejsza, niż myśleli, skoro Dunedain postanowiła zrekrutować dostawcę czaromiotów.
- Ruszajmy! - zawołała, by poderwać resztę szwadronu. - Szykować się do drogi!
Nim załadowała swój sprzęt, zobaczyła kolejnego samotnego jeźdźca galopującego w ich stronę. Jego jasne włosy błyszczały w porannym słońcu.
Finn. Żołądek Lyss wykonał zwyczajowe salto. Miała słabość do Finna sul'Mandera, odkąd skończyła jedenaście lat. Często widywała go z Adrianem i jego kolegami w czasach, kiedy jej uwielbienie dla brata rozciągało się na wszystkich z jego otoczenia.
W tamtym czasie w nieporadny sposób próbowała wyciągać z Adriana informacje. "Czy on naprawdę jest twoim przyjacielem?" - pytała.
"Jasne, że tak - odpowiadał zdziwiony. - Nie spędzałbym z nim tyle czasu, gdybyśmy nie byli przyjaciółmi".
"Ale to przecież Bayar - mawiała. - Tata powtarza, że nie powinniśmy ufać Bayarom, prawda?"
"On jest z Manderów - brzmiała odpowiedź jej brata. - Zresztą on jest inny. Nie taki jak oni wszyscy".
Lyss nie wiedziała, co właściwie miał na myśli, ale to wystarczyło, by ją uspokoić. Zawsze uważała Finna za poważnego, tajemniczego, o głębokim wnętrzu. To się nie zmieniło. W czasie wojny wielu jej rówieśników rzucało się intensywnie w wir życia: walczyło, kochało i umierało w młodym wieku. Jakby próbowali przeżyć całe życie przed osiągnięciem dwudziestki. Mimo licznych okazji Finn zdawał się nie grać w te romantyczne gry, które tak pociągały innych. Jeżeli nawet miał w przeszłości jakąś ukochaną, to był to pilnie strzeżony sekret.
Może dlatego Lyss go lubiła. Zaloty i romantyczne słówka też nie były w jej stylu. Jak tylko się w kimś zakochujemy, ten ktoś wyrusza na wojnę i zostaje zabity. Kiedy przyjdzie pora wyjść za mąż, znajdę kogoś z armią, statkami wojennymi i dużym workiem pieniędzy, myślała. Wtedy wykonam swój taniec wojenny.
W ciągu ostatnich czterech lat Finn rzadko bywał w okolicy - albo przebywał w akademii w Oden's Ford, albo walczył na pograniczu. Opowieści, które docierały do Lyss, o odwadze, jaką się wykazywał pod ogniem nieprzyjaciela, jeszcze zwiększały jego atrakcyjność w jej oczach.
Gdy miała jedenaście lat, podobało jej się wielu chłopców. Z tych wszystkich zauroczeń przetrwało tylko to jedno.
- Porucznik Gray - odezwał się Finn, pociągając za wodze i salutując. - Jak zawsze do waszych usług.
Lyss na chwilę oniemiała. Finn nadal był przystojny, ale czas spędzony w infirmerii zmienił go. Był chudy i wymizerowany, w jego podkrążonych czarnych oczach widać było zmęczenie i ból, skórę miał niemal tak bladą jak włosy.
Zaniepokojona, pochyliła się, by przyjrzeć mu się bliżej.
- Wszystko w porządku? Słyszałam, że byłeś ranny.
Finn pociągnął za wodze, aż jego koń zrobił kilka kroków w tył.
- Tak. Nic mi nie jest - odparł tonem, który kazał jej się wycofać.
- To dobrze. - Hardo uniosła głowę. - Cieszę się.
Skrzywił się i dodał delikatniej:
- Czy nie takiej odpowiedzi oczekuje się od żołnierzy? Nieważne, czy to prawda czy nie. - Westchnął. - Ja tylko... tylu z nas zginęło, i po co? Możemy wygrać każdą bitwę, a i tak przegrać tę wojnę. To ogromna strata.
- Czy według ciebie powinniśmy coś robić inaczej? - zapytała Lyss.
- Wszystko - odparł. - Jestem gotów oddać życie za to królestwo, ale nie widzę, żeby to coś dało. - Odwrócił wzrok. - Nieważne. Nie powinienem tego mówić.
- Cieszę się, że to powiedziałeś. Mój ojciec mawiał: "Jeśli będziesz nadal robił to, co do tej pory, dostaniesz to, co do tej pory". W naszym wypadku... nieustającą wojnę.
Finn ponownie zwrócił się w jej stronę i spojrzał na nią uważnie.
- Naprawdę to rozumiesz - powiedział.
- Nie tylko rozumiem - stwierdziła. - Zgadzam się z tym.
Uśmiechnął się, a Lyss poczuła, że topnieje od tego uśmiechu. Znała wiele dziewcząt, które oddałyby wszystko za jeden uśmiech Finna sul'Mandera, lecz on nie był pod tym względem rozrzutny.
- Musimy jechać - oznajmiła. - Mason i Littlefield spotkają się z nami przy przełęczy.
Obróciła konia, a Finn ustawił się obok niej, tak że jechali ramię w ramię. Sasha i Cam zajęli swoje pozycje, jedno przed Lyss, drugie zaraz za nią.
Kiedy jechali na wschód, słońce zniknęło za wielką górą i powietrze wyraźnie się ochłodziło. Lyss czuła zimny powiew na karku.
- Powinienem ci coś powiedzieć - rzucił Finn, przysuwając się do niej. - Nie wracam w tym roku do akademii.
- Nie? - Czy dlatego był taki markotny? - Czemu?
- Chcę zostać w domu. Postanowiłem uczyć się pod okiem lorda Vegi w infirmerii.
- Ale... zawsze mówiłeś, że uwielbiasz Oden's Ford.
- Owszem - przyznał. - Ale już czas przestać być egoistą i zrobić coś dla królestwa.
- Finn... jesteś nieoceniony na polu bitwy. Zostałeś poważnie ranny w walce o królestwo. Nie widzę w tym nic egoistycznego.
Zbył to wzruszeniem ramion.
- Po prostu myślę, że powinienem w inny sposób wnieść swój wkład w tę wojnę. Po miesiącach spędzonych w infirmerii, po tym, jak zobaczyłem, jaką ważną pracę tam wykonują, zrozumiałem, że to jest moje miejsce. Lord Vega jest dla mnie prawdziwym mentorem.
To było tak samo zaskakujące jak decyzja Finna o tym, że nie wróci do akademii. Lyss przypomniała sobie narzekania Adriana na lorda Vegę, które zresztą były podobne do opinii jego przyjaciela Tya Gryphona. Ich zdaniem ten czarownik zdecydowanie nie był typem mentora.
No cóż, pomyślała, niech im obu to wyjdzie na dobre. Vega od lat utyskiwał na brak młodych chętnych do pracy w infirmerii. Albo zdał sobie sprawę, że problemem jest jego zachowanie, albo natrafił na kogoś, kto jest w stanie z nim wytrzymać.
Starała się nie mieć uprzedzeń do Harrimana Vegi, ale szczerze mówiąc, nie znosiła go. Miała nadzieję, że nie chodziło tu o to, że nie mogła mu wybaczyć, iż nie uratował życia jej ojcu. To on ogłosił zgon jej taty jeszcze na ulicy.
- Czy generał Dunedain wie? Że chcesz odejść z armii?
Finn zaprzeczył ruchem głowy.
- Zamierzam jej powiedzieć, kiedy wrócimy do stolicy jesienią.
- Chyba nie muszę mówić, że będzie nam cię brakowało - rzekła Lyss.
Finn się uśmiechnął.
- Ale i tak możesz to powiedzieć. Śmiało.
Porucznicy Mason i Littlefield spotkali się z nimi przy przełęczy. Towarzyszył im kapitan Starborn, dowódca salwonu. Był jednym z nielicznych wojowników z klanu Demonai, którzy zaciągnęli się do regularnej armii.
- Dobre wieści! - zawołał z szerokim uśmiechem. - Mamy dzisiaj wielu nizinnych do zabicia.
- Prawdziwy Demonai - mruknęła Sasha, patrząc z niepokojem na Lyss.
- Ilu? - zapytała Lyss.
Starborn machnął ręką, pokazując, że mówi o przybliżonych liczbach.
- Nasi zwiadowcy uważają, że to może być cała brygada.
- Brygada! - Littlefield zrobił się nienaturalnie blady.
Starborn skinął głową.
- A więc - zatarł dłonie z zadowoleniem - będziemy mieli sporo pracy.
- Chyba powinniśmy poczekać na wsparcie - nalegał Littlefield.
- Nie mamy czasu do stracenia - oznajmił Starborn. - Musimy ich utrzymać na przełęczy... tym sposobem będziemy walczyć tylko z kilkoma naraz. Jeśli rozjadą się w dolinę, będą mogli wykorzystać swoją liczebność.
Lyss nachyliła się, Pudding poruszył się pod nią, wyczuwając jej niepokój.
- W takim razie ruszamy? Mój szwadron może zająć pozycje na przedzie, gdzie Finn będzie mógł najlepiej wykazać swoją skuteczność.
Starborn spojrzał na nią z uznaniem i skinął głową.
- Naprzód, porucznik Gray. Będziemy zaraz za wami.
Lyss dała sygnał swoim żołnierzom, a sama wysunęła się na czoło. Sasha i Cam jechali po obu jej stronach, Finn i Cień zaraz za nimi.
- Czy zawsze musisz jechać na czele? - syknęła Sasha. - Nie mogłabyś czasami przypomnieć sobie, kim jesteś?
- Ja nigdy nie zapominam, kim jestem - odparła Lyss. - Właśnie dlatego jadę na czele.