Niedziela, 3 marca 2013 roku
Promienie słońca zakłuły podkomisarz Renatę Łukowską w oczy, kiedy tylko uchyliła powieki. Szlag by to ciężki i nieforemny! - pomyślała. Tak, wczoraj była na weselu, oczywiście popiła, jak każe obyczaj, a pragnienie nakręca, ale znowu nie aż tak bardzo, żeby zasłużyć na kaca giganta. Ale może tylko tak jej się wydawało. Była w dobrym nastroju, bawiła się wybornie, więc mogła wychylić jeden albo dwa kielonki za dużo. Zamknęła oczy i wsłuchała się w swój organizm. Suchość w ustach, lekko ćmiący ból pod czaszką. Uznała, że bywało gorzej.
Odruchowo sięgnęła na stolik nocny, by namacać komórkę i sprawdzić, która jest godzina. Nie było jej tam. Przekręciła się na bok, plecami do okna, i znowu otworzyła oczy. Jeśli telefonu nie było tam, gdzie zwykle, pewnie leżał na podłodze. Wychyliła się ku brzegowi łóżka i spojrzała w dół. Kłębiły się tam nie tylko jej wyjściowe, bardziej eleganckie ciuchy, ale też ubrania ewidentnie męskie. Nieco dziwne, bo nie pamiętała, aby po weselu zabrała kogoś do domu, jednak całkiem możliwe. Czyli ewidentnie zapiła bardziej, niż w pierwszej chwili jej się zdawało. Ciche chrapnięcie dobiegające zza jej pleców potwierdziło, że musiała spędzić przyjemną noc. Prawdopodobnie przyjemną, bo nie pamiętała szczegółów. Usiadła na łóżku i ścignęła kołdrę, którą mężczyzna był nakryty aż po czubek głowy.
- Prokurator Sebastian Krok, a to ci niespodzianka - cmoknęła.
Wygramoliła się z łóżka i poczłapała do kuchni. Wypiła szklankę wody, zrobiła sobie kawę i zapaliła. Powoli wracały do jej świadomości obrazy z wczorajszego wieczora i nocy. Poszła na wesele z Sebastianem, bo ostatnio słabo dogadywała się z Krzyśkiem. Właściwie wcale. Cały ich związek polegał na dziwnym tańcu, w którym raz się odpychali, raz przyciągali. Związek? Problematyczna nazwa. Pewnie tak ich relację określał Krzysiek, jednak ona myślała, że jedynie z nim bywa. Niby wciąż związana była z Krzyśkiem, ale poszła na imprezę z Sebastianem i dobrze czuła się w jego towarzystwie. Tyle że nie planowała dalszego ciągu we własnym łóżku. Właściwie w niczyim.
- Walić to! - warknęła. Dawno temu uznała, że żadne przemyślenia na kacu nie mają najmniejszego sensu.
Sięgnęła do paczki po kolejnego papierosa, ale była już pusta. Westchnęła. Poszła do przedpokoju, przeszukała torebkę, kieszenie kurtki, zajrzała do plecaka. Zero fajek. Naprawdę nie planowała tej niedzieli wychodzić z mieszkania, ale nałóg ma swoje prawa. Bezwzględne. Ubrała się w zwykły strój, czyli dżinsy, bluzę z kapturem i poprzecieraną skórzaną kurtkę. Zajrzała do pokoju. Sebastian wciąż spał, nie obudziła go jej krzątanina. Co potwierdzało, że w nocy musieli mieć stosunkowo udany seks. Chyba. A na pewno on, skoro teraz spał jak suseł.
Ledwie wyszła na klatkę schodową kamienicy, usłyszała:
- A dzień dobry pani ładnej.
Pan Rysiu siedział na drewnianej ryczce przy drzwiach swojego mieszkania. Żona nieodmiennie wyganiała go z paleniem na klatkę. Emeryt był jedynym mężczyzną, któremu Renata pozwalała zwracać się do siebie per "pani ładna" bez słowa protestu. Lubiła go.
- To się jeszcze okaże, ale można założyć, że nie będzie najgorszy - powiedziała.
- Cygaryta? - Wyciągnął ku niej paczkę tanich papierosów.
- Tym razem nie odmówię.
Zapaliła. Stanęła obok staruszka i oparła się o ścianę. Trochę brakowało jej sił. Pan Rysio spojrzał na nią z ukosa i spytał z uśmiechem:
- I jak było na weselu?
Trzymali sztamę palaczy, często wymieniali po kilka zdań, więc pan Rysio jako tako orientował się w jej życiu. Wspomagany przez żonę, która bardzo lubiła wiedzieć wszystko o wszystkich. Nie tylko mieszkańcach kamienicy.
- Nawet dobrze, potańczyłam, popiłam.
- Ino teraz kac. - Śmiech pana Rysia skończył się kaszlem palacza. Wieloletniego.
- Cóż zrobić? Ale żyć będę.
- A gdzie się pani ładna wybiera tak przy niydzieli? Chyba nie do roboty?
- Nie, fajki muszę kupić i jakieś bułki na śniadanie.
- Śniodanie? Teraz to już czas na obiad. I pewnie żymły już w sklepie nie uświadczy.
Roześmiała się szczerze. Akurat brakiem bułek się nie martwiła, tym bardziej że nie zamierzała robić śniadania Sebastianowi. Podobnie jak innym facetom, z którymi zdarzało się jej spędzać noce.
Wyszła przed kamienicę i spojrzała w niebo. Nad Gliwicami wisiały grube zwały szarych chmur. Pomyślała, że niedziela pewnie nie będzie najgorsza, ale po niej przyjdzie poniedziałek. Na moment rozbawiła ją absurdalna oczywistość tej konstatacji. A jutro w pracy spotka się z Krzyśkiem. I pewnie zaczną się schody. Wzruszyła ramionami. Pokona je jak zawsze.