Wstęp
Czwartkowy poranek 23 sierpnia 1973 roku, Sztokholm. Ochrona otwiera
zamki w drzwiach prowadzących do siedziby Sveriges Kreditbanken. W holu
pojawia się Janne Olsson, skazany na karę więzienia recydywista. Unosi
karabin maszynowy i oddaje z niego kilka serii, raniąc przy tym jedną z osób. Kilkoro ludzi ucieka w panice, na sali pozostaje jednak czwórka
zakładników. Janne barykaduje się ze swoimi ofiarami w skarbcu banku i żąda wypuszczenia z więzienia swojego przyjaciela -?Clarka Olofssona.
Władze spełniają jego życzenie. Przez kolejnych sześć dni bandyci
pozostają w budynku wraz z pojmaną czwórką. Później sztokholmskiej
policji udaje się przeprowadzić operację, w wyniku której zakładnicy
zostają uwolnieni, a Janne i Clark ujęci. W tym momencie rozpoczyna się
historia, która posłuży jako punkt wyjścia do badań nad zjawiskiem
psychologicznym nazwanym później syndromem sztokholmskim.
Ofiary napadu podczas zeznań bronią porywaczy. Jeden z poszkodowanych
zakłada fundację, której celem ma być niesienie pomocy Jannemu i Clarkowi. Inna zakładniczka zaręcza się z jednym z bandytów... Analizy
tego zajścia oraz podobnych przypadków wykazały, że w wielu sytuacjach
ofiary przemocy wykazują sympatię wobec oprawców. Badacze wyjaśniali to
na różne sposoby. Większość z nich pozostaje zgodna co do tego, że
podstawą wystąpienia syndromu jest silny stres. Nasze ego broni się
przed traumą, a jedną z metod tej walki jest identyfikacja z agresorem.
Dlaczego o tym piszę? Cóż, mam wrażenie, że na pewnym etapie życia sam
padłem ofiarą syndromu sztokholmskiego. Sprawcą mojej traumy nie był
jednak człowiek: bandyta czy terrorysta. Syndrom połączył mnie w emocjonalnym związku ze złem o znacznie bardziej wyrafinowanej formie.
Stałem się bowiem zakładnikiem piekła. Zostałem więźniem koszmaru,
którego akcję los postanowił umieścić w dolinach u stóp Hindukuszu.
Pierwszą misję w Afganistanie odbyłem w 2008 roku. Dowodziłem wówczas
grupą bojową na południu kraju. Okres był wyjątkowo gorący -?szczyt
sezonu wojennego, podczas którego talibowie prowadzili najbardziej
intensywną jak dotąd ofensywę. Na domiar złego stacjonowaliśmy w prowincji Paktika -?wówczas jednej z najniebezpieczniejszych części
Afganistanu. W ciągu ponad pół roku służby przeżyłem tu całe spektrum
emocji. Wojna uraczyła mnie pełnym zakresem zdarzeń, które mogą się stać
udziałem uwikłanego w nią człowieka. Moi podwładni odnosili rany i ginęli, zabijaliśmy nieprzyjaciół, poznawaliśmy braki i niekompetencje
raczkującej jeszcze afgańskiej administracji. Traciliśmy w walkach
sprzęt, byliśmy świadkami dramatów i katastrof, których doświadczała
ludność afgańskiej prowincji. Miotaliśmy się po ogromnym obszarze niczym
Don Kichot szarżujący na wiatraki. Wojenny kołowrót wciągnął nas w wir
przemocy, a potem wypluł z powrotem do ojczyzny, z głowami pełnymi
wspomnień i niedokończonych historii. Podczas tego wirowania otarłem się
o limity mojej fizycznej i mentalnej wytrzymałości. Zaznałem smaku
krwawej porażki i satysfakcji krwawego rewanżu. Poznałem dobrze wiele
ludzkich ułomności -?potykałem się o nie każdego dnia. Uważałem
Afganistan za piekło w czystej postaci, a mimo to postanowiłem tam
wrócić. Dlaczego?
Decyzję o powrocie podjąłem wspólnie z kilkoma przyjaciółmi. Do dziś nie
wiem, co nami kierowało, być może pisanie tej książki pomoże mi
zrozumieć stojącą za tym motywację. Nikt z nas nie musiał się tam
znaleźć, a jednak postanowiliśmy opuścić nasze bezpieczne domy i kochające rodziny, aby ponownie postawić stopę na spalonej słońcem
ziemi. Czy stres i mocne wrażenia spowodowały, że związaliśmy się
emocjonalnie ze sprawcą naszej niedoli -?z Afganistanem? Czego brakowało
w naszym świecie, skoro postanowiliśmy z niego na długie miesiące
zrezygnować? Czy poczuliśmy się zbyt dobrze w piekle? Czego szukaliśmy?
Za czym tęskniliśmy, obierając ponownie kierunek na Hindukusz? Trudno na
te pytania odpowiedzieć, nie odbywając podróży w przeszłość -
rozpoczynam ją, gdy piszę pierwsze akapity tej książki. Dokąd mnie to
zaprowadzi? To kolejne pytanie, na które nie mam jeszcze odpowiedzi.
Pamiętam dokładnie moment, w którym podjąłem decyzję o powrocie do
Afganistanu. To była noc sylwestrowa, spędzałem ją z przyjaciółmi -
weteranami. Nasze rodziny bawiły się na wspólnym przyjęciu. Żony głośno
dywagowały na nasz temat, dzieci oglądały film. Było już nieco po
północy -?po złożeniu sobie życzeń, toastach i fajerwerkach. Staliśmy we
trzech przy barku: Emil, Piotr i ja. Trzymając w dłoniach szklanki
szkockiej, dyskutowaliśmy o czymś, co przydarzyło nam się podczas
wspólnej wojennej eskapady. Potrafiliśmy tak rozmawiać godzinami.
Nierzadko zdarzało nam się powtarzać te same historie dziesiątki razy -
zawsze z takim samym poziomem zaangażowania w narrację. Byliśmy
nieznośni. W pewnym momencie wszyscy zamilkliśmy. Wymieniliśmy
spojrzenia, ktoś zaproponował:
-?To co, wracamy?
-?Tak, spotkajmy się w tym roku w Afganistanie, wypijmy za to -
odpowiedział ktoś inny.
Zabrzęczało szkło, w szklankach zastukał lód -?kości zostały rzucone.
Potem obróciliśmy to w żart, mówiliśmy: "spotkajmy się w mieście na
literę K", mając na myśli Kabul... Zdawaliśmy sobie sprawę, że podjęliśmy
wobec siebie bardzo ważne zobowiązanie. Czasu od naszej ostatniej misji
minęło sporo -?los rzucił nas do różnych garnizonów, obiecaliśmy sobie
jednak podjąć starania o to, by spotkać się w 2010 roku "w mieście na
K". Nie miał to być Kraków, Kalisz ani nawet Kielce. Z jakiegoś powodu
zapragnęliśmy wrócić do piekła -?razem.
Chętnych do wyjazdu na afgańską misję nie było zbyt wielu, Kabul to nie
Bruksela czy Waszyngton. Byliśmy doświadczonymi oficerami, więc nie
mieliśmy większych problemów ze znalezieniem sobie stanowisk w kontyngencie. Zamierzaliśmy jednak odwiedzić piekło razem -?we trójkę,
wymagało to sporo koordynacji. Staraliśmy się dostać w tym samym czasie
do jednej bazy, wymagało to wielu sprytnych zabiegów. Po kilku
miesiącach starań stanęliśmy naprzeciwko siebie na wojskowym lotnisku w Kabulu. Uścisnęliśmy sobie dłonie, wymieniliśmy kilka przywitalnych
zawołań i ruszyliśmy razem ku nowym wyzwaniom. Syndrom sztokholmski
zaprowadził nas tysiące kilometrów od domu, do kraju, w którym
codziennie ginęli żołnierze koalicji. Oto więc z własnej,
nieprzymuszonej woli zakładnicy piekła wrócili wprost w jego ogniste
objęcia. Wielki come back -?tak rozpoczął się dla mnie kolejny
rozdział romansu z koszmarem.
O czym będzie ta książka? O powracaniu -?to opowieść o finale misji
grupy bojowej i przylocie do kraju. Świadectwo naszych emocji w obliczu
wszystkiego, z czym się zmagaliśmy, wracając do normalności. Opowieść o rozterkach, które spowodowały powrót do piekła. O drugiej misji w Afganistanie. Zamierzam wypełnić ją historiami ludzi, których miałem tam
okazję poznać. Jako doradca wojskowy przez pół roku pracowałem z oficerami lokalnych sił bezpieczeństwa. Kontakt z tymi ludźmi, nasze
codzienne rozmowy, szczere wymiany myśli stanowiły unikatową wartość,
którą chciałbym się podzielić. Po kilku miesiącach dyskusji i obcowania
z Afgańczykami zacząłem postrzegać pewne zjawiska inaczej, niż wyglądają
w zachodniej optyce. W tym tekście przywołam wiele refleksji kabulskich
przyjaciół -?postaram się mówić ich głosem. Przytoczę treści rozmów
zarówno z młodszymi oficerami, jak i wyższymi rangą wojskowymi. Miałem
wielokrotnie okazję rozmawiać w cztery oczy z szefem sztabu generalnego
afgańskiej armii, generałem Karimim. Spotykałem się również z dowódcą
sił koalicji -?słynnym generałem McChrystalem. Doświadczyłem historii,
na bazie której powstał film Machina wojenna -?postaram się odnieść do
jego fabuły. Moja historia nie będzie zbudowana z ekscytujących przygód.
Poświęcę ją natomiast ludziom: ich emocjom, poglądom, ułomnościom i nadziejom. Nie będę tu pisał o wojnie -?nie będzie barwnych epizodów,
postaram się zaś zastąpić je refleksją i alternatywnym punktem widzenia,
który być może pozwoli zrozumieć, dlaczego losy kraju, o który
walczyliśmy, potoczyły się tak, a nie inaczej. Jest w tej opowieści dużo
mnie -?napomknę nieraz o tym, jak czas spędzony w Afganistanie
ukształtował mój charakter. Jak przebiegł proces, w wyniku którego
stałem się osobą, którą obecnie jestem. Inaczej mówiąc, to moja spowiedź
-?osobisty komentarz do tego, co spotkało mnie podczas wizyty w piekle.
Przystanek Ghazni
Poziom zagrożenia na poszczególnych obszarach Afganistanu często się
zmieniał, lecz jego południe i wschód od dekad pozostawały na szczycie
listy najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Ghazni to prowincja na
południowym wschodzie kraju -?duży, poprzecinany pasmami gór obszar,
zamieszkany głównie przez sprzyjającą talibom ludność pasztuńską. O strategicznym znaczeniu tego miejsca decyduje przebiegająca tu droga
numer jeden -?tak zwana Ring Road, obwodnica Afganistanu, która z założenia miała stanowić arterię tutejszej ekonomii. Stolicą prowincji
jest miasto o tej samej nazwie. Aglomeracja ta stanowi kluczowy punkt na
szlaku komunikacyjnym pomiędzy Kabulem i Kandaharem. Geograficznie
Ghazni stanowi trudny do opanowania obszar. Liczne pasma górskie, koryta
rzek i głębokie doliny utrudniają, a czasem wręcz uniemożliwiają
dotarcie do wielu gmin. Brytyjczycy, Rosjanie -?zasadniczo wszyscy
przybysze z zewnątrz -?połamali tu kły. Mieszkańcy Ghazni żyją w tradycyjny sposób -?budują silne relacje w obrębie klanów w odizolowanych grzbietami górskimi wioskach. Poza stolicą, w której
kwitną prymitywne rzemiosło i handel, Ghazni zamieszkują ubodzy rolnicy.
Ich życie i śmierć są uzależnione od łaskawości natury i ludzi
sprawujących tu kontrolę. Lato jest za gorące, zima za zimna, koryta
rzek suche i zaśmiecone, drogi zniszczone, a miasto cuchnie palonymi
odpadami. Ogólnie rzecz biorąc, poza drogą Ring Road nie ma tu nic, co
dawałoby temu obszarowi choćby małą szansę na jakikolwiek rozwój. Nie ma
tu też absolutnie nic, co mogłoby cieszyć ludzkie oko, zachęcić
kogokolwiek do powrotu w to piekielne miejsce. Przeciwnie: domy z gliny,
zapaskudzone rynsztoki i wychudzone kozy tworzą krajobraz, który krzyczy
obrzydliwym naturalizmem. Zwyczajnie nie chcesz tu być -?szept o tej
treści dobiega uszu każdego, kto zaznał aksamitnego przepychu
zachodniego stylu życia. W mniej nasyconym poezją wojskowym języku
określaliśmy tego typu miejsca jako "jedną wielką chujnię, w której psy
szczekają dupami".
W 2007 roku ten mizerny skrawek afgańskiej ziemi wpadł w oko wojskowym
planistom z Warszawy. Polski kontyngent stacjonował na południu
Afganistanu już prawie rok. Utrzymywaliśmy tu grupę bojową. Tę liczącą
kilkuset żołnierzy jednostkę piechoty rozlokowano w położonej na wschód
od Ghazni prowincji Paktika. Spektakularnych sukcesów nie było. Sytuacja
w polskim rejonie odpowiedzialności zdawała się wręcz pogarszać. W Warszawie zaczęto doszukiwać się przyczyn takiego stanu rzeczy. Daleko w cień odepchnięto wszelkie opinie tłumaczące brak postępów przewagą
przeciwnika. "Przecież mamy więcej broni, świetnie wyszkolonych
żołnierzy, weteranów Iraku...". Coś innego musiało być na rzeczy. Może
współpraca z sojusznikami idzie nie tak, jak trzeba? Może powinniśmy
skonsolidować wszystkie środki, które mamy w Afganistanie, i skupić się
na wydzielonym "własnym podwórku"? Polska prowincja w Afganistanie? To
brzmiało dobrze... Trochę jak scenariusz z Iraku. Z różnych przyczyn padło
na Ghazni -?między innymi dlatego, że prowincja sąsiadowała z zajmowanym
dotąd przez polską grupę bojową rejonem w Paktice. Za wyborem Ghazni
mocno lobbowali również Amerykanie. Nasi sojusznicy zdawali sobie
sprawę, z czym trzeba się mierzyć na tym arcytrudnym obszarze. Robili
więc wszystko, żebyśmy kupili ten pomysł. Kupiliśmy, a raczej kupili go
ci, którzy podejmowali decyzje.
Krajobraz prowincji Ghazni, fot. z archiwum autora
Mocno protestowałem -?byłem dowódcą grupy bojowej, która miała
realizować ten szalony plan. Nie widziałem sensu konsolidowania naszych
wojsk na tak rozległym i trudnym do opanowania obszarze. Nie widziałem
też powodu, dla którego nie mielibyśmy pozostać wraz z Amerykanami w Paktice. Po roku misji zaczęliśmy ten rejon czuć operacyjnie,
budowaliśmy relacje -?znajomość lokalnych układów miała kolosalne
znaczenie dla powodzenia naszych działań. Przed przerzutem grupy bojowej
do Afganistanu wysłano mnie na rekonesans. Przyjrzałem się wówczas
dokładnie koncepcji zmiany rejonu dyslokacji. Z trudem radziliśmy sobie
w mniejszej o połowę Paktice, kompletnie więc nie widziałem szans na
uzyskanie kontroli nad sytuacją w Ghazni. Jakby tego było mało, geniusze
sztabowi zaplanowali przeniesienie kontyngentu w szczycie sezonu
wojennego. Mieliśmy tego dokonać pomiędzy majem i wrześniem, czyli
dokładnie w okresie, w którym talibowie byli każdego roku najmocniejsi.
Cała operacja sprowadziła się do uporczywego przepychania konwojów przez
jedyną drogę, która łączyła dwie prowincje. Wrażenia z tej części
kampanii opisałem w książce Na sprzedanej wojnie. Podczas kilku
tygodni starć straciliśmy czterech ludzi, kilkudziesięciu z nas zostało
rannych. W końcu jednak pod koniec września ostatni z plutonów wraz ze
mną na pokładzie dotarł do bazy głównej w Ghazni. Byliśmy na nowym
terenie -?wymęczeni, wyeksploatowani, z ledwie zipiącym od intensywnego
użytkowania sprzętem. Nasze zapasy -?zarówno energii, motywacji, jak i materiałów -?były na bardzo niskim poziomie. Po wycofujących się
pospiesznie Amerykanach odziedziczyliśmy pięć baz. Pozostało nam
utrzymać je przez kilka tygodni do czasu przybycia nowej zmiany z Polski. Nie było to łatwe.
Piotr, będący wówczas moim zastępcą, stacjonował w wysuniętej na
południe prowincji bazie Warrior. Ja pozostawałem w Ghazni, choć
zdarzało mi się przemieszczać do innych miejsc. Każdego dnia
prowadziliśmy wideokonferencje -?nasze siły były rozrzucone na dużym
obszarze, koordynacja działań stanowiła więc klucz do przetrwania.
Talibowie wszelkimi sposobami próbowali zakłócić ruch na Ring Road.
Wiedzieli, że po wyjściu Amerykanów zmierzą się z silniejszym
przeciwnikiem. Pomimo wyczerpania wciąż mieliśmy spory potencjał. Nasze
transportery -?mocno opancerzone rosomaki -?siały postrach. Mieliśmy
doświadczenie w walkach, byliśmy skuteczni, ale było nas zdecydowanie za
mało. Rebelianci zdawali sobie sprawę, że nie wygrają z nami w otwartym
boju, dlatego poszukiwali alternatywnych metod realizacji swoich celów.
W połowie września bardzo nas zaskoczyli. Droga numer jeden w kilku
miejscach przecinała koryta rzek. Przeprawy stanowiły kluczowy element
dla jej drożności, zwłaszcza w porze opadów i roztopów. Pewnej nocy
talibowie wysadzili aż trzy z kilku ważnych na tej trasie mostów. Ani
ja, ani Piotr, ani żaden z naszych ludzi nie przypuszczaliśmy, że są do
tego zdolni.
-?Stary, nie wiem, jak tego dokonali -?mruknąłem, patrząc w ekran
podczas wideokonferencji. -?To ciężkie, żelbetonowe konstrukcje, tego
nie mógł wysadzić amator. -?Rozmawiałem ze swoim zastępcą, siedząc na
stanowisku dowodzenia zwanym TOC (Tactical Operations Center).
-?Zgadza się -?odrzekł Piotr. -?Nie mogli tego zrobić podręcznymi
materiałami. To nie była saletra amonowa ani inne gówno, które można
wyprodukować w stodole. Musieli w tym maczać palce specjaliści z fachowym sprzętem. Przesłałem ci kilka zdjęć, popatrz: te przęsła
wysadzał ktoś, kto naprawdę wiedział, o co chodzi. Minimum zniszczeń,
maksimum strat. -?Obaj spojrzeliśmy na fotografie wyświetlone na
wspólnym ekranie.
-?Nasi saperzy już to oglądali -?dodałem. -?Faktycznie to robota
fachowca z dobrym zapleczem technicznym. Musimy go dopaść, zanim pozwala
wszystkie mosty na trasie. Na razie skupmy się na ochronie tego, co
zostało. Wybraliśmy trzy najważniejsze przeprawy, jest już tam afgańska
policja, będą je mieli na oku. Tylko wiesz, jak z nimi jest, posiedzą w dzień, w nocy zjadą do domów... Sami musimy zrobić trochę ruchu wokół
tego. Potrzebujemy więcej patroli, zwłaszcza w nocy. Musimy mieć na
drodze tyle wojska, ile się da. Wiem, że będzie ciężko, ale trzeba się
spiąć. Ludzie czują już koniec misji, ciężko będzie ich zmobilizować,
ale trzeba się tam pokręcić, bo możemy mieć spore kłopoty.
-?Jasne -?odparł Piotr. -?Zobaczę, co się da zrobić na południu.
Wieczorem dam ci znać, jakie mamy możliwości.
-?Słuchaj -?przerwałem. -?Ja już montuję ekipę do wyjazdu z północy.
Jutro ruszymy na kilka dni. Jest u mnie amerykański inżynier, ma porobić
dokumentacje zniszczeń. Amerykanie chcą jakoś odtworzyć te przeprawy
przed jesienią. Ogarnę drogę od północy do Quarabachu albo do Moquru,
jak nam starczy czasu. Możemy się spotkać w polu, przynajmniej się
zobaczymy. Zabierzcie się do planowania z założeniem, że dotrzecie do
któregoś z tych miejsc pojutrze. Dziś wieczorem spróbujemy to
skoordynować.
Piotr potakiwał i robił notatki.
-?Tak zrobimy, Wodzu. Jak już wyprowadzamy tyle sił, to dobrze by było
osiągnąć jak najwięcej, potrzebujemy informacji, może nam się przy
okazji uda dopaść tego mistrza od wybuchów...
-?Popracuję nad tym z Amerykanami -?odparłem.
Wymieniliśmy jeszcze kilka uwag, po czym ruszyliśmy do swoich zajęć.
Pracowałem tego dnia ze sztabem grupy bojowej w TOC. Nasze stanowisko
mieściło się w przestronnym drewnianym baraku. W jego środku ulokowano
dużą salę, w której stało kilka rzędów stołów. Pracowało przy nich na
zmiany kilkanaście osób. Na ścianie wyświetlaliśmy obrazy z kilku
rzutników -?mapy, informacje operacyjne, zapisy elektronicznych czatów.
W jednym z bocznych pomieszczeń mieściła się sala odpraw -?tę przestrzeń
wykorzystywaliśmy do prac planistycznych. Tutaj też powstawał plan
jutrzejszego wyjazdu na południe. Jacob -?amerykański inżynier wojskowy
-?dołączył do mnie wczesnym popołudniem. Ten dobiegający na oko
sześćdziesiątki facet był rezerwistą Gwardii Narodowej. W cywilu
pracował jako architekt, specjalizował się w budowie mostów. Teraz jego
zadaniem było zbadanie strat i oszacowanie możliwości udrożnienia
przepraw na Ring Road. Wyglądał na zmęczonego życiem intelektualistę -
raczej nie pasował do miejsca, w którym się obaj znaleźliśmy. Omawianie
planu naszych prac zajęło nam jakieś pół godziny. Oglądając zdjęcia,
cmokał, drapał się po łysej głowie i coś tam notował w swoim kajecie.
Wreszcie spytał:
-?Sir, nigdy jeszcze nie byłem na patrolu poza bazą, co właściwie mam
zabrać?
Uniosłem brwi i spojrzałem na faceta -?był wyraźnie zakłopotany. Cóż,
trzeba się będzie panem architektem zaopiekować...
-?Przede wszystkim pojedziesz w moim wozie, więc nie martw się, będę ci
mówił, co masz robić. Po drugie: na spokojnie cię wdrożymy, tylko musisz
mi obiecać, że poza swoją inżynierską robotą będziesz robił tylko to, co
ci mówię. Okej?
Pokiwał pokornie głową.
-?Nigdy nie wiemy, na ile dni wyjeżdżamy -?kontynuowałem. -?Wszystko się
może zdarzyć, więc spakuj się tak, jakby miało nas nie być w bazie przez
tydzień. Planujemy być w terenie cztery, może pięć dni, ale przygotuj
się na tydzień. Będę miał dla ciebie wodę, zabierz swoje jedzenie, matę,
śpiwór, ciepłe ciuchy na noc. Weź całą amunicję, jaką masz, noktowizor,
apteczkę i swój osobisty sprzęt. Pamiętaj o goglach, będzie się kurzyć,
bardzo. Jak będziesz miał potrzebę służbowej rozmowy, damy ci skorzystać
z naszego telefonu satelitarnego, ale bardzo oszczędnie. Jutro o piątej
rano bądź z tym wszystkim w moim wozie. Znajdziesz go przed stanowiskiem
dowodzenia, na burcie jest napis "Dragon". Uprzedzę chłopaków, że
przyjdziesz.
Josh dokończył notatki i podziękował. Dostrzegłem w jego oczach
niepokój, więc jeszcze raz poklepałem go po plecach i zapewniłem, że
pierwszy raz musi kiedyś nastąpić i najlepiej to zrobić w dobrym
towarzystwie. Zresztą zielone diabły są chyba najlepszym towarzystwem na
pierwszy patrol, jakie można sobie w tym dzikim kraju wyobrazić. Poza
tym wyjazd w wozie dowódcy grupy to już w ogóle gratka, bo tam panują
maniery, savoir-vivre i bardzo silny duch bojowy...
Roześmialiśmy się obaj i Josh oddalił się do swoich inżynierskich spraw.
Zostałem jeszcze ze sztabem na stanowisku dowodzenia -?do omówienia
mieliśmy sporo innych kwestii. Zbliżał nam się termin rotacji, a to
oznaczało transportowanie śmigłowcami do bazy w Bagram kilku setek
żołnierzy. Zadanie nie było łatwe, bo nasi ludzie nie tylko musieli w odpowiednim czasie opuścić swoje posterunki; zanim miało do tego dojść,
każdy z nich powinien spędzić kilka dni ze swoim zmiennikiem, a śmigłowce nie mogły robić pustych przelotów. Taka operacja logistyczna
nie była prosta do zaplanowania. Nad wszystkim czuwał Marcin -?szef
sztabu grupy bojowej. Ufałem mu w stu procentach i absolutnie nie miałem
obaw, pozostawiając go przy sterach, gdy sam ruszałem uganiać się za
talibami.
Kiedy pakowaliśmy sprzęt do wozów bojowych, było jeszcze ciemno. Pojazdy
stały w kolumnie na placu przed barakiem. Wokół terkotały agregaty, a w powietrzu unosił się kurz i zapach spalin. Orzeźwiał nas chłód, a teren
wokół oświetlały polowe lampy. Krzątaliśmy się, nosząc plecaki,
skrzynki, zgrzewki wody i kartony racji żywnościowych. Sprawdzaliśmy
łączność radiową, dowódca patrolu udzielał ostatnich wskazówek
wyjeżdżającym. Siedziałem w wieży swojego transportera, układając
sprzęt. Na pancerzu w zasięgu ręki mocowałem karabin i lornetkę.
Poprawiałem słuchawki, gogle, ostatni raz sprawdzałem, czy mam wszystkie
niezbędne gadżety, które zwykłem pakować do kamizelki. Jednym uchem
słuchałem konwersacji dowódców wozów bojowych w sieci radiowej, drugim
chłonąłem dźwięki płynące z otoczenia. Szczękały zamykane włazy, spod
płyt pancernych dobiegał cichy pomruk silników, szum radiostacji,
prowadzone półgłosem rozmowy -?lubiłem wsłuchiwać się w odgłosy
poprzedzające wyjazd z bazy. W tej kompozycji dźwięków śpiewała do nas
adrenalina. W takich chwilach zawsze odczuwałem specyficzny rodzaj
podniecenia. Emocje przed wyjazdem, zew, alert -?trudno to nazwać.
-?Hej, jest już tam Jacob?! -?krzyknąłem do chłopaków na tyle
transportera.
-?Jest! Kto mu kazał wziąć tyle klamotów, Wodzu?! -?dobiegł do mnie głos
Krychy, najstarszego podoficera w grupie.
-?Dajcie mu spokój, facet jest w stresie. Krycha, zaopiekuj się nim,
nigdzie ma bez ciebie nie łazić. Pilnujcie go, to porządny chłopak. I dajcie mu wodę, należy teraz do naszej wesołej rodzinki.
Wyjazd z bazy, zwłaszcza w dużej formacji, zabierał zazwyczaj trochę
czasu. Sprawdzenie łączności, ładowanie broni, ustawianie kolumny... Tym
razem wszystko poszło sprawnie -?mieliśmy w tym sporo praktyki. Kiedy po
około trzydziestu minutach mijaliśmy bramę bazy, wstawało już słońce.
Przez dłuższą chwilę jechaliśmy oślepieni jego blaskiem. To był zawsze
piękny moment -?jedna z niewielu chwil w Afganistanie, w których można
było się zakochać. Po szosie poruszaliśmy się szybko, a chłodny wiatr
budził zaspane jeszcze nieco ciało. Nie był to jednak czas na utratę
czujności. Główną bronią, którą rebelianci stosowali przeciw nam, były
improwizowane ładunki wybuchowe. Domowej roboty fajerwerki zazwyczaj
upychali w przepustach pod drogą. Tego typu niespodzianki sporządzone na
bazie saletry miały ogromną moc. W takiej właśnie pułapce miesiąc temu
straciliśmy trzech kolegów. Improwizowane ładunki zwane IED (skrót od
słów improvised explosive device) ustawiano w nocy, więc jeśli coś
miało eksplodować, to najczęściej właśnie wcześnie rano.
Różnie podchodziliśmy do radzenia sobie z takimi zagrożeniami. Niektóre
z naszych pojazdów były wyposażone w system zakłócania sieci komórkowej
zwany DUKE. Takie urządzenia uniemożliwiały rebeliantom detonację
ładunku za pomocą telefonu GSM, a była to jedna z najczęściej
stosowanych metod inicjowania eksplozji. Talibowie szybko nauczyli się
obchodzić te zabezpieczenia. Po kilku miesiącach naszej przewagi wpadli
na pomysł, aby wyciągać odbiornik detonujący na kablu poza zasięg DUKE'a -?w ten prosty sposób przechytrzyli zaawansowaną technologię. Podczas
jazdy zatrzymywaliśmy się przy najbardziej niebezpiecznych miejscach.
Saperzy sprawdzali drogę -?była to bardzo niebezpieczna praktyka.
Rebelianci podpatrzyli naszą taktykę i zaczęli obkładać takie odcinki
minami przeciwpiechotnymi. Czasem pomagały nam psy saperskie, innymi
razy znajdowaliśmy objazdy dla fragmentów szosy, które wydawały nam się
podejrzane. Bywało też, że rozpędzaliśmy się do znacznej prędkości.
Jadąc osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, liczyliśmy, że "przeskoczymy"
nad czymś, co miało pod nami eksplodować. Zakładaliśmy, że facet
siedzący w krzakach z telefonem w ręku nie zdąży detonować ładunku albo
odpali go w złym momencie. Nie było oczywiście algorytmu na dobór tych
metod, jedynym kryterium wyboru pozostawała intuicja dowódcy patrolu...
Wyjazd w teren zawsze był swego rodzaju rosyjską ruletką, dlatego warto
było mieć na pokładzie kogoś doświadczonego. Bo intuicja, jak wiadomo,
jest karmiona praktyką.
Na trasie naszego patrolu sprawdziliśmy kilka ocalałych przepraw, w tym
betonowy mostek nad rzeką Spin Karez. To miejsce było niezwykle ważne,
ponieważ nie było do niego objazdu -?strzegli go już Afgańczycy. Na
szczęście nic tu się jeszcze nie wydarzyło. Po kilku godzinach
dotarliśmy do jednego ze zniszczonych mostów. Faktycznie wyglądało na
to, że wykonano tu fachową robotę. Korzystające z trasy samochody
zjeżdżały przed zniszczoną przeprawą na polną drogę -?koryto rzeki było
jeszcze suche, więc można było swobodnie przez nie przejechać. Zbliżała
się jednak jesień, już niedługo miały się tu pojawić błoto, woda i śnieg. Talibowie dobrze wybrali moment wysadzenia przepraw. Było więc
jasne, że ciężko nam będzie to naprawić do pierwszych opadów. Tamci
naprawdę nieźle kombinowali.
Jeden z mostow na Ring Road w prowincji Ghazni, fot. z archiwum autora
Saperzy dokładnie sprawdzili teren, zanim pod most wszedł Jacob. Znów
cmokał i kręcił głową. Spisywał coś w swoim notatniku i robił zdjęcia.
Poprawiał przy tym wiecznie hełm -?nie był do niego przyzwyczajony.
Obserwowałem go przez lornetkę z wieży transportera i śmiałem się do
siebie z jego niezgrabnych ruchów. Miałem jednocześnie nadzieję, że był
lepszym inżynierem niż żołnierzem. Tymczasem ustawiliśmy kordon i zaczęliśmy kontrolować przejeżdżające pojazdy. Zbieraliśmy dane
biometryczne od ludzi z zatrzymywanych samochodów. Wykorzystywaliśmy w tym celu system HIDE. Za jego pomocą zbieraliśmy odciski palców,
skanowaliśmy siatkówki i robiliśmy zdjęcia twarzy. Do tego służyło
urządzenie przypominające coś w rodzaju hybrydy laptopa i aparatu typu
polaroid. W ten sposób dokonywaliśmy rejestracji lokalnych mieszkańców.
W tym samym czasie kilku żołnierzy z tłumaczem i specjalistą z wywiadu
kręciło się po wsi. Rozpytywali miejscowych o to, co działo się tu w nocy. Rzecz jasna nikt nic nie widział i nie słyszał. Eksplozja pod
mostem musiała wstrząsnąć ich domami -?zresztą nie zdążyli jeszcze nawet
wstawić szyb, ale nikt nic podejrzanego nie zauważył... Dzień jak co dzień
w Afganistanie.
Siedząc w rosomaku, wykorzystałem czas na rozmowę ze swoim zastępcą.
Chłopaki z zespołu Charlie patrolowały już drogę od południa.
Zamierzaliśmy spotkać się tej nocy na małym posterunku Quarabach. Jacob
miał się tam przesiąść do pojazdu mojego zastępcy, aby zbadać pozostałe
mosty. Odbyliśmy z Piotrem krótką szyfrowaną pogawędkę przez telefon
satelitarny. Podczas rozmów o sprawach operacyjnych posługiwaliśmy się
kodem. Zdawaliśmy sobie sprawę, że telefonia satelitarna może być
podsłuchiwana, więc stosowaliśmy terminy znane tylko nam. Tym razem poza
kwestiami operacyjnymi mieliśmy jednak do obgadania jeszcze jeden bardzo
istotny temat: jedzenie. Konwoje logistyczne docierały do bazy w Ghazni
z coraz większym trudem. Talibowie skutecznie je przechwytywali. W rezultacie nasza dieta stała się bardzo uboga i monotonna. Dominowało
jedzenie z puszek i suche racje, a od czasu do czasu pojawiały się
amerykańskie mrożonki, od których dostawaliśmy rozwolnienia. Było
naprawdę kiepsko. Baza Warrior na południu miała lepsze zaopatrzenie,
uknuliśmy więc z Piotrem plan na wyżerkę. Chłopaki z zespołu Charlie
obiecały zabrać ze sobą na patrol grilla i wszystko, co można na nim
przyrządzić. Czekaliśmy na to jak dzieciaki na tort urodzinowy.
Pięciogwiazdkowe warunki życia w wysuniętej bazie operacyjnej, fot. z archiwum autora
Późnym popołudniem dojechaliśmy do posterunku Quarabach. Była to mała
baza wypadowa, dzięki której mogliśmy kontrolować kluczowy teren wzdłuż
autostrady. Takie miejsca nazywaliśmy w skrócie COP -?od combat
outpost. Infrastruktura przypominała bardziej wczesnośredniowieczny
gród niż bazę NATO. Teren wielkości boiska otoczony był wysokimi na
kilka metrów koszami z piaskiem, natomiast ich zewnętrzne ściany
dodatkowo wzmocniono drutem kolczastym. Nazywaliśmy tego typu
konstrukcje bastionami HESCO. Na obwodzie piaskowego muru rozmieszczone
były cztery stanowiska dla wozów bojowych. Parkowaliśmy tam nasze
rosomaki. W nocy za pomocą kamer termowizyjnych prowadziliśmy z nich
obserwację terenu wokół szosy. Z tych stanowisk otwieraliśmy też ogień
podczas obrony fortu przed atakami, a takie czasem się zdarzały.
Wewnątrz minibazy stało kilka kontenerów, które wykorzystywaliśmy jako
miejsca do spania. Był tu też mały magazyn na żywność i wodę, a w kącie
terkotał agregat. Za kontenerami postawiliśmy prymitywną, cuchnącą
toaletę. Od czasu do czasu trzeba było palić w niej odchody. W jednym z narożników wydzieliliśmy z kolei miejsce na paliwo, które dostarczał tu
w kilkusetlitrowych gumowych zbiornikach śmigłowiec. Wszędzie było pełno
kurzu, wokół leżały śmieci, a na drucie kolczastym powiewały dumnie
skrawki papieru toaletowego. To paskudne miejsce w niczym jednak nie
odbiegało od lokalnych standardów estetyki. Załogi w takim forcie
rotowaliśmy co kilka dni. Stacjonował tu również pluton afgańskiej
policji, którego zadaniem było pilnowanie bazy, podczas gdy nasi
żołnierze patrolowali teren. Oczywiście żywiliśmy Afgańczyków i zaopatrywaliśmy w paliwo -?współpraca jednak nie należała do, powiedzmy,
najłatwiejszych.
Kiedy wjechaliśmy do bazy, był już tam zespół Piotra. Część naszych
wozów, włącznie z moim, pozostała poza ochronnym murem -?nie pierwszy
raz koczowaliśmy w terenie. Tym razem z wnętrza zamiast smrodu fekaliów
dobiegał zapach smażonego mięsa -?żołnierze z południa zaczęli pichcić.
Kilku chłopaków pozostało przy wozach, a pozostali pognali w miejsce, z którego unosił się grillowy dym. Szczera radość -?dawno nie widziałem
tego na twarzach swoich ludzi... Jedzenia było dużo, przytargali tu całą
ciężarówkę różnych specjałów -?tak, w tym gównianym okresie wszyscy
właśnie tego potrzebowaliśmy. Odrobiny normalności. Czegoś choć trochę
przyjemnego, drobnej okazji, która przypomni, jak to jest unosić kąciki
ust w uśmiechu. Piotra jak zwykle powitałem niedźwiedzim uściskiem. Nie
widzieliśmy się od tygodni i szczerze się uradowałem z tego spotkania -
nawet biorąc pod uwagę kiepskie okoliczności.
-?Jak się cieszę, że cię widzę, bracie! -?Klepnąłem go raz jeszcze w plecy. -?Dzięki za prowiant, chłopaki potrzebowały jakiejś zmiany.
Rzygać mi już się chce od MRE.
MRE oznaczało w naszym żargonie amerykańską rację żywnościową -?był to
skrót od meal ready to eat. Obok jednego z kontenerów kilku ludzi
przerzucało mięso na grillu, którego zapach wprost zwalał z nóg.
Robiliśmy tak zwane szybkie sandwicze: upychaliśmy smażone frykasy
pomiędzy kromki chleba tostowego, polewając to wszystko ketchupem. Nie
mam pojęcia, czy wcześniej coś mi tak zabójczo smakowało.
Usiedliśmy z kilkoma oficerami przy rosomaku. Wszyscy byliśmy zaskoczeni
tym, co się wydarzyło dwie noce temu. Wszyscy też byliśmy mocno
wyeksploatowani.
-?Wodzu, kiedy stąd zjedziemy? Ludzie marudzą, zostało dziesięć dni do
rotacji... -?spytał jeden z poruczników.
-?Nie wiem, Stefan -?odpowiedziałem. -?Sam widzisz, co się dzieje, nie
możemy teraz tego wszystkiego zostawić. Talibowie rozpieprzą resztę
mostów, potem wezmą się za tę bazę. Ci goście -?wskazałem na Afgańczyków
-?uciekną stąd po pierwszym wystrzale, nie będą tego miejsca bronić bez
nas, a zbudowanie tu czegoś od nowa? Sam wiesz, jakie to będzie trudne.
Wszystko stąd zniknie: agregaty, drut kolczasty, zbiorniki, każdy
drewniany element, całość trzeba będzie odbudować. Jeśli ci fanatycy tu
wjadą, to będą fotografować się ze swoimi flagami, skacząc po
porzuconych przez policję pojazdach. Quarabach stanie się propagandowym
symbolem talibów. Nie możemy na to pozwolić.
-?Co mam powiedzieć ludziom? -?spytał drugi z poruczników, zapalając
papierosa. -?Są na granicy wytrzymałości, nikt nie chce ruszyć się poza
bazę. Większość myśli już wyłącznie o powrocie do domu. Gadają, że
sztab, logistycy grzeją dupy w Ghazni. Piechota narzeka, Wodzu...
Słuchaliśmy tego z Piotrem i patrzyliśmy na siebie. Obaj rozumieliśmy, o co chodzi, i obaj tak samo najchętniej zostawilibyśmy to wszystko, by
wrócić do bezpiecznej bazy. To jednak nie był jeszcze ten moment. Długo
rozmawialiśmy z chłopakami, rozumiałem ich punkt widzenia. Los jednak
nie był dla nas zbyt łaskawy. Nie postrzegałem tego jako wybór,
uważałem, że naszym obowiązkiem jest utrzymać tę drogę i te cholerne
bazy do momentu przekazania ich kolejnej zmianie. W przeciwnym razie
cały wysiłek, który włożyliśmy, przenosząc grupę bojową do Ghazni,
ofiary, które ponieśliśmy, to wszystko byłoby na nic. Pyrrusowe
zwycięstwo -?tego musieliśmy uniknąć. Ustaliliśmy, że jedyne, co możemy
zrobić w tym momencie, to dać ludziom przykład. Muszą widzieć mnie,
Piotra, Mariusza, Emila, Krychę, Stefana i innych liderów w terenie tak
długo, jak długo sami będą tam pozostawać. Nie widzieliśmy innych
sposobów na zmotywowanie naszych ludzi. Ciężko dotrzeć z argumentami,
kiedy w grę wchodzi ryzyko śmierci.
To zawsze przykra perspektywa, ale powiedzmy, że najtrudniej znosi się
ją na kilka dni przed końcem misji... Po naszych rozmowach Piotr wyjechał
z częścią ludzi na patrol wzdłuż drogi. Głównie chodziło o sprawdzenie,
czy afgańscy towarzysze wciąż pilnują przekazanych im przepraw. Ja
wróciłem do swojej załogi, odbyłem zmianę, ubezpieczając pojazd, a potem
zasnąłem na macie rozłożonej na dachu pojazdu. Jacob chrapał, Krycha
narzekał. Tło dla nich stanowiła absolutna cisza.
Było jeszcze ciemno, gdy zbudził mnie kierowca naszego wozu. Miał akurat
dyżur na obserwacji. Przez radio wzywał mnie Marcin. Sprawa była pilna -
musieliśmy pogadać. Sztab w Ghazni dostał informacje od Amerykanów.
Wywiad przekazał dane dotyczące prawdopodobnej lokalizacji ekipy
wysadzającej mosty. Kilka źródeł potwierdzało, że rebelianci mogą
znajdować się w jednym z zabudowań jakieś dwadzieścia kilometrów od
Quarabachu. Dostaliśmy współrzędne miejsca ich pobytu, afgańscy
policjanci mieli też u siebie informatora, który mógł wskazać konkretny
budynek. Zazwyczaj planowaliśmy takie operacje bardzo szczegółowo, tym
razem jednak nie było czasu. TST -?time sensitive operation. Tak
nazywał się zestaw procedur, którym posługiwaliśmy się do planowania
czegoś, co musiało się wydarzyć bezzwłocznie.
Fachowiec od wybuchów najprawdopodobniej miał spędzić we wskazanym
obiekcie noc, mieliśmy więc jakieś cztery godziny, żeby go dopaść.
Zebraliśmy na początek dowódców plutonów, potem podoficerów -?liderów
wszystkich szczebli. Po trzydziestu minutach mieliśmy zarys planu oparty
na standardowych procedurach -?żadnych udziwnień. Dodatkową koordynację
zamierzaliśmy przeprowadzić już w drodze przez radio. Zespół Piotra
pozostał w Quarabachu jako nasz odwód, my natomiast pospiesznie
ruszyliśmy w stronę wskazanego przez wywiad obiektu. Dom, w którym
według naszych informacji nocował facet od wybuchów, znajdował się
jakieś pięćset metrów od szosy. Efekt zaskoczenia zamierzaliśmy uzyskać,
udając rutynowy patrol -?przejazdy takich formacji jak nasza nie były na
autostradzie czymś niespotykanym. Mieliśmy świadomość, że baza Quarabach
jest obserwowana, staraliśmy się więc nie stwarzać wrażenia pospiesznego
wyjazdu. Zapalone światła zamiast noktowizji, powolny, ostrożny wyjazd -
dokładnie tak, jakbyśmy to robili, udając się na setny czy dwusetny
rutynowy patrol.
Kiedy dotarliśmy do punktu kontrolnego afgańskiej policji, wciąż było
ciemno. Dowódca patrolu zamienił kilka zdań z obsadą posterunku. Nasz
tłumacz podszedł do jednego z policyjnych pojazdów, po czym wrócił do
transportera, gawędząc po pasztuńsku z osobą w turbanie.
-?Wodzu, mamy informatora u mnie na pokładzie, wszystko gra -?zameldował
przez radio dowódca patrolu.
-?Dobra, ruszamy, czas goni -?odpowiedziałem, poprawiając słuchawki. -
Dajcie jeszcze tylko może znać Afgańczykom, żeby nie robili teraz nic
nadzwyczajnego: żadnych telefonów, żadnej jazdy za nami, rutyna...
Kontynuowaliśmy przemieszczanie się spokojnym tempem. Wozy toczyły się
po zniszczonym asfalcie czterdzieści, czterdzieści pięć kilometrów na
godzinę. Po drodze zatrzymaliśmy się przy kilku przepustach -?saperzy
robili swoją rutynową robotę. Kiedy znaleźliśmy się kilometr od celu,
słońce rozświetlało już horyzont. Jego blask oświetlił kontury kilku
rozrzuconych na pustyni budynków.
-?Widzę obiekt, trzeci budynek po lewej od drogi, jadę pierwszy, wykonać
kordon, wchodzimy! -?podał przez radio dowódca patrolu.
Nasza kolumna jeszcze przez kilkaset metrów toczyła się po szosie, potem
-?na wysokości wskazanego budynku -?wóz dowódcy patrolu gwałtownie
skręcił w lewo. Za nim kolejny -?formacja rozwijała się w dwóch
kierunkach, okrążając gospodarstwo, które zamierzaliśmy przeszukać.
Robiliśmy to dziesiątki razy, więc wszystko działo się bardzo szybko. W powietrze wzbiły się tumany kurzu. Po minucie obiekt był otoczony
kordonem, a z transporterów wybiegali nasi ludzie. Część kierowała się w stronę metalowej bramy, którą taranował w tym momencie opancerzony
samochód HMMWV. Mój wóz stał kilkadziesiąt metrów od muru -?wraz z Krychą szybko go opuszczaliśmy. Wychodząc przez przedział desantowy,
rzuciłem w pośpiechu do Jacoba:
-?Ubezpieczaj pojazd z tyłu!
Nie miało to żadnego sensu, bo tył mieliśmy bezpieczny, ale trzeba mu
było dać coś do roboty. Nie chciałem, żeby przyszło mu do głowy coś
głupiego. Biegnąc w stronę bramy, słyszałem, jak ktoś za mną krzyczy.
Kątem oka zobaczyłem Jacoba. Cholera, pomyślałem, co z nim? Nasz
inżynier z raczej przejętą miną wskazywał na trzymany w ręku pistolet i krzyczał:
-?Ale ja mam tylko swoją berettę! Mam tylko pistoooolet!
Przez ułamek sekundy ten obraz wydał mi się ponad miarę komiczny.
Kilkadziesiąt metrów za mną stał ogromny transporter opancerzony, z armatą automatyczną zwróconą w tył. Przy jego drzwiach klęczał facet,
który krzyczał do mnie i wskazywał palcem na swój maleńki pistolet... Obaj
z Krychą roześmialiśmy się.
-?W porządku! -?krzyknąłem. -?Ubezpieczaj tył! W porządku!
Jacob przyjął więc postawę klęczącą z pistoletem, a my popędziliśmy w stronę staranowanej bramy. Nasi byli już w środku, jak zwykle w takich
sytuacjach wytworzył się chaos. Na środku podwórka w towarzystwie
tłumacza posadzono kilka kobiet, wokół nich zebrały się płaczące głośno
dzieci. Żołnierze patrolu sprawdzali kolejno wszystkie pomieszczenia w doklejonych do wysokiego muru budynkach. Wciąż nie wiedzieliśmy, czego
możemy się spodziewać, więc zachowaliśmy ostrożność. Wszystko trwało
około dziesięciu minut. Nie znaleźliśmy nikogo oprócz zebranych na
podwórku kobiet i dzieci. Z obory jeden z kaprali wyciągnął skrzynię z materiałami służącymi do wysadzania. Czy to był sprzęt akurat tego
fachowca, którego szukaliśmy? Trudno powiedzieć -?jeśli tak, to musiał
się jakoś dowiedzieć, że po niego jedziemy, albo zwyczajnie miał
szczęście. Takich wejść na obiekt, po których nic się nie wydarzyło,
mieliśmy za sobą dziesiątki -?kolejny dzień walki z wiatrakami, kolejne
frustracje. Dry hole -?tak nazywaliśmy tego typu nieudane operacje.
Przejęliśmy ten termin z amerykańskiego slangu wojskowego. Jankesi dawno
temu nazywali tak nieudane odwierty do złóż ropy naftowej. Hasło z przemysłu wydobywczego trafiło do biznesu jako określenie nieudanych
inwestycji. Potem z biznesu wyemigrowało do armii. Tak więc i tym razem
dry hole. Wróciliśmy do transportera. Przy drzwiach desantowych wciąż
sterczał ze swoim pistoletem Jacob. Podziękowałem mu za zdyscyplinowanie
i wsparcie. Napięcie wyraźnie zeszło z niego, kiedy opróżniliśmy
wspólnie butelkę wody.
-?Nic nie ma poza kilkoma gadżetami -?relacjonowałem Piotrowi i Marcinowi przez radio. -?Lont detonujący, spłonki, trochę kabli,
baterie, kilka kilo materiałów wybuchowych. Ktoś zajmujący się
wysadzaniem musiał tu niedawno być. To raczej nie jest typowy zestaw do
przygotowywania IED, więc być może trafiliśmy na właściwy ślad.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki