Frombork zamarł w drętwej ciszy.
Rzeczy ziemskie spoczęły na swoich miejscach, jakby już nigdy nie miały się zmieniać, jakby ktoś je zamknął w pudle stałości i wieczności.
Chmury, jeszcze o brzasku żwawo sunące, już nie tańczą z północnymi wiatrami, już stapiają się z mgłą.
Jesień, jak to głosi porzekadło, nie zrodzi tego, czego wiosna nie zasiała. A wiosna będzie bezpłodna bez jesiennych zabiegów. Co miało spocząć w ziemi, już tam tkwi dzięki twardym chłopskim dłoniom.
Po zasiewach przyszła kolej na wykopanie rzepy, zbiór kapusty czy podebranie miodu z barci wydrążonych w dębach, bukach, sosnach, grabach i lipach. A potem włościanie - jak co roku - uiścili daniny i czynsze warmińskiej kapitule, uczcili też Wszystkich Świętych i odbyli cmentarne rytuały.
Żywi odwiedzają zmarłych.
Na grobach pełno okruszyn chleba, nieżyjący krewni mają czym się pożywić. Do tronu Bożego wzlatują prośby, błagania i inne modły.
Powłoki ciała lichsze są niż nieśmiertelne dusze, te szukające pociechy, te strzegące świtu, by rozproszył nocne lęki, te pilnujące odmawiania pacierza, te odganiające kwaśną melancholię, te ratujące wiarę ludzi w aniołów stróżów i te otulające swoim tchnieniem...
Zmarli odwiedzają żyjących.
Przez cały listopad trwa pełna mobilizacja duchów. Dobrych i złych, błogosławionych i upiornych, tych spragnionych światłości wiekuistej i tych wodzących na pokuszenie i ku zatraceniu. Nagły psi skowyt albo nieuzasadnione chrobotanie kołatek, wędrujące zydle bądź otwierające się ni stąd, ni zowąd drzwiczki szafek czy buty zmieniające swoje miejsce - to wszystko mogą być oznaki innej, tajemnej rzeczywistości.
Zimno. Ciepło, cieplej, gorąco... Gorączka dnia.
Mikołaj Kopernik, trochę jeszcze osłabiony, dręczony przez ból kości i uporczywy kaszel, odmówił niedawno modlitwy brewiarzowe, a teraz leży przykryty aż pod brodę puchową kołdrą, rozmyślając o różnych sprawach i popatrując w okno na rozkręcający się dzień.
W izbie sypialnej pachnie miętą i octem, oparami ukrzepiającymi zdrowie.
Kanonik zastanawia się, czy wydobrzeje na zbliżające się generalne posiedzenie kapituły warmińskiej1. Bracia kanonicy liczą przecież na jego pomoc przy redagowaniu dokumentów, choć ma on już na karku prawie sześćdziesiąt dziewięć wiosen, wszak sędziwy to wiek.
Ostatnio niezbyt na siebie uważał, pędząc byle jak ubrany do chorych w Szpitalu św. Ducha. No i stało się, zachorował. Tuż po Zaduszkach zmorzyła go niemoc. Wysoka gorączka i ból głowy. Leżał plackiem przez trzy dni, ale dziś czuje się dużo lepiej; najwidoczniej pomogła ruta gotowana z octem. Jednakże i tego ranka nie poszedł do katedry chwalić Boga za nowy dzień. A tu zima za progiem. Jak on przeżyje te okrutne warmińskie mrozy?!
Budynki, ogrody, pola uprawne i łąki pokryła nocą warstewka szronu. Jakie są prognozy? Pijawki, które hoduje w słoju Wojciech Szebulski - sługa uniżony, silny jeszcze, nadal inteligentny, zawsze morowy chłop - przewidują nagłe opady śniegu.
Astronom odwraca wzrok od okna i wbija go w książkę leżącą na stoliczku.
Myśli biegną ku dwoistej naturze człowieka i ku nauce Paracelsusa o ciele widzialnym i ciele niewidzialnym. Czy to sprzeczność jedności, czy jedność sprzeczności, czy może jednak absolutne rozszczepienie? Życie, śmierć...
Makrobiusz, wyznawca neoplatonizmu, kontynuator myśli Pitagorasa i Plotyna, pisał: z Boga powstaje umysł, z umysłu zaś dusza; to ona stwarza wszystkie dalsze rzeczy i napełnia je życiem. Czyż nie miał racji? Ten rzymski pisarz i filozof przełomu IV i V wieku tak podsumował ludzką łączliwość z Bogiem, ów sznur, który ciągnie się od Niego po najniższą formę istnienia:
"Jako że wszystkie rzeczy tworzą ciągłe następstwo, wyradzając się po kolei aż do najniższej, uważny obserwator spostrzeże, iż poszczególne części, od Boga Najwyższego po ostatnie ochłapy rzeczy, są ze sobą wzajemnie i nieprzerwanie połączone. Jest to złoty łańcuch Homera, któremu Bóg, jak powiada, nakazał wisieć z nieba do ziemi".
Astralny sznur od Boga do ludzi - myśli Kopernik. - Człowiek musi się tego powroza mocno trzymać. I wspinać się, wspinać...
Plum, plum, plum, ze strzechy kapią krople z roztopionych igiełek i piórek lodu.
Woda... Wszystkim daje życie, niektórym zaś zgubę... Morza, rzeki, bagna wsysają w swoją głębię nie tylko zuchwałych, głupich, choć nieraz zaprawionych obieżyświatów, ale także roztropnych rybaków, doświadczonych podróżników oraz sprawne załogi karak, galeonów i karawel krążących między setką europejskich portów. Woda, żywioł piękny i groźny...
Mikołaj rzuca okiem na korony drzew w ogrodzie. Nie ma ich. Rozmyły się niczym widma.
Zalew Fryski pewnie tonie we mgle - fromborski uczony oddaje się urokom wyobraźni, ale obraz ten umyka jak spłoszony zając. Nagle sypialnię wypełniają dalekie krzyki i przeciągłe wycie Rufusa, nowego psa w Kopernikowej kanonii, rudowłosego, przypominającego lisa (staruszka Lupusa wiele miesięcy temu pogrzebano pod lasem).
- Cóż to się dzieje, na Boga? - mruczy doktor pod nosem.
Wyciągnąwszy spod puchu owinięte onucami stopy, kanonik spuszcza je na drewnianą podłogę i siada na łóżku. Ma na sobie trochę już przepoconą długą płócienną koszulę i gacie wiązane na łydkach. Wzdryga się, odczuwając lekki chłód. Ogień w piecu kaflowym już wygasł, Hieronim Junger nie pofatygował się zadbać o podsycanie go; famulusa musiało zająć coś ważnego. Doktor Kopernik szybko sięga po wełniany pled leżący na krześle i wstawszy, okrywa się nim. Ostrożnie stawiając kroki, przechodzi szybko do gabinetu, skąd ma widok na podwórze.
A tam scena jakby prosto z rzewnej skandynawskiej sagi, zarówno chwytająca za serce, jak i niepokojąca.
Na ziemi pół klęczy, pół siedzi Ida, która raz wyje jak wilk, raz lamentuje niczym pogrzebowa płaczka. Kołysze się, jakby ugniatała ciasto. Dłonie w szarych filcowych jednopalczastych rękawicach uderzają raz po raz w ziemię, ale w ruchu tym nie ma ani krzty żywotności. Brunatnoruda futrzana szuba z przecinanymi rękawami tworzy na białej trawie porozrywany magiczny krąg. Kaptur, zsunięty na kark, odsłania jasny czepiec zdobiony falbankami.
- W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego - szepcze do siebie astronom i czyni znak krzyża. - Niech miłosierdzie Boże trzyma nad nami pieczę.
Obok rozpaczającej dwudziestoośmioletniej dochodzącej dziewki stoi służba Kopernika: Wojciech, ów towarzysz wielu podróży, równie stary jak Mikołaj, i czterdziestoparoletni Hieronim, i kucharka Helga Wax, góralka, która po latach swej niedoli odnalazła astronoma na Warmii. Z niedalekiej przestrzeni spowitej lekką mgłą nadciąga też stróż Jakub nazywany Wichrem, rówieśnik młodszego sługi Kopernika (stary dozorca katedralny Emeryk pożegnał się z tym światem miesiąc temu). Biegnie też wracająca z targu Irmina, niemal sześćdziesięcioletnia kucharka prepozyta Płotowskiego, przełożonego kapituły, i Roch. Kiedyś nosił przydomek Mały Roch, ale pewnego ranka oznajmił wszem wobec, że mały już nie jest, jeśli więc ktoś chce coś dodawać do jego imienia, niech wstawia słowo "duży". Istotnie, jest już wyższy od wszystkich mieszkańców wzgórza katedralnego.
Astronom niemal słyszy ciężkie sapanie nadbiegających.
I czuje szloch Idy.
O pień nagiej lipy, wychodzącej z powietrznego mleka, wspiera się sąsiadka płaczącej kobiety, Malwina. To żona Dargila - syna wdowy Jeske, której swego czasu Kopernik pomagał otrząsnąć się z melancholii po utonięciu jej męża w Bałtyku - młodziutka, wyglądająca niemal jak dziecko i chuda niczym szczebel drabiny, sztywna i nieruchoma jak głaz, z martwym wyrazem oczu. Aura smutku roztacza się wokół jej sylwetki. Wielu wołało na nią Pietrucha, bo zachwycała się wszystkim, co zielone. Dziś już tak się nie zachowuje. Wiosną tego roku, gdy robiła pranie, do jej chałupy niepostrzeżenie wpadł wieprz, który przewrócił kołyskę ze śpiącą córeczką. Malwina za późno weszła do izby, maleńka Adelajda udusiła się w zwojach; Dargil usychał z żalu przez miesiąc, nic nie robiąc, niemal nie jedząc i nie pijąc; potem stanął na nogi, ale Pietrucha zamilkła na zawsze. Kopernik próbował przegnać tę jej niemoc. Nie zdołał. Czy dziewczynie pomoże czas? Fromborska Matka Boża? Kolejne dziecko? Dargil i Pietrucha są bardzo młodzi, wiele jeszcze przed nimi. Doktor co jakiś czas pyta Helgę o Malwinę, ale wieści zawsze są te same. Pewno do końca życia nie usłyszy, że dziewczyna wyrzekła choć słowo.
Mikołaj wraca do sypialni i pospiesznie się ubiera.
Trza być w butach na weselu i pogrzebie.
Dudnienie kroków na schodach. Skrzypienie zawiasów. Bez pukania.
Wpada Helga. Zziajana, z wymalowanym na twarzy nieszczęściem i strachem.
Takie nagłe wtargnięcie jest niedopuszczalne! Przecież wielebny mógłby się właśnie opróżniać do nocnika. Kanonik powinien zrugać kucharkę, ale myśl o zdzieleniu służki ostrym słowem szybko umyka w nieokreślone przestworza.
- O Boże wielki, Matulo Jerozolimska! - zawodzi na pierwszym wydechu góralka. - Mości proboscu, sakramenckie zło! Trąby jerychońskie zaduły! - Helga przykłada dłonie do piersi. - Dziecko przepadło! Synuś Idy. Jak kamień w wodę. O Jerozolima!
- Jakże to? Gdzie? Porwany? - Kanonik marszczy czoło i siada ciężko na łóżku.
Helga tłumaczy, ale słuchaczem wstrząsa atak kaszlu, nie rozumie niczego, prosi o powtórzenie. Kucharka wywraca oczami, ale kiwa głową i relacjonuje.
Dziś od brzasku Ida była w obejściu zupełnie sama. Z synkiem. Maluśkim, co to dopiero na świat przyszedł. Nakarmiła go, maścią wysmarowała, bo coś mu w piersiach chlupało, a potem przed chałupą drwa rąbała i rąbała, aż w końcu z polanami na ręku wróciła. Dziecko cichutko spało. Tak myślała. Dołożyła do pieca, przegryzła kawałek zakalca i podeszła do kołyski. A tam - pusto, puściutko. Ida jak słup soli. Ciało zastygło, a dusza miotała się niczym niedźwiedzica w klatce. Po chwili wszystkie myśli umilkły, wybuchła śmiertelna cisza.
- Mało jej serce nie stanęło albo ziober nie połamało!
- Nie dziwię się, ale co dalej? - pyta gospodarz.
I dalej szukała, oszołomiona, bezmyślna, zrozpaczona, szukała nawet tam, gdzie dziecka, szczelnie owiniętego, skrępowanego, być nie mogło. Maleństwa nie było ani za kołyską, ani pod łóżkiem, ani w miednicy, ani nigdzie. Ida wypadła z chałupy, rozejrzała się wokół. Pusto, cicho. Na podwórku żadnych obcych śladów. Kto porwał dziecko? Demony - nie ma innej możliwości! Kobieta rozkrzyczała się tak, że ten wrzask musiał być słyszany w całym Fromborku, a może i w Tolkmicku.
- Dziękuję, Helgo, możesz odejść, muszę to w głowie przetrawić.
- Jakże to być może, mości doktorze? Przez drzwi nikt nie wszedł - tłumaczy Wojciech stojący w gabinecie Kopernika - bo obok siekiera wte i wewte latała. A drzwi jeno jedne w chałupie. Ida przecie obcego by uwidziała. Dwa wyglądki w całości już deskami zabite, bo ziąb na dworze od dawna. Insze dziury też pozatykane mchem i wiórami. A tu rzecz niepojęta, dziecko znika! Ot tak, na pstryk. Wokół chałupy ino ślady Idy żem widział. Czary to jakieś, wielebny? Nijak wyrozumieć tego nie mogę.
- Szukać trza, ino prędko, ucony proboscu, Ida od zmysłów odchodzi. Ludzi trza wysłać na przeszpiegi, o Jerozolima! - Helga przestępuje z nogi na nogę.
- Kobieto, kobieto, uspokój nerwy, tu trzeba sporo pomyślunku - mówi gospodarz. - Wezwijcie mi tu zaraz Hieronima i Annę...
Nastaje ponure milczenie. Służebni dziwnie popatrują na siebie. Czyżby Kopernikowi od tej choroby w głowie się pomieszało i zapomniał, że Anny Schilling w kanonii już nie ma?!
Nagle astronom orientuje się w sytuacji, zagryza wargi, próbując się uśmiechać, widać, że jest zakłopotany. Ruchami dłoni w powietrzu wykreśla poprzednie słowa i prosi o przywołanie Hieronima.
- Boże wielki! Tu nie kowala trza, ino biskupa jakiego. Trza szatana przepędzić. - Helga wznosi ręce. - Jam pewna, że zaklęcie kto jakie rzucił. A może to kauk jakisi czy inszy czort wzion sobie dziecinę? Bo jako?
- Bzdur nie gadajcie. Helgo, rób swoje, idź po Hieronima.
Szebulski drapie się po siwej głowie i zdaje się mówić do siebie matowym głosem:
- Przecie trop by jaki został... A ta mgła wcale szukania nie ułatwia... Nie wiem, ja nie wiem, niedocieczone to sprawy są...
- Wojciechu, a na pewno tyś dobrze wszystko sprawdził? Bo jeśli dobrze, to bardzo jest źle. - W głowie doktora Mikołaja szaleją bure myśli, najgorsze przypuszczenia, ale z niczym się nie zdradza.
Sługa kręci głową i wzrusza ramionami.
- Kochany doktorze, może wzrok mój nie tak już ostry, ale dam sobie oczy wydłubać... Jednego żem pewien, nikogo obcego tam być nie mogło.
- I to jest najgorsze.
- A czemuż to? - Zafrasowany famulus marszczy czoło.
Kopernik bije się z myślami, nie wie, czy wyjawić słudze swoje podejrzenia, ale musi coś powiedzieć.
- A jakże Ida się czuje?
- Teraz już lepiej. Gorzałką Helga ją napoiła.
- Aha... no dobrze... A jak się ostatnio Ida zachowywała? Kiedy powiła i potem...
- Smutne jej życie. Bez chłopa. Ale to silna baba, jakoś sobie radziła. Do dziś. W zeszłym tygodniu tu była, z Helgą gwarzyły, panią Annę wspominały... A czemu doktor o to pyta?
- Ciekawość to cnota uczonego męża.
Słychać mocne kroki na schodach.
Mikołaj próbuje wczuć się w sytuację Idy. Wie, że jedno dziecko już straciła, poroniła, Bóg tak chciał. A na dodatek od paru miesięcy jest wdową, Igor utonął podczas sztormu razem z kilkoma rybakami. Zostawił ją z brzuchem, Ida została więc przy jego rodzicach. A ci ponoć teraz do Gdańska wyjechali. Samiusieńka w tym nieszczęściu. Oj, za dużo tego na jej młodą głowę. Czy na pewno tak dobrze się trzyma, jak mówi Wojciech?
- Jam jest - melduje się Hieronim.
- Usiądźmy, panowie. - Kopernik wskazuje ręką ławę. - Musimy sprawę dogłębnie rozważyć. Ad rem. Trzy możliwości mamy, primo: Wojciech mija się z prawdą, secundo: Ida kłamie, tertio: Helga ma rację.
Służebni wytrzeszczają oczy ze zdumienia.
- Ja... - Głos starszego sługi drży i urywa się.
- Wojciech mija się z prawdą, co nie znaczy, że kłamie. Po prostu oględziny domu i zagrody niezbyt dokładnie mógł przeprowadzić. Być może trzeba będzie jeszcze raz drobiazgowo wszystko w środku i na zewnątrz obejrzeć. Pójdziecie tam razem, i to niebawem. A tymczasem zakładamy, że Helga się nie myli, więc to sprawka sił nieczystych...
- Czyli że to duch jaki malca porwał, tak? - dedukuje Wojciech, a Hieronim patrzy na niego niedowierzająco. - Bo tylko duch się przeciśnie przez szpary w wyglądkach. A zresztą duch szpar żadnych nie potrzebuje.
- Niech Wojciech zabobonów nie szerzy - ruga sługę Mikołaj. - Ileż to razy już wam mówiłem, że wierzę jedynie w oddziaływanie duchów poprzez umysł człowieka! I w takim rozumieniu sprawka złego ducha to być może. A ten mógł poprzez głowę Idy zadziałać, zatem takoż samo może w przyszłości zwieść lud Frauenburga.
- Kochany Mikołaju, a gadajcież wy nam po ludzku. - Ton głosu Wojciecha jest wypełniony rezygnacją. - Jam przecie nie Retyk, a ten tu Niemiec to nie żaden Giese ani inny uczony w Piśmie. My ludzie prości. Wyrozumieć nie możem, o jakie zwidy we Frauenburgu tu chodzi.
- Tego nam jeszcze w Kobietogrodzie brakowało - wyjaśnia wzburzony astronom - żeby jego mieszkańcy czarownickie sprawy uznali za zniknięcia przyczynę! Niebożę znika bez żadnego sensownego wytłumaczenia, wiecie, co to znaczy? Czujecie, jakie to może skutki przynieść? Od razu ludziska znajdą sobie jakiego kozła ofiarnego i go ukatrupią. A do tego dopuścić nie możemy. Zatem jakąś naturalną przyczynę tego wypadku znaleźć musimy. I tu mój umysł serce me do pośpiechu popędza. Aż boję się wam wyjawić, co myślę. Ale nie czas na sentymenty. Do rzeczy: Ida może kłamać. Może to ona zabiła dziecko i gdzie je ukryła.
- Nie może tak być! - obrusza się Wojciech. - Poczciwa to niewiasta! A jakże się cieszyła, kiedym kołyskę dla Zybusia wyrychtował.
- Niezbadane są drogi Opatrzności i ludzkiej przewrotności. Wiem ja, że Ida wspaniałą dziewką była, znam ją przecie nie od dziś, ale jako znawca ludzkich ciał i dusz wiem też, co nieszczęście z umysłem potrafi wyczynić. Tego tropu porzucić nie możemy, ale wprzódy wszelki inny poszlak sprawdzić nam trzeba.
- Co nam zatem czynić, panie? - Hieronim już jest gotowy do działania.
- Pójdziecie razem do chaty Idy i do każdej mysiej dziury zajrzycie. Więcej moich instrukcji wam nie trzeba. Ufam wam i w spryt wasz wierzę. Pośpiech bywa złym doradcą, ale w takich przypadkach jest konieczny, przeto nie zwlekajcie.
Ruszają, jakby Helios z bata trzasnął.
Mija godzina myśli i emocji. Słudzy składają Kopernikowi relację z przeszukania.
Wojciech obszedł domostwo teściów Idy, nie zauważył żadnych ludzkich śladów, dokładnie, z widłami w rękach, sprawdził wszystkie zabudowania gospodarcze, odgarniając z klepisk ściółkę, siano, słomę. Tym razem oględzin dokonywał pod kątem możliwego miejsca zakopania zwłok. Niczego podejrzanego nie znalazł. Hieronim sumiennie sprawdził izbę i boczne komórki. I nic. Potem wziął się do paleniska, wygarnął popiół i pogrzebał w nim, szukając kości. Też nic. W końcu wybiegł na podwórko, chwycił za pierwszy lepszy drąg i zaczął nim obijać wszystkie deski w powale. Jedna z nich - ta nad kredensem - była obluzowana.
- Człek przejdzie? - dopytuje astronom.
- Jeno dziecko małe. Ale wtedy ślady jakie wokół zagrody musiałyby zostać, prawda? - Junger drapie się po łysej głowie. - A tu nic.
- No to ja nie znajduję wyjaśnienia... - mówi z rezygnacją w głosie Mikołaj. - A może to jaki drapieżnik...
- A niby jaki? - dziwi się Hieronim. - Niedźwiedź się nie przeciśnie, wilk się nie wdrapie, a kuna za mała.
Kopernik marszczy czoło, chwilę myśli, po czym wydaje polecenia.
Huk zamykanych drzwi jeszcze przez chwilę pobrzmiewa echem w jego mózgu.
Znowu jest sam.
Oby się tylko dziecko znalazło! - rozmyśla. - Daj Boże! Bo jeśli nie, to niech Pan Bóg broni. Wtedy mogą się rozewrzeć wrota piekieł i polowanie na czarownice się rozpocznie. Oby tylko prepozyt za ściągnięciem jakiego inkwizytora nie optował! Albo żeby do jakiego linczu nie doszło! Srogie te nasze czasy, oskarżeniami zagrożone... Ale zawierzmy jednak Opatrzności, cuda się przecież zdarzają.
Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po stronie narwańców - tak myśli wielu ludzi. Opatrzność Opatrznością, ale niektórzy sądzą, że należy Jej pomóc. Trudno o roztropne sądy, gdy wiara splata się z przesądami, zabobonami, gusłami i magią ludową. Zadaniem uczonego kanonika jest prostować te wykoślawione ścieżki wierzeń, chlapać wodą święconą na pogańskie iskry, nie dopuścić do samosądów. Od wymierzania sprawiedliwości w sprawach dotyczących wiary jest sakrament pokuty i Sąd Ostateczny.
- Boże miłosierny, jak coś pójdzie nie tak, parafianie w pierwszej kolejności Runę spalą, a potem i Hanike... - szepcze do siebie.
Czuje niepokój, polubił bowiem obie, mimo ich pruskich zwyczajów, kobiety to miłe, usłużne, nawet rzec można inteligentne. Niestety, czasem wystarczy jedno krzywe spojrzenie, jedna witka zazdrości, półsłówko - i rodzi się skandal religijny. Ziemię na środku rynku przekłuwa gruby pal, a pod nim rośnie stos drewna.
W Polsce lat czterdziestych XVI wieku nikt, nawet Mikołaj, nie ma pojęcia, że gorsze czasy dopiero przyjdą i będą już najeżone tysiącami zarzutów i setkami procesów. Wielu powołanych przed sąd spłonie w ogniu. Stosy, na których palono ludzi żywcem - znane już w starożytności - będą płonąć aż do XIX wieku.
Zdecydowaną walkę z magią Kościół katolicki prowadzi od początku swego istnienia. Ongiś wspierali go w niej pierwsi władcy chrześcijańscy. Do XIII wieku magię uważano za zabobon, a nie za kacerstwo. Za czarownicę mogła zostać uznana miejscowa zielarka, której nie udało się kogoś wyleczyć, czy ktoś żyjący samotnie na uboczu. Stara baba, ale i młoda dziewczyna. Kary dla czarowników były wówczas bezkrwawe: ekskomunika i anatema, czyli uroczysta klątwa kościelna. Z czasem wyroki stawały się coraz surowsze.
Od zarania świata ludzie bali się tych, których nie rozumieli. Ale - o dziwo - mimo swojego lęku czasem korzystali z pomocy wieszczek i czarownic. Wystarczy wspomnieć pierwszego izraelskiego króla, Saula, żyjącego w XI wieku przed naszą erą, który najpierw kazał je wymordować, ale gdy państwo było zagrożone, szukał rozwiązania u czarownicy i nekromantki. Oto często widziane dwa oblicza władzy.
Po latach mediewiści i badacze epoki nowożytnej dojdą do wniosku, że masowe "polowania na czarownice" rozpoczęły się w okresie pontyfikatu papieża Jana XXII2, na początku XIV stulecia.
Ów papież obawiał się najpierw otrucia, potem ciężkiej choroby i pozbawienia życia za pomocą figurki woskowej (po jej przekłuciu czy stopieniu), stworzonej jakimś diabelskim sposobem. Jego mania prześladowcza doprowadziła do śmierci biskupa, lekarza, cyrulika i kilku kleryków - po torturach przyznali się do nekromancji, geomancji3 i posługiwania się magicznymi lustrami. Spłonęli. A inkwizytorzy mogli odtąd przepisy dotyczące postępowania wobec heretyków stosować również względem osób podejrzanych o czary. W 1326 roku Jan XXII wydał bullę (urzędowy dokument papieski) o tytule Super illius specula, co znaczy Na wysokościach Tego - strategiczny dokument w historii czarownictwa i procesów o czary. Napisał w nim znamienne zdanie:
"Wielu jest chrześcijan jedynie z nazwy, którzy, porzuciwszy pierwotne światło prawdy, zaślepieni zostali taką mgłą błędu, że wstępują w przymierze ze śmiercią oraz czynią pakty z piekłem".
Bulla zmieniła postawę Kościoła wobec magii. To, co od X wieku uznawano za kłamstwo, wytwory śniącego umysłu czy demoniczną iluzję, niemającą żadnego wpływu na rzeczywistość, papież uznał za rzeczywistość.
Swego czasu na Warmii głośno było o pierwszych polowaniach na czarownice, mających miejsce po 1430 roku w pobliżu Jeziora Genewskiego. I nie tylko. Za młodu Kopernik usłyszał od wuja, biskupa Łukasza Watzenrode, niejedną tego typu historię.
O pierwszym znanym procesie o herezję i czary, który miał miejsce w 1245 roku w Langwedocji. O procesach wytaczanych teologom podejrzewanym o błędną doktrynę, choćby tym z zakonnikiem Mistrzem Eckhartem w roli głównej. O procesach tych, którzy próbowali leczyć ludzi. O procesach tych, którzy interpretowali wiarę na własny sposób i chcieli porządkować Kościół wedle swoich zamysłów. O paryskich wydarzeniach z lipca 1372 roku, kiedy oprócz rękopisów, rozprowadzanych przez pewną grupę propagującą życie w ubóstwie, spalono na stosie także jej przywódczynię.
Nie miało znaczenia, czy obwiniający byli ludźmi wykształconymi czy nie. Przez setki lat wśród ludu wszystkich stanów znajdowali się tacy, którzy nie wierzyli, że zrujnowane zdrowie, niemoc spłodzenia dziecka, niepożądane zjawiska przyrody i plagi szkodników to nie sprawki wiedźm bądź szatana. A z drugiej strony - magiczne praktyki ustawicznie krzyżowały się i krzyżować będą z praktykami religijnymi.
W Rzeczypospolitej też tak jest. Lud robi swoje, a tu i ówdzie toczą się procesy4.
Pierwsza wzmianka o karze śmierci za czarostwo (poprzez spalenie na stosie) na polskich ziemiach pochodzi z 1476 roku z Poznania, był to wyrok dla Doroty z Zakrzewa, ale do egzekucji nie doszło. Z kolei w 1511 roku w należącym do poznańskiej kapituły katedralnej mieście Chwaliszewo5 władze świeckie skazały na śmierć w ogniu kobietę podejrzewaną o zniszczenie czarami sześciu warzelni piwa.
Za życia Kopernika procesy o czary toczyły się już niemal w całej Europie - we Francji, w Niderlandach, w Alpach, nad Renem, w północnych Włoszech i w Polsce. Nie było w Rzeczypospolitej wykształconego człowieka, który by nie słyszał o bezwzględnym Hiszpanie, dominikaninie Tomásie de Torquemadzie6, gorliwym zwolenniku ortodoksji w Kościele, przewodniczącym najwyższego trybunału inkwizycyjnego w hiszpańskich królestwach, działającym pod koniec XV wieku. Ów sprawił, że na stosach zginęły tysiące ludzi. Na warmińskiej ziemi słyszano oczywiście również o niemieckim dominikaninie, inkwizytorze Heinrichu Kramerze i jego traktacie Młot na czarownice - słynnym dziele, wydanym w 1487 roku, przyjętym bardzo przychylnie przez uczonych i wpływowe osoby (choć w Krakowie wydrukowanym dopiero w 1614 roku). Autor twierdził w nim, że kobiety mają szczególne skłonności do ulegania złu i to właśnie przez płeć żeńską diabeł przenika do męskiego społeczeństwa.
Mają szczególne skłonności do poddawania się diabłu...
Setki lat później Jacek Wijaczka uzna, że powtarzanie podobnych słów nie było przypadkowe w owym traktacie, Kramer najwyraźniej nie lubił kobiet, zresztą tytuł też swoje mówił. Ów profesor nauk humanistycznych tak się wypowie o autorze Młota:
"Głównym celem Kramera było doprowadzenie do tego, aby przestępstwo czarostwa sądzone było przez sądy świeckie, a nie jak dotychczas przez inkwizytorów. W odróżnieniu choćby od inkwizycji hiszpańskiej, aby czarostwo traktować jako herezję i próbować nawrócić grzeszników, Kramer sądził, że czarostwo trzeba traktować jako "przestępstwo mieszane" i skazywać takich przestępców na nieuchronną karę śmierci. Uważał w związku z tym, że inkwizytorom powinno się odebrać możliwość prowadzenia takich spraw, gdyż z własnego doświadczenia wiedział, że niektórzy z nich próbowali ratować osoby oskarżone o czarostwo. Rozpoczęcie postępowania sądowego nie powinno już więcej zaczynać się od skargi (accusatio - czyli procesu oskarżycielskiego), lecz miała odtąd wystarczyć zwykła plotka, pogłoska (fama), a wtedy sędzia z urzędu (ex officio) powinien wszcząć postępowanie. Kramer aprobował stosowanie tortur, aby uzyskać od osoby oskarżonej "dobrowolne" przyznanie się do winy. Odmawiał też rzekomym czarownicom prawa do pomocy prawnej".
Ogień nie wybiera. Pali wszystko i wszystkich na swojej drodze.
Mikołaj pamięta, że w maju 1539 roku dotarły do Fromborka wieści o wydarzeniach z 19 kwietnia, kiedy to w Krakowie spalono na stosie więzioną już od dziesięciu lat Katarzynę Weiglową, wdowę po Melchiorze Weiglu, krakowskim kupcu i złotniku. Czym zawiniła? Ponoć porzuciła wiarę chrześcijańską, przechodząc na judaizm. Twierdziła, że Trójca Święta nie istnieje, że Jezus Chrystus nie jest Synem Bożym, że jest tylko jeden Bóg jedyny, który stworzył wszystko, co widzimy i czego nie widzimy, i który nie może być ogarniony żadnym ludzkim rozumem, ale ludzie i wszystkie rzeczy na świecie pełne są Jego dobrodziejstw. Nie wyrzekła się "błędów wiary żydowskiej". Krakowscy duchowni pod przywództwem biskupa Gamrata uznali ją za heretyczkę.
A przecież tak radykalne rozwiązanie było zupełnie niepotrzebne - myśli Mikołaj. - Na co komu śmierć staruszki?! Pewnie można było ją ocalić, na przykład diagnozując zatrucie sporyszem bądź chory umysł. Jednakże medycy obawiali się postawienia im zarzutów o współudział.
Prześladowania rzekomych czarownic trwały, trwają i będą trwać całe wieki. Po śmierci Kopernika nasilą się jeszcze w wyniku starcia ruchów reformacyjnych i kontrreformacyjnych. Nastroje w kraju będą się zbliżać do tych panujących w Europie Zachodniej, do owych niezłomnych, nieposkromionych ortodoksji, sprzęgniętych ze skrajną dewocją prowadzącą nieraz do krwawych samosądów.
Oprócz ludzi sądzono też rzeczy martwe.
Wuj Łukasz opowiadał Mikołajowi o rzucanych w ogień zwierciadłach, obrazach, instrumentach muzycznych, maskach karnawałowych "psujących moralność". Ogniska z płonącymi przedmiotami nazywano stosami próżności. Jeden z takich stosów zapłonął w 1453 roku na wrocławskim placu Solnym z inicjatywy mieszkańców miasta, którzy poszli za głosem franciszkańskiego zakonnika Jana Kapistrana. Za czasów Watzenrodego dużo się też mówiło o karnawałowym florenckim stosie próżności roku 1497, do którego iskrę dał dominikanin Girolamo Savonarola.
Z bigoterią ramię w ramię zawsze idzie głupota, fundamentalne nieszczęście narodów.
Ale nie szło wyłącznie o praktyki magiczne i przedmioty "deprawujące" ludzi.
W całej Europie stosy szykowano nie tylko dla czarowników, ale i dla heretyków, innowierców, pospolitych przestępców i dla Żydów. Na początku lat czterdziestych XVI wieku w stolicy Rzeczypospolitej oskarżono rabina Mojżesza Finkla o zabicie chrześcijańskich dzieci w celach rytualnych.
Uprzednie wieści o spaleniu na stosie niemal osiemdziesięcioletniej Weiglowej, a teraz o zabiciu "Żyda mordercy" poruszyły mieszkańców fromborskiego wzgórza katedralnego, w tym Kopernika. Ale byli tam też tacy, którzy przyklasnęli egzekucjom, inni zaś stali się nagle nazbyt oszczędni w słowach, uciekali wzrokiem, przemilczając własne zdanie, pewni, że oprawcy, którzy skazali Weiglową i Finkla na śmierć w ogniu, tym samym ukręcili na siebie boski bicz.
Trudno było uwierzyć, że w słynącej z tolerancji Polsce dzieją się takie rzeczy.
Wielu Żydom zarzucano rzekomą profanację Najświętszego Sakramentu bądź mord na dzieciach chrześcijan oraz używanie ich krwi do celów rytualnych lub medycznych7. Przerażeni tymi oskarżeniami judaiści już od XII wieku szukali protekcji w Watykanie, wysyłali nawet poselstwa do papieża i będą robić to w następnych stuleciach; niestety kolejne przywileje i bulle papieskie nie zapewniały i nie będą im zapewniać całkowitego bezpieczeństwa.
W wielu regionach Europy wykrywano grupy ludzi, którzy sprzeciwiali się doktrynie Kościoła katolickiego. Wykroczeniami religijnymi były bluźnierstwo, herezja i apostazja8. Gdy w 1198 roku na tronie papieskim zasiadł Innocenty III (twierdzący, że jego decyzje są natchnione przez Ducha Świętego), uściślono reguły działań inkwizycyjnych9, by skutecznie walczyć z ludźmi odrzucającymi dogmaty obowiązującej religii i sprawnie zwalczać tych, którzy uprawiają magię. Łacińskie słowo inquisitio - poszukiwanie, dociekanie, śledztwo - niewiele mówiło mieszczanom i chłopom, ale wieść o bezwzględności w działaniach tej śledczo-sądowniczej instytucji kościelnej wędrowała od ucha do ucha. Heretykiem stawał się każdy, kto nie chciał przyjąć prawdy Bożej takiej, jaką jest ona głoszona przez hierarchów Kościoła, tylko usiłował ją kształtować po swojemu.
Wiele z pierwszych ruchów heretyckich wygasło wraz ze śmiercią przywódcy, inaczej jednak było z waldensami10 i katarami11. Każdy fromborski kanonik wie, że na Śląsku (w księstwach Piastów Śląskich) w 1315 roku na stosach spalono więcej niż pięćdziesięciu waldensów, a w 1394 roku trybunał inkwizycyjny w Szczecinie (należącym wówczas do księstwa szczecińskiego będącego lennem Rzeszy Niemieckiej) osądził czterystu z nich. W Poznaniu w 1440 roku w ogniu zginęło pięciu husytów12 ze Zbąszynia, duchownych będących wyznawcami nauki Jana Husa13, spalonego na stosie w Konstancji (nad Jeziorem Bodeńskim) w 1415 roku. Mikołaj doskonale pamięta, że w 1508 roku pewien Żyd z Krakowa został oskarżony o rytualny mord i spłonął.
Kościelni inkwizytorzy zaczęli się specjalizować w bolesnym nawracaniu i karaniu wierzących inaczej oraz czarownic. Śledzono więc, wyszukiwano, donoszono i bezpodstawnie oskarżano, a potem torturowano. Chłopów, mieszczan, szlachtę i duchowieństwo. Ludzie ludziom gotowali płonące stosy. Choćby tylko po to, by usunąć kogoś ze wspólnoty.
Lud przeważnie święcie wierzył we właściwość postępowania duchownych, w ich orzekanie o winie. Ufał też przedstawicielom sądownictwa świeckiego, sądy duchowne nie miały bowiem "prawa miecza", wykonywanie wyroków należało do władzy świeckiej. Zaś ta działała w myśl dosłownie rozumianych słów z biblijnej Księgi Wyjścia: "Nie pozwolisz żyć takiej, która oddaje się czarom"...
A wyrokowanie było przecież takie proste...
Jakieś nieszczęście spadło na twą głowę - to czary.
Zachorowałeś na dziwną chorobę - to czary.
Nie możesz współżyć z żoną - to czary.
Umarł ci ktoś bliski - to czary.
Twoje zwierzę zachorowało bądź padło - to czary.
Pogoda nie ta, co powinna - to czary.
Trzeba natychmiast przed sąd powołać!
Ot, nieczytelne abecadło wiary, nic dodać, nic ująć.
Do ognia trafiały nie tylko przedmioty "psujące moralność" społeczeństwa. Mikołaj dobrze wie, że księgom też się dostało. Słyszał, że w 1525 roku zakaz czytania "niepoprawnych" dzieł wprowadzili angielski władca i tamtejszy kler. Wszystkie znalezione tego typu rękopisy i księgi spłonęły. Podobne zakazy i stosy pojawiły się w 1529 roku w Niderlandach, w 1540 - w Hiszpanii, trzy lata później w Wenecji, a we Francji w 1551 roku. Wielu wykształconych ludzi odrzucało ze wzgardą owe zakazy czytania nieprawowiernych tekstów. Woleli działać po swojemu, jawnie bądź w ukryciu.
Posądzenie o herezję splatało się często z posądzeniem o zajmowanie się czarami. W każdym zakątku Europy ludzie myślący inaczej - i katolicy, i protestanci, i wyznawcy prawosławia, i żydzi - musieli się pilnować na każdym kroku. Zastygali w permanentnym stanie czuwania.
Kopernik przypomina sobie, co pisał Heraklit z Efezu - ci, którzy czuwają, mają świat wspólny, a ci, którzy śpią, są odwróceni do swych osobnych światów. A on, Mikołaj, czuwa? Jest czujny.
Ale czuwać - nie zawsze znaczy trwać w prawdzie.
Ludzie często łudzą się, że znają siebie.
Mylić się jest rzeczą ludzką.
Paracelsus, szwajcarski lekarz i przyrodnik z Einsiedeln, mówił o umysłach ospałych, że są jak wieprze, dusze nieczyste, zbrukane głupotą. Myślą tylko o tym, by po robocie dopchać się do koryta, a potem pokopulować i spać do pierwszego brzasku. Czy szwajcarski medyk nie za ostro osądzał ród ludzki? Czy prości ludzie to wieprze?
Ile o sobie samej wie na przykład taka Ida? Czy jej świat kręci się wyłącznie wokół pracy, strawy, miłości i snu?
Przestała pracować w kanonii Kopernika już miesiąc przed porodem. Niełatwo było jej chodzić z nieustannie spuchniętymi nogami. A teraz nie stopy i kolana, lecz oczy ma spuchnięte. Bo stało się niepojęte!
Dziecko śpi w kołysce tuż obok, za ścianą - i nagle znika.
Mikołaj klęka na dębowym klęczniku, żegna się, otwiera mszał, przez chwilę go wertuje, a potem wzdycha:
- Niech się dzieje wola Nieba, wszystkie nasze dzienne sprawy przyjm litośnie, Boże prawy...
- O ty gadzie z piekła rodem, ja ci dam... - syczy Dargil.
I nagle cały biało-brązowo-zielony las wpada w nastrój tajemniczej baśni, niepokojącej i złowrogiej. Nogi dziewiętnastolatka robią się miękkie.
Jak on się wplątał w tę całą kabałę?
Wychowanek Kopernika, chudy, ciemnowłosy, wziął do ręki swój kostur podróżny i włączył się w poszukiwania dziecka Idy. Zapuścił się w las, oszroniony i zimny - ale jakiś inny niż kilka dni temu, kiedy próbował upolować sarnę.
Mgła snuła się to tu, to tam, jakby była wędrowcem szukającym dobrego miejsca na spoczynek. Teren widać było zaledwie na kilkadziesiąt metrów.
Dargil wiedział, że w tym akurat miejscu zawsze jest sucho, a na mokradła, pewnie ścięte już mroźną nocą, trzeba iść jeszcze dobrą godzinę. I tam właśnie się kierował. W pierwszej kolejności sprawdził jednak znaną sobie trzykomorową ziemiankę, wykopaną w niewielkim wzgórku. Wędrowcy i myśliwi czasem przeczekują w niej burzę. Kiedyś, jak mówiła Jeske, matka Dargila, w obitym drewnem wnętrzu ziemnego domku mieszkali Bałtowie, ale już od dawna schronienie to było puste, po ubogim wyposażeniu ani śladu.
Odsunął deski i zeschłe konary, przysłaniające z zewnątrz wejście i dwie okienne dziury, i wszedł. Poczuł zapach butwiejących liści i czegoś nienazwanego, nieznanego. Ziemia? Tak pachnie ziemia, zwyczajnie, a zarazem niezwykle. Inaczej w lesie niż na zaoranym polu. A jeszcze inaczej w tej mrocznej przestrzeni.
Nagle coś mu przemknęło przed oczami, na policzkach poczuł jakieś muśnięcia. Wzdrygnął się - szybko sobie uświadomił, że to trzepot małych skrzydeł. Spłoszył pewnie nocki albo nie większe od kciuka karliki. Zapadły już w sen zimowy, a tu takie "bum". Chłopak przymknął powieki, zacisnął usta i stał nieruchomo, gdy maleńkie rękoskrzydłe futrzaki wyfruwały w leśną przestrzeń. Trochę trwało, zanim opuściły ziemiankę. Ileż tu ich było?! Kilkadziesiąt? Kilkaset? Nietoperzyki - ptaki czarta, pieski diabłów, wysłannicy piekieł - tak o nich mówili dziadkowie Dargila. Dobrze pamiętał reakcję doktora Kopernika, ironiczny uśmieszek, wzruszenie ramion, gdy go przed laty zapytał, czy to prawda, że te zwierzęta posiadają szatańskie moce. Kanonik rzekł po chwili, że na dalekiej Północy mówi się, iż to dusza człowieka, która wylatuje z niego na noc i wraca o brzasku; wspomniał też o jakimś Ezopie i jego bajce. Ów Ezop napisał, że nietoperz ma znakomite wyczucie przestrzeni i dobrze orientuje się nawet w egipskich ciemnościach. Dla starożytnych był symbolem mrocznej mądrości.
Ludzie na Warmii do dziś boją się nietoperzy.
Trzeba regularnie łatać dziury w budynkach, zapychać szczeliny, by te latające myszy nie noclegowały w pobliżu ludzi. Niektórzy mawiają, że celowo wplątują się we włosy i wysysają krew, a nawet sprowadzają choroby. To wcielenie wszelakich nieszczęść, uosobienie czarnej magii i śmierci.
Wreszcie! Otworzył oczy i chwilę przyzwyczajał się do panującego tu mroku.
Trzy kroki w jedną stronę, trzy kroki w drugą. Pusto.
Po wyjściu wciągnął w płuca haust rześkiego powietrza. Od ziemianki przeszedł jeszcze kilkaset metrów i wtedy go zobaczył.
Stwora szczerzącego wielkie zębiska w niewielkim pysku. Zwierzę, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Gada z piekła rodem.
W pierwszej chwili Dargil zdębiał.
Szybka reakcja.
Wymachuje kijem. Jak Święty Jerzy mieczem przed paszczą smoka.
Stwór jednak nic sobie z tego nie robi. Zaczyna kopać dziurę w ziemi, między jego tylnymi łapami pryskają kamienie, liście i białe kryształki. Obrzuca nieproszonego gościa szybkimi błyskami ślepi. Znów kopie, a po chwili obiega swoją dziurę. Wzrok Dargila pada na pnie drzew wyciętych przez drwali. Coś tam jest. Kłębowisko szmat i kawałków futra. Gdy stwór zajmuje się ponownie kopaniem, mężczyzna przygląda się zawiniątku. Uważnie robi dwa kroki w przód. Zastyga w zdumieniu. Tobołek zaczyna kwilić. Czary?
Płacz robi się coraz głośniejszy.
- Tutaj, ludzie, prędko, tutaj! - krzyczy Dargil tak głośno, jak tylko może.
Synka Idy szukało niemal pół miasta, głównie mężczyźni. Wszyscy bacznie wypatrywali jakichkolwiek podejrzanych śladów. Zaglądano do każdej łodzi, stodoły i stajni, komórki, lepianki, gdzie się tylko dało. Rozglądano się też za sylwetką kogoś obcego pałętającego się po okolicy - nad Zalewem Fryskim, przy chałupach, po polach, na traktach do pobliskich miast. Czasem ktoś się wyrwał z okrzykiem "stój", po czym okazywało się, że próbował zatrzymać innego poszukiwacza. Domorośli tropiciele uznali, że we Fromborku są jednak sami swoi. W końcu starsi, z bezradnością wypisaną na twarzach, zrobili sobie przerwę na gramatkę14, a młodzi ruszyli w kapitulny las.
Echo niesie po okolicy dziecięce larum i krzyki Dargila.
Młodzieniec robi kilka kroków, sycząc i warcząc. Próbuje przegonić stwora. Pewno to zwierzę, o którym opowiadał mu kiedyś Kopernik. Rosomak15, demon Północy.
Nie może pozwolić, by jakiś zwierz był winien kolejnej śmierci dziecka. Przed oczami stanął mu obraz zsiniałej twarzy córeczki Adelajdy.
- Wrrr, wrrr, wrrr! Już cię nie ma! Won mi stąd, demonie! Aż mnie mierzi, by ci ten łeb utrącić, ty gadzie z piekła rodem, potworze szpetny! - Zwierzę przypominające z pyska trochę niedźwiedzia, trochę psa, a budową ciała łasicę spogląda na Dargila z groźnym błyskiem w ślepiach i ani myśli odejść. Syn rybaka ubliża zwierzęciu, jakby było znienawidzonym wrogiem, i nadal macha kijem, ale ponosi porażkę. Rosomak ani drgnie, warczy i cichnie. - Ożeż ty paskudo! Ludzką kruszynkę byś zjadła, maszkaro jedna!? - Spluwa na ziemię i wydaje z siebie wściekły ryk.
Dziecko płacze coraz ciszej. Milknie.
Trzeba atak przypuścić - postanawia młodzieniec i pędem rusza z kijem na rosomaka. Zwierzę, o dziwo, znika w kniejach.
Dargil już jest przy zawiniątku i spogląda na czerwoną od płaczu i zimna twarzyczkę chłopczyka, na kawałek futra, filcową kołderkę i powijak z białego płótna, w które jest spowinięty - wszystko poszarpane kłami rosomaka. Mąż Malwiny zbliża twarz do ust malca.
- Jeszcze oddycha... Chwała Bogu.
Zimne policzki nie wróżą nic dobrego, więc choć synek Idy wydaje się cały i zdrowy, trudno jest w tej chwili ocenić, czy jest tak rzeczywiście. Dargil odkrywa zziębnięte rączki, masuje je w swoich grubych szorstkich dłoniach, czując przy tym wyraźny zapach kamfory, po czym owija malca z powrotem we wszystkie warstwy materiałów.
Ledwie żem zdążył - myśli mężczyzna. - Nie uratowałem swojej Adelki, bo mnie w chałupie nie było, ale synka Idy żem odnalazł, obronił. Może gdy Malwinka o tym usłyszy, chociaż raz się do mnie uśmiechnie.
Niemowlę, utulone w ramionach, znowu zaczyna kwilić.
- Już, już, niebożątko, będzie dobrze, do matuli cię zaniosę, maleńki, już, już.
Po chwili rozlega się cichy śpiew.
Aaa... rosomaki dwa Te szarobure obydwa Jeden duży, drugi mały Oba mi się przyglądały
Aaa... rosomaki dwa Złe, szarobure obydwa Jeden wściekły, drugi miły Oba mnie nie polubiły
Aaa... rosomaki dwa Te szarobure obydwa Już nie będą porywały Ino w knieje uciekały
Aaa... rosomaki dwa Złe, szarobure obydwa Nic już nie będą robiły Jeno w kołysankach żyły
Aaa, aaa, aaa...
Idźmy, nikt nie woła...
Dargil biegnie, wyłania się z lasu, mija chałupy, przy których nie ma żywego ducha, i zziajany dociera do muru okalającego kościół św. Mikołaja. W bramie stoi kilka kobiet, które w świątyni modliły o ratunek dla dziecka.
Radosne okrzyki, piski, wiwaty.
Podrostki ślizgające się na zamarzniętej kałuży widzą zbiegowisko i przylatują w te pędy.
- Zybuś znaleziony! Zybuś żyje! - krzyczą i rozbiegają się po całym miasteczku z wieścią o cudzie nad zalewem.
Mieszkańcy Fromborka przypływają pod farę falami. Wypływają z mgły, wypytują, chwalą, poklepują, zaglądają pod okrycie.
- Rosomak - odpowiada im młodzieniec, zmęczony poszukiwaniami, emocjami i pozorowaną walką z demonem Północy.
Przychylne do tej pory nastawienie mieszczan zmienia się w ciągu kilku sekund we frontalny atak. Szczęśliwy znalazca dziecka znajduje się pod ostrzałem kpin.
- Rosomak?! U nas?! Coś ci się, młody, chyba we łbie pomieszało.
- Przecie te demony nie u nas, jeno na Północy na renifery polują.
- Bój się Boga, takie głupoty gadać, wstyd matce przynosisz.
- Zwariował chłopak.
- Pewnikiem który młodzik żarcik Idusi naszej chciał zrobić.
- Może on właśnie... No, powiedz, tyś to uczynił?
- A nie za stara ona dla ciebie?
- Żona ci własna nie wystarczy?
- Wstydu nie masz?
Śmiech zgromadzonych ściera z twarzy Dargila wszelką radość. Zaciska wargi, by nie kłócić się ze starszymi. Nie wierzą mu, trudno. Matka na pewno da wiarę jego słowom. I mistrz Kopernik. A wtedy syn ubogiego rybaka zostanie z pewnością uznany za bohatera i będzie się o nim śpiewać rybałtowskie ballady.
Rusza do chałupy Idy w otoczeniu roześmianej i rozśpiewanej hałastry. Na rynku spotykają matkę dziecka, która biegła do kościoła wznosić modły, a teraz histerycznie płacze, już nie z rozpaczy, tylko ze szczęścia.
Mikołaj, nieświadomy obrotu spraw, słyszy trzaskanie drzwi do kanonii i rumor przy wejściu, a potem skrzypienie desek na schodach. Podnosi się lekko na łokciach i sadowi wyżej na poduszkach.
- Wysoki proboscu, Zybuś naleziony! - krzyczy rozgorączkowana Helga jeszcze przed zamkniętymi drzwiami izby sypialnej. - Cud jakowyś! - dorzuca, przekroczywszy próg.
- Deo gratias!16 - cieszy się Kopernik i uśmiecha do kucharki, która relacjonuje wydarzenia z ostatnich godzin. Kończy informacją, że Ida i Zybuś grzeją się już we własnej chałupie. - A zdrów? - dopytuje doktor.
- Zdrów, zdrów. Skotnioł troche hajducek, tyle casu poza izbom to nie faramuszka17, edy wszytko w rękach Boga. Suści mu cosi w piersiach, świscy ociupine. Moze mu trza co dać na krzepe. Jakiejsi gorzołecki dla dziecków.
- Gorzołecki to chyba Helga potrzebuje, a spirytusik dla dziecka też może być. Jeno nie do ust, ale na skórę. Co jeszcze? W lecznicy na półce tuż nad podłogą, blisko okna, znajdzie Helga buteleczkę ze szkła zielonego, jedna taka tam jest. To nasiona anyżu. Utłuc trzeba w moździerzu dziesięć, nie więcej. Niech Ida wrzącym mlekiem maleńką szczyptę zaleje, a jak wystygnie, niech dziecku poda. Pół łyżki co dnia. Spamiętała Helga czy powtórzyć?
- A co żem miała nie spamiętać!? - Służebna wzdycha ciężko. - Zielone szkło, nasion dziesięć, mleko, pół łyżki. No i gorzołecką namaścić.
- Zgadza się. A Dargil co mówił? Kogóż to przy dziecku widział?
- O, skoda, co probosca przy tym nie było. Po pieronie to ciekawe. Ledwie sie to we łbie mieści. Północny demon tam był. Rybołowcy, co to z dalekich krain wieści targają, godajom ponoć na niego "rosomok". Diablisko wcielone.
- Rosomak?! - Kopernik wytrzeszcza oczy. - Naprawdę?!
- Dargil tak godo. Prawił o nim: wielki mały potwór. Ino chłopakowi głupio się jakosi zrobiło, bo mu wiary nikt nie chce dać. - Kucharka siada na brzegu krzesła stojącego przy oknie.
- A ja mu wierzę. To rosomak być mógł. Ale... z drugiej strony... to cud niebieski, jak Boga kocham.
- Prowda, hej, prowda, palec Boga.
- Cud, bo rosomak przy życiu go zostawił.
- Moze nie mioł casu go chapnąć.
- W dwie godziny? Na dalekiej Północy ludziska nieraz rozszarpane niemowlęta znajdowali. Matki z rozpaczy w obłęd wpadały.
- Jezusie, Maryjo, to straśnie sie tym Lapońcom zyje. - Helga kręci głową z niedowierzaniem.
- Eee, nie tak źle. Przynajmniej Krzyżacy do nich nie docierali.
- I to stamtąd ta potwora przylazła?
- Wędrowiec z niego. A gdy głodny, groźna z niego bestia. O zagryzionych zwierzętach na gospodarstwach słyszałem, jeno nie u nas, a na szwedzkiej i fińskiej ziemi. A dawno temu w Krakowie żem słyszał, że na Litwie też widzieli, jak z wilkiem o sarnę walczył.
- To byle ka gadzina łazi.
- Niestety... - Kopernik posępnieje, chwilę milczy, po czym kontynuuje: - W zasadzie to cud jakiś, że tego dzieciaka nie zagryzł. Czemuż go nie tknął!? Dziwi mnie to bardzo, z Idą będę chciał słowo zamienić, ale to później, jak jej syn wydobrzeje i jak mnie samemu się polepszy. Ale niech Helga wie, wielka rzecz się stała! Wszechmocny Bóg obronił! Czuwa On nad Idą i dzieckiem. W każdym razie naszego obejścia i tak trzeba bacznie pilnować, dopóki kto tego rosomaka nie ustrzeli. Inaczej źle będzie, zwierz się może u nas na całą zimę zaszyć.
- Olaboga! - Helga przykłada dłonie do policzków. - Ubić trza. Dobrze, żem ja te szałwie posadziła, matula mawiali, co szałwia zło od sadyby18 odganio.
Nagle słyszą czyjeś kroki, rozwierają się podchylone drzwi izby. To ksiądz Paweł Płotowski. Od lat trzyma się w pionie równie mocno jak katedralny filar, nie daje się przygarbić czasowi.
A to ci niespodzianka - myśli Kopernik - prepozyt kapitulny odwiedza chorego astronoma...
- Doktorze Mikołaju, można na słowo? - pyta przełożony niemal konspiracyjnym szeptem.
Helga dyga, skłania lekko głowę i mówi, w zasadzie jedynie do siebie, że czas się wziąć do jakiejś roboty. Zanim zamknie za sobą drzwi, proponuje księdzu grzańca, a choremu kozie mleko z czosnkiem i miodem.
- Właśnie żem miał po wielebnego proboszcza posłać - mówi Kopernik - bom niezdrów jeszcze, a porozmawiać chciałem.
W spojrzeniu Płotowskiego lśnią iskierki niedowierzania. Astronom wskazuje krzesło przy łóżku, gość więc siada, po czym pyta chorego o zdrowie, ale ten ma wrażenie, że wyłącznie z dyplomatycznej uprzejmości. Albo żeby jakoś zacząć rozmowę. Mikołaj rzuca lakoniczne "coraz lepiej", zaś prepozyt kiwa głową i rozchyla kąciki ust w wątłym uśmiechu. Drobinka pocieszenia. Za mało, by Kopernik odebrał to jako oznakę współczucia.
Chwila milczenia. Obserwator nieba mruży oczy, przypatrując się uważnie gościowi.
Z czym przyszedł? Czyżby miał sprawę, o której trudno mówić? On przyszedł, niech on zaczyna - myśli gospodarz i podciąga się w łóżku wyżej na puchowe poduszki.
- O rosomaku pan Mikołaj słyszał? - pyta w końcu Płotowski.
- Tak, wieści wraz z moją kucharką właśnie do mnie dotarły.
- Ludzie czary w tym już widzą, o demonie Północy gadają, ale twierdzą też, że to niemożliwe, by rosomak na te tereny się zapuścił. Mówią, że syn tego, co się utopił przed laty, bzdur naplótł. A ja o tego rosomaka doktora chcę spytać. Coś na jego temat doktor wie? Jest co o nim w jakich księgach?
- Maciej Miechowita wspomniał o nim w swoim Traktacie o dwóch Sarmacjach, jeno to tylko wzmianka. Niczego inszego nie czytałem. Wieści o rosomakach przywożą głównie ludzie handlujący z Anglią, Szwecją bądź Danią. Żaden z nich owego demona nie widział, ale nasłuchali się o nim co niemiara.
- I cóż prawią?
- Że głównie w skandynawskiej tundrze i tajdze siedzi. Czasem też w Księstwie Moskiewskim. Koczuje to tu, to tam, w parze lub samotnie.
- Krwiożerca? - Na szyi prepozyta nabrzmiewają żyły.
- Umie się wspinać na drzewa, ptakom więc jaja podbiera; jagody i larwy os też pochłania; a na dalekiej Północy padłymi fokami się żywi. Z całą pewnością śmierć w domostwach niesie. Małe zwierzęta zjada, myszy, ryby, ale jeśli się okazja trafia, również niemowlęta.
- Dorosłych pomija?
- Tego żem nie powiedział. A nie powiedziałem, bo, tak po prawdzie, to nie wiem.
- Skoro tak się sprawy mają, a jutro niedziela, ludzi ostrzegę.
- Koniecznie. - Mikołaj potakuje. - O to żem właśnie prosić chciał jeszcze przed księdza wizytą.
- A jakże wygląda taki rosomak?
- Jest wielkości dużego psa. Brązowy, trochę garbaty. Futro gdzieniegdzie rozjaśnione.
- I takie małe coś dziecko porwało? - dziwi się Płotowski i drapie po gładko wygolonej brodzie.
- Małe też może być groźne. Capnęło w zęby pozawijane dziecię, i w nogi. Nic w tym dziwnego.
- Jakże go jeszcze można opisać? Coś więcej muszę wiedzieć, by parafianom przekazać.
- No cóż... Ciało pociągłe jak u łasicy. Podobno głowę małą ma, ślepia malutkie, a pysk podobny i do psiego, i do niedźwiedziego. W kłębie ponoć niemal pół metra. Uszy okrągłe, też małe, ale kita grubsza niż u lisa. Mocne szczęki, łatwo miażdżą kości. Grube, włochate łapy, nie takie jak u kuny, grube też ma pazury. I podobno gazy nad wyraz smrodliwe z siebie wydala.
- I tyle? Toż niedźwiedź groźniejszy bądź dzik.
Doktor Mikołaj kręci przecząco głową i mówi, że ksiądz się myli. Zwierzęta te przecież do chałup się nie zakradają po ludzkie szczenięta. To robi tylko rosomak. Demon Północy.
Nad wodami i lądem zalega ćma.
Kopernik próbuje pozbierać myśli i ułożyć je w jakąś sensowną mozaikę.
Zeszłej nocy Rufus, uwiązany łańcuchem przy budzie, długo ujadał. Zmusiło to Wojciecha i Hieronima do wyjścia z kanonii. Kaganki rozświetliły otoczenie, a naszykowane łuki i kordy za pasem dawały gwarancję bezpieczeństwa. Gdy pies się uspokoił, wszędzie zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
Ludzie pokładli się w łożach z błogim uczuciem dobrze wypełnionej misji.
A rosomak nadal błąkał się po całej okolicy.
W Braniewie zaatakował lisa, co zauważył miejscowy chłop. Demon, postraszywszy najpierw rudzielca swoimi pazurami i wydzielaną przez siebie obrzydliwą wonią, odegnał go, po czym rzucił się na pozostawiony przez niego łup - zająca. No i żarł, i żarł. Chłop najpierw zamarł, bo tak wielkiej kuny w życiu nie widział, potem uznał, że to jednak nie kuna, lecz jakiś dziwoląg. Kuno-niedźwiadek? Łasico-pies? W ciągu kilku sekund obawy i lęk obserwatora rosły jak grzyby po deszczu. W końcu zebrał się w sobie i narobił takiego zamętu, że postawił całe miasto na nogi. Tymczasem rosomakowa uczta dobiegła końca, demon Północy czmychnął.
Wzgórze katedralne dowiedziało się o tym, dopiero gdy do Fromborka przyjechał konno jeden z braniewskich podwładnych kapituły. Słońce było już wysoko na niebie.
Atmosfera tężała jak wściekły mróz.
Prepozyt zrobił, co zapowiedział. Ostrzegł mieszkańców wzgórza katedralnego i wysłał służebnego z listem do proboszcza kościoła św. Mikołaja. Pismo miało zostać odczytane z ambony.
Spokój prysnął jak ostatnie słowa wieczornego matczynego bajania.
Niedawnym poszukiwaczom, którzy kpili z Dargila, zrobiło się głupio. Pojęli, że jego bajka jest jednak rzeczywistością. W ich głowach huczały słowa proboszcza: "Rosomak, demon Północy, niebezpieczny dla zwierząt i ludzi jest wielce, warty przeto wystawić radzę, a nadto na tę apokaliptyczną bestię zapolować".
Lud boży miasteczek i przysiółków niewiele wiedział o tym zwierzęciu. A niewiedza i niepewność, choć zwykle budzą lęk, trwogę, tym razem mieszczanom i chłopom przydała odwagi. Albo tylko robili dobrą minę do złej gry, w każdym razie postanowili drapieżnika schwytać i zabić.
W XVIII wieku niektórzy badacze-podróżnicy dojdą do wniosku, że rosomak jest tylko maszyną, którą natura stworzyła wyłącznie do jedzenia. Że ciągła konsumpcja zmusza zwierzę do obywania się bez trawienia. Ponoć napchawszy uprzednio swój brzuch pokarmem, rosomak wciska się między rosnące blisko siebie drzewa, gdzie działa już na jego ciało siła ciśnienia. Wydala z siebie to, co zjadł - niczym miech kowalski wydmuchujący stłoczone powietrze. Potem znów może się spokojnie zażerać. Wśród przyrodników opisujących rosomaka znajdą się również tacy, którzy stwierdzą, że to zwierzę wyjątkowo niewybredne - zjada nawet kamienie i zaprawę murarską. Ile w tym prawdy? Czy prawda to rzecz subiektywna? Rosomaki mają jednak coś, na czym będzie zależeć ludziom kolejnych pokoleń, coś, co oprócz wełny, piżma, żeń-szenia i rabarbaru w XVIII stuleciu stanie się podstawowym towarem handlowym północnej i wschodniej Rosji - cenne futro. Jednak dla mieszkańców Fromborka nie ono jest teraz ważne.
Przede wszystkim liczy się bezpieczeństwo ludzi i zwierząt domowych.
Konie wyczyszczone i napojone, bydło nakarmione, kury siedzą cicho na grzędach. W karczmie rozpoczynają się narady. Jaką przynętę zarzucić na rosomaka? Jak zagnać go do pułapki? Który oręż jest do łowów najsposobniejszy: łuki, kusze, oszczepy, kordy? W końcu przy krańcach Fromborka, od wschodu, zachodu i południa wystawiona zostaje straż obywatelska - kobiety, dzieci, starsi mężczyźni. W pobliżu chałup myśliwi rozstawiają wnyki. Uzbrojeni po zęby we wszystko, co mogli wziąć ze swoich domów, dzielą się na grupki. Można ruszać na polowanie! O tej porze roku w domu, zagrodzie i na morzu niewiele jest już pracy, narzędzia opatrzone, ziarno przewietrzone, ryby uwędzone, kapusta wycięta i ukiszona; baby łatają odzienie.
Kilku łowców daleko nie uszło - i już stoją nad truchłami rozszarpanych psów.
Pięści zaciskają się od gniewu.
W głowach tłucze się tylko jedna myśl: "Dorwać demona!".
Ostatnia noc listopada. Chmury, chmury, chmury. Warmińską przestrzeń rozjaśnia tylko śnieg. Białe są łodzie rybackie, chałupy, stodoły, szopy, budynki kapitulne, biała jest katedra i cała senna natura.
A w duszy Mikołaja gruba, niemal oleista pomroka. Jakaś enigmatyczna pomroczność po wieczorze wróżb i czarów, od których chętnie by się trzymał z daleka, ale podekscytowani służebni wkręcili go w andrzejkowe dziwy. W lanie wosku do miski z wodą i odczytywanie przyszłości w cieniu rzuconym na ścianę przez woskową bryłkę. Wczorajszy rytuał celebrowała oczywiście Helga. Jej bryłka miała kształt gór. Czy to znak, żeby wróciła w rodzinne strony? Łysemu Hieronimowi przypadła siekiera o dwóch ostrzach, czego kucharka w ogóle nie umiała zinterpretować. Staremu Wojciechowi dostał się jeleń. Czyżby szykowała im się wkrótce uczta z dziczyzny?
A Kopernik? "Drzewo" - rzekła Helga, przyglądając się woskowemu kształtowi. Czyżby Mikołaj zapuszczał korzenie? Czyżby jego heliocentryzm rozrastał się jak konary dębu? Czyżby już tracił liście?
Kanonik dość biernie uczestniczył w obchodach wigilii dnia Świętego Andrzeja, posiedział ze swoją służbą dla towarzystwa, trochę z przymusu, trochę zaś, by przypomnieć sobie różne wspólne ucztowania, gdy pod tym dachem kwaterowała jeszcze Anna. Natomiast na te wszystkie wróżby machnął ręką i rzekł, że nie da się poznać dróg przyszłości. Przyszłość można tylko teraz stwarzać cierpliwym wysiłkiem.
Kopernik stoi przed oknem w swoim gabinecie. Tuż obok niego, na parapecie w wazonie, posępne, gołe gałązki wiśni, ułamane w andrzejkową noc i mające, zdaniem Helgi, przynieść szczęście, o ile zakwitną na Boże Narodzenie.
Pewnie tak jak kwiat paproci - śmieje się fromborski gwiaździarz.
Wokół kanonii siwe szkielety dębów, lip i jaworów.
Od kilku miesięcy Mikołaj ma dużo mniej obowiązków, ale jego umysł jest bezustannie czymś zajęty, ostry jak brzytwa, choć na twarzy zmarszczek przybyło, głowa zdążyła całkiem posiwieć.
Coś się zmieniło, coś pękło.
Nieuchronna samotność przygina astronoma do ziemi. Ale zanim go ziemia pochłonie, musi w opowieści swojego życia postawić mocną puentę. Pragnie więc produktywnie wypełnić czas, który mu pozostał. Zapchać go pracą, ale też rozmową, zrozumieniem, poradą i obecnością kogoś, kto obezwładni złowrogą ciszę rozrastającą się w sercu.
Gdzie jesteście, przyjaciele moi? Wasze łodzie znikły w sinej mgle. Kogo teraz obchodzi, że dusza się we mnie pali, bo bez Muzy wszystko idzie źle? Królowie i biskupi grają moim losem, a ja milczę jak bezdomny kot.
Odpłynęli w obcą dal...
Żal, żal, żal...
Och, moje kochane, czułe, ponętne, subtelne, podniecające księgi. Zakazane księgi życia. Strony zapisane i strony do uzupełnienia. Ojczyste i obce strony. Strony, które potrafią obalać trony, i strony będące siłą bezsilnych.
Co by mu teraz doradziła Anna?
A może grzanego wina przynieść, mości dobrodzieju? In vino veritas.
Kopernik uśmiecha się i wzdycha.
Anny Schilling już przy nim nie ma, wyklęty Aleksander Sculteti jest banitą, a serdeczny przyjaciel Tiedemann Giese rezyduje w lubawskim zamku. Dziwne, ale wraz z nim znikła Matylda, łasiczka, którą ten trochę oswoił, ale którą pogłaskać i nakarmić żabą udało się jedynie Annie.
Jakież bogate było życie astronoma!
Wspomnienia nadpływają do niego niczym ławica śledzi, łapie je więc w sieci.
Sieć pierwsza: czoło ojca, przecięte wzdłuż grubą zmarszczką. Sieć druga: dobrotliwe niebieskie oczy matki, zerkające na niego ukradkiem w kościelnej ławce. Sieć trzecia: bandaże na twarzy, szyi i dłoniach Andrzeja.
- Bracie, mój bracie... - szepcze Kopernik. - Ta "lepra niebędąca leprą" zatruła życie nie tylko tobie...
Dantyszek wstrząsający wiersz o tejże chorobie napisał - przypomina sobie kanonik i nabiera chęci, by go przeczytać. Bierze maleńką, palącą się na komodzie świecę i podchodzi do kredensu. Chwilę grzebie w szufladach, znajduje ów tekst i czyta:
Ludzi tych, których widziałem wprzód, jak się na trawie bawili,
Teraz na mierzwy li źdźbłach ziemski na sobie niósł glob.
Ilu leżało tu mężczyzn, a ile znów kobiet nieszczęsnych,
Których gallicki ów trąd, straszny niszczyciel ciał żarł!
Iluż tu więcej znów, zlane posoką i ropą golenie
Wlokąc, upadło bez sił na ziem cuchnącą jak gnój!
Ilem też widział ócz zżartych i nozdrzy wraz z nosem zropiałych,
Choćbym tu więcej chciał rzec, milczeć wżdy każe mi wstyd19.
Astronom wraca pod okno i wbija wzrok w niebo pokryte posępną szarością.
Rodzina, ach, rodzina, zwykle tak daleko od niego, a on samotny jak pies.
I chory na pamięć...
Kolejne rozbłyski wspomnień: lipowy miód włosów Anny; lekko zadarty nos Reginy Moller, najmłodszej z córek siostry Kasi; trzepot długich rzęs ukochanej siostrzenicy Krysi Stulpawitz, nastolatki, która tak bardzo dokazywała w domu, że Gertnerowie zdecydowali się umieścić ją w chełmińskim klasztorze; nadęte policzki i dłonie jej męża Kaspra, który na jakiejś uroczystości wygrywa fanfarę na swej trąbie przypominającej róg.
I dostojna postać wuja Łukasza, który mówi:
"Astronomia, chłopcze?! Przecie jaki fach w rękach mieć musisz. W toruńskiej szkole miejskiej łaciny uczył nas niejaki Konrad Gesselen z Geismaru, przyjaciel mego ojca, w Rostocku studiował, o ile dobrze pamiętam. On też astronomią się zajmował, ale wychowankowie dotąd w nim szkolnego cenzora widzą. Wiesz, jak nas uczył? Mieliśmy czytać Euryalus et Lucretia, nowelę Eneasza Sylwiusza Piccolominiego, który dwójki dzieci zdążył się był dorobić, od pisania romansów nie stronił, a wtedy jako papież Pius II na tronie siedział. Patrzymy w tekst, a tam całe zdania powykreślane. Łacinnik je zamazał, by nas tymi fragmentami nie gorszyć. No, uczyłem się pilnie, to i szczęście miałem, na uniwersytet krakowski na semestr zimowy roku sześćdziesiątego trzeciego żem się zapisał. A ile wiosen wtedy na plecach dźwigałem? Jeno szesnaście. Po dwóch latach do Kolonii ruszyłem i rok później stopień bakałarza żem już miał, po kolejnych dwóch latach magistrem sztuk wyzwolonych zostałem. Toruń mi swoje długi wojenne wobec ojca spłacał, przeto studiować dalej mogłem, przeszkód nie było. Jesienią roku Pańskiego, kiedy się urodziłeś, to już prawo kanoniczne w Bolonii wykładałem. A doktoratu jeszczem się nie dorobił, obrona dopiero w grudniu była. A ty co? Daleko w tyle jeszcze jesteś. Młodyś, głupiś, a tu wiedzę trzeba garściami wydzierać światu albo ten cały świat cię pochłonie. Postarałbyś się choć trochę, przecież tyś z mojej krwi, poważanie mieć musisz. A tę swoją astronomię na bok chwilowo odłóż, niech gwiazdy trochę odsapną od twych zapatrzonych ślepi".
W kolejnym rozbłysku - przenikliwe spojrzenie Tiedemanna, który mówi, by Mikołaj nie zwracał uwagi na ludzi niewykształconych, pozostali przecież pojmą, że heliocentryzm wcale nie zabija Boga, a Ziemia, choć traci swoją uprzywilejowaną pozycję, nadal jest planetą wyjątkową, ojczyzną ludzi.
Twarze bliskich, znajomych, sojuszników i wrogów oblatują umysł Mikołaja niczym robaczki świętojańskie. Dusze zbłąkane. Ciała niewidzialne i ciała widzialne.
Migocze teraz przed kanonikiem brodata twarz Brandenburczyka, pierwszego władcy Prus Książęcych, który kiedyś był zapiekłym wrogiem jego zmarłego wuja, biskupa Watzenrode.
Ledwie Kopernik na początku maja 1541 roku zdążył wrócić z Królewca do Fromborka, a już kapituła dostała list od Albrechta Hohenzollerna. Książę "w Prusiech" napisał, iż jest wdzięczny doktorowi za wszelką pomoc medyczną wyświadczoną Jerzemu von Kunheim i za jego pobyt w Prusach Książęcych, zwłaszcza że Kopernik nie zamierzał aż tak długo u niego zabawić. Albrecht złożył panom z kapituły podziękowanie za to, że wyrazili zgodę na niemal miesięczną przerwę w rezydowaniu Kopernika na wzgórzu katedralnym. Dla każdego kanonika było to bardzo istotne. Niepodparta ważnym powodem nieobecność we Fromborku wiązała się przecież z utratą prebendy.
Po powrocie astronom w pierwszej kolejności zajął się monetą.
Jako magister fabrice - przełożony fabrica ecclesiae, czyli zarządca kasy budowlanej kapituły warmińskiej - 9 maja przekazał do niej dwieście grzywien, kwotę przechowywaną do tej pory w Olsztynie, gdzie od 1532 roku wciąż administrował Achacy Trenck. Po pieniądze wysłano Xawerego, kapitulnego bibliotekarza, i służebnych Mikołaja. Kasę katedralną zapełniano głównie czynszami z dwóch wsi i dochodami z młynów. Wpływały do niej również zasądzone kary i każde dziesięć grzywien wpłacane przez nowo przyjętych do kapituły. Wosk oddawany przez poddanych, służący do produkcji świec, również wpisywano na listę rozrachunkową. Teraz pieniądze potrzebne były do utrzymania i rozbudowy katedry.
Załatwiwszy sprawy finansowe, Kopernik zwrócił się ponownie ku medycynie.
Wrócił do leczenia ubogich chorych ze Szpitala św. Ducha. Teraz dwa razy w tygodniu. Opatrywał rany, wypisywał recepty i pocieszał. Wydawał polecenia beginkom Rozalindzie i Franciszce oraz Gustawowi, ich pomocnikowi (staruszka Berta, cierpiąca na ostre bóle stawów, przestała przychodzić do Świętego Ducha). Ilekroć fromborski doktor tam przebywał, zawsze rozmyślał o swej byłej pacjentce, Xymenie.
Xymena. Ość w gardle kanonika. Żmudzinka, którą niegdyś uprowadzili i więzili Krzyżacy, a która obecnie była żoną poddanego księcia Albrechta, Gottfrieda. Jednego z tych braci zakonnych, którzy w 1525 roku zrzucili z siebie białe płaszcze z czarnym krzyżem. Mikołaj dałby sobie rękę uciąć, że to ona jedenaście lat temu przeszyła strzałą dworzanina, do dziś bezimiennego, zmierzającego na fromborskie wzgórze katedralne. Na cóż Kopernikowi ta wiedza!? Co z nią powinien zrobić? Długo o tym myślał po powrocie na Warmię, ale skoro nie miał żadnych dowodów świadczących o zbrodni uczynionej przez Xymenę, prepozytowi nawet nie wspomniał o swoich podejrzeniach i o tym, że widział ją w Królewcu. Tymczasem jednak pomłynarska chata, w której ongiś mieszkała, cały czas stoi pusta. Nikt jej nie zajął, a to znaczyć może, że nadal należy do Xymeny. Może kobieta wróci tu któregoś dnia, może... Ale jeśli nawet, cóż z tego?!
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, niech trzyma się od niej z daleka... - spuentował swoje rozważania Kopernik i z czasem zaczął zapominać o morderczyni z Królewca.
W połowie czerwca otrzymał list od Hohenzollerna z prośbą o przesłanie opinii Jana Solfy o stanie zdrowia Jerzego Kunheima. Doktor Mikołaj odpisał, że jeszcze nie ma wieści z Krakowa. Dotarły one po kilku dniach i Kopernik przesłał je od razu do Królewca. Ów list królewskiego medyka zawierał przydatne wskazówki dotyczące leczenia doradcy księcia Prus. Niestety - jak przewidywał astronom - ów już nigdy całkiem nie wyzdrowieje. Umrze w tym samym roku co Kopernik.
Tymczasem w głowie Jana Dantyszka kotłowało się od myśli na temat misji Kopernika w Królewcu.
A więc to nie tylko wybitny astronom - myślał biskup - ale i medyk, wielce ceniony, szanowany także poza granicami Warmii. Udało mu się wyleczyć książęcego dworzanina, zasłużył zatem na dozgonną wdzięczność protestanckiego władcy.
Kariera tego zapatrzonego w gwiazdy dziwaka zatacza coraz szersze kręgi.
Biskup warmiński nie jest poczciwym chłopem, to sprytny lis, on zna tajniki polityki, sławy i chwały. Doskonale wie, jakie wrażenie zrobiła w kręgach naukowych Opowieść pierwsza20. Ta książka Jerzego Joachima Retyka, będąca wprowadzeniem w teorię heliocentryczną, znamiennie podsumowuje system Kopernikański:
"Wszystkie te zjawiska w sposób widoczny są niby złotym łańcuchem przepięknie ze sobą powiązane. Każda planeta swoim położeniem, swym układem i wszelką zmianą swojego ruchu poświadcza ruch Ziemi".
Dantyszek wie też, że ten niemiecki naukowiec przygotowuje już do druku książkę Kopernika o tytule O bokach i kątach trójkątów21. Ma ona przedstawić metodologię, czyli matematyczne instrumenty, na których wspiera się nowa rewolucyjna teoria. Bardzo inteligentna strategia promocyjna! Już rozległe kręgi uczonych niecierpliwią się w oczekiwaniu na dzieło główne, genialne. Ale co on - Jan Dantyszek - będzie z tego miał? Jak może zabłysnąć w cieniu sławy swojego podwładnego? Coś musi zrobić!
I zrobił. Napisał epigram22, który łaskawie ofiarował wielkiemu Kopernikowi dla ozdoby De revolutionibus.
Biskup warmiński nawet nie przypuszczał, że Kopernik przeczyta jego list z mieszanymi uczuciami. Będzie w nich trochę dumy, nieco radości, odrobina zdziwienia, szczypta wdzięczności przyprawionej zmielonymi ziarenkami ironii i kropelką niepokoju. Obdarowany nie zwlekał z odpowiedzią.
Do Przewielebnego w Chrystusie Ojca i Pana, Jana z Bożej łaski Biskupa Warmińskiego, Pana mojego Wielce Łaskawego
Przewielebny w Chrystusie Ojcze i Panie, Panie Wielce Łaskawy. Otrzymałem list Waszej Przewielebności bardzo łaskawy i przyjacielski, w którym raczyłeś mi przesłać epigram do czytelnika moich ksiąg, pełen smaku i jak najbardziej odpowiedni, co nie zasługom swoim przypisuję, lecz tej szczególnej przychylności, którą Wasza Przewielebność zwykle darzy uczonych. Toteż ten utwór Waszej Przewielebności umieszczę na samym początku swojego dzieła, jeśli tylko tak wielkiego zaszczytu ze strony Waszej Przewielebności jest ono godne; ludzie bardziej uczeni ode mnie powiadają, że ma ono jednak jakąś wartość, wypada ich zatem usłuchać. Ja zaś ze wszystkich sił pragnę okazać się godnym tej szczególnej życzliwości i ojcowskiego uczucia, którymi Wasza Przewielebność raczy mnie obdarzać, i - tak jak powinienem - być Mu we wszystkim, w czym potrafię, posłusznym i pomocnym.
Z Fromborka, 27 czerwca 1541.
Waszej Przewielebności całkowicie uległy
Mikołaj Kopernik23
Mglista obietnica umieszczenia wiersza Pana Warmii w De revolutionibus. Wahanie. Gra na zwłokę. Chłodna kalkulacja. Może wcisnąć utwór gdzie indziej...
Od jakiegoś czasu uprzejmość w listach Kopernika do Dantyszka zmieniła się w dyplomatyczną słodkość zmieszaną z oschłością. Dystans był dokładnie odmierzony, jak na turnieju szermierczym. Doskonale odprawiony ceremoniał.
Przyszłość pokaże, że ów utwór Dantyszka znajdzie się w dziełku O bokach i kątach trójkątów. Nie zostanie opatrzony nazwiskiem autora. Celowo? Czy tym sposobem astronom będzie chciał odpłacić biskupowi za swoją krzywdę?
Za intrygowanie, za przegnanie Anny i Aleksandra...
Drzazga tkwi głęboko. Boli. Rana jątrzyć się będzie długo.
W lipcu w Europie aż wrzało od dyskusji o zapowiedzianym dziele Kopernika. Nie ulegało wątpliwości, że doniesienia i zapewnienia Retyka (co do przełomowego znaczenia De revolutionibus) wpadły do akademickiego młyna i ten już zaczął mielić ziarno i odrzucać plewy niewiedzy. Koło młyńskie obracało się, zgrzytały zębatki, przekładki rozchlapywały wodę, a mąka przesypywała się do worków uczoności.
Znawcy tematu, mający w rękach drugie, bazylejskie wydanie Opowieści pierwszej, już się cieszyli na bliskie spotkania z dziełem fromborskiego astronoma. A doktor Mikołaj wciąż nie był pewny, czy dobrze uczyni, odkrywając swoje dzieło światu. Zewsząd słyszał jednak zachęty. W głowie mocno mu wybrzmiewał argument Giesego, powołującego się na słowa Arystotelesa: Amicus Plato, sed magis amica veritas24. Słyszał spokojny, ale dobitny głos przyjaciela: "Prawda nas wyzwoli, Mikołaju. Dla prawdy warto się sprzeciwić i starożytnym autorytetom, i tym ze współczesnych, którzy chcą naszymi umysłami władać. A ponadto pamiętać trzeba, że niemałą chwałę Chrystusowi i Kościołowi przyniosłoby ustalenie porządku czasowego i opracowanie niezawodnej teorii ruchów niebieskich".
Teorią Kopernika - i jej odbiorem w świecie akademików - zaintrygowany był również Dantyszek, który cały czas czuwał nad rozwojem sytuacji. Czekał. A robił to bardzo aktywnie, był przecież mistrzem pozyskiwania potrzebnych informacji. Rozpytywał, tu i ówdzie słał listy. Wkrótce otrzymał odpowiedź od flamandzkiego matematyka. Cornelius Duplicius Scepperus pisał, że dostał właśnie wstęp do dzieła doktora Mikołaja Kopernika, napisany przez młodego naukowca z Wittenbergi, wielce obeznanego z naukami matematycznymi; wstęp ten już obraca się w kręgach wtajemniczonych i sprawia, że nazwisko Kopernika staje się sławne. Wśród tych wtajemniczonych jest Rainer Gemma Frisius (z Fryzji), znajomy biskupa warmińskiego, matematyk i profesor medycyny na uniwersytecie w Lowanium. Nie omieszkał do niego napisać Dantyszek (a gdy dostał odpowiedź, od razu podzielił się nią z Kopernikiem).
Szumu w świecie nauki narobił także Jerzy Vogelinus, filozof i lekarz, który zapoznał się z dziełem Retyka dzięki jego przyjacielowi Achillesowi Gassarusowi. Vogelinus bowiem w drugim wydaniu Opowieści pierwszej zamiast przedmowy umieścił entuzjastyczny list Gassarusa.
Z kolei uczeni z Brukseli i Lowanium, jak się dowiedział Kopernik - napisali do Dantyszka, że po zapoznaniu się z Retykowym wprowadzeniem - "wstępem" mogącym pretendować do miana przedgórza do dzieła Kopernika - niecierpliwie oczekują ogłoszenia De revolutionibus. Cała Europa na to czeka. Mimo tak dobrych wieści Mikołaj wiedział, że niejeden z uczonych myślał podobnie jak ów Rainer Gemma, twierdzący, że nie jest ważne, jaki przekaz mieści w sobie dzieło polskiego astronoma, jak bardzo rewolucyjny w swej treści, ważne jest natomiast to, by dzięki temu dziełu dobrze poznać "ruchy gwiazd i odstępy czasów" i ująć je "w dokładniejszy rachunek".
Sytuacja rozwijała się pomyślnie dla nowej teorii; umysły na tyle przygotowane, by zrozumieć jej istotę, dostrzegały w niej szansę na uporządkowanie kwestii naukowych. Praktycznie nikt nie podejrzewał, że kilkadziesiąt lat później dzieło Kopernika stanie się tak potężnym zaczynem fermentu ideowego i burzy na morzu światopoglądów - a w końcu znajdzie się na indeksie ksiąg zakazanych. Ów Index librorum prohibitorum będzie spisem dzieł, których nie wolno czytać, posiadać ani rozpowszechniać bez zezwolenia władz kościelnych25. Będzie on narzędziem inkwizycji oraz zarzewiem wojny religijnej.
Reszta jest milczeniem. Ciszą poprzedzającą zwarcie nauki z filozofią i teologią.
Retyk przebywał jeszcze wtedy na Warmii i choć często opuszczał Frombork, za każdym razem wracał na wzgórze katedralne. Dopinał na ostatni guzik swoją mapę Prus z wykazem miejscowości i swój traktat Chorographia, rozprawę kartograficzną. Ów traktat dedykowany księciu Albrechtowi, mapę i prezent - instrument do pomiaru długości dnia - pod koniec sierpnia wysłał do Prus Książęcych. W liście dedykacyjnym wspomniał o ojcu duchowym swego dzieła, czyli o "wysoce uczonym Doktorze Mikołaju Koperniku", panu Nauczycielu, w którego znakomitym dziele znajduje się wyjaśnienie, "jakim biegiem obraca się Słońce, Księżyc i wszystkie ciała niebieskie". W kolejnym liście Retyk poprosił księcia o listy polecające do Jana Fryderyka, elektora saskiego, i do uczonych na uniwersytecie w Wittenberdze, aby owi panowie pozwolili mu oddać do druku O bokach i kątach trójkątów, dzieło mistrza Kopernika, a jego samego zwolnili z obowiązków na uniwersytecie, nie uszczuplając mu profesorskiej pensji. Musiał przecież dopilnować wydania tej niewielkiej rozprawy. Sam ją zresztą przygotował, wykorzystując dwa rozdziały z De revolutionibus (trzynasty i czternasty), i napisał do niej przedmowę.
Uczeń Kopernika przez wiele dni chodził po Fromborku podenerwowany, czasem nawet - niczym byle opilec - z sił opadał, aż w końcu poczuł grunt pod nogami, nadeszła odpowiedź z Królewca. Albrecht Hohenzollern podziękował za upominek i spełnił prośbę, załączając pozdrowienia dla Lutra, Melanchtona i innych wielkich Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Dla Jerzego Joachima zbliżała się pora opuszczenia mistrza na zawsze. Kończył kopiowanie manuskryptu O obrotach, który już od lata 1540 roku sprawdzał wraz z mistrzem, poprawiając wątpliwe dane liczbowe i wprowadzając drobne poprawki. Mieli co robić, były to przecież czterysta dwadzieścia cztery strony zapisane drobnym pismem.
W sierpniu 1541 roku Retyk i Zell odbywali swoje kartograficzne podróże, a Mikołaj samotnie obserwował częściowe zaćmienie Słońca26 - ostatnie zjawisko, jakiemu przyglądał się w swoim życiu. W Calendarium Romanum magnum Johann Stoeffler podawał, że w tym czasie wielkość zaćmionej tarczy Słońca wyniesie trzy cale. Kopernik uzyskał jednak inny wynik: "fere 4 ?", co znaczy: "prawie 4 i ?", oraz "a borea", czyli "od północy". Zaćmienie to nie było jednak tak spektakularne jak to podziwiane wraz z Jerzym Joachimem na początku kwietnia 1540 roku - o fazie27 równej 0,96. Ów wynik wskazywał, że tarcza Księżyca przysłaniała28 powierzchnię tarczy Słońca w 95%. Kiedy już obaj skończyli obserwować to zjawisko, Retyk zasiadł do pisania listów, a Kopernik zanotował w kalendarzu Stoefflera takie słowa: "finis h. 18.40, varmie", co znaczy: "koniec godz. 18.40, Warmia", oraz "defecit ab austro", czyli "zaćmienie od południa".
Badacz nieba doskonale pamięta, że do tej pory mógł obserwować zaledwie jedno całkowite zaćmienie Słońca. A było to, gdy na barkach dźwigał jedynie dwanaście wiosen. W połowie marca 1485 roku, gdy ognista kula wisiała nisko nad miastem, widać było tylko jej rogalik. Mikołaj pamięta, jak z wypiekami na twarzy biegł do nadwiślańskiego portu, poza murami miasta, by stamtąd, posługując się na początku kawałkiem szkła, oglądać zapowiadane przez uczonych zaćmienie. Na kilka minut zapadł zmrok, ucichło ptactwo nad Wisłą, psy zaskowyczały, a później mawiano, że odzywało się też zaniepokojone bydło, przestępując z kopyta na kopyto. Młody Kopernik słyszał potem, że w Krakowie widok był o niebo lepszy.
Przez kilka dni Toruń był hałaśliwy niczym ul. Kazimierz Jagiellończyk, cała jego świta, reszta dostojników Korony, Prus i zakonu krzyżackiego oraz przedstawiciele stanów, którzy przybyli na toruński zjazd zwołany przez króla - wszyscy zadzierali głowy. Niemałe poruszenie wywołane zostało nie tylko przez obecność monarchy, ale i przez zapowiadane zjawisko astronomiczne. Niektórzy torunianie byli podekscytowani, a inni się lękali czegoś nieokreślonego, bowiem do miasta zjechali też wróżbici, astrologowie, którzy prorokowali na ten dzień nadejście końca świata. Tymczasem zaćmione Słońce niczego nie zmieniło. Jak wiele tego rodzaju zaćmień29 przed nim i wiele po nim.
Czas pędził niczym dziki koń.
Kopernik słucha muzyki sfer niebieskich, której ludzkie ucho nie jest w stanie uchwycić, a raczej - stojąc przy oknie - chwyta ją wyobraźnią. Jednocześnie próbuje sobie przypomnieć, co na ten temat mówił Retyk.
Już go nie ma we Fromborku, wraz z młodziutkim Heinrichem Zellem i służebnym Ludwigiem opuścili Warmię, tym razem na zawsze. Którego września wyjechali? Dwudziestego? Być może. Tego dnia w kanonii zrobiło się nad wyraz pusto. Ale, o dziwo, ów fakt nie przytłoczył Mikołaja.
Czas oczekiwania na Obroty miał w sobie tajemny urok.
Retyk wprawdzie nie mógł nadzorować druku Kopernikowego dzieła w Norymbergi - objął stanowisko dziekana Wydziału Sztuk Wyzwolonych na uniwersytecie w Wittenberdze, a później zaczął wykładać matematykę w Lipsku - ale przekazał ów nadzór Andreasowi Osiandrowi, luterańskiemu duchownemu interesującemu się matematyką i astronomią.
Czekał nie tylko twórca rewolucji niebieskiej. Inni też. Ale autor obawiał się, że wielu uczonych, podekscytowanych zbliżającą się rewoltą naukową, podchodzi do niej zbyt praktycznie i oczekuje nie tyle na teorię ilustrującą strukturę wszechświata, ile na dzieło zawierające fakty, które jedynie mogą pomóc w obliczeniach ruchu ciał niebieskich.
Kilka miesięcy temu Kopernik zwrócił się do Osiandra z pytaniem, co zrobić, by uniknąć gniewu teologów i połajanek ludzi nauki. Odpowiedź go oburzyła. Osiander był zdania, że najlepszym rozwiązaniem będzie pominąć słowa deklarujące, iż nowa astronomia jest prawdziwą wiedzą. Zdaniem Niemca Polak powinien napisać, że księga przedstawia jedynie hipotezę.
W czasach Kopernika królową nauk była teologia, pod nią sytuowała się filozofia naturalna, a dopiero po niej astronomia. Nauka, którą umiłował Mikołaj, stała więc najniżej w tej hierarchii wiedzy. Z tego też powodu każda teoria astronomiczna miała jedynie hipotetyczną naturę. W dodatku nieważne było, czy owa hipoteza jest prawdziwa, czy fałszywa, miała być jedynie użytecznym (i być może tymczasowym) narzędziem służącym ludziom nauki. Miała "ratować zjawiska", ujawniać prawdziwą naturę tego, co człowiek postrzega zmysłami, tłumaczyć fenomeny (czyli subiektywnie postrzegane rzeczy), a nie ukazywać prawdę o nich, wiedzę o rzeczywistej strukturze świata. Przedstawienie prawdy o nim należało do zadań filozofii naturalnej (kosmologii).
Astronomia była więc z założenia hipotetyczna i niedoskonała.
Obroty jako hipoteza?! Nigdy w życiu! Mikołaj w liście do Osiandra wyraźnie zaprotestował.
Kolejny list z Norymbergi. Ta sama retoryka, podobne argumenty.
Kopernik ponownie zaprotestował.
Za bardzo wierzył w swoją rację, był przekonany, że to kwestia wiedzy, a nie wiary; teoria może być albo prawdziwa, albo fałszywa; jedynie z prawdziwej teorii mogą wypływać prawdziwe wnioski teoretyczne i praktyczne. Zatem stanowisko jego było zdecydowane: w żadnej mierze nie może się godzić na propozycję Osiandra. Miał nadzieję, że jego zdanie zostanie uwzględnione. Niestety, stanie się inaczej (na szczęście albo nieszczęście nigdy się o tym nie dowie).
Ale co zrobi, gdy po opublikowaniu książki pojawią się jakieś krytyczne uwagi? Jakim sposobem im zapobiec? Jak się zabezpieczyć? Jaką strategię obrać?
Zadedykować dzieło papieżowi?
Trza mieć stryka nawet w piekle, jak to gada Helga. Ale najlepiej mieć dobrego wujaszka w Watykanie, jak mawiała Anna.
Kilka dni później Hieronim popsuł Mikołajowi nastrój, wręczając list od Dantyszka. Biskup z Lidzbarka prosił o zwrot swojego wiersza poświęconego pamięci biskupa Watzenrode. Utwór przesłał fromborskiemu astronomowi w 1539 roku, ale nie doczekał się spodziewanej reakcji. Kopernik odesłał biskupowi kopię tegoż wiersza, gdyż nie mógł znaleźć oryginału, ponadto odpisał, że ubolewa, iż nie mógł go wykorzystać, na grobowcu wuja jest już bowiem napis - tekst może niezbyt trafny, lecz zaakceptowany przez Pana Warmii przed śmiercią.
Łowca niebieski odczuwa teraz maleńką satysfakcję. Czyżby w taki sposób pomścił sprawę Anny? Przecież zemsta nie leży w jego naturze! No, ale jak inaczej nazwać to nagłe uczucie spokoju na myśl o Dantyszkowym epigramie i epitafium?
Ze świeczki zostaje gruba plama wosku. Ciemno i posępnie.
Czas na sen? Czas na podróż w przeszłość.
Bohater opowieści Sen Scypiona Marka Tuliusza Cycerona, zmożony winem i trudami podróży do Afryki, został uniesiony przez ducha swego dziadka, Scypiona Starszego, w świat nadksiężycowy, gdzie usłyszał wykład o budowie wszechświata. Padły słowa: "prawie w środku znajduje się Słońce... Za nim, jako towarzysze, idą obiegi Wenus i Merkurego". Widmo rzekło też, że zadaniem ludzi jest strzec "kuli, którą widzisz w pośrodku przestrzeni nieba, a która zwie się Ziemią".
Profetyczna wizja senna30.
Po nocy ciągnącej się niczym wodorost, mrocznej jak sadza i zwiewnej jak dym z komina, nadchodzi - zataczając się i kulejąc - mokry dzień. Grudniowa odwilż topi Frombork w błocie i końskich odchodach.
Posępny czas o konsystencji szarej brei.
Dwie godziny temu Kopernik wrócił z rorat31. Mocno ubrudzone buty ściągnął zaraz po wejściu, by rozmokłej gliny nie roznieść po całym domu. Teraz, głodny jak wilk - w oczekiwaniu na podanie przez Helgę prandium - czyta Horacego i wspomina minione miesiące, wygrzewając przed kominkiem swoje sterane kości.
Po głowie krąży mu pytanie, czego on właściwie potrzebuje w tej dziesiątej siedmiolatce swego żywota. Oprócz twardego jak kamień stoicyzmu - na pewno zdrowia, przyjacielskiego uścisku dłoni oraz słów koloryzujących ten gorzki świat. Przez chwilę Mikołaj ma wrażenie, że słyszy głos czytającej mu Anny. Rozbrzmiewają wersy starego rzymskiego poety:
Już coraz rzadziej nękają zamknięte Okna młodzieńcy swawolni, dom zamilkł, Nikt nocy nie zakłóca, próg przykładnie Kocha się z drzwiami, Co pierwej lekko tańczyły w zawiasach. Już rzadko kiedy zakołacze w ciszy: "To ja, kochanek twoich nocy długich, Lidio, czy słyszysz?" Na próżno czekasz, o staruszko płocha, Na schadzkę z amantem w uliczce ciasnej, Gdy zimny tracki wiatr naostrzy księżyc I nowiem draśnie. Niesyta pałasz namiętnością, żądzą, Która w szał wprawia oszkapiałe klacze, Jątrzysz wątrobę, warg ranę krwawiącą Podsycasz płaczem, Że ciemny bluszcz, mirt zielony dziewczęcy Smagłego chłopca znacznie więcej cieszy Niż młodym wiatrem szeleszczącej zimy Uplotek zeschły32.
Tyle myśli zaginionych, tyle marzeń niespełnionych! - zadręcza się myślami astronom. - Tak bardzo mi ciebie brakuje, Anno, przyjaciółko moja! Gdybyśmy żywot mogli mieć drugi, nigdy bym cię nie opuścił... Po cóż żem biskupa posłuchał?! Gdybym tylko mógł przeciw niemu gardę wznieść wysoko i nie dać ci odejść... Rzecz to była jednak niemożliwa... Pewnie wola Najwyższego... Czyż człowiek nie winien zrezygnować ze wszelkich pragnień? Może lepiej chcieć dla siebie niczego, poddając się Stwórcy duszą i ciałem. Czy nie żądam od Niebios zbyt wiele?
Kopernik czeka na księgę, którą teraz zecerzy składają w norymberskiej drukarni, i się niecierpliwi. I po co to?
Przypominają mu się teraz słowa Mistrza Eckharta, których nauczył się na pamięć:
"Dusza jest tak zachłanna, że wiele rzeczy chce zdobyć i posiadać, sięga więc po czas, cielesność i wielość, tracąc przy tym to, co właśnie posiada. Dopóki bowiem odzywa się w tobie to "więcej i więcej", Bóg nie może w tobie ani mieszkać, ani działać".
Człowiek jest jak cebula - konstatuje fromborski badacz nieba. - Im szybciej kolejne łupiny zedrze, rezygnując z tego i owego, by do jądra własnego jestestwa się dostać, tym wyraźniej czuje Stwórcę. Mistrz Eckhart napisał, że ten, kto się wyrzeka wszystkich rzeczy przemijających, odzyskuje je na powrót w Bogu, w którym są one prawdą.
Ale kto jest zdolny do takiego poświęcenia?
Coś zakłóca bieg myśli. Z dołu słychać jakieś głosy, a potem szybki tupot na schodach. Po chwili do izby wbiega Wojciech i mówi, zdyszany, jak to on, zawsze w biegu:
- Kanoniku łaskawy, biskup do was przyjechali. - I zawraca, ucieka.
Biskup? Który? Giese? Dantyszek?
Mikołaj nie zdążył spytać, teraz przecież nie będzie biegł za służebnym, a to zaiste zasadnicza różnica - który biskup się zjawia. W dodatku bez zapowiedzi.
Czy Dantyszek coś knuje albo z lęku wariuje? - rozmyśla gwiaździarz. - Czy Giese ma jakieś problemy? A może to jakiś inszy biskup? Krakowski?
Próg gabinetu przekracza chełmiński hierarcha Tiedemann Giese. Całe szczęście!
Jak zwykle w tym swoim skromnym odzieniu. Pod podróżną szarą opończą - szuba z grubego czarnego sukna, podszyta futerkiem z popielic. Przy futrzanym stójkowym kołnierzu błyszcząca okrągła agrafa. Na głowie - czarny kapelusz z szerokim rondem, wyścielony ciepłym filcem. Pierś ozdabia duży krzyż na grubym srebrnym łańcuchu. Wełniane rękawice rozwierają się w przyjacielskim geście.
- Laudetur Iesus Christus33 - mówi dostojny gość. W jego mądrych piwnych oczach gości serdeczny uśmiech. Spod nakrycia głowy sterczą siwe kosmyki.
W zeszłym roku skończył sześćdziesiąt jeden lat - przemyka przez myśl Kopernikowi. - Jemu też coraz bliżej do tamtego świata.
- In saecula saeculorum34 - odpowiada gospodarz. - Jakże się cieszę, Tiedemannie, że cię widzę. - Uśmiecha się i chwilę poklepuje biskupa po ramieniu, chwilę po upierścienionej dłoni. - Cóż cię dziś przywiało w moje skromne progi? Czyżbyś miał za nic astrologów przestrogi?
Giese wybucha śmiechem. Nie spodziewał się rymowanek na wejściu.
- No co? Przyjechałeś powozem po paskudnym błocie, a na powrót sań możesz potrzebować - dodaje astronom.
- Śnieżycy mi tu nie wyrokuj, bom zdolny wrócić czym prędzej.
Kopernik, roześmiany, wskazuje obite skórą krzesło, stojące przy jego solidnym biurku. Biskup ściąga wierzchnie okrycia i rzuca je na długą ławę przed kominkiem. Spod czarnej sutanny wystaje biała koszula z delikatną falbanką kończącą rękawy.
- To do Bożego Narodzenia czy Nowego Roku na wzgórzu zabawisz?
- Chciałbym, chciał, ale moje chełmińskie owieczki na pasterza czekają. Planuję jeno do Świętego Mikołaja zostać. Prośbę prepozytowi już przedstawiłem i dyspozycje wydałem.
- Bardzom rad, Tiedemannie, że trochę czasu razem spędzimy.
Nie widzieli się od końca września, kiedy to biskup chełmiński wpadł na wzgórze katedralne, by pożegnać Jerzego Joachima. Niestety, spóźnił się, Retyk już wyjechał do Wittenbergi. Oczywiście biorąc ze sobą ważny rękopis, odpis wielkiego dzieła swojego mistrza. Tiedemann był wówczas niepocieszony, ale tłumaczył, że nie o samego Niemca mu chodzi, tylko o wspólne zawiązanie jakiegoś tajnego stowarzyszenia, może pitagorejczyków. Kopernik zareagował na ten pomysł ironicznym półuśmiechem, więc pomysłodawca, lekko zmieszany, stwierdził, że żartuje. Miał nadzieję, iż Mikołaj dał Retykowi konkretne wytyczne w sprawie druku. "Ależ, oczywiście! Chyba mnie znasz" - odrzekł astronom i przypomniał rozmówcy (choć było to pewnie niepotrzebne), że został wyszkolony w porządnym uniwersytecie dyplomacji Watzenrodego. Giese roześmiał się krótko, po czym z pełną powagą oświadczył, że muszą o innych poważnych sprawach podyskutować. Po chwili milczenia z jego ust padły słowa: "Był u mnie Dantyszek". Kopernik skrzywił się i zapytał: "Znowu węszy? Znów donosicieli słucha?". Tiedemann głęboko westchnął i poradził: "Nie oceniaj go tak surowo", na co astronom zareagował fuknięciem: "O, widzę, że sojusznika znalazł!". Giese pokręcił głową z politowaniem, mówiąc: "Oj, Mikołaju, Mikołaju, gdzie ty znajdziesz sojusznika lepszego niż ja?", a Kopernik odparł: "Nigdzie, drogi Tiedemannie. Nigdzie".
Gospodarz zaprasza gościa do stołu, gdzie Helga postawiła już różne dania i przysmaki. Bigos, jagnięcinę z marchewką i grochem, białą rzepę duszoną w rumianym sosie, jajka sadzone, bochen ciemnego chleba i wino głogowe. Na Warmii nikt jeszcze nie zna kawy, herbaty, ziemniaków, czekolady czy pomidorów. Czasem jakaś nowalijka z jadłospisu królowej Bony spłynie Wisłą do Gdańska, a z niego do Fromborka, jednak spływ to wielce opóźniony.
Nóż do krojenia mięsa i wyciągnięte zza pazuchy osobiste łyżki leżą już na stole. Przyjaciele czynią znak krzyża, modlą się, a potem jedzą i gawędzą o wszystkim i niczym.
- Przejdźmy do konkretów, szkoda po próżnicy strzępić języka - rzuca biskup, przełknąwszy łyżkę bigosu. - Wieści o cudzie u was nawet do Lubawy dotarły. Wierzyć się nie chce, że rosomak dziecko oszczędził.
- Cud to maścią smarowany - śmieje się Kopernik.
- Jakże to?
- Na spytki Idę żem potem wziął - tłumaczy astronom, krojąc sobie pajdę chleba - a ta mi rzekła o wszystkim, co wtedy w chałupie robiła, zanim drwa poszła rąbać. No i żem się dowiedział: dziecko pokasływało, przeto maść z kamfory, com ją w Gdańsku kupił, w skórę mu wtarła. I czyż to nie cud maścią smarowany? Rzecz chyba po imieniu nazywam, prawda? Śmierdzące smarowidło dziecku życie ocaliło.
- A Opatrzność?
- O pomocnej ręce Boga nigdy nie zapominam. Nie ja, drogi Tiedemannie, nie ja. Przecie gdyby Ida zdrowie synka w ręce Opatrzności nie złożyła, dziecko pewnikiem by przepadło. Ja to wiem, ty to wiesz, insi też wiedzą. W Bogu nadzieja tego niebezpiecznego świata. Jeno Stwórca nie zrobi wszystkiego za nas, niekiedy pomóc Mu trzeba.
- A może rosomaka odstrasza fetor ciała ludzkiego... - Giese urywa, dostrzegając rozbawienie w oczach przyjaciela.
- Może rację masz, kochany biskupie, może, dziś wielu jest takich, co mawiają, że mycie skraca życie. Iluż to ludzi w latach dwudziestych uznało, że gorące kąpiele to przyczynek do złapania zarazy?! Może co drugi człek na świecie. A przecie w brudzie lęgnie się robactwo, to z nieczystości unoszą się w powietrze morowe wyziewy. Ale jam słyszał, że Polacy częściej niż inne nacje się myją...
- Mój nos nie zawsze to potwierdza. - Biskup wzdryga się, jakby przed oczami miał właśnie paskudnego karalucha.
- To musisz na kazaniach nie jedynie o duchowej czystości prawić.
Bardzo szybko wróciła atmosfera błazeńskiego braterstwa. Teraz uczonym nie przeszkadza nawet smutna aura za oknem.
- Ale zostawmy już ten smród. - Giese macha dłonią przed nosem i uśmiecha się po duszpastersku.
- Wedle życzenia, drogi Tiedemannie. Wiesz, korci mnie, by pewne pytanie ci zadać.
- Kto pyta, nie błądzi, jak to Pismo głosi.
- Tyś ksiądz, przeto powiedz, gdyby dziecko przepadło, zginęło, wypatroszone przez demona Północy, to jak tę wolę Bożą czytać nam trzeba? Bo ja, im więcej o tym myślę, tym mniej o tym wiem. Tym mniej wygodnie zagadnienie to w głowie mi się układa.
- Kto czyta, ten błądzi - żartuje Giese. - Po cóż Boską wolę odczytywać? Ja wolę tego nie czynić. Sądzę, że poddać się jej należy, inszego wyjścia nie ma. My przecie jak te owce, co to za głosem pasterza idą.
- Nasza Ida na kolanach na wzgórze do katedry chciała wejść. W podzięce.
- A ty musiałbyś później całe miesiące jej rany leczyć, co? Umartwiać się trzeba, ale nie w ten sposób.
- I ja tak myślę. Tom jej ten zamysł wyperswadował.
Kopernik uśmiecha się do przyjaciela i upija łyk wina.
- A rosomaka ubiliście? - pyta Giese, sięgając po nóż, by ukroić sobie jagnięciny. Po chwili mięso jest już w rękach biskupa, a on zatapia w nim lekko pożółkłe zęby.
- Gdzie tam! Uszedł z życiem. To przecie demon nieuchwytny.
Hałas na dole, biegnące buty, skrzypienie schodów, nerwowe pukanie do drzwi. Czerwona twarz. To zziajany Hieronim.
- Przewielebny biskupie, wielebny panie - mówi służebny, zginając plecy w niskim ukłonie - niedźwiedzia w okolicy mamy!
- Któż się na niego napatoczył? - pyta gospodarz.
- Jeden bartnik na kłodzie przy barci ślady pazurów obaczył.
- Może to rosomaka?
- Tropy głębokie, ciężki zwierz to być musiał.
- Ludziom wieść roznieść należy, nasi myśliwi niech w las ruszą, przegnać go trzeba. A zresztą Hieronim przecie wie, co czynić.
Famulus kiwa głową. Kopernik ma gościa, więc odpowiedzialność za jego mienie spoczywa na barkach sługi. Ale jeszcze, niepewny co do swych zadań, pyta:
- A budarze?
Hieronim ma na myśli wolnych chłopów, ludzi pracujących i mieszkających w kapitulnych lasach - węglarzy, smolarzy, dziegciarzy, potaśników, maziarzy - którzy produkują smołę, wypalają węgiel drzewny, destylują dziegieć, wytwarzają potaż35 z popiołu czy też wyrabiają smary wykorzystywane w wozach kołowych, na statkach, w mechanizmach zamkowych wrót lub na płozach sań. Budnicy żyją wśród gęstwy, wykrotów i bagien w byle jak skleconych budach. Czasem nie opuszczają swych terenów przez całe życie.
- Oni przecie zawsze ostrożni, ostrzegać nie trzeba - decyduje astronom, a służebny kłania się i wychodzi.
Biskup drapie się przez chwilę po szyi, co gospodarz dostrzega, ale zwraca wzrok ku potrawom na stole; dobrze wie, że ów odruchowy gest przyjaciela świadczy o tym, iż zaraz poruszony będzie jakiś ciężki temat.
Oho - myśli Mikołaj - pewnie kto znowu jakie bluzgi o mnie w pole wypuścił.
Giese przełyka ślinę i mówi, ściszając głos, jakby się bał, że sługa stoi za drzwiami i nasłuchuje:
- Posłuchaj, Mikołaju, temat zmienię, bom sytuacją zmuszony... Wieści z Lidzbarka mam, biskup Jan znowu mnie o ciebie wypytuje. Jakby podejrzewał, że Anna do ciebie wróciła.
- Jeszcze mu się nie znudziło?! - fuka Mikołaj i nerwowo acz delikatnie stuka swoją łyżką w cynowy talerz. - Taką wytrwałość pod niebiosa wychwalać trzeba.
- Ejże, Mikołaju! - Giese uśmiecha się strofująco i na chwilę prostuje plecy. - Taka złośliwość twej naturze przecie obca, niespodobna. Dantyszek może męczący, irytujący jest, ale mu raczej współczuć trzeba, nie zaś na niego się gniewać. On cię lubi i ceni, mnie pewno też, i ufa nam. W imię nauki pozwalał nam na spiskowanie z luteraninem. Niestety, Sculteti napsuł mu sporo krwi a insze humory też zepsuł, taki błyskotliwy, a taki lekkomyślny, jak jakiś szlachciura z zaścianka.
- Ja głupot i występków Aleksandra bronić nie zamierzałem i nie zamierzam, ale uważać zawsze będę, że winy gonić należy, ale bronić człowieka nam trzeba. To chrześcijańska postawa jest. A człek istota słaba, błądząca...
- Słabość do Aleksandra masz, jako widzę. To prawda, matematyk i humanista on tęgi, ale sam na się sprasza srogie razy. A czasy trudne. I gorsze jeszcze być mogą. O tym pamiętać musimy. Rzeknę wprost: Dantyszek robi, co może, by twe nauki w Europie promować, dobry w tym jest, ale cywilnej odwagi nieraz mu nie staje. Lęka się i pląta w taktyki wszelakie, chciałby z każdym dobrze żyć, a wychodzi mu tak albo inak...
- Ha, ja to wiem, ty to wiesz - prycha Mikołaj - ale lepiej, żeby każdy patrzył swego. Przed Bogiem Jan przecie sam stanie. I ja, i ty, i Sculteti. Samiusieńcy. Dantyszek święty nie jest, znamy przecie. I obaj też wiemy, że trudno na dwa fronty walczyć, trudno też ze wszystkimi na dobrej stopie bywać. Być katolikiem i z protestantami się nie swarzyć, piękna to idea. I mnie ona przyświeca, ale nie zawsze tak się da. Niestety. Pomnisz, jakeś popełnił De regno Christi? Tyś też dwie armaty wytoczył. Bo kto chce zadowolić wszystkich, nikogo zadowolić nie zdoła.
- Tak, cięgów żem zażył, niestety. A Erazm Wielki nie zdążył nawet wypocin moich przeczytać. Odszedł, zostawiając po sobie pustkę wielką, świeć, Panie, nad jego duszą!
Istotnie, rękopis traktatu Giesego O królestwie Chrystusowym dotarł do Erazma z Rotterdamu, jednak adresat zdołał tylko z wielką uprzejmością, która cechuje natury nieprzeciętne, odpisać drżącą ręką, że bardzo przeprasza, ale dzieła nie zdąży już przejrzeć. Bo przegrywa walkę z kostuchą. Giese pomodlił się więc za jego zdrowie, podumał, a potem wysłał swój traktat Filipowi Melanchtonowi do Wittenbergi. Chciał swoją książką pojednać oba wrogie obozy, ale nie znalazł uznania w żadnym z nich - dzieło nie zostało nawet wydrukowane. Stanisław Hozjusz, kanonik warmiński na stanowisku kantora od kwietnia 1539 roku, lecz oddelegowany na dwór królewski, dopatrzył się w nim "strasznych herezji". Kopie dzieła Giesego przepadną w pomroce dziejów, a rękopis każe spalić szalejąca kontrreformacja36.
- A po której stronie Dantyszek stanął? - pyta Kopernik. - No, wiadomo, to nie Albrecht Hohenzollern, Jan zawsze stoi na straży prawdziwej wiary, tak przynajmniej powtarza. Ale czy w tym staniu... w tym jego stanie... błędów nie popełni? Oto jest pytanie!
- Ja też rzec o tym chciałem. Dantyszek to sprytny dyplomata, ale bywają i sprytniejsi. I tego się obawiam.
Łyżka bigosu zatrzymuje się w drodze do ust gospodarza.
- Kogóż masz na myśli?
Gość pochyla się nad stołem i zakulisowym tonem odpowiada:
- Stanisława Hozjusza... Ten to dopiero zagadka. Dantyszek go popierał i nadal popiera, a Sculteti mu drągi między koła kładł. Czyżby Aleksander oszalał? Co go w ten czas opętało? A ten Hozjusz przebiegły jest i... obawiam się... nieco mściwy.
- Fanatyk? Takich to trzeba się bać. Sculteti to gorąca głowa, krzykacz, pyskacz, ale w gruncie rzeczy poczciwy człek.
- Z ust żeś mi to wyjął, Mikołaju! - Po chwili biskup dorzuca: - Hozjusz ponoć z królową Boną spiskuje...
- Nasz Sculteti, zdaje się, też.
- Ale to Włoszka, ognista, programu politycznego nie ma, a rządzić lubi, przeto wszystko się zdarzyć może - mówi Giese.
- A ten nasz były królewski sekretarz, a obecny młot na kacerzy ma i może dobre chęci, ale... jako prawi porzekadło... dobrymi chęciami piekło brukowane bywa...
- Otóż to - konstatuje przyjaciel astronoma.
- Aut papista, aut satanista37... to chyba jego zawołanie.
- Bona mawia o nim tak: "Ten Hozjusz łączy w sobie naiwność gołębia z mądrością węża" - Tiedemann parodiuje królewski ton z obcym akcentem. - Zdaje mi się, że on celowo pozory tej naiwności stwarza. Przebiegłość jego jak mądrość ma wyglądać.
- Taka królowa łatwowierna? - dziwi się Kopernik.
- Dziwna, zmienna, nieprzewidywalna trochę. Księżycowa słabość nad nią chyba władzę sprawuje.
- To może ona biskupem chce zostać... - Kopernik robi głupią minę. Jak pajacyk na ulicznym przedstawieniu.
- A jakże!
Śmieją się i stukają kubkami z głogowym winem, najedzeni, opierając się o zaplecki krzeseł. Helga, zawsze czujna, sprząta ze stołu i szepce, że zaraz doniesie więcej wina.
- Tak po prawdzie - dorzuca Giese - to ona już coś przegaduje, żeby z Hiszpanii wojsko zaciężne sprowadzić.
- Wojsko?! - Kopernik aż podrywa się z miejsca.
- Nie gorączkuj się tak. Rycerzy generała Ignacego z Loyoli do nas przyzywa.
- To dobrze czy źle?
- Sam nie wiem. Rycerzy z krzyżem na habitach już mieliśmy i nie było nam z nimi dobrze.
Chwila milczenia rozlewa się w przestrzeni niczym alkohol w żyłach. Z kominka dobiega trzask dogorywających polan.
- Ale, przyznam, o Hozjuszu niewiele wiem - mówi astronom. - A ty?
- Krakus, w pięćset czwartym się ponoć urodził, od trzydziestego ósmego jest sekretarzem króla naszego Zygmunta Starego. Żyłkę polemisty ma, a do tego poeta, przeto się metaforami wykręcić potrafi. Oczytany, ukształtowany po włosku. Dzieci magnackie nauczał i z biskupem Tomickim w bliskich stosunkach był.
- A co on pisał, poeta jeden? - Ironiczny błysk w oczach Mikołaja.
- Elegie i epigramy głównie...
- Panie w nich wielbi jak nasz Dantyszek?
Tiedemann kręci głową i patrzy na gospodarza z lekką naganą.
- Sławi w nich czołowe osobistości Rzeczypospolitej.
- A to sprytny duszek! - Kopernik uśmiecha się łobuzersko.
- I był wielbicielem Erazma z Rotterdamu.
- Był? Już nie jest? - Zdziwienie pęcznieje.
- Chyba teraz bardziej radykalnie na świat patrzy.
- A dyplom jaki ma?
- Doktorat obojga praw - oświadcza Giese.
- Jurysta śliski?
- Podobno.
- I cóż jeszcze o nim powiesz, szlachetny biskupie? Byle prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. - W głosie Mikołaja pobrzmiewa nutka żakowskiego plotkarstwa.
- Z kanclerzem Samuelem Maciejowskim spiskuje.
- A poglądy jakieś ma... czy tylko te wygodne?
- Powtarza, że Pismo święte bez autorytetu Kościoła ma rangę równą bajkom Ezopa.
- To już, zdaniem twoim, Tiedemannie, herezja, czy jeszcze nie?
- Raczej antyherezja - diagnozuje biskup - która z herezjami walczy, a herezją śmierdzi.
- Pijmy, miły bracie, bo to chyba nie od wina głowa mnie rozbolała, tylko od tych zbyt nabożnych ludzi... Co się robi za dobre, oj, nie jest już dobre, tak mawiał mój wuj.
- Rację masz, wypijmy, znieczulić się trzeba. Ja pewną rzecz już jakoś przetrawiłem, ale ty jeszcze nie. Coś usłyszeć musisz.
- To ty więcej tych bombard w zanadrzu trzymasz?
- No...
- Zatem piję i słucham. - Obrotny badacz sfer niebieskich przymyka na chwilę oczy.
Zza okien dochodzą krzyki Helgi i Hieronima.
Mikołaj odkłada kubek i wstaje, by rzucić okiem przez szyby. Na polu służebni biegają w kółko za czubatą kurą. Pewnie kucharka chce zarżnąć owo ptaszysko, a ono najwyraźniej ma inne plany. I jeszcze gdacze niczym baby na jarmarku. Na błotnistym dziś podwórzu złapanie kury wcale nie jest takie łatwe. Ot, kurza komedia. Nic dodać, nic ująć, tylko łeb uciąć.
Giese patrzy wyczekująco na przyjaciela, a ten, odwracając się od okna, macha tylko ręką na znak, że pod fromborskim niebem nie dzieje się nic na tyle ważnego, by o tym mówić.
- Hozjusz ma poglądy zdecydowanie różne od twoich - podejmuje przerwany wątek biskup - w kwestii biblistyki... Jest przeciwnikiem tłumaczenia Biblii na język polski, gdyż wulgarny ten język, zdaniem jego, do przełożenia Pisma Świętego się nie nadaje. Mawia też, że od znajomości Słowa Bożego pożyteczniejsza jest... ignorancja ludu.
- O Boże! - Kopernik chowa twarz w dłoniach. - Boże, zlituj się!
- Nabożeństwa w języku zrozumiałym dla uczestników też niedobre są, tak twierdzi, bo rozumienie spraw boskich złe owoce przynosi, gdyż z wiarą się kłóci.
- O, sancta simplicitas38 - rzuca kanonik.
- On się nawet sierdzi, gdy listy pisane polską mową otrzymuje. Odpisuje wtedy tak: Linqua catholica hoc est latina39.
- I on takimż sposobem chce walczyć z Lutrem, który ludowi dał dostęp do Słowa Bożego? To ja już o wiarę naszą się boję! Ale nie mogę go wyrozumieć. Jak on to uzasadnia?
- Ano jakoś tak - tłumaczy Tiedemann. - Ten, co mniej rozumie, jest zazwyczaj bardziej pobożny. Ci, którzy wszystko w Kościele rozumieją, nabierają łatwo pogardy dla religii. Ci, którzy niczego nie rozumieją, są pełni podziwu dla wszystkiego, co z Kościołem związane.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej