"Zlecenie jak każde inne". Nie było to kłamstwo, ale nie była to też cała prawda. I gdyby Jagoda rok temu usłyszała, że zgodzi się zdjąć nie wiadomo jaką klątwę, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo w jakim dokładnie miejscu - w obcym kraju, dla człowieka, którego może i darzyła sympatią, ale któremu za grosz nie ufała - zapewne zgodziłaby się z Sonią. Musiałaby upaść na głowę, by pójść na coś takiego.
Problem polegał na tym, że naprawdę dostała zapłatę z góry, a było nią życie brata Soni i dawnego przyjaciela Jagody. Zawarła układ, prawdopodobnie nierówny, ale w tamtej chwili nie chciała myśleć o alternatywach. Nie mogła nawet złościć się o to ani na Antoniego, ani na Caleba. To jej własne, nie zawsze dobre wybory doprowadziły do tej sytuacji: i mogła tylko próbować naprawić popełniony błąd. Być może popełniając kolejny.
To zaprowadziło ją najpierw na lotnisko w Heathrow, a później na tylne siedzenie forda, który swoje najlepsze lata już dawno miał za sobą. "Ktoś cię odbierze", napisał Caleb Blythe w wiadomości z prośbą, by przyjechała do Anglii. Tym kimś okazała się drobna dziewczyna, na oko trochę młodsza od Jagody, o krótkich, popielatych włosach, wielkich oczach i bladej twarzy. Przedstawiła się jako Eleanore, na pytania odpowiadała lakonicznie, a po tym, jak wsiadła za kierownicę (Jagoda nie mogła przyzwyczaić się do jej położenia i wciąż miała wrażenie, że nikt nie kieruje samochodem), milczała prawie przez całą drogę. Gdy już mówiła, przemawiała z melodyjnym akcentem, i wiedźma, choć dobrze znała angielski, ledwo ją rozumiała. Dziewczynę otaczała magia, a skoro Jagoda to wyczuwała, nawet bez specjalnych starań, Eleanore albo była niedawno wystawiona na działanie wielu zaklęć, albo władała silną mocą, której nie chciała lub nie potrafiła ukryć. Używała też przedziwnych, zapewne magicznych perfum, które wypełniły samochód zapachem kojarzącym się Jagodzie z jesiennym lasem.
Ponieważ nie mogła wiele wyciągnąć ze swojej przewodniczki, wiedźma zalogowała się na smartfonie do MAGnetu. Dotąd była pewna, że udaje się do Londynu albo w jego okolice, ale Eleanore, zapytana na lotnisku o cel podróży, wspomniała o Rainharbour. Magiczne miasteczko, którego nazwa brzmiała znajomo, choć Jagoda nie pamiętała, skąd ją zna.
W Polsce istniało zaledwie parę miejscowości zamieszkanych przez magicznych. Większość polskich magów żyła w "zwykłym" świecie, ochraniając domy zaklęciami, lub w enklawach ukrytych w dużych miastach. Brytyjscy czarodzieje jednak albo cenili sobie prywatność, albo lubili bliskość natury, bo tutaj takich magicznych miasteczek były dziesiątki. Tylko Londyn, Birmingham, Leeds, Dublin, Galway i Edynburg miały magiczne dzielnice. Niezbyt wiele, jak na trzy duże kraje. Przynajmniej połowa populacji czarodziejów na Wyspach wybierała życie w miasteczkach skrytych w enklawach. Jagoda, szukając na ich liście Rainharbour, zastanawiała się, jak udało im się zorganizować w przeszłości postawienie tak wielu barier. Paradoksalnie stworzenie i utrzymywanie jednej wielkiej enklawy w mieście było często łatwiejsze, bo prościej było zgromadzić zasoby.
Z drugiej strony, być może w przypadku niewielkiego miasteczka wystarczały podstawowe bariery. Jak przy pojedynczych posiadłościach.
Rainharbour.
Położona jakieś siedemdziesiąt kilometrów na wschód od Londynu, nieopodal Morza Północnego. Trzystu siedemdziesięciu mieszkańców. Brak atrakcji turystycznych. W przeszłości słynęła z uprawy magicznych ziół. Wciąż była tam niewielka plantacja. Znajdował się tu znany zakład alchemiczny i... tak, jedna z dwóch głównych posiadłości Czerwonego Rozpruwacza. To dlatego nazwa brzmiała znajomo, Jagoda natknęła się na nią w tekstach opisujących życie, dokonania i przede wszystkim zbrodnie Jacoba Reda. Gromadziła je od dawna, nieomal obsesyjnie. Tłumaczenia i oryginały. Wycinki z prasy, stare książki, gdzie - jeszcze przed odkryciem jego morderczego oblicza - omawiano wynalazki czarodzieja. Księgi i relacje z kroniką popełnionych przestępstw i przebiegiem procesu.
W jej głowie rozbrzmiały słowa wypowiedziane kiedyś przez Caleba. Jacob Red miał dwóch spadkobierców...
Zimny dreszcz przebiegł po plecach Jagody, gdy przyglądała się zdjęciu niewielkiego zamku niegdyś należącego do Reda. Jeżeli Caleb Blythe go odziedziczył i postanowił zabrać ją do miejsca, gdzie niedawno torturowano, eksperymentowano z czarną magią i mordowano, to chyba osobiście udusi Ucznia Czarnoksiężnika.
- Nie jedziemy do zamku Jacoba Reda? - spytała.
Światła Londynu pozostały już za nimi i teraz mknęły szosą, a że zapadł już zmrok, niewiele dało się dostrzec przez szyby. Skoro Rainharbour leżało siedemdziesiąt kilometrów od miasta, według obliczeń Jagody powinny powoli się do niego zbliżać.
- Nie. To przeklęte miejsce - odparła Eleanore krótko.
Skręciła ostro, zjeżdżając z głównej drogi na boczną wyboistą ścieżkę. Jagoda wcześniej jej nie dostrzegła: nie była pewna, czy przez mrok, czy może to było już pierwsze zabezpieczenie miasteczka. Droga dojazdowa skryta tak, by nie mógł jej zobaczyć nikt, kto nie wiedział, gdzie się znajduje.
Przeklęte miejsce.
Jagoda zastanawiała się, czy była to metafora, czy dokładny opis. Znów opuściła wzrok na ekran telefonu, przypatrując się fotografii zamku. Nie był duży i prezentował się zadziwiająco mało upiornie jak na siedzibę mrocznego czarnoksiężnika. Ale może o to właśnie chodziło. I może nawet po tylu latach wciąż pozostały tam niespodzianki, klątwy, których nie zdołali przełamać ani Caleb, ani tutejsi stróże prawa.
Pytanie brzmiało w takim razie, dlaczego Blythe chce je zdjąć. Czego strzegły? Co takiego planował uzyskać? Oczywiście, istniała szansa na to, że po prostu chciał sprzedać zamek. Albo przerobić go na atrakcję turystyczną - Jagoda nie wątpiła, że znajdą się szaleńcy chętni na wizytę w podziemnych laboratoriach. Tak, była taka możliwość. Problem w tym, że prawdopodobieństwo takiego rozwiązania wynosiło zdaniem Jagody mniej więcej jeden do miliona.
Już otworzyła usta, żeby spytać, czy zamek naprawdę jest przeklęty, ale nie zdążyła. Samochód zatrząsł się, jakby chwyciła go i zakołysała nim czyjaś dłoń, przez ciało Jagody przebiegł magiczny impuls. Zacisnęła na moment powieki, a gdy je otworzyła, za szybą zobaczyła światła czarodziejskich lamp.
Rainharbour. Przejechały przez barierę otaczającą miasteczko.
Jagoda przysunęła się do drzwi i wpatrzyła w widok za oknem. Wzdłuż brukowanej drogi ustawiono lampy dające słaby, błękitnawy blask. W ich świetle mogła dostrzec zarysy budynków, w większości szarych, jednopiętrowych, wzniesionych chyba z kamienia. Ich dachy były pochyłe i niemal w każdym znajdowały się lukarny. W wielu oknach płonęły światła. W półmroku z trudem dawało się to ocenić, Jagoda odnosiła jednak wrażenie, że domy są stare - musiały stać tu od wielu dziesięcioleci, jeżeli nie od wieków. Eleanore najpierw wolno przejechała między nimi, a potem przez kamienny, wąski most. Po drugiej stronie nie było ani lamp, ani domków, jakby tutaj kończyła się miejscowość. Może jednak kierowały się ku przeklętemu zamkowi górującemu nad miasteczkiem?
Na całe szczęście już trzy minuty później Jagoda przekonała się, że nie zmierzały do zamku. Eleanore zaparkowała i wyskoczyła z auta, niemal natychmiast wyczarowując kulę światła. Wiedźma wysiadła z samochodu i spojrzała na budynek, przed którym się zatrzymały.
Nie był to zamek. Raczej dom, większy niż te, które mijali, ale rozmiarami nieprzewyższający posiadłości Wilczków. W przeciwieństwie do willi babki był stary, trochę zaniedbany. Zbudowany albo z jakiegoś czerwonego kamienia, albo cegły. Bluszcz o zbrązowiałych, uschniętych liściach piął się po rdzawych murach. Okna na parterze były wysokie i wąskie, ze szprosami. Na poddaszu paliły się światła, a ruch jednej z zasłonek zdradził, że ktoś był w środku.
- Uważaj i trzymaj się ścieżki - pouczyła ją Eleanore.
Jagoda, która pochyliła się, by wyciągnąć torbę z bagażnika, zamarła. Obróciła się, próbując dojrzeć coś w ciemnościach. Miała wrażenie, że dom jest otoczony przez zwykły ogródek, ale...
- Są tu jakieś niebezpieczne rośliny? O tej porze roku?
- Tak naprawdę to nie. Ale Erin zamorduje cię w okrutny i wymyślny sposób, jeśli zadepczesz jej grządki.
Kim, u diabła, była Erin?
- Czy...
- Lane ci wszystko wyjaśni - ucięła Eleanore i szybkim krokiem ruszyła w stronę wejścia.
Chcąc nie chcąc, Jagoda poszła za nią. Ani przez chwilę nie myślała, że sprawa będzie prosta, a złe przeczucia dręczyły ją nieustannie od czasu walki w podziemiach i zawarcia umowy z Calebem. Przedziwne miasteczko, jakby wyjęte z jakiejś baśni, posiadłość na angielskiej wsi, przeklęty zamek i najwyraźniej stado ludzi otaczające Blythe'a nie mieściły się nawet w pierwszej setce rzeczy, których oczekiwała.
Chociaż nie: mroczne siedziby czarnoksiężników były jednak dokładnie tym, czego się spodziewała. To cała reszta okazała się zaskakująca.
Posiadłość otaczały kolejne bariery ochronne: jedną, zewnętrzną, pokonały jeszcze autem, drugą wpleciono już w mury. Może były również i inne, których Jagoda nie potrafiła wyczuć, bo gdy przekraczała za Eleanore próg, miała wrażenie, jakby lekko poraził ją prąd. Drzwi na pewno broniła też klątwa, teraz nieaktywna, ale dość skomplikowana i paskudna, jak szybko oceniła wiedźma. Ktokolwiek tu mieszkał, nie życzył sobie niezapowiedzianych gości. Eleanore nie zapaliła światła, mrok wciąż więc rozjaśniała tylko wyczarowana przez nią kula. W jej błękitnawym blasku Jagoda nie mogła zobaczyć za wiele. Niepokój mieszał się z narastającą irytacją. Czy naprawdę tak trudno było napisać maila z wyjaśnieniami? Albo posłać na lotnisko kogoś, kto przygotowałby ją na... to wszystko? To, że wpakowała się w kolejną już umowę z czarnoksiężnikiem i nie miała wyboru, nie usprawiedliwiało podobnego traktowania.
W progu przedsionka rzuciła torbę na podłogę. Już chciała oznajmić Eleanore - która niczym zjawa szła przez pomieszczenie z błękitną kulką unoszącą się nad dłonią - że nie idzie dalej, póki ktoś nie powie jej, co tu się dzieje, gdy pokój zalało światło. Zupełnie zwykłe, elektryczne. Jagoda przymknęła powieki, a kiedy je otworzyła, dostrzegła kolejną osobę: szczupłego, ciemnoskórego mężczyznę w okularach. Na oko był trochę po czterdziestce, ale w przypadku magów wygląd bywał złudny.
Ciasnym kokonem spowijała go klątwa, silna i obca. Ani na pierwszy, ani na drugi rzut oka wiedźma nie potrafiła odgadnąć jej działania. Spróbowała sięgnąć ku niej nieomal odruchowo, ale nici magii umknęły, zwinęły się w ucieczce. Musiałaby się skupić i mieć trochę czasu, aby dowiedzieć się czegokolwiek więcej. Wcześniejsza irytacja ustąpiła, wyparta przez zaciekawienie. Bo może właśnie o to chodziło: być może Caleb ściągnął ją tutaj, aby zdjęła przekleństwo ciążące na tym mężczyźnie.
- Dobry wieczór. Jagoda Wilczek, jak mniemam. Jestem Lane Benett.
- Dobry wieczór - mruknęła.
Najwyraźniej ona nie musiała się przedstawiać. Jej wzrok przesunął się po pomieszczeniu, które wyglądało na połączenie salonu i jadalni. Większość miejsca zajmował długi stół, a nieco z boku, przy kamiennym kominku, ustawiono fotele i kanapę. Królowały tu drewno i kamień, sprzęty wyglądały na wiekowe i zużyte, a ściany obwieszono pejzażami. Jeśli to był dom Caleba Blythe'a, to zupełnie do niego nie pasował.
A może po prostu Jagoda znała go bardzo, bardzo słabo.
- To ja pójdę do siebie. Rano mam robotę - rzuciła Eleanore i ruszyła ku wąskim schodom po drugiej stronie pomieszczenia.
- Chyba mnie nie polubiła.
Ani ja jej.
- Eleanore nie zdobyłaby nagrody na najsympatyczniejszą osobę pod słońcem - stwierdził Lane dyplomatycznie. - Ma pewne problemy w kontaktach z... ludźmi, a obecnie sytuacja jest dość napięta. Zakładam, że jesteś zmęczona po podróży. Może pokażę ci pokój?
- Wolałabym dostać parę informacji - zastrzegła natychmiast Jagoda. Owszem, była zmęczona po podróży i wcześniejszej bezsennej nocy, ale wiedziała też, że nie zaśnie, póki nie dowie się, w co została wciągnięta. - A właściwie wolałabym wiedzieć... wszystko.
Kąciki warg Benetta się uniosły.
- "Wszystko" to bardzo wiele.
- Wiesz, co mam na myśli.
- Tak, myślę, że wiem - zgodził się z nią. - W takim wypadku zostaw tu, proszę, na razie torbę. Chyba najwygodniej nam będzie w bibliotece. Jesteś pewna, że nie chcesz...
- Odpowiedzi proszę - powtórzyła.
- Chodź za mną.
Biblioteka znajdowała się zaraz za salonem. Była niewielka, zagracona i bardziej przypominała gabinet niż prawdziwą bibliotekę, choć książek faktycznie w niej nie brakowało: drewniany, odrapany regał ciągnął się wzdłuż całej ściany i nie znalazłaby się na nim ani odrobina wolnego miejsca. Lane usiadł przy sekretarzyku zawalonym papierami i zapalił stylizowaną lampkę. Jagoda siadła naprzeciwko niego, na niezbyt wygodnym, ozdobnym krześle. Poza krzesłami w pokoju znajdowała się jeszcze otomana, ale leżały na niej stosy książek.
- Od czego zaczniemy?
To było już trochę problematyczne: Jagoda miała w głowie jakąś setkę pytań. Na szczęście tym razem nie musiała ograniczać się do trzech. Postanowiła więc zacząć od pierwszego z brzegu.
- Gdzie jest Caleb Blythe?
- Sądzę, że w Irlandii, z Mayą i Evanem, powinien tu dotrzeć w najbliższych dniach. Zgodnie z planem miał wrócić najpóźniej dzisiaj rano, ale pojawiły się problemy, które zatrzymały ich dłużej. Caleb kazał za to przeprosić.
Co on tam robi, do diabła? Znowu poluje na demony? To pytanie odsunęła jednak na bok, jako chwilowo nieistotne. Jeżeli klątwa, którą miała się zająć, została rzucona na Lane'a, nie musiała nawet się spotykać z Blythe'em. I wolała nie zastanawiać się nad tym, czy bardziej czuje rozczarowanie, czy ulgę.
- Mam się tutaj zająć przekleństwem. Chodzi o to, które ciąży na tobie? - spytała, odpuszczając sobie formy grzecznościowe, skoro on z nich nie korzystał.
Nie wierzyła, że nie jest świadom istnienia klątwy. Była tak mocno wpleciona w jego aurę, że musiała ciążyć na nim od dawna, a jednocześnie - najwyraźniej - nie dawała morderczych rezultatów. Jeżeli zresztą znał Caleba, Blythe musiał ją dostrzec.
- W tę klątwę wpisane są pewne ściśle określone warunki i jej przełamanie siłą oznaczałoby niepotrzebne ryzyko. Nie, nie chcę, żebyś nad nią pracowała - oświadczył Lane.
Rozbudził tym ciekawość Jagody, bo nie tylko znał skutki klątwy, lecz sprawiał też wrażenie doskonale zaznajomionego z jej naturą. Podwójnie interesujące było to, że nie planował prosić o pomoc specjalistki. Klątwa musiała więc być na tyle potężna, że próba jej zdjęcia zagrażałaby jego życiu.
- Mogłabym ją zbadać? - spytała, zanim zdążyła pomyśleć. Jeśli nie tego dotyczyło zlecenie, w teorii nie była to jej sprawa... ale w tym splocie, który otaczał Benetta, było coś fascynującego.
- Może później - odparł i chociaż zupełnie go nie znała, podskórnie czuła, że to "później" oznacza "nigdy". - Co jeszcze chciałabyś wiedzieć?
- Z kim mam do czynienia? Kim jesteś? A Eleanore? Erin? Czyj to dom?
- Jak już wspomniałem, nazywam się Lane Benett. Jestem... można chyba powiedzieć, że naukowcem, a przynajmniej tak lubię myśleć. Jak pewnie sama odgadłaś, współpracuję z Calebem Blythe'em. Ten dom należy obecnie do Eleanore i jej siostry Erin, ale ja również od kilku lat mieszkam tutaj na stałe. Eleanore już poznałaś, Erin poznasz niedługo. Obie są oficjalnie zatrudnione w Madainn ?r. To...
- Firma Jacoba Reda.
To wyjaśniało, dlaczego Blythe ją tutaj przysłał. Właścicielki domu były jego pracownicami.
- Już nie - zastrzegł, a jego ton zabrzmiał chłodniej niż wcześniej.
- Rozumiem - mruknęła tylko, bo wyglądało na to, że temat jest drażliwy. - W takim razie jaką klątwę mam zdjąć? Na co albo na kogo została rzucona?
Lane westchnął i odchylił się w fotelu. Musiał się spodziewać tego pytania, lecz milczał przez dłuższą chwilę, jakby zastanawiał się, w jaki sposób odpowiedzieć.
- Sprawa jest skomplikowana.
- Jak wszystko związane z Jacobem Redem.
- Trafna uwaga. W każdym razie nie jesteśmy pewni, na kogo została rzucona ta klątwa. A raczej... nie została wycelowana w żadną konkretną osobę. Nie dowiemy się tego, póki nie będzie za późno.
- Można jaśniej? - poprosiła, niepewna, czy zawodzi ją znajomość języka, mimo że zaopatrzyła się w specjalny amulet wspomagający zdolności w tym kierunku, czy też Lane wyraża się mocno nieprecyzyjnie. - Wiecie, że rzucił kiedyś jakąś klątwę, ale nie macie pojęcia na kogo?
- Inaczej - sprostował. - Wiemy, że rzucił klątwę. Ale klątwa nie ciąży i nie ciążyła na konkretnych osobach. Wciąż wybiera nowe ofiary.
- Klątwa nie może "wybierać" ofiar. Chodzi o samorozprzestrzeniające się przekleństwo? - spytała, mocno splatając palce.
Takie klątwy roznosiły się jak choroby, a ich rzucenie było trudne i wymagało albo bardzo specyficznych warunków, albo ogromnej mocy. Nie była pewna, czy ona by taką dysponowała. Zapewne nie. Nie wątpiła jednak, że Jacob Red znalazłby sposób, aby utkać taki urok.
Lane jednak pokręcił głową.
- Nie chodzi o zarażanie. Od jakiegoś czasu, a konkretnie od pięciu lat, rok w rok w okolicach rocznicy śmierci Jacoba, umierają osoby, które przyczyniły się do jego ujęcia. Zabija je klątwa. Klątwa, dodajmy, która wcześniej na żadnej z nich nie ciążyła, bo jej ofiarą padli także ludzie uprzednio sprawdzani przez najlepszych specjalistów. Wszystko wskazuje na to, że Jacob rzucił na swoich wrogów przekleństwo... które uaktywnia się po pewnym czasie.
Wsłuchiwała się w jego słowa coraz bardziej oszołomiona. W głowie obracała dziesiątki przypadków morderczych przekleństw, nazwy klątw, które mogły zabijać albo zadziałać po latach, a nawet stare opowieści o urokach już dziś nieużywanych, często uważanych za bajki lub wygodne alegorie. Nic jednak nie pasowało do tego opisu. Nie wspominając już o tym, że zbyt wiele rzeczy tutaj przeczyło podstawowym zasadom magii klątw. Choćby to, że do rzucenia tego typu zaklęcia potrzeba by albo osobistego kontaktu, choćby wzrokowego, albo przedmiotu, na którym klątwa by się przenosiła. Ewentualnie rzucający powinien dysponować rzeczami ofiar i najlepiej wprowadzić do ich ciał własną magię. Jagoda mogła nie znać każdego istniejącego przekleństwa, ale akurat te podstawy miała doskonale opanowane.
Przeklęty zamek byłby sto razy lepszy.
- Klątwy nie działają w ten sposób. To po prostu niemożliwe.
- Doprawdy? - Lane uśmiechnął się do niej, ale nie było w tym ani odrobiny wesołości. Wygrzebał spod papierów grubą teczkę i pchnął ją ku wiedźmie. - Być może zwykłe klątwy tak nie działają... ale tę rzucił Jacob Red.
*
Jagoda musiała przyznać Calebowi jedno: postarał się, aby dostała odpowiedzi, jeśli nie na wszystkie, to przynajmniej na większość pytań, jakie mogłaby zadać. Teczka, wręczona jej przez Lane'a, zawierała informacje o ofiarach, zgonach, wycinki prasowe, rozpisane powiązania zabitych z Jacobem Redem, a nawet kopie raportów tutejszego odpowiednika WMM, dotyczące okoliczności śmierci, autopsji i pomiarów magicznych. Same fakty. Jeśli mieli jakieś teorie, to w zgromadzonych papierach ich zabrakło. Być może nie chcieli, aby się nimi zasugerowała. Dopiero na samym końcu znalazła też krótką wiadomość, prawdopodobnie napisaną przez Caleba:
"Sądzę, że to autorskie przekleństwo, powstałe na bazie klątw ostatniego tchnienia i zemsty do siódmego pokolenia, ale nie mam pewności. Nawet J.R. nie powinien mieć tyle mocy. Omówimy sprawę, kiedy wrócę".
Zmięła liścik i cisnęła go na podłogę. Potoczył się po parkiecie prosto do zakurzonego kąta. Pokój, który oddano jej do dyspozycji, ktoś wprawdzie wywietrzył i posprzątał, ale nie na tyle dokładnie, by nie dało się zauważyć, że dość długo nikt tu nie zaglądał. Nieduże pomieszczenie o skośnym suficie znajdowało się na piętrze, wyposażone w dwa identyczne łóżka, stoliki nocne, niedużą komodę i skrzynię, która mogła pełnić funkcję siedziska. Z braku biurka Jagoda rozłożyła się z papierami na jednym z łóżek. Znów pochyliła się nad dokumentami i przesuwała po materacu akta pierwszych domniemanych ofiar. Domniemanych - bo gdy zginęły, nikt jeszcze nie podejrzewał, że może chodzić o klątwę, a na pewno nie o klątwę Reda.
Sędzia, który wydał wyrok skazujący. Wysoko postawiony pracownik Madainn ?r, współpracujący z funkcjonariuszami jeszcze na etapie, gdy Jacoba jedynie podejrzewano. Aaron, jeden z magów, którzy brali udział w aresztowaniu.
Ten pierwszy zginął siedem lat po złapaniu Reda. Drugi siedem dni później, a trzeci po kolejnych siedmiu. Wzór od tej pory powtarzał się przez kolejne lata i prawdopodobnie tylko dzięki niemu już rok później, gdy zginęły kolejne osoby, powiązano ze sobą te śmierci. Klątwa była podstępna, przypominała szybko postępującą chorobę, a za pierwszym razem zginęli czarodzieje na tyle wiekowi, że ich śmierć nikomu nie wydała się szczególnie podejrzana. W drugiej "turze" zmarł jednak ówczesny dowódca magicznego Scotland Yardu, co w połączeniu z dwoma innymi zgonami wywołało spore zamieszanie.
Elijah, specjalista do klątw, wezwany do ostatniej ofiary z tamtego roku, potwierdził, że ta zmarła na skutek klątwy niewiadomego rodzaju.
W trzecim roku Thomas Doherty, dyrektor wydziału specjalnego, tutejszego odpowiednika WMM, podejrzewając już, że sprawa powiązana jest z Redem, włączył w śledztwo Caleba Blythe'a. Tym razem wśród ofiar znalazła się bliźniacza siostra Michaela Thunderbirda, niegdyś zastępcy dowódcy, a obecnie komendanta Scotland Yardu. Spekulowano, że klątwa przeznaczona dla Michaela trafiła ją przypadkowo. Większość osób, która brała udział w śledztwie albo procesie przeciwko Redowi, została zbadana pod kątem klątw. Niczego nie wykryto. Sprawdzono dawnych przyjaciół i potencjalnych zwolenników Jacoba.
Na nic się to zdało, a trzecią ofiarą padł sam Elijah, specjalista od klątw Scotland Yardu. Też brał udział w nalocie na siedzibę Reda. Zdążył jeszcze poinformować zwierzchnika, że padł ofiarą przekleństwa, ale ściągnięta w pośpiechu na miejsce Jeanette Brown przybyła za późno. Potwierdziła, że mężczyznę zabiła klątwa. Zdaniem Caleba, któremu pozwolono zbadać ciało, wzór magiczny przypominał ten Jacoba Reda.
Przez kolejny rok przeprowadzano analizy, zatrudniono nowego eksperta od klątw, szukano podobnych przypadków. Odczyty zebrane z ciał przez urządzenia były bardzo słabe, jednak ich porównanie z zaklęciami pozostałymi po Redzie potwierdziło pewne podobieństwa magii. Przy następnej serii w okolicach feralnej daty nowy specjalista, Caleb oraz zaangażowana jako zewnętrzny ekspert Jeanette sprawdzali większość osób zaangażowanych w akcję przeciwko Redowi. Potencjalnie zagrożonych - a było ich niestety sporo, bo w nalocie na siedzibę Reda wzięło udział trzydzieści osób (z czego szóstka już zginęła), do tego funkcjonariusze obstawiający teren oraz rzucający zaklęcia ochronne, a także śledczy i osoby, które z nimi współpracowały - ostrzeżono, aby wypatrywali symptomów.
Podjęte środki ostrożności nie wystarczyły. Zginęły dwie osoby, które z różnych względów nie zostały sprawdzone, oraz jedna wcześniej kontrolowana pod kątem klątwy. Świeżo zatrudniony ekspert albo nie zdołał jej wyczuć, albo poraziła ofiarę już później. Ciężko było orzec, bo nowy klątwołamacz Scotland Yardu pechowo zginął w prozaicznym wypadku komunikacyjnym.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że cykl zacznie się od nowa za dziesięć dni. Zginie trójka ludzi, jedno po drugim. Sprawę wciąż udawało się ukrywać przed prasą, ale krążyły plotki. Zbyt wiele osób zaangażowano. Prasa zaczęła pisać o seryjnym zabójcy. Już rok temu jeden z dziennikarzy dopatrzył się powiązania między ofiarami a Jacobem. Kwestią czasu był wyciek informacji o tym, że winny mógł być nie sympatyk Reda, lecz on sam - i zapewne wybuch paniki.
A Jagoda, po zapoznaniu się z całą historią i opisem objawów, nie miała żadnego sensownego punktu zaczepienia. Żadnych pomysłów, jakie przekleństwo tu działało i w jaki sposób je ściągnąć. Nie wiedziała nawet, od czego zacząć. Wskazówki Caleba z liściku nie wydawały się jej pomocne. Klątwa ostatniego tchnienia miała pomóc wywrzeć zemstę, ale musiała zostać rzucona precyzyjnie, na konkretne ofiary. W przypadku siódmego pokolenia ścigała niejako krew, jednak ktoś powinien ją wyczuć, nawet jeżeli nie udałoby się jej złamać.
Nie wspominając o tym, że Jacob Red nie powinien mieć takiej mocy, nawet jeżeli poświęcił swoje życie, aby rzucić klątwę. Był prawdopodobnie na tyle potężny, że ta owszem, mogłaby pozostawać utajona i aktywować się po wielu latach, ale nie działałaby... w ten sposób. Na zdrowy rozsądek coś ją musiało odnawiać. Mniej racjonalne wyjaśnienie, jednak niewykluczone, gdy mowa o najpotężniejszym czarodzieju tego wieku, a może także paru poprzednich, brzmiało tak: przygotował się do jej rzucenia już dużo wcześniej, a w chwili śmierci jedynie dopełnił dzieła.
- Dziesięć. Cholernych. Dni - mruknęła, przenosząc się na sąsiednie łóżko. Oczy już ją piekły, a w głowie szumiało z niewyspania. Jednak nawet gdy zgasiła światło i zwinęła się w kłębek pod kołdrą, niepokój nie pozwalał jej zasnąć. Półtora tygodnia, zanim ktoś zginie. Klątwa Jacoba. A ona zapewniała Sonię, ba, oszukiwała samą siebie, że to będzie zlecenie jak każde inne. Że najgorszymi problemami mogą się okazać jej własna głowa i towarzystwo Caleba. Jaka była głupia! W tej chwili zdejmowanie przekleństw w mrocznym zamku stanowiło szczyt jej marzeń. Z takimi na pewno by sobie poradziła, ale to wyzwanie ją przerastało.
Przez następną godzinę rozważała i odrzucała kolejne teorie. W przerwach lżyła w myślach Blythe'a, bo o ile teraz rozumiała, czemu tak bardzo chciał ją w to wciągnąć, o tyle nie usprawiedliwiało to ani niepoinformowania o szczegółach wcześniej, ani ściągnięcia jej tutaj w ostatniej chwili. A gdy nad ranem wreszcie niemal zdołała zasnąć, gdzieś na granicy snu i jawy nawiedziła ją myśl, która na długo odegnała senność.
Jeżeli umierali ludzie, których Jacob Red winił za swój upadek, Caleb z pewnością był na tej liście.
*
Jagodę obudziło słońce, które świeciło wprost w okno wychodzące na wschód. Zapomniała zaciągnąć zasłonki. Nie pamiętała, o czym śniła, wiedziała tylko, że nie był to przyjemny sen. Nic nowego. Koszmary zdarzały się jej często, a od sprawy Adriana dręczyły Jagodę niemal każdej nocy. Przez ułamek sekundy kusiło ją, by wcisnąć twarz w poduszkę i spać dalej. Wciąż była zmęczona, przemarzła w niedogrzanym pomieszczeniu, a głowa pulsowała bólem. Ledwie jednak dotarło do niej, że nie leży we własnej sypialni, i przypomniała sobie poprzedni wieczór, a poderwała się z łóżka.
Gdy szukała ubrań w torbie, stwierdziła, że zabrała za mało rzeczy. I ciuchów, i książek. Spodziewała się, że klątwa może okazać się skomplikowana, ale zakładała, że spędzi tu maksymalnie tydzień. Tymczasem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że "tydzień" przerodzi się w miesiąc.
Pierwsza ofiara umrze za dziewięć dni.
Ostatnia za dwadzieścia trzy.
Jagoda, choć zwykle w kwestii klątw była bardzo pewna siebie, tym razem miała przeczucie graniczące z pewnością, że tego pierwszego zgonu nie zdoła powstrzymać. Wprawdzie nie zamierzała próżnować i do obolałej głowy przyszło jej parę pomysłów na to, co mogłaby zrobić przez te półtora tygodnia, ale po pierwsze, większości mogli już próbować, po drugie - szanse na wymierne rezultaty były mizerne.
Być może zdoła coś osiągnąć, kiedy klątwa już kogoś dopadnie. W duchu godziła się z takim biegiem wydarzeń, nie mogła jednak po prostu bezczynnie czekać, aż ktoś umrze.
Wyszła na korytarz i minęła rząd identycznych drzwi. Na piętrze panowała cisza, a w salonie też nikogo nie zastała. Wahała się tylko przez chwilę, nim ruszyła w głąb domu. Może i było to wścibskie, ale sami ją tu sprowadzili, a teraz, najwyraźniej, zostawili samą. Na parterze poza biblioteką, również pustą, odkryła jeszcze kuchnię i spiżarnię, zejście do piwnicy i dwa zamknięte na głucho pomieszczenia. W końcu Jagoda wyszła przed dom.
Na zewnątrz wciąż było chłodno, a na ziemi osiadł szron. W świetle poranka wiedźmi ogród wyglądał imponująco nawet mimo przedwiośnia. O ile wnętrze posiadłości sprawiało wrażenie zaniedbanego, o tyle tu czyjeś troskliwe ręce wytyczyły rabaty i urządziły klomby, regularnie przycinały krzewy i żywopłoty oraz starannie obramowały ścieżki kamieniami. Jedna z nich wiodła do kamiennej altany, gęsto porośniętej pnączami. W środku na ławie siedział Lane. Jagoda myliła się więc, gdy uznała, że wszyscy gdzieś bez słowa pojechali.
- Dzień dobry - przywitał ją, jeszcze nim zdążyła wejść do altany. - Mam nadzieję, że dobrze spałaś.
- Tak dobrze, jak może spać ktoś, kto dowiedział się, że ma półtora tygodnia na powstrzymanie czyjegoś zabójstwa - odparła.
Może była trochę nazbyt bezceremonialna, bo Benett spojrzał na nią z zaskoczeniem.
- Przypuszczam, że przejrzałaś dokumenty?
- Tak.
- Jakieś teorie?
- Kilka, ale żadna nie będzie na razie zbyt przydatna - powiedziała, siadając naprzeciwko niego. Kamienna ławeczka, o dziwo, okazała się ciepła: musiała być w jakiś sposób zaklęta. Gdy wiedźma przyjrzała się roślinom spowijającym altanę, odkryła, że te już zaczynają się zielenić, choć było na to przynajmniej o tydzień za wcześnie. Najwyraźniej dom, mimo iż na to nie wyglądał na pierwszy rzut oka, był pełen magii. - Czy macie kogoś poza Calebem, kto zna się na klątwach?
- Niestety nie.
- A Scotland Yard?
- Ich specjalistę spotkał pechowy wypadek.
- Kolejnego? Czy nie znaleźli nikogo przez ostatni rok?
- Znaleźli. W wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności, do którego doszło ledwie parę dni temu, będzie musiał nieco odpocząć od obowiązków... w miłym, spokojnym miejscu, nienarażony na stresy - poinformował Lane z kamienną twarzą. - W każdym razie ten chłopak nie okazał się dotąd zbyt pomocny i nie sądzę, by miało się to zmienić teraz.
- Potrzebuję po prostu kogoś, kto ma talent do magii klątw. Dwóch osób, poza mną.
Benett poprawił okulary, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś na kształt zainteresowania.
- Co planujesz?
Zawahała się. Nie znała Lane'a i przyznawanie, że chce rzucić jedną z grobowych pieśni, zaklęcie, które zasadniczo uznawano za niedziałające, mogło nie być najlepszym pomysłem. Nie wspominając o tym, że przeprowadzenie procedury na poprzednich ofiarach klątwy właściwie gwarantowało niepowodzenie.
Owszem, istniała szansa, że dokładnie zbada klątwę i dowie się, w jaki sposób działa. Ten plan zakładał jednak, że najpierw ktoś zginie, a ona zamieni jego ciało w proch.
- Jeszcze nie jestem pewna - powiedziała w końcu. - To plan awaryjny. Na początek chciałabym poznać wzór magiczny Jacoba Reda. To możliwe?
- Jego stara posiadłość jest zaraz obok. Wystarczy krótki spacer, by tam dotrzeć. Część zaklęć, jakie rzucił, wciąż działa. Oczywiście miejsce znajduje się obecnie pod jurysdykcją rządu i jest zabezpieczone, ale myślę, że uda się nam zorganizować... małą wycieczkę.
Jagoda tylko skinęła głową. Wolała nie pytać, czy to oznacza, że Lane ma wysoko postawionych znajomych i błyskawicznie załatwi potrzebne zgody, czy też wie, w jaki sposób dostać się tam nielegalnie. Takich rzeczy lepiej nie wiedzieć, gdy się nie ma wielkiego wyboru. Obiecała, że zrobi co w jej mocy, aby zdjąć tę klątwę, ale żeby mieć na to jakiekolwiek szanse, musiała najpierw dowiedzieć się więcej o magii Jacoba Reda. Przeczytała chyba wszystkie dostępne publikacje na jego temat, to jednak nie mogło zastąpić odczucia mocy Czerwonego Rozpruwacza na własnej skórze.
- Jak szybko uda się to zorganizować?
- Kiedy chciałabyś tam pójść?
- Dziś?
- Nie lubisz tracić czasu.
- Nie mamy go za wiele - odparła. Już pomijając to, że owszem, chciała mieć sprawę jak najszybciej za sobą, ponieważ w Warszawie czekali na nią krewni i dwójka podopiecznych, to do zrobienia było tysiąc i jeden rzeczy, a ona miała niecałe dwa tygodnie. Dwa tygodnie! Powinna być tutaj i działać już co najmniej od kilku dni. - To dopiero początek. Muszę sprawdzić osoby potencjalnie zagrożone, zwłaszcza jeśli Scotland Yard nie ma w tej chwili specjalisty. Chciałabym dostać dokładną listę. Porozmawiać z patologiem i Jeanette Brown, skoro była albo jest zaangażowana. Najchętniej spotkałabym się z bliskimi ofiar i dowiedziała więcej o tym, co robiły w ostatnich dniach życia. Zwłaszcza z Michaelem Thunderbirdem, skoro prawdopodobnie zamiast niego umarła jego siostra. Nie wspominając o omówieniu sprawy z Calebem. Bo mam do niego bardzo wiele pytań. A to wszystko w ciągu najbliższych dziewięciu dni.
Po głowie chodziła jej też dość makabryczna idea wykopania któregoś ciała. Jeśli klątwa była tak mocna, jak się wydawało, mogły zostać po niej choćby słabe pozostałości.
Lane długą chwilę obserwował ją w milczeniu. Nie potrafiła odczytać jego wyrazu twarzy, ale miała dziwne wrażenie, że cokolwiek chodzi mu po głowie, nie jest to nic przyjemnego.
- Jest... dziewiąta piętnaście - powiedział w końcu, spoglądając na zegarek. - Możemy się umówić na południe? Porozmawiam z Eleanore. Zabierze cię do zamku.