Zakazana psychologia tom 2 - Tomasz Witkowski

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZYCZY PSYCHOLOGIA JEST NAUKĄ KULTU CARGO?

Początek lat 30. ubiegłego wieku przyniósł mieszkańcom gór Nowej Gwinei strach i przerażenie. Oto na niebie pojawiły się ogromnej wielkości ptaki wydające z siebie przerażający ryk. Tubylcy na widok takiego nadlatującego potwora z trwogą padali na ziemię, zakrywali twarze i modlili się o litość. Ten fenomen pojawił się tak niespodziewanie i był tak krańcowo różny od wszystkiego, co znali z dotychczasowego życia, a nawet z legend i podań, że szybko doszli do wniosku, że mają do czynienia z rozgniewanymi duchami przodków. W końcu ryk tych monstrów był bardziej dojmujący niż huk trzęsienia ziemi, szum wodospadu czy odgłosy dowolnego spośród znanych im zwierząt. Z pewnością nie mógł pochodzić od żadnej ziemskiej istoty. Aby przebłagać rozgniewane duchy, poświęcali swój najcenniejszy dobytek - zabijali świnie, piekli je i rozrzucali po polach jako pokarm dla przodków. Następnie zrywali liście krotonu i pocierali nimi włosy i plecy, aby zabezpieczyć się przed nieczystymi siłami.

Z upływem czasu zaczęło przybywać "ptaków niebios", bo tak je właśnie nazwali, i coraz częściej można było zobaczyć, jak te dziwne stwory siadają na ziemi. Wtedy tubylcy zaobserwowali, że z ich gigantycznego "brzucha" wychodzą biali ludzie, wyładowują narzędzia, broń, skrzynie z żywnością i inne dobra użytkowe. Z początku obserwowali te wydarzenia z przerażeniem i w głębokim milczeniu. Po głowach kołatały im się setki pytań. Skąd przychodzą ci ludzie? Dlaczego mają odkryte tylko twarze i dłonie? Czy są biali dlatego, że przyszli z nieba, gdzie byli bliżej Słońca? Czy dysponują nadprzyrodzonymi mocami? Czy to duchy przodków?

Pustka stworzona tymi pytaniami nie mogła pozostać niewypełniona i z czasem niepokój zaczęła zastępować pewność; pewność, że wkrótce wysłane przez duchy przodków "ptaki niebios" również im, wyspiarzom, przyniosą podobne dobra, też zapakowane w skrzynie z napisem cargo. Trzeba tylko sobie na to zasłużyć, odprawiając obrzędy na cześć przodków i składając im ofiary. Wyspiarze nie ograniczyli się wyłącznie do tych działań. Szybko doszli do przekonania, że same ceremonie nie wystarczają. Obserwując krzątaninę białych ludzi, która w żaden sposób nie przypominała jakiejkolwiek znanej im aktywności, doszli do wniosku, że mają do czynienia z obrzędami religijnymi, których celem było sprowadzenie na ziemię "ptaków niebios". Zaczęli z religijną gorliwością naśladować czynności wykonywane przez białych ludzi. Budowali coraz więcej specjalnych domów, w których zamierzali pomieścić nadchodzące cargo. Z drewna i trzciny konstruowali naturalnej wielkości atrapy samolotów - bo oczywiście to samoloty były tymi "wielkimi ptakami" - i składali im ofiary. W nocy rozpalali ogniska imitujące światła lotnisk po to, aby "ptaki" wiedziały, gdzie wylądować, a kiedy nad głowami pojawiał się samolot, padali na ziemię w oddaniu i oczekiwaniu na cargo...

To tylko jeden z wielu przykładów powstawania kultu cargo na wyspach Oceanu Spokojnego. Opisany kult ptaka niebios rozwinął się na Nowej Gwinei wśród górskich plemion na początku lat 30. ubiegłego wieku, kiedy to administracja cywilna rozpoczęła systematyczną lotniczą penetrację interioru wyspy1,, i nie był to odosobniony przypadek. Podobne kulty rozwinęły się na kilkudziesięciu wyspach Pacyfiku. Nie zawsze miały one związek z samolotami. Czasami oczekiwano na ciężarówki lub statki. Innym razem spodziewano się rozmnożenia pieniędzy. W zależności od społecznego tła i warunków, w jakich się rozwijały, kulty te przybierały przeróżne formy. Oczywiście najbardziej malownicze były i nadal są - bo kulty cargo przetrwały do dzisiaj - te związane z wiarą, że to właśnie samoloty są wysłannikami bogów. Przyjrzyjmy się zresztą bliżej kilku z nich.

Ryc. 1.1.

Makieta samolotu naturalnej wielkości

W 1943 roku w nowogwinejskiej prowincji Morobe, w dolinie rzeki Markham miejscowa ludność zaczęła budować duże "domy radiowe" i zakładać "instalację telefoniczną". Ta działalność była skutkiem obserwacji zachowania japońskich żołnierzy, którzy rok wcześniej zajęli półwysep Huon - stacjonujące w tym rejonie oddziały posługiwały się łącznością telefoniczną, do czego oczywiście niezbędne były prowizoryczne instalacje. Przeczytajmy zresztą relacje naocznych obserwatorów:

Oficerowie ANGAU penetrujący rejon zauważyli, że w miejscowościach Arau i Wompur w "domach radiowych" umieszczono żerdzie bambusowe, z których wychodziły "druty" (sznurek) na dach do bambusowego "izolatora", a następnie w powietrzu przeprowadzone do stojącego obok innego "domu radiowego". Każdego ranka przeprowadzano musztry wojskowe z kijami bambusowymi zamiast karabinów. Gdy po pewnym czasie zapytano wyspiarzy, dlaczego tak postępują, odpowiedzieli, że przygotowują się na przyjście Chrystusa; przez instalację telefoniczną otrzymają wiadomość o zbliżającym się Chrystusie. [...]

Gdy na niebie pojawiły się alianckie i japońskie samoloty walczące ze sobą, oczekujący twierdzili, że to przodkowie walczą z białymi, którzy za wszelką cenę nie chcą dopuścić do ich nadejścia i przyniesienia cargo. Wzmogły się modlitwy i ofiary na cześć przodków, przy "stacjach obserwacyjnych" rozpalano ogniska wskazujące przodkom miejsce lądowania [...]. Gdy jednak przodkowie z cargo ciągle nie nadchodzili i czas oczekiwania przedłużał się, postanowiono ulepszyć "instalację telefoniczną"; wymieniano "izolatory" i "przewody" (sznurki), sytuowano je w innych miejscach [...]2II.

Również w ramach kultu skin guria, rozwijającego się na Nowej Gwinei w okolicach Pindiu, w pobliżu cmentarzy budowano lądowiska dla mających nadlecieć z ładunkiem cargo samolotów. Wyspiarze oczekiwali też na przybycie wypełnionych ładunkiem okrętów i ciężarówek. Miały one dotrzeć z Ameryki przez otwór wykopany głęboko w ziemi. W buszu budowano domy przeznaczone na magazyny dla nadchodzących ładunków cargo.

Zwolennicy kultu Kaum, wywodzący się głównie z plemienia Garia, też budowali lotniska, wierzyli bowiem, że przodkowie przyślą cargo drogą powietrzną, aby nie ukradli go europejscy rabusie. Rozniecali nocą ogniska i dawali sygnały świetlne lampami, żeby pomóc duchom trafić i bezpiecznie wylądować na przygotowanych lądowiskach.

Kapłani bardzo już współczesnego, bo powstałego w latach 60. XX wieku, kultu Peli Association przepowiedzieli, że 7 lipca 1971 roku na szczycie góry Turu wyląduje 300 amerykańskich boeingów 707 z ładunkiem cargo oraz pieniędzmi na pokładzie. Już dwa dni wcześniej w kierunku góry wyruszyło kilka tysięcy ludzi. Przepowiednia nie spełniła się, a wyznawcy kultu w milczeniu wrócili do swoich domów3.

Kulty cargo miały wielki wpływ na życie wyspiarzy. Dobrą tego ilustracją są wydarzenia, które miały miejsce na Nowej Gwinei w latach 30. wśród wyznawców kultu Marafiego:

W oczekiwaniu na przyjście przodków przynoszących ze sobą ryż, mięso, pożywienie i dobra materialne ludność zaprzestała pracy na polach i w ogrodach; była całkowicie posłuszna zaleceniom Marafiego nawet wtedy, kiedy zażądał, aby dziewczyny i młode kobiety oddawano mu za żony4.

Jedno z proroctw Johna Fruma - legendarnego przywódcy religijnego z wyspy Tanna znajdującej się w archipelagu Nowe Hebrydy - niemal doprowadziło do ekonomicznej katastrofy:

Otóż zapowiedział on między innymi, że wraz ze swym "drugim przyjściem" przywiezie nową walutę - monety z kokosem na awersie. Nim to nastąpi, trzeba pozbyć się wszystkich "pieniędzy białych ludzi". W roku 1941 przepowiednia ta wywołała na wyspie prawdziwy szał wydawania, wszyscy porzucili pracę i gospodarka wyspy stanęła wobec groźby kompletnego bankructwa5.

Z kolei wyznawcy kultu Kaum z Nowej Gwinei uznali, że trzeba zniszczyć własne dobra, by zasłużyć na nagrodę:

Niszczono ogrody, zabijano świnie, palono własny dobytek, aby uchodzić w oczach przodków za ubogich, zasługujących na przysłanie cargo i wykazać się posłuszeństwem wobec rozkazów przywódcy Kauma6.

W swojej gorliwości wyznawcy kultów cargo dopuszczali się palenia całych wsi, a nawet morderstw w sytuacji, kiedy ktoś doszedł do wniosku, że niezbędna jest ofiara z ludzi. Mimo tych ogromnych ofiar cargo nie nadchodziło. Wtedy czasami wierni podwajali wysiłki i zaczynali modlić się jeszcze gorliwiej i składać bogatsze ofiary, czasami zaczynano wątpić w przepowiednie i kult zanikał. W wielu przypadkach przywódcy religijni zostali uznani za oszustów i lądowali w więzieniu, niektórych wyznawcy sami przepędzili. Zdarzało się też jednak, że kiedy administracja zabraniała jakichś praktyk, tubylcy dochodzili do wniosku, że są już blisko osiągnięcia celu i ze zwiększoną gorliwością praktykowali obrzędy. W miejsce zanikających kultów powstawały nowe, zawiedzione nadzieje odżywały na nowo. Niektóre kulty cargo przetrwały do dzisiaj i są miejsca, gdzie ludzie nadal budują pasy startowe, rozpalają ogniska, gromadzą się na "lotniskach", wyczekują w milczeniu i skupieniu przy "radiostacjach" i na "wieżach kontrolnych" i wciąż z nadzieją patrzą w niebo. W jaki sposób jednak tak niezwykłe zjawisko jak kult cargo mogło zakorzenić się w naukach społecznych?

W JAKI SPOSÓB KULT CARGO ZNALAZŁ SIĘ W NAUKACH SPOŁECZNYCH?

W 1974 roku podczas uroczystości rozdania dyplomów w California Institute of Technology Richard Feynman, genialny fizyk i laureat Nagrody Nobla, wygłosił wykład zatytułowany Nauka kultu cargo. Kilka uwag na temat nauki, pseudonauki i tego, jak nie oszukiwać siebie samego. Dokonał w nim znamiennego porównania, które odtąd na stałe zagościło w świadomości ludzi nauki:

Wydaje mi się, że studia psychologiczne i pedagogiczne, o których wspomniałem, są przykładem czegoś, co chciałbym nazwać nauką kultu cargo. Na Morzach Południowych istnieje kult cargo. Podczas wojny miejscowa ludność widziała, jak lądują samoloty wyładowane mnóstwem wspaniałych rzeczy, i chciałaby, żeby teraz też tak było. Zrobili więc coś, co wygląda jak pasy startowe, rozmieścili ogniska wzdłuż tych pasów, wybudowali drewnianą chatę dla człowieka, który siedzi tam z dwoma kawałkami drewna imitującymi słuchawki i pędami bambusa sterczącymi jak antena (jest kontrolerem lotu) i czekają na lądowanie samolotów. Wszystko robią tak, jak trzeba. Forma jest doskonała. Wszystko wygląda dokładnie tak jak kiedyś. No, ale nie działa. Żadne samoloty nie lądują. Takie właśnie rzeczy nazwałem "nauką kultu cargo", ponieważ postępują oni zgodnie z przyjętymi zasadami i formami badań naukowych, ale brakuje w tym zasadniczej rzeczy, bo samoloty nie lądują7.

Ryc. 1.2.

Richard P. Feynman

Wielki fizyk nie poprzestał na tym porównaniu. Podawał przykłady z obszaru uzdrawiania, psychoterapii, parapsychologii, opisywał również swoje doświadczenia z komorami deprywacyjnymi. Wypowiadał się na temat szkolnictwa i przestępczości:

Z czasem odkryłem rzeczy, w które wierzy jeszcze większa grupa ludzi, na przykład że wiemy, jak uczyć. Jest wiele szkół zajmujących się metodami nauki czytania czy matematyki. Zwróćcie jednak uwagę, że czytanie jest na coraz niższym poziomie (a co najwyżej wolno się poprawia), a pomimo to ulepszeniem metod ciągle zajmują się ci sami ludzie. To są takie rady znachorów, które się nie sprawdzają. Należało to zbadać; skąd oni wiedzą, że ich metody mają szansę być dobre? Inny przykład to traktowanie przestępców. Jasne jest, że stosując obecne metody postępowania z przestępcami nie osiągnęliśmy żadnego sukcesu w ograniczaniu przestępczości. Na domiar złego te sprawy określa się jako naukowe. Studiujemy je8.

Myślenie, jakie zaprezentował w swoim wystąpieniu Feynman, podzielają inni krytycy nauk społecznych. Stanisław Andreski w książce Czarnoksięstwo w naukach społecznych nie nazywał, co prawda, praktyk nauk społecznych kultem cargo, ale pisał dokładnie o tym samym zjawisku:

Jeśli jakieś dociekania są oparte na rzetelnej i konkretnej wiedzy, powinna występować istotna dodatnia korelacja między liczbą specjalistów a osiągniętymi rezultatami. Z tego powodu w kraju, w którym jest wielu fachowców od telekomunikacji, usługi telefoniczne powinny być liczniejsze i lepsze niż w kraju, gdzie podobnych specjalistów jest mniej. Na tej samej zasadzie średnia długość życia będzie większa w krajach, gdzie pracuje wielu lekarzy i pielęgniarek, niż tam, gdzie ich brakuje. Usługi bankowe powinny być lepsze w tym państwie, w którym jest więcej banków i specjalistów od bankowości. Takich przykładów można podać wiele, te trzy wystarczą jednak, aby pokazać, o co mi chodzi. Powstaje teraz pytanie: Jakie korzyści przynosi społeczeństwu psychologia i socjologia? [...] Tak więc, aby sprawdzić twierdzenie, że mamy do czynienia z bardzo użytecznymi dziedzinami wiedzy, zastanówmy się, w jaki sposób przyczyniają się one do ogólnoludzkiego dobra. Z informacji podawanych na kursach i w podręcznikach wynika, że zadanie psychologii polega na pomaganiu ludziom w odnalezieniu właściwego miejsca w społeczeństwie, bezbolesnym przystosowaniu do otoczenia, osiągnięciu zadowolenia z ży­cia i harmonii w kontaktach z innymi. Z tego należało by wnosić, że w krajach czy środowiskach, w których rozpowszechnione są usługi psychologów, rodziny są trwalsze, więzi między małżonkami, rodzeństwem, dziećmi i rodzicami są silniejsze, stosunki między współpracownikami bardziej harmonijne, lepsza jest pomoc potrzebującym, a liczba przestępców, wandali i narkomanów mniejsza niż w krajach, w których psychologów jest niewielu. Z takich przesłanek wynikałoby bezsprzecznie, że krajem błogosławionej harmonii i pokoju są Stany Zjednoczone i że przez ostatnie ćwierć wieku sytuacja społeczna uległa tam znacznej poprawie ze względu na przyrost liczby psychologów, socjologów i politologów9.

O ile jednak Feynman poprzestał na stwierdzeniu braku zależności pomiędzy wysiłkami przedstawicieli nauk społecznych a sytuacją w obszarach, którymi się zajmują, o tyle Andreski poszedł krok dalej, samym naukowcom przypisując winę za pogłębienie się niektórych problemów:

Można oczywiście oponować twierdząc, że zależność jest odwrotna i to właśnie wzrost narkomanii, liczby przestępstw, rozwodów, niesnasek rasowych i innych bolączek stworzył zapotrzebowanie na większą liczbę psychologów. Nie jest to wykluczone, ale nawet jeśli tak było, to zalew terapeutów nie doprowadził do poprawienia sytuacji. Można nawet dojść do wniosku, że oni raczej pogłębiają choroby, a nie są lekarstwem na nie, ponieważ gwałtowny przyrost ich liczby nastąpił, zanim krzywe przestępstw i uzależnień zaczęły rosnąć10.

Zarówno Feynman, jak i Andreski analizują przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwszy przyczynę zamiany nauki w kult cargo widział głównie w braku uczciwości badaczy; szczególnie zresztą rozumianej:

Chodzi o pewien rodzaj uczciwości, zasadę naukowego myślenia, która wiąże się z bezwzględną uczciwością - o dołożenie wszelkich starań. Jeśli na przykład robicie jakieś doświadczenie, to powinniście opisać wszystko to, co - waszym zdaniem - mogłoby poddać je w wątpliwość (nie tylko to, co w nim jest w porządku), inne przyczyny, które mogły dać podobny wynik, rzeczy, które jak się wam wydaje udało się wykluczyć na podstawie innego doświadczenia i na czym to polegało tak, żeby mieć pewność, że ktoś inny też będzie mógł przyznać, że zostały wyeliminowane. Powinniście podać wszystkie szczegóły, które mogły budzić wątpliwości, co do waszej interpretacji, jeśli oczywiście je znacie. Musicie zrobić wszystko, na co was stać. Jeśli wiecie, że coś jest nie tak lub mogłoby być nie tak, musicie to wyjaśnić11.

Przestrzegał przy tym przed pokusą samooszukiwania:

Podstawową zasadą jest nie wprowadzać w błąd samego siebie, a jesteście ludźmi, których wprowadzić w błąd jest najłatwiej. Musicie więc na to bardzo uważać. Jeśli nie będziecie oszukiwać samych siebie, wtedy łatwiej wam będzie nie oszukiwać innych naukowców12.

Brak uczciwości naukowców wobec samych siebie, innych naukowców oraz ludzi niezwiązanych z nauką to, zdaniem Feynmana, główna przyczyna zamiany nauki w kult cargo. Andreski w swoich analizach poszedł nieco dalej. Jako socjolog genezy zafałszowania obrazu rzeczywistości upatrywał w czynnikach społecznych.

Trudności metodologiczne, aczkolwiek bardzo poważne, są jednak mniejsze niż te, które wynikają z tego, że ludzie reagują na to, co mówi się na ich temat. W odróżnieniu od specjalisty z zakresu nauk ścisłych, "badacz" zajmujący się ludzkim zachowaniem przypomina czarownika, który za pomocą zaklęć potrafi sprawić, aby udały się plony lub spadł deszcz. Ponieważ jego teorie są często trudne do sprawdzenia, ludzie chcą, aby im mówił to, co chcą usłyszeć i może być karany za nieprzyjemne wiadomości lub nieprzychylne przepowiednie, tak jak lekarze nadworni byli w dawnych wiekach bici przez swoich panów za to, że nie potrafili ich wyleczyć. Co więcej, ludzie chcą osiągnąć cele wpływając na innych i dlatego zawsze będą się starali zastraszyć lub przekupić czarownika, aby działał na ich korzyść i wypowiadał właściwe zaklęcia - albo przynajmniej mówił to, co miło jest usłyszeć. Dlaczego miałby on opierać się groźbom i pokusom, skoro w jego dziedzinie tak trudno jest cokolwiek udowodnić, a zaspokajanie własnych zachcianek, granie na ludzkich emocjach a nawet świadome kłamstwa mogą zostać bezkarne? Jego dylemat wyrasta jednak z trudności odwrotu - przekroczywszy granicę trudno jest już przyznać, że zmarnowało się lata w pościgu za widmami lub czerpało korzyści z naiwności ludzi. Aby uciszyć wątpliwości, niepokoje i poczucie winy, idzie się po linii najmniejszego oporu i rozbudowuje w nieskończoność sieć fikcji lub kłamstw, coraz głośniej mówiąc przy tym o dążeniu do obiektywności i poszukiwaniu prawdy13.

W odróżnieniu od Feynmana, który spostrzegał przedstawicieli nauk społecznych jako ofiary procesów samooszukiwania, Andreski rysuje obraz cynicznego, dyspozycyjnego naukowca, człowieka osobiście zainteresowanego fałszowaniem rzeczywistości.

Najprościej jest nigdy nie martwić się o prawdę i mówić ludziom to, co chcą usłyszeć, a kluczem do sukcesu jest odgadnąć, co możni i wpływowi chcą usłyszeć w danym miejscu i czasie. Uczony w naukach społecznych, mający niepewną i nieścisłą, przeważnie wyssaną z palca wiedzę, a jednak zdolny wywierać na ludzi wpływ swoimi wystąpieniami, przypomina czarnoksiężnika, który dobiera słowa, nie ze względu na ich użyteczność poznawczą, ale ze względu na zamierzony skutek, a potem wymyśla bajki mające dowieść prawdziwości tych słów i usprawiedliwić pozycję, jaką zajmuje w społeczeństwie14.

Do głosów Feynmana i Andreskiego dołączają się inni krytycy nauk społecznych. Marvin Minsky jednoznacznie stwierdza, że psychologii do dzisiaj nie udało się wypracować narzędzi pozwalających zrozumieć myślenie lub świadomość15. Wielu autorów krytykuje język nauk społecznych, który często ma sprawiać wrażenie bardziej skomplikowanego, niż jest to niezbędne. Celem tego zabiegu jest nic innego jak sprawianie wrażenia, że ktoś ma do powiedzenia coś mądrego16. Karl Popper strofuje takich naukowców w sposób bezwzględny:

Każdy intelektualista ponosi bardzo specyficzną odpowiedzialność. Posiada przywilej i stosowność studiowania. Winien więc swym bliźnim (bądź "społeczeństwu") przedstawić wyniki swych studiów w najprostszej, najklarowniejszej i najbardziej zwięzłej formie. Najgorsze, co intelektualiści mogą zrobić - grzech przeciwko Duchowi Świętemu - to pozować na wielkich proroków i epatować swoich bliźnich tajemniczymi filozofiami. Kto nie potrafi mówić prosto i jasno, ten powinien milczeć i pracować nadal, aż będzie mógł tak uczynić17.

Próbą rozstrzygnięcia, które z przyczyn przemiany nauk społecznych w kult cargo mają większe znaczenie, zajmę się w dalszej części tego rozdziału. Zanim to jednak nastąpi, chciałbym jeszcze pokazać, na ile metafora Feynmana, chociaż oparta na spostrzeżeniach raczej niż badaniach, żyje własnym życiem. Wyszukiwarka Google dla wyrażenia cargo cult science pokazuje prawie 30 tysięcy rezultatów. W większości odnalezionych tekstów terminem tym określa się jakiś rodzaj pseudonauki lub aktywność z góry skazaną na brak rezultatów. Również naukowe bazy danych, takie jak EBSCO, zawierają sporo artykułów wykorzystujących określenie "kult cargo". Już kilka wybranych przypadkowo tytułów daje niezłe wyobrażenie, w jakim kontekście jest ono wykorzystywane:

Neuro-linguistic programming: Cargo cult psychology?18. Cargo cult science, armchair empiricism and the idea of violent conflict19. The urban question as cargo cult: Opportunities for a new urban pedagogy20. Classroom research and cargo cults21. Environmental optimism: Cargo cults in modern society22. Dominance theater, slam-a-thon, and cargo cults: Three illustrations of how using conceptual metaphors in qualitative research works23. On cargo cults and educational innovation24. Cargo-cult city planning25. Psychologia - "nauka kultu cargo"? W poszukiwaniu paradygmatu psychologii wychowania26.

Wygląda na to, że przenośnia Feynmana na stałe zagościła w powszechnej świadomości, a nawet zaczęła żyć własnym życiem. I choć cenię Feynmana i jego sposób myślenia o nauce, to jednak postanowiłem sprawdzić, na ile jego metafora miała uzasadnienie w rzeczywistości, w której żył, a także, czy jego spostrzeżenia znajdują potwierdzenie w naszych czasach. Oto wyniki moich poszukiwań.

CZY FEYNMAN MIAŁ RACJĘ?

Rzeczywiście, w czasach Feynmana w Stanach Zjednoczonych liczba ciężkich przestępstw - morderstw, gwałtów, napadów z bronią w ręku - w przeliczeniu na jednego mieszkańca wzrosła o ponad 300 procent27 (między 1960 i 1986). Można sobie wyobrazić, jak dużo badań nad przestępczością, resocjalizacją i tym podobnymi zagadnieniami przeprowadzono w tym czasie, jak wiele artykułów zostało opublikowanych, jak wiele osób zrobiło karierę uniwersytecką, badając te problemy. A zatem punkt dla Feynmana.

Podobnie smutne były statystyki dotyczące samobójstw wśród amerykańskich nastolatków. Pomiędzy 1950 i 1980 rokiem liczba samobójstw w tej grupie wiekowej wzrosła również o 300 procent. Największy wzrost nastąpił wśród białych nastolatków z lepiej sytuowanych warstw społecznych. Na przykład tylko w roku 1985 w Stanach Zjednoczonych odnotowano ogółem 29 253 samobójstwa, z czego 1339 popełnili biali w wieku 15-19 lat28. W tym czasie według bazy EBSCO opublikowanych zostało 1597 recenzowanych artykułów, których tematem było samobójstwo. Tak ogromna energia badawcza zestawiona z tragiczną statystyką także zdaje się potwierdzać przekonanie Feynmana o specyfice nauk społecznych.

Równie ponuro wyglądała kwestia chorób psychicznych. Na przykład w 1955 roku w Stanach Zjednoczonych ho­spi­talizowano 1,7 miliona pacjentów psychiatrycznych, a w roku 1975 już 6,4 miliona29. To niemal czterokrotny wzrost. W tym czasie tysiące psychologów klinicznych pracowały nad doskonaleniem metod terapii, profilaktyką i innymi zagadnieniami, a przecież ich wysiłki - gdyby były skuteczne - powinny znaleźć odzwierciedlenie w statystykach.

Wzrost częstości zachorowań do dzisiaj nie został powstrzymany. Współczesne dane są równie szokujące, a wielu autorów interpretuje je jako dowód na to, iż w Ameryce panuje epidemia chorób psychicznych. Tylko w latach 1987-2007 liczba osób cierpiących na zaburzenia psychiczne, leczących się nie na koszt prywatny, wzrosła ponaddwukrotnie. W 1987 roku psychiatrycznie leczył się jeden na 184 Amerykanów, w roku 2007 już jeden na 76. W tym samym czasie liczba zachorowań wśród dzieci wzrosła aż 35-krotnie. Choroby psychiczne stanowią obecnie w Stanach Zjednoczonych najważniejszą przyczynę niepełnosprawności u dzieci, daleko wyprzedzając upośledzenia fizyczne, takie jak mózgowe porażenie dziecięce czy zespół Downa.

Badania przeprowadzone przez Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego (NIMH) w latach 2001-2003 przyniosły jeszcze bardziej zdumiewające rezultaty: 46 procent dorosłych Amerykanów spełnia (lub spełniało w przeszłoś­ci) uznane przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) kryteria diagnostyczne przynajmniej jednej z czterech głównych kategorii dolegliwości psychicznych:

zaburzenia lękowe, w tym fobie oraz zespół stresu pourazowego (PTSD); zaburzenia nastroju, w tym depresja i zaburzenia afektywne dwubiegunowe; zachowania impulsywne, w tym problemy behawioralne oraz tak zwany zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD); zaburzenia związane z używaniem substancji psychoaktywnych, w tym nadużywanie alkoholu i narkotyków.

Przy czym większość badanych spełniała kryteria więcej niż jednej kategorii schorzeń30.

Podobnych statystyk znaleźć można całe mnóstwo. Dotyczą poważnych, stale pogłębiających się problemów i patologii. Na przykład liczba rozwodów wzrosła czterokrotnie, od 31 na tysiąc małżeństw w roku 1950 do 121 na tysiąc w 1984. W ciągu niespełna 25 lat potroiła się też liczba zachorowań na niektóre choroby weneryczne: w 1960 było 259 tysięcy przypadków rzeżączki, a w 1984 prawie 900 tysięcy31.

Zgodnie ze spostrzeżeniami Feynmana obniżał się także poziom edukacji. Na przykład przeciętny wynik testów matematycznych wśród absolwentów szkół średnich w roku 1967 wynosił 466 punktów, a w 1984 spadł do 426. Podobne spadki odnotowano w testach umiejętności werbalnych. Takie ponure wyliczenia można by kontynuować w nieskończoność32. Niestety, nie są to wyłącznie wyliczanki aktualne za oceanem w czasach Feynmana. Dotyczą one również naszych czasów i naszej rzeczywistości. Oto garść bliższych nam danych...

Według Małego Rocznika Statystycznego w Polsce w latach 1998-2007 odsetek pacjentów poradni zdrowia psychicznego wzrósł dwukrotnie. W 1998 roku jako pacjenci publicznych poradni zdrowia psychicznego zarejestrowanych było 1,8 procent Polaków. W 2007 roku było ich już 3,6 procent. Podobnie intensywnie przybywało pacjentów, którzy po raz pierwszy rejestrowali się z zaburzeniami psychicznymi i zaburzeniami zachowania. W roku 1998 po raz pierwszy trafiło do poradni zdrowia psychicznego niecałe pół (0,45) procent Polaków. W 2007 roku już 0,96 procent, a w rekordowym roku 2005 było to aż 1,1 procent. Ponaddwukrotnie więcej niż siedem lat wcześniej.

Te dano warto jednak zestawić ze statystykami ukazującymi wzrost liczby specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym. Nawet pobieżne obliczenia wskaźnika wzrostu liczby psychologów (i to tylko we Wrocławiu), od czasu, kiedy ja kończyłem na tamtejszym uniwersytecie studia, do dziś, uświadomiły mi, że gdyby takie tempo zostało utrzymane, już za 50 lat byłoby w tym mieście ponad dwa miliony psychologów! Trzy razy więcej, niż dziś miasto to ma mieszkańców! Na podstawie podobnych obliczeń dość łatwo dojść do przekonania, jakie sformułował przed laty Andreski:

Gdyby liczba psychologów i socjologów rosła nadal w takim tempie, jak na przestrzeni ostatnich lat, w ciągu kilku następnych stuleci przewyższyłaby zaludnienie Ziemi33.

Oczywiście takie obliczenia nie uwzględniają wielu czynników, takich chociażby jak wymieranie części populacji psychologów itp., dlatego też mogą być traktowane wyłącznie anegdotycznie, jako ilustracja tezy Andreskiego. O tym jednak, że coś jest na rzeczy, świadczyć już mogą bardziej konkretne informacje. Na przykład Instytut Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego w ciągu pięciu analizowanych lat rokrocznie zwiększał "moce przerobowe" w zakresie kształcenia dyplomowanych psychologów i niemal je podwoił. O ile w roku 2005 mury Instytutu opuściło 119 dyplomowanych psychologów, o tyle w roku 2009 było ich już 226!

Podobne wnioski przynosi również analiza przyrostu liczby absolwentów nauk społecznych w Polsce. Według Małego Rocznika Statystycznego w 1998 roku zaledwie 0,04 procent Polaków stanowili absolwenci kierunków określanych jako nauki społeczne. W 2007 roku było ich już 0,16 procent. W tej liczbie znaczący udział miała psychologia. A więc w tym samym czasie, kiedy podwoiła się liczba pacjentów poradni zdrowia psychicznego, liczba absolwentów nauk społecznych, wśród których jest wielu specjalistów od ochrony tegoż zdrowia, wzrosła aż czterokrotnie!

Ponieważ w Polsce nie ma uregulowań prawnych dotyczących wykonywania zawodu psychoterapeuty, nie sposób oszacować liczbę osób nieposiadających oficjalnego wykształcenia, a zajmujących się świadczeniem usług w zakresie ochrony zdrowia psychicznego. Moje subiektywne obserwacje prowadzą do wniosku, że populacja takich "specjalistów" rośnie lawinowo. Zresztą, nawet jeśli ten ostatni wniosek jest nieco na wyrost, to porównanie dynamiki przyrostu liczby wykształconych profesjonalistów i wskaźnika liczby pacjentów poradni zdrowia psychicznego każe poważnie zastanowić się nad sugestią Andreskiego:

Jeśli widzimy, że za każdym razem, kiedy pojawia się straż pożarna, płomienie stają się większe, mamy podstawy zastanawiać się, czego używają do gaszenia pożaru i czy przypadkiem nie dolewają oliwy do ognia34.

Czy zatem nauki społeczne są, tak jak utrzymywał Feynman, naukami kultu cargo? Czy mamy do czynienia z ogromnym oszustwem polegającym na tym, że utrzymujemy tysiące naukowców, którzy oddają się czynnościom z gruntu jałowym?

Wielokrotnie uczestniczyłem w dyskusjach na ten temat i wcale nie dziwią mnie rozlegające się w takich chwilach wzburzone i podniesione głosy psychologów i innych przedstawicieli nauk społecznych, których sens pracy jakoby jest w ten sposób podważany (również przez autora tych słów). Znam też dobrze podnoszone w takich chwilach argumenty. Pierwszy z nich - słyszałem go setki razy - brzmi: "A może to właśnie wzrost dostępności opieki w zakresie zdrowia psychicznego ujawnił rzeczywiste zapotrzebowanie?". Może! Ale zwracam uwagę, że ta hipoteza - bo to wyłącznie hipoteza - w zasadzie jest równoznaczna z przyjęciem założenia, że wzrost liczby psychologów i psychoterapeutów doprowadził do wykreowania popytu na usługi psychoterapeutyczne. Czy nie jest to aby sztuczny popyt? Kolejny sposób obrony polega na stwierdzeniu, że gdyby nie psychologowie i ich wysiłki, liczba osób z problemami psychicznymi byłaby jeszcze większa, niż to dzisiaj pokazują statystyki. Istotnie, prosta ekstrapolacja obecnych trendów (postęp geometryczny!) pokazuje, że już za niecałe półwiecze wszyscy staniemy się pacjentami poradni zdrowia psychicznego. Tylko kto będzie w nich pracował? A może już - aż kusi, aby spytać - nieświadomi swych problemów potencjalni pacjenci obsługują tych, którzy są świadomi, że pomocy w tym zakresie potrzebują.

Kolejna strategia obrony polega na przekonywaniu, że na problemy psychiczne ma wpływ zbyt wiele czynników, aby winą za stan obecny obciążać wyłącznie psychologów. Tylko kogo w takim razie, jeśli nie ich? Kto ma największą wiedzę na ten temat? Jaka grupa, jeśli nie psychologowie, powinna te czynniki poznać i pokazać, jak można ich wpływ eliminować? Czy zrzucanie winy na innych nie przypomina do złudzenia prób kapłanów i wyznawców kultu cargo, którzy gorączkowo szukają wyjaśnienia tego, że na ich pasach startowych nie chcą lądować samoloty wypełnione skrzyniami z napisem cargo? Przyjrzyjmy się choćby poniższej relacji:

Cała okoliczna ludność żyła oczekiwaniem na nadejście cargo, gorliwie uczęszczała na nabożeństwa, modliła się bez przerwy całymi dniami i nocami. Ale i te środki okazały się nieskuteczne, dopatrywano się więc przyczyn nienadejścia cargo albo w samym rytuale, albo też wśród ludności; uznano, że tą przyczyną są grzechy. Postanowiono zgładzić je przez publiczne wyznawanie oraz publiczną pokutę, nieraz bardzo surową i drastyczną, do ofiar z życia ludzkiego włącznie. Cargo ciągle jednak nie nadchodziło; ludność próbowała więc stosować nowe środki i techniki rytualne. Poszła do ogrodów, odzierała liście z drzew, wyrywała rośliny z korzeniami i konsumowała owoce, zabijała świnie i kury oraz składała ofiary na cześć przodków i zmarłych misjonarzy, aby oni przyczynili się do nadejścia cargo. Naznaczono również specjalne tabu dotyczące spożywania niektórych pokarmów oraz zakazujące stosunków seksualnych. Ale cargo ciągle nie nadchodziło35.

Jeszcze inni obrońcy dzisiejszego sposobu uprawiania nauk społecznych mogą zarzucić takiemu rozumowaniu nadmierne przywiązanie do aspektu stosowanego nauki. Zwolennicy tej argumentacji powołują się na fakt, że badania podstawowe nie zawsze przynoszą natychmiast widoczne rezultaty i czasami muszą minąć lata, zanim pewne odkrycia zostaną wdrożone, a zarzuty Feynmana czy Andreskiego są bardzo krótkowzroczne, bo sprowadzają pracę naukowca wyłącznie do aspektu praktycznego. Ja jednak daleki jestem od wyłącznie pragmatycznego patrzenia na naukę. Doskonale wiem, że w wielu dziedzinach trwają prace, których wpływ na rzeczywistość, w jakiej żyjemy, jest żaden, niewielki lub bardzo odroczony w czasie. Nie oczekuję od filozofii, kosmologii, matematyki czy astronomii odkryć prowadzących do radykalnych i szybkich zmian w naszym życiu, a mimo to jestem gorącym zwolennikiem prowadzenia dociekań i badań w tych obszarach. A jednak nauki różnią się pomiędzy sobą stopniem zanurzenia w rzeczywistości, której dotyczą. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby inżynierowie pracujący nad udoskonaleniem konstrukcji mostów stwierdzili, że prowadzą badania podstawowe i na efekty ich prac trzeba będzie jeszcze długo poczekać, podczas gdy kolejne mosty coraz częściej się zawalają. Nauki społeczne, w tym psychologia, znajdują się bardzo blisko rzeczywistości i nawet jeśli część ich przedstawicieli prowadzi badania podstawowe, to ich efekty powinny stać się prędzej czy później widoczne.

Niestety, wśród licznych wyjaśnień braku zależności pomiędzy liczbą zaangażowanych i ilością pracy poświęconej na rozwiązywanie problemów a uzyskiwanymi efektami niezwykle rzadko pojawia się - choćby na moment - refleksja, że być może przedstawiciele nauk społecznych źle identyfikują problemy. Może zadają po prostu niewłaściwe pytania? Jeszcze rzadziej pojawiają się podejrzenia dotyczące celowości ich działań. Aż nasuwa się pytanie, czy aby reprezentantom tych dyscyplin taka sytuacja przypadkiem nie odpowiada?

Nie przesądzając na razie odpowiedzi na te pytania, spróbujmy przeprowadzić pewien eksperyment myślowy - podstawmy w miejsce psychoterapeutów stomatologów, a w miejsce ludzi z problemami psychicznymi pacjentów gabinetów dentystycznych. Wyobraźmy sobie, że ich liczba zwiększa się czterokrotnie w ciągu dziesięciu lat. W tym samym czasie rośnie liczba pacjentów. Na początku pewnie przekona nas stwierdzenie, że więcej pacjentów korzysta z profesjonalnych usług stomatologicznych. Z czasem jednak ludzie powinni zacząć pojawiać się u stomatologów wyłącznie na wizyty kontrolne, część być może dla przeprowadzenia jakichś zabiegów kosmetycznych, ale czy można sobie wyobrazić, że przy tak gwałtownym wzroście liczby specjalistów ludzi z chorymi zębami będzie wciąż przybywać? Przy takiej dostępności usług stomatologicznych każdy najdrobniejszy problem powinien być przecież natychmiast rozwiązany. Z czasem powinno się wręcz okazać, że wiele gabinetów nie ma szans przetrwać na rynku! Tymczasem w naszym eksperymencie myślowym coraz więcej ludzi ma problemy z próchnicą, paradontozą itp., a stomatolodzy tłumaczą nam, że oni się starają, ale zła żywność, woda, powietrze i co tam się jeszcze da wymyślić powodują, że nasze zęby są w coraz gorszym stanie, i gdyby nie ich wysiłki, byłoby jeszcze gorzej. Czy uwierzymy w to? Czy nie zażądamy od nich opracowania skuteczniejszych metod ochrony, profilaktyki i leczenia?

Zresztą spróbujmy sobie wyobrazić dowolny obszar życia, poza naukami społecznymi, w którym jesteśmy odbiorcami jakichś usług i ma miejsce podobna sytuacja, że rośnie liczba specjalistów-usługodawców i jednocześnie zwiększa się liczba problemów, jakie oni rozwiązują. Jakoś w innych sferach życia nietrudno dostrzec postęp. Nasze samochody spalają coraz mniej paliwa i są coraz sprawniejsze, linie lotnicze oferują coraz tańsze i bezpieczniejsze przeloty, w medycynie mimo kilku niechlubnych wyjątków też obserwujemy ciągły postęp, rolnictwo rozwiązuje dzisiaj problem braku żywności dla zwiększającej się populacji (a jeszcze w czasach, kiedy chodziłem do szkoły, futurolodzy wieszczyli, że już na początku III tysiąclecia ludzkości grozi straszny głód i niedostatek). Nauki społeczne to chyba jedyne dyscypliny, gdzie problemy i pytania mnożą się, zamiast być rozwiązywane.

Spróbujmy teraz może znów podążyć tropem Feynmana i spojrzeć na naszą cywilizację oczami kogoś z zewnątrz. Coś takiego zrobił Feynman w innym wykładzie, który wygłosił w 1964 roku we Włoszech, podczas Galileo Symposium. Próbował wówczas pokazać Galileuszowi stan kultury naukowej we współczesnym społeczeństwie i wytłumaczyć, dlaczego pomimo intensywnego rozwoju nauki pozostaje ono tak nienaukowe. My z naszą refleksją nad współczesną psychologią, gdybyśmy wczuli się w rolę obcego przybysza, ujrzelibyśmy społeczeństwa, w których gwałtownie rośnie liczba osób popadających w tarapaty psychiczne. Wraz ze wzrostem liczby problemów mnożą się specjaliści od ich rozwiązywania. Jest ich coraz więcej i ich liczba rośnie dużo szybciej niż liczba ludzi z problemami. Mijają lata, a problemów nie tylko nie ubywa, ale, paradoksalnie, przybywa. Taki stan utrzymuje się przez lata. Czy można mówić o skuteczności tych specjalistów, czy raczej należałoby spojrzeć na ich działalność tak, jak przyglądamy się powstawaniu i rozwojowi kultów cargo? Może Feynman jest zbyt łagodny w tym przypadku? Może raczej uwaga Andreskiego o oliwie dolewanej do ognia jest bardziej na miejscu? John Holt, pisząc kilkadziesiąt lat temu O "pomocy" i specjalistach od pomagania, nie miał wielu wątpliwości w tej kwestii:

Człowiek, który zawodowo zajmuje się pomaganiem innym, nie może obejść się bez ludzi, którym jego pomoc będzie potrzebna. Specjalista od pomocy żyje dzięki bezradności i wytwarza bezradność, jaka jest mu potrzebna36.

PRZYCZYNY PRZEMIANY NAUKI W KULT

Kiedy analizuję osiągnięcia i problemy nauk społecznych, czuję się, jakbym płynął rzeką rozdzielającą terytorium przedziwnego kraju. Na jednym brzegu widzę wyjałowione pola lub horrendalnych rozmiarów chwasty, a wokół ludzi oddających się dziwnym rytuałom zamiast pracy w polu. Na drugim ziemia jest żyzna, rosną na niej użyteczne rośliny, a wszędzie krzątają się pracowici ludzie. Osobiście jestem przekonany, że w naukach społecznych tkwi ogromny, niedoceniony potencjał umożliwiający rozwój cywilizacji i wzrost dobrostanu ludzi. Jestem pewien, że oba brzegi tej krainy mogłyby wydawać podobnie obfite plony. Jak jednak tego dokonać? Nie zrobimy tego, jeśli wprzód nie zrozumiemy, dlaczego tak wiele działań nauk społecznych mimo wszystko przybiera charakter kultu cargo.

Tubylcy zamieszkujący góry Nowej Gwinei nie mieli żadnych doświadczeń, do których mogliby porównać spotkanie z "ptakiem niebios". Hipoteza, jaką postawili, mówiąca o tym, że są to duchy przodków, była w odniesieniu do systemu wiedzy, którym dysponowali, w pełni racjonalna. Ich umysły, podobnie jak nasze w analogicznej sytuacji, poszukiwały wyjaśnienia przedziwnych wydarzeń, których stali się świadkami. Podobnie, w sposób spójny i konsekwentny, konstruowali dalsze elementy układanki, która złożyła się na to, co nazywamy kultem cargo.

Nie inaczej postępujemy w nauce. Na podstawie dostępnej nam wiedzy i wcześniejszych doświadczeń formułujemy prawdopodobne hipotezy. Niestety, czasem pod względem wartości merytorycznej niewiele różnią się one od tych, jakie formułują nowogwinejscy wyspiarze. By jednak uzmysłowić sobie, że problem ten nie dotyczy wyłącznie nauk społecznych ani nawet szczególnie psychologii, warto przypomnieć choćby kilka z bardziej kompromitujących przykładów z obszaru innych dziedzin nauki. W tych przypadkach określenie cargo jest może nawet zbyt łagodne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę często przerażające konsekwencje opisywanych koncepcji.

W grudniu 1949 roku Egas Moniz odebrał z rąk Szwedzkiej Akademii Nauk Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny za "badania nad leczniczymi efektami lobotomii". Lobotomia, inaczej zwana leukotomią, to zabieg neurochirurgiczny polegający na przecięciu włókien nerwowych łączących płaty czołowe mózgu ze strukturami międzymózgowia. W pierwszej połowie XX wieku za pomocą tego zabiegu próbowano leczyć schizofrenię i inne ciężkie zaburzenia psychiczne. Jej wielki zwolennik Walter J. Freeman opracował sposób przeprowadzania lobotomii przedczołowej poprzez wbijanie do mózgu pacjenta - przez oczodół - szpikulca do lodu! W ten sposób przeprowadził zabiegi u ponad 2900 osób. Przyznając Nagrodę Nobla za lobotomię, świat nauki uhonorował odkrycie, które w rzeczywistości okazało się implementacją błędnej hipotezy, a dla pacjentów oznaczało najczęściej straszliwe okaleczenie. Hipoteza ta miała dla wielu ludzi dużo gorsze konsekwencje niż rozrzucanie po polu upieczonych świń w ofierze przodkom. Tylko w Stanach Zjednoczonych w latach 1935-1960 wykonano blisko 50 tysięcy zabiegów lobotomii - prawie 60 procent chorych zmarło, część stała się (psychicznymi) inwalidami, tylko u nielicznych ustąpiły niektóre objawy. Mimo protestów jednej z ofiar lobotomii, Christine Johnson, Komitet Noblowski odmówił odebrania Monizowi nagrody.

Inny przykład - kilkadziesiąt lat zajęło badaczom zrozumienie, że hipoteza o etiologii choroby beri-beri była błędna. W roku 1886 rząd holenderski wysłał Christiana Eijkmana, ucznia słynnego mikrobiologa Roberta Kocha, do Indii Wschodnich w celu ustalenia przyczyn tej choroby. Ówczesne podejście do medycyny było na wskroś "bakteriologiczne". Eijkman poświęcił długie lata na poszukiwania "zarazka" wywołującego tę chorobę. Był tak przekonany do swojej hipotezy jak wyznawcy kultu cargo do tego, że to duchy przodków przysyłają do nich "ptaki niebios". Nawet znalazłszy się już o krok od odkrycia rzeczywistych przyczyn choroby, ani on, ani otaczający go naukowcy nie byli w stanie ich dostrzec. Dokonał tego dopiero Frederick Hopkins, który wykorzystał prowadzone przez Eijkmana obserwacje kur chorych na beri-beri i wykazał, że niełuskany ryż zawiera substancję, której organizm ludzki nie jest w stanie sam wyprodukować; jej brak przejawia się awitaminozą, która w ekstremalnej postaci prowadzi do ciężkiej choroby - właśnie beri-beri.

Podobną i znacznie świeższej daty porażką nauki było błędne przekonanie, że głównymi przyczynami wrzodów żołądka i dwunastnicy są stres i niewłaściwy tryb życia. W myśl tej koncepcji pacjentów z chorobą wrzodową "leczono" zmianą stylu życia, psychoterapią i innymi "zabiegami" redukującymi stres. Rozwinął się w związku z tym nawet całkiem nieźle prosperujący biznes. Zmianę zapoczątkował dopiero w 1983 roku Barry Marshall, który podczas konferencji w Brukseli stwierdził, że ta częsta choroba jest wywoływana przez bakterię. Ponieważ chyba żadna inna fizyczna dolegliwość nie była nigdy tak ściśle kojarzona ze stresem i trybem życia, wiele czasu upłynęło, zanim hipoteza Marshalla i potwierdzające ją wyniki badań zostały uznaneIII. Mimo jej akceptacji przez świat naukowy nadal w wielu miejscach, szczególnie w tekstach reklamujących psychoterapię, spotkać się można z przekazem, że psychologia pomaga wyleczyć z choroby wrzodowej.

Czy zatem stawianie hipotez naukowych odbywa się tak samo na oślep jak formułowanie sądów przez wyznawców cargo? Nie. To prawda, że i jeden, i drugi sposób rozumowania jest zgodny z właściwościami naszego umysłu i nie odwołują się one do metody "na chybił trafił". Różnica tkwi jedynie w zasobie wiedzy, z którego korzysta myślenie naukowe. W nauce dużo skrupulatniej gromadzimy opisy wydarzeń, analizujemy je, staramy się zapamiętać i wyciągnąć wnioski. Dodatkowo myślenie naukowe charakteryzuje dużo większa liczba działań samokorygujących, które wyznawcom cargo przytrafiają się znacznie rzadziej (co nie znaczy, że wcale tego nie robią). Przytaczałem zresztą wyżej relacje, jak wyznawcy kultu cargo doskonalili swoje "radiostacje", choćby wymieniając "izolatory" i "przewody". To były działania samokorygujące - analogiczne obserwujemy też u naukowców! I oni często próbują coś poprawić, ulepszyć, zmienić w prowadzonym przez siebie eksperymencie. Być może jeszcze jedna różnica tkwi w systematyczności obserwacji i działania. Wyznawca cargo o zacięciu naukowym nie powinien wymieniać jednocześnie "izolatorów" i "przewodów", lecz robić to po kolei, by sprawdzić efekt, powinien też swoje obserwacje zapisywać, a jeśli to wszystko nie przynosiłoby skutku, może spróbować podważyć własne hipotezy i jeszcze raz wrócić do obserwacji białych ludzi, zakładając, że to raczej na tym etapie popełnił błąd.

Wyznawcy cargo nie byli i nie są ani ludźmi głupimi, ani prymitywnymi. W wielu przypadkach dochodzili do bardzo racjonalnych, a w kontekście wiedzy, jaką dysponowali, do niezwykle wręcz racjonalnych wniosków. Poniższy fragment pokazuje na przykład, jak modyfikowali swoje wierzenia wyznawcy kultu Upikno:

Kiedy jednak ludność była znudzona i sfrustrowana długim oczekiwaniem na ciągle nienadchodzące cargo, postanowiła zrewidować naukę głoszoną przez proroka; uznano, że jednak należy wrócić do tradycyjnego sposobu postępowania. Trzeba więc spalić ubiory europejskie i ubierać się w tradycyjne ozdoby i stroje. Zaczęto pracować w ogrodach i uprawiać rośliny jadalne. Nie zrezygnowano jednak z modlitw i ceremonii przejętych z kościołów misyjnych; uważano, że tradycyjne rytuały i ofiary, połączone z obrzędami i modlitwami chrześcijańskimi będą bardziej skuteczne w upraszaniu przodków, aby przysłali cargo. Gdy jednak, po mniej więcej pięciu latach ustawicznego oczekiwania, okręt z cargo nie przybywał, ludność zaczęła tracić zaufanie do proroka Upikno, zanikały też powoli obrzędy kultowe odprawiane na cześć przodków; kult przestał istnieć37.

Czy można sobie wyobrazić rozsądniejszą drogę weryfikacji własnych przekonań? Gdyby podobnie postępowali wszyscy wyznawcy, kulty cargo prawdopodobnie dawno by zanikły. Tymczasem część z nich rzeczywiście zanikła, część odrodziła się w innej postaci, inne nadal się utrzymują. Przytoczona relacja dowodzi jednak, że tubylcy dysponowali wystarczającą wiedzą i możliwościami umysłowymi, aby porzucić błędne przekonania, podobnie jak naukowcy stawiający błędne hipotezy w końcu - po latach, ale jednak - odkrywają swój błąd (lub inni robią to za nich). Zatem nie ma zasadniczych różnic w rozumowaniu "naszym" i "ich". A jednak kult cargo niemal nie pojawia się w fizyce, chemii czy matematyce, a panoszy się w psychologii i socjologii. Przyjrzyjmy się więc, co sprawia, że niektóre kulty cargo tak długo się utrzymują - na Pacyfiku i w naukach społecznych.

To, co jest pierwszą i podstawową przyczyną utrzymywania się kultu cargo, czy to wśród mieszkańców wysp Pacyfiku, czy wśród naukowców i praktyków nauk społecznych, to zwykłe oszustwo.

Z początkiem 1964 r. zaczął Weworuya nawoływać ludność z okolicy, aby kładła swoje pieniądze do małych czerwonych drewnianych walizek (skrzynek) i deponowała je u niego. Wybudował w tym celu specjalny duży dom-magazyn i ustawiał w nim stale wzrastającą liczbę walizek z pieniędzmi, przynoszonymi przez ludność z okolic Kanite. Twierdził, że gdy po pewnym czasie walizki otworzy się, będą pełne pieniędzy. Trzeba jednak odprawiać obrzędy kultowe na cześć przodków, składać im ofiary, dużo się modlić. Na dowód prawdziwości głoszonej przez siebie nauki zebrał wszystkie pieniądze z poszczególnych walizek, a była to już poważna suma, chodził z zebraną sumą od wioski do wioski, pokazywał pieniądze ludziom i objaśniał, że to już pierwszy efekt jego działalności: rozmnożone pieniądze. W każdej wiosce, gdzie przybył organizował nocne spotkania, odprawiał obrzędy na cześć przodków i zachęcał zebranych, by składali coraz więcej pieniędzy, gdyż więcej otrzymają z powrotem38.

Trudno powiedzieć, jak długo kłamstwa tego akurat proroka mogłyby pozostać niewykryte, gdyż przedstawiciele oficjalnej administracji zakazali mu prowadzenia tej oszukańczej działalności. O tym jednak, że była ona skuteczna, świadczyć może fakt, że zainicjowany przezeń obyczaj deponowania mających się rozmnożyć pieniędzy w skrzynkach przetrwał i pojawił się też w kilku innych kultach.

W przypadku świadomego oszusta najczęściej jesteśmy niestety bezradni. Metody, jakie stosował wśród Nowogwinejczyków Weworuya, u nas z powodzeniem stosują choćby twórcy piramid finansowych, na których szczycie stoi zwykle jakiś elokwentny "menedżer Weworuya", z ogromną pewnością siebie nauczający o tym, jak pomnażać pieniądze, a wśród jego "wyznawców" wielu jest ludzi wykształconych i (z pozoru) rozsądnych. I kapłani, i aferzyści od piramid finansowych wykorzystują ludzką tęsknotę za dobrami, których im brakuje. Jak to się ma do nauki? Otóż w terapiach typu cargo niezwykle często wykorzystywana jest tęsknota za czymś, co nierealne, a co widzimy u innych i czego im zazdrościmy. Rozsądek nakazywałby powiedzieć wyspiarzom z Nowej Gwinei, że bez względu na to, jak ciężko będą pracować, zdobędą co najwyżej znikomą część tych dóbr, jakie widzieli u białych ludzi. I nie pomogą im w tym żadne rytuały. Nauka tymczasem taką samą złudną perspektywę oferuje ludziom z diagnozą raka, autyzmu czy zespołu Downa. Ci nieszczęśnicy również - i to bez względu na to, jak mocno będą starali się sami lub ich rodzice - pewnych rzeczy nie zmienią i nie wyleczą. Czy zatem musi dziwić, że prorokowanie, iż jednak może być inaczej, a co więcej wspieranie owych proroctw wynikami badań (równie autentycznymi, jak walizka pieniędzy zebranych przez Weworuyę) kusi naiwnych (i niedoinformowanych)?

W pierwszym tomie Zakazanej psychologii pisałem o wielu świadomych oszustwach polegających na fałszowaniu wyników badań przez naukowców i o konsekwencjach tych oszustw. W tym tomie zamieściłem wiele opisów terapii, których konstrukcja do złudzenia przypomina kult cargo. Niepoparte badaniami cudowne wieści o uzdrowieniach, oskarżenia o zbyt małą gorliwość w wypełnianiu zaleceń "proroków", sfabrykowane nieudolnie "dowody naukowe", a wszystko to na tle rozpaczy i nadziei.

Nauka, w przeciwieństwie do kultu cargo, dysponuje całkiem skutecznymi narzędziami demaskowania oszustów - eksperymentem kontrolowanym i replikacją badań. Niestety, często są to narzędzia niewykorzystywane. Co gorsza, nie przeanalizowawszy świadectw empirycznych, w uzasadnianie skuteczności terapii cargo angażuje się wielu "naukowców". Doskonałym tego przykładem jest metoda O. Carla Simontona czy terapie tak zwanych dorosłych dzieci alkoholików. Wielu naukowców, choć mają świadomość istniejących oszustw, pozostaje obojętna na praktyki proroków cargo w obrębie własnych dziedzin. Ten niewybaczalny grzech zaniechania o wiele częściej popełniają przedstawiciele nauk społecznych niż nauk przyrodniczych.

Dużo trudniejsza sytuacja ma miejsce wówczas, kiedy mamy do czynienia z samooszukiwaniem. W takiej sytuacji sam proces dochodzenia do racjonalnych wniosków jest mocno zniekształcony. Zobaczmy na przykładzie "kultu tchnienia duchów", jak - mimo braku efektów - taki mechanizm utrzymuje wiarę w rytuały:

Uczestniczący w tych obrzędach mówili, że zostali uderzeni chłodnym wiatrem. A ponieważ ludność lokalna wierzyła, że duchy i przodkowie przenoszą się z miejsca na miejsce z wiatrem, szczególnie zaś nocą i z chłodnym wiatrem, to transy rytualne interpretowano jako skutek tchnienia przechodzących duchów i przodków oraz przynoszących cargo. Przodkowie zatem byli obecni, w przekonaniu Wyspiarzy, nie było jednak cargo; znaczyło to, że obrzędy kultowe były tylko połowicznie skuteczne, należało je zatem wzbogacić i uzupełnić. Umieszczano więc, w nowo wybudowanych "domach cargo", różne kamienie, przedmioty codziennego użytku, gałęzie, muszle, rośliny w tym przekonaniu, że obecni w czasie rytualnych transów przodkowie przemienią je w prawdziwe europejskie cargo39.

W powyższej historii przekazywana z pokolenia na pokolenie, a przez to niepodważalna, wiedza o sposobach przemieszczania się duchów pozwoliła wnioskować o skuteczności elementów obrzędu. Należało zatem szukać przyczyn braku cargo w innych częściach rytuału, ulepszyć go i czekać na efekt.

Dokładnie w ten sam sposób zachowują się wyznawcy kultu Zygmunta Freuda i pochodnych wyznań. Wiedza o oporze pacjenta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, od czasów pierwszego "proroka", i jest przez to niepodważalna. Kiedy pacjent podczas obrządku terapii reaguje negatywnie, bezsprzecznie świadczy to o tym, że pojawił się opór (podobnie jak uderzenie zimnego wiatru było niezbitym dowodem obecności duchów), a więc diagnoza jest trafna i potwierdza skuteczność "proroctw" psychoanalizy. Teraz należy sprawdzić, co nie działa w innych elementach terapii, poprawić to i kontynuować rytualne obrzędy.

Niestety, mechanizm samooszukiwania się jest niewywrotny. Jeśli nie mamy możliwości podważenia prawd objawionych i utrwalonych w tradycji, nie przedrzemy się przez kurtynę oddzielającą kult od racjonalnego myślenia. W praktyce wszelkie kulty utrzymują się najdłużej właśnie tam, gdzie najwięcej jest elementów poświadczonych tradycją i doświadczeniem pokoleń. Wszędzie, gdzie kolejni "prorocy" tworzyli swój system przepowiedni od podstaw, bez silnego powiązania ich z tradycyjną wiedzą, kulty cargo zanikały. Zadziwiające, jak wiele było takich przypadków. Władysław Kowalik w cytowanej już wielokrotnie wspaniałej monografii Kulty cargo na Nowej Gwinei szczegółowo opisuje 55 różnych kultów. Aż w osiemnastu przypadkach autor kończy swój opis twierdzeniem: "kult z czasem zaniknął". W pozostałych kulty zostały zakończone ingerencją administracji lub wchłonięte przez inne, o części brakuje informacji, ale pozostałe nadal funkcjonują. W tych osiemnastu przypadkach tubylcy postąpili podobnie jak wyznawcy przytoczonego na początku tego podrozdziału kultu Upikno - racjonalnie. Stało się tak głównie dlatego, że ich "prorocy" nie dość mocno powiązali swoje przepowiednie ze znanym systemem wiedzy i wierzeń.

Trudno oczywiście tutaj o jakieś obiektywne porównanie z kierunkami i szkołami popularnymi w psychologii i psychoterapii, dlatego poniższe uwagi proszę traktować wyłącznie jako subiektywną refleksję. Gdyby założyć, że badacze kultów cargo opisali wszystkie ich odmiany, to powstało ich kilkadziesiąt, góra sto40. Różnych szkół i modalności jest w psychoterapii kilkaset. W 1986 roku Daniel Goleman pisał o ponad 460 różnych odmianach psychoterapii funkcjonujących na Zachodzie41. Dzisiaj jest ich z pewnością dużo więcej i wątpię, aby zajęcie polegające na ich zliczaniu miało jakikolwiek sens. Bardziej istotne jest to, że niewiele z nich zanika. Przeradzają się one w inne, rzekomo dojrzalsze formy, są modyfikowane, uzupełniane, pojawiają się pod nowymi nazwami. Dzieje się tak dlatego, jak sądzę, że były w stanie wystarczająco powiązać własny przekaz z wiedzą utrwaloną w pseudonaukowej tradycji.

Część kultów funkcjonujących w ramach nauk społecznych charakteryzuje się szczególnie dużym potencjałem właśnie dzięki temu, że ich kapłani łączą elementy tradycyjnej wiedzy z własnymi proroctwami. Do takich szkół zaliczyłbym choćby neurolingwistyczne programowanie (NLP) czy najstarszą funkcjonującą w obrębie psychologii pseudonaukę - psychoanalizę. Szczególnie w przypadku tej ostatniej duże znaczenie ma czas funkcjonowania kultu w ludzkiej świadomości. Czas nadaje ideom wagi i przynajmniej w potocznym myśleniu te, które przetrwały, zyskują na wartości tylko dlatego, że stały się elementem tradycji. Tym również można tłumaczyć żywotność astrologii i mnóstwa innych, również niewiele wartych, koncepcji będących pochodnymi wierzeń jakichś starożytnych ludów. Ograniczone umysły nadają im szczególną wartość tylko dlatego, że wymyślił je jakiś Chińczyk cztery tysiące lat temu, a do tego zapisał niezrozumiałymi, a przez to bardziej tajemniczymi znaczkami. Niestety, w przeciwieństwie do figurki z brązu, której kilka wieków w piasku przydaje wartości na rynku antyków, idei czas nie wzbogaca, a wprost przeciwnie - często brutalnie ją dewaluuje.

Świadome oszustwo oraz samooszukiwanie to dwa podstawowe mechanizmy utrzymywania się kultu cargo zarówno wśród mieszkańców Pacyfiku, jak i wśród przedstawicieli nauk społecznych. Trzeci, niezwykle istotny mechanizm, może jeszcze groźniejszy od samooszukiwania się, to pomieszanie rzeczywistości z wierzeniami. Jest to spoiwo, które potrafi na długi czas utwierdzić wyznawców w przekonaniu o prawdziwości głównych twierdzeń ich wiary. Prześledźmy ten mechanizm, tradycyjnie na przykładzie doświadczeń mieszkańców wyspy Pacyfiku, aby porównać go następnie z praktykami cargo w psychologii.

Podczas drugiej wojny światowej - szczególnie w warunkach złej widoczności lub w nocy - zdarzało się, że piloci samolotów transportowych, dostrzegłszy "pasy startowe", próbowali na nich lądować nawet w środku dżungli. Najczęściej z tragicznym skutkiem, ale efektem tak czy inaczej było dostarczenie jakiegoś cargo tym, którzy na nie oczekiwali, modlili się o nie i zaklinali w tym celu swoich przodków. Czy można sobie wyobrazić lepszy dowód na prawdziwość całego systemu wierzeń? Za dowód przychylności bogów można było też wziąć upadek w dżungli strąconego samolotu. Szczególnie szokująca była dla wyznawców cargo konstatacja, że wśród amerykańskich żołnierzy, którzy zasilali bazy wojskowe, zdarzali się ludzie o skórze podobnie ciemnej, jak ich własna. Był to w ich przekonaniu niezbity dowód na to, że duchy przodków nagrodziły niektórych z nich i obdarzyły cargo. Wszystkie takie przypadki nieprawdopodobnie wzmagały wiarę w nadejście cargo i sprzyjały utrzymywaniu się kultu.

Bardzo podobne wydarzenia mają miejsce podczas terapii. Szczegółowo będzie można to prześledzić w podrozdziale poświęconym metodzie Domana-Delacato. Obietnica rozwiązania wszystkich problemów związanych z rozwojem umysłowym dzieci, mająca w rzeczywistości wartość przepowiedni cargo, istotnie czasami się sprawdza. Przy dużej liczbie przypadków zdarzają się i takie, kiedy diagnoza była błędna lub zbyt pesymistyczna. I nagle mamy do czynienia z cudownym uzdrowieniem. Wiara wyznawców wzmaga się, teraz jeszcze silniej można podkreślić konieczność żarliwego oddawania się obrzędom i zaklęciom terapeutycznym, bo przecież terapia przyniosła skutek! Podobnie u chorych z nowotworami notuje się pewien odsetek niewyjaśnionych samoistnych remisji. Komórki raka przestają się rozmnażać, pacjent wychodzi z choroby. Jeśli towarzyszy mu sprytny psychoterapeuta cargo, który przez cały czas go przekonuje, że pozytywne myślenie może go wyleczyć, i angażuje w rytuały z tym związane, znowu mamy do czynienia z cudem potwierdzającym prawdziwość proroctw.

Niektóre pseudonaukowe systemy noszące znamiona cargo już od momentu powstania zawierają elementy zaczerpnięte z prawdziwej nauki, o których od dawna wiadomo, że działają i przynoszą efekty. Przykładem może być neurolingwistyczne programowanie, które pełnymi garściami kradnie osiągnięcia psychologii po to, by nazywać to później "techniką będącą elementem systemu" NLP. Zasady warunkowania klasycznego - nawet nazwane żargonem tego nurtu i wykorzystywane przez terapeutów i trenerów NLP - działają tak, jak opisali to behawioryści. Ich obecność obok całego arsenału metod nieskutecznych, a czasem wręcz szkodliwych, pomaga sprawiać wrażenie, że pozostałe proponowane techniki też są skuteczne.

Podobne przykłady pomieszania rzeczywistości z wierzeniami można mnożyć. Wielu terapeutów wykorzystuje efekt działania czasu i każe sądzić, że naturalnie zachodzące zmiany są ich zasługą. Analogicznie wykorzystywane są naturalne procesy rozwojowe, występujące u wszystkich dzieci, również tych upośledzonych umysłowo. Bez względu na to, czy zostałaby zastosowana dogoterapia, kinezjologia edukacyjna czy inna cargologia dzieci będą się rozwijać, ale przypisanie zasług z tego tytułu sobie to już umiejętność kapłana cargo. O ile jednak wyspiarze z Nowej Gwinei nie dysponowali możliwościami sprawdzenia, czy pojawienie się samolotu na ich pasach startowych było przypadkiem, czy wynikiem modłów, o tyle my takimi narzędziami dysponujemy. Są nimi, jak już mówiłem: eksperyment kontrolowany z losowym doborem do grup, podwójnie ślepa próba, analiza statystyczna pokazująca różnicę pomiędzy przypadkiem a prawidłowością. Jeśli chcemy, możemy z nich skorzystać. Jeśli je odrzucamy, czynimy to najczęściej z trzech powodów: z głupoty, z ignorancji lub w obronie własnych interesów.

Ryc. 1.3.

Francisco Goya, 12. Polowanie na zęby / A caza de dientes. Zęby wisielca sprzyjają czarom i bez tego niewiele można zdziałać. Niestety, prości ludzie wierzą w te nonsensy.

Czwartą istotną przyczyną trwania i odradzania się kultów cargo jest celowe zaniechanie i zniechęcanie do badania efektywności. Empiria jest śmiertelnym zagrożeniem wszelkich kultów. Wiedzą o tym doskonale sprytni przywódcy kultów cargo, zdają sobie z tego sprawę również przedstawiciele nauk społecznych zaangażowani w działania typu cargo. Ci natomiast, którzy tę wiedzę zignorowali lub ignorują, skazują się na nieistnienie. Oto kilka przykładów końca proroków i ich kultów wskutek kontaktu z empirią:

Timo zyskał wielu zwolenników, kult był bardzo prężny lecz krótkotrwały, gdyż przepowiednie Timo nie spełniły się, a ludność przechodziła okres rozczarowania i niedosytu duchowego. [...]

Zapowiedzi jednak nie spełniły się, kult zaczął zanikać. [...] Gdy jednak potop nie następował i przepowiednie nie spełniły się, sfrustrowana ludność wracała do swoich wiosek, Polelesi została osamotniona w swych proroctwach, obrzędy kultowe powoli zanikały. [...]

Kult zyskał wielu zwolenników, którzy jednak z biegiem czasu zaczęli opuszczać proroka, gdyż przepowiednie jego nie spełniły się42.

Wśród proroków cargo byli jednak i tacy, którzy doskonale zdawali sobie sprawę, że oczekiwanie na weryfikację empiryczną wygłoszonego proroctwa jest skazaniem siebie na taki właśnie, smutny koniec jak wyżej opisane. Jeden z nich, niejaki Gogol, zapowiedział kiedyś na Boże Narodzenie wielki potop (nakazał nawet budować arkę), po którym miała nastąpić zagłada białych i wreszcie pojawić się miało wyczekiwane cargo.

W dniu Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1950 r. żona Gogola, Nene otrzymała we śnie nowe wskazówki, które całkowicie zmieniły naukę głoszoną przez Gogola. Twierdziła ona, że mesjasz polecił jej we śnie, aby wszyscy natychmiast opuścili "arkę Noego", zabrali ze sobą to, co mają i szybko uchodzili do buszu. Wszystko należy usunąć i sprzątnąć, w przeciwnym bowiem razie obecni w "arce" zostaną ścięci43.

Kiedy Gogol przekazał im tę wizję, żaden z tubylców, jak nietrudno się domyślić, nie miał ochoty na empiryczną weryfikację jego przepowiedni. Wierni zniszczyli arkę i uciekli, a prorok jeszcze długo cieszył się szacunkiem.

Zwolennicy pseudonauki również chętnie naśladują takie zachowania. W ich wydaniu nie ma mowy o proroctwach i ich zmianach. Starają się raczej pokazywać, że to, co podlega weryfikacji empirycznej i krytyce, jest już tylko historią, natomiast aktualny model jest czymś zupełnie innym niż to, z czego się wywodzi, a tym samym ani weryfikacja, ani krytyka go nie dotyczą. Ten sposób zachowania przypomina sztuczki greckiego boga Proteusza, który posiadał dar przepowiadania przyszłości, ale również zdolność przybierania różnych postaci. Każdy, kto chciał otrzymać od Proteusza wróżbę, musiał najpierw go schwytać i zatrzymać, mimo iż ten przemieniał się w różne zwierzęta lub przyjmował postać ognia, strumienia lub kamienia. Schwytanie tego mistrza uników graniczyło z niemożliwością. Podobnie trudna jest krytyka pseudonauki.

Przekonałem się o tym, wskazując na ewidentne braki neurolingwistycznego programowania. Kiedy prezentowałem wyniki badań kwestionujące podstawowe tezy Johna Grindera i Richarda Bandlera, dowiadywałem się, że przeceniam znaczenie i wkład obu panów w powstanie tego, czym obecnie jest NLP. Gdy próbowałem wskazać na wątpliwości etyczne związane z założeniami modelu i praktykami NLP, słyszałem w odpowiedzi, że te wątpliwości dotyczą "zdegenerowanego i zwulgaryzowanego NLP", podczas gdy "profesjonalne NLP" jest "zupełnie inne". Z kolei podważanie twierdzeń prezentowanych w którejkolwiek z książek poświęconych NLP spotyka się z kontrargumentem, że akurat ta pozycja nie ma nic wspólnego z głównym nurtem NLP.

Uderzające jest podobieństwo reakcji na krytykę psychoanalizy. Jeśli spróbujecie skrytykować Freuda, usłyszycie, że psychoanaliza odeszła już bardzo daleko od źródeł i dziś jest czymś zupełnie innym. Krytyka któregoś z bardziej współczesnych nurtów psychoanalizy przyniesie w odpowiedzi stwierdzenie, że ten akurat nurt mniej się liczy i tak dalej... Ad infinitum. Czy to nie przypomina proroctw Gogola? Budujcie arkę, będzie potop! Zniszczcie arkę i uciekajcie z niej, bo zginiecie! Każde z tych wezwań jest wystarczająco groźne, a ich treść na tyle szybko się zmienia, że nie da się ich zweryfikować. Zresztą nawet jeśli ktoś nabierze na to ochoty, zajmie mu to tyle czasu, że Gogol i jego wyznawcy będą już daleko w lesie.

Przedstawiciele naukowych kultów cargo nie tylko zaciemniają sytuację do tego stopnia, aby praktycznie nie dało się zweryfikować prawdziwości ich twierdzeń i skuteczności zalecanych przez nich metod. Wielu z nich aktywnie zniechęca do prowadzenia badań i jakiejkolwiek formy testowania prawdziwości ich słów. Przykładem może być sam Zygmunt Freud, który w 1934 roku, w odpowiedzi na list amerykańskiego psychologa Saula Rosenzweiga, zawierający sugestię poddania jego tez weryfikacji empirycznej, stwierdził: "Bogactwo wiarygodnych obserwacji, na których opierają się te twierdzenia, czyni je niezależnymi od weryfikacji eksperymentalnej"44. To zresztą niejedyny sprzeciw Freuda wobec empirii. Rosenzweig podaje ich więcej:

Dwukrotnie (w latach 1934 i 1937) - najpierw gotykiem, a później po angielsku - Freud udzielił podobnej negatywnej odpowiedzi na moje sugestie, że warto zweryfikować teorię psychoanalityczną metodami laboratoryjnymi. Ta reakcja świadczyła o nieufności, a nawet o jawnym sprzeciwie Freuda wobec eksperymentalnych metod weryfikacji jego koncepcji wywiedzionych z praktyki klinicznej45.

Z kolei Glenn Doman, twórca analizowanej w dalszych partiach tej książki terapii dziecięcej, pisze tak:

Jeśli po upływie całego tego czasu i z tym całym doświadczeniem ktoś z rodziców prosiłby o jakąś ważną poradę w jednym krótkim zdaniu, to brzmiałaby ona tak: Rób to z radością, pędź jak wiatr i nie sprawdzaj46.

Do badania efektywności terapii zniechęcał nie tylko Freud, podobnie czynili również Bandler, Hellinger i wielu innych proroków cargo, o czym pisałem już obszernie w pierwszym tomie Zakazanej psychologii. Twórcy terapii, o których będzie jeszcze mowa w kolejnych częściach tej książki, również nie wpuszczają naukowców do swoich instytutów i klinik. Wszyscy ci ludzie zdawali i zdają sobie sprawę, że zbyt duża liczba eksperymentów kontrolowanych i empiryczna próba weryfikacji mogłyby szybko zakończyć ich kariery. Dlatego część z nich fabrykuje wątpliwej jakości badania, z których wnioski stanowią później hasła reklamowe gabinetów cargo. O ile takie podejście, choć godne potępienia, jest zrozumiałe w kategoriach ochrony własnego interesu, o tyle wspomagająca je postawa naukowców wspierających takie działania jest ciekawym fenomenem, któremu poświęcę nieco uwagi w następnym podrozdzialeIV.

PSYCHOLOGIA WYZNAWCY KULTU CARGO

Kulty cargo wyrosły z mizerii doczesnego świata, w jakim przyszło żyć ich przyszłym wyznawcom w chwili, kiedy pojawili się tam opływający we wszelkie dostatki szczęściarze. Kontrast był tak uderzający, że nie dawał wyjaśnić się niczym innym jak siłami nadprzyrodzonymi. Nowogwinejczycy wybrali jedyną zrozumiałą dla siebie interpretację rzeczywistości.

Psychologia rodziła się w okresie wielkich triumfów nauki i techniki. Za datę ukonstytuowania się psychologii jako samodzielnej nauki empirycznej oficjalnie uznaje się utworzenie w 1879 roku przez Wilhelma Wundta pierwszego laboratorium psychologicznego na Uniwersytecie Lipskim. W tym czasie kolej zdobyła już świat, powstają pierwsze samochody, od ponad dwudziestu lat znana jest teoria ewolucji, od dziesięciu lat układ okresowy pierwiastków opracowany przez Mendelejewa, a telefon od dwóch. Na początku roku, w którym Wundt założył pierwsze laboratorium psychologiczne, Thomas Alva Edison zgłasza do urzędu patentowego żarówkę, a już w grudniu publicznie prezentuje oświetlenie elektryczne. Rok później Alexander Graham Bell przeprowadza za pomocą swego fototelefonu pierwszą w świecie bezprzewodową transmisję dźwięku. W roku 1882 Robert Koch odkrywa bakterie gruźlicy, w 1885 Ludwik Pasteur szczepi pierwszych ludzi przeciw wściekliźnie, a w 1887 Herman Hollerith opatentowuje maszynę liczącą, używającą kart dziurkowanych jako noś­nika danych. W tym czasie psychologia ledwie zdołała usystematyzować metodę rejestracji subiektywnych doznań, określaną jako introspekcja.

Bogactwo odkryć nauki oraz wynalazków i osiągnięć techniki z okresu narodzin psychologii jako nauki empirycznej zestawione z ubóstwem jej dokonań przypomina do złudzenia sytuację ubogich wyspiarzy i opływających w dostatki białych przybyszów. To właśnie heroiczne próby dorównania osiągnięciom innych nauk zaprowadziły psychologię w wiele ślepych zaułków. Niestety, nie wszyscy spośród zaangażowanych w rozwój tych z góry skazanych na niepowodzenie kierunków potrafili przyznać, że stracili energię i czas, poszukując odpowiedzi w miejscach, gdzie znaleźć ich było niepodobna. Tak pojawiły się pierwsze nauki kultu cargo, takie na przykład jak psychoanaliza. Ich kapłani do dzisiaj drepczą w miejscu, oddając się obrzędom, których rezultat jest tak nieuchronnie oczywisty jak rezultat działań wyznawców cargo.

Zresztą to nie błędy pierwszych twórców kierunków psychologicznych są intrygujące. Bez nich nie byłoby postępu. Dopiero późniejsze dreptanie w miejscu zdaje się być zagadką wartą rozwiązania. Dlaczego tak wielu poświęca tak wiele zasobów na budowanie pasów startowych w dżungli, rozpalanie ognisk i wyczekiwanie, zamiast przeznaczyć je na uprawę swoich poletek, które choć niewielkie, to jednak jakieś plony przyniosą? O ironio, odpowiedź na to pytanie daje nam psychologia - ale ta, której żadną miarą określeniem cargo nie sposób obdarzyć.

Członkiem hierarchii kultu cargo najczęściej nie zostaje się z wyboru. Jak każdy kult, tak i cargo wchłania swoich członków bardzo powoli. Jednym z czynników zachęcających do dołączenia do niego może być społeczny powab pełnienia niektórych funkcji. Kiedy studiowałem psychologię, można było wybierać spośród trzech specjalizacji - psychologii klinicznej, wychowawczej i pracy. Żeby zapisać się na kliniczną, trzeba było ustawić się w kolejce o piątej rano, ponieważ niemal wszyscy z ponad czterdziestu studentów chcieli specjalizować się w tej dziedzinie. Specjalizacja wychowawcza cieszyła się raczej umiarkowanym powodzeniem, a w psychologii pracy ostatecznie specjalizowały się cztery osoby z roku.

Takie powodzenie specjalizacji klinicznej można wyjaś­niać w dwóch wymiarach: ekonomicznym, bo w zasadzie wyłącznie po specjalizacji klinicznej można było próbować otworzyć prywatną praktykę, oraz społecznym. Najpierw spróbujmy przyjrzeć się nieco bliżej czynnikom pozaekonomicznym. Począwszy od Freuda, poprzez większość kolejnych szkół terapeutycznych, aż po czasy nam współczesne, psychologowie (jako "lekarze dusz") dbają o to, o co zabiegają szamani na całym świecie - stworzenie i utrzymanie wokół zawodu psychoterapeuty (psychologa klinicznego) aury tajemniczości. Przedstawicielom tej profesji nierzadko przypisuje się umiejętności i predyspozycje niedostępne "normalnym" ludziom. Psycholog często spostrzegany jest jak ktoś, kto potrafi "czytać w myślach", "przejrzeć innych" itp. Kiedy - na przykład spytany podczas przyjęcia - mówię, że jestem psychologiem, często w oczach rozmówcy dostrzegam obawę, że wykorzystam swe "umiejętności", a obawie tej nierzadko towarzyszy pewna doza szacunku. Specjaliści od procesów rozwojowych dzieci, jakkolwiek szanowani, nigdy nie cieszyli i nadal nie cieszą się aż taką estymą. Psychologów pracy traktowano wręcz jak pewien rodzaj inżynierów, zajmujących się człowiekiem jako niezbędnym elementem uzupełniającym maszynę - ci ludzie mieli po prostu rozwiązywać problemy z koncentracją uwagi i spostrzeganiem, zajmować się ograniczeniem liczby wypadków i wszelkimi "niedoskonałościami" człowieka, które sprawiają, że działa gorzej niż obsługiwane przezeń maszyny.

Dzisiaj, ze względów ekonomicznych, sytuacja ta uległa pewnym zmianom. Uczelnie nie kształcą już specjalistów w zakresie psychologii pracy, lecz raczej psychologii zarządzania, reklamy itp. Miejsce psychologa klinicznego, komentującego w telewizji jakieś wydarzenia społeczne, często zajmuje psycholog społeczny. Psychologowie kliniczni prowizorycznie i w pośpiechu adaptują swoje metodyV, modyfikują język do zastosowań biznesowych, bo w tym obszarze lepiej płaci się za usługi. Ale nadal psycholog pełni rolę szamana, który wie i widzi więcej niż zwykły śmiertelnik.

Młody człowiek studiujący psychologię - w jej najlepszym i najrzetelniejszym wydaniu pomieszaną z kultami cargo, bo niestety takie treści uczelnie niezmiennie oferują - musi dziś dokonać wielu wyborów. Czy zająć się "tajemnicą dążeń ludzkich i badać istotę człowieczeństwa", czy raczej analizować czas reakcji w odpowiedzi na różne sygnały świetlne? Czy pomagać ludziom odkrywać nieświadome siły kształtujące ich naturę, czy zajmować się analizą decyzji zakupowych klientów lub warunkowaniem reakcji? Otoczenie społeczne udziela jednoznacznych odpowiedzi, stawiając na piedestale szamanów i gardząc rzemieślnikami.

Ale wybór specjalizacji to dopiero pierwszy krok, choć krok tam, gdzie częściej można spotkać się z kultem cargo niż rzetelną praktyką. Inaczej mówiąc, decydując się na wybór tej konkretnej ścieżki, nasz student tylko nieco modyfikuje prawdopodobieństwo kontaktu z kultami cargo. A gdy już wybierze, zaczynają działać mechanizmy wzmacniania; najprościej rzecz ujmując, zaczyna działać prawo efektu Thorndike'a. Odkrywca tego prawa, Edward Lee Thorndike, zamykał głodne koty w tak zwanych skrzynkach problemowych. Mocno niezadowolone zwierzęta miotały się w skrzynce, aż przypadkiem naciskały właściwą dźwignię lub przesuwały zasuwkę, dzięki czemu mogły wydostać się z uwięzienia i uzyskać dostęp do pożywienia. Dość dużo czasu zwykle mijało, zanim zwierzęta uczyły się sprawnie otwierać skrzynki. Obserwując je, Thorndike doszedł do wniosku, że podczas powtarzających się skutecznych prób wydostania się z zamknięcia muszą powstawać w mózgu połączenia, które następnie się utrwalają, podczas gdy te nieefektywne są osłabiane i w konsekwencji eliminowane. Z tych obserwacji wyprowadził prawo efektu, które mówi, że każde zachowanie wywołujące zadowolenie będzie utrwalane, a osobnik będzie dążył do jego powtarzania w podobnych sytuacjach. I odwrotnie, zachowania przynoszące przykrość będą występowały coraz rzadziej, aż do zaniknięcia. W rzeczywistości prawo efektu Thorndike'a to nic innego jak empiryczne potwierdzenie starej doktryny hedonistycznej Jeremy'ego Benthama, mówiącej, że ludzie są skłonni zachowywać się w taki sposób, który pozwoli im osiągać przyjemność i uniknąć przykrości.

Prawo efektu doskonale obrazuje mechanizm utrwalania wierności w stosunku do kultu cargo. Wierność obrzędom obowiązującym w "szkole", do której się przystąpiło, jest wynagradzana przez współwyznawców. Im większa gorliwość, tym większy dostęp do różnych dóbr - wynagrodzenia za terapię prowadzoną określonymi metodami, uznania społecznego, statusu itp. To również pochlebne recenzje publikacji pisane przez współwyznawców i obrona przed atakiem z zewnątrz, który może nastąpić na przykład podczas konferencji. Z drugiej strony dowody niewierności w stosunku do kultu spotykają się z negatywnymi reakcjami środowiska. Odszczepieńca czeka co najmniej izolacja, a nawet ostracyzm. Niepostrzeżenie włączają się mechanizmy, o których pisał w przytoczonym kilka stron wcześniej cytacie Stanisław Andreski, a które prowadzą do przeistoczenia reprezentanta nauk społecznych w czarnoksiężnika.

Nie bez znaczenia jest też wspomniany wcześniej aspekt finansowy napędzający rozwój kultów cargo. Nie przez przypadek szamani w większości kultur opływają w dostatki - oni najlepiej wiedzą, jak wykorzystać żarliwość wyznawców dla ulżenia doczesnym troskom kapłanów. "Newsweek" podał na przykład, że szacowana roczna wartość rynku usług ezoterycznych w Polsce wyniosła w roku 2010 dwa miliardy złotych47. W świetle analizy przeprowadzonej przez portal gazeta.praca.pl to nic dziwnego, średnia stawka za godzinę pracy wróżki w Polsce wynosi bowiem około stu złotych, a niektóre przedstawicielki tej profesji biorą nawet trzy razy więcej. Skomplikowana porada astrologiczna to wydatek rzędu 500 złotych, a seans spirytystyczny dla dziesięciu osób może kosztować 5000 złotych48. Dla porównania, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, najbardziej chyba spektakularna i medialna w ciągu ostatnich lat akcja charytatywna prowadzona w Polsce, w ciągu dwóch dekad swego istnienia zebrała niecałe pół miliarda złotych. Podkreślę to raz jeszcze - w ciągu dwudziestu lat oddaliśmy na rzecz chorych dzieci mniej niż jedną czwartą tego, co rocznie wydajemy na wróżki, talizmany, klątwy, uroki itp. W rekordowym 2012 roku na zakup najnowocześniejszych urządzeń dla ratowania życia wcześniaków oraz pomp insulinowych dla kobiet ciężarnych z cukrzycą przekazaliśmy niecałe 51 milionów złotych, co stanowi w przybliżeniu jedną czterdziestą (!) tego, co rocznie oddajemy szamanom. A przecież powyższe dane dotyczą wyłącznie małej części tego, co oddajemy kapłanom cargo. Nie obejmują choćby wydatków na tak zwaną medycynę alternatywną (z homeopatią na czele) ani na interesujące nas tu przede wszystkim (pseudo)psy­cho­terapie.

Warunkiem sprzyjającym pozostawaniu w kulcie cargo jest dodatkowo niewydolność społecznego systemu kontroli nauki, o czym pisałem w poprzednim podrozdzialeVI. System ten nie dysponuje żadnymi karami za sprzeniewierzanie się uczciwości i rzetelności naukowej, a jeśli nawet, to są one wymierzane z takim opóźnieniem i w tak już ewidentnych przypadkach, że przeciętny adept kultu cargo może się czuć bardzo bezpiecznie. Z drugiej strony nagrody oferowane przez ten system są możliwe do osiągnięcia niekoniecznie na drodze uczciwej pracy naukowej. Jej imitowanie przynosi efekty w postaci tytułów naukowych, publikacji i uznania społecznego szybciej i wymaga mniejszego wysiłku niż rzetelna praca badawcza.

I tak, niepostrzeżenie, skuszeni uznaniem i przekonani o autonomiczności decyzji, wzmacniani prestiżem społecznym i dobrami materialnymi, tolerowani przez społeczny system kontroli nauki, adepci kultów cargo stają się zakładnikami własnych decyzji, ludźmi, o których Bertrand Russell mówił, że "woleliby umrzeć niż zacząć myśleć". Czy wśród nich nie ma jednak takich, którzy skłonni byliby użyć własnego rozumu i dostrzec bezcelowość obrządków cargo?

Odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Z pewnością są, ale powstrzymuje ich kolejny, niezwykle silny mechanizm, o którym pisałem już wielokrotnie wcześniej i o którym będę pisał jeszcze w dalszych częściach tej książki - dysonans poznawczy. Człowiek, który poświęcił kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat swojego życia rytuałom cargo, a który właśnie użył swojego mózgu i dostrzegł ich bezcelowość, jest skutecznie chroniony przed poczuciem bezsensu właśnie przez ten psychologiczny mechanizm. Mózg ludzki - najbardziej złożona struktura we Wszechświecie, organ o największym potencjale obliczeniowym, zdolny do zgłębiania tajemnicy kosmosu, odkrywania praw fizyki oraz zasad matematyki i logiki, komponowania barokowych fug, a wreszcie wymyślenia komputerów i wielu innych nieprawdopodobnych rzeczy - zawodzi, kiedy ma zweryfikować sam siebie. Zamiast tego wytwarza samousprawiedliwiający mechanizm dysonansu poznawczego, pozwalający pozostawać w głupkowatym samozadowoleniu z własnego życia i podejmowanych przez siebie decyzji, bez względu na to, jak byłyby one złe i okrutne. Doskonale opisali te procesy - również w odniesieniu do naukowców i psychologów - Carol Tavris i Elliot Aronson w książce Błądzą wszyscy (ale nie ja)49.

WSTĘP DLACZEGO OBRZEŻA NAUKI ZALEWA IRRACJONALIZM

W RECENZJI PIERWSZEGO TOMU ZAKAZANEJ PSYCHOLOGII profesor Łukasz Turski napisał:

To, że jak nigdy w historii żyjemy bogato, zdrowo i bezpiecznie, jest pochodną rozwoju nauki. Nawet mieszkańcy slumsów Kalkuty żyją dziś lepiej niż w czasach potęgi Mogołów. Ale ta trwająca nieustannie rewolucja naukowa poddaje nasze codzienne życie wielkiej próbie dostosowania się do niej.

Nauka przynosi nam lekarstwa na nieuleczalne dotąd choroby, przedłuża życie i czyni je łatwiejszym oraz bardziej znośnym niż to, które przypadło w udziale naszym dziadkom, pozwala bezpiecznie podróżować w najodleglejsze zakątki naszego globu, dostarcza technologii umożliwiających swobodną komunikację pomiędzy ludźmi z różnych kontynentów. Dzięki nauce większość współczesnych rodziców nie musi być świadkami śmierci swoich dzieci, co było niemal pewnym losem tych, którzy żyli sto lat temu i wcześniej. Gdyby chcieć wyliczyć wszystkie dobrodziejstwa, jakie przyniosła nam nauka, choćby te, z których korzystamy na co dzień, nie starczyłoby kilku tomów.

Ale nauka przynosi nie tylko to. Nie pytając nas o zgodę, odkrywa przed nami granice swoich możliwości. Bio­logia ukazuje całkowitą przypadkowość jako regułę jednego z największych cudów - ewolucji. Psychologia konfrontuje nas z przekonaniem, że jesteśmy z natury słabi i okrutni, jeśli tylko skłonią nas do tego okoliczności. Neurokognitywistyka pod znakiem zapytania stawia takie atrybuty człowieczeństwa jak wolna wola. Medycyna formułuje bezlitosne diagnozy, poza którymi jest już tylko otchłań oczekiwania na śmierć lub cud samoistnej remisji. Astronomia w sposób bezwzględny ukazuje naszą samotność we Wszechświecie i ogrom jego pustej, zimnej i bezdusznej przestrzeni. Fizyka, wnikając w głąb materii, konfrontuje nas z ograniczeniami własnego umysłu, który wielu zjawisk nie pozwala zrozumieć. Uporządkowana, logiczna i spójna matematyka wskazuje obszary, gdzie rządzi wyłącznie chaos.

Gdy człowiek uświadomi sobie to wszystko, aż ciśnie się na usta okrzyk Kurtza z Jądra ciemności: "Zgroza! Zgroza!", a jako jedyne widoczne wyjście jawi się pełna heroizmu postawa proponowana przez egzystencjalistów. A jednak pokornych egzystencjalistów jest niewielu. Potrafimy wytworami naszej wyobraźni skutecznie zapełnić te przerażające otchłanie i ziejące pustką czeluści. W procesie ewolucji odnajdujemy osobową inteligencję, wymyślamy "prawa" psychologii, które zdejmują z nas odpowiedzialność i pozwalają żyć w przekonaniu, że nie jesteśmy słabi. Wierzymy w istnienie lepszej, bo "naturalnej" medycyny, która nie pozostawia nas z brakiem nadziei, zimny kosmos wypełniamy "dobrą" energią, którą można z niego czerpać, a odległe światy zaludniamy kosmitami. Do uzasadniania tych wszystkich urojeń zaprzęgamy fizykę i matematykę.

Nauka nie odpowiada na pytania o sens. Nie to jest jej celem. Pokazuje nam rzeczywistość taką, jaką jest ona naprawdę. Najczęściej zadziwiającą, czasami uderzająco piękną, często trudną i nie do zaakceptowania. Miejsca, w których nauka ukazuje pustkę i brak nadziei, zasiedlają cudotwórcy, prorocy, cyniczni oszuści, hochsztaplerzy i pseudonaukowcy. Dlaczego?

Przyczyn jest wiele. Niektóre z nich tkwią w naturze samej nauki, inne w naturze umysłu. Nauka nigdy nie pretendowała do tytułu wyroczni znającej odpowiedzi na pytania dotyczące wszystkich faktów i całej rzeczywistości. Aż nazbyt często nauka mówi: "nie wiem", "nie znam przyczyn", "nie potrafię tego jeszcze wytłumaczyć", "nie znam sposobu rozwiązania tego problemu". To uczciwe, choć czasem bolesne, szczególnie kiedy dotyczy naszego zdrowia, naszych dzieci lub ich przyszłości. Pragnienie uzyskania odpowiedzi, których nauka nie zna, jest tak silne, że jesteśmy skłonni szeroko otwierać drzwi przed każdym "prorokiem", który udziela choćby najbardziej pokrętnych i mętnych wyjaśnień. Tacy ludzie prosperują najlepiej na obszarach, których nauka jeszcze nie zdobyła, zaniedbała lub z których się wycofała, nie mając nadziei na odnalezienie tam czegokolwiek istotnego.

Inną przyczyną inwazji hochsztaplerów na obrzeża nauki jest fakt, że oferuje ona wyłącznie przybliżony obraz rzeczywistości. Najlepszy, jaki zna, ale przybliżony. I zawsze jest otwarta na inne, dokładniejsze opisy. Pseudonaukowcy sprytnie wykorzystują tę właściwość nauki. Podsuwają swoje opisy rzeczywistości w miejsce, gdzie oczekujemy pojawienia się bardziej precyzyjnego naukowego opisu świata. Dobrze ilustruje to przykład z historii rozwoju fizyki. Mechanika newtonowska zdawała się wyjaśniać uniwersum zdarzeń fizycznych. Ogłoszenie teorii względności Alberta Einsteina sprowadziło ją do właściwego wymiaru - teorii w precyzyjny sposób wyjaśniającej określony i ograniczony zakres zjawisk. Nauka zaakceptowała teorię względności, podobnie jak kolejne, które ją uzupełniają. Teraz fizyka zmaga się z granicami rozumienia rzeczywistości na poziomie kwantowym. Jak wykorzystuje to pseudonauka? Sprytnie powołuje się na ten przykład, wskazując ograniczenia nauki, które przecież wkrótce zostaną pokonane. Pseudonaukowcy są jednak zawsze krok dalej. Oni wiedzą, że woda ma pamięć, dzięki której działają leki homeopatyczne, a fakt, że w żaden sposób nie da się tej pamięci dowieść metodami naukowymi, wynika wyłącznie z tego, że nauka nie wypracowała jeszcze wystarczająco dobrej teorii wyjaśniającej takie zjawiska. W ten sposób uzasadnia się dowolne brednie - na przykład twierdząc, że nauka nie dysponuje jeszcze wystarczająco precyzyjnymi narzędziami do pomiaru występowania subtelnej bioenergii lub energii duchowej, ale to oczywiście tylko kwestia czasu, kiedy takie pomiary będą możliwe. Do każdej pseudonauki, choćby tak staroświeckiej jak homeopatia, dokłada się obecnie interpretację "kwantową". Zabieg prosty i skuteczny, wszak tak niewielu ludzi rozumie fizykę kwantową, że za jej pomocą można "udowadniać" dowolne niedorzecznościI.

Jeszcze inną cechą nauki, którą powszechnie wykorzystują pseudonaukowcy, jest fakt, że w zasadzie nie zajmuje się ona dowodzeniem nieistnienia czegokolwiek. Nie zajmuje się tym nie z lenistwa lub niechęci, lecz raczej z tej prostej przyczyny, że nieistnienia udowodnić się nie da. Dlaczego? Oto przykład: 6 lutego 2011 roku o godzinie 10:23, w ramach "Kampanii 10:23. Homeopatia, nic w tym nie ma", ponad 1700 sceptyków z 30 krajów na siedmiu kontynentach postanowiło przedawkować środki homeopatyczne, aby pokazać, że nie zawierają one żadnej substancji leczniczej oraz nie powodują skutków ubocznych, przed którymi przestrzegają ich producenci. Żaden z uczestników tej akcji, włączając autora powyższych słów, ani w dzień przedawkowania, ani w ciągu kolejnych dni nie odczuł jakichkolwiek skutków opisywanych na ulotkach tych rzekomo niebezpiecznych środków. Czy to stanowi dowód nieistnienia oddziaływania leczniczego homeopatii? Cóż, powinno to dać do myślenia przeciętnemu konsumentowi cukrowych pastylek, ale z naukowego punktu widzenia niestety dowodem to nie jest. Nauka może jedynie stwierdzić: jak dotychczas nie wykazano ani skutków ubocznych, ani leczniczych następujących środków - i w tym miejscu powinna znaleźć się odpowiednia lista. Aby stwierdzić, że homeopatia nie działa, należałoby przebadać wszystkie środki, stosując je do wszystkich żyjących ludzi, a i tak dowód byłby niepełny, nie uwzględniałby bowiem wszystkich okoliczności podawania konkretnego leku. Nauka nie formułuje sądów, co do których nie ma wystarczających przesłanek. Wprost przeciwnie postępują przedstawiciele i zwolennicy pseudonauki. Dla nich jeden przypadek, będący najczęściej subiektywną obserwacją, wystarczy, aby w nieuprawniony sposób formułować twierdzenia o charakterze ogólnym.

W rzeczywistości dużo łatwiej wykazać istnienie, działanie lub wpływ. Jeśli przeprowadzamy dobrze zaprojektowany eksperyment z uwzględnieniem grupy kontrolnej, możemy zobaczyć, czy podawanie jakiegoś środka wpływa znacząco na przebieg choroby w porównaniu z grupą, która tego środka nie otrzymuje lub dostaje placebo. O tak udokumentowanym działaniu możemy z dużym prawdopodobieństwem wnioskować, że będzie skuteczne również w odniesieniu do ludzi cierpiących na podobne schorzenia jak uczestnicy badań. Pseudonauki jak ognia unikają tego typu prób, choć to na autorach tych wszystkich fantastycznych paranaukowych twierdzeń leży ciężar przeprowadzenia dowodu potwierdzającego efektywność tego, co proponują swoim klientom. Tymczasem jeśli ktoś spoza ich kręgu przeprowadzi podobny eksperyment i nie otrzyma znaczących rezultatów, z ochotą sięgają po argumenty, że brak świadectw nie jest dowodem nieistnienia, natomiast w trakcie debat i dyskusji nad zasadnością stosowania ich metod hałaśliwie żądają od nauki dowodów nieistnienia, aby ich brak ogłosić triumfalnie jako swoje zwycięstwo. Niestety, ta demagogia trafia nie tylko do niewykształconych umysłów. Znajduje posłuch również wśród lekarzy i akademików, a ignorancja zdaje się być jedynym - poza głupotą - powodem jej akceptacji.

Kluczem ułatwiającym zrozumienie powszechności funkcjonowania w naszym życiu wszelkiego typu irracjonalizmów jest ewolucyjna natura naszych umysłów. Nasi przodkowie, próbując przetrwać w środowisku pełnym niebezpieczeństw, musieli bez przerwy oceniać stopień zagrożenia. Przy takich kalkulacjach narażeni byli na dwa podstawowe błędy - zlekceważenie zagrożenia lub jego przecenienie. Prawdopodobnie ci, którzy zbyt często popełniali błąd lekceważenia, wyginęli, a wraz z nimi pula genów współodpowiedzialnych za popełnianie takich pomyłek. Czyżby zatem przetrwali ci, którzy racjonalnie określali poziom niebezpieczeństwa? Obawiam się, że jednak nie. Dokonując precyzyjnych szacunków, mimo wszystko jest się narażonym na błędy, a czasami nawet niewielka pomyłka wystarcza do tego, aby wykluczyć osobnika z gry, w której stawką jest przekazanie swoich genów następnym pokoleniom. Prawdopodobnie zatem naszymi przodkami stali się ci, którzy przeszacowywali zagrożenie, nie wiązało się to bowiem z żadnymi poważnymi kosztami. Ominięcie dużym łukiem zarośli, w których coś podejrzanie szeleś­ciło, zabierało niewiele energii, podczas gdy sceptycyzm wobec takich podejrzeń mógł kosztować życie. Unikanie nieznanych zwierząt i lęk przed nimi były bardziej przystosowawcze niż niezdrowa ciekawość, która mogła zakończyć się śmiertelnym ukąszeniem. Nie przez przypadek ewolucja niemal w każdym z nas utrwaliła silny lęk przed wszystkimi wężami, choć jadowitych gatunków jest bardzo niewiele. Unikanie węży niewiele kosztuje, a zabezpiecza nas przed tymi nielicznymi, których jad pozbawia nas szans na dalszą egzystencję.

W ten sam sposób odziedziczyliśmy lęk przed nieznanymi wydzielinami, zapachami i na przykład przed osobnikami, których skóra wygląda rażąco odmiennie od naszej już to z powodu owrzodzeń, znamion, ran itp., ale także z powodu koloru. W toku ewolucji utrwaliła się również nasza zdolność do dostrzegania relacji przyczynowo-skutkowych wszędzie, gdzie to możliwe, i do zapobiegania ewentualnym skutkom tych rzekomych prawidłowości - niewiele kosztuje nas powstrzymanie się od chodzenia w nocy na cmentarz, unikanie zwodniczych ogników na bagnach, trzykrotne splunięcie przez lewe ramię, kiedy czarny kot przebiegnie nam drogę, drobna ofiara dla elfów oraz złych i dobrych duchów, trzymanie zaciśniętych kciuków, większa ostrożność wobec tego, z czym stykamy się w piątek trzynastego, i inne podobne czynności. Z drugiej strony niedostateczna ostrożność oznaczać może najgorsze możliwe konsekwencje. Czy zatem warto ryzykować? Sceptyczna postawa może okazać się zbyt kosztowna.

Błędy niedocenienia mają szczególne znaczenie w przypadku identyfikacji bytów intencjonalnych. Drapieżnik, który upatrzył sobie nas na kolację, wróg tego samego gatunku, który czyha na nasze dobra lub życie, to jedne z poważniejszych zagrożeń, z jakimi musieliśmy się zmagać w toku ewolucji naszego gatunku. To wyjaśnia, dlaczego tak wiele irracjonalnych przekonań ma charakter osobowy lub zakłada istnienie intencjonalnych bytów. To dlatego zaludniliśmy lasy skrzatami, chochlikami, czarownicami, wilkołakami i strzygami, cmentarze, ruiny, stare domostwa i zamczyska wypełniliśmy pokutującymi przeklętymi duchami, zjawami, zmorami i wampirami, jeziora, rzeki i bagna oddaliśmy we władanie wodnikom, utopcom i rusałkom, a za sprawców wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, burz, potopów oraz susz uznaliśmy bogów.

Umysł gatunku Homo sapiens, który przez co najmniej dwieście tysięcy lat ćwiczył się w poszukiwaniu związków i zależności oraz identyfikowaniu bytów intencjonalnych również tam, gdzie nigdy ich nie było, stanowi żyzną glebę dla irracjonalizmu i jest w stanie zaakceptować wszelkie jego przejawy. Dla takiego umysłu krytyczne myślenie jest czynnością nienaturalną, a sceptycyzm postawą wręcz niebezpieczną, choć okoliczności, w jakich wyewoluował, dawno już straciły pierwotne znaczenie. Dotyczy to również umysłów tych uczonych, którzy, mając świadomość ograniczeń, wypracowali społeczny system kontroli nauki. Niestety, system mocno dziurawy, co pokazałem w pierwszym tomie Zakazanej psychologii.

Dzisiejszy gąszcz idei, których autorzy walczą o jak największą liczbę uległych umysłów, w niczym nie przypomina plejstoceńskiej sawanny, na której ludzkie umysły się kształtowały. O ile niegdyś niedostrzeżenie czyhającego w krzakach intencjonalnego bytu mogło skończyć się tragicznie, o tyle dzisiaj równie tragiczna w skutkach okazuje się wiara w urojone zależności lub pozorne związki czy nieistniejące oddziaływania. Niektórzy płacą za te przekonania swoim życiem, inni na pogoń za mglistymi obietnicami poświęcają cały swój czas i pieniądze, a są i tacy, którzy w imię wiary we współczesne ułudy pozbawieni zostają wolności, tracą dzieci i majątek. Te barbarzyńskie praktyki mają miejsce tuż obok nas, często osłania je tylko nieprzejrzysty parawan zbudowany z - wyniesionej do rangi cnoty ponad wszystko - tolerancji. Akceptacją imitujemy dobre wychowanie, a rangę politycznej poprawności nadajemy obojętności dla działań głupców i oszustów. Ustanowiliśmy prawa, na podstawie których wsadzamy do więzień tych, którzy obrażają uczucia religijne, bez względu na to, jak uczucia te są absurdalne i jakie cierpienia przynosi innym ich realizacja. Jednocześnie powszechnie zezwalamy na obrazę racjonalnego rozumu.

Książka ta w całości poświęcona jest demaskowaniu twierdzeń, które pod pozorami obietnic i dobrych intencji kryją błędne przekonania, fałsz, żądzę zysku, a czasem wręcz ślepe okrucieństwo. Jakkolwiek nosi ona oznaczenie Tom II i zawiera sporo odniesień do tomu pierwszego, starałem się jej nadać taki kształt, aby zarówno lektura, jak i zrozumienie prezentowanej tematyki były możliwe bez konieczności zaglądania do Zakazanej psychologii z 2009 roku.

W rozdziale pierwszym sięgam po znaną metaforę, którą w 1974 roku posłużył się Richard Feynman podczas wystąpienia dla absolwentów California Institute of Technology. Ten genialny fizyk porównał wówczas nauki społeczne do kultu cargo. Czy miał po temu podstawy? Czy nauki społeczne, z psychologią włącznie, rzeczywiście są jednym wielkim złudzeniem podobnym do tych, jakie żywią tubylcy na wyspach Oceanu Spokojnego, oczekujący bezskutecznie na samoloty, które przywiozą im dobra zapakowane w skrzynie z napisem cargo? A jeśli nie, to co różni praktyki cargo od tych, które możemy nazwać nauką? Już w tytule książki udzieliłem częściowej odpowiedzi na te pytania, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że nie są one całkiem oczywiste.

Pisząc rozdział drugi, realizowałem dwa cele. Z jednej strony na podstawie kilku trendów terapeutycznych chciałem zilustrować, w jaki sposób w psychologii rozwija się kult cargo. Dobór przypadków nie służy jednak wyłącznie dopasowaniu ich do metafory Feynmana. Nie mniej bowiem ważnym zadaniem, jakie postawiłem sobie w tym rozdziale, było zdemaskowanie terapii pozbawionych podstaw naukowych; terapii mających groźne, a nawet okrutne konsekwencje. I choć opisałem zaledwie kilka z dziesiątek funkcjonujących na rynku pseudoterapii, to mam nadzieję, że przedstawiona w tym rozdziale wiedza ostrzeże niektórych czytelników przed bezowocnymi poszukiwaniami. Ostatni podrozdział zatytułowany Jak się ustrzec? Poradnik pacjenta terapii eksperymentalnych zawiera wskazówki, które mogą pomóc podjąć trafną decyzję podczas wyboru terapii, oraz informacje przydatne w sytuacjach problematycznych występujących w trakcie samej terapii.

Trzeci rozdział dotyka obszaru wyjątkowego - terapii dziecięcych. O ile błędne decyzje przy wyborze terapii dorosłych lub angażowanie się w pseudonaukowe eksperymenty z samym sobą w roli głównej zawsze można skwitować stwierdzeniem: "dorośli ludzie sami decydują, co chcą robić, i mają do tego prawo, bo sami za to później płacą i sami ponoszą konsekwencje własnych wyborów", o tyle podejmowanie decyzji o tym, jakim oddziaływaniom zostanie poddane dziecko i jakie koszty w związku z tym poniesie, nie powinno już być wyłączną decyzją rodziców, szczególnie w sytuacji, gdy dziecko ryzykuje zdrowie lub życie. Podobnie jak poprzedni ten rozdział też kończy poradnik, tym razem dla rodziców, zatytułowany Jak ustrzec się przed szarlatanami? Przedstawiam w nim wytyczne pomocne podczas podejmowania trudnej decyzji o wyborze terapii dla własnego dziecka.

Rozdział czwarty powstał na podstawie moich doświadczeń z psychologią sądową. Już od lat ludzie pokrzywdzeni przez psychologów, również tych pracujących dla sądów, zwracają się do mnie po pomoc. Zetknąłem się zatem z wieloma takimi przypadkami i to, co ujrzałem, zaglądając do świątyni Temidy, przeraziło mnie. Zatrwożył mnie również fakt, że świat sądów i więzień - cokolwiek wydawałoby się nam wszystkim, niemającym dotychczas z nim nic wspólnego - dzieli od naszego bardzo wątła przegroda, którą w praktyce może zlikwidować zaledwie kilka zdań psychologa, jakiś fragment rysunku wykonanego podczas badań lub skojarzenia nasuwające się podczas oglądania atramentowych kleksów. To wystarcza, abyśmy znaleźli się po tej drugiej, nie tak odległej, jak się okazuje, stronie. I ten rozdział kończy się poradnikiem przeznaczonym dla osób, które los skierował do gabinetów psychologów sądowych. Liczę na to, że pomoże on również tym, którzy jeszcze nie stali się ofiarami ślepej Temidy, ogromnym cierpieniem płacącymi za zdobytą wiedzę.

Wiem, że moja książka nie będzie łatwą lekturą ani dla licznych terapeutów, ani dla tych, którzy od lat marnują czas i zasoby na bezskuteczne terapie. Wielu z nich na pewno nie przekonam. A ponieważ profilaktyka przynosi najczęściej lepsze efekty niż leczenie, proszę potraktować moją książkę raczej jako szczepionkę niż lekarstwo - niech będzie szansą dla tych wszystkich, którzy jeszcze nie zostali przez pseudonaukę pochłonięci.

W swoim wystąpieniu na kalifornijskiej uczelni Richard Feynman zachęcał:

Naprawdę powinniśmy więc zająć się teoriami, które się nie sprawdzają, i nauką, która nie jest nauką.

Zbyt długo już apel ten pozostawał w zapomnieniu, a to, co wyprawia się w psychologii, czyli dziedzinie, którą na co dzień się zajmuję, świadczyć może wręcz o tym, że nigdy nie został on wysłuchany. Zajmijmy się zatem poważnie nauką, która nie jest nauką.

ROZDZIAŁ DRUGIOWOCE KULTU CARGO - TERAPIE POZOSTAJĄCE W FAZIE NIEKONTROLOWANYCH EKSPERYMENTÓW NA LUDZIACH

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy podążają za własnymi wyobrażeniami, a nie widzieli niczego.

Ez 13,3

W psychologii nie ma chyba takiego obszaru, który w jakiś sposób nie zostałby skażony kultem cargo. Nawet zdawałoby się tak "twarda" dyscyplina jak neuronauka bywa zainfekowana myśleniem w stylu cargo. William Uttal w książce pod znamiennym tytułem The New Phrenology: The Limits of Localizing Cognitive Processes in the Brain50 podważa zasadność lokalizacji procesów psychicznych za pomocą nowoczesnych metod obrazowania pracy mózgu. Jego celem bynajmniej nie jest krytyka metodologii wykorzystywanej w neuronaukach, lecz raczej krytyka renesansu idei lokalizacji. Ekscytacja nowymi "zabawkami" umożliwiającymi zaglądanie w głąb mózgu, jakie zdobyła neuronauka, przypomina zdaniem Uttala zachowanie psa goniącego własny ogon. Im więcej danych dostarczają badania nad lokalizacją funkcji psychicznych, tym bardziej piętrzą się wątpliwości, czy trafnie zdefiniowaliśmy to, co badamy. Każda kolejna publikacja zdaje się zbliżać nas do wiary, którą żyła nauka w XIX wieku, że uda się zgłębić osobowość człowieka poprzez najzwyklejsze obmacywanie zgrubień jego czaszki. Zasadnicza różnica polega na przeświadczeniu, że to nasze współczesne "obmacywanie" jest o wiele precyzyjniejsze, a przez to w jakiś sposób lepsze. Tymczasem mimo tego przekonania, twierdzi autor The New Phrenology, tak zwane wyższe funkcje psychiczne nie mogą zostać jednoznacznie zlokalizowane, ponieważ w ich realizację zaangażowanych jest wiele aktywności różnych części naszego układu nerwowego.

Celem Uttala nie jest zdeprecjonowanie neuronauki, ale wskazanie na praktyki, które w tej książce nazwałem przejawami kultu cargo. Historia fascynacji elektroencefalografią pokazuje, że zaraz po pojawieniu się możliwości pomiaru fal mózgowych również w tym narzędziu diagnostycznym pokładano nierealistyczne, jak się z czasem okazało, nadzieje: wielu naukowców wierzyło, że badania fal mózgowych pozwolą wyjaśnić większość problemów psychologii. Owszem, wyjaśniły trochę problemów neurologicznych, co i tak jest ogromnym osiągnięciem, ale nie spełniły nadziei, jakie z nimi wiązali psychologowie. Metody obrazowania pracy mózgu pozwalają na jeszcze więcej, ale, jak trafnie zauważyli John Cacioppo i jego współpracownicy, "to, że potrafisz obrazować mózg, nie oznacza, że możesz przestać używać głowy"51.

Również psychologia społeczna - pozornie "czysta" metodologicznie, a przy okazji zdeklarowana wielbicielka eksperymentów i analizy statystycznej - w wielu swoich działaniach przypomina kulty cargo. W 1962 roku Jacob Cohen opublikował w "Journal of Abnormal and Social Psychology" artykuł zatytułowany The statistical power of abnormal-social psychological research52. Przedstawił w nim analizę 70 prac badawczych relacjonujących wyniki na poziomie istotności statystycznej (a) akceptowalnej przez większość czasopism - a więc co najmniej 0,05 lub nawet 0,01 czy 0,001 - opublikowanych w tym bardzo szanowanym periodyku w roku 1960. Wyniki były szokujące. Zgodnie z powszechnie przyjętym rozumieniem a = 0,05 oznacza, że prawdopodobieństwo błędu uzyskanych rezultatów wynosi pięć procentVII. Obliczenia Cohena pokazały jednak, że przeciętny poziom błędu w analizowanych pracach wynosił ponad 50 procent! Nieco gorzej niż przy rzucie monetą! Cohen zaproponował alternatywne, w stosunku do stosowanych, metody testowania hipotez, które starał się propagować aż do śmierci, czyli do 1998 roku. Od czasu opublikowania pierwszego artykułu na ten temat minęło ponad pięćdziesiąt lat, a mimo to współczynnik a = 0,05, ogólnie akceptowany jako wystarczające kryterium istotności statystycznej, stanowi swego rodzaju nienaruszalną świętość. Kilku autorów poszło śladami Cohena i przeprowadziło podobne analizy, ale takie głosy nadal pozostają w mniejszości53.

Bolesnym ciosem dla zadufanej psychologii świata Zachodu był głośny w 2010 roku artykuł The Weirdest People in the World54. Napisała go trójka naukowców z University of British Columbia: Joseph Heinrich, Steven J. Heine i Ara Norenzayan, którzy pokazali, że współczesna psychologia w rzeczywistości opisuje wyłącznie specyficzną grupę społeczeństw - właśnie WEIRD. Mamy tu do czynienia z grą słów, angielski przymiotnik weird oznacza bowiem dziwny, dziwaczny, ale jednocześnie jest to akronim utworzony z pięciu przymiotników: Western, Educated, Industrialized, Rich, Democratic (zachodni, wykształcony, uprzemysłowiony, bogaty, demokratyczny).

Analiza prac publikowanych w wiodących magazynach psychologicznych, przeprowadzona przez Heinricha i jego kolegów, pokazała, że 96 procent osób badanych pochodziło z uprzemysłowionych krajów Zachodu, czyli spośród zaledwie dwunastu procent światowej populacji. W tym aż 68 procent ze Stanów Zjednoczonych. Wśród Amerykanów uczestniczących w badaniach 67 procent było studentami psychologii, co oznacza, iż szanse, że obiektem badań był losowo wybrany amerykański student, są cztery tysiące razy większe niż to, że był nim ktoś spoza kręgu cywilizacji zachodniej. W latach 2003-2007 w badaniach opublikowanych w sześciu najważniejszych czasopismach psychologicznych badane grupy w 80 procentach składały się ze studentów. W rezultacie nasza wiedza o prawidłowościach dotyczących natury ludzkiej opiera się na populacji ­WEIRD, a co za tym idzie, opisuje tylko drobną część mieszkańców naszej planetyVIII.

Brak reprezentatywności badań psychologicznych nie jest jednak głównym powodem zmartwienia, wszak może się okazać, że w wielu aspektach natura ludzka jest podobna i to, w jaki sposób spostrzegamy na przykład proporcje, jest niezależne od tego, czy żyjemy w Stanach Zjednoczonych, czy na stepach Kaukazu. Cytowani autorzy nie poprzestali jednak wyłącznie na zakwestionowaniu reprezentatywności publikowanych badań. Przedstawili również analizę porównawczą wyników uzyskanych w badaniach prowadzonych w kilku różnych obszarach, takich jak percepcja wzrokowa, uczciwość, współpraca, wyobraźnia przestrzenna, style poznawcze i typy umysłów, osądy moralne czy rozumienie pojęcia "ja". Okazało się, że osobnicy typu WEIRD mocno różnią się od innych populacji, często też uzyskują skrajne wyniki. Co najbardziej zaskakujące, nawet w przypadku tak zdawałoby się podstawowych procesów poznawczych jak percepcja wielkości czy kształtu występują bardzo poważne różnice międzykulturowe.

Uderzającym tego przykładem może być złudzenie Müllera-Lyera (por. ryc. 2.1.). Od czasu, gdy zostało po raz pierwszy opisane, czyli od roku 1889, jest przytaczane chyba we wszystkich podręcznikach psychologii, a już na pewno tam, gdzie mówi się o prawidłowościach percepcji. Większość ludzi, czytamy zwykle, spostrzega środkowy odcinek jako dłuższy, podczas gdy w rzeczywistości wszystkie trzy odcinki są identycznej długości. Tymczasem szczegółowe badania pokazują, że... to złudzenie dalece nie jest tak powszechne, jak przywykliśmy sądzić, a jeśli już występuje, to u nas - ludzi z populacji WEIRD. Członkowie żyjącego w kotlinie Kalahari plemienia San widzą te odcinki jako równe i zupełnie nie podlegają iluzji. Kiedy ludzi z różnych kultur zapytamy o różnice w długościach odcinków, najwyższe wyniki, czyli największą rozbieżność, uzyskujemy, badając amerykańskich studentów. Czyżby zatem, jak sugerują Heinrich i jego współpracownicy, złudzenie to było wyłącznie produktem ubocznym naszej kultury?

Ryc. 2.1.

Złudzenie Müllera-Lyera

Nie sposób przejść obojętnie nad analizą naukowców z University of British Columbia i dalej prowadzić badania nad studentami psychologii ze społeczeństw WEIRD. A jeśli nawet, to należałoby powstrzymać się od uogólniania ich wyników na całą ludzką populację. No, chyba że jest się kapłanem cargo...

Gdybym dysponował łącznym potencjałem intelektualnym wszystkich członków Komitetu Nauk Psychologicznych Polskiej Akademii Nauk, a do tego udostępniono by mi czas, zasoby materialne i możliwości, jakimi gremium to dysponuje, to i tak nie zdołałbym w psychologii, takiej jakiej się naucza obecnie, oddzielić działań cargo od rzeczywistej nauki. Jest ich zbyt wiele, zbyt mocno ugruntowały się w praktyce akademickiej, aby nawet cała armia wykształconych, oczytanych i inteligentnych ludzi zdołała je wszystkie choćby zidentyfikować. I jakkolwiek zdaję sobie sprawę z zagrożeń, jakie niosą działania typu cargo w obrębie neuronauk, psychologii społecznej czy innych gałęzi tego, co zwiemy psychologią, to jednak w tym tomie nie będę się nimi zajmował. Publikacje takie jak The New Phrenology czy działalność, jaką całe życie prowadził Jacob Cohen, skłaniają mnie do przekonania, że w obrębie tych dziedzin jest wystarczająca liczba ludzi inteligentnych, uczciwych i czujnych na tyle, by na takie błądzenie przynajmniej zwracać uwagę. Poza tym o wiele gorsza sytuacja panuje na styku nauki i praktyki społecznej, czyli tam, gdzie kapłani cargo, biorąc swoje proroctwa za pewniki, stosują je bezrefleksyjnie wobec ludzi. Szczególnie niebezpiecznym obszarem jest praktyka psychoterapeutyczna pozbawiona jakichkolwiek podstaw empirycznych.

O ile w nauce opracowania krytyczne wywołują zwykle dyskusje, a w najgorszym razie są pomijane milczeniem i obojętnością, o tyle w obszarze psychoterapii jakakolwiek krytyka spotyka się ze zmasowanym kontratakiem. Tak też stało się po opublikowaniu przez Timothy'ego Bakera i jego współpracowników artykułu Current Status and Future Prospects of Clinical Psychology55, a następnie jego krótkiego omówienia w "Newsweeku"56. Praca Bakera i je­go kolegów bezlitośnie obnażyła ignorancję psychoterapeutów w zakresie znajomości badań EBP (Evidence Based Psychotherapy). Pokazała, że miliony pacjentów, którzy mogliby korzystać z dobrodziejstw terapii potwierdzonych eksperymentalnie, zamiast tego otrzymują - zgodne z wyznawanymi przez terapeutów kultami cargo - zalecenia medytacji, delfinoterapii lub innej "terapii" z co najmniej kilkuset stosowanych, których w większości nikt nigdy nie badał. Autorzy analizy pokazali też, że amerykańscy psychologowie kliniczni bardziej ufają własnemu doświadczeniu i relacjom kolegów niż doniesieniom naukowym, a wielu z nich nie ma w ogóle pojęcia o istnieniu metod EBP. Wniosek końcowy - psychologowie kliniczni w Stanach Zjednoczonych uprawiają swoją profesję w taki sam sposób, jak czynili to w 1948 roku, kiedy Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (APA) akredytowało pierwszych 29 programów nauczania psychologii klinicznej.

Baker i jego współpracownicy sugerują zmianę systemu akredytacji obowiązującego w APA. Wśród licznych propozycji zmian jeden pomysł jest szczególnie uderzający. Otóż uważają oni, że nowy system akredytacji powinien stygmatyzować nienaukowe programy szkoleniowe oraz praktyków stosujących niepotwierdzone naukowo metody. Swój postulat uzasadniają, powołując się na to, że podobne zmiany z powodzeniem zostały wprowadzone w medycynie.

Problemy, o jakich piszą Baker i jego współpracownicy, a także ich postulaty nie są zupełnie nowe. Kilka lat wcześniej William O'Donohue i Kyle E. Ferguson w artykule Evidence-Based Practice in Psychology and Behavior Analysis57 sugerowali, aby wszystkie terapie, które nie mają statusu potwierdzonych empirycznie, opatrywać mianem "terapia eksperymentalna", a pacjentów, którzy w nich uczestniczą, nazywać "osobami badanymi", bo tak właśnie w metodologii określa się uczestników eksperymentów. Powoływali się przy tym na analogie do procedury postępowania z nowymi lekami i proponowali, aby zagwarantować uczestnikom nieprzetestowanych terapii taki sam poziom bezpieczeństwa, jaki zapewnia się pacjentom uczestniczącym w testach leków. Ponadto sugerowali, że stosowanie problematycznych interwencji terapeutycznych, takich jak na przykład metoda ułatwionej komunikacji w przypadku dzieci autystycznych, powinno być traktowane jak zwykła działalność przestępcza (Więcej informacji na temat terapii ułatwionej komunikacji w postępowaniu z dziećmi autystycznymi w Rozdziale 3. tej książki).

Łatwo o argumenty, że na podobnej zasadzie penalizowane powinno być na przykład sugerowanie przez psychoanalityków odstawienia leków o potwierdzonym działaniu na rzecz metod terapeutycznych o niepotwierdzonej efektywności. Przykładem takich działań jest choćby nagminne wykorzystywanie psychoterapii analitycznej do leczenia zaburzeń nastroju spowodowanych nieprawidłowym funkcjonowaniem tarczycy. Sam spotkałem kilka osób, które stały się ofiarami takich praktyk, niekiedy tragicznych w skutkach. Poruszający opis przypadku znalazł się zresztą nawet na moich stronach internetowych:

Byłam również przez pewien czas pacjentką poradni leczenia nerwic (NFZ), gdzie korzystałam z porad lekarza i psychoterapeuty (psychoterapia dynamiczna). Psychoterapeuta zakazał stosowania leków w trakcie terapii i lekarz się na to zgodził. Ja, będąc w stanie poważnego obniżenia nastroju, dekoncentracji, lęków, myśli samobójczych nie byłam w stanie funkcjonować normalnie w pracy zawodowej i życiu rodzinnym. Poskutkowało to koniecznością zrezygnowania z pracy zawodowej w okresie nasilającego się bezrobocia i problemów z powrotem na rynek pracy. Nieskuteczną psychoterapię przerwałam po pewnym czasie, zaczęłam zażywać leki i stan zdrowia powrócił do normy. Ja jednak do dzisiaj nie odzyskałam utraconej pozycji zawodowej i utraconych zarobków58.

Nie do końca zgadzam się z O'Donohue i Ferguson. Przede wszystkim uważam, że określenie "terapia eksperymentalna" jest niewystarczające, a nawet mylne. Sugeruje ono bowiem, że terapeuci, prowadząc terapię, jednocześnie w sposób zamierzony kontrolują jej efektywność, a więc prowadzą pomiary początkowe i końcowe, porównują efektywność grup terapeutycznych z grupami kontrolnymi i wykonują wszystkie pozostałe czynności niezbędne dla poprawnego określenia skuteczności prowadzonego postępowania. Niestety, najczęściej w ogóle tak nie robią, a nawet zniechęcają innych do takich działań. Aby więc w pełni oddać sens tego, czym te praktyki są naprawdę, proponuję formułę (wykorzystaną już w tytule rozdziału) terapie będące w fazie niekontrolowanych eksperymentów na ludziach. Jest ona bliższa rzeczywistości, chociaż ciągle nadmiernie łaskawa dla kapłanów cargo.

Probierzem tego, czy dana procedura zasługuje na miano psychoterapii, czy też powinna znaleźć się na liście opatrzonej czerwonym tytułem z wieloma wykrzyknikami: "terapie będące w fazie niekontrolowanych eksperymentów na ludziach", jest obowiązujący standard dopuszczający terapie do stosowania. Ponieważ w Polsce nie wypracowano jeszcze takich standardów, przedstawię te, jakie stosuje APA, czyli Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne.

DOBRZE UDOKUMENTOWANE TERAPIE

Dobrze udokumentowane terapie spełniają następujące kryteria (I lub II oraz III, IV i V):

I. Co najmniej dwa eksperymenty z grupami porównawczymi wykazujące efektywność na jeden z dwóch sposobów:

A. Poddawane sprawdzaniu postępowanie terapeutyczne jest istotnie statystycznie bardziej efektywne w porównaniu z grupą placebo (otrzymującą tabletki albo placebo psychologiczne) lub w porównaniu z innym postępowaniem.

B. Poddawane sprawdzaniu postępowanie terapeutyczne jest ekwiwalentem dla już istniejącego, udokumentowanego eksperymentalnie postępowania. Eksperymenty dokumentujące skuteczność powinny zostać przeprowadzone na odpowiedniej wielkoś­ci próbach.

lub

II. Seria ponad dziewięciu eksperymentów z jedną osobą badaną w każdym demonstrująca efektywność. Eksperymenty powinny zostać zaprojektowane według dobrych planów badawczych i porównywać poddawane sprawdzaniu postępowanie do innego postępowania placebo lub postępowania jak w przypadku I.A.

III. Podczas eksperymentów muszą być wykorzystane podręczniki prowadzenia terapii.

IV. Charakterystyki uczestników badań muszą zostać precyzyjnie określone i opisane.

V. Wyniki muszą pochodzić od co najmniej dwóch różnych zespołów badawczych.

TERAPIE PRAWDOPODOBNIE SKUTECZNE

Prawdopodobnie skuteczne terapie spełniają kryterium IV i V, chociaż różnią się w spełnianiu kryteriów I do III.

I. Dwa eksperymenty, które wykazały, że poddawane sprawdzaniu postępowanie terapeutyczne jest istotnie statystycznie bardziej efektywne w porównaniu z grupą utworzoną z listy osób oczekujących na terapię.

lub

II. Jeden lub więcej eksperymentów spełniających wszystkie kryteria z V włącznie.

III. Trzy lub mniej eksperymentów z jedną osobą badaną poza tym spełniających wszystkie kryteria dla dobrze udokumentowanych terapii59.

Warto te informacje uzupełnić. Wykazanie skuteczności działania terapii w jednym zakresie, na przykład leczenia fobii, nie oznacza, że jest ona automatycznie uznana za skuteczną w leczeniu innych zaburzeń, na przykład depresji. Według podanych wyżej standardów efektywność powinna być zbadana odrębnie w odniesieniu do każdego zaburzenia.

Niestety, większość z kilkuset obecnych na rynku terapii nie spełnia tych niewygórowanych skądinąd standardów. To te wszystkie, których adepci chętnie odprawiają swoje rytuały, ale nie są zainteresowani weryfikacją skuteczności stosowanych przez siebie technik, zatem ich realna efektywność może być mniej więcej taka sama jak radiostacji instalowanych w "domach radiowych" na Nowej Gwinei. Niżej przedstawione przykłady terapii w stylu cargo obrazują tylko przypadki najbardziej jaskrawe, acz jednocześnie najbardziej "zadomowione" w naszej tradycji, przez co rzadko kwestionowane. Większość z nich powinna zresztą stać się przedmiotem badań etnografów zajmujących się między innymi analizą kultów, mitów, obrzędów, zabobonów i tym podobnych wytworów człowieka. To, że w tym przypadku mówimy o wytworach ludzi uważających się za cywilizowanych, wykształconych i rozumnych, a czasami noszących nawet dumnie brzmiące tytuły akademickie, nie powinno być barierą dla takich badań.

MIT DZIECIŃSTWA - PODSTAWA TERAPII EKSPLORUJĄCYCH PRZESZŁOŚĆ

W 1944 roku dr Walter Langer, psycholog z Uniwersytetu Harwarda, został poproszony przez Office of Strategic Ser­vices (poprzednika dzisiejszego CIA) o stworzenie portretu psychologicznego Adolfa Hitlera. Langer przystąpił do dzieła zgodnie z obowiązującą wówczas metodologią - skoncentrował się na analizie wydarzeń z dzieciństwa wodza III Rzeszy. Co prawda, dotarcie do świadków z tego okresu nie było łatwe, ale wraz z zespołem współpracowników Langer pokonał te trudności, udało mu się też nawiązać kontakt z byłym lekarzem Hitlera oraz z jego dawnymi współpracownikami, którzy wyemigrowali do Stanów. O poszukiwaniach Langera opowiada film dokumentalny Davida Stewarda Inside the Mind of Adolf Hitler. Oto fragmenty ścieżki dźwiękowej filmu, które dają nam dobre wyobrażenie o tym, co najbardziej interesowało portrecistów Hitlera:

Dla Langera obsesyjna czystość matki Hitlera miała duże znaczenie. Jego zdaniem Hitler mógł mieć kłopoty, ucząc się jako dziecko korzystania z toalety.

- Z tego, co wiemy o zamiłowaniu jego matki do czystości i porządku, możemy wysnuć wniosek, że ucząc korzystania dzieci z toalety, stosowała surowe metody. Wiemy, że może to prowadzić do trwałych urazów, do frustracji, która przeradza się w poczucie wrogości, to zaś sprzyja dziecięcej agresji, która znajduje ujście w zainteresowaniach i frustracjach koncentrujących się na sprawach analnych. Brud, upokorzenie, kara. Z tego rodzi się sadystyczny charakter.

- Langer czuł, że kluczem jest freudowski kompleks Edypa i trudności w dzieciństwie z nauką korzystania z toalety. Podejrzewał, że najmocniej odbiło się to na stosunku Adolfa Hitlera do seksu.

Poznawszy już przyczynę sadystycznych skłonności Hitlera, zespół prowadził dalsze poszukiwania w raz obranym kierunku. Kolejnego odkrycia dokonano w wyniku rozmowy z byłym współpracownikiem przywódcy III Rzeszy, Otto Strasserem, który opowiedział o relacjach Hitlera z jego siostrzenicą Geri Raubal.

Wyznała, że musiała się rozbierać, podczas gdy Hitler leżał na podłodze. Następnie kazał jej kucać nad swoją twarzą i z bliska ją dotykał. To go bardzo podniecało. Gdy podniecenie osiągało szczyt żądał, by oddawała na niego mocz. To dawało mu seksualne zaspokojenie. Geri mówiła, że całe to przedstawienie dla niej było obrzydliwe i choć podniecało Hitlera, jej nie sprawiało żadnej przyjemności. [...]

Doktor Jerrold Post - światowy autorytet w dziedzinie psychologicznych portretów polityków, który w latach 70. pracował dla CIA i utworzył tam pierwszą na świecie komórkę zajmującą się psychologicznymi portretami przywódców - tak skomentował tę relację:

W tym perwersyjnym akcie doznawał seksualnego upokorzenia ze strony kobiety, co wyrażało poddanie się, kapitulację i słabość, czyli cechy, z którymi walczył jako silny przedstawiciel władzy. Siła woli, to miało dla niego kluczowe znaczenie. Był zdecydowanym i silnym przywódcą. Tymczasem w środku krył się człowiek rozpaczliwie słaby, pełen obaw i lęku przed upokorzeniem i kapitulacją, do których czuł pociąg. Langer wierzył, że Hitler znalazł sposób, by uporać się z okropnymi skutkami psychicznymi swojego zboczenia, przyjmując antysemityzm, ideologię polityczną silnie osadzoną w głównym nurcie kultury europejskiej.

Odkrycia zespołu Langera tak dobrze pasowały do hipotez psychoanalitycznych, że nikt nie zadał sobie nawet trudu sprawdzenia wiarygodności świadków. Przyjęto ich relacje za prawdziwe i w ten sposób powstała układanka - portret psychologiczny Adolfa Hitlera. Na podstawie tego portretu OSS wysunęło szereg hipotez co do przyszłych zachowań Führera. Przewidywania okazały się nawet trafne. Pojawia się jednak pytanie, czy w celu stwierdzenia, że Hitler stanie się jeszcze bardziej neurotyczny, jeśli wojna będzie przybierać niekorzystny obrót, istotnie niezbędna była znajomość jego problemów z korzystaniem w dzieciństwie z toalety? Czy nie łatwiej przewidzieć takie zachowania, analizując reakcje na ostatnie wydarzenia? Czy sugestie Langera, że wybuchy wściekłości wodza będą coraz częstsze, były możliwe na podstawie analizy jego zachowań seksualnych, czy raczej w oparciu o obserwację jego reakcji na bieżące wydarzenia? Wreszcie, czy prognoza samobójczej śmierci przywódcy III Rzeszy w obliczu klęski wynikała z analizy dzieciństwa, czy też opierała się na powszechnie znanej zapowiedzi jeszcze z jesieni 1939 roku, kiedy to Hitler oznajmił, że gdyby miał tę wojnę przegrać, popełniłby samobójstwo?

Historia tworzenia portretu Adolfa Hitlera pokazuje, że jesteśmy skłonni uwierzyć, iż wszystko, włączając najgorsze nawet zbrodnie, może zostać wyjaśnione poprzez analizę doświadczeń z dzieciństwa. To nieprawda. Można powołać się na przykłady setek tysięcy, a może nawet milionów dzieci, które doświadczały w dzieciństwie podobnych zdarzeń jak Hitler czy Stalin, ale tylko kilkoro z nich w dorosłym życiu okazało się być potworami. I przeciwnie - znamy wiele przypadków ludzi, którzy doświadczali w dzieciństwie czułości i miłości, a w dorosłym życiu popełnili odrażające zbrodnie.

Na jedną z takich historii sam natrafiłem latem 2010 roku podczas wakacji spędzonych na należącej do Indonezji wyspie Bali. To egzotyczne miejsce fascynuje nie tylko pięknem krajobrazu, kolorytem przyrody oraz odmiennością kultury i religii, ale również, a może przede wszystkim, sposobem bycia ludzi. Balijczycy są zawsze uśmiechnięci i - zwłaszcza poza miejscami zadeptanymi już przez turystów - niezmiennie pozytywnie nastawieni do innych ludzi i do wszystkich żywych istot. Przyczyny takiego stosunku do otoczenia tkwią głęboko w ich kulturze i religii. Wiara w reinkarnację sprawia, że żywią przekonanie, iż każda żywa istota może być inkarnacją duchów ich bliskich. Szczególną czcią otaczają dzieci, wierząc, że w ich ciałach powracają duchy zmarłych członków rodziny. Adoracja, jaką okazują własnym dzieciom sprawia, że przez pierwszy okres życia nie pozwalają im dotknąć stopami ziemi. Pełne troski i czułości wychowanie balijskich dzieci kładzie jednocześnie nacisk na samodzielność i zaradność. Nic dziwnego, że Balijczycy nie są raczej typami wojowników, a w ich historii trudno odnaleźć przykłady agresywnych podbojów. Może z jednym wyjątkiem...

We wczesnych latach 60. Balijczycy mocno popierali Indonezyjską Partię Komunistyczną (PKI), w dużej mierze dlatego, że opowiadała się ona za reformą rolną. Pod sztandarem "Chłopskiej Akcji Jednostronnej" komuniści nakłaniali mieszkańców do przejęcia większości ziemi uprawnej, należącej wówczas do zaledwie kilkuset wielkich właścicieli ziemskich. PKI cieszyła się aprobatą głównie wśród ok. 18 tys. wyspiarzy dotkniętych w 1964 r. klęską głodu i przekonanych, że uniknęliby jej, gdyby ziemia była bardziej sprawiedliwie rozdzielona.