1
Londyn, wrzesień 1820 roku
- To ma być ta wymarzona córeczka hrabiego?! - zakpił wysoki jegomość w długim płaszczu, zerkając na skulone, przerażone dziecko o wielkich, niebieskich oczach. - Sądziłaś, że dzięki temu czemuś zdołasz się do niego zbliżyć? - zwrócił się do kobiety, która zasłaniała sobą dziewczynkę. - Na twoim miejscu trzymałbym to dzikie stworzenie z dala od ludzkich oczu, bo jeśli wiadomość o tym się rozniesie, to nie wyciągniesz już od staruszka złamanego pensa. A zamiast zdobyć informację o tej przeklętej szkatule i wymarzone bogactwo, trafisz tam, gdzie takie oszustki jak ty zwykle kończą. A ją... ją z pewnością odrzuci.
- Wszystkiego się dowiem. Przysięgam. - Wyciągnęła przed siebie dłonie w geście poddania. - Potrzebuję tylko więcej czasu.
- Czasu?! - warknął mężczyzna. - Tego akurat miałaś pod dostatkiem. Już raz dałem się na to nabrać i co? Mieliśmy wyciągnąć od hrabiego informację, odnaleźć skrytkę i żyć spokojnie w dostatku. A ty? - Zacisnął szczęki i spojrzał na nią groźnie. - Umawialiśmy się inaczej.
- Nie miałam na to wpływu. Nie zrozumiesz...
- Teraz to już nie ma znaczenia, teraz ty i to... - zmiął w ustach przekleństwo. - Kochałem cię - powiedział łagodniej. - Ale to już przeszłość. - Nabrał powietrza przez nos i wypuścił ustami. Musiał być bardzo zdenerwowany. - Nie rozwiązuje to jednak naszej umowy - wycedził.
- Starałam się wydobyć od niego ten sekret, ale to wcale nie takie proste. Nie ufa mi - wyjaśniała młoda kobieta, rozmasowując obolałe nadgarstki. Początek wizyty przebiegł w znacznie mniej przyjaznej atmosferze.
- Radziłbym ci bardziej się postarać albo pójdę do twojego kochanka i wszystko mu opowiem. Wtedy i ty, i to... - wskazał na skulone w kłębek dziecko - ...traficie na ulicę. Jeśli nie do jakiegoś cyrku. Nie rozumiem, po co trzymasz to dziwadło w domu. Oddałabyś mamce, a sama skupiła się na tym, jak podejść hrabiego. Spójrz na to! Sposób na słodkiego bobaska przestał działać. Żaden mężczyzna o zdrowych zmysłach nie chciałby takiego obciążenia. - Zaśmiał się niskim głosem. - Ostrzegam. Nie jesteś niezastąpiona. Stary jest łasy na kobiece piękno i ktoś inny łatwo zajmie twoje miejsce. - Odwrócił się i wyszedł, głośno trzaskając drzwiami.
Kobieta dobiegła do nich i zasunęła skobel, po czym odwróciła się i wolnym krokiem zbliżyła się do małej dziewczynki.
- Już dobrze, Evie. Już sobie poszedł. - Dotknęła czule jej splątanych, jasnych loków. - Jesteś słodką i mądrą dziewczynką. - Próbowała ją objąć, ale dziecko skuliło się jeszcze bardziej, więc się wycofała.
- On powiedział, że hrabia mnie odrzuci - wymruczała dziewczynka. - Co to znaczy "odrzuci"?
- On kłamał. Chciał ci zrobić przykrość.
- Dlaczego? - spytała cicho.
- Niektórzy ludzie lubią, jak inni cierpią. Twój ojciec dba o nas, wiesz przecież.
- Uszkodził moją lalkę. - Załkała. - Wyrwał jej oczy, ręce i włosy, zabrał sukienkę.
- Uszyję ci nową - zapewniła kobieta i dotknęła zniszczonej przytulanki córki.
- A co z tą?
- Ta się już raczej nie nadaje. Z dziur po oczkach, rękach i włosach wystają pakuły, ale może obszyję ją materiałem i zrobię z niej nową. - Uśmiechnęła się kobieta.
- Niech zostanie taka, jaka jest. Tylko załatajmy dziury.
- Ale nie przypomina już lalki.
- Właśnie dlatego - wyszeptała dziewczynka. - Ja też nie przypominam innych dzieci. Nie chcę nowej.
* * *
Niekiedy pozornie nieistotne zdarzenie potrafi przewrócić nasze życie do góry nogami - pomyślała Florence Thompson i pochyliła się pod różanym krzewem w oranżerii należącej do majątku jej kuzynki w hrabstwie Northumberland. - A moje życie wydaje się z góry zaplanowane, przewidywalne i do cna wyzute z... właściwie ze wszystkiego. - Jęknęła i zaczęła ostrożnie odgarniać kolejne liście.
- Tu się pani ukryła - usłyszała z oddali głęboki, tubalny głos. Należał on do wysokiego mężczyzny w obcisłym czarnym surducie, zaglądającego do oranżerii. Miał na sobie rozpiętą na piersi koszulę, jasne bryczesy i wysokie buty z cholewami. Zgnieciony biały fular trzymał w lewej dłoni.
Przyjęcia w wiejskich posiadłościach przedstawicieli arystokracji były idealnym pretekstem do nocnych schadzek gości. Najwyraźniej w takim celu zajrzał tu ów jegomość - pomyślała panna Thompson. - Na jego nieszczęście natknął się na niewiastę cnotliwą.
Florence miała już z nim kilkukrotnie do czynienia, ale wtedy nie zwracał na nią szczególnej uwagi. Nie dziwiła się. Jako guwernantka stała się niewidzialna, choć jeszcze kilka lat wcześniej stanowiła całkiem niezłą partię. Oczywiście zanim jej ojciec doprowadził ich majątek do ruiny w pogoni za wynalazkami i odebrał sobie życie. Nie to, żeby dziewczynie zależało na pustych komplementach i hordzie wielbicieli, bo od zawsze wolała naukę, dlatego skończyła szkołę dla guwernantek i przeczytała niemal cały księgozbiór ojca, ale było jej żal, że tak nagle przestano się nią interesować.
- Zdaje się, że mnie pan z kimś pomylił - oznajmiła z chłodną rezerwą.
- Czyżby i szanowna pani umówiła się tutaj na schadzkę? - próbował żartować. Ze sposobu, w jaki się poruszał, domyśliła się, że nie jest zupełnie trzeźwy.
Rzuciła mu pogardliwe, wrogie spojrzenie, choć nie była pewna, czy był w stanie dostrzec jej minę z tak dużej odległości. Znajdowali się na przeciwnych krańcach ścieżki.
- Pani małżonek zapewne nie ma o niczym pojęcia? - zapytał po tym, jak zrobił kilka kroków i obdarzył ją ironicznym uśmiechem, który nie objął jego oczu. - To ten dżentelmen pochrapujący w pokoju gier, jak mniemam.
- Mówi pan zapewne o mężczyźnie przypominającym eksponat muzealny, z trąbką do słuchania i monoklem na złotym łańcuszku?
- I jeszcze go pani obraża?
- To mąż mojej kuzynki - oświadczyła dziewczyna. - A nie mówię tego jedynie z czystej złośliwości. Biedaczka wycierpiała się przez niego tyle, że ma prawo od niego odetchnąć - powiedziała, zanim zdążyła pomyśleć, że jej nie wypada.
- Czyli jest pani tą trzecią? - Skrzywił się.
Zignorowała to.
- Tą zrzędliwą starą panną - doprecyzował szeptem, zachwiał się i czknął. Znajdował się jednak już na tyle blisko, że wszystko zrozumiała.
- Widać poznałam się na waszym gatunku zawczasu - żachnęła się. - A co z pana żoną? Kobiety od wieków muszą znosić takie upokorzenia, bo przypadła im w udziale rola uległych cierpiętnic, podczas gdy szanowni małżonkowie hulają po świecie zachęcani poklaskiem im podobnych.
- Dalibóg, panno Thompson, jestem skonfundowany głębią mej ignorancji. Wszak nie uchodzi o wiarołomstwo posądzać płci pięknej - zakpił, odzyskawszy równowagę. - A jeśli nawet - pochylił się i przez zaciśnięte zęby dodał: - to z pewnością szanowny małżonek jest despotą i opijusem, jakiego świat nie widział. W dodatku, jak mniemam, nie potrafi spłodzić potomka i ogólnie rzecz ujmując, to wyjątkowy idiota. Tak go, zdaje się, opisała pani kuzynka.
- Akurat idiotą jest całkiem przeciętnym - odcięła się panna Thompson. - Co do reszty, to sama bym go lepiej nie opisała.
- Czyli nie jest pani do reszty wyzuta z poczucia humoru?
- Pan najwyraźniej również - powiedziała z uznaniem, co zdziwiło ją samą bardziej niż jego. - Jednakowoż nie usprawiedliwia to bycia rozpustnikiem.
- Rozpustnikiem? Tak mnie pani ocenia?
W pełni zasłużył sobie na taki osąd, ale to nie była jego wina! Przynajmniej tak sobie to tłumaczył. W tym parszywym świecie jedynie taka postawa mogła uchronić go przed bólem. Zbyt długo starał się być ślepy na to, co działo się wokół, i grać rolę potulnego idioty. Nie postępował uczciwie, ale któż tak robił?
- Sam pan sobie tę ocenę wystawił - podsumowała panna Thompson.
- A może to ktoś mnie na tę złą drogę sprowadził?
- Z moich obserwacji wynika, że nie potrzebuje pan pomocy w kroczeniu ścieżką mroku. - Zmrużyła powieki i podparła się rękoma w talii.
Mężczyzna aż wzdrygnął się na ten widok.
- A co pani ma w takim razie na swoje usprawiedliwienie?
- Ja przyszłam tu nie na schadzkę, a dlatego, że mój podopieczny zgubił gdzieś między roślinami jedną ze swoich ceramicznych kulek i obiecałam ją odszukać - obwieściła z dumą.
- Wierzę pani.
- O, proszę - zdziwiła się.
- Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jakim trzeba być desperatem, aby się z panią umówić.
- Adonis się znalazł - wyszeptała, mrużąc oczy.
- Nie o pani powierzchowność chodzi - zlustrował jej postać z góry na dół i uniósł brew niemal pod same włosy. - Nikt jednak nie umówi się z zołzą.
- Też coś! - prychnęła i ruszyła naprzód, próbując go ominąć na wąskiej ścieżce. Niestety nie było to łatwe zadanie. Mężczyzna był wysoki i postawny, a ona, mimo że nie należała do niskich kobiet, to w starciu z nim nie miała większych szans.
Trochę trwało, nim udało im się przerwać dreptanie w miejscu i naprzemienne kiwanie się na boki przypominające nieudolny taniec, nim zrozumieli, że muszą stanąć do siebie przodem i przesunąć się krokiem dostawnym, każde w swoją stronę.
Kiedy byli naprzeciwko siebie, Florence potknęła się i oparła o tors mężczyzny. Nie znała go prawie wcale, nie polubiła i nie miała takiego zamiaru, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie wywołało to u niej żadnego wrażenia. Był wysokim, niewątpliwie przystojnym brunetem o kwadratowej szczęce ze śladami zarostu. Nie mogła tego zlekceważyć, choćby jej rozsądek przeżywał katusze. Gdy odruchowo chwycił ją w talii, chroniąc przed upadkiem, przysunęła się bliżej, a do jej nozdrzy dotarł jego zapach. Nie był odpychający. Ku swojemu zdziwieniu nie znalazła w nim nic nieprzyjemnego. Zapach rozgrzanej skóry z resztkami szarego mydła i delikatną wodą kolońską... Poczuła, jakby jej ciało ożyło, wybudzone z długiego letargu, i zaczęło domagać się zaspokojenia. To było nieetyczne, niepoprawne, nierozsądne, złe... Ale niech diabli porwą rozsądek! Chciała czegoś więcej. Byłaby obłudnicą, gdyby temu zaprzeczyła.
Odskoczyła natychmiast, broniąc resztek godności. Ten mężczyzna był zbyt niebezpieczny...
- A kulka? - przypomniał, opierając obie dłonie o biodra z przyklejonym szelmowskim uśmiechem.
- Wrócę tu z samego rana. Nie chciałabym stać się świadkiem czegoś, czego widzieć nie powinnam.
- Bo sama wolałaby pani wziąć w tym udział?
- Może pan sobie pomarzyć.
- Mnie pani nie oszuka, panno Thompson - zaśmiał się. Sam nie wiedział, co go podkusiło. Nigdy nie zachowywał się w ten sposób, ale to jej obnoszenie się pruderyjnością i osądzanie go bez poznania całej prawdy podziałało na niego prowokująco.
Florence podeszła i dotknęła palcem wskazującym poły jego surduta.
- Jeśli pan sądzi, że takie sztuczki robią na mnie jakiekolwiek wrażenie, to się pan grubo myli.
- Czyżby? - Pochylił się i cmoknął ją w usta.
Nie zdążyła uskoczyć. Otworzyła szeroko oczy i opuszkami dotknęła swoich warg. Poczuł wyrzuty sumienia, ale i coś jeszcze...
- Przepraszam - wyszeptał zupełnie szczerze.
Nie odpowiedziała.
- Mam nadzieję, że nie uraziłem tym pani...
- Uraził pan. - Skrzywiła się, spoglądając na jego obrączkę, i czym prędzej ruszyła do wyjścia. Nie zwróciła uwagi na to, że nie byli sami.