Zakład o miłość - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Kup ebooka

41.99 zł

-
Proszę czekać

Spo­tka­nie

My­slo­vitz, Szklany czło­wiek

Sie­dzia­łam przed lu­strem, wpa­tru­jąc się w swoje nie­za­do­wo­lone od­bi­cie. Moja przy­ja­ciółka Kaśka ukła­dała mi włosy. Były dłu­gie i krnąbrne, a ona uparła się, że zdoła je ujarz­mić. Z re­zy­gna­cją po­łą­czoną z po­wąt­pie­wa­niem pod­da­wa­łam się jej za­bie­gom, jed­no­cze­śnie to­nąc w my­ślach, które od pew­nego czasu nie­po­ko­jąco sza­lały w mo­jej gło­wie. Za dwa ty­go­dnie mia­łam wyjść za mąż. Skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia cztery lata, od czwar­tego roku stu­diów by­łam zwią­zana z Mar­ce­lem. On, star­szy ode mnie o cztery lata, pra­co­wał jako do­radca fi­nan­sowy w jed­nej z więk­szych firm kon­sul­tin­go­wych w Pol­sce: Or­kisz & Brod­nicki Fi­nanse. Mój przy­szły teść to wła­śnie Brod­nicki.

Wszystko za­pla­no­wano nie­mal per­fek­cyj­nie. Ślub, po­tem we­sele w dworku mo­jego pra­dziadka. Miesz­ka­nie na strze­żo­nym wro­cław­skim osie­dlu. Pracę też już mia­łam za­pew­nioną. Mój oj­ciec, w pro­stej li­nii po­to­mek hra­biego Jana Mel­chiora Kos­sa­kow­skiego, wraz z mamą, rów­nież ma­jącą ary­sto­kra­tyczne ko­rze­nie, pro­wa­dził ro­dzinny in­te­res, który prze­ka­zy­wano z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Była to sieć ga­le­rii sztuki. Fi­lie znaj­do­wały się we Wro­cła­wiu, w Kra­ko­wie i War­sza­wie, a także w Pa­ryżu i Wied­niu. Sama koń­czy­łam hi­sto­rię sztuki i spo­dzie­wano się, że będę kon­ty­nu­ować ro­dzinną tra­dy­cję. Oczy­wi­ście, naj­pierw mia­łam uro­dzić dzieci, ta­kie było moje główne prze­zna­cze­nie.

Spoj­rza­łam na swoje od­bi­cie. Zie­lone oczy oko­lone gę­stymi rzę­sami. Dłu­gie ja­sne włosy, za­pusz­czane od lat z my­ślą o ślu­bie, zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym w na­szej ro­dzi­nie zwy­cza­jem: ko­biety nie ści­nały wło­sów od mo­mentu przy­ję­cia pierw­szej ko­mu­nii świę­tej aż do ślubu. Nie­ważne, że wkro­czy­li­śmy w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Moja ro­dzina kie­ro­wała się za­sa­dami i od lat nic się w tej kwe­stii nie zmie­niało. Świat szedł do przodu, ale nie miało to wpływu na na­szą tra­dy­cję, na­sze prze­ko­na­nia i na­szą wiarę w to, że re­guły wy­ty­czają ja­sną drogę, którą po­wi­nien iść każdy czło­wiek. Tak zo­sta­łam wy­cho­wana. Za­wsze kie­ro­wa­łam się w ży­ciu ko­dek­sem mo­ral­nym. Uwa­ża­łam, że wy­zna­cza­nie gra­nic po­zwala po­stę­po­wać zgod­nie z sa­mym sobą i nie krzyw­dzić in­nych. Dla­tego przez cały okres na­rze­czeń­stwa by­łam praw­dziwą dzie­więt­na­sto­wieczną pa­nienką z do­brego domu. I na pewno gdyby ktoś o tym wie­dział, uznałby mnie za dzi­waczkę, ale mnie było z tym do­brze, a Mar­cel ro­zu­miał to i sza­no­wał. Zresztą... On wszystko przyj­mo­wał bez naj­mniej­szego sprze­ciwu. Ko­chał mnie, ja ko­cha­łam jego. Na­sze ro­dziny się przy­jaź­niły. Mie­li­śmy ja­sno na­kre­śloną przy­szłość. Po­zba­wieni trosk na­tury ma­te­rial­nej, sku­pia­li­śmy się na wła­snym roz­woju i za­in­te­re­so­wa­niach, gdyż wie­dzie­li­śmy, że wszel­kie sza­leń­stwo jest złudne i krót­ko­trwałe, na­to­miast za­ufa­nie, sza­cu­nek i trzy­ma­nie się wy­zna­czo­nych ce­lów za­pew­nią nam po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i po­zwolą spo­koj­nie żyć.

Tylko dla­czego cza­sami mia­łam wra­że­nie, że bra­kuje mi po­wie­trza, jak­bym nie mo­gła za­czerp­nąć od­de­chu, bo ktoś usiadł mi na pier­siach i nie za­mie­rzał z nich zejść przez naj­bliż­sze trzy­dzie­ści lat?

- I jak? - Kaśka stała za mną i pa­trzyła z dumą na swoje dzieło.

- No... nie­źle - mruk­nę­łam, spo­glą­da­jąc scep­tycz­nie na liczne war­ko­cze spięte w luźny kok na czubku mo­jej głowy.

- To tylko próba, pa­mię­taj, że we wło­sach bę­dziesz miała jesz­cze sto­krotki, tu­taj jesz­cze po­de­pniemy... - Zła­pała opa­da­jące pa­semko i przy­trzy­mała z boku. - Po­doba ci się? - Pa­trzyła na mnie za­nie­po­ko­jona.

Uśmiech­nę­łam się.

- Ka­sia, jest su­per. Na­prawdę. - Po­ki­wa­łam głową, żeby wzmoc­nić swoje słowa.

Bo na­prawdę mi się po­do­bało. A w do­datku to ucze­sa­nie było nie­mal iden­tyczne jak to, w któ­rym szły do ślubu moja matka, ciotka i babka. Ko­lejna ro­dzinna tra­dy­cja.

- Ale te­raz zbu­rzymy tę mi­sterną kon­struk­cję. - Przy­ja­ciółka za­częła bez­li­to­śnie wy­cią­gać szpilki z mo­ich wło­sów. - Czeka cię go­rąca im­prezka, nie pój­dziesz w sta­ro­mod­nym koczku. - Uśmiech­nęła się do lu­stra.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Pro­si­łam was, że­by­ście ni­czego nie or­ga­ni­zo­wały. Umó­wi­li­śmy się z Mar­ce­lem, że nie bę­dziemy brać udziału w ja­kichś dzi­kich za­ba­wach zwa­nych wie­czo­rem pa­nień­skim czy ka­wa­ler­skim.

Kaśka wzru­szyła ra­mio­nami.

- Ale Mar­cel jest w War­sza­wie, prawda? - spy­tała obo­jęt­nie.

- No tak.

- To chyba mo­żesz wyjść z ko­le­żan­kami na drinka? Gośka z Milką już za­re­zer­wo­wały nam sto­liki w Co­ol­tu­rze.

Wes­tchnę­łam. W su­mie...

Je­den drink z sza­lo­nymi ko­le­żan­kami nie zmieni prze­cież mo­ich prze­ko­nań.

Te­raz wiem jedno.

Ten drink zmie­nił nie tylko moje prze­ko­na­nia. On wy­wró­cił do góry no­gami całe moje ży­cie. Zbu­rzył wszystko, nad czym pra­co­wa­łam, moje dzie­dzic­two, tra­dy­cję, za­sady, wiarę, za­ufa­nie. Wszystko.

I jed­no­cze­śnie spra­wił, że, prze­bu­dzona z dłu­go­trwa­łego snu, spoj­rza­łam na świat no­wymi oczami i zo­rien­to­wa­łam się, że chyba nad­szedł czas na to, aby w końcu za­cząć żyć.

A za­częło się od tego, że gdy tylko we­szłam do klubu, wy­dało mi się, że zo­sta­łam we­ssana przez dy­mią­cego i bły­ska­ją­cymi świa­tłami po­twora. Po­czu­łam, jak pod­no­szą mi się wszyst­kie wło­ski na karku. Było mi zimno i go­rąco na prze­mian. Od­wró­ci­łam się, ma­jąc nie­ja­sne wra­że­nie, że ktoś stoi zbyt bli­sko mnie. Po­pa­trzyw­szy w górę, na­po­tka­łam spoj­rze­nie naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych oczu, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Za­sko­czył mnie nie ich ko­lor, cho­ciaż tak in­ten­syw­nego la­zuru nie spo­tyka się czę­sto. Ude­rzyło mnie coś in­nego. To spoj­rze­nie było zimne, bez­li­to­sne, jakby nie na­le­żało do istoty ży­wej, która ma ja­kie­kol­wiek uczu­cia. Męż­czy­zna, który stał tuż za mną, pa­trzył na mnie chłodno, jakby przed star­tem oce­niał wy­ści­gową klacz i za­sta­na­wiał się, ile na nią po­sta­wić.

H

Sie­dzia­łem ze zna­jo­mymi w Co­ol­tu­rze. Ten klub na­le­żał do ojca mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela - Kuby. Kum­pel był tu­taj me­na­dże­rem, a jego praca po­le­gała na, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie­mal co­dzien­nych ba­lan­gach i wy­ry­wa­niu pa­nie­nek. Oczy­wi­ście, klub pro­spe­ro­wał świet­nie, bo mój przy­ja­ciel był nie tylko pod­ry­wa­czem, lecz także zdol­nym biz­nes­me­nem. Ale Kuba umiał się ba­wić i w jego to­wa­rzy­stwie nie można było się nu­dzić. Ja też lu­bi­łem roz­rywkę, więc tak na­prawdę od trzy­na­stu lat, od­kąd za­czę­li­śmy uczęsz­czać do jed­nej klasy pre­sti­żo­wego li­ceum, sza­le­li­śmy na ca­łego. Skoń­czy­li­śmy ten sam kie­ru­nek stu­diów, wie­dząc, że i tak mamy za­pew­nioną pracę: on jako szef jed­nego z klu­bów noc­nych na­le­żą­cych do ojca, a ja - jako wi­ce­pre­zes ro­dzin­nego biz­nesu - ogól­no­kra­jo­wej sieci skle­pów z ar­ty­ku­łami bu­dow­la­nymi, a także oknami, ba­lu­stra­dami i ro­le­tami okien­nymi. Firma Ci­chocki - Okna na Świat była znana w ca­łej Pol­sce. Mój oj­ciec wy­my­ślił tę wie­śniacką na­zwę jesz­cze na po­czątku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, kiedy skoń­czył han­dlo­wać spro­wa­dza­nym z Za­chodu uży­wa­nym sprzę­tem i za­in­we­sto­wał w bu­dow­lankę. Było to zresztą po­wią­zane z jego wy­uczo­nym za­wo­dem. Nie mógł się po­chwa­lić wy­kształ­ce­niem, ale miał smy­kałkę do in­te­re­sów, re­fleks i tro­chę go­tówki. I tra­fił w dzie­siątkę. Lu­dzie na gwałt chcieli wy­mie­niać okna na pla­sti­kowe, po­tem oj­ciec pod­pi­sał umowę z kil­koma de­we­lo­pe­rami, któ­rzy w swo­ich in­we­sty­cjach za­wsze umiesz­czali okna wy­pro­du­ko­wane przez Ci­choc­kiego. Firma roz­ro­sła się nie­mal w oka­mgnie­niu i stała się ogól­no­kra­jo­wym biz­ne­sem. Dzięki temu w domu za­wsze była kasa, a ja uwa­ża­łem to za coś nor­mal­nego i oczy­wi­stego. Mia­łem dwa­dzie­ścia osiem lat, od dru­giego roku stu­diów pra­co­wa­łem w ro­dzin­nej fir­mie, te­raz by­łem w jej za­rzą­dzie, mia­łem miesz­ka­nie w cen­trum mia­sta, naj­now­szy mo­del BMW X6, mo­to­cykl, jacht i prze­ko­na­nie, że uro­dzi­łem się po to, by za­spo­ka­jać swoje za­chcianki. Na­wet je­śli mia­łoby się to od­by­wać kosz­tem in­nych lu­dzi.

- Ci­chy. - Kuba ude­rzył mnie w ra­mię.

Spoj­rza­łem na niego.

- Co jest?

- Po­patrz. Świeże mięso. - Ru­chem głowy wska­zał na wej­ście.

Do klubu we­szły wła­śnie cztery dziew­czyny. Wszyst­kie były cał­kiem, cał­kiem. Ale ja wi­dzia­łem tylko ją. Była naj­pięk­niej­szą ko­bietą, jaką w ży­ciu wi­dzia­łem, w do­datku, ubrana w pro­stą su­kienkę i buty na pła­skim ob­ca­sie, wcale nie sta­rała się osten­ta­cyj­nie pod­kre­ślać swo­jej urody. Ta pro­stota i na­tu­ral­ność mocno mną wstrzą­snęły. Wy­glą­dała... tak ina­czej. Była jak haust świe­żego po­wie­trza w tym za­dy­mio­nym klu­bie.

- Za­raz wra­cam - mruk­ną­łem, zgar­ną­łem ko­mórkę ze sto­lika i ru­szy­łem w stronę wej­ścia.

Dziew­czyny cze­kały na szefa sali, który miał za­pro­wa­dzić je do loży. Okrą­ży­łem szat­nię i pod­sze­dłem z dru­giej strony, po czym sta­ną­łem tuż za zie­lo­no­oką. Wi­dzia­łem, jak na­gle drgnęła. Wy­da­wała się wy­czu­wać moją obec­ność. Po­czu­łem się tro­chę dziw­nie. Wzią­łem głę­boki wdech. Uczu­cie wzmo­gło się, bo do mo­ich noz­drzy do­tarł za­pach jej ciała. De­li­katny, kwia­towy. Nie znam się na tym, ale na swo­ich od­czu­ciach - ow­szem. Ta dziew­czyna bar­dzo mi się po­do­bała. I już wie­dzia­łem, że będę na nią po­lo­wał cały wie­czór.

Pod­sze­dłem do niej jesz­cze bli­żej, na­ru­sza­jąc in­tymną sferę, którą ma każdy czło­wiek i któ­rej pil­nie strzeże, zwłasz­cza przed nie­zna­jo­mymi. Dziew­czyna wy­czuła, że coś jest nie tak, bo od­wró­ciła się gwał­tow­nie i spoj­rzała mi pro­sto w oczy. Lekko za­krę­ciło mi się w gło­wie. Mia­łem wra­że­nie, że wzrok wwierca się we mnie i w pew­nym mo­men­cie nie wi­dzia­łem ni­czego poza nie­skoń­czoną zie­le­nią jej spoj­rze­nia. Zo­rien­to­wa­łem się, że nie je­stem tej dziew­czy­nie obo­jętny. Że jej także spodo­bało się to, co zo­ba­czyła. Bar­dzo lu­bi­łem ta­kie za­bawy. Wy­glą­da­łem nie­źle, a im bar­dziej oschle i obo­jęt­nie się za­cho­wy­wa­łem, tym bar­dziej la­ski do mnie lgnęły, co zresztą bar­dzo mnie ba­wiło. Chcia­łem zła­pać ko­smyk jej wło­sów i po­wie­dzieć coś mało od­kryw­czego, ale za to bez­czel­nego, jed­nak ona za­mru­gała, po­krę­ciła głową, wy­mam­ro­tała coś, co brzmiało jak "prze­pra­szam", i ucie­kła w tłum. Uśmiech­ną­łem się pod no­sem i wzru­szy­łem ra­mio­nami. "Przede mną nie da się tak ła­two uciec" - po­my­śla­łem i wró­ci­łem do swo­ich kum­pli.

Był tam już Ma­rek, nasz ko­lega z roku. Kiedy mnie zo­ba­czył, uści­snął mi rękę i wy­szcze­rzył się, wska­zu­jąc na te cztery dziew­czyny, które usia­dły w loży nie­opo­dal nas.

- A ty, Ci­chy, za ary­sto­kratki się bie­rzesz?

Spoj­rza­łem na niego, nic nie ro­zu­mie­jąc.

- Ta la­ska, którą na­pa­sto­wa­łeś przy szatni, to ja­kaś hra­bianka czy coś.

- No i?

- Pad­niesz, gdy do­wiesz się, czyją jest dziew­czyną.

Po­chy­li­łem się do Marka, bo, wbrew sa­memu so­bie czu­łem, że ta nie­zna­joma za­czyna mnie co­raz bar­dziej in­te­re­so­wać.

- Pa­mię­tasz Mar­celka z dru­giej grupy? Tego uli­za­nego mod­ni­sia z "do­brej ro­dziny z tra­dy­cjami?" - Ma­rek mó­wił mo­du­lo­wa­nym gło­sem, a na ko­niec par­sk­nął.

- Ten Mar­ce­lek? Ta ofiara? - prych­ną­łem.

- Ten sam. To jego la­ska. Na­zywa się Kos­sa­kow­ska czy ja­koś tak. Jej sta­rzy mają ga­le­rię w rynku i jesz­cze kilka tu i tam. Kan­ce­la­ria mo­jego sta­rego pro­wa­dzi ich sprawy i nie­dawno matka do­stała za­pro­sze­nie na ślub Mar­cela Brod­nic­kiego i Syl­wii Kos­sa­kow­skiej. Bla, bla, bla. Ale z tego, co wiem, la­ska śpi na ka­sie.

- Śred­nio mnie to ob­cho­dzi. - Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

Mimo to cią­gle spo­glą­da­łem w stronę tam­tego sto­lika. Za­uwa­ży­łem, że jej ko­le­żanki rów­nież co chwilę na nas zer­kają. Za to ona, ta cała Syl­wia, sta­rała się w ogóle nie pa­trzeć w na­szą stronę, ale wie­dzia­łem, że za­nim skoń­czy się ta noc, po­znam smak jej ust, które, na­wia­sem mó­wiąc, wy­glą­dały bar­dzo ape­tycz­nie.

H

Wie­dzia­łam, że moje po­strze­lone przy­ja­ciółki za­raz za­pro­szą tych fa­ce­tów do na­szego sto­lika. Kom­plet­nie mi się to nie uśmie­chało, może dla­tego, że był wśród nich ten nie­sym­pa­tyczny męż­czy­zna, który za­cho­wy­wał się bar­dziej niż po­dej­rza­nie przy wej­ściu do klubu. Stał sta­now­czo za bli­sko mnie i pa­trzył tak dziw­nie, że cią­gle czu­łam na so­bie to zimne spoj­rze­nie nie­praw­do­po­dob­nie nie­bie­skich, wręcz la­zu­ro­wych oczu. Był bar­dzo przy­stojny i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że skrom­ność i nie­śmia­łość są mu obce. Kom­plet­nie obce. Zer­k­nę­łam na niego zza karty z drin­kami i szybko prze­łknę­łam ślinę. Zu­peł­nie otwar­cie pa­trzył na mnie, mru­żąc lekko oczy. Nie wiem, czy było to spo­wo­do­wane bły­ska­ją­cymi świa­tłami, czy może na­dal pod­da­wał mnie oce­nie. Miał krót­kie ciemne włosy, przy­strzy­żone nie­mal po woj­sko­wemu, lekki za­rost i śniadą kar­na­cję. Jego po­li­czek szpe­ciła długa bli­zna, która w su­mie... Nie do końca go szpe­ciła, ra­czej... nada­wała mu cha­rak­ter. Był wy­soki, miał sze­ro­kie ra­miona i...

- Syl­wia, ten ko­leś się na cie­bie gapi. - Moje na­der in­te­li­gentne roz­my­śla­nia zo­stały sub­tel­nie prze­rwane przez Mi­lenę.

- Który ko­leś? - Uda­łam, że nie wiem, o co cho­dzi.

- Ten, który ocie­rał się o cie­bie przy szatni. - Gośka się uśmiech­nęła.

- Nikt się o mnie nie ocie­rał. - Po­krę­ci­łam głową, ale wie­dzia­łam, że nie ma sensu dys­ku­to­wać z mo­imi sza­lo­nymi ko­le­żan­kami.

- Jak zwał, tak zwał. Był bli­sko, ga­pił się na cie­bie i te­raz też to robi.

- Daj­cie spo­kój. Mia­ły­śmy wy­pić po drinku i to wszystko. Obie­ca­ły­ście. - Zmru­ży­łam oczy, pa­trząc na swoje przy­ja­ciółki po­dejrz­li­wie.

Wszyst­kie trzy zro­biły miny nie­wi­nią­tek, a po chwili wy­bu­chły gło­śnym śmie­chem i jak na ko­mendę krzyk­nęły:

- Kła­ma­ły­śmy!

Gośka kiw­nęła na kel­nerkę i za­mó­wiła nam po drinku o na­zwie Bar­man. Nie mia­łam nic do po­wie­dze­nia. Ja­sne, może gdy­bym twardo po­sta­wiła na swoim, ale... W su­mie chyba nie chcia­łam. Ani się obej­rza­łam, a już pi­łam czwar­tego drinka, było mi dziw­nie lekko, śmia­łam się z dziew­czy­nami i czu­łam się za­ska­ku­jąco wolna. Wolna od tych wszyst­kich za­sad, norm, ety­kiet, któ­rych całe ży­cie uczona by­łam prze­strze­gać.

Moje przy­ja­ciółki wy­cią­gnęły mnie na par­kiet. Sza­la­ły­śmy, tań­cząc w rytm gło­śnych bi­tów. Było go­rąco i pra­wie nic nie wi­dzia­łam, bo ze ścian za­czął uno­sić się dym, który efek­tow­nie pod­kre­ślał bły­ska­jące zie­lono-błę­kitne świa­tła. Za­mknę­łam oczy i pły­nę­łam na fali dźwięku, krzy­ków i szumu - tego na ze­wnątrz i tego we­wnątrz mnie. Po chwili, gdy mu­zyka tro­chę zwol­niła, znowu od­nio­słam to dziwne wra­że­nie, że robi mi się zimno i na pewno ktoś za mną stoi. Otwo­rzy­łam oczy i nie zo­ba­czy­łam już swo­ich przy­ja­ció­łek. Za to po­czu­łam, jak obej­mują mnie silne ra­miona. W tym sa­mym mo­men­cie przy­warło do mnie czy­jeś twarde ciało. Nie by­łam na tyle pi­jana, żeby nie za­re­ago­wać. Od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie i znowu uj­rza­łam te zimne nie­bie­skie oczy.

- Co ro­bisz? - krzyk­nę­łam, od­su­wa­jąc się na od­le­głość wy­cią­gnię­tej ręki.

- Tań­czę z tobą - po­wie­dział swo­bod­nie. Miał lekko za­chryp­nięty głos, głę­boki i bar­dzo obo­jętny.

- Może naj­pierw za­py­tał­byś, czy so­bie tego ży­czę?

- Twoje ko­le­żanki po­wie­działy mi, że dzi­siaj masz wie­czór pa­nień­ski.

- I co? Chcesz być moim czi­pen­dejl­sem? - par­sk­nę­łam.

Ob­rzu­cił mnie uważ­nym spoj­rze­niem. Te jego zmru­żone oczy na­prawdę wy­trą­cały mnie z rów­no­wagi.

- Tylko je­śli ty za­tań­czysz dla mnie na ru­rze - od­parł bez­na­mięt­nie.

Prze­wró­ci­łam oczami i chcia­łam odejść, bo nie mia­łam za­miaru kon­ty­nu­ować tej idio­tycz­nej roz­mowy. W tym sa­mym mo­men­cie jego palce jak klesz­cze za­ci­snęły się na moim nad­garstku.

- Syl­wia, za­tańcz ze mną. - Po­chy­lił się i szep­nął mi nie­mal do ucha. Znowu stał sta­now­czo za bli­sko.

- Skąd wiesz, jak mam na imię? - Zmarsz­czy­łam brwi.

Nie od­po­wie­dział, tylko kiw­nął głową w stronę sto­lika, przy któ­rym sie­działy moje nie­zno­śne ko­le­żanki wraz z jego kum­plami.

- To może cho­ciaż ty mi się przed­staw. A może mam za­py­tać o to two­ich ko­le­gów? - rzu­ci­łam ze zło­ścią.

- Aleks - od­po­wie­dział krótko i po­czu­łam, jak przy­ciąga mnie do sie­bie. - Za­tań­czysz?

Jego prze­wier­ca­jący mnie na wy­lot wzrok spra­wiał, że nie by­łam w sta­nie trzeźwo my­śleć. Uzna­łam, że od jed­nego tańca nie umrę, a wów­czas może wresz­cie ten ko­leś da mi spo­kój. Ski­nę­łam głową i w tym mo­men­cie zna­la­złam się w jego moc­nym uści­sku. Do­piero te­raz zda­łam so­bie sprawę, jak bar­dzo jest silny i wy­soki. Opar­łam dło­nie o jego klatkę pier­siową, a jego ręce za­ci­snęły się na mo­jej ta­lii. Unio­słam głowę i po­pa­trzy­łam na niego. Oczy­wi­ście, na­dal wpa­try­wał się we mnie tym swoim tak­su­ją­cym wzro­kiem. Był bar­dzo dziwny. Nie­po­ko­jący. Nie wzrok, ale on cały. Ten fa­cet. Przy­stojny, ale w taki szorstki spo­sób. Może przez tę bli­znę, jed­no­dniowy za­rost albo to bez­na­miętne, oce­nia­jące spoj­rze­nie. Po­czu­łam się nie­pew­nie. Krę­ciło mi się w gło­wie, ale te­raz już nie wie­dzia­łam, czy od nad­miaru al­ko­holu, czy od bli­sko­ści tego dziw­nego męż­czy­zny. W końcu moje do­świad­cze­nie w re­la­cjach dam­sko-mę­skich było nie­mal żadne, a ten fa­cet nie wy­glą­dał na ta­kiego, który ma ja­kie­kol­wiek kło­poty z płcią prze­ciwną. W pew­nym mo­men­cie ob­jął mnie moc­niej i jesz­cze bar­dziej przy­ci­snął do sie­bie. Przez moje ciało prze­biegł nie­po­ko­jący prąd. Chcia­łam się od niego uwol­nić, ode­rwać, ale ja­kieś dziwne, bu­dzące się w sa­mym środku mnie od­czu­cia spra­wiały, że nie by­łam w sta­nie tego zro­bić. Mia­łam wra­że­nie, że moim umy­słem za­wład­nęło ciało, które te­raz pra­gnęło je­dy­nie czuć tego męż­czy­znę.

Na­gle Aleks wy­ko­nał ja­kiś dziwny ruch i zo­ba­czy­łam jego twarz tuż przed swoją. Po­chy­lił się i bez słowa wpa­try­wał we mnie. Prze­łknę­łam ślinę, a wtedy jego wzrok spo­czął na mo­ich ustach. W ułamku se­kundy prze­su­nął się na moją szyję i piersi i wró­cił do twa­rzy. Tylko że tym ra­zem w spoj­rze­niu Aleksa oprócz zim­nej obo­jęt­no­ści zo­ba­czy­łam coś jesz­cze. Coś, co spra­wiło, że wpa­dłam w pa­nikę. Ze­sztyw­nia­łam i chcia­łam się od­su­nąć. Wbi­łam palce w jego ko­szulę i wy­szep­ta­łam:

- Nie...

Uśmiech­nął się, a ja po­czu­łam, że kom­plet­nie bra­kuje mi od­de­chu. Gdy się uśmie­chał, co tak bar­dzo kon­tra­sto­wało z jego zim­nym spoj­rze­niem, wy­glą­dał po­wa­la­jąco. Chyba za­uwa­żył, co się ze mną dzieje, bo przy­ci­snął mnie do sie­bie jesz­cze moc­niej, i już wie­dzia­łam, że na pewno dzia­łam na niego jako ko­bieta. Do­tknął kciu­kiem mo­jej brody i po­wie­dział:

- Ci­chemu się nie od­ma­wia, Syl­wio.

Po czym przy­warł gwał­tow­nie do mo­ich ust.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki