Zakazana pokusa - A.T. Michalak

Kup ebooka

39.99 zł
32.79 zł (32,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział drugi

Violet

Po­de­szłam do drzwi i chy­ba po raz set­ny dzi­siej­sze­go dnia otwo­rzy­łam je, by móc trza­snąć nimi z ca­łych sił.

- Vio­let! - krzyk­nął z dołu oj­ciec. - Uspo­kój się, cały dom drży w po­sa­dach przez two­je fo­chy. Jak tak da­lej pój­dzie, to nie wyj­dziesz na­wet do Har­mo­ny.

- I bar­dzo do­brze! - wrza­snęłam, wy­chy­la­jąc się za po­ręcz scho­dów. - Wiesz, jak mi za­le­ża­ło na tej im­pre­zie! A do Har­mo­ny mu­szę iść, jak­byś za­po­mniał, bo cze­ka nas pro­jekt z li­te­ra­tu­ry.

Może i by­łam dzie­cin­na, ale wró­ci­łam do po­ko­ju, gło­śno krzy­cząc i tu­pi­ąc no­ga­mi. Tak da­wa­łam upust swo­im emo­cjom. Mój oj­ciec był tro­skli­wy i cho­ro­bli­wie na­do­pie­ku­ńczy, a ja mia­łam tego dość. Do­brze, że mia­łam Har­mo­ny. To ona pod­su­nęła mi po­my­sł, któ­ry wła­śnie re­ali­zo­wa­łam z na­praw­dę nie­złym skut­kiem. Od­kąd mama uma­rła, oj­ciec trząsł się nade mną. Nie mógł po­go­dzić się z fak­tem, że już daw­no prze­sta­łam być dziec­kiem. Bar­dzo go ko­cha­łam. Był tro­skli­wy i opie­ku­ńczy, ale ta jego oba­wa o mnie da­wa­ła mi nie­źle w kość. My­dli­łam mu oczy, bo gdy­by nie to, to do tej pory by­ła­bym dzie­wi­cą i nie­ty­kal­ną có­recz­ką tre­ne­ra Adam­sa. Nie­ste­ty wie­le po­ten­cjal­nych ran­dek i tak prze­cho­dzi­ło mi koło nosa, bo prze­cież ka­żdy fa­cet z dru­ży­ny wie­dział, kim je­stem. Naj­sku­tecz­niej­szym spo­so­bem na to, by w ko­ńcu móc się wy­rwać na ja­kąś im­pre­zę, było uda­wa­nie, że od­by­wa się w in­nym ter­mi­nie. Za­tem je­śli chcia­łam wy­jść w week­end, pro­si­łam ojca o zgo­dę na wy­jście za ty­dzień lub za parę dni, dzi­ęki cze­mu mo­głam się za­ba­wić, mó­wi­ąc, że idę się uczyć, co nie wzbu­dza­ło jego po­dej­rzeń. Wy­star­czy­ło jesz­cze do­brze ode­grać rolę wku­rzo­nej do gra­nic mo­żli­wo­ści Vio­let i oj­ciec nie miał o ni­czym po­jęcia. Tym ra­zem jed­nak mia­łam dość tego, że za ka­żdym ra­zem mu­szę wy­my­ślać ja­kieś cho­re ak­cje. Nie ro­bi­łam prze­cież nic złe­go. By­łam zwy­czaj­ną dziew­czy­ną, któ­ra raz na ja­kiś czas chce się za­ba­wić z ró­wie­śni­ka­mi, a nie wy­wło­ką prze­cho­dzącą z łó­żka do łó­żka czy upi­ja­jącą się do nie­przy­tom­no­ści. Mia­łam pra­wo do chwi­li dla sie­bie, a nie chcia­łam przy tym okła­my­wać ojca na ka­żdym kro­ku. Za­słu­gi­wa­łam na tro­chę wol­no­ści. Być może gdy­by sam zna­la­zł dru­gą po­ło­wę, nie kon­tro­lo­wa­łby mnie aż tak bar­dzo. Mia­łam już tego ser­decz­nie dość. Wie­dzia­łam, jak zro­bić mu na zło­ść i tym ra­zem nie za­mie­rza­łam być grzecz­ną có­recz­ką tre­ne­ra Adam­sa. O nie! W ko­ńcu chcia­łam za­cząć żyć i cie­szyć się mło­do­ścią. Wie­dzia­łam, że go na­praw­dę za­bo­li, kie­dy za­cznę się spo­ty­kać z któ­ry­mś z jego za­wod­ni­ków. Gdy zo­stał głów­nym tre­ne­rem na uni­wer­sy­te­cie w Mas­sa­chu­setts, ka­zał mi się trzy­mać z dala od fut­bo­li­stów. Oczy­wi­ście jako grzecz­na có­recz­ka od razu go po­słu­cha­łam. Dziś na im­pre­zie po­sta­no­wi­łam jed­nak mu po­ka­zać, że nie będzie mną rządził. Za­mie­rza­łam uwie­ść naj­bar­dziej roz­wi­ązłe­go z gra­czy. Na ni­ko­go oj­ciec nie na­rze­kał przy nie­dziel­nych obiad­kach tak bar­dzo, jak na Ty­le­ra Mac­Ken­zie­go, i to on miał być moim ce­lem. Ty­ler, szy­kuj się! Two­ja cno­ta jest za­gro­żo­na. Za­śmia­łam się gło­śno, bo kto jak kto, ale on do cno­tli­wych nie na­le­żał. Wie­dzia­łam do­kład­nie, ja­kie zda­nie o nim miał mój oj­ciec: ba­wi­da­mek i ła­macz serc, któ­ry nie prze­pu­ści żad­nej dziew­czy­nie. Nie stro­nił od za­kra­pia­nych im­prez i my­ślał, że ta­lent wy­star­czy, by od­nie­ść suk­ces. Mia­łam tyl­ko na­dzie­ję, że bzyk­nie mnie szyb­ciej, niż po­my­śli, że na­ra­zi się mo­je­mu ojcu.

Jak zwy­kle mo­głam li­czyć na przy­ja­ció­łkę. Nie mi­nęło pół go­dzi­ny, a Har­mo­ny za­par­ko­wa­ła zie­lo­ne­go mu­stan­ga pod na­szym do­mem, gło­śno trąbi­ąc. Od kam­pu­su dzie­li­ło nas ja­kieś pięć mi­nut spa­cer­kiem, ale żeby tata łyk­nął przy­nętę, nie mo­gły­śmy prze­cież wy­jść wy­stro­jo­ne jak na im­pre­zę. Na szczęście mia­łam już u niej nie­złą ko­lek­cję ubrań, a jej ro­dzi­ce byli bar­dzo spo­ko. Ich po­de­jście było inne niż ojca, mimo że tak jak i on uczy­li na na­szym uni­wer­ku. Być może wła­śnie dla­te­go ro­zu­mia­ły­śmy się bez słów.

Tak bar­dzo dzi­ęko­wa­łam Bogu za Har­mo­ny! Była cu­dow­ną przy­ja­ció­łką, za­wsze obok, gdy jej po­trze­bo­wa­łam. Lu­dzie często błęd­nie ją oce­nia­li. Pa­trzy­li na nią przez pry­zmat wy­glądu. Była pi­ęk­ną, wręcz zja­wi­sko­wą blon­dyn­ką o nie­bie­skich jak nie­bo oczach. Z po­wo­dze­niem mo­gła­by być mo­del­ką, ale ona wo­la­ła na­ukę, tak jak i ja. Wi­ęk­szo­ść osób my­śla­ła, że jest zim­na i wy­ra­cho­wa­na, jed­nak była naj­słod­szą oso­bą, jaką zna­łam. Nor­mal­ne, że jak ktoś był dla niej nie­mi­ły, po­tra­fi­ła się od­gry­źć, ale sama ni­g­dy dla ni­ko­go taka nie była. Wi­dzia­łam, że często cier­pia­ła z po­wo­du ta­kie­go sta­nu rze­czy. Lu­dzie tak szyb­ko oce­nia­ją dru­gie­go czło­wie­ka, wca­le go nie zna­jąc. Z pręd­ko­ścią świa­tła po­tra­fią zra­nić i zrów­nać go z zie­mią. Wy­star­czy, że je­steś inny od wy­my­ślo­nych przez nich sa­mych "stan­dar­dów nor­mal­no­ści", a już sto­isz na stra­co­nej po­zy­cji. Być może dla­te­go tak do­sko­na­le się ro­zu­mia­ły­śmy? Ja co praw­da by­łam szu­flad­ko­wa­na z zu­pe­łnie in­nych po­wo­dów, ale po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, co ona czu­je. Ró­wie­śni­cy często mnie wy­śmie­wa­li, choć nie by­łam brzyd­ka czy gru­ba. Ot, zwy­kła dziew­czy­na wta­pia­jąca się w tłum. Jed­nak dla nich by­łam pry­mu­ską, có­recz­ką tre­ne­ra, któ­ra pew­nie z ka­żdą skar­gą lata do ta­tu­sia. Nie­raz ob­ry­wa­ło mi się tyl­ko za to, że mój oj­ciec pra­co­wał w na­szym li­ceum. Ma­ło­mia­stecz­ko­wa spo­łecz­no­ść mia­ła w zwy­cza­ju szu­flad­ko­wać lu­dzi. Cie­szy­łam się jak głu­pia, że na stu­diach po­znam no­wych lu­dzi, nowe dziew­czy­ny, któ­re być może nie będą na mnie pa­trzeć w taki spo­sób. Nie my­li­łam się. Zna­la­złam małe gro­no spraw­dzo­nych zna­jo­mych, któ­rych nie in­te­re­so­wa­ło, kto jest moim oj­cem. Lu­dzie na stu­diach mie­li swo­je ży­cie, swo­je pro­ble­my, i w wi­ęk­szo­ści mnie nie za­uwa­ża­li. Wy­jąt­kiem byli chłop­cy z dru­ży­ny ojca, bo do­sta­li za­kaz uma­wia­nia się ze mną. Oczy­wi­ście nie do­słow­nie. Mój oj­ciec nie był tak bez­po­śred­ni, ale wie­dzie­li, że le­piej z nim nie za­dzie­rać, i skrzęt­nie scho­dzi­li mi z dro­gi. Dziś chcia­łam to zmie­nić. Mu­sia­łam to zmie­nić. Oczy­wi­ście, bra­łam pod uwa­gę, że Ty­ler nie będzie jed­nak chciał mnie za­li­czyć. W ko­ńcu nie by­łam w ty­pie dziew­czyn, z ja­ki­mi go wi­dy­wa­łam. On sam był cho­ler­nie go­rący, do­sko­na­le o tym wie­dział i wy­ko­rzy­sty­wał to do woli. Będę mu­sia­ła nie­źle się na­tru­dzić, by zre­ali­zo­wać swój plan. Oczy­wi­ście Har­mo­ny wca­le nie była nim za­chwy­co­na. To chy­ba na­wet za mało po­wie­dzia­ne, bo jak tyl­ko zdra­dzi­łam jej szcze­gó­ły pla­nu w dro­dze na im­pre­zę, nie­mal wpa­dła w hi­ste­rię. Do­brze, że była świet­nym kie­row­cą.

- Ty chy­ba osza­la­łaś! - krzyk­nęła, wa­ląc ręko­ma w kie­row­ni­cę.

- Dla­cze­go? Prze­cież to do­sko­na­ły po­my­sł. Oj­ciec jak nic będzie wście­kły.

- No wła­śnie, będzie. - Spoj­rza­ła na mnie, mru­żąc oczy. - To kiep­ski po­my­sł. Prze­cież ro­bi­ąc mu na zło­ść i bzy­ka­jąc się z Ty­le­rem, sama so­bie za­szko­dzisz. To cho­dząca cho­ro­ba we­ne­rycz­na. Nie wia­do­mo, ile la­sek za­li­czył.

- Prze­sa­dzasz. Prze­cież nie jest głu­pi. Na pew­no się za­bez­pie­cza. Zresz­tą i tak nie wia­do­mo, czy będzie chciał za­li­czyć i mnie. - Utkwi­łam wzrok w swo­ich za­ci­śni­ętych dło­niach, jak za­wsze gdy za­czy­na­łam się de­ner­wo­wać. - No wiesz, on jest cia­chem, a ja zwy­kłą sza­rą dziew­czy­ną, któ­rej nikt nie za­uwa­ża.

- Trzy­maj­cie mnie, bo nie ręczę za sie­bie! - Har­mo­ny gwa­łto­wa­nie na­ci­snęła pe­dał ha­mul­ca, przez co nie­mal wal­nęłam gło­wą w przed­nią szy­bę. Spoj­rza­łam na nią zszo­ko­wa­na, nie bar­dzo nie wie­dząc, o co jej cho­dzi. - Dziew­czy­no, nie masz w domu lu­stra? Za ka­żdym ra­zem to samo! Prze­stań ro­bić z sie­bie ja­kieś brzyd­kie ka­cząt­ko, Vio­let. Je­steś pi­ęk­na, jak mo­żesz tego nie do­strze­gać?

- Stwier­dzam fakt. Wi­dzisz mnie ina­czej, bo się przy­ja­źni­my i na­wet w pew­nym stop­niu ci wie­rzę. To zna­czy to­bie wy­da­ję się pi­ęk­na, bo mnie znasz, ale to nie zna­czy, że inni mnie tak po­strze­ga­ją. Nie­wa­żne. Nie chcę na ten te­mat roz­ma­wiać. - Spró­bo­wa­łam uci­ąć te­mat. - Dziś chcę się do­brze za­ba­wić. Udo­wod­nić ojcu, że nie może mi roz­ka­zy­wać i nie będzie ukła­dał mi ży­cia. Dość tego. Mu­szę mu w ko­ńcu po­ka­zać, że tak nie mo­żna. Cho­ćbym w ra­mach bun­tu mia­ła prze­spać się z całą dru­ży­ną...

- No to te­raz to cię po­nio­sło. - Har­mo­ny we­szła mi w sło­wo.

- To była prze­no­śnia. - Za­śmia­łam się, by choć tro­chę roz­lu­źnić na­pi­ętą at­mos­fe­rę. - Wy­star­czy mi Ty­ler. Mój oj­ciec na­praw­dę go nie zno­si

- No do­brze. - Har­mo­ny nie­chęt­nie ru­szy­ła. - Jak so­bie chcesz. Je­śli na­praw­dę uwa­żasz, że to do­bry po­my­sł, nie będę cię po­uczać, ale mu­sisz wie­dzieć, że czu­ję, że wy­nik­ną z tego same pro­ble­my. Mam na­dzie­ję, że nie za­ko­chasz się w tym ba­wi­dam­ku.

- Spo­koj­nie. - Od­wró­ci­łam się w jej stro­nę i spoj­rza­łam na jej pe­łną sku­pie­nia twarz. - Znasz mnie nie od dziś. Ty­ler na pew­no nie za­wró­ci mi w gło­wie. To będzie jed­no­ra­zo­wy nu­me­rek. Nic, po czym nie mo­gła­bym wró­cić do po­rząd­ku dzien­ne­go. Har­mo­ny, nie za­cho­wuj się jak mój oj­ciec. Po­zwól mi po­pe­łniać wła­sne błędy i wy­ci­ągać wnio­ski. Nie obro­ni­cie mnie przed ca­łym złem tego świa­ta.

- Oczy­wi­ście - burk­nęła, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od dro­gi. - Po­wiedz­my, że ci wie­rzę i nie za­ko­chasz się w nim, ale co ci z tego, że się z nim prze­śpisz?

- Jak to co? Mój oj­ciec w ko­ńcu zro­zu­mie, że nie je­stem małą dziew­czyn­ką. Mam pra­wo do wol­no­ści i nie­wa­żne, jak bar­dzo on sta­ra się mnie kon­tro­lo­wać. Nie może mnie tak trak­to­wać. Na­stęp­nym ra­zem do­brze się za­sta­no­wi, nim znów będzie sta­rał się mnie chro­nić na wy­rost.

Pod­je­cha­ły­śmy pod dom mo­jej przy­ja­ció­łki i szyb­ko ru­szy­ły­śmy do drzwi. W gło­wie mia­ły­śmy już tyl­ko nad­cho­dzącą im­pre­zę brac­twa. By­łam pod­eks­cy­to­wa­na jak ni­g­dy. Upra­wia­łam już seks i wie­dzia­łam, z czym to się wi­ąże, ale słu­chy, któ­re krąży­ły na te­mat Ty­le­ra i jego, hmm, po­wiedz­my: łó­żko­wych umie­jęt­no­ści, moc­no mnie onie­śmie­la­ły. Mia­łam na­dzie­ję, że dam radę wy­ko­nać mój plan do ko­ńca. Pa­ra­li­żo­wał mnie strach, ale nie za­mie­rza­łam re­zy­gno­wać, o nie.

- Nad czym tak du­masz? - Har­mo­ny wy­chy­li­ła się z ła­zien­ki i po­pa­trzy­ła na mnie po­dejrz­li­wie.

- A w su­mie o ni­czym - od­pa­rłam. - My­śla­łam, co dziś za­ło­żyć.

- Za­łóż coś sek­sow­ne­go, co wy­rwie Ty­le­ra z bu­tów. - Har­mo­ny wy­szła z ła­zien­ki i usia­dła na łó­żku obok mnie.

- Taki mam plan, ale na­praw­dę nie bar­dzo wiem, co to może być. Ja­kieś po­my­sły? - Spoj­rza­łam na nią z na­dzie­ją.

- Zo­bacz­my... - Sta­nęła przy sza­fie i z im­pe­tem ją otwo­rzy­ła. Jej oczy mo­men­tal­nie się za­świe­ci­ły i szyb­ko zdjęła z wie­sza­ka coś, co przy­po­mi­na­ło su­kien­kę. - O Bo­ziu! - krzyk­nęła. - Mu­sisz ją przy­mie­rzyć. Wiem, że na­le­ży do mnie, ale uwierz mi, będziesz wy­gląda­ła obłęd­nie.

- Har­mo­ny... - Po­ki­wa­łam gło­wą. - Prze­cież nic, co pa­su­je na cie­bie, nie będzie do­bre dla mnie. Nie wiem, czy za­uwa­ży­łaś, ale moje cyc­ki są nie­mal trzy razy wi­ęk­sze niż two­je, a o bio­drach rów­nież mo­żna po­wie­dzieć to samo.

- Prze­sa­dzasz - rzu­ci­ła i po­ci­ągnęła mnie za rękę, zmu­sza­jąc, bym wsta­ła z łó­żka. - Nie ma­ru­dź, tyl­ko przy­mierz.

- Wiem, że nie od­pu­ścisz - wes­tchnęłam i wzi­ęłam z jej ręki czar­ną su­kien­kę. - Daj mi chwi­lę, za­raz wra­cam - do­da­łam, choć prze­cież nie było opcji, by pa­so­wa­ła.

By­łam cho­ler­nie zdzi­wio­na, gdy oka­za­ło się, że do­brze na mnie leży. Opi­na­ła moje cia­ło ni­czym dru­ga skó­ra, a ja po raz pierw­szy od nie­pa­mi­ęt­nych cza­sów czu­łam się do­brze w tym, co na so­bie mia­łam. Dość spo­ry de­kolt pod­kre­ślał moje duże pier­si, ale nie w or­dy­nar­ny spo­sób: wy­gląda­ło to wszyst­ko na­praw­dę przy­zwo­icie. Ba, mogę na­wet za­ry­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że wy­gląda­łam sek­sow­nie i wła­śnie tak się czu­łam. Uchy­li­łam drzwi ła­zien­ki i nie­pew­nie wyj­rza­łam na ze­wnątrz, oba­wia­jąc się tro­chę re­ak­cji przy­ja­ció­łki.

- O kur­de! - Aż za­gwiz­da­ła z za­chwy­tu, kie­dy mnie zo­ba­czy­ła. - Wła­śnie tego było ci trze­ba. Tak my­śla­łam, ta su­kien­ka jest szy­ta na cie­bie. Wy­glądasz obłęd­nie, a Ty­ler aż się za­go­tu­je, kie­dy cię zo­ba­czy.

- Dzi­ęku­ję. - Uśmiech­nęłam się do niej. Jej opi­nia była dla mnie istot­na. Za­zwy­czaj ole­wa­łam to, co kto o mnie mó­wił lub my­ślał, ale nie Har­mo­ny. Ona była dla mnie bar­dzo wa­żna i jej zda­nie bar­dzo się dla mnie li­czy­ło. - My­śla­łam, że nie po­pie­rasz tego, co za­mie­rzam zro­bić.

- Nie po­pie­ram - przy­zna­ła, ci­ągnąc mnie za rękę i zmu­sza­jąc, bym usia­dła przy to­a­let­ce - ale to nie zna­czy, że nie będę cię wspie­rać. Sko­ro uwa­żasz, że nie ma in­ne­go wy­jścia i na­praw­dę tego chcesz, nie będę cię oce­niać.

- Wiesz, że bar­dzo cię ko­cham - od­pa­rłam wzru­szo­na. Była praw­dzi­wą przy­ja­ció­łką.

- Wiem, a te­raz ci­sza, bo trze­ba cię zro­bić na bó­stwo. Do tej kiec­ki po­trzeb­ny ci ma­ki­jaż z efek­tem wow, więc po­zwól mi dzia­łać.

Nie mu­sia­ła po­wta­rzać dwa razy. Z chęcią od­da­łam się w jej spraw­ne ręce. Kto jak kto, ale Har­mo­ny była mi­strzy­nią ma­ki­ja­żu i wie­dzia­łam, że dziś wie­czo­rem będę lśni­ła ni­czym gwiaz­da. Nie było mowy, że Ty­ler Mac­Ken­zie mi się oprze.

Rozdział czwarty

Tyler

Idąc na tę im­pre­zę, zu­pe­łnie się tego nie spo­dzie­wa­łem. Chcia­łem się tyl­ko roz­lu­źnić po kłót­ni z Ty­so­nem, a wy­lądo­wa­łem na ta­ra­sie z wtu­lo­ną we mnie Vio­let. Nie zna­łem jej wcze­śniej i rzad­ko da­wa­łem się ko­muś tak szyb­ko do sie­bie zbli­żyć, ale jej bez­po­śred­nio­ść bar­dzo mi się spodo­ba­ła i tak ja­koś wy­szło. Wi­dać było jej za­in­te­re­so­wa­nie, ale praw­da była taka, że ka­żda la­ska była mną za­in­te­re­so­wa­na. Do­brze wie­dzia­łem, jak dzia­łam na ko­bie­ty, i umia­łem z tego ko­rzy­stać. Dziś rów­nież chcia­łem się za­ba­wić, by spu­ścić tro­chę pary, ale coś mi się wy­da­wa­ło, że ona nie jest la­ską, któ­ra pre­fe­ru­je jed­no­noc­ne przy­go­dy. Czy to mi prze­szka­dza­ło? Sam jesz­cze nie wie­dzia­łem. Chcia­łem zo­ba­czyć, jak to się wszyst­ko po­to­czy. Pod dło­nią wy­czu­wa­łem jej mia­ro­wy od­dech. Czu­ła się przy mnie bez­piecz­nie, cho­ciaż wie­dzia­łem, że nie po­win­na. Mó­głbym ją po­lu­bić, więc za­mie­rza­łem za­grać z nią w otwar­te kar­ty. Ni­g­dy nie oszu­ki­wa­łem ko­biet i cho­ciaż lu­bi­łem seks bez zo­bo­wi­ązań, za­wsze sta­wia­łem spra­wę ja­sno. Nie­po­trzeb­ne mi były pro­ble­my i ści­ga­jące mnie po kam­pu­sie la­ski. Za­ci­ągnąłem się ostat­ni raz i zdu­si­łem nie­do­pa­łek w sto­jącej obok po­piel­nicz­ce.

- Lu­bię cię, Vio­let. Je­steś na­praw­dę pi­ęk­ną i za­baw­ną dziew­czy­ną, wiesz? - za­cząłem.

- Ja też cię lu­bię, Ty­ler. - Wy­pro­sto­wa­ła się i usia­dła, tak aby wi­dzieć moją twarz. - Chcesz mnie spła­wić? Bądźmy ze sobą szcze­rzy, nie je­stem dziec­kiem, po­tra­fię zro­zu­mieć, że mogę nie być w two­im gu­ście.

- Zwa­rio­wa­łaś? - Zła­pa­łem ją za rękę, bo czu­łem, że chce ode mnie uciec, a nie za­mie­rza­łem jej na to po­zwo­lić, nim nie wy­słu­cha mnie do ko­ńca. - Nie ucie­kaj, chcia­łem że­byś wie­dzia­ła, jak bar­dzo mi się po­do­basz. Może na­wet za bar­dzo. Cały czas mam przed ocza­mi, co mó­głbym z tobą ro­bić, je­śli byś mi na to po­zwo­li­ła. Chcę cię pie­przyć, Vio­let, na mi­lion spo­so­bów. My­ślę jed­nak, że nie je­steś dziew­czy­ną, któ­ra za­li­cza jed­no­ra­zo­we nu­mer­ki, dla­te­go chcia­łem dać ci mo­żli­wo­ść wy­bo­ru. Nie szu­kam zwi­ąz­ków. Same z nimi kło­po­ty, a poza tym mam dru­ży­nę, tre­nin­gi i za­je­bi­ście wy­ma­ga­jące­go tre­ne­ra, któ­ry mnie nie zno­si. Jak wi­dzisz, nie­po­trzeb­ne mi kom­pli­ka­cje.

Po­pa­trzy­łem na nią z na­dzie­ją, bo po moim mo­no­lo­gu mo­gła się po­czuć tro­chę za­gu­bio­na. Nie by­łem pe­wien, jak za­re­agu­je. Była sek­sow­na jak dia­bli i już my­śla­łem o jej sma­ku na swo­im języ­ku, przez co mo­men­tal­nie mój fiut bu­dził się do ży­cia.

- A czy ja cię pro­szę o ja­kiś zwi­ązek? - Prze­chy­li­ła gło­wę i przy­gląda­ła mi się z uwa­gą. - Nie szu­kam fa­ce­ta, nie po­trze­bu­ję go do szczęścia. Je­śli jed­nak cho­dzi o jed­no­ra­zo­wy nu­me­rek, mogę roz­wa­żyć two­ją pro­po­zy­cję - za­śmia­ła się - ale może nie tak szyb­ko. - Wsta­ła i po­ci­ągnęła mnie za rękę. - Może wy­pij­my jesz­cze po drin­ku i za­ta­ńcz­my, bo nie ku­pu­ję kota w wor­ku. - Przy­lgnęła do mnie ca­łym cia­łem i za­plo­tła dło­nie na mo­jej szyi. - Naj­pierw mu­szę spraw­dzić, czy do­brze ca­łu­jesz i jak ta­ńczysz, a pó­źniej zo­ba­czy­my, co przy­nie­sie noc - mruk­nęła i wspi­ęła się na pal­ce, by po­łączyć na­sze usta w nie­spo­dzie­wa­nym po­ca­łun­ku. Nie­mal od razu przy­ci­ągnąłem jej cia­ło do swo­je­go i wbi­łem pal­ce w jej krągłe bio­dra. Po­głębi­łem jej lek­ki, nie­mal nie­win­ny po­ca­łu­nek, wsu­wa­jąc głębiej język i spraw­dza­jąc jej smak. Było ku­rew­sko do­brze. Już bar­dzo daw­no nie czu­łem ta­kie­go gło­du i żaru, jaki ogar­nął mnie przy niej. Wplo­tłem pal­ce w jej wło­sy, zmu­sza­jąc ją do ule­gło­ści. Mia­łem te­raz do­sko­na­ły do­stęp do jej szyi, na któ­rej zo­sta­wia­łem mo­kre śla­dy, ca­łu­jąc ją i lek­ko przy­gry­za­jąc. Czu­łem, jak jej sut­ki ro­bią się twar­de i na­pie­ra­ją na de­li­kat­ny ma­te­riał su­kien­ki. Swo­ją dro­gą wy­gląda­ła w niej jak mi­lion do­la­rów. Czu­łem się jak zwie­rzę, chcia­łem się już w niej za­tra­cić.

- Spo­koj­nie. - Od­su­nęła się ode mnie i po­pra­wi­ła su­kien­kę, któ­ra lek­ko się unio­sła, od­sła­nia­jąc część ud. - Mie­li­śmy za­cze­kać i zo­ba­czyć, co przy­nie­sie noc, a w ta­kim tem­pie wy­lądu­je­my w łó­żku już za chwi­lę. - Po­pa­trzy­ła na mnie z na­dzie­ją, jak­by szu­ka­jąc u mnie po­par­cia.

- Mnie to nie prze­szka­dza - przy­zna­łem - ale je­śli ci za­le­ży, to cho­dź. - Otwo­rzy­łem drzwi i prze­pu­ści­łem ją. - Po­ka­żę ci, jak się tu im­pre­zu­je, bo wi­dzę, że nie ro­bisz tego często. Nie na­rze­kaj tyl­ko ju­tro na ból gło­wy.

Uśmiech­nęła się i chwy­ci­ła mnie za rękę.

- Je­stem go­to­wa.

- Ja też, ma­le­ńka, na­wet nie wiesz, jak bar­dzo - szep­nąłem i po­ci­ągnąłem ją w stro­nę kuch­ni, bo mie­li­śmy za­cząć od drin­ków.

Rozdział trzeci

Violet

To­wa­rzy­stwo było już nie­źle pod­chmie­lo­ne, gdy do­ta­rły­śmy na im­pre­zę. Zresz­tą my też nie zo­sta­ły­śmy ja­koś w tyle. U Har­mo­ny wy­pi­ły­śmy po dwa drin­ki dla roz­lu­źnie­nia. Dla mnie to był wa­żny dzień, mo­ment, w któ­rym mia­łam w ko­ńcu w do­sad­ny spo­sób prze­ciw­sta­wić się ojcu. Oczy­wi­ście fut­bo­li­stów jesz­cze nie było, więc mia­łam chwi­lę, by ro­zej­rzeć się i po­ta­ńczyć z przy­ja­ció­łką. Dom brac­twa był ogrom­ny: wi­dać było, że uczel­nia nie ża­ło­wa­ła kasy. Być może mie­li jesz­cze ja­kieś do­ta­cje spor­to­we lub od pry­wat­nych dar­czy­ńców, nie mia­łam bla­de­go po­jęcia. Wie­dzia­łam, że Ty­ler, mimo iż na­le­żał do Del­ty, nie miesz­kał w domu brac­twa. Obi­ło mi się o uszy, że wraz z bra­tem i jego dziew­czy­ną wy­naj­mo­wa­li nie­wiel­kie miesz­ka­nie poza te­re­nem kam­pu­su, ale na tyle bli­sko, by nie mieć pro­ble­mów z do­jaz­dem. Ty­ler i Ty­son byli nie­mal iden­tycz­ni. Na po­cząt­ku był pro­blem z ich roz­ró­żnie­niem. Obaj byli su­per­przy­stoj­ni i do­brze zbu­do­wa­ni. Ty­ler grał, ale Ty­son nie. Kie­dyś sły­sza­łam ja­kieś plot­ki, że uczest­ni­czył w nie­le­gal­nych wal­kach jesz­cze w li­ceum, ale ile było w tym praw­dy? Lu­dzie lu­bi­li do­pi­sy­wać swo­je hi­sto­rie, często wy­ssa­ne z pal­ca. Cho­ciaż wca­le bym się nie zdzi­wi­ła, gdy­by aku­rat ta oka­za­ła się praw­dzi­wa. Ty­son miał w so­bie ja­kiś mrok. Nie wi­dy­wa­łam go zbyt często, bo wraz z dziew­czy­ną wo­le­li wła­sne to­wa­rzy­stwo, ale gdy już gdzieś się po­ja­wi­li, wy­wo­ły­wa­li sen­sa­cję. Za­wsze wpa­trze­ni w sie­bie jak w ob­ra­zek. On bar­dzo za­bor­czy, go­to­wy po­ła­mać ka­żde­go, kto cho­ciaż zer­k­nie w stro­nę Va­len­ti­ny. Ona z po­bła­ża­niem pa­trząca na na­iw­ne pa­nien­ki, któ­re nie­mal si­ka­ły na wi­dok Ty­so­na. Oczy­wi­ście mógł się po­do­bać, ale ła­two było do­strzec, że nie wi­dzi świa­ta poza Val, więc ja­ka­kol­wiek chęć do­bra­nia mu się do spodni z góry była ska­za­na na po­ra­żkę. Szko­da było tra­cić na to czas.

- Na­pij­my się! - Har­mo­ny nie­mal wrza­snęła mi do ucha. Sta­łam za­my­ślo­na, więc wy­stra­szy­ła mnie jak cho­le­ra.

- Świet­ny po­my­sł. - Uśmiech­nęłam się do niej i po­ci­ągnęłam w stro­nę kuch­ni, któ­rą mi­nęły­śmy chwi­lę wcze­śniej. Wi­dzia­łam tam wiel­ką becz­kę z pi­wem i ja­kiś pro­wi­zo­rycz­ny ba­rek. - Mia­łam to wła­śnie za­pro­po­no­wać, bo czu­ję, że za chwi­lę resz­ta pro­cen­tów ze mnie ule­ci. Nie wi­dzia­łam chło­pa­ków z dru­ży­ny i boję się, że Ty­ler jed­nak się nie po­ja­wi.

- Po­ja­wi się, nie pa­ni­kuj. - Har­mo­ny wzi­ęła dwa kub­ki i za­częła coś do nich wle­wać. - Może być tro­chę pó­źniej, bo z tego, co mó­wi­ła mi Leah z koła li­te­rac­kie­go, cho­dzą słu­chy, że wy­pro­wa­dził się od bra­ta i jest świe­żym na­byt­kiem aka­de­mi­ka. La­ski już się na nie­go na­pa­li­ły i prze­ści­ga­ją się w za­wo­dach, któ­ra jako pierw­sza za­ci­ągnie go do łó­żka. Zu­pe­łnie jak­by nie miał wcze­śniej po­ło­wy kam­pu­su...

- Kur­de - wes­tchnęłam i wzi­ęłam z jej rąk ku­bek. - A co, jak nie będzie w na­stro­ju na fi­gle? - Unio­słam go do ust i nie­mal jed­nym hau­stem opró­żni­łam, przez co nie­mal się nie za­dła­wi­łam. Po­czu­łam go­rąco. Łzy na­pły­nęły mi do oczu i za­częłam kasz­leć jak ja­kiś kot, któ­ry za­krztu­sił się kła­kiem. - Coś ty tu wla­ła? - wy­krztu­si­łam z tru­dem.

- Nic ta­kie­go. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, pa­trząc na mnie z miną nie­wi­ni­ąt­ka. - To po pro­stu dwie trze­cie wód­ki i jed­na trze­cia soku z gra­na­tu. - Uśmiech­nęła się prze­bie­gle.

- Nic ta­kie­go? - za­py­ta­łam, rzu­ca­jąc jej mor­der­cze spoj­rze­nie. - Nie­mal spa­li­ło mnie żyw­cem!

- No co ty! - za­śmia­ła się. - Pi­łaś prze­cież moc­niej­sze. Pa­mi­ętasz, jak w wa­ka­cje po­je­cha­ły­śmy do dom­ku two­je­go ojca nad je­zio­ro i.... - za­częła, lecz od razu prze­rwa­ła, gdy zo­ba­czy­ła, że wle­piam spoj­rze­nie w grup­kę, któ­ra wła­śnie we­szła.

- Ty­ler - za­skom­la­łam, bo aku­rat w tym mo­men­cie czu­łam się jak sie­dem nie­szczęść. Har­mo­ny spoj­rza­ła we wska­za­nym kie­run­ku i gło­śno wy­buch­nęła śmie­chem, sku­tecz­nie zwra­ca­jąc na nas uwa­gę. Nie wie­dzia­łam, co ją tak roz­ba­wi­ło. Chcia­łam się za­pa­ść pod zie­mię, a ona śmia­ła się jak opęta­na.

Na­wet z da­le­ka mnie onie­śmie­lał. Wi­dzia­łam go już kil­ka razy, ale dziś za­czy­na­łam tra­cić re­zon, tym bar­dziej, że po tej ak­cji z drin­kiem sła­bo się czu­łam. A do tego moja przy­ja­ció­łka na wi­dok chło­pa­ków z dru­ży­ny śmia­ła się jak sza­lo­na.

- Har­mo­ny - syk­nęłam ostrze­gaw­czo - uspo­kój się, bo ro­bisz przed­sta­wie­nie. Jak tak da­lej pój­dzie, za­raz tu­taj po­dej­dą.

- Nic nie po­ra­dzę! - Spoj­rza­ła na mnie. - Po­patrz na nie­go, wy­gląda, jak­by zde­rzył się ze ścia­ną. - Znów par­sk­nęła śmie­chem, jak­by to, co po­wie­dzia­ła, było żar­tem roku.

Po­pa­trzy­łam w ich kie­run­ku, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, o co jej cho­dzi. No rze­czy­wi­ście, przez ten stres na­wet nie za­uwa­ży­łam, że Ty­ler miał wiel­kie limo pod okiem. Cóż, to nie był chy­ba jego naj­lep­szy dzień. By­łam cie­ka­wa, co ta­kie­go się sta­ło, bo taki fa­cet jak on pew­nie nie był nie­po­rad­ny i w bój­ce da­łby so­bie radę... Cho­ciaż kto wie?

- Patrz! - szep­nęła Har­mo­ny, wska­zu­jąc na chło­pa­ków. - Chy­ba idą w na­szą stro­nę.

- Kur­wa - wy­msknęło mi się.

- Nie pa­ni­kuj. - Po­krze­pia­jąco po­kle­pa­ła mnie po ple­cach. - Na­pij się jesz­cze, bo za­raz będziesz mia­ła mo­żli­wo­ść po­znać obiekt swo­ich wes­tchnień.

- On nie jest moim obiek­tem wes­tchnień. Nie wiem na­wet, czy te­raz w ogó­le zwró­ci na mnie uwa­gę. W ko­ńcu wi­dział, jak się z nie­go śmie­jesz.

- Oj tam! - Mach­nęła ręką. - Będzie do­brze.

Nie zdąży­łam po­wie­dzieć nic wi­ęcej, bo Ty­ler, Sa­mu­el i Cole, jak za­wsze nie­roz­łącz­ni, sta­nęli przed nami.

Spra­wia­li wra­że­nie jesz­cze wi­ęk­szych niż w rze­czy­wi­sto­ści. Ich po­stu­ry i moc­no umi­ęśnio­ne syl­wet­ki tro­chę przy­tła­cza­ły, gdy sta­li tak bli­sko. Pierw­szy ode­zwał się Ty­ler, a resz­ta jak­by cze­ka­ła na jego za­gra­nie.

- Wi­dzę, że ba­wi­cie się ca­łkiem nie­źle. - Spoj­rzał na nas. Jego oczy były nie­bie­skie, ale te­raz spra­wia­ły wra­że­nie nie­mal czar­nych. - Je­stem Ty­ler. Chy­ba nie mie­li­śmy oka­zji się po­znać.

- Har­mo­ny. - Przy­ja­ció­łka ode­zwa­ła się pierw­sza, do­brze wie­dząc, ja­kie wra­że­nie na mnie wy­wa­rł. - Rze­czy­wi­ście, ca­łkiem nie­źle. Praw­da Vio­let?

- Eee... tak, jest ca­łkiem przy­jem­nie...

- Ca­łkiem przy­jem­nie? - Ty­ler unió­sł jed­ną brew. - Cie­ka­we okre­śle­nie, Vio­let. To Sa­mu­el i Cole. - Wska­zał ręką na sto­jących obok przy­ja­ciół. Gra­my w jed­nej dru­ży­nie.

- One to pew­nie wie­dzą, ba­ra­nie. - Sa­mu­el za­śmiał się i klep­nął go w ra­mię. - Sta­ry, jak da­lej będziesz wa­lił ta­kie sła­be tek­sty, to la­ski się za­raz zmy­ją i tyle będzie z two­je­go pod­ry­wu.

- Ni­ko­go nie pod­ry­wam - burk­nął nie­co zmie­sza­ny Ty­ler.

- Nie? - za­py­ta­łam, chcąc prze­ci­ągnąć roz­mo­wę, bo czu­łam, że po te­kście ko­le­gi za­raz będzie chciał się zmyć. Wszy­scy trzej po­pa­trzy­li na mnie zdzi­wie­ni. - Szko­da, bo na­wet z tym li­mem pod okiem wy­glądasz ca­łkiem nie­źle.

Har­mo­ny nie­mal za­krztu­si­ła się drin­kiem, a do mnie do­pie­ro po chwi­li do­ta­rło, co wła­śnie po­wie­dzia­łam. To było na­praw­dę nie­for­tun­ne, na szczęście wszy­scy za­częli się śmiać, bo już my­śla­łam, że ze wsty­du za­pad­nę się pod zie­mię. Ty­ler jed­nak nie stra­cił re­zo­nu, bo pod­sze­dł do mnie i szep­nął mi do ucha:

- Cie­szę się, że tak my­ślisz. Może wyj­dzie­my na ze­wnątrz? Za­pa­lę i opo­wiem ci, co mi się sta­ło w oko. Chło­pa­ki, pó­źniej się zła­pie­my.

- Się ro­zu­mie, sta­ry - od­po­wie­dzie­li nie­mal jed­no­cze­śnie.

- Nie mu­sisz się spie­szyć. - Cole su­ge­styw­nie po­ru­szył brwia­mi.

- Uspo­kój się! - syk­nął Ty­ler. - Idzie­my tyl­ko po­ga­dać.

- Już ja wiem, jak ty za­zwy­czaj ga­dasz z la­ska­mi. - Cole da­lej drążył, a moje po­licz­ki za­czy­na­ły się ro­bić czer­wo­ne. - Sły­szę wszyst­ko za­wsze bar­dzo wy­ra­źnie.

Po­pa­trzy­łam na przy­ja­ció­łkę, któ­ra od razu dała mi znak, że nie ma nic prze­ciw­ko, i ru­szy­li­śmy do wy­jścia. Idąc w stro­nę wiel­kich drzwi na ty­łach domu, co chwi­la by­li­śmy za­cze­pia­ni przez ja­ki­chś jego zna­jo­mych. On jed­nak ka­żde­go szyb­ko spła­wiał, da­jąc im do zro­zu­mie­nia, że mamy inne pla­ny. Za­czy­na­łam się de­ner­wo­wać. Nie zna­łam go prze­cież, a to, co wcze­śniej mi się wy­msknęło, nie brzmia­ło zbyt faj­nie. Ty­ler wy­da­wał się już tro­chę zi­ry­to­wa­ny tym za­cze­pia­niem, więc zła­pał mnie za rękę i ru­szył szyb­szym kro­kiem. W tych cho­ler­nych ob­ca­sach nie­mal bie­głam za nim, co pew­nie wy­gląda­ło ko­micz­nie.

Na ta­ra­sie z tyłu domu było bar­dzo przy­jem­nie. Nie było ba­se­nu, ale roz­sta­wio­no le­ża­ki, a po­środ­ku traw­ni­ka wy­ty­czo­no miej­sce na ogni­sko. Ty­ler po­ci­ągnął mnie w tam­tą stro­nę.

- W ko­ńcu - sap­nął, za­my­ka­jąc za nami drzwi ta­ra­su. - Już my­śla­łem, że ni­g­dy nie wyj­dzie­my przez tych wszyst­kich lu­dzi...

- Ze­brał się nie­zły tłum.

- Nie­często by­wasz na im­pre­zach, co? - za­py­tał.

- Cze­mu tak sądzisz? - Po­pa­trzy­łam na nie­go po­wa­żnie, bo brzmia­ło to tro­chę jak przy­tyk.

- Po pro­stu my­ślę, że bym cię za­pa­mi­ętał. - Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Masz ory­gi­na­le imię.

Do­pie­ro te­raz za­czął mi się przy­glądać. Jego oczy in­ten­syw­nie ska­no­wa­ły moje cia­ło. To było onie­śmie­la­jące, ale jed­no­cze­śnie miłe: było wi­dać, że nie mam się czym mar­twić. Zdo­by­łam jego za­in­te­re­so­wa­nie.

- Mogę za­pa­lić? - za­py­tał, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzro­ku.

- Chy­ba po to tu­taj przy­szli­śmy - rzu­ci­łam i uśmiech­nęłam się do nie­go.

- Nie tyl­ko - stwier­dził, wy­ci­ąga­jąc z kie­sze­ni pa­pie­ro­sy i za­pal­nicz­kę, by po chwi­li za­ci­ągać się dy­mem.

- Nie tyl­ko?

- Nie - przy­znał. - Spójrz w górę! - Opa­rł się ple­ca­mi o le­żak i przy­ci­ągnął mnie do sie­bie, tak bym ple­ca­mi opie­ra­ła się o jego klat­kę pier­sio­wą. - Tu­taj wi­dać kon­ste­la­cję Orio­na. Lu­bię tu­taj sie­dzieć i pa­trzeć w nie­bo.

Unio­słam oczy i za­ma­rłam: na nie­bie było wy­ra­źnie wi­dać pi­ęk­nie lśni­ące gwiaz­dy. Nie sądzi­łam, że ktoś taki jak on może lu­bić ob­ser­wo­wać nie­bo. Jego za­pach był tak sek­sow­ny, że za­czy­na­ło mi się kręcić w gło­wie. Na­wet ten si­niak na twa­rzy nie psuł wra­że­nia. Ty­ler Mac­Ken­zie był cho­ler­nie ku­szący i do­sko­na­le zda­wał so­bie z tego spra­wę.

Rozdział pierwszy

Tyler

Zwa­riu­ję w tym cho­ler­nym domu. My­śla­łem, że kie­dyś sy­tu­acja się po­pra­wi, jed­nak nic na to nie wska­zy­wa­ło. Kie­dy przy­je­cha­li­śmy tu­taj na stu­dia we trój­kę, sądzi­łem, że dam radę wy­trzy­mać z nimi pod jed­nym da­chem. Chy­ba się jed­nak my­li­łem. Ty­son do­słow­nie jadł z ręki Val, a ona ze spo­ko­jem pa­trzy­ła, jak z ty­po­we­go na­rwa­ne­go chło­pa­ka sta­je się pie­przo­nym pan­to­fla­rzem. Boże, sam nie wiem, jak wy­trzy­ma­łem z nimi aż dwa lata stu­diów.

Sie­dzia­łem na łó­żku i rzu­ca­łem pi­łecz­ką o ścia­nę. W gło­wie mia­łem pe­wien plan. Ty­son, gdy się do­wie, urwie mi jaja, ale po­sta­no­wi­łem za­ry­zy­ko­wać. Przy­naj­mniej nie­źle się za­ba­wię. Dość już mia­łem ci­ągłe­go uda­wa­nia tego lep­sze­go bli­źnia­ka. Gdy miesz­ka­li­śmy z oj­cem, mu­sia­łem wła­śnie taki być. Je­śli było ina­czej, Ty­son ob­ry­wał, a ja mia­łem dość pa­trze­nia na to, jak sta­ry się nad nim znęca, opa­no­wa­łem więc za­kła­da­nie ma­ski do per­fek­cji. Uda­wa­łem grzecz­ne­go chłop­ca, byle tyl­ko dał nam spo­kój. Cza­sa­mi i to nie po­ma­ga­ło, ale na szczęście gdy tyl­ko osi­ągnęli­śmy pe­łno­let­no­ść, od razu od­ci­ęli­śmy się od nie­go. Do dziś nie mamy z nim kon­tak­tu i tak jest le­piej.

Dziś jest pi­ątek. Ty­son pra­co­wał w po­bli­skim klu­bie jako ochro­niarz, za­tem dzień był ide­al­ny na re­ali­za­cję pla­nu. Va­len­ti­na nie wró­ci­ła jesz­cze ze swo­jej zmia­ny w ka­wiar­ni, więc szyb­ko za­kra­dłem się do ich po­ko­ju. Sta­nąłem w drzwiach i omio­tłem spoj­rze­niem po­miesz­cze­nie. Pod­sze­dłem do du­żej sza­fy i wy­jąłem ubra­nia bra­ta. Z ła­zien­ki za­bra­łem jesz­cze jego wodę to­a­le­to­wą. Od li­ceum się nie za­mie­nia­li­śmy: przy­szła pora, by się tro­chę za­ba­wić. Wy­gląda­li­śmy nie­mal iden­tycz­nie. Wszy­scy mie­li pro­blem, aby nas roz­ró­żnić. Chcia­łem zo­ba­czyć, jak do­brze Va­len­ti­na zna mo­je­go bra­ta. Je­śli oka­że się, że nie aż tak do­sko­na­le, jak twier­dzi, będę miał ubaw. Po­do­ba­ła mi się od daw­na. Co z tego, że przez kil­ka dni by­li­śmy parą, sko­ro osta­tecz­nie wy­bra­ła jego. O tak, la­ski le­cia­ły na Ty­so­na ni­czym mu­chy do lepu. On, ten zły bli­źniak, od za­wsze miał wi­ęk­sze po­wo­dze­nie niż ja. Za­ko­sił mi ją sprzed nosa. Wte­dy mi to nie prze­szka­dza­ło, te­raz też nie, ale za­ba­wić się mo­głem.

Przez uchy­lo­ne drzwi od ła­zien­ki ucie­ka­ła chmu­ra pary. Va­len­ti­na jed­nak była w domu, bra­ła prysz­nic. Otwo­rzy­łem je moc­niej i wsze­dłem do środ­ka. Śpie­wa­ła jed­ną z pio­se­nek Sii, była taka prze­wi­dy­wal­na. Nie­mal co­dzien­nie ro­bi­ła to samo. Od­su­nąłem ko­ta­rę prysz­ni­ca i za­mknąłem ją w ob­jęciach. Prze­ło­ży­łem jej wło­sy na jed­no ra­mię, a po dru­giej stro­nie za­cząłem skła­dać mo­kre po­ca­łun­ki. Jęk­nęła za­do­wo­lo­na i wtu­li­ła się w moje cia­ło.

- Nie wie­dzia­łam, że dziś wró­cisz wcze­śniej, skar­bie - mruk­nęła na­pie­ra­jąc ty­łkiem na mo­je­go pe­ni­sa. - Co się sta­ło? Nie było ru­chu?

- Nie było - ugry­złem ją w pła­tek ucha - ale mogę ci za­gwa­ran­to­wać, ma­le­ńka, że tu­taj będziesz mia­ła ruch jak ni­g­dy.

Znie­ru­cho­mia­ła. Chwi­lę trwa­ło, nim od­wró­ci­ła gło­wę w moją stro­nę i spoj­rza­ła na mnie z fu­rią, ja­kiej jesz­cze u niej nie wi­dzia­łem.

- Ty­ler! Czy cie­bie po­je­ba­ło? Wyj­dź stąd na­tych­miast! - Pchnęła mnie z ca­łej siły. - Jak mo­głeś uda­wać Ty­so­na! - wrzesz­cza­ła, nie­wie­le so­bie ro­bi­ąc z tego, że stoi przede mną zu­pe­łnie naga. - Je­steś obrzy­dli­wy! Dłu­go zno­si­li­śmy two­je wy­sko­ki, ale te­raz to już ko­niec, sły­szysz? Koniec. Wypierdalaj stąd i nie pokazuj mi się na oczy!

- Nie uda­waj, że ci się nie po­do­ba­ło - brnąłem da­lej, znów się do niej zbli­ża­jąc. - Mru­cza­łaś jak chęt­na kot­ka.

- Bo my­śla­łam, że to twój brat, mi­ło­ść mo­je­go ży­cia. - W ko­ńcu si­ęgnęła po ręcz­nik i ob­wi­ąza­ła nim cia­ło. - Wiesz, jak twój brat na to za­re­agu­je? Pęk­nie mu ser­ce, kie­dy się do­wie. Nie mo­głeś bar­dziej go za­wie­ść... Nas za­wie­ść, Ty­ler.

Po­ta­rłem kark dło­nią. Nie wiem, o co Va­len­ti­na ro­bi­ła ta­kie wiel­kie halo, prze­cież to było na­wet za­baw­ne. Dra­ma, jak­bym co naj­mniej chciał ją za­bić. Ko­bie­ty ni­g­dy nie ro­zu­mie­ją żar­tów.

- Do­bra, nie ma­ru­dź, już się zmy­wam. - Skie­ro­wa­łem się w stro­nę wy­jścia z ła­zien­ki. - Nie wie­dzia­łem, że z cie­bie taka sztyw­na suka.

Zdąży­łem za­mknąć drzwi, kie­dy usły­sza­łem dźwi­ęk roz­bi­ja­ne­go na nich wa­zo­nu. Na szczęście nie mia­ła ta­kie­go re­flek­su jak bra­ci­szek, bo on z pew­no­ścią roz­bi­łby mi go na gło­wie. Nie mia­łem po­jęcia, czy Val mu po­wie, co zro­bi­łem, ale w głębi czu­łem, że jed­nak tego nie zro­bi. Jak się jed­nak szyb­ko oka­za­ło, nie mia­łem in­tu­icji, bo jak tyl­ko wró­cił, wście­kły ni­czym roz­ju­szo­ny byk wpa­ro­wał do mo­je­go po­ko­ju. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się chęć mor­du, a za­mor­do­wa­ny mia­łem być nie­ste­ty ja.

- Ty ku­ta­sie! - ryk­nął i mnie po­pchnął. - Czy cie­bie już do­szczęt­nie po­je­ba­ło? Wi­dzia­łem, że coś się z tobą dzie­je, nie ra­dzisz so­bie, ale to już szczyt...

Wsta­łem, strze­pu­jąc z sie­bie nie­wi­dzial­ne py­łki, i uśmiech­nąłem się do nie­go.

- Ty­son, bra­cisz­ku, też miło cię wi­dzieć. Pew­nie Val po­wie­dzia­ła ci o na­szym ma­łym spo­tka­niu? - Za­śmia­łem się. - A po­wie­dzia­ła ci może, jaka była chęt­na? - Wie­dzia­łem, że go to wkur­wi, ale nie my­śla­łem, że przy­wa­li mi w pysk. Po chwi­li le­ża­łem na podło­dze z roz­wa­lo­nym no­sem, z któ­re­go sączy­ła się krew. Czu­łem, że za­ha­czył i o oko, bo pie­cze­nie sta­wa­ło się nie­zno­śnie. Za­pew­ne jesz­cze dziś będę miał limo.

- Jak­byś nie był moim bra­tem, to bym cię za­tłu­kł - syk­nął. - Wsta­waj i wy­pier­da­laj. Masz pół go­dzi­ny na spa­ko­wa­nie się. Nie chce cię tu­taj oglądać.

- Hola, hola! - za­wo­ła­łem, pod­no­sząc się i pró­bu­jąc wy­trzeć krew. - Za­po­mnia­łeś, że mat­ka opła­ca nam cha­tę i mamy w niej miesz­kać ra­zem? - Ce­lo­wo za­ak­cen­to­wa­łem ostat­nie sło­wo.

- Pa­mi­ętam - burk­nął - ale nie ob­cho­dzi mnie to! Wy­pier­da­laj, bo nie ręczę za sie­bie. I nie wra­caj, nim nie pój­dziesz po ro­zum do gło­wy i nie prze­sta­niesz się za­cho­wy­wać jak roz­ka­pry­szo­ny gów­niarz.

- Ja się tak za­cho­wu­ję? Na­praw­dę? - Pod­sze­dłem do nie­go i spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy. - Wiesz co, nie­wa­żne. Na­praw­dę, kur­wa, nie­wa­żne. Już mnie tu­taj nie ma. Mo­żesz so­bie wić gniazd­ko ze swo­ją ko­cicz­ką, nie ob­cho­dzi mnie to. Wca­le mnie nie ob­cho­dzi­cie. Ani ty, ani two­ja la­ska. Baw­cie się da­lej w do­mek z ogród­kiem, ale nie szu­kaj mnie, kie­dy kop­nie cię w dupę, bo na pew­no tak będzie, kie­dy zro­zu­mie, jak bar­dzo je­steś po­je­ba­ny. Za­cho­wu­jesz się jak nasz sta­ry, a to naj­wi­ęk­sza obe­lga. - Wy­mi­nąłem go w drzwiach i otwo­rzy­łem je na oścież. - A te­raz wy­no­cha z mo­je­go po­ko­ju, bo mu­szę ze­brać swo­je gra­ty.

Nie­mal z nie­go wy­bie­gł. I bar­dzo do­brze, nie po­trze­bo­wa­łem ich. Sam do­sko­na­le dam so­bie radę. Mia­łem kum­pli z dru­ży­ny, mia­łem chęt­ne la­ski, nie mu­sia­łem być pi­ątym ko­łem u wozu. My­ślą, że nie dam bez nich rady, ale chy­ba nie zna­ją mnie zbyt do­brze. Może i prze­gi­ąłem, ale te­raz cho­ciaż wi­dzia­łem, kogo wy­brał Ty­son. Wy­brał ją, więc znik­nę im z pola wi­dze­nia.

Oj­ciec nie na­uczył mnie wie­le, mo­głem być mu jed­nak wdzi­ęcz­ny za naj­cen­niej­szą lek­cję: że ból mo­żna prze­zwy­ci­ężyć, a rany na cie­le goją się szyb­ko. Rany na du­szy, nie­ste­ty, zo­sta­ją na za­wsze. Na­wet je­śli się za­bli­źnią, to przy­pom­ną o so­bie w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie. Blizn na du­szy nie da się ule­czyć. Trze­ba się na­uczyć z nimi żyć. Ból jest do znie­sie­nia, gdy do­ty­czy cie­bie. Zu­pe­łnie inna sy­tu­acja jest wte­dy, kie­dy cier­pi oso­ba, któ­rą ko­chasz naj­wi­ęk­szą i naj­szczer­szą mi­ło­ścią. Wte­dy jej ból nisz­czy two­ją du­szę, roz­ry­wa cię od środ­ka na mi­lion ka­wa­łków. Je­steś bez­sil­ny i uświa­da­miasz so­bie, że nie chcesz taki być. Naj­lep­szym roz­wi­ąza­niem jest za­mknąć się na mi­ło­ść. Mo­żna mieć seks, mo­żna mieć dziew­czy­ny, ale nie mo­żna do­pu­ścić do sie­bie mi­ło­ści, by zno­wu nie stać się bez­sil­nym, gdy cier­pie­nie za­pu­ka do drzwi. Prędzej czy pó­źniej tak się dzie­je, a ja nie by­łem go­to­wy, by po­czuć to ko­lej­ny raz. La­ta­mi bez­sil­nie pa­trzy­łem na cier­pie­nie bra­ta i nie za­mie­rza­łem znów przez to prze­cho­dzić przez chwi­lę sła­bo­ści. Po­sta­no­wi­łem ko­chać tyl­ko jego. Na­wet je­śli cza­sem nie szczędzi­my so­bie epi­te­tów, na­wet je­śli zno­wu pod­bi­je mi oko, to jest dla mnie wszyst­kim, je­ste­śmy z tej sa­mej krwi. Ni­g­dy ni­ko­go wi­ęcej nie wpusz­czę do mo­je­go ser­ca. Tak jest bez­piecz­nie. Wła­śnie tak musi być.