Zając - César Aira

-
Proszę czekać

Spocony, nieco skołowany Restaurator wyskoczył z łoża i na moment stracił równowagę na zimnych płytkach podłogi, wymachując ramionami jak kaczka. Stopy miał bose, a na tułów narzuconą koszulę nocną. Dwa białe i bardzo czyste prześcieradła, pozwijane i wymięte, kiedy to dręczony koszmarami wierzgał przez sen, stanowiły jego jedyne przykrycie na sznurowej pryczy z ramą z brązu, która to prycza z kolei była jedynym meblem w niewielkiej alkowie, gdzie przesypiał sjesty. Chwycił jedno z prześcieradeł i przetarł nim mokre twarz i szyję. Serce waliło mu w piersi z powodu nagłego przestrachu, mgła zamroczenia zaczynała się jednak rozpraszać. Zrobił krok, potem drugi; stawiał całą stopę na podłodze, ciesząc się twardą świeżością podłoża. Podszedł do okna i czubkiem palca odsunął zasłonę. Na patiu pustka: palmy, cisza, palące słońce. Wrócił do pryczy od drugiej strony, ale nie położył się już; po krótkim namyśle usiadł na podłodze, wyprostował nogi i plecy. Chłód płytek przylegających do nagich pośladków wywołał coś w rodzaju lekkiego i przyjemnego szoku. Restaurator podkulił nogi, żeby zrobić parę brzuszków. Ćwiczył, trzymając dłonie na karku, bo wtedy wysiłek jest większy. Z początku przykładał się do gimnastyki, potem ćwiczenia robiły się same, bardzo szybko, jakby przezwyciężając grawitację, a on oddał się rozmyślaniom. Powtórzył to sto razy z rzędu, odruchowo odliczając po dziesięć, przez cały ten czas myśląc. Szczegół po szczególe odtworzył senny koszmar, jakby w ramach narzuconej sobie kary. Zadowolenie z fizycznej aktywności odpędzało przestrach wywoływany przez wspomnienie. A może nie tylko odpędzało, ale też dawało nad nim kontrolę, jakby to była kolejna liczba w gimnastycznym odliczaniu. Wiedział, jaki jest zasadniczy przekaz niesiony przez zjawy nawiedzające go w porze sjesty. To było jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Jak bardzo myliły się te dzikie gryzipiórki, myśląc, że to cień zbrodni ciąży mu na sumieniu. To by oznaczało liczenie od końca: dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Chodziło o coś wprost przeciwnego i jeśli jego wrogowie tak bardzo się mylili, to dlatego że na opozycji wszystko widzi się odwrotnie, to zbrodnie niepopełnione tak go osaczały, wyrzuty sumienia spowodowane tym, że nie zamknął rachunku. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Zbyt miękki był, zbyt konwencjonalny. Oni powtarzali, że jest potworem, a on żałował, że w którymś momencie zszedł z drogi, dzięki której naprawdę mógł się nim stać. Żałował, że nie jest swoją własną opozycją, w ten sposób mógłby się realizować po obu stronach. Jeden, dwa, trzy, cztery... Zabrakło mu wyobraźni, a bez niej okrucieństwo nie jest prawdziwe. Pięć, sześć, siedem, osiem... W snach ukazywały mu się odwrócone obrazy oskarżeń spadających na niego w ilustrowanych paszkwilanckich pisemkach wcześniej pod tytułem "Krzyk", a potem "Śmierć Rosasowi" (cóż za durne hasła). Świat na opak. Czysta literatura. Tajemnica snów wyjaśniała się w atmosferze smutku za minionym życiem. Brakowało mu autentycznie twórczego geniuszu, poetyckiej sprawności. Dziewięć... Był tego świadom i żałował w ramach nieco barbarzyńskiej szczerości względem samego siebie. Ale skąd, skąd, skąd wziąć talent pozwalający przemieniać fantastyczną negację skrybów z Montevideo w rzeczywistość, w życie, w argentyńskość. Dziesięć, sto.

Rozprawił się z pół litra ginu rozcieńczonego zimną wodą, podczas gdy ten drugi zapisał stronę. Jedna szklaneczka na linijkę to nie za wiele. Patrzenie, jak ktoś pisze, kompletnie go zniewalało. Uznawał to za jeden z niewielu spektakli, które mają wartość same w sobie, niczego nie wymagają od widza. Prawda, konieczna jest odrobina osobistej cierpliwości, on jednak miał jej mnóstwo, naprawdę mnóstwo, aż czasami zdawało mu się, że pod nią nic więcej się już nie mieści. Czas, w którym jego ustne intencje przekształcały się w sprawnie zredagowaną i wykaligrafowaną stronę, wydawał mu się bardzo krótki. Dlatego Restaurator przykładał taką wagę do skrupulatności. Można by odnieść wrażenie, że nic się nie dzieje, ale on widział ni mniej, ni więcej, tylko połączenia między ludźmi; w powietrzu wypełniającym mroczny gabinet dostrzegał niewyraźny zarys zjawy. Gesty zawsze tworzyły perspektywę, zwłaszcza kiedy były to gesty pisania. Ruch ramienia, dłoni, źrenic, pióra był intencją nadmuchaną niczym pęcherz powietrzem wypełnionym zjawami. Zjawa była osobą, która zmienia się w inną. Wszystko to w jego oczach błyszczało jak mokre, jakby przedmioty delikatnie zroszono wodą. Był to skutek picia w pełnym słońcu, ale także stanowiło część sceny. Właśnie odkrył - tak twierdził - że woda z ginem jest najlepszym środkiem na upały; nie dodawał, że tak naprawdę skwar mu nie przeszkadza. Stworzenie iluzji zimna, jakby w wyniku nagłego żądania, kiedy panował taki upał, i vice versa, mogło się zarazem okazać cudownie skuteczną metodą nadania życia wypowiadanym zdaniom; to pewnie dlatego rodzaj ludzki, uosobiony przez tak prototypową postać jak Anglik, z takim zapałem rozmawia o pogodzie. To był świat wewnątrz świata, ale nie rozumiany jako teatr, tylko traktowany serio, z wiarą. Być może to nadawało sens drinkom, które sobie szykował: zimna woda do przemiany temperatur, gin dla błysku, bez którego nic nie dałoby się włączyć, a w każdym razie nie byłoby tego widać. Wszystko rozwiązywało się podczas przejścia z jednego stanu w drugi, z jednego ciała w drugie, z jednej możliwości w drugą. I to w tym kryło się ostateczne wyjaśnienie, dlaczego to on, właśnie on, jest Restauratorem, a nie ktoś inny. Był nim, bo... Dlaczego właściwie? Nie, zgubił wątek z taką samą błyskawiczną prędkością, z jaką wcześniej idea mu się objawiła. Wzruszył ramionami, w myślach oczywiście. Chwila olśnienia minęła, nim ją zauważył. Trwał bez ruchu niczym mumia przez nieokreślony czas, o niczym nie myśląc. Jedynym jego działaniem było unoszenie szklanki do ust. Nagle sekretarz, istny wzór skrupulatności, podał mu arkusz papieru. A drugą ręką pióro do złożenia podpisu.

Kiedy przewidziana na ten dzień praca, tak lekka, że aż niemal nieistniejąca, została zakończona, usiadł w altance, żeby Manuelita zaparzyła mu yerbę. To była pora na relaks, chwila intymna i osobista; poświęcał ten czas na rozmyślania. Paradoksalnie oddawał im się z całkiem pustym umysłem. Mogłoby się to wydawać niemożliwe, ale choć był osobą bardzo wysoko ceniącą swój mózg, osiągał ów stan pustki bez żadnego wysiłku. Wokół śpiewało całkiem sporo ptaków, a trzy, może cztery psy kręciły się między bawiącymi się dziećmi. Za jego plecami rosnące w półkolu drzewa cytrynowe oczyszczały powietrze; dokładnie przed nim znajdowała się wielka wierzba, której gałęzie wyrastały prosto z ziemi, zupełnie jakby to była jakaś dzika ikebana ustawiona tam dla jego przyjemności. Wydeptana ziemia pod rozłożystymi gałęziami została na jego cześć zroszona wodą. Czasami, kiedy nie myślał o niczym, zdarzało mu się, że czuł się jak jedyny człowiek na Ziemi, jedyny naprawdę żywy. Nie było najmniejszego nawet powiewu wiatru, ale upał wcale nie wydawał się nieznośny. Manuelita, brzydka i blada, chodziła wciąż między kuchnią a jego krzesłem z tykwą yerby w ręku. Jej ukochany papa konsumował najwyżej pół tuzina porcji naparu podczas każdego takiego posiedzenia, nie było więc sensu ustawiać wszystkiego na zewnątrz. Czekała na stojąco, podczas gdy on siorbał szokująco hałaśliwie. Rosas nie postrzegał swej ulubionej córki ani jako miłej w obejściu, ani specjalnie inteligentnej; nabrał raczej przekonania, że to idiotka. Idiotka i snobka: taka właśnie była Manuelita. Najgorszy, bez dwóch zdań, był jej brak naturalności. Szpetna marionetka. "To jeden z moich najgorszych nawyków", zwierzał się przyjaciołom. Miał słabość do tej dziewczyny, ale nie wiedział dlaczego. Panowało między nimi coś w rodzaju wzajemnego nieporozumienia, tyle pojmował, ale nic więcej. Ona żyła w przekonaniu, że papa ją uwielbia. On zastanawiał się, jakim cudem spłodził kogoś takiego. Na szczęście ojciec nigdy nie jest pewny. Natomiast co do matki zawsze istnieje pewność. Patrząc na Manuelitę, Rosas czuł się kobietą, matką. Od lat bawił się myślą, czy by jej nie wydać za Eusebia, jednego ze swoich wariatów. To był jego sekretny pomysł, skandaliczna frajda czerpana z tego, co niemożliwe. Skandaliczność polegała na tym, że to, co niemożliwe - jak wszyscy wiedzą - staje się rzeczywistością jako pierwsze. Tak więc pewnego dnia, widząc, że dzikusy w swoich paszkwilach przypisują mu taki zamiar, popadł w ogromne osłupienie. Bo też sam nawet pary nie puścił w tej kwestii. A oni nie dość, że o tym pisali, to jeszcze zgodnie ze swoim starym nawykiem umieścili pod tekstem rycinę opatrzoną licznymi podpisami. Wiadomo, że te koszmarne dzikusy, jak każda opozycja, były w stanie poruszać się tylko w ramach pewnego Układu, ci ludzie musieli składać i rozkładać łamigłówki złożone z niewielu elementów, wobec czego nie jest wcale dziwne, że doszli do wniosku Córka-Wariat. To jednak nie ujmowało niezwykłości sprawie, tak jak ją widział Rosas: czy da się wniknąć w cudze nieporozumienie? We własne lub cudze, bez drzwi i bez okien. Kompletnie szalona fantazja z obu stron - nadmiaru i braku - kładła podwaliny pod nieporozumienie stanowiące fundament życia codziennego. Choć możliwe, że unitaryści doszli do tego wniosku drogą alegorii, do której byli wielce przywiązani: Restaurator "polował" na ojczyznę, używając jako strzelby Idioty nabitego wiatrem. Tutaj Rosas, który nie czuł się zbyt pewnie na gruncie ortografii, popadał w konfuzję, co jednak nie miało najmniejszego znaczenia, bo to, co dla nich alegoryczne, dla niego było rzeczywiste, a zatem nieporozumienie awansowało do roli konstelacji, wszechświata, prawa grawitacji. Tak naprawdę ów pomysł wpadł mu do głowy w dniu, kiedy Eusebio o mało nie stracił życia, przeholowawszy z miechem. Ożenić tych dwoje in articulo mortis byłoby doskonałym rozwiązaniem, w ten sposób można by bowiem uniknąć praktycznych konsekwencji, zachowując zarazem wartość symboliczną. Manuelita już wcześniej wyglądała na wdowę. "Moja wdówka...", mawiał czasem Restaurator w swoich wizjach, a ci, co go słyszeli, nie byli w stanie określić, czy chodzi mu o Manuelitę, o Bohaterkę, o kobietę ogólnie, o Eusebia, o Ojczyznę czy o siebie samego.

Na dwóch ostatnich audiencjach tego popołudnia przyjęto Murzynkę w podeszłym wieku oraz Anglika. Czarnoskórą kobietę sprowadziła błahostka, osobista i śmiechu warta tragedia, Rosas jednak miał zwyczaj przyjmowania swoich ukochanych ciemnoskórych i chętnie odgrywał wobec nich Salomona, co oni przyjmowali z zadowoleniem na granicy podziwu. Miał teorię, że na dalszą metę Argentyna okaże się krajem czarnych. Być może, jeśli pożyje dostatecznie długo, będzie mógł to oglądać na własne oczy. Dlatego dbał o to, by pozostawali oni na pierwszym planie politycznym, jako osoby uprzywilejowane w oczach Prawa oraz Sprawiedliwości. Niewiele go to kosztowało, a na swój sposób on także podziwiał fatalizm nędzy i głupoty, za sprawą których czarnoskóry naród jawił się jako społeczna fikcja. Murzynka stawiła się przed nim z dwiema dorosłymi córkami. Był to straszny egzemplarz, nie mogła mieć więcej niż czterdzieści lat, ale wyglądała na sześćdziesiąt i to po przejściach. Na początek zalała się łzami i zaczęła wydawać przenikliwe okrzyki. Audiencja miała miejsce na głównym korytarzu domu, gdzie o tej porze był cień. Spośród ciekawskich sadystów czerpiących radość z tej sceny wyróżniała się Manuelita, cała we wstążkach i lokach, pozorująca współczucie. Fatalna z niej była aktorka, biedactwo. Ten jej brak naturalności! Restaurator słuchał z kamienną twarzą, zamarłszy ze szklaneczką ginu w dłoni, wyciągnięty w fotelu ze szlachetnego drewna. Sprawa była beznadziejna, jakkolwiek na nią spojrzeć: małżonek płaczącej po trzydziestu latach pożycia przeniósł się do innej. Nie było na to absolutnie żadnej rady. Z płaczliwych opowieści Murzynki wynikało, że dopuściwszy się kazirodztwa ze starszymi i młodszymi córkami, obecnymi i nieobecnymi, osobnik ów nie widział już żadnych możliwości w ramach swego małżeństwa, jeśli idzie o seksualne apetyty. To mógł zrozumieć każdy. Dalej jednak argumentacja porzuconej przeradzała się w zwykłe narzekanie. Człowiek w Marmurowej Masce zdał sobie sprawę, że skargi, kiedy osiągają poziom absolutny, czyli statyczny, stanowią niezłą okazję do rozmyślań. Nowe racje się nie pojawiają i ma się wrażenie, że nie pojawią się nigdy. Cóż jej zdaniem miałby zrobić? Kazać go wykastrować? To było bardzo łatwe, zbyt łatwe. Jednak powinna rozumieć, że to bezcelowe. Manuelita roniła krokodyle łzy, córki Murzynki uważnie przyglądały się jej wieczornej tunice, żeby skopiować model, kobieta wpatrywała się w stołecznego Salomona, on zaś oddawał się fantazjom na temat degradacji kobiecego ciała. Ten ciąg myśli (który można by zsyntetyzować w pytaniu: cóż może zaoferować kobieta, kiedy nie ma już tego, co oczywiste?) poprowadził go w nieoczekiwane strony i nagle przyszedł mu do głowy oczywisty sposób, w jaki ta stara może zatrzymać przy sobie męża. Metoda niezawodna, nienaganna, bardzo łatwa do zastosowania i gwarantująca całkowity sukces. Dziwne, że sama na to nie wpadła, ale gdyby tak się stało, pomysł ów mógłby też wpaść do głowy każdej kobiecie, w tym jej rywalce, i wtedy jego skuteczność stałaby się zerowa. Wpadł na to on, właśnie on, który z definicji nigdy nie będzie musiał zatrzymywać w łóżku żadnego mężczyzny. Najdziwniejsze było to, że nie mógł jej tego powiedzieć, nie mógł podsunąć rozwiązania zainteresowanej, musiał milczeć i trwać w bezruchu. Nie dlatego że bał się śmieszności (był ponad to), ale dlatego że czuł imperatyw milczenia o charakterze logicznym, mający zastosowanie właśnie tam, gdzie słowo na coś by się przydało. Spojrzał na Murzynkę, ona spojrzała na niego... Powstał impas i kobieta wycofała się, dość już uspokojona, otrzymawszy w podarunku porcję flaków na potrzeby jej interesów w rzeźni. To więcej niż trzeba, żeby ją zadowolić. A mąż? Uznała go za straconego. W tej sprawie nic się nie wyjaśniło. A może jednak? Zastanawiał się, czy przypadkiem nie czytała mu w myślach.

Jeśli o Anglika chodzi, to ten stawił się o najprzyjemniejszej porze popołudnia, w towarzystwie Konsula swojego kraju, który czuł się tam zupełnie jak u siebie. Ich także przyjęto na korytarzu, teraz jednak nie było tu żadnych niestosownych gapiów i dostawiono dwa krzesła. Gość wyglądał na jakieś trzydzieści pięć lat, był śniady, włosy miał ciemne. Nie przypominał Anglika, nie ma takich Anglików, co by wyglądali na Indian, wręcz prototypowych, na co zwrócił uwagę Rosas, bo sam miał prezencję klasycznego Anglika: blondyn i to rumiany. Od razu dostrzegł, że gość jest raczej brzydki, acz ma tę przewagę, że nie grzeszy wzrostem, niczym Azjata. A kiedy przemawiał tym swoim całkiem klarownym hiszpańskim, to zupełnie jakby rósł w oczach; miał bardzo poważny i zdystansowany styl bycia. Wymienili kilka błahych uwag. Clarke, ów Anglik, był szwagrem Darwina i przekazał pozdrowienia od tegoż dla Restauratora. Potem gawędzili niezobowiązująco o pogodzie, podróżach, o tym i owym. Ważne było w tej chwili, żeby złapać atmosferę miejsca, pory, tego kompleksu domowo-moralnego, który zdaniem Rosasa robił wielkie polityczne wrażenie. O tej porze dnia sprawy dworu kręciły się na swój sposób wokół humorów Manuelity. Dla niej rodzaj ludzki dzielił się na "kuzyneczki" oraz "panów" i nikt nie był w stanie wybić jej tego z głowy. Anglik wyraził chęć odbycia podróży w głąb kraju, kiedy tylko zakończy przygotowania. Nawet tej informacji wcale nie trzeba było obwieszczać, toteż nie rozmawiano dużo dłużej. Każda ze stron uznała, że na temat tej drugiej wie tyle, ile trzeba. Policja Rosasa już poprzedniego dnia ustaliła, że Clarke był tym, za kogo się podawał, że jacht, z którego wysiadł, przypłynął z Valparaíso i że pod kostiumem przyrodnika i geografa w służbie imperialnych interesów nie ma niczego godnego uwagi. Pewnie, że ciekawiej by było, gdyby coś takiego odkryto, więc niewykluczone, że rzeczywiście miał jakąś tajemnicę. Policja ma swoje ograniczenia. Rosas ubolewał, że dobre maniery nie pozwalają mu pytać ludzi wprost, co tak naprawdę zamyślają. Przydałaby się, myślał, jakaś inna forma grzeczności.

- Mój przyjacielu - odezwał się, jakby wybudzony z odrętwienia - pokażę panu, jakie piruety umiem robić konno, a pan mi powie, czy sztuka jeździecka w Wielkiej Brytanii jest bardziej zaawansowana.

Anglik skinął głową i wstał. Twarz Eusebia, która nagle pojawiła się przed jego twarzą, przestraszyła go. Był to człowieczek może metrowego wzrostu, a sama jego głowa musiała mieć ze czterdzieści centymetrów. Stawił się na gwizdnięcie Restauratora, którego nikt inny nie usłyszał; Rosas wydał je gdzieś między słowami i pauzami. Eusebio musiał zachowywać wielką czujność, dlatego też był potworem. Nie trzeba było mu powtarzać imienia konia, którego pan polecił przyprowadzić: Repet.

Nastąpił pokaz, który Restaurator z zasady serwował swoim europejskim gościom. Repet był srokatym konikiem nieokreślonej rasy, ani arab, ani kreol, szczupły, z nogami jak u sprężynowego kota, o twardym grzbiecie i małej, pozbawionej wyrazu główce. Anglicy ustawili krzesła przodem do szerokiego placu pełniącego rolę wybiegu, dworzanie z nabożeństwem przerwali pogaduszki. Manuelita z resztkami głupawego uśmiechu poprawiła swoje krwistoczerwone wstążki; była przekonana, że w klasach wyższych takie pokazy są na porządku dziennym. Znakomity jeździec, pierwszy centaur Konfederacji, zrobił kilka kółek, by zwierzę się rozgrzało; niewiele było trzeba, by to osiągnąć; kilka obrotów, kilka skoków i Repet już śmigał niczym piorun. Rosas miał pośladki delikatne i zaprawione; sprawiał wrażenie, jakby nigdy całkiem nie siedział. W naturalny sposób unosił stopy, cofając je i przyciskając kostki do zadu zwierzęcia. Nie zmieniając pozycji, przyśpieszył i w następnym ruchu uniósł stopy w powietrze i wcisnął głowę między ramiona, którymi oparł się o siodło, jakby miał spaść. Rozległy się pierwsze oklaski. Podczas trzeciej rundy przed widownią jego stopy skierowały się ku uszom konia; podczas czwartej ułożył swoje ciało całkowicie poziomo. Potem zrobił jedno okrążenie, wisząc pod brzuchem rumaka, przejechał stojąc na siodle, na jednej nodze, na kolanach, na kolanach głową do tyłu oraz trzymając lejce stopami, potem zębami i wreszcie chwyciwszy dłońmi podeszwy butów. Wszystkie te ruchy wykonywał z mistrzowską powolnością na pędzącym Repecie, z czasem jednak stawały się coraz szybsze, choć koń nie zwalniał, by w finale przejść w serię błyskawicznych zwrotów w jedną i drugą stronę, przyjmowanych burzliwą owacją. Pokaz obejmował próby dwóch rodzajów: łatwe i efektowne oraz trudne i efektowne znacznie mniej. Można było tym sposobem popisać się przed jednymi i drugimi, w obu przypadkach przy minimalnym wysiłku, w zależności od tego, czy widzowie są laikami, czy znają się na rzeczy. Ponieważ tego Rosas z góry wiedzieć nie mógł, a poza tym widownia bywała mieszana, przyjął system łączący oba rodzaje ćwiczeń, wykonując te łatwe w trudny sposób i vice versa.

Obaj goście wracali truchtem do Buenos Aires na wierzchowcach drogą wzdłuż rzeki, ciesząc się porą dnia, jak to zwykli czynić Anglicy, i prowadząc niezobowiązującą rozmowę; cisza tych pustkowi pozwalała gawędzić bez konieczności podnoszenia głosu, choć czasem ich konie oddalały się od siebie z powodu dziur i wertepów. Przeleciała przed nimi spłoszona chauna, która zataczała w locie kręgi, jakby robiąc akrobacje wokół samej siebie. Obaj w jednej chwili pomyśleli o Restauratorze. Gałęzie schinusa gięły się do samej ziemi pod ciężarem tłustych gołębi. Ptaki pewnie szykowały się na noc. Rozciągająca się po lewej stronie rzeka o barwie kawy z mlekiem trwała spokojna niczym jezioro; jedynie przy samej zielonej linii plaży woda lekko się poruszała, ale trzeba było wytężyć wzrok, by to dojrzeć. Konsul, doskonale znający ów krajobraz, przestał zwracać nań uwagę i zadumał się nad sprawami politycznymi. Tym samym nie zajmował się swoim gościem, co jednak nie frasowało go zbytnio. Należał do dyplomatów starej szkoły i w swoim mniemaniu nie pełnił funkcji konsula po to, żeby służyć za przewodnika turystycznego dla rodaków. Swoją atencję dla nich ograniczał do niezbędnego minimum i tym razem uznał, że z kretesem wypełnił swoje obowiązki, zawożąc podopiecznego do największej atrakcji kraju - Dyktatora. I jeszcze dwie sprawy: po pierwsze Clarke musiał sobie poradzić w Buenos Aires sam, jeśli faktycznie planuje wyprawę do interioru. A po drugie on, Konsul, ma sporo do przemyślenia w sprawach politycznych, dwadzieścia cztery godziny doby to zbyt mało. Tak więc w ogóle się nie angażował. Gość pozwolił, by jego koń jechał przodem. Bardziej niż na ziemię patrzył w niebo, które przybrało fioletowy odcień upstrzony błękitnymi i czerwonymi maźnięciami. Panował duszący upał, powietrze przesycone było wilgocią. Cykanie owadów przenikało ciszę... Konsul uniósł wzrok i zachowanie Clarke'a bardzo go zaskoczyło. Gość puścił lejce i robił coś rękoma na wysokości pępka. Ponieważ Konsul widział go od tyłu, nie bardzo pojmował, o co chodzi. Przyśpieszył nieco, odwracając się w bok, żeby nie wyjść na niedyskretnego, ale jednak zaspokoić ciekawość. Clarke był tak skupiony na sobie, że niczego nie zauważył. Lewą ręką trzymał otwarte metalowe puzderko, a prawą coś z nim robił. Konsul rozpoznał urządzenie - chromatograf. W puzderku mieściło się kilka rzędów malutkich pierścieni wykonanych z kolorowych metali, w które Clarke wbijał igły z wprawą zdradzającą długą praktykę. Konsul nie podjechał bliżej. Czynność ta wydała mu się nie tylko błaha, ale też podejrzana: to tak, jakby nakłuwać szpilkami miękkie barwy zmierzchu.

Minęło kilka dni, przygotowania do podróży w głąb lądu były już zaawansowane, przyrodnik zaś wybrał się ponownie w tamte strony, jednak znacznie dalej, do miejscowości leżącej na północ od stolicy, w której na uboczu mieszkał znany malarz. Tym razem wybrał się sam. Wyruszył wcześnie rano, około jedenastej posilił się podczas czegoś w rodzaju jednoosobowego pikniku w połowie drogi, zrobił sobie sjestę w cieniu wierzby na brzegu rzeki, a potem ruszył dalej, nieśpiesznie, żółwim wręcz tempem. W pewnym momencie jechał na tyle wolno, że aż trudno mu się powodowało koniem: niełatwo było stwierdzić, czy idzie przed siebie, czy stoi. Nie chciał zastać malarza w trakcie drzemki, a wiedział, że jak bardzo by się nie starać, zawsze można źle obliczyć czas sjesty w tym tropikalnym klimacie. Nie prowadziła tam żadna wytyczona droga, nikogo więc nie spotkał. Minął tylko karocę powożoną przez ubranego na zielono Murzyna; zieleń była tak jaskrawa, jak upierzenie papugi. Cztero- czy pięcioletnie dziecko biegło przodem i płoszyło gołębie z kolein, którymi toczył się, z trudem w nich pozostając, wehikuł. Zaprzęg prezentował się imponująco: dwa bliźniacze woły, białe, tak źle wykastrowane, że z biegiem lat (bardzo już były sędziwe) uległy deformacji i przypominały woły japońskie, pyski miały pomarszczone, a na białej skórze grzbietu tyle fałd, że miało się wrażenie, jakby szły przykryte marmurowymi prześcieradłami niczym rzeźby Bernininiego w Rzymie. Mijając się, pozdrowili się nader uprzejmie. Przez chwilę Clarke miał wrażenie, że Murzyn nosi okulary, ale potem zwątpił, czy dobrze widział. Kawałek dalej, gdzie brzeg robił się urwisty, dostrzegł zgromadzenie jakichś stworzeń, które z początku wziął za kraby, choć tak naprawdę były to rozłożone na słońcu kolczatki. Wydarzyło się coś dziwnego. Kolczatki, będące uosobieniem płochliwości, ujrzały go dokładnie w tej chwili, kiedy i on je ujrzał, nie zareagowały jednak wszystkie naraz, tylko jedna po drugiej, i choć była to szybka sekwencja, miał czas, by przyglądać się ucieczce każdego osobnika po kolei. Nie była to prawdziwa ucieczka; kolczatki poruszają się bardzo powoli, ale kiedy się przestraszą, w tajemniczy sposób znikają. Ta, na którą Clarke patrzył, zwinęła się w kulkę, a ponieważ w takiej sytuacji zwierzęta te chowają kolce, siłą rzeczy zaczęła toczyć się po zboczu i wpadła do wody. Po chwili nie było już tam żadnej, Anglik nawet nie zdążył mrugnąć.

Tego dnia sjesta Prilidiana nie przeciągnęła się aż tak jak zwykle, choć w czasie, gdy trwała, nie zabrakło fantasmagorii, co zdarzało się często, zbyt często. Kwestia nawyku, jak u dzieci. Bo też ów człowiek, tak ważny dla argentyńskiej historii tamtego stulecia, miał wiele z dziecka. Pulchny, gwałtowny, nieroztropny, strachliwy, był niewolnikiem swoich namiętności i ofiarą najdzikszych fantazji. Wymyślił straszną komedię, którą cały czas odgrywano w granicach jego posesji, w górnej części miejscowości San Isidro; ale tylko wtedy, kiedy świeciło słońce, bo wszystkie godziny, które spędzało schowane za horyzontem, przesypiał głęboko i bez snów. Był kawalerem, bez bliskiej rodziny, został też bez służby, ponieważ zbyt wielkie okazał zaufanie Facundzie López, swojej kucharce, obecnie także pokojówce, ochmistrzyni, ogrodniczce, a i nawet stajennej. Facunda przejęła wszystkie funkcje; ta otyła czterdziestolatka nie musiała uczyć się erotyzmu, by mieć swojego pana w garści, bowiem już go w niej trzymała, i to na dobre. W swych monologach otwarcie, nie była bowiem wzorem delikatności, nazywała malarza Repetem, zawsze bowiem uprawiał miłość w dokładnie ten sam sposób, bez żadnych urozmaiceń, bez żadnych pominięć, dzień w dzień, nienasycony jak dziecko. Jak zawsze przyszła do niego pod koniec sjesty, przyglądała mu się przez chwilę, podczas gdy on jak zawsze udawał, że śpi, po czym przystąpili do tych co zawsze zmagań. Od kilku miesięcy Prilidiano malował obraz dla własnej przyjemności, pierwszy tego rodzaju, bez zamówienia. Dla siebie, nie na sprzedaż. I to go nieco zbijało z tropu. Z początku miał wątpliwości, jakiego rodzaju sztuka może zrodzić się z takich okoliczności. Pracując zgodnie ze swoim systemem wymagającym rozpaczliwie dużo czasu, przyglądał się, jak stopniowo wyłania się obraz, który wyglądał jak każdy inny. Być może ostatecznie jest to jednak sztuka. Nad dziełem tym pracował wyjątkowo nieśpiesznie, zajmował się nim bowiem w wolnych chwilach. Oryginalny pomysł był taki, aby namalować nagą Facundę podczas sjesty. Oczywiście obraz był i miał na zawsze pozostać jego tajemnicą. Ale właśnie dlatego by nie uronić nawet kropli tej tajemniczości, cenniejszej niż samo płótno, chciał namalować drugą Facundę, w tym samym łóżku, obok pierwszej postaci. Jako że nie był zbyt rozgarnięty, nie wpadł na to, że w ten sposób namaluje dwie kobiety, a nie jedną dwa razy. Kiedy się zorientował, było już za późno. Osłupiał. Był geniuszem, ale zdarzały mu się takie rzeczy. Przynajmniej czegoś się nauczył. A ponieważ naprawdę zasługiwał na miano Repeta, będzie powtarzał tę lekcję sjesta za sjestą.

Raczej rzadkie, choć nie bardzo rzadkie, bywały odwiedziny w posiadłości. Kiedy zjawił się Anglik, jakoś popołudniem, oboje mieszkańcy trwali jeszcze w stanie senności. Facunda wyszła i przytrzymała gościowi konia za uzdę. Zapytała, kim jest i czego szuka. On udzielił odpowiedzi, a ona dalej dopytywała, czy na pewno chce się widzieć z malarzem, co przybysz uznał za nieeleganckie. Oczywiście, że chciał. Ale porozmawiać czy zamówić portret? Bo jeśli chodzi o to drugie, trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. Wybrał bowiem najpowolniejszego artystę na świecie. Poirytowany tymi namolnymi komentarzami, bardzo zresztą plebejskimi, Clarke wkroczył do salonu, nie czekając na zaproszenie kobiety, i usiadł. Po chwili zjawił się malarz. Clarke pomyślał, że to jego syn, ale nie, to był sam artysta. Nie tak go sobie wyobrażał: był to pulchny młodzieniec, bardzo ciemny, już łysiejący, choć nikt nie dałby mu więcej niż dwadzieścia pięć lat, spojrzenie rozbiegane, oczka asymetryczne, skośne. Manier nie miał, za to Anglik posiadał je za dwóch. Wspomniał ciotkę gospodarza, która podała mu adres, a potem przeszedł do subtelnej pochwały jego prac. Prilidiano po raz pierwszy w życiu słuchał czegoś w rodzaju krytyki. Zgadzał się we wszystkim z rozbrajającą niewinnością. Facunda, choć wydawało się, że przepadła gdzieś na zawsze, wróciła z butelką chłodzonego wina i dwiema szklankami. W mgnieniu oka opróżnili butelkę do połowy. Nabrawszy nieco zaufania, młodzieniec wyznał, że planuje niebawem podróż do Europy, żeby zyskać trochę ogłady. Clarke żywo mu to odradzał. Tutaj ma przecież wszystko, co potrzebne do rozwoju. Europejska scena artystyczna jest przesycona, tylko patrzeć, jak malarze ze Starego Świata znów zaczną migrować. A technika?, pytał młodzieniec. Opanował ją przecież wystarczająco. A starzy mistrzowie? Tak naprawdę, oświadczył Anglik, nie są wiele warci. I tak przez pewien czas toczyła się ta rozmowa. Prilidiano żałował, że nie ma w domu żadnych swoich obrazów, żeby móc je pokazać tak entuzjastycznemu sympatykowi. To znaczy jeden miał, ten z Facundami, ale nie nadawało się to do pokazywania. Niemniej zaprosił gościa do podziwiania pomniejszych prac zdobiących ściany salonu. Clarke grzecznie wstał. Były to obrazy tkane, z wełny i włókna esparto, robione przez Manuelitę Rosas, która mu je podarowała. Anglik przyjrzał się im i nie wiedział, co powiedzieć. Było to niewyobrażalne paskudztwo. W ciągu ostatnich dni widział w domach stolicy jakieś pół tuzina portretów pędzla Prilidiana. Wydał mu się on lepszy od Reynoldsa czy Gainsborougha razem wziętych, prawdziwy geniusz, i to nie tyle z powodu umiejętności uchwycenia cech psychicznych czy duchowych portretowanych osób, ile za sprawą powierzchni, jaką uzyskiwał. Pod tym względem nie miał sobie równych. Jego specjalnością była doskonale widoczna wizualna czystość, wydobycie powierzchni na powierzchnię i dopasowywanie jednej do drugiej, tworzenie obrazu dokładnie tam, gdzie się na niego nieświadomie czekało. Ten triumf daleki był od złudnej dialektyki naiwności i mądrości. Natomiast śmieszne tkaniny Manuelity dawały dokładnie odwrotny efekt. Czy geniusz trzymał je w salonie i pokazywał z czystego sarkazmu? Chwilowo Anglik nie umiał na to odpowiedzieć.

Dalsza część dostępna w wersji pełnej