Zakazany dziennik Valerii C - Alba de Cespedes

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (36,51 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

26 listopada 1950

Bardzo źle zrobiłam, kupując ten zeszyt. Ale już za późno, by tego żałować, co się stało, to się nie odstanie. Nie wiem nawet, co mnie skusiło, by go kupić, samo wyszło. Nigdy nie myślałam o prowadzeniu dziennika, choćby dlatego, że dziennik powinien być sekretny, a więc należałoby go ukrywać przed Michelem i dziećmi. A ja nie lubię niczego ukrywać, mamy zresztą tak niewiele miejsca w domu, że schowanie czegoś jest prawie niemożliwe.

A było tak: w niedzielę dwa tygodnie temu wyszłam z domu stosunkowo wcześnie. Szłam po papierosy dla Michelego, chciałam, by miał je na stoliku nocnym, kiedy się obudzi, bo w niedziele śpi zawsze długo. Mimo późnej jesieni dzień był piękny i ciepły. Czułam dziecięcą radość, idąc ulicami po słonecznej stronie, patrząc na wciąż jeszcze zielone drzewa i zadowolonych ludzi, bo w dni świąteczne ludzie zawsze wyglądają na zadowolonych. Postanowiłam zrobić sobie spacer i zajść aż do trafiki na placu. Po drodze zobaczyłam, że wiele osób przystaje koło straganu z kwiatami, przystanęłam i ja, kupiłam bukiet nagietków. "Na niedzielnym stole trzeba mieć kwiaty - powiedziała kwiaciarka. - Mężczyźni zwracają na to uwagę". Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową, ale prawdę mówiąc, kiedy kupowałam te kwiaty, nie myślałam o Michelem ani o Riccardzie, choć ten ostatni rzeczywiście bardzo je sobie ceni; kupiłam je dla siebie, żeby trzymać je w dłoni podczas spaceru.

W trafice było sporo ludzi. Czekając na moją kolej z odliczonymi pieniędzmi w ręku, zobaczyłam na wystawie stos zeszytów. Były czarne, lśniące i grube, takie do szkoły. Kiedy byłam uczennicą, nim jeszcze zaczynałam zapełniać je zdaniami, wypisywałam w nich z przejęciem moje imię: Valeria. "Poproszę jeszcze o jeden taki zeszyt", powiedziałam, szukając w torebce dodatkowych pieniędzy. Kiedy jednak podniosłam oczy, zobaczyłam surowe spojrzenie sprzedawcy, który powiedział: "Nie mogę, to zabronione". Wyjaśnił, że każdej niedzieli przy wejściu stoi policjant i pilnuje, by sprzedawano jedynie wyroby tytoniowe i nic ponadto. Poza mną w sklepie nie było już klientów. "Jest mi potrzebny - powiedziałam. - Bardzo go potrzebuję". Mówiłam półgłosem, z przejęciem, byłam gotowa nalegać, zaklinać. Wtedy sprzedawca rozejrzał się wokół, a potem szybkim ruchem wziął zeszyt i podał mi przez kontuar ze słowami: "Niech go pani schowa pod płaszczem".

Trzymałam go pod płaszczem przez całą drogę do domu. Bałam się, że spadnie na ziemię, kiedy dozorczyni opowiadała mi coś o ciśnieniu w instalacji gazowej. Rumieniłam się, przekręcając klucz w zamku. Od drzwi ruszyłam prosto do sypialni, ale przypomniałam sobie, że Michele jest jeszcze w łóżku. "Mamo!", wołała już do mnie Mirella, Riccardo pytał: "Kupiłaś gazetę?". Byłam podekscytowana i zagubiona, a kiedy zdejmowałam płaszcz, drżałam na myśl, że ktoś zaskoczy mnie w przedpokoju. "Włożę zeszyt do szafy - myślałam. - Nie, Mirella często ją otwiera, żeby wziąć z niej coś mojego do ubrania, rękawiczki albo bluzkę. Do komody też nie, Michele ją ciągle otwiera. Biurko już od dawna zawłaszczył Riccardo". Uświadomiłam sobie, że w całym domu nie mam żadnego kąta, który pozostałby mój własny, nawet szuflady. Obiecałam sobie, że od tego dnia zadbam o moje prawa. "W szafie z bielizną", zdecydowałam, ale potem przypomniałam sobie, że Mirella co niedziela wyciąga z niej czysty obrus, żeby nakryć do stołu. Ostatecznie wrzuciłam go do worka ze szmatami w kuchni. Ledwie zdążyłam zamknąć worek, gdy weszła Mirella i zapytała: "Co ci jest, mamo? Jesteś taka czerwona na twarzy". "To pewnie przez płaszcz - odpowiedziałam, zdejmując go z siebie. - Zrobiło się ciepło". Wydawało mi się, że powie: "Nieprawda, to dlatego, że schowałaś coś w worku". Daremnie próbowałam przekonać samą siebie, że nie zrobiłam nic złego. Wciąż dźwięczał mi w głowie napominający głos sprzedawcy: "To zabronione".

10 grudnia

Przez ponad dwa tygodnie ukrywałam ten zeszyt i nie zapisałam w nim ani słowa. Już pierwszego dnia zaczęłam zmieniać mu kryjówki i szukałam miejsca, gdzie nie zostałby natychmiast odkryty. Gdyby go znaleźli, Riccardo przywłaszczyłby go sobie na uczelniane notatki albo Mirella - na kolejny tom pamiętnika, który trzyma pod kluczem w swojej szufladzie. Mogłabym się przed tym bronić, powiedzieć, że jest mój, ale musiałabym jakoś uzasadnić, że go potrzebuję. Domowe wydatki zapisuję zawsze w kalendarzach reklamowych, które Michele na początku roku przynosi z banku; mąż zasugerowałby mi delikatnie, żebym oddała zeszyt Riccardowi. Gdyby tak się stało, oddałabym go natychmiast i nigdy więcej nie myślała o kupieniu sobie kolejnego; broniłam się więc zawzięcie przed takim obrotem sprawy, choć - muszę to wyznać - odkąd mam ten zeszyt, nie zaznaję ani chwili spokoju. Wcześniej czułam żal, gdy dzieci wychodziły z domu, a teraz nie mogę się doczekać, by gdzieś sobie poszły i pozwoliły mi zostać samej i pisać. Nigdy wcześniej nie uświadamiałam sobie, że z racji skromnych rozmiarów naszego mieszkania i czasu spędzanego w biurze rzadko mam okazję być sama.

Musiałam się więc uciec do podstępu, by zacząć ten dziennik: kupiłam trzy bilety na mecz piłki nożnej w zeszłą niedzielę i powiedziałam, że podarowała mi je koleżanka z pracy. Podwójnego podstępu, bo żeby je kupić, musiałam sfałszować listę zakupów. Zaraz po śniadaniu pomogłam się ubrać Michelemu i dzieciom, pożyczyłam Mirelli mój ciepły płaszcz, pożegnałam ich serdecznie, a gdy zamknęłam za nimi drzwi, poczułam dreszcz zadowolenia. Potem skruszona pobiegłam do okna i wychyliłam się, by ich zawołać. Byli już daleko i wydało mi się, że spieszą wprost w pułapkę, którą na nich zastawiłam, a nie na niewinny mecz piłki nożnej. Śmiali się do siebie i ten śmiech wbijał mi szpilę wyrzutów sumienia. Kiedy wróciłam do środka i już miałam się wziąć do pisania, uświadomiłam sobie, że muszę najpierw zrobić porządek w kuchni, bo tym razem Mirella nie mogła mi w tym pomóc. Nawet Michele, z natury taki porządnicki, zostawił otwartą szafę i porozrzucane krawaty.

Dziś znowu wysłałam ich na mecz i wreszcie mogę się cieszyć odrobiną spokoju. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy w końcu udaje mi się wyciągnąć zeszyt z kryjówki, usiąść i zacząć pisać, nie mam do powiedzenia nic z wyjątkiem relacji o nieustannej walce, jaką toczę, by go ukryć. Obecnie trzymam go w starym kufrze, gdzie latem przechowujemy zimowe ubrania. Jednak dwa dni temu musiałam odwieść Mirellę od otwarcia kufra, kiedy chciała wyciągnąć swoje narciarskie spodnie, które nosimy po domu, odkąd zrezygnowaliśmy z ogrzewania. Zeszyt był w środku, dostrzegłaby go zaraz po otwarciu wieka. Powiedziałam jej: "Jest jeszcze czas na ciepłe ubrania", ale ona się zbuntowała: "Zimno mi". Sprzeciwiałam się jej z taką energią, że nawet Michele to dostrzegł. Kiedy zostaliśmy sami, powiedział, że nie rozumie, dlaczego się uparłam. Odrzekłam twardo: "Wiem, co robię", a on popatrzył na mnie zaskoczony, bo to nie było typowe dla mnie zachowanie. "Nie lubię, kiedy wtrącasz się w moje dyskusje z dziećmi - kontynuowałam. - Odbierasz mi autorytet". A kiedy on zauważał, że zwykle zarzucam mu niedostatek troski o dzieci, i podszedł do mnie, żartując: "Co cię dziś ugryzło, mamusiu?", pomyślałam, że może robię się nerwowa i przewrażliwiona, jak wszystkie kobiety po czterdziestce - przynajmniej tak się mówi - i podejrzewając, że Michele też tak o mnie myśli, poczułam się głęboko upokorzona.

15 grudnia

Za każdym razem, gdy otwieram ten zeszyt, patrzę na moje imię na pierwszej stronie. Podoba mi się moje pismo, jest powściągliwe, nieprzesadnie wysokie, lekko pochyłe, zdradza jednak mój wiek. Mam czterdzieści trzy lata, chociaż gdy o tym pomyślę, nie chce mi się w to wierzyć. Również inni są zaskoczeni, gdy widzą mnie z prawie dorosłymi dziećmi, a ich komplementy wywołują zakłopotane uśmiechy Riccarda i Mirelli. W każdym razie mam czterdzieści trzy lata i wydaje mi się zawstydzające, że uciekam się do dziecięcych sztuczek, żeby prowadzić dziennik. Dlatego koniecznie muszę powiedzieć Michelemu i dzieciom o istnieniu tego zeszytu i zarezerwować sobie prawo do zamknięcia się w pokoju i pisania, kiedy mam na to ochotę. Zachowywałam się głupio od samego początku i postępując tak dalej, pogłębię tylko wrażenie, że jest coś złego w pisaniu tych niewinnych zdań. To absurdalne. A jednak nie daje mi to spokoju nawet w pracy. Jeśli dyrektor zatrzymuje mnie po godzinach, obawiam się, że Michele wróci przede mną do domu i z jakiegoś powodu zacznie grzebać w starych papierzyskach, gdzie obecnie trzymam zeszyt. Dlatego też często wymyślam jakąś wymówkę, by nie zostawać dłużej, przez co tracę płatne nadgodziny. Wracam do domu pełna napięcia; gdy widzę płaszcz Michelego w przedpokoju, serce zaczyna mi bić gwałtownie, wchodzę do jadalni pełna obaw, że zastanę tam męża z błyszczącą czernią okładki zeszytu w ręku. Kiedy zastaję go na rozmowie z dziećmi, boję się, że mógł go znaleźć i czeka tylko, aż zostaniemy sami, by ze mną o tym porozmawiać. Wydaje mi się ciągle, że wieczorem szczególnie uważnie zamyka drzwi naszej sypialni, sprawdzając, czy zatrzask zaskoczył. "Teraz się odwróci i mi to powie". A jednak nic nie mówi, przecież zawsze w ten sposób zamyka drzwi, jak to on, skrupulatny z natury.

Dwa dni temu Michele zadzwonił do mnie do biura, a ja natychmiast się przestraszyłam, że z jakiegoś powodu wrócił wcześniej do domu i znalazł zeszyt. "Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć...", zaczął. Zlodowaciałam ze słuchawką w dłoni. Przez kilka dłużących się w nieskończoność sekund zadawałam sobie pytanie, czy mam potwierdzić moje prawo do posiadania tylu zeszytów, ile dusza zapragnie, i pisania w nich, co mi się żywnie podoba, czy prosić: "Michele, zrozum mnie, wiem, że źle zrobiłam...". Tymczasem on chciał się tylko dowiedzieć, czy Riccardo pamiętał o zapłaceniu czesnego, bo tego dnia upływał termin, w którym mógł to zrobić ze zniżką.

21 grudnia

Wczoraj po kolacji zwróciłam Mirelli uwagę, że nie podoba mi się jej zwyczaj zamykania na klucz szuflady w biurku. Zdziwiona odpowiedziała, że przecież robi tak od lat. Odparłam, że od lat mi się to nie podoba. Zareagowała złością, oznajmiając, że dlatego tak dużo się uczy, bo chce jak najszybciej pójść do pracy, uniezależnić się i opuścić dom, gdy tylko skończy dwadzieścia jeden lat i stanie się pełnoletnia. Wtedy będzie mogła zamykać na klucz tyle szuflad, ile chce, i nikt nie będzie miał do niej o to pretensji. Dodała, że ma w szufladzie pamiętnik i dlatego zamyka ją na klucz, zresztą Riccardo robi to samo, tyle że on trzyma w swojej listy od dziewczyn. Odparłam, że w takim razie również Michele i ja powinniśmy mieć prawo do szuflady zamykanej na klucz. "Przecież ją mamy - włączył się Michele. - Trzymamy w niej pieniądze". Ja jednak się upierałam, że chciałabym mieć jedną tylko dla siebie, na co on zapytał z uśmiechem: "I co byś w niej trzymała?". "Nie wiem, rzeczy osobiste - odparłam. - Pamiątki. A może dziennik, tak jak Mirella". Na to roześmiali się wszyscy troje. "I co byś w nim chciała pisać, mamusiu?", zapytał Michele. Śmiała się także Mirella, najwyraźniej zapominając o wcześniejszej złości. Ignorując śmiechy, przekonywałam ich dalej. Wtedy Riccardo wstał ze swojego miejsca i podszedł do mnie, robiąc poważną minę. "Mama ma rację - powiedział. - Ona także ma prawo prowadzić pamiętnik jak Mirella, pamiętnik sekretny, może nawet miłosny. Powiem wam, że od jakiegoś czasu zaczynam podejrzewać, że ma jakiegoś ukrytego wielbiciela". Udawał śmiertelną powagę, marszczył brwi, a Michele podjął jego grę, zrobił zatroskaną minę, powiedział, że tak, rzeczywiście, mamusia jest jakaś nieswoja i trzeba nad nią czuwać. Po czym wszyscy znów się roześmiali i podeszli mnie uściskać, nie wyłączając Mirelli. Riccardo ujął mnie za podbródek i zapytał czule: "Powiedz, o czym chcesz pisać w pamiętniku?". I wtedy się rozpłakałam, sama nie rozumiejąc, co mi się stało, poza tym, że czułam ogromne zmęczenie. Na widok moich łez Riccardo zbladł, objął mnie i zaczął przepraszać. "Żartowałem, mamciu, nie widzisz, że żartowałem? Przepraszam...". Następnie zwrócił się do siostry i powiedział, że to wszystko jak zawsze jej wina, na co Mirella wyszła z jadalni, trzaskając drzwiami.

Niedługo potem Riccardo poszedł spać i zostaliśmy sami. Michele zaczął mówić z całą serdecznością, że doskonale rozumie moją macierzyńską zazdrość, ale powinnam zacząć traktować Mirellę jak dużą dziewczynę, kobietę. Próbowałam mu wyjaśnić, że zupełnie nie o to chodzi, ale on kontynuował: "Ma dziewiętnaście lat, to normalne, że chce mieć coś tylko dla siebie, wrażenia, emocje, których nie chce dzielić z domownikami. Jakiś swój mały sekret". "A my? - odparłam. - Czy nie mamy prawa do naszych sekretów?". Michele wziął mnie za rękę, pogładził ją czule. "Och, moja droga - powiedział. - Jakie sekrety chciałabyś mieć w naszym wieku?". Gdyby wypowiedział te słowa buńczucznie czy żartobliwie, sprzeciwiłabym się, ale smutek w jego głosie sprawił, że krew odpłynęła mi z twarzy. Spojrzałam wokół, by się upewnić, że dzieci poszły już spać. Może i one uważały, że ta chwilowa słabość była wynikiem matczynej zazdrości. "Zbladłaś, mamusiu - zauważył Michele. - Przemęczasz się, za dużo pracujesz, naleję ci koniaku". Zerwałam się i odmówiłam. Nalegał. "Dziękuję - powiedziałam. - Nie chcę nic pić, już mi przeszło. Masz rację, może jestem trochę przemęczona, ale już mi dobrze". Objęłam go z uśmiechem, by go uspokoić. "Cała ty, natychmiast bierzesz się w garść - skomentował Michele miękko. - A więc koniak niepotrzebny". Zakłopotana unikałam jego wzroku. W barku, obok butelki koniaku, w starej puszce po herbatnikach ukryłam zeszyt.

27 grudnia

Przedwczoraj było Boże Narodzenie. W wigilię święta Riccardo i Mirella byli zaproszeni na bal do Caprellich, naszych starych znajomych, którzy przy tej okazji oficjalnie przedstawiali swoją córkę w towarzystwie. Moje dzieci przyjęły zaproszenie z radością, bo państwo Caprelli są bardzo zamożni i przyjęcia u nich są wystawne i eleganckie. Ja również cieszyłam się, że wychodzą, bo dzięki temu mogliśmy z Michelem zjeść obiad tylko we dwoje, jak w pierwszych miesiącach naszego małżeństwa. Mirellę ekscytowała myśl, że znów założy wieczorową suknię, którą sprawiliśmy jej w zeszłym roku na karnawał, a Riccardo, tak jak przed rokiem, miał wziąć smoking ojca. Specjalnie na ten wieczór kupiłam Mirelli lekki szal zdobiony złotymi kulkami, a Riccardowi wieczorową koszulę, z tych nowoczesnych, o miękkim kołnierzyku. Popołudnie spędziliśmy radośnie, bo wszyscy czworo obiecywaliśmy sobie udany wieczór. Mirella w swojej sukni była prześliczna; oczekiwanie zabawy starło jej z twarzy typową dla niej upartą i nieco kwaśną minę. Kiedy weszła do jadalni, by się nam pokazać, i okręciła się lekko, zasłaniając twarz szalem w niezwykłym dla niej odruchu nieśmiałości, jej ojciec i brat wydali głośne okrzyki podziwu, jakby zdumieni, że dostrzegli w córce i siostrze tak atrakcyjną dziewczynę. Ja również się uśmiechnęłam i byłam nawet dumna: już miałam jej powiedzieć, że chciałabym zawsze widzieć ją taką, radosną i pełną wdzięku, bo taka powinna być dziewczyna przed dwudziestką. Ale ugryzłam się w język, pomyślałam, że może ona właśnie taka jest, tyle że dla obcych, zupełnie inna od tej, którą znamy. I kiedy z niepokojem zaczęłam się zastanawiać, co w niej jest udawaniem, a co prawdą, zdałam sobie sprawę, że to nie ona jest dwulicowa, lecz różne są role, które musi odgrywać w domu i poza nim. I że nam prezentowana jest ta najbardziej niewdzięczna.

Zachęcony widokiem siostry Riccardo także poszedł się przebrać. Kilka minut później usłyszałam, jak woła mnie do swojego pokoju. Ton jego głosu wystarczył, bym się domyśliła, o co chodzi. Obawiałam się tego już od kilku dni, ale dopiero jego wołanie sprawiło, że sama przed sobą się przyznałam do wypieranego lęku. Riccardo wyrósł ze smokingu ojca, marynarka zrobiła się za ciasna w ramionach, rękawy stały się za krótkie. Mój syn stał na środku pokoju z bezradnym rozczarowaniem i całą swą postawą błagał mnie o cud. Smoking już w zeszłym roku był na niego przyciasny; śmialiśmy się z tego, mówiąc, że lepiej, by zanadto nie ściskał dziewczyn, bo mogą puścić szwy na plecach. Przez ten rok Riccardo jeszcze zmężniał i może nawet trochę urósł. Teraz patrzył na mnie z nadzieją, że kiedy się pojawię, wszystko cudownie się na nim ułoży, tak jak wtedy, kiedy był dzieckiem. Ja też bym tego chciała. Przez chwilę kusiło mnie nawet, by powiedzieć, że wygląda dobrze, i mieć nadzieję, że mi uwierzy, ale przyznałam szczerze: "To się nie uda". Potem przysunęłam się do niego, obmacując rękawy i klatkę piersiową, wyobrażając sobie błyskawiczne poprawki, których i tak nie byłabym w stanie dokonać. Riccardo z niepokojem podążał wzrokiem za moimi dłońmi, oczekując pozytywnej diagnozy. Powtórzyłam zniechęcona: "Nic się nie da zrobić".

Wróciliśmy do jadalni. Riccardo miał czerwone uszy i bladą twarz. "Z balu nici", oznajmił ze złością. Patrzył na siostrę, jakby miał ochotę porwać na niej sukienkę; w oczach miał wściekłość. Mirella, obawiając się, że nawet bunt z jej strony nie zapobiegnie tragedii, zapytała niepewnie: "Dlaczego?". Riccardo pokazał, że nie może zapiąć marynarki, a rękawy zanadto odsłaniają mankiety jego nowej koszuli. "Tato jest za wąski w barach", stwierdził nieuprzejmie.

Natychmiast przebiegliśmy wspólnie listę wszystkich krewnych i znajomych, którzy mogliby pożyczyć smoking. Zdałam sobie sprawę, że podświadomie zrobiłam to już dwa dni wcześniej i doszłam do wniosku, że chyba nikt z naszych znajomych nie ma już smokingu. Chwytając się resztek nadziei, zadzwoniliśmy do jednego z kuzynów, ale on sam potrzebował go na wieczór. W myślach mierzyliśmy i ważyliśmy wszystkich znajomych, kręcąc tylko głowami. Jeden z krewnych, do którego zadzwoniliśmy, odpowiedział niemal ze zdumieniem: "Smoking? Nie, nie mam, po co mi on?". Riccardo, odwieszając słuchawkę, powiedział z nerwowym śmiechem: "Znamy tylko biednych ludzi". Michele odbił piłeczkę: "Takich samych jak my". Riccardo, udając, że żartuje, podsunął: "Można by go wypożyczyć, prawda? Tak jak to robią statyści", na co Michele odparł: "Tego by jeszcze brakowało". Czułam, że myśli o fraku i spodniach, które miał na sobie w dniu naszego ślubu, a teraz wiszą w szafie zapakowane w biały pokrowiec. I na pewno wspominał też galowe mundury swojego ojca, emerytowanego oficera. "Tego by jeszcze brakowało", powtórzył surowo. Rozumiałam doskonale, co skłoniło Michelego do wypowiedzenia tych słów; ja również miałam wiele wspomnień, od których trudno się uwolnić, a mimo to uznałam, że powinnam przyznać rację Riccardowi i powiedzieć, że wypożyczenie smokingu to świetny pomysł. Czułam, że syn na mnie liczy, i chciałam go wesprzeć, ale ogarnięta jakąś zagadkową niepewnością, milczałam. Tymczasem córka nie spuszczała ze mnie wzroku, oznajmiłam więc stanowczo: "Mirella pójdzie sama". Michele chciał oponować, ale mówiłam dalej, nie oglądając się na nikogo: "Trzeba zacząć akceptować nowe okoliczności, jak brak smokingu i to, że dziewczyna idzie sama na bal, czego ja nie byłabym w stanie zrobić w moich czasach. We wszystkim jest jakaś korzyść. Michele, ty odprowadzisz Mirellę i wrócisz. We trójkę też nam będzie dobrze. Musisz się uzbroić w cierpliwość, Riccardo".

Syn nie powiedział ani słowa. Mirella uścisnęła mnie lekko, po czym, niepewna, jak odnieść się do brata, wyszła krokiem, który w zamierzeniu miał być dyskretny, ale przez szelest sukienki wyglądał butnie. Miałam nadzieję, że zanim usłyszę zamykające się drzwi, naprawdę zdarzy się cud i będę mogła podbiec do Riccarda ze śmiechem, jakbym dotąd odgrywała komedię. Widziałam siebie, jak wyjmuję z szafy nowy smoking, widziałam lśniące satynowe klapy. Kiedy drzwi zamknęły się za Mirellą, Riccardo zmarszczył lekko brwi, a ja powtórzyłam: "Musisz się uzbroić w cierpliwość".

Powiedziałam to pokornym tonem, jakbym miała za co przepraszać, i jednocześnie coś się we mnie buntowało, że użyłam tego tonu. Chciałabym obiecać Riccardowi, że kupimy mu smoking na raty, tak jak kupiliśmy Mirelli wieczorową suknię, ale męska odzież jest droższa, a poza tym chłopak nie musi szukać męża. Musiałam uznać, że nie mogę obciążać zbytkownym wydatkiem domowego budżetu. Przypomniałam sobie, jak Mirella i Riccardo byli całkiem mali i prosili o drogie zabawki; mówiłam wtedy, że bank nie ma więcej pieniędzy, wierzyli w to i poddawali się wobec tej przeszkody nie do pokonania. Ale teraz, gdy dorośli, nie mogę się uciekać do tego rodzaju podstępów.

Kiedy Michele wrócił i usiedliśmy do posiłku, wydawało mi się, że Riccardo patrzy na ojca inaczej niż zwykle. Jakby go oceniał. Kolacja była wyjątkowo dobra, a mimo to jedliśmy bez apetytu. Kupiłam suszone morele, które Michele bardzo lubi, ale kiedy podałam je na stół, nawet ich nie zauważył. Matowe i pomarszczone, wyglądały biednie i smutno.

Po kolacji usiedliśmy przy radiu. Nie odważyłam się wspomnieć o butelce musującego wina, którą zamierzałam otworzyć o północy; powstrzymywało mnie uparte milczenie Riccarda i jakaś twardość w jego spojrzeniu. Choć zazwyczaj jest łagodny i uprzejmy, ostatnio często widuję w jego oczach coś wrogiego i to mi się nie podoba. Dzieje się tak zawsze, gdy musi zostać w domu, bo skończyło mu się kieszonkowe, które Michele daje mu każdej soboty. Siedzi wtedy nadąsany przy radiu i słucha muzyki tanecznej albo przegląda czasopisma. W ten świąteczny wieczór po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że jego podły nastrój jest oskarżeniem przeciwko ojcu i mnie. Bo rzeczywiście czasami zdarza mu się mówić, że Michele, choć tyle lat przepracował w banku, nie jest biznesmenem, przez co daje do zrozumienia, że ojciec nie umiał się wzbogacić. Mówi to z ciepłym uśmiechem, jakby ta ojcowska niemoc była tylko dziwactwem lub jakąś pozostałością snobizmu. A jednak w jego tonie zawsze wyczuwam akcent protekcjonalności, jakby Riccardo łaskawie wybaczał ojcu, że ten uczynił go ofiarą swej życiowej nieporadności. To po prostu zawoalowany sposób, w jaki użala się nad samym sobą, przy zachowaniu pozorów, że rozgrzesza ojca.

Usiadłam obok Michelego i mocno ścisnęłam mu dłoń. Chciałam, byśmy w tym momencie byli razem. Riccardo słuchał radia z głową na oparciu fotela. Nie patrzył na nas. Znów przypomniałam sobie jego słowa: "Tata jest za wąski w barach". I słysząc te słowa ponownie - mój Boże, ledwo mam odwagę to wyznać, piszę w chwili irytacji, może potem wymażę te linijki - słysząc te słowa ponownie, muszę przyznać, że poczułam narastający gniew. Chciałam wstać, stanąć przed Riccardem, zaśmiać się sarkastycznie i powiedzieć: "Zobaczymy, jak daleko ty zajdziesz za dwadzieścia lat". Prawie nie znam dziewczyny, z którą godzinami rozmawia szeptem przez telefon, szczupłej blondynki o imieniu Marina, ale czułam, że w tym momencie myślał właśnie o niej, jak bierze ją pod rękę i razem wychodzą z domu. Wyobrażałam sobie, jak staję przed nią i ze śmiechem mówię: "No zobaczymy, zobaczymy". Przypomniałam sobie dzień, w którym oznajmiłam Michelemu, że poradzimy sobie bez niani, a on, nie patrząc na mnie, zgodził się i odparł, że dzieci są już duże. Riccardo miały wtedy pięć lat, Mirella trzy. Przypomniałam też sobie, jak później powiedziałam, że lepiej zwolnić też pomoc domową, i widząc jego niepewność, dodałam, że kobieta może rozpowiedzieć o naszych zakupach na czarnym rynku, a przecież to były czasy faszyzmu. Wreszcie, jak pewnego dnia, wróciwszy do domu, z radością uściskałam Michelego i powiedziałam, że udało mi się znaleźć pracę. Mogłam do niej pójść, bo dzieci były w gimnazjum i nie miałam już tylu zajęć domowych. "No zobaczymy", śmiałam się w myślach do Mariny, "zobaczymy", a jednocześnie ściskałam mocno kochaną dłoń Michelego.

później

Jest już druga w nocy, ale nie mogłam zasnąć i w końcu wstałam, żeby pisać. Wszystko przez ten zeszyt. Kiedyś szybko zapominałam o tym, co się wydarzyło w domu, ale odkąd robię te notatki, codzienne wydarzenia utrwalają się w mojej pamięci, a ja staram się zrozumieć ich przyczyny. Ukryta obecność tego zeszytu nadaje nowy smak mojemu życiu, to pewne, ale muszę uczciwie przyznać, że nie czyni mnie ani trochę szczęśliwszą. W życiu rodzinnym najlepiej udawać, że nie zauważa się tego, co się dzieje, a przynajmniej nie zastanawiać się nad wymową zdarzeń. Gdybym nie prowadziła tych zapisków, nie zapamiętałabym zachowania Riccarda w wieczór wigilijny. Teraz jednak nie mogłam nie zauważyć, że tamtego wieczoru między ojcem a synem zaszło coś nowego, chociaż na pozór nic się nie zmieniło i następnego dnia obaj byli wobec siebie tak samo serdeczni jak zwykle. Michele nie wrócił do rozmowy o smokingu, wyczuwam jednak, że choć rozumie zachowanie Riccarda, uważa go za niewdzięcznika. Ja z początku uważałam tak samo, jednak po czasie musiałam uczciwie przyznać, że chodzi o coś innego.

Po prostu nasze dzieci nie mogą już wierzyć w nas tak niezachwianie, jak my wierzyliśmy w naszych rodziców. Chciałam powiedzieć o tym Michelemu w wigilijny wieczór, ale nie potrafiłam ubrać splątanych myśli w słowa. Riccardo poszedł spać, czekaliśmy, aż Mirella wróci z balu. "Słuchaj, Michele - zaczęłam - pamiętasz, jak podczas wojny zabranialiśmy dzieciom opowiadać w szkole, że kupiliśmy buty bez talonów?". Zapytał obojętnie, dlaczego do tego wracam. Nie umiałam podać dokładnego powodu, ale kontynuowałam: "A kiedy przykazywaliśmy im, by się nie przyznawały, że słuchamy zagranicznych rozgłośni?". Chciałam mu wyjaśnić, jak było mi wtedy trudno karać Mirellę za to, że skłamała, nie pamiętam nawet, czego to dotyczyło. Była już wtedy niemal mojego wzrostu i kiedy do niej mówiłam, patrzyła mi prosto w oczy. Pomyślałam wówczas, że ja nigdy nie przyłapałam swojej matki na kłamstwie. Może i czyniło to matkę mniej ludzką w moich oczach, ale nie mogłam powiedzieć, że kiedykolwiek byłam jej wspólniczką w kłamstwie. Kiedy mój ojciec wracał do domu z kancelarii i patrzyłam, jak zdejmuje melonik i odkłada torbę adwokacką, nigdy nie myślałam, że nie umie wykorzystać sposobności darowanych mu przez życie i to dlatego nie jesteśmy bogaci. Wydawało mi się, że jest posiadaczem dóbr znacznie cenniejszych od materialnego bogactwa, a przede wszystkim nigdy nie kazał mi robić z niego jakiegokolwiek punktu odniesienia. Teraz jednak zdarza mi się, że nie znajduję w samej sobie tak wyraźnego, niezachwianego, jasno określonego modelu życia, który swoim przykładem wskazywali nam nasi rodzice i który byłby dla nas naturalną inspiracją. Innymi słowy, wątpię, czy wszystko, co posiadamy i co posiadali nasi rodzice przed nami - tradycje, rodowód, zasady moralne - utrzymuje niezależnie od okoliczności swoją wartość w konfrontacji z pieniądzem. Ale nawet jeśli wątpię, nie mogę się obejść bez wiary w moje dawne przekonania. Chciałabym tylko, aby Michele zrozumiał, że z powodu naszych wątpliwości Riccardo i Mirella mogą już tych przekonań nie podzielać.

1 stycznia 1951

Jest noc i tak cicho, jakbym była w domu sama. Michele śpi, ale odkąd zaczęłam prowadzić ten dziennik, zawsze się boję, że tylko udaje i czeka, by mnie złapać na gorącym uczynku. Piszę na kuchennym stole, obok położyłam kalendarz z wydatkami domowymi, żeby zakryć nim zeszyt na wypadek, gdyby Michele nagle wszedł do kuchni. Jeżeli przyłapałby mnie na oszustwie, byłby to koniec pełnej zaufania harmonii, na której opierał się nasz związek przez całe dwadzieścia dwa lata małżeństwa. Pewnie lepiej by było, gdybym przyznała się Michelemu do istnienia tego zeszytu i poprosiła, by go nie czytał. Gdybym jednak została przez niego przyłapana, już na zawsze podzieliłoby nas podejrzenie, że mam i może też wcześniej miałam przed nim nie wiadomo ile innych sekretów. To absurdalne, ale szczerze przyznaję, że gdyby Michele prowadził pamiętnik bez mojej wiedzy, poczułabym się urażona.

Jeszcze coś powstrzymuje mnie od wyjawienia, że prowadzę ten zeszyt - poczucie winy, że tracę czas na pisanie. Często narzekam, że mam zbyt wiele pracy, że jestem w tym domu jak niewolnica; że nie mam nawet kiedy usiąść i poczytać książki. To jest prawda, ale w pewnym sensie ta niewola stała się również moją siłą, aureolą mojego męczeństwa. Kiedy więc zdarza mi się półgodzinna drzemka, zanim Michele i dzieci wrócą na obiad, albo pozwalam sobie na spacer i oglądanie witryn sklepowych w drodze z pracy do domu, nigdy im o tym nie mówię. Jest we mnie lęk, że jeśli się przyznam do krótkiego nawet odpoczynku lub jakiejś innej przyjemności, stracę nimb bohaterki poświęcającej każdą minutę rodzinie. Tak, gdybym się do tego przyznała, nikt z moich bliskich nie pamiętałby już o niezliczonych godzinach spędzonych w biurze, w kuchni, na zakupach czy cerowaniu, a jedynie o krótkich chwilach spędzonych na czytaniu książki lub spacerze. Michele zawsze mi powtarza, bym pozwoliła sobie na odpoczynek, a Riccardo obiecuje, że gdy tylko zacznie zarabiać, zafunduje mi wakacje na Capri albo na Riwierze. A to, że dostrzegają moje zmęczenie, sprawia, że czują się zwolnieni z dalszej odpowiedzialności. Dlatego często mówią mi surowo: "Powinnaś odpocząć", jakby brak relaksu był moim kaprysem. A kończy się na tym, że gdy widzą, jak siadam z nimi i biorę do ręki gazetę, natychmiast pytają: "Mamo, skoro nie masz nic do roboty, to może zacerowałabyś mi podszewkę marynarki? A mogłabyś wyprasować moje spodnie?", i tak dalej.

Z czasem i mnie się to udzieliło. Kiedy mam dzień wolny w pracy, natychmiast oznajmiam w domu, że poświęcę go na niedokończone sprawy, bo już dawno planowałam je załatwić. Inaczej mówiąc, informuję wszystkich, że nie będę odpoczywać. Gdybym to zrobiła, ten krótki dzień nabrałby w oczach moich bliskich rozmiarów miesięcznego nieróbstwa. Wiele lat temu przyjaciółka zaprosiła mnie na tydzień do swojego wiejskiego domu w Toskanii. Do pociągu wsiadłam wyczerpana, ponieważ zorganizowałam wszystko tak, aby Michelemu i dzieciom niczego nie brakowało podczas mojej nieobecności. Kiedy wróciłam, czekało na mnie całe mnóstwo rzeczy do zrobienia, nagromadzonych podczas tych krótkich wakacji. A jednak nawet późną zimą, jeśli wspomniałam o swoim zmęczeniu, wszyscy mi przypominali, że przecież byłam na wakacjach i moje ciało powinno było z tego skorzystać. Jakby nie rozumieli, że tydzień odpoczynku w sierpniu nie zapobiegnie zmęczeniu w październiku. Jeśli czasami mówię "Nie czuję się dobrze", Michele i dzieci reagują krótkim, pełnym szacunku i niezręcznym milczeniem. Potem wstaję, wracam do robienia tego, co mam zrobić, i nikt się nie rusza, żeby mi pomóc, tylko Michele woła: "Cała ty, najpierw mówisz, że źle się czujesz, a potem nie usiedzisz spokojnie ani chwili". Po czym wracają do rozmowy, a dzieci przed wyjściem napominają mnie: "Odpocznij trochę, dobrze?", Riccardo kiwa mi groźnie palcem, jakby ostrzegał, żebym tylko nie próbowała wychodzić dla rozrywki z domu. Jedynie silna gorączka jest w stanie sprawić, że w naszej rodzinie wierzy się w czyjąś chorobę. Michele się niepokoi, a dzieci przynoszą mi oranżadę. Tylko że rzadko miewam gorączkę, właściwie to prawie nigdy. Za to zawsze jestem zmęczona, ale w to nikt nie wierzy. Jednak mój wewnętrzny spokój rodzi się właśnie ze zmęczenia, które odczuwam, leżąc nocą w łóżku. Znajduję w nim rodzaj szczęścia, koi mnie on i w nim zasypiam. I chyba powinnam się do tego przyznać sama przed sobą, że kto wie, czy determinacja, z jaką bronię się przed odpoczynkiem, nie jest po prostu strachem przed utratą tego jedynego źródła szczęścia, jakim jest zmęczenie.