Rozdział 1
Córka lorda i romski książę
W na co dzień zatłoczonym Londynie powoli zapadał purpurowy zmierzch, a wraz z nim cichły uliczny gwar, nawoływania przekupek i kłótnie zwaśnionych rodzin. Wszyscy kończyli swoje obowiązki i zaczynali szykować się do snu. Wszyscy oprócz pewnej złotowłosej, piegowatej dziewczyny, która klęczała w pustej katedrze przed obrazem Najświętszej Maryi Panny i śpiewem starała się przebłagać nieuchronny los.
Proszę, zajrzyj w moje serce,wysłuchaj cichych próśb.Zabierz od niej ból i cierpienie,otul ją swoim ukojeniem.Bądź przy niej, Najświętsza,w każdej godzinie złej.Ale nie odbieraj mi jej.Nie odbieraj mi jej...
Dziewczyna ostatnie nuty wyśpiewała głosem przepełnionym żalem. Jej oczy wwiercały się w bogato pozłacany obraz i z kołaczącym sercem czekała na cud. Tak jak już wiele razy wcześniej, to właśnie boskiej matce powierzyła swoje problemy i czekała na odpowiedź, jednak i tym razem odpowiedziała jej głucha cisza.
Nagle z piersi złotowłosej wyrwał się stłumiony szloch. Skryła swoją bladą twarz w delikatne dłonie i zaczęła głośno łkać. Przyglądał się temu wszystkiemu niewysoki chłopak skryty w cieniu szerokiej, marmurowej kolumny. Stał już tam od dłuższej chwili. Jego wielkie, zielone oczy z nabożnym uwielbieniem śledziły każdy, nawet najdrobniejszy ruch znajdującej się przed nim dziewczyny.
Ferka właśnie w ten sposób zwykł poznawać otaczający go świat. Zawsze z oddalenia. Zawsze z ukrycia. Śledził zachowania przychodzących do katedry wiernych. Widok rozmodlonych londyńczyków przynosił mu swoiste ukojenie. W trakcie nabożeństw mógł z bezpiecznej odległości obserwować ludzi. Jak się modlą, jak młode matki z czułością trzymają w ramionach swoje dzieci, jak ojcowie głębokimi głosami wyśpiewują modlitwy. On cicho wyśpiewywał je razem z nimi. To właśnie wtedy czuł się tak, jakby był niemal normalny, niemal ludzki, jakby był taki sam, jak oni.
To jednak złotowłosa najczęściej przykuwała jego spojrzenie. Doskonale pamiętał, jak w wieku dziesięciu lat po raz pierwszy zobaczył tę uroczą dziewczynkę, w różowej sukience w kokardki. Oddaliła się wtedy od swoich rodziców i na katedralnych schodach rozsypywała ziarna dla wygłodniałych gołębi.
On krył się we krużgankowej wnęce. Wiedział, że nie może wychodzić na zewnątrz. Był przyzwyczajony do tego, by za wszelką cenę schodzić ludziom z oczu. Był przecież potworem, prawie nie człowiekiem. Wówczas jednak zafascynowany pięknymi, czekoladowymi oczami i bijącym z nich dobrem po raz pierwszy sprzeciwił się nakazom starszego brata i wychylił się ze swojej kryjówki. Pamiętał, że niczego nie pragnął bardziej, niż znaleźć się blisko tej niezwykłej, małej dziewczynki.
A ona podniosła swoje piękne oczy i na niego spojrzała. Chłopak instynktownie spiął mięśnie i z przerażeniem czekał na to, że jej twarz wykrzywi się w znanym mu wyrazie obrzydzenia. Mimo młodego wieku Ferka nawykł do wyśmiewania, opluwania, a nawet gróźb śmierci. Złe spojrzenia może nie były z tego wszystkiego najgorsze, ale równie bolesne. Oceniający wzrok tej małej dziewczynki byłby jak dotyk gorącego metalu.
Aurora jednak uśmiechnęła się do niego i poprosiła, żeby do niej podszedł. Ferka zrobił to, choć nieufnie. Mała blondyneczka delikatnie ujęła jego dłoń i wsypała do niej część ziaren. Ta chwila, gdy oboje karmili razem ptaki, była najlepszą w jego życiu. Było to jego najdroższe wspomnienie, które jako jedno z nielicznych przynosiło mu ukojenie podczas trudnych lat samotności i wykluczenia.
Ferka nigdy nie zapomniał tego, że Aurora jest jedyną osobą, która na jego widok nie cofnęła się z obrzydzeniem. Jedyną, która się do niego uśmiechnęła i nie traktowała go jak gorszego od siebie. W tamtej chwili, przy niej, po raz pierwszy poczuł się, jakby był normalnym człowiekiem. Chłopak tak bardzo tęsknił do tego uczucia, że później przez całe lata śledził dziewczynę z ukrycia.
Obserwował odbijające się w jej złotych lokach promienie słońca i słuchał jej słodkiego jak trel słowika głosu. Wsłuchiwał się w jej cichy, dziecięcy śmiech i uwagi na temat obrazów świętych, które szeptem przekazywała swojemu dostojnemu ojcu.
Ferka niczego bardziej nie pragnął, niż z nią porozmawiać, zaprzyjaźnić się, wiedział jednak, że jest to niemożliwe. Aurora Byron, była córką Lorda Majora City, najpotężniejszego człowieka w całej dzielnicy. Biedny, garbaty chłopak, w dodatku syn cygańskiego włóczęgi, nie był dobrym towarzystwem dla córki burmistrza. Społeczny wyrzutek pogodzony ze swoim losem ograniczył się więc do obserwowania jej z ukrycia.
Jednak tego wieczoru wszystko się zmieniło. Ferka tak przeżywał płacz dziewczyny, że nieopatrznie wypuścił z rąk ciężki modlitewnik, który upadł z hukiem na marmurową posadzkę. Dziewczyna, słysząc hałas, przetarła ręką mokre od łez policzki i odwróciła się w jego kierunku.
- Prze-prze-przepraszam - wyjąkał. - Ja właśnie tędy szedłem i... Już mnie nie ma - mruknął i zaczął się oddalać.
- Zaczekaj! - zawołała za nim i wstała szybko z klęczek. - Nie odchodź - dodała cicho.
Ferka zatrzymał się, słysząc te słowa, i szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. Ludzie przeważnie czekali tylko, aż zniknie im z widoku. Mało kto pragnął jego towarzystwa. Aurora była inna.
Już wcześniej, wiele lat temu powiedziała mu, by do niej podszedł, myślał jednak, że tylko dlatego, że była wówczas dzieckiem. Nigdy by nie przypuszczał, że ta piękna dziewczyna, w którą przeistoczyła się z upływem lat, poprosi go o to, by przy niej został. W sercu Ferki rozkwitła nadzieja i mimowolnie odwrócił się w stronę złotowłosej.
- Myślałem, że wolisz być sama. Nie chciałem ci przeszkadzać - wyszeptał przepraszająco.
- Nie przeszkadzasz mi - odparła i zmusiła się do uśmiechu. - Zresztą to dom Boga, każdy ma prawo tu przebywać.
Chłopak chłonął każde jej słowo i zapisywał w swoim sercu. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie mógł porozmawiać z Aurorą, w dodatku sam na sam. Ferka przyłapał się na tym, że wpatruje się w nią z rozanielonym uśmiechem. Odwrócił szybko wzrok, modląc się, by dziewczyna nie uznała go za jakiegoś natręta.
- Podejdź bliżej. Nie musisz się mnie bać. Nie gryzę - zażartowała i ukradkiem starła z twarzy ostatnie ślady łez.
- Nie boję się ciebie - zaprzeczył odruchowo, ale zdradził go trzęsący się głos. - Po prostu spieszyłem się, żeby... - Urwał w połowie zdania, gdyż żadne kłamstwo nie przychodziło mu do głowy.
- Nie martw się. Nie zajmę ci dużo czasu - odrzekła pogodnie.
Następnie usiadła w pierwszej ławce i z zapraszającym uśmiechem poklepała miejsce koło siebie. Ferka uśmiechnął się nieśmiało w odpowiedzi i usiadł obok niej. Chłopak wprost nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Nigdy nie przypuszczał, że będzie mógł rozmawiać z Aurorą i w dodatku znaleźć się tak blisko niej. Po chwili jednak zwrócił uwagę na smutek przebijający się z jej twarzy i mocno zaciśnięte usta.
- Co się stało? - wymsknęło mu się pytanie. - Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać. Nie chcę być wścibski - dodał szybko przestraszony.
Nie chciał, żeby dziewczyna uznała, że wtrąca się w nie swoje sprawy.
- Moja mama właśnie umiera - odparła smutno. - Przyszłam tutaj... Sama nie wiem dlaczego... Miałam głupią nadzieję, że tym razem Bóg mnie wysłucha - dodała i jej głos zadrżał od tłumionych emocji.
- On cię słyszy - zapewnił ją Ferka i przysunął się do niej mimowolnie. Tak bardzo pragnął się do niej przytulić i ją pocieszyć. - To, że nie daje odpowiedzi, nie znaczy, że cię ignoruje. Myślę, że Bóg zsyła na nas ciężkie próby, żeby nas zahartować. Wszechmocny najbardziej doświadcza tych, których najbardziej kocha.
- To ja nie chcę, żeby mnie kochał - wyrzuciła, a z jej oczu popłynęły łzy. - Jeśli tak ma wyglądać jego miłość, to wolałabym, żeby go nie było. Żeby nigdy nie istniał. Może wtedy świat byłby lepszy.
- Nie mów tak. Na pewno tak nie myślisz. Wszystkie trudne chwile, które przechodzimy, są po coś. Musisz w to wierzyć.
- A co ty możesz o tym wiedzieć!? - spytała nagle rozzłoszczona. - Co takiego przeszedłeś w życiu? - wyrzuciła, zanim pomyślała. Spojrzała na niego i ze wstydu uniosła rękę do ust. - Ja przepraszam - powiedziała cicho. - Ja nie chciałam...
- Wiem.
Jego oczy mimowolnie napełniły się łzami. W końcu doczekał się tego, czego najbardziej się obawiał - tego, że dziewczyna zamiast mężczyzny dojrzy kalekę, a tak bardzo podobało mu się to, że traktowała go tak, jakby niczym się od niej nie różnił, jakby byli sobie równi.
- Ja już chyba pójdę - wyszeptał i odwrócił się od niej.
- Nie! Zostań! - poprosiła. - Przepraszam cię! Po prostu jesteś taki normalny i miły, że nie zwróciłam uwagi na... - Nie dokończyła zdania.
Popatrzyła tylko na jego wystający garb. W tym spojrzeniu nie było jednak obrzydzenia, wyłącznie współczucie.
Ferka odebrał to jak policzek. Nie chciał litości. Nie od niej. Miał już odejść, gdy nagle poczuł jej palce na swojej ręce. Po jego skórze przebiegł przyjemny dreszcz. Jej dotyk był tak nieoczekiwany...
Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś go dotykał. A to w dodatku była ona. Dziewczyna, o której marzył przez całe osiem ostatnich lat.
- Zostań! - wyszeptała i uścisnęła jego dłoń. Jej palce były miękkie i delikatne.
Ferka zadrżał z przyjemności, jaką dawała bliskość drugiego człowieka.
- Zostanę - odparł mimowolnie i na powrót się do niej przysunął. - Chcesz mi o tym opowiedzieć? - spytał. Miał na myśli to, co spotkało jej matkę, ale postanowił tego nie doprecyzować. Nie chciał jej spłoszyć.
- Nie. Teraz nie chcę o tym mówić. Może kiedyś - dodała po chwili.
- To co mam zrobić? Chciałbym ci jakoś pomóc.
Chłopak z trudem znosił fakt, że Aurora cierpi, ta złotowłosa dziewczyna najmniej ze wszystkich znanych mu osób zasługiwała na ból związany ze stratą matki.
- Po prostu mnie przytul - wyszeptała i oparła małą główkę na jego ramieniu.
Ferka aż sapnął ze zdziwienia, jednak już po kilku sekundach otoczył ją nienawykłymi do objęć ramionami i marzył o tym, by już nigdy jej z nich nie wypuścić.
*
W tym samym czasie inny chłopak walczył ze sztormowymi falami gwałtownie zalewającymi statek. Fonso Rosta nie należał do strachliwych, ale w momencie takim jak ten nawet najbardziej wytrwałe wilki morskie zwracały swoje twarze ku niebu, błagając wszystkich znanych sobie bogów o ratunek.
- Ty! Majtek! Biegnij na sterburtę i łap liny! Chyba że chcesz pójść z tą łajbą na samo dno! - wrzasnął kapitan, który z trudem panował nad sterami.
Po pokładzie hulał wściekły żywioł, niszcząc wszystko na swojej drodze, przez co marynarze z trudem trzymali się na nogach. Przejście na drugi koniec statku graniczyło z cudem.
Fonso tak naprawdę nie był zwykłym majtkiem, był romskim księciem, ale na morzu jego tytuł nie miał najmniejszego znaczenia. Chłopak bez szemrania posłuchał polecenia kapitana i przekazał stojącemu najbliżej marynarzowi wszystkie liny, które trzymał na bakburcie, po czym z ogromną zręcznością, pomimo fal, które nieprzerwanie bujały całym okrętem, przeniósł się na sterburtę. Tam w ostatniej chwili złapał odwiązujące się liny i ścisnął je mocno w swoich popękanych od wysiłku rękach, niemal wypadając przy tym za burtę. Zaparł się jednak nogami o barierki i ani myślał umierać, przynajmniej nie tej nocy.
Książę uśmiechnął się pod nosem zadowolony z tego, że po raz kolejny w ostatniej chwili umknął śmierci, ale w tym samym momencie uderzyła w niego następna fala i brutalnie zmyła mu ten cwany uśmiech z twarzy. Chłopak wypluł wodę i przeklął szpetnie pod nosem. Nad jego głową przeleciała rozochocona tym wszystkim papuga i zaczęła skrzeczeć:
- Stul dziób, majtku! Stul dziób!
Fonso popatrzył na znienawidzonego ptaka i mocno zacisnął zęby. Miał ochotę rzucić czymś w Rafa, żeby już na zawsze go uciszyć. Może jednak dobrze, że miał zajęte ręce, ponieważ kapitan na pewno pozbawiłby go życia, gdyby choć piórko spadło ze skrzydła jego ulubionego pupila. Chłopak zignorował więc skrzeczącego mu nad głową ptaka i skupił się na tym, żeby utrzymać liny, nie wypadając przy tym za burtę.
Czas jednak mijał, a sztorm zamiast mieć się ku końcowi, zdawał się ciągle narastać. Fale wściekle targały okrętem i znajdującymi się na nim marynarzami. Fonso czuł, że siły zaczynają go opuszczać. Woda co chwilę uderzała w niego i zalewała mu oczy. Liny wyrywały mu się z rąk. Kolana słabły, a wiatr szarpał jego kurtką i rozwiewał mu długie, ciemne włosy. Młodzieniec w akcie desperacji skierował głowę w stronę królestwa Króla Chmur i zaczął go błagać, by ten przestał potrząsać swoim deszczowym drzewem i dał im w spokoju dotrzeć do domu.
Król Chmur widocznie usłuchał próśb młodzieńca, gdyż nie minęło pół godziny, a sztorm ustał. Marynarze odetchnęli z ulgą. Szybko naprawili najpilniejsze usterki i skierowali się na północ, w stronę przysłoniętej wieczną mgłą Anglii.
*
Charles Byron już od godziny stał przy łóżku swojej umierającej żony i wpatrywał się w jej trupiobladą, zlaną potem twarz. Wyrzucał sobie, że wcześniej nie zauważył pierwszych oznak choroby. Był zbyt zajęty pracą i pomnażaniem otrzymanej od przodków fortuny. W czasie gdy on gonił za pieniędzmi, jego żona samotnie zajmowała się domem i wychowaniem ich jedynej córki.
Po twarzy mężczyzny spływały gorzkie łzy, które powoli skapywały na jego przedwcześnie posiwiałą brodę. Nagle wydało mu się, że widzi drżenie ręki jego nieprzytomnej od wielu godzin żony. Poczytał to jako znak nadziei. Zerwał się na równe nogi i postanowił zawalczyć o swoją ukochaną.
Mężczyzna wypadł na korytarz jak wicher. Po drodze chwycił płaszcz oraz kapelusz i pobiegł w stronę drzwi wyjściowych. Minął się z nim młody służący, który właśnie niósł dla niego wodę.
- Gdzie lord biegnie? Czy coś się stało? Czy...
Chłopak nie dokończył. W jego oczach pojawiło się przerażenie. Zapewne myślał, że lady Sofia już umarła. To tłumaczyłoby nagłe szaleństwo jej męża. Charles jednak nie słuchał słów sługi. Nawet się nie odwrócił. Otworzył gwałtownie drzwi wyjściowe i wybiegł w burzową noc.
Raji stała w oknie i wypatrywała powrotu swojego najstarszego syna. Jej mąż pochrapywał cicho w fotelu. W kominku wesoło strzelały płomienie, a romska królowa miała niepokój w sercu i nie wiedziała, czego dotyczy. Przez lata przyzwyczaiła się jednak do tego, by słuchać intuicji, dotychczas nigdy jej nie zawiodła. Stała tak od godziny i zamartwiała się tym, że dzień już dawno się skończył, a Fonso wciąż nie wraca. Bała się najgorszego. W końcu nad Londynem szalała burza, a w taką pogodę nietrudno o nieszczęście, zwłaszcza na morzu.
Kobieta drgnęła nagle, gdyż na podwórku dostrzegła jakiś ruch. Ktoś szedł w stronę jej domu. Roześmiała się z ulgi i wybiegła na zewnątrz, chcąc jak najszybciej przytulić do piersi dawno niewidzianego syna. Była tak szczęśliwa, że rzuciła się na szyję nowo przybyłemu ubranemu w zlany deszczem, długi, czarny płaszcz.
- Wróciłeś! - zawołała i zaczęła go całować po głowie.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna jest zdecydowanie zbyt wysoki i postawny, by być jej osiemnastoletnim synem. W dodatku miał długą, siwą brodę.
- Kim ty jesteś?! - krzyknęła przestraszona i odskoczyła od milczącej postaci.
Z domu w samej piżamie wybiegł jej rozespany mąż i zaczął wrzeszczeć:
- Co ty tu robisz?! Zakazałem ci tu przychodzić! A ty! - warknął i szarpnął za ramię swoją żonę. - Jak śmiesz go obściskiwać! I to na moich oczach! Przed moim własnym domem!
- Puść ją! - krzyknął rozzłoszczony Charles. Nawet po tylu latach nie mógł znieść tego, że ktoś krzywdzi Raji. - Słyszałeś! Puść ją!
Mężczyzna, nie czekając na reakcję Bara, złapał go za koszulę i siłą odciągnął od przestraszonej kobiety.
- Powiedziałem, żebyś ją puścił! - warknął i popchnął go na zabłocony trawnik.
- Jak śmiesz! - wrzasnął Rom. - Jestem królem! Ta zniewaga nie ujdzie ci płazem. W końcu pożegnasz się z życiem, lalusiu.
- Nie mogę się tego doczekać - skomentował Charles i wykrzywił twarz w sarkastycznym uśmiechu.
Baro z niespotykaną w jego wieku zwinnością zerwał się na równe nogi i już miał rzucić się na oponenta, ale w tej samej chwili wbiegła między nich Raji i ich rozdzieliła.
- Przestańcie! - poleciła stanowczo. - To nie czas ani miejsce na wasze kłótnie! Baro, uspokój się! - dodała prosząco, widząc purpurową ze złości twarz męża. - Fonso zaraz wróci do domu. Nie chcę, żeby zobaczył waszą bójkę.
- Trzeba było zachować się, jak na porządną żonę przystało, i czekać spokojnie w domu, a nie rzucać się w ramiona swojego byłego kochanka.
- Myślałam, że to Fonso - odparła cierpliwie.
- Gówno prawda! Nie rób ze mnie idioty! Czy on ci wygląda na naszego syna? - rzucił szyderczo i splunął w stronę Charlesa.
Zaskoczony mężczyzna nie zdążył się uchylić. Ślina jego wroga spłynęła mu po twarzy, a potem zniknęła w jego gęstej brodzie.
- Baro! Opanuj się, na litość boską! - zawołała gniewnie kobieta. - Niepotrzebne nam dodatkowe problemy!
- A jakie on nam może sprawić problemy!? - Romski król się zaśmiał. - Spójrz na niego! Jest taki chudy, że ledwo stoi o własnych siłach! Wyglądem bardziej niż lorda przypomina żebrzącego pod katedrą starca. Już nie jest taki piękny, jak dawniej, ten twój lord. Co, Raji?!
Kobieta zagryzła zęby i nie odpowiedziała.
- Patrz na niego! - warknął zły, a następnie mocno ścisnął podbródek żony i siłą zwrócił jej twarz w stronę Charlesa.
- Zostaw ją! - krzyknął wściekle mężczyzna gotowy w każdej chwili rzucić się na romskiego króla.
Baro zaśmiał się paskudnie i puścił podbródek Raji.
- Widzę, że stara miłość nie rdzewieje - szydził. - Czyżby ci nie wystarczała ta koścista Włoszka? Na starość zachciało ci się mojej żony, gadziu?
- Raji mnie nie obchodzi - zaprzeczył Charles. - Przyszedłem tutaj błagać o twoją pomoc. Moja żona umiera.
- Takie życie - odparł mężczyzna obojętnie i skierował się w stronę domu.
- Baro, błagam cię! Zrobię wszystko, co tylko zechcesz. Wynagrodzę cię stokrotnie. Obsypię złotem. Dam twojemu ludowi wszelkie przywileje. Tylko ją uratuj! - krzyczał zrozpaczony Charles.
Król Romów odwrócił się powoli w jego kierunku.
- My nie pomagamy gadziom!
Uśmiechnął się szyderczo i odszedł. Na progu jednak zatrzymał się na chwilę i zawołał:
- Raji, wracaj natychmiast do domu albo nie będziesz już miała do czego wracać!
Następnie usłyszeli trzaśnięcie drzwi.
- Raji - powiedział udręczonym głosem mężczyzna i podszedł do przemoczonej romskiej kobiety. - Raji, proszę cię...
- Wiesz, że nie mogę - wyszeptała.
Z jej oczu spływały łzy, twarz wyrażała tysiąc sprzecznych emocji. Naprawdę chciała mu pomóc. Zrobiłaby wszystko, żeby nie musiał już cierpieć. Jednak Raji znała swoje miejsce w romskiej społeczności: gdyby sprzeciwiła się tradycji, przypłaciłaby zuchwalstwo własną śmiercią. Jej mąż palcem by nie kiwnął, żeby ją przed nią uchronić.
- Raji, błagam! - wrzasnął i padł przed nią na kolana. - Błagam! Nie pozwól jej umrzeć! Nie pozwól!
- Nie mogę jej pomóc - odparła z trudem i zaczęła iść w stronę domu.
- Możesz ją wyleczyć! Możesz użyć gałązki z drzewa Króla Słońca. Raji, zrób to dla mnie!
- Wybacz mi - szepnęła i zniknęła za drzwiami.
- Raji! - wrzasnął Charles, po czym schował twarz w dłoniach i zaniósł się gwałtownym szlochem.
*
Następnego dnia nad Londynem wstało krwawe słońce. Aurora większość nocy spędziła na niewygodnym fotelu, ustawionym obok łóżka swojej schorowanej matki. Z niepokojem obserwowała jej powoli poruszającą się klatkę piersiową. Liczyła jej oddechy. Wiedziała, że każdy z nich może być tym ostatnim.
Około północy Sofia Byron obudziła się z głośnym krzykiem. Jej twarz płonęła czerwienią, a koszula nocna była przemoczona od potu. Kobietę trawiła rozszalała gorączka. Aurora, widząc jej stan, natychmiast posłała zaufanego sługę po lekarza. Doktor Thomas przyjechał po zaledwie dwudziestu minutach. Spuścił chorej krew i obłożył ją lodem. Jego starania poskutkowały i kobieta zapadła w głęboki sen. Niestety jej stan nie napawał optymizmem. Lekarz w delikatnych słowach polecił dziewczynie, by przygotowała się na najgorsze.
Aurora uklękła przy łóżku matki i przytuliła się do rozgrzanej dłoni. Z jej policzków cicho spływały łzy. Niedługo później do pokoju wszedł lord Byron cały ubłocony i przemoczony. Dziewczyna nie pytała, gdzie się podziewał. Widziała, z jakim trudem znosił chorobę żony. Sofia była dla niego wszystkim. Córka zerwała się na równe nogi i mocno się do niego przytuliła. Jej łzy moczyły mu już i tak mokrą koszulę. Nie musiała nic mówić. Charles zdawał sobie sprawę z tego, że jego żona nie dożyje świtu.
Złotowłosa i jej ojciec przez całą noc nie zmrużyli oka. Obydwoje wpatrywali się w śpiącą kobietę. Ich umysły były pogrążone we wspomnieniach. Aurora przypominała sobie duszne, jesienne wieczory, gdy razem z mamą zrywała w ogrodzie jabłka i zaśmiewała się z dowcipów ojca. Myślała o wspólnie spędzonych godzinach na rysowaniu i wyszywaniu. A także o tym, jak podziwiała matkę śpiewającą w Royal Opera House.
To właśnie Sofia pokazała małej dziewczynce, że jej życie nie kończy się na byciu damą. Że kobiety także mogą się rozwijać i podążać za marzeniami. To dzięki niej Aurora brała lekcje śpiewu i pragnęła występować w operze. Dziewczyna nie mogła się pogodzić z tym, że matka już nigdy nie zobaczy jej na scenie. Złotowłosa mocno zagryzała wargi, by nie zacząć szlochać. Robiła to tak długo, aż w końcu zaczęły krwawić.
Lord Byron zanurzony był we własnych wspomnieniach. Niestety większość z nich wiązała się z wyrzutami sumienia. Obwiniał się, że nie kochał żony tak, jak powinien był. Przez całe lata jego umysł i serce należały do tej, której nie mógł mieć. Sofia stanowiła tylko jej gorszą kopię.
Delikatna Włoszka przez lata robiła wszystko, żeby przebić się przez mur, którym się obwarował. Żona dbała o to, by zawsze czekał na niego smaczny posiłek i gorąca herbata. Cierpliwie znosiła jego liczne nieobecności i pracoholizm. Nigdy na nic się nie skarżyła. Cały swój czas poświęciła na śpiew i opiekę nad ich córką.
Sofia pochodziła z gminu. Była córką ubogiego, włoskiego krawca. To dla Charlesa porzuciła swoją rodzinę i ojczyznę, a on poślubił ją tylko po to, by odegrać się na swoim ojcu. Nigdy nie przebaczył staremu lordowi tego, że przez głupie konwenanse stracił Raji. To z obawy przed wydziedziczeniem wstrzymywał się przed poproszeniem jej o rękę, a kiedy w końcu zebrał się na odwagę, było już za późno.
Gdy pierwsze promienie słońca przedostały się przez witrażowe okna, oczy Sofii się otworzyły. Aurora pierwsza to zauważyła i szybko podbiegła do jej łóżka.
- Mamo! - wyszeptała i chwyciła jej zimną dłoń.
- Córeczko! - odparła tak cicho, że ledwie można było ją usłyszeć. - Mężu! - dodała po chwili i wyciągnęła w jego stronę wolną rękę.
- Tak, kochana?
W sercu Charlesa zagościła nadzieja. Może jednak wszystko skończy się szczęśliwie? Może dostanie drugą szansę i będzie mógł kochać Sofię tak, jak zawsze powinien. Podszedł do swojej żony i uścisnął jej dłoń.
- Tak bardzo was kocham - powiedziała cicho i uśmiechnęła się z wysiłkiem. - Zawsze przy was będę - dodała i zamknęła oczy.
Jej klatka piersiowa przestała się poruszać. Jej dłonie opadły na pościel. Sofia Byron nie żyła.
*
Katedra Świętego Pawła była wypełniona po brzegi. Wszyscy mieszkańcy City of London zgromadzili się tutaj, żeby pożegnać żonę burmistrza. Sofia mimo pospolitego pochodzenia zawsze cieszyła się uznaniem. Zachowywała się jak prawdziwa dama, a jej dobroć nie znała granic. Dzięki jej wstawiennictwu wielu z nich pomimo długów zachowało swoje biznesy, a dzieci najbiedniejszych miały szansę pobierać naukę w szkółce kościelnej.
Trumnę Włoszki pokrywały dziesiątki liliowych bukietów. Były to jej ulubione kwiaty. Równie delikatne i piękne, jak ona sama. Podczas mszy wiele osób miało oczy wypełnione łzami. Niektórzy rozmyślali ze złością nad niesprawiedliwością świata, w którym źli ludzie dożywają późnej starości, a ci dobrzy umierają młodo. Nikt jednak nie był tak wzburzony, jak Charles Byron.
Przez całą mszę wpatrywał się w marmurową posadzkę i myślał o tym, że gdyby Raji dała mu gałązkę z drzewa Króla Słońca, jego żona wciąż by żyła. Własne wyrzuty sumienia postanowił zagłuszyć, obarczając winą romską społeczność.
Lord Byron nie wiedział, że kobieta, której złorzeczy, stoi właśnie na tyłach świątyni i gorzko płacze. Raji nie mogła sobie wybaczyć, że nie uratowała Sofii. Pomimo strachu przed reakcją męża wymknęła się z domu, gdyż chciała być przy Charlesie w tak trudnych dla niego chwilach.
Widział to jednak pastor John, który był uszami i oczami City. W tej dzielnicy nic nie mogło się wydarzyć bez jego wiedzy. Wierni parafianie codziennie dostarczali mu świeże nowinki, a on czuł powinność wobec Boga i posłusznych mu owieczek, żeby nad wszystkim czuwać. Młody mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę z relacji, która niegdyś łączyła burmistrza i romską królową. Jej obecność w świątyni trochę go drażniła, a trochę bawiła.
Pastor John czuł głęboką niechęć do Romów, których uważał za pogan. Pomimo tego, że ludzie ci mieli się za protestantów, większość z nich wciąż kultywowała stare wierzenia i tradycje. Gdyby miało to od niego zależeć, cała romska społeczność jeszcze tej nocy spłonęłaby na stosie.
Mordercze rozmyślania Johna przerwała nagle pieśń żałobna wykonywana przez parafian. A szczególnie jeden przebijający się głos, który wstrząsnął kamiennym sercem pastora. Ten głos był tak słodki, ale jednocześnie tak rozdzierająco smutny, że młody człowiek wytężył wzrok, żeby odszukać jego źródło. Po chwili odnalazł pełne, koralowe usta i jasną, piegowatą twarz. To Aurora Byron swoim śpiewem żegnała ukochaną matkę. Młody człowiek oglądał ją od stóp do głów i nie mógł uwierzyć w to, jak pięknie wyrosła. Z uroczego dziecka niepostrzeżenie zmieniła się w wyjątkowej urody młodą kobietę. W tym właśnie momencie w przebiegłym umyśle pastora narodził się nowy plan.