Zahir - Paulo Coelho

Kup ebooka

43.00 zł
36.04 zł (35,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Pisa­łem Zahira w cza­sie mojej wła­snej wędrówki po świe­cie, mię­dzy stycz­niem i czerw­cem 2004 roku. Poszcze­gólne czę­ści książki powsta­wały w Paryżu i w Saint-Mar­tin (Fran­cja), w Madry­cie i w Bar­ce­lo­nie (Hisz­pa­nia), w Amster­da­mie (Holan­dia), na auto­stra­dzie (Bel­gia), w Ałma Acie i na oko­licz­nych ste­pach (Kazach­stan).

Chciał­bym podzię­ko­wać moim fran­cu­skim wydaw­com, Anne i Ala­inowi Carri?re, któ­rzy wzięli na sie­bie trud zdo­by­cia wszyst­kich infor­ma­cji na temat prze­pi­sów fran­cu­skiego prawa cyto­wa­nych w książce.

Wzmiankę o Banku Przy­sług prze­czy­ta­łem po raz pierw­szy w Ogni­sku próż­no­ści Toma Wolfe'a. Książka, którą czy­tała Ester i w któ­rej przy­to­czona została histo­ria o roz­mo­wie Fritza i Hansa w Tokio, to Izmael Daniela Quinna. Cyto­wany przez Marie mistyk to Kenan Rifai. Więk­szość dia­lo­gów ple­mie­nia nowych bar­ba­rzyń­ców z Paryża została mi pod­su­nięta przez mło­dych ludzi, któ­rzy należą do takich grup. Nie­które tek­sty zna­la­złem w Inter­ne­cie, ale nie­stety, nie mogłem usta­lić ich auto­rów.

Strofy, któ­rych główny boha­ter nauczył się w dzie­ciń­stwie i które sobie przy­po­mina w szpi­talu (Kiedy zjawi się ta, któ­rej nikt nie pra­gnie...), to frag­ment wier­sza Con­so­ada Bra­zy­lij­czyka Manu­ela Ban­de­iry. Nie­które komen­ta­rze Marie, zaraz po tym, jak główny boha­ter idzie na dwo­rzec, żeby spo­tkać się z akto­rem, naro­dziły się pod­czas roz­mowy ze szwedzką aktorką, Agnetą Sjo­din. Idea zapo­mi­na­nia histo­rii oso­bi­stej, cho­ciaż znana w wielu tra­dy­cjach ini­cja­cyj­nych, została dokład­nie opi­sana w książce Podróż do Ixtlan Car­losa Casta­nedy. Prawo z Jante zostało opi­sane przez duń­skiego pisa­rza Aksela San­de­mose w powie­ści Ucie­ki­nier prze­kra­cza swoje gra­nice.

Dwie osoby, któ­rych przy­jaźń jest dla mnie zaszczy­tem - Dmi­trij Wosko­boj­ni­kow i Jew­gie­nia Dotsuk - uła­twiły mi podróż po Kazach­sta­nie.

W Ałma Acie spo­tka­łem się z Iman­ga­lim Tasma­ga­be­to­wem, auto­rem książki The Cen­taurs of the Great Steppe, znawcą tam­tej­szej kul­tury, który prze­ka­zał mi wiele infor­ma­cji na temat sytu­acji poli­tycz­nej i kul­tu­ral­nej Kazach­stanu, daw­nej i aktu­al­nej.

Dzię­kuję także Pre­zy­den­towi Repu­bliki, Nur­suł­ta­nowi Nazar­ba­je­wowi, za zna­ko­mite przy­ję­cie i korzy­stam z oka­zji, by mu pogra­tu­lo­wać, gdyż zaprze­stał prób nukle­ar­nych w swoim kraju, nie wyko­rzy­stał kazach­skiego arse­nału ato­mo­wego, jaki miał do dys­po­zy­cji, i opo­wie­dział się za jego cał­ko­witą likwi­da­cją.

I w końcu - wiele z moich magicz­nych doświad­czeń na ste­pie zawdzię­czam trzem oso­bom, które mi towa­rzy­szyły i które miały dla mnie dużo cier­pli­wo­ści: Kaj­sa­rowi Alim­ku­lo­wowi, Dosowi (Dosbo­lowi Kasy­mo­wowi), uta­len­to­wa­nemu mala­rzowi, który stał się inspi­ra­cją dla postaci o tym samym imie­niu poja­wia­ją­cej się pod koniec książki, oraz Marii Nimi­row­skiej, która począt­kowo była tylko moją tłu­maczką, a stała się przy­ja­ciółką.

Paulo Coelho

Ona, Ester, kore­spon­dentka wojenna, wła­śnie wró­ciła z Iraku na krótko przed inwa­zją, lat trzy­dzie­ści, zamężna, bez­dzietna. On, nie­znany męż­czy­zna, wiek około dwu­dzie­stu pię­ciu lat, bru­net, rysy mon­gol­skie. Po raz ostatni widziano oboje w kawiarni na ulicy Fau­bo­urg Saint-Honoré.

Poli­cja wie­działa, że spo­ty­kali się już wcze­śniej, cho­ciaż nie wia­domo, ile razy. Ester zawsze pod­kre­ślała, że męż­czy­zna - mówiła o nim tylko Michaił - bar­dzo wiele dla niej zna­czy, ale ni­gdy nie wyja­wiła, czy dla niej jako dzien­ni­karki, czy jako kobiety.

Poli­cja wsz­częła już for­malne docho­dze­nie. Wzięto pod uwagę moż­li­wość porwa­nia, szan­tażu i mor­der­stwa - nic dziw­nego, bo kon­tak­to­wała się z ludźmi powią­za­nymi z siatką ter­ro­ry­styczną, aby zdo­być infor­ma­cje do pracy. Stwier­dzono, że na parę tygo­dni przed zagi­nię­ciem Ester z jej konta ban­ko­wego regu­lar­nie wypła­cano pewne sumy pie­nię­dzy. Pro­wa­dzący sprawę funk­cjo­na­riu­sze sądzą, że może to mieć zwią­zek z opła­ca­niem infor­ma­to­rów. Nie wzięła ze sobą żad­nych ubrań, ale, co dziwne, nie odna­le­ziono jej pasz­portu.

On, nie­zna­jomy młody męż­czy­zna, nie­no­to­wany na poli­cji, nie pozo­sta­wił żad­nych śla­dów, które pozwo­li­łyby usta­lić jego toż­sa­mość.

Ona, Ester, dwie mię­dzy­na­ro­dowe nagrody dzien­ni­kar­skie, lat trzy­dzie­ści, zamężna.

Moja żona.

Natych­miast mnie zatrzy­mano w cha­rak­te­rze podej­rza­nego, ponie­waż odmó­wi­łem zło­że­nia wyja­śnień, co robi­łem w dniu jej znik­nię­cia. Ale oto straż­nik wię­zienny wła­śnie otwiera drzwi celi i oznaj­mia, że jestem wolny.

Dla­czego jestem wolny? Dla­tego że dzi­siaj wszy­scy wie­dzą wszystko o wszyst­kich, wystar­czy posta­wić pyta­nie, a infor­ma­cja zostaje podana jak na tacy: gdzie ostat­nio uży­łeś karty kre­dy­to­wej, dokąd cho­dzisz na piwo, z kim sypiasz. W moim wypadku to było zupeł­nie pro­ste. Pewna kobieta, także dzien­ni­karka, przy­ja­ciółka mojej żony, roz­wie­dziona - a więc mogła bez skru­pu­łów się przy­znać, że ze mną spała - dowie­dziaw­szy się, że zosta­łem zatrzy­many, przy­szła zaświad­czyć o mojej nie­win­no­ści. Przed­sta­wiła kon­kretne dowody na to, że była ze mną w dzień i w nocy, kiedy znik­nęła Ester.

Idę na roz­mowę z sze­fem poli­cji. On oddaje mi rze­czy oso­bi­ste, prze­pra­sza i tłu­ma­czy, że moje nagłe zatrzy­ma­nie odbyło się zgod­nie z pra­wem i nie mogę ich zaskar­żyć. Wyja­śniam, że nie mam naj­mniej­szego zamiaru tego robić, wiem, że każdy może być podej­rzany i zatrzy­many na dwa­dzie­ścia cztery godziny, nawet jeśli nie popeł­nił żad­nego prze­stęp­stwa.

- Jest pan wolny - mówi, powta­rza­jąc dokład­nie słowa straż­nika.

Pytam, czy to moż­liwe, by rze­czy­wi­ście coś złego stało się mojej żonie. Wspo­mi­nała, że w związku z kon­tak­tami ze świa­tem ter­ro­ry­stów czuła się cza­sem obser­wo­wana. Inspek­tor zbywa mnie mil­cze­niem. Pona­wiam pyta­nie, ale on nie odzywa się ani sło­wem.

Pytam, czy jej pasz­port jest ważny. Odpo­wiada, że oczy­wi­ście, prze­cież nie popeł­niła żad­nego prze­stęp­stwa, dla­czego nie mia­łaby swo­bod­nie podró­żo­wać?

- A więc ist­nieje ewen­tu­al­ność, że nie ma jej już we Fran­cji?

- Myśli pan, że opu­ściła pana z powodu tej dziew­czyny, z którą pan sypia?

- To nie pań­ska sprawa - uci­nam krótko.

Inspek­tor poważ­nieje, mówi, że zosta­łem zatrzy­many, ponie­waż tego wymaga ruty­nowe postę­po­wa­nie, ale jemu oso­bi­ście jest bar­dzo przy­kro z powodu zagi­nię­cia mojej żony. On także jest żonaty i cho­ciaż nie podo­bają mu się moje książki (a więc wie, kim jestem! Nie aż taki igno­rant, na jakiego wygląda!), jest w sta­nie posta­wić się w mojej sytu­acji i rozu­mie, jaki to musi być dla mnie wstrząs.

Pytam, co powi­nie­nem teraz robić. On wrę­cza mi swoją wizy­tówkę, pro­sząc, abym ode­zwał się, jeśli będę mieć jakie­kol­wiek wie­ści od Ester - taką scenę można zoba­czyć w każ­dym fil­mie akcji. Wcale mnie to nie prze­ko­nuje, inspek­to­rzy poli­cji zawsze wie­dzą wię­cej, niż chcą wyja­wić.

Pyta mnie, czy pozna­łem męż­czy­znę, z któ­rym widziano Ester po raz ostatni. Odpo­wia­dam, że zna­łem jego pseu­do­nim, ale ni­gdy nie zetkną­łem się z nim oso­bi­ście.

Pyta, czy mie­li­śmy jakieś kło­poty w domu. Mówię, że jeste­śmy razem od ponad dzie­się­ciu lat i mie­li­śmy wszyst­kie zwy­czajne pro­blemy, jakie poja­wiają się w każ­dym mał­żeń­stwie, ni mniej­sze, ni więk­sze.

Ostroż­nie pyta, czy nie roz­ma­wia­li­śmy ostat­nio o roz­wo­dzie, a może żona zasta­na­wiała się nad sepa­ra­cją? Odpo­wia­dam, że tej kwe­stii ni­gdy nie poru­sza­li­śmy, cho­ciaż - powta­rzam - "jak każde mał­żeń­stwo" kłó­ci­li­śmy się od czasu do czasu.

- Czę­sto, czy tylko od czasu do czasu?

- Od czasu do czasu - powta­rzam z naci­skiem.

Pyta jesz­cze bar­dziej oględ­nie, czy ona wie­działa o moim roman­sie z jej przy­ja­ciółką. Odpo­wia­dam, że spa­li­śmy razem tylko ten jeden jedyny raz. Nie był to żaden romans, jedy­nie efekt braku pomy­słu. Dzień był szary i nudny, nie mia­łem nic do roboty po obie­dzie, a mały flirt zawsze pobu­dza do życia - tak oto wylą­do­wa­li­śmy w łóżku.

- Idzie pan z kobietą do łóżka tylko dla­tego, że dzień jest szary i nudny?

Mam ochotę odburk­nąć, że tego rodzaju pyta­nia wykra­czają chyba poza sprawę, ale potrze­buję go i może będę potrze­bo­wał w przy­szło­ści - prze­cież ist­nieje nie­wi­dzialna insty­tu­cja zwana Ban­kiem Przy­sług, która zawsze mi się bar­dzo przy­da­wała.

- Cza­sami tak się zda­rza. Nie dzieje się nic cie­ka­wego, kobieta szuka cie­pła, ja szu­kam przy­gody i już. Naza­jutrz oboje uda­jemy, że nic się nie stało i życie toczy się dalej.

Dzię­kuje mi za roz­mowę, ści­ska dłoń na poże­gna­nie, mówi, że w jego śro­do­wi­sku takie rze­czy się nie zda­rzają. Bywa oczy­wi­ście znu­że­nie i mono­to­nia, a nawet pokusa, by pójść z kimś do łóżka - ale jest wię­cej samo­kon­troli, nikt nie robi wszyst­kiego, co mu wpad­nie do głowy.

- Może wśród arty­stów w tych spra­wach panuje więk­sza wol­ność - dodaje.

Odpo­wia­dam, że znam jego śro­do­wi­sko, ale nie chciał­bym teraz bawić się w wymianę poglą­dów o ludz­kiej natu­rze i nor­mach moral­nych. Milknę i cze­kam na jego ruch.

- Skoro już mowa o wol­no­ści, może pan odejść - koń­czy ofi­cjal­nie inspek­tor, nieco zawie­dziony, że pisarz unika roz­mowy z poli­cjan­tem. - Teraz, kiedy pozna­łem pana oso­bi­ście, może prze­czy­tam jakąś pań­ską książkę. Powie­dzia­łem, że nie podoba mi się to, co pan pisze, ale szcze­rze mówiąc, ni­gdy niczego nie czy­ta­łem.

Nie pierw­szy i nie ostatni raz sły­szę te słowa. No cóż, przy­naj­mniej dzięki temu spo­tka­niu zyska­łem jed­nego czy­tel­nika. Kła­niam się i odcho­dzę.

Jestem wolny. Wysze­dłem z wię­zie­nia, moja żona znik­nęła w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach, nie mam sta­łych godzin pracy, łatwo nawią­zuję kon­takty z ludźmi, jestem bogaty, sławny i jeśli naprawdę Ester mnie porzu­ciła, znajdę szybko kogoś, kto ją zastąpi. Jestem wolny i nie­za­leżny.

Tylko co to jest wol­ność?

Przez więk­szą część życia byłem nie­wol­ni­kiem cze­goś, więc chyba powi­nie­nem rozu­mieć sens słowa wol­ność. Od dziecka wal­czy­łem o nią jak o naj­droż­szy skarb. Wal­czy­łem z rodzi­cami, któ­rzy chcieli, żebym był inży­nie­rem, a nie pisa­rzem. Wal­czy­łem z rówie­śni­kami, któ­rzy już na początku roku szkol­nego wybrali mnie na obiekt dokucz­li­wych kpin. Wiele krwi musiało popły­nąć z mojego i z ich nosów, i wiele ran musia­łem ukry­wać przed matką - bo czu­łem, że sam powi­nie­nem roz­wią­zy­wać swoje pro­blemy - aż udo­wod­ni­łem, że potra­fię znieść cięgi bez jed­nej łzy. Wal­czy­łem, żeby zaro­bić na swoje utrzy­ma­nie, pra­cu­jąc jako zaopa­trze­nio­wiec w skle­pie żela­znym, żeby wresz­cie uwol­nić się od typo­wego rodzin­nego szan­tażu: "Dajemy ci pie­nią­dze, więc to możesz robić, a tam­tego nie".

Jako nasto­la­tek wal­czy­łem - nie­stety bez powo­dze­nia - o moją pierw­szą miłość. Dziew­czyna też mnie kochała, w końcu jed­nak mnie zosta­wiła, bo rodzice prze­ko­nali ją, że nie mam wido­ków na przy­szłość.

Wal­czy­łem z wro­go­ścią śro­do­wi­ska w moim następ­nym fachu, dzien­ni­kar­stwie, kiedy mój pierw­szy szef kazał mi cze­kać trzy godziny i zauwa­żył mnie dopiero, gdy zaczą­łem drzeć na kawałki książkę, którą wła­śnie czy­tał. Spoj­rzał na mnie zasko­czony i dostrzegł osobę upartą, która potrafi sta­wić czoło prze­ciw­ni­kowi - a to cecha nie­sły­cha­nie istotna dla dobrego repor­tera. Wal­czy­łem o ide­ały socja­li­zmu, tra­fi­łem do wię­zie­nia, wysze­dłem na wol­ność i dalej wal­czy­łem, czu­jąc się boha­te­rem klasy robot­ni­czej - dopóki nie usły­sza­łem Beatle­sów i nie stwier­dzi­łem, że wolę być fanem rocka niż Marksa. Wal­czy­łem o miłość mojej pierw­szej, dru­giej i trze­ciej żony. Wal­czy­łem, aby mieć odwagę odejść od pierw­szej, dru­giej i trze­ciej, bo miłość nie prze­trwała, a ja musia­łem iść dalej, szu­kać kogoś, kto był mi prze­zna­czony - a to nie była żadna z tych trzech kobiet.

Wal­czy­łem sam ze sobą, żeby rzu­cić posadę w gaze­cie i mieć czas na napi­sa­nie książki, cho­ciaż wie­dzia­łem dosko­nale, że w moim kraju nie zara­bia się na lite­ra­tu­rze. Pod­da­łem się po roku, napi­saw­szy ponad tysiąc stron, które wydały mi się abso­lut­nie genialne, bo nawet ja sam nie byłem w sta­nie ich pojąć.

Pod­czas walki spo­ty­ka­łem ludzi, któ­rzy dużo mówili o wol­no­ści i im zacie­klej bro­nili swo­jego prawa do niej, tym bar­dziej oka­zy­wali się ule­gli pre­sji rodzi­ców, mał­żeństw zawie­ra­nych "do końca życia", wagi, diet odchu­dza­ją­cych, pro­jek­tów prze­rwa­nych w pół drogi, kochan­ków, któ­rym nie umieli powie­dzieć "nie" albo "dosyć", week­en­dów, kiedy musieli zasia­dać do stołu z ludźmi, któ­rych wcale nie chcieli spo­ty­kać. Nie­wol­nicy luk­susu, pozo­rów luk­susu, pozo­rów pozo­rów luk­susu. Nie­wol­nicy życia, któ­rego sami nie wybrali, ale z któ­rym się pogo­dzili - ponie­waż dali się komuś prze­ko­nać, że to dla nich lep­sze. I tak upły­wały im jed­na­kowe dni i jed­na­kowe noce, gdzie przy­goda mogła się zda­rzyć tylko w książce albo w bez prze­rwy gra­ją­cym tele­wi­zo­rze. A kiedy otwie­rały się przed nimi jakieś drzwi, mówili zawsze: "To mnie nie inte­re­suje, nie mam ochoty".

A skąd wła­ści­wie mieli wie­dzieć, czy mają ochotę, czy nie, skoro ni­gdy nie spró­bo­wali? Ale nie warto było ich o to pytać. Tak naprawdę bali się jakiej­kol­wiek zmiany, która mogłaby zagro­zić ich sta­bi­li­za­cji.

Inspek­tor powie­dział, że jestem wolny. Ow­szem, jestem teraz wolny, ale tak samo wolny byłem w wię­zie­niu, bo wol­ność to stan ducha. Wciąż cenię ją sobie naj­bar­dziej na świe­cie. Oczy­wi­ście, przez to wypi­łem sporo wina, które mi nie sma­ko­wało, zro­bi­łem wiele rze­czy, któ­rych nie powi­nie­nem był robić i któ­rych nie mam zamiaru powta­rzać, naba­wi­łem się blizn na duszy i ciele, zra­ni­łem kilka osób - które pro­si­łem o wyba­cze­nie, kiedy zro­zu­mia­łem, że wolno mi robić wszystko, co mi się żyw­nie podoba, ale nie mogę wcią­gać innych w moje sza­leń­stwo, w wir mojej dzi­kiej pasji życia. Nie żałuję chwil, które prze­cier­pia­łem, noszę moje bli­zny niczym medale, wiem, że wol­ność ma wysoką cenę, rów­nie wysoką jak nie­wola. Jedyna róż­nica polega na tym, że tę cenę płaci się z przy­jem­no­ścią i z uśmie­chem, nawet jeśli cza­sem bywa to uśmiech przez łzy.

Opusz­czam komi­sa­riat. Jest piękny dzień, sło­neczna nie­dziela, która nijak się ma do mojego nastroju. Adwo­kat czeka na mnie przed bramą komi­sa­riatu, ze sło­wami otu­chy i bukie­tem kwia­tów. Mówi, że obdzwo­nił wszyst­kie szpi­tale i kost­nice (nor­malna rzecz, ruty­nowe postę­po­wa­nie w przy­padku czy­je­goś zagi­nię­cia), ale nie odna­lazł Ester. Dodaje, że udało mu się utrzy­mać w tajem­nicy przed dzien­ni­ka­rzami miej­sce mojego zatrzy­ma­nia. Musimy teraz poroz­ma­wiać i obmy­ślić wspól­nie stra­te­gię na wypa­dek przy­szłych zarzu­tów. Dzię­kuję za wszystko, co dla mnie zro­bił. Wiem, że tak naprawdę nie ma zamiaru obmy­ślać ze mną żad­nej stra­te­gii - po pro­stu nie chce zosta­wić mnie samego, bo boi się mojej reak­cji (upiję się i znowu mnie zamkną? wywo­łam jakiś skan­dal? tar­gnę się na wła­sne życie?). Odpo­wia­dam, że mam teraz kilka waż­nych spraw do zała­twie­nia, a prze­cież obaj świet­nie wiemy, że nie wsze­dłem na razie w żaden kon­flikt z pra­wem. On nalega, ale nie zosta­wiam mu wyboru - w końcu jestem wol­nym czło­wie­kiem.

Wol­nym. I roz­pacz­li­wie samot­nym.

Łapię tak­sówkę, jadę do cen­trum Paryża, wysia­dam przy Łuku Trium­fal­nym. Idę powoli przez Pola Eli­zej­skie, w kie­runku hotelu Bri­stol, dokąd zawsze wpa­da­li­śmy z Ester na fili­żankę gorą­cej cze­ko­lady, kiedy któ­reś z nas wra­cało z dale­kiej podróży. To był nasz rytuał powrotu do domu, do miło­ści, do sie­bie nawza­jem, choć życie popy­chało nas coraz czę­ściej w prze­ciwne strony.

Idę. Ludzie wokół mnie śmieją się, dzieci cie­szą się prze­bły­skami wio­sny w środku zimy, na jezdni nor­malny ruch, wszystko niby w porządku. Tyle że nikt nie zdaje sobie sprawy, a może udaje, że nie zdaje sobie sprawy, albo po pro­stu nikogo nie obcho­dzi fakt, że wła­śnie stra­ci­łem żonę. Czyżby nie rozu­mieli, jak bar­dzo cier­pię? Powinno być im przy­kro, powinni mi współ­czuć, soli­da­ry­zo­wać się z czło­wie­kiem, któ­rego serce krwawi z miło­ści. Ale oni się śmieją, zanu­rzeni po uszy w tej swo­jej małej, nędz­nej egzy­sten­cji od week­endu do week­endu.

Cóż za nie­do­rzeczna myśl! Prze­cież wiele z tych osób, które mijam, także ma zła­mane serce, a ja nawet się nie domy­ślam ani dla­czego, ani jak bar­dzo cier­pią.

Wstę­puję do jakie­goś baru, żeby kupić papie­rosy, bar­man odpo­wiada mi po angiel­sku. Wcho­dzę do apteki po moje ulu­bione mię­towe cukierki - tutaj też mówią do mnie po angiel­sku (cho­ciaż o obie rze­czy pro­si­łem po fran­cu­sku). Zanim docie­ram do hotelu, zatrzy­mują mnie dwaj mło­dzieńcy, któ­rzy wła­śnie przy­je­chali z Tuluzy. Szu­kają jakie­goś sklepu, pytali już wiele osób, ale nikt ich nie rozu­mie. Co się dzieje? Czyżby pod­czas tych dwu­dzie­stu czte­rech godzin, które prze­sie­dzia­łem w aresz­cie, zmie­niono język Pól Eli­zej­skich?

Tury­styka i pie­nią­dze są w sta­nie doko­nać cudów. Czemu wcze­śniej tego nie zauwa­ża­łem? Pew­nie dla­tego, że oboje z Ester dawno już nie pili­śmy gorą­cej cze­ko­lady w hotelu Bri­stol, cho­ciaż i ona, i ja ostat­nimi czasy wra­ca­li­śmy z podróży wie­lo­krot­nie. Zawsze było coś waż­niej­szego. Zawsze była jakaś sprawa nie­cier­piąca zwłoki. Tak, kocha­nie, wpad­niemy na cze­ko­ladę następ­nym razem, wra­caj prędko, wiesz, że wypa­dło mi dzi­siaj naprawdę ważne spo­tka­nie i nie mogę przy­je­chać po cie­bie na lot­ni­sko, weź tak­sówkę, komórkę mam włą­czoną, możesz zadzwo­nić, gdy­byś mnie pil­nie potrze­bo­wała, a jeśli nie to pa, widzimy się wie­czo­rem.

Komórka! Wycią­gam ją z kie­szeni i włą­czam natych­miast. Kilka połą­czeń, za każ­dym razem serce bije mi moc­niej. Na małym ekra­nie widzę imiona i nazwi­ska osób, które usi­ło­wały się do mnie dobić, nie zamie­rzam jed­nak oddzwo­nić w naj­bliż­szym cza­sie. Może pojawi się jakiś "numer nie­znany". To mogłaby być tylko ona, mój numer tele­fonu jest zastrze­żony, zna go zale­d­wie dwa­dzie­ścia parę osób. Ale żaden "numer nie­znany" się nie wyświe­tla, dzwo­nili tylko przy­ja­ciele i bli­scy współ­pra­cow­nicy. Pew­nie chcieli wie­dzieć, co się stało, jakoś pomóc (tylko jak?), zapy­tać, czy cze­goś nie potrze­buję.

Tele­fon dzwoni. Ode­brać? Może z kimś się spo­tkać?

Posta­na­wiam jed­nak pobyć sam, dopóki nie dotrze do mnie, co się wła­ści­wie stało.

Wcho­dzę do Bri­stolu. Ester zawsze mówiła, że to jeden z nie­wielu pary­skich hoteli, w któ­rym klienci trak­to­wani są jak goście, a nie jak bez­domni szu­ka­jący schro­nie­nia. Witają mnie niczym dobrego zna­jo­mego, sia­dam przy sto­liku obok pięk­nego sta­rego zegara, słu­cham pia­nina, patrzę na ogród.

Muszę wziąć się w garść, prze­ana­li­zo­wać wszyst­kie opcje, życie prze­cież toczy się dalej. Nie jestem ani pierw­szym, ani ostat­nim męż­czy­zną, któ­rego opu­ściła żona - ale czy to musiało zda­rzyć się aku­rat w tak piękny sło­neczny dzień, kiedy ludzie na ulicy śmieją się, dzieci pod­ska­kują z rado­ści, a kie­rowcy jak jeden mąż zatrzy­mują się przed przej­ściem dla pie­szych?

Biorę ser­wetkę. Muszę wyrzu­cić te myśli z głowy, prze­lać je na papier. Emo­cje na na bok i zobaczmy, co mogę zro­bić.

a) Roz­wa­żyć moż­li­wość, że rze­czy­wi­ście została porwana, jej życiu zagraża nie­bez­pie­czeń­stwo, jestem jej męż­czy­zną, towa­rzy­szem na dobre i złe, powi­nie­nem poru­szyć niebo i zie­mię, żeby ją odna­leźć.

Odpo­wiedź: Zabrała pasz­port. Poli­cja o tym nie wie, ale wzięła rów­nież kilka rze­czy oso­bi­stych i port­fel z obraz­kami świę­tych chro­nią­cymi od złego, który zawsze brała ze sobą, kiedy jechała za gra­nicę. Pod­jęła pie­nią­dze z konta.

Wnio­sek: Przy­go­to­wy­wała się do wyjazdu.

b) Roz­wa­żyć moż­li­wość, że dała się oszu­kać infor­ma­to­rowi.

Odpo­wiedź: Wiele razy znaj­do­wała się w nie­bez­piecz­nych sytu­acjach - ryzyko było wpi­sane w jej zawód. Ale zawsze mnie uprze­dzała, byłem jedyną osobą, któ­rej mogła ufać bez­gra­nicz­nie. Mówiła, dokąd jedzie, z kim będzie się kon­tak­to­wać (cho­ciaż, żeby mnie nie nara­żać, zazwy­czaj uży­wała pseu­do­ni­mów) i co powi­nie­nem zro­bić, gdyby nie wró­ciła na czas.

Wnio­sek: Nie pla­no­wała spo­tka­nia ze swo­imi infor­ma­to­rami.

c) Roz­wa­żyć moż­li­wość, że spo­tkała innego męż­czy­znę.

Odpo­wiedź: Odpo­wie­dzi nie ma. Choć to jedyna hipo­teza, która ma jakiś sens. Nie potra­fię się z tym pogo­dzić. Tak po pro­stu ode­szła, nie mówiąc mi ani słowa? Oboje szczy­ci­li­śmy się tym, że wspól­nie sta­wiamy czoło życio­wym trud­no­ściom. Cier­pie­li­śmy, ale nie okła­my­wa­li­śmy się ni­gdy - choć do reguł gry nale­żało prze­mil­cza­nie przy­gód poza­mał­żeń­skich. Zmie­niła się bar­dzo, odkąd poznała tego Micha­iła, to prawda, ale czy to może prze­kre­ślić dzie­sięć lat mał­żeń­stwa?

Nawet gdyby się z nim prze­spała, stra­ciła dla niego głowę, to prze­cież nie poło­ży­łaby na szali wszyst­kich naszych wspól­nie spę­dzo­nych chwil, wszyst­kiego, co razem zdo­by­li­śmy, nie rzu­ci­łaby się tak po pro­stu w wir nowej przy­gody, z któ­rej nie ma powrotu. Była wolna, mogła podró­żo­wać, ile dusza zapra­gnie, żyła oto­czona mnó­stwem męż­czyzn, żoł­nie­rzy, któ­rzy nie widzieli kobiety od mie­sięcy. O nic jej ni­gdy nie pyta­łem, ona sama o niczym mi nie opo­wia­dała. Byli­śmy wolni i oboje z tego dumni.

Ale znik­nęła. Zosta­wiła ślady widoczne tylko dla mnie, zaszy­fro­waną wia­do­mość: odcho­dzę.

Dla­czego?

Czy warto odpo­wia­dać na to pyta­nie?

Nie warto. Bo odpo­wiedź zawiera moją nie­zdol­ność do zatrzy­ma­nia przy sobie uko­cha­nej kobiety. Czy warto szu­kać Ester i prze­ko­ny­wać, żeby do mnie wró­ciła? Bła­gać, żebrać o jesz­cze jedną szansę dla naszego mał­żeń­stwa?

To byłoby żało­sne. Lepiej już cier­pieć, lizać rany w samot­no­ści, tak jak daw­niej, kiedy porzu­cały mnie kobiety, które kocha­łem. Naj­pierw moje myśli zaczną obse­syj­nie krą­żyć wokół niej, stanę się okrop­nie zgorzk­niały, będę iry­to­wać przy­ja­ciół moim wiecz­nym narze­ka­niem, że porzu­ciła mnie żona. Za wszelką cenę będę pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się stało, dniami i nocami będę roz­pa­mię­ty­wał wszyst­kie spę­dzone z nią chwile. W końcu dojdę do wnio­sku, że to ona była dla mnie nie­do­bra, choć ja zawsze dawa­łem z sie­bie wszystko co naj­lep­sze. Zacznę się uma­wiać na randki. Będę ją widział w każ­dej mija­nej kobie­cie na ulicy i drę­czył się dzień i noc, noc i dzień. To może trwać tygo­dniami, mie­sią­cami, a nawet przez rok.

Aż któ­re­goś ranka obu­dzę się i już nie będę o niej myślał. Wtedy zro­zu­miem, że naj­gor­sze minęło. Serce będę miał zra­nione, ale pozbie­ram się i znowu życie zacznie być piękne. Tak już było i tak będzie, na pewno. Kiedy ktoś odcho­dzi, ktoś inny zaj­muje jego miej­sce - spo­tkam nową miłość.

Przez chwilę upa­jam się myślą o mojej nowej sytu­acji samot­nego milio­nera. Mogę uma­wiać się, z kim zechcę i kiedy zechcę, w biały dzień. Mogę zacho­wy­wać się na przy­ję­ciach tak, jak się nie zacho­wy­wa­łem przez te ostat­nie lata. Wie­ści szybko się rozejdą i nie­ba­wem cały tabun kobiet - mło­dych albo nie cał­kiem już mło­dych, boga­tych albo nie tak boga­tych, jak z pozoru mogłoby się wyda­wać, inte­li­gent­nych, a może tylko na tyle prze­bie­głych, żeby mówić to, co ich zda­niem chciał­bym usły­szeć - zapuka do moich drzwi.

Chcę uwie­rzyć w to, że cudow­nie jest być wol­nym. Znowu wol­nym. Goto­wym na spo­tka­nie praw­dzi­wej miło­ści, kogoś, kto na mnie czeka i kto nie pozwoli mi już ni­gdy zna­leźć się w tak upo­ka­rza­ją­cej sytu­acji.

Dopi­jam cze­ko­ladę, zer­kam na zega­rek, wiem, że jesz­cze za wcze­śnie na to miłe uczu­cie powrotu do świata ludzi. Przez chwilę wyobra­żam sobie, że Ester sta­nie w drzwiach, że przej­dzie powoli po pięk­nych per­skich dywa­nach, usią­dzie przy mnie i nic nie mówiąc, zapali papie­rosa, spoj­rzy na ogród i weź­mie mnie za rękę. Mija pół godziny, przez te pół godziny pra­wie uwie­rzy­łem w histo­rię, którą stwo­rzy­łem w wyobraźni, wresz­cie dociera do mnie, że to czy­sta fan­ta­zja.

Posta­na­wiam nie wra­cać do domu. Idę do recep­cji, pro­szę o pokój, szczo­teczkę do zębów i dez­odo­rant. Hotel jest wpraw­dzie pełen, ale dyrek­tor daje mi do dys­po­zy­cji ładny apar­ta­ment z tara­sem i wido­kiem na wieżę Eif­fla. Pode mną dachy Paryża, zapa­lają się pierw­sze świa­tła w oknach, rodziny zasia­dają do nie­dziel­nej kola­cji. I wraca to uczu­cie z Pól Eli­zej­skich: im pięk­niej­szy świat wokół mnie, tym pod­lej się czuję.

Żad­nej tele­wi­zji. Żad­nej kola­cji. Sia­dam na tara­sie i prze­wi­jam do tyłu całe moje życie. Widzę chło­paka, który marzył o tym, by zostać sław­nym pisa­rzem i nagle uświa­do­mił sobie, że świat nie jest wcale taki piękny, jak mu się wyda­wało - pisze w języku, któ­rego pra­wie nikt nie rozu­mie, w kraju, w któ­rym podobno nikt nie czyta. Rodzina zmu­sza go do pod­ję­cia stu­diów na uni­wer­sy­te­cie ("wszystko jedno na jakim kie­runku, synu, byle­byś tylko zdo­był dyplom - bez tego nic w życiu nie osią­gniesz"). On się bun­tuje. Są sza­lone lata sześć­dzie­siąte, włó­czy się po świe­cie z hip­pi­sami. W końcu poznaje pio­sen­ka­rza, dla któ­rego pisze parę tek­stów, i oka­zuje się, że zara­bia wię­cej niż jego sio­stra, która posłu­chała rodzi­ców i została che­miczką.

Piszę kolejne tek­sty, pio­sen­karz odnosi coraz więk­sze suk­cesy, kupuję parę miesz­kań, zry­wam współ­pracę z pio­sen­karzem, ale mam dość oszczęd­no­ści, żeby móc nie pra­co­wać przez następ­nych kilka lat. Żenię się po raz pierw­szy, z kobietą star­szą ode mnie. Wiele się od niej uczę - jak się kochać, jak pro­wa­dzić samo­chód, jak mówić po angiel­sku, jak spać do późna - ale w końcu roz­sta­jemy się, bo jej zda­niem jestem "nie­doj­rzały emo­cjo­nal­nie, taki, co to poleci za byle pod­lot­kiem z dużym biu­stem". Żenię się po raz drugi i po raz trzeci z kobie­tami, któ­rym ufam, które dają mi poczu­cie emo­cjo­nal­nej sta­bi­li­za­cji. Mam to, czego chcia­łem, lecz odkry­wam, że tej wyma­rzo­nej sta­bi­li­za­cji towa­rzy­szy okropna nuda.

Następne dwa roz­wody. Znowu jestem wolny, ale to tylko złu­dze­nie. Wol­ność to nie odrzu­ce­nie kom­pro­mi­sów, lecz świa­domy wybór i zgoda na wszyst­kie kon­se­kwen­cje tego wyboru.

Dalej szu­kam miło­ści i piszę tek­sty pio­se­nek. Kiedy ktoś mnie pyta, czym się zaj­muję, odpo­wia­dam, że jestem pisa­rzem. Kiedy mówi, że zna tek­sty moich pio­se­nek, odpo­wia­dam, że to zale­d­wie część mojej pracy. Kiedy prze­pra­sza, że nie czy­tał żad­nej z moich ksią­żek, odpo­wia­dam, że pra­cuję wła­śnie nad powie­ścią - co oczy­wi­ście jest wie­rut­nym kłam­stwem. Tak naprawdę to mam i pie­nią­dze, i zna­jo­mo­ści, lecz nie mam odwagi napi­sać książki - a prze­cież moje marze­nie ma szansę się wresz­cie speł­nić. Ale boję się spró­bo­wać, bo jeśli mi się nie uda, to nie wyobra­żam sobie reszty mojego życia. Bez­piecz­niej jest pozo­sta­wać w sfe­rze marzeń, niż ryzy­ko­wać popeł­nie­nie błędu.

Pew­nego dnia młoda dzien­ni­karka prosi mnie o wywiad. Cie­kawi ją, że jestem auto­rem tek­stów, które śpiewa cały kraj, a mnie nikt nie zna, bo zazwy­czaj tylko pio­sen­karz poja­wia się w mediach. Ładna, inte­li­gentna, wyci­szona. Po raz drugi spo­ty­kamy się na przy­ję­ciu, luźno, bez zawo­do­wego napię­cia. Jesz­cze tej samej nocy udaje mi się zacią­gnąć ją do łóżka. Zako­chuję się, ona sądzi, że nic z tego nie będzie. Kiedy dzwo­nię, zawsze mówi, że jest zajęta. Im bar­dziej mnie odpy­cha, tym bar­dziej mnie inte­re­suje - aż w końcu udaje mi się ją prze­ko­nać, aby spę­dziła ze mną week­end na wsi (cho­ciaż byłem czarną owcą w rodzi­nie, jako jedyny z moich rówie­śni­ków mia­łem już wła­sny dom na wsi - jak widać, cza­sem warto się zbun­to­wać).

Przez trzy dni jeste­śmy odcięci od świata, cho­dzimy na dłu­gie spa­cery po plaży, gotuję dla niej, ona opo­wiada o swo­jej pracy, aż w końcu zako­chuje się we mnie. Po powro­cie do mia­sta zaczyna regu­lar­nie u mnie sypiać. Pew­nego ranka wycho­dzi wcze­śniej niż zwy­kle i wraca ze swoją maszyną do pisa­nia. Od tej chwili, choć nic nie zostało powie­dziane wprost, mój dom staje się jej domem.

Zaczy­nają się te same kon­flikty, które znam już z poprzed­nich związ­ków. Kobiety szu­kają sta­bi­li­za­cji i wier­no­ści, ja zaś przy­gód i tego co nie­znane. Tym razem jed­nak zwią­zek się nie roz­pada. Mimo to po dwóch latach czuję, że mię­dzy nami koniec, że Ester zabie­rze z powro­tem swoją maszynę do pisa­nia i wszystko, co ze sobą przy­nio­sła.

- Myślę, że to się nie uda.

- Ale prze­cież ty kochasz mnie, a ja kocham cie­bie, prawda?

- Nie wiem. Jeśli zapy­tasz, czy lubię być z tobą, to odpo­wiem, że tak. Jeśli jed­nak będziesz chciała wie­dzieć, czy jestem w sta­nie żyć bez cie­bie, to też odpo­wiem, że tak.

- Nie chcia­ła­bym być męż­czy­zną, bar­dzo się cie­szę, że jestem kobietą. Od nas ocze­ku­je­cie tylko, żeby­śmy dobrze goto­wały, oczy­wi­ście w dużym uprosz­cze­niu. Od męż­czyzn zaś wymaga się wszyst­kiego, abso­lut­nie wszyst­kiego - żeby spraw­dzili się w łóżku, utrzy­my­wali dom, bro­nili potom­stwa, zdo­byli poży­wie­nie, odnie­śli suk­ces.

- Nie o to cho­dzi. Lubię być z tobą, ale jestem pewien, że to się nie uda.

- Lubisz być ze mną, ale nie cier­pisz być sam ze sobą. Cią­gle szu­kasz nowych wra­żeń, żeby uciec od tego, co istotne. Wciąż potrze­bu­jesz adre­na­liny w żyłach i zapo­mi­nasz, że tam powinna pły­nąć krew, nic wię­cej.

- Wcale nie ucie­kam od waż­nych spraw. Co na przy­kład jest takie ważne?

- Napi­sa­nie książki.

- To aku­rat mogę zro­bić w każ­dej chwili.

- Więc zrób. A potem, jeśli taka będzie twoja wola, roz­sta­niemy się.

Uwagi Ester wydają mi się absur­dalne. Mogę napi­sać książkę, kiedy tylko zechcę. Znam wydaw­ców, dzien­ni­ka­rzy, ludzi, któ­rzy są mi coś dłużni. Ester po pro­stu boi się mnie stra­cić i wymy­śla sobie jakieś histo­ryjki. Mówię jej: basta! Nasz zwią­zek się wypa­lił. Nie cho­dzi tu o to, żeby wymy­ślała, co uczyni mnie szczę­śli­wym, cho­dzi o miłość.

- A co to jest miłość? - pyta.

Tłu­ma­czę jej przez pół godziny i w końcu zdaję sobie sprawę, że nie potra­fię podać defi­ni­cji miło­ści.

Ona mówi, że skoro nie umiem wytłu­ma­czyć, co to jest miłość, to może spró­buję napi­sać książkę.

Odpo­wia­dam, że te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspól­nego i że wypro­wa­dzę się jesz­cze tego samego dnia do hotelu, cze­ka­jąc, aż ona znaj­dzie sobie jakieś lokum. Ona mówi, że jeśli o nią cho­dzi, to nie ma pro­blemu, mogę odejść od razu, w ciągu mie­siąca miesz­ka­nie będzie puste, od jutra zacznie sobie cze­goś szu­kać. Pakuję walizki, a ona siada i czyta książkę. Bąkam, że jest już późno, że pójdę jutro. Ona radzi, żebym się pospie­szył, bo jutro moja deter­mi­na­cja może osłab­nąć. Pytam, czy chce się mnie pozbyć. Ona śmieje się i mówi, że to prze­cież ja posta­na­wiam odejść. Kła­dziemy się spać. Następ­nego dnia moja chęć odej­ścia jest już o wiele słab­sza, posta­na­wiam jesz­cze raz wszystko prze­my­śleć. Ester upiera się jed­nak, że sprawa nie jest zakoń­czona: jeśli nie zary­zy­kuję i nie posta­wię na jedną kartę tego, co uwa­żam za moje praw­dziwe powo­ła­nie, to podobne sceny wcze­śniej czy póź­niej się powtó­rzą. Będzie nie­szczę­śliwa i wtedy to ona zechce mnie porzu­cić. Tylko że ona swój zamiar wpro­wa­dzi w życie i spali za sobą wszyst­kie mosty. Dopy­tuję się, co to wła­ści­wie zna­czy.

- Znajdę sobie kogoś, zako­cham się - odpo­wiada.

Potem wycho­dzi do redak­cji, a ja posta­na­wiam zro­bić sobie dzień wol­nego (oprócz pisa­nia tek­stów pio­se­nek, pra­cuję tro­chę w wytwórni pły­to­wej) i zasia­dam przed maszyną do pisa­nia. Wstaję, czy­tam gazety, odpo­wia­dam na ważne listy, a potem na te mniej ważne, notuję, co mam jesz­cze do zro­bie­nia, słu­cham muzyki, posta­na­wiam pójść na spa­cer, zamie­niam parę słów ze sprze­dawcą w pie­karni, wra­cam do domu. Tak mija dzień, a ja nie napi­sa­łem ani linijki. Docho­dzę do wnio­sku, że nie­na­wi­dzę Ester, bo zmu­sza mnie do robie­nia tego, na co nie mam ochoty.

Kiedy przy­cho­dzi po z pracy, o nic nie pyta - wie, że nie udało mi się nic spło­dzić. Mówi, że moje spoj­rze­nie dzi­siaj jest takie samo jak wczo­raj.

Następ­nego dnia idę do firmy, ale wie­czo­rem znowu sia­dam przy biurku. Czy­tam, oglą­dam tele­wi­zję, słu­cham muzyki, wra­cam do maszyny i tak upły­wają dwa mie­siące. Mam już stertę stron z "pierw­szym zda­niem", ale jak dotąd nie udało mi się napi­sać do końca ani jed­nego aka­pitu.

Uspra­wie­dli­wiam się sam przed sobą, jak mogę: w tym kraju nikt nie czyta, nie mam jesz­cze goto­wej fabuły. Albo wręcz prze­ciw­nie: fabuła już jest, ale szu­kam spo­sobu na jej roz­wi­nię­cie. Poza tym jestem okrop­nie zajęty, muszę napi­sać arty­kuł i szybko skoń­czyć tekst pio­senki. Mijają kolejne dwa mie­siące. Pew­nego dnia zja­wia się Ester i wrę­cza mi bilet na samo­lot.

- Dość tego - mówi. - Prze­stań uda­wać, że jesteś taki zapra­co­wany, odpo­wie­dzialny i że świat tak bar­dzo potrze­buje tego, co robisz. Wyjedź w podróż na jakiś czas.

Zawsze będę mógł zostać sze­fem gazety, w któ­rej publi­kuję swoje repor­taże, zawsze mam szansę zostać dyrek­to­rem wytwórni pły­to­wej, dla któ­rej piszę tek­sty pio­se­nek i gdzie dali mi etat, żebym nie odszedł do kon­ku­ren­cji. Zawsze mogę wró­cić do tego, co robię teraz, ale moje marze­nie nie może już dłu­żej cze­kać. Albo podejmę wyzwa­nie, albo będę musiał o nim zapo­mnieć.

- Dokąd jest ten bilet?

- Do Hisz­pa­nii.

Rzu­cam szklanką o ścianę, wrzesz­czę jak opę­tany. Bilety są dro­gie, nie mogę teraz zosta­wić pracy, mam przed sobą karierę i muszę o nią dbać. Stracę kon­takty w śro­do­wi­sku muzycz­nym, a nie o mnie tu cho­dzi, tylko o nasze mał­żeń­stwo. Jeśli zechcę napi­sać książkę, nikt nie będzie mnie w sta­nie powstrzy­mać.

- Możesz, chcesz, ale nie piszesz - mówi ona. - Twoim pro­ble­mem nie jestem ja, lecz ty sam. Samot­ność dobrze ci zrobi.

Poka­zuje mi mapę. Mam pole­cieć do Madrytu, a tam zła­pać auto­bus, który zawie­zie mnie w Pire­neje, na gra­nicę hisz­pań­sko-fran­cu­ską. Tam zaczyna się śre­dnio­wieczny szlak piel­grzy­mów, droga do San­tiago de Com­po­stela, którą muszę poko­nać pie­szo. Na końcu tej drogi Ester będzie na mnie cze­kać i wtedy pogo­dzi się z każdą moją decy­zją: że już jej nie kocham, że za krótko żyłem, by napi­sać powieść, że nie chcę już być pisa­rzem, że to były tylko mło­dzień­cze mrzonki, nic wię­cej.

Istne wariac­two! Kobieta, z którą jestem od dwóch dłu­gich lat - praw­dziwa wiecz­ność w związku miło­snym - decy­duje, co mam robić w życiu, każe mi porzu­cić pracę i przejść pie­chotą nie­mal całą Hisz­pa­nię! Pomysł jest na tyle sza­lony, że posta­na­wiam potrak­to­wać go poważ­nie. Upi­jam się przez kilka kolej­nych nocy, ona ze mną, cho­ciaż wiem, że nie cierpi alko­holu. Staję się coraz bar­dziej agre­sywny, oskar­żam ją, że chce ode­brać mi nie­za­leż­ność, że ten zwa­rio­wany pomysł zro­dził się w jej gło­wie tylko dla­tego, że boi się mnie stra­cić. Ona odpo­wiada ze sto­ic­kim spo­ko­jem, że ten pomysł się naro­dził, jesz­cze kiedy cho­dzi­łem do liceum i marzy­łem o tym, żeby zostać pisa­rzem - i teraz już nie da się go odro­czyć. Albo się z tym zmie­rzę, albo przez resztę życia będę w kółko żenił się i roz­wo­dził, opo­wia­da­jąc piękne histo­ryjki o mojej prze­szło­ści, sta­cza­jąc się coraz bar­dziej.

Oczy­wi­ście nie mogę jej przy­znać racji, choć wiem, że mówi prawdę. I im bar­dziej zdaję sobie z tego sprawę, tym bar­dziej staję się agre­sywny. Ona udaje, że nie zauważa moich kąśli­wych uwag, przy­po­mina tylko, że zbliża się dzień lotu.

Pew­nej nocy, już bli­sko wyzna­czo­nej daty, Ester nie chce się ze mną kochać. Wypa­lam całego skręta z haszy­szem, wypi­jam dwie butelki wina i mdleję na środku salonu. Kiedy odzy­skuję przy­tom­ność, dociera do mnie, że się­gną­łem już dna i nie pozo­staje mi nic innego, jak odbić się i wypły­nąć na powierzch­nię. I ja, który tak szczy­ci­łem się swoją odwagą, nagle widzę zupeł­nie jasno, jak bar­dzo jestem tchórz­liwy, wygod­nicki i małost­kowy. Tego ranka budzę Ester poca­łun­kiem i mówię, że zga­dzam się na jej pomysł.

Lecę do Hisz­pa­nii, w trzy­dzie­ści osiem dni prze­by­wam pie­szo drogę do San­tiago de Com­po­stela. Kiedy docie­ram na miej­sce, uświa­da­miam sobie, że to dopiero począ­tek mojej podróży. Posta­na­wiam zamiesz­kać w Madry­cie, żyć z tan­tiem z pio­se­nek i pozwo­lić, żeby ocean oddzie­lał mnie od ciała Ester - cho­ciaż roz­ma­wiamy czę­sto przez tele­fon i ofi­cjal­nie wciąż jeste­śmy razem. To dla mnie wygodne, mam żonę, wiem, że zawsze mogę do niej wró­cić, a jed­no­cze­śnie cie­szę się cał­ko­witą swo­bodą.

Zako­chuję się w dok­to­rantce z Kata­lo­nii, w Argen­tynce, która robi biżu­te­rię, w dziew­czy­nie, która śpiewa w metrze. Tan­tiemy pozwa­lają mi na dostat­nie życie, nie muszę pra­co­wać, mam czas na wszystko, nawet na... pisa­nie książki.

Książka zawsze może pocze­kać do następ­nego dnia, prze­cież bur­mistrz Madrytu pod cie­ka­wym hasłem Madrid me mata [Madryt jest zabój­czy] posta­no­wił prze­obra­zić sto­licę w miej­sce wiel­kiej cią­głej fie­sty, zachęca, by włó­czyć się nocami po barach, wymy­śla roman­tyczną nazwę movida madrile?a [madrycki zgiełk]. Nie mogę zabawy odło­żyć do jutra, wszystko jest takie pasjo­nu­jące, dni są za krót­kie, a noce dłu­gie.

Pew­nego pięk­nego dnia dzwoni Ester i oznaj­mia, że przy­jeż­dża. Mówi, że musimy coś wresz­cie posta­no­wić. Zjawi się za tydzień, mam więc tro­chę czasu, żeby wymy­ślić na pocze­ka­niu parę zręcz­nych wykrę­tów (jadę do Por­tu­ga­lii, ale wrócę za mie­siąc - oznaj­miam dziew­czy­nie o jasnych wło­sach, która kie­dyś śpie­wała w metrze, a teraz mieszka u mnie i co noc hula ze mną w "madryc­kim zgiełku"). Sprzą­tam miesz­ka­nie, zacie­ram wszel­kie ślady kobie­cej obec­no­ści, bła­gam przy­ja­ciół o cał­ko­witą dys­kre­cję: moja żona przy­jeż­dża na mie­siąc.

Ester wysiada z samo­lotu, ma okropną fry­zurę, ledwo ją roz­po­zna­łem. Włó­czymy się po Hisz­pa­nii, zwie­dzamy mia­steczka, które na jedną noc wydają się ważne, ale gdy­bym tam miał wró­cić, nie pamię­tał­bym nawet, gdzie były. Cho­dzimy na cor­ridy, kon­certy fla­menco, jestem naj­czul­szym mężem pod słoń­cem, chcę, by wró­ciła do domu z poczu­ciem, że wciąż ją kocham. Sam nie wiem, czemu mi na tym tak zależy. Może pod­świa­do­mie czuję, że madrycki sen kie­dyś się skoń­czy?

Mówię, że nie podoba mi się jej ucze­sa­nie, ona idzie do fry­zjera i znowu jest piękna. Zostało już tylko dzie­sięć dni do końca jej waka­cji, chcę, żeby wyje­chała zado­wo­lona i zosta­wiła mnie znowu samego w zabój­czym Madry­cie. Dys­ko­teki, które otwie­rają się o dzie­sią­tej rano, walki byków, nie­koń­czące się roz­mowy na te same tematy, alko­hol, kobiety, znowu byki, wię­cej alko­holu, wię­cej kobiet i żad­nego, abso­lut­nie żad­nego planu dnia.

Pew­nej nie­dzieli, po dro­dze do cało­noc­nej knajpki, Ester poru­sza temat tabu: książki, którą mia­łem napi­sać. Wypi­jam dusz­kiem butelkę whi­sky, kopię w bramę, którą aku­rat mijamy, wymy­ślam przy­pad­ko­wym prze­chod­niom i pytam, po co tu przy­je­chała, skoro jej jedy­nym celem jest zatru­wać mi życie, stłam­sić całą moją radość. Ona mil­czy - ale oboje zda­jemy sobie sprawę, że to ostat­nie podrygi naszego związku. Spę­dzam bez­senną noc, następ­nego dnia wrzesz­czę na kie­row­nika hotelu, że tele­fon źle działa, łajam sprzą­taczkę, że od tygo­dnia nie zmie­niała pościeli, biorę bar­dzo długą kąpiel, żeby wyle­czyć wczo­raj­szego kaca, i wresz­cie sia­dam przed maszyną do pisa­nia, tylko po to, by poka­zać Ester, że pró­buję, naprawdę pró­buję pra­co­wać.

I nagle zda­rza się cud. Patrzę na kobietę, która sie­dzi naprze­ciw mnie, wła­śnie zapa­rzyła kawę i czyta gazetę, ma w oczach zmę­cze­nie i roz­pacz, jak zwy­kle zacho­wuje się cicho, nie oka­zuje czu­ło­ści gestami, patrzę na tę kobietę, która spra­wiła, że powie­dzia­łem "tak", cho­ciaż chcia­łem powie­dzieć "nie", zmu­siła mnie, żebym wal­czył o to, co uwa­żała - i miała cał­ko­witą rację - za naj­waż­niej­sze dla mnie, zgo­dziła się na długą roz­łąkę, bo jej miłość do mnie była więk­sza niż jej miłość do sie­bie samej, nie pozwo­liła, bym minął się ze swoim powo­ła­niem, i spra­wiła, że wyru­szy­łem tro­pem moich marzeń. Patrzę na tę kobietę, jesz­cze pra­wie dziew­czynę, któ­rej oczy mówią wię­cej niż usta, spo­kojną, czę­sto w duszy prze­stra­szoną, ale zawsze odważną w dzia­ła­niu, która kocha nie poni­ża­jąc się, nie pro­sząc o wyba­cze­nie, patrzę, jak wal­czy o swo­jego męż­czy­znę - i nagle moje palce zaczy­nają stu­kać w kla­wia­turę.

Pierw­sze zda­nie. Dru­gie.

Przez dwa dni pra­wie nie jem, śpię tylko tyle, ile to konieczne, a słowa poja­wiają się same, nie wia­domo skąd - tak jak to się kie­dyś działo z tek­stami pio­se­nek, kiedy po wielu kłót­niach i bez­sen­sow­nych dys­ku­sjach ja i mój part­ner wie­dzie­li­śmy, że "to" już jest gotowe i trzeba tylko prze­lać słowa na papier. Tym razem wiem, że "to" pły­nie z serca Ester. Moja miłość do niej rodzi się na nowo, piszę, bo ona ist­nieje i poko­nała trud­no­ści, nie narze­ka­jąc i nie robiąc z sie­bie ofiary. Zaczy­nam opo­wia­dać o jedy­nej rze­czy, która poru­szyła mnie w ostat­nich latach - o dro­dze do San­tiago.

Pisząc, uświa­da­miam sobie, że mój spo­sób widze­nia świata ulega waż­nym prze­mia­nom. Wiele lat stu­dio­wa­łem i prak­ty­ko­wa­łem magię, alche­mię, wie­dzę tajemną. Fascy­no­wała mnie idea, że garstka wybrań­ców może mieć w swo­ich rękach ogromną moc, którą nie powinna się dzie­lić z resztą ludz­ko­ści, gdyż odda­nie tego nie­sły­cha­nego poten­cjału w nie­po­wo­łane ręce byłoby wiel­kim ryzy­kiem. Bra­łem udział w taj­nych zebra­niach, dawa­łem się wcią­gać do egzo­tycz­nych sekt, kupo­wa­łem bar­dzo dro­gie książki "z dru­giego obiegu", poświę­ci­łem wiele czasu i ener­gii na odpra­wia­nie rytu­ałów i zaklęć. Przez lata wstę­po­wa­łem i wystę­po­wa­łem z róż­nych ugru­po­wań i bractw, zawsze łudząc się tym, że spo­tkam kogoś, kto odsłoni przede mną tajem­nice nie­wi­dzial­nego świata. I zawsze dozna­wa­łem roz­cza­ro­wa­nia, bo zwy­kle ci ludzie - cho­ciaż wszy­scy mieli dobre inten­cje - ule­gali jakimś dogma­tom i sta­wali się fana­ty­kami, po pro­stu dla­tego, że cza­sem jedy­nym ujściem dla wąt­pli­wo­ści, które nie­ustan­nie nękają ludzką duszę, jest fana­tyzm.

Odkry­łem co prawda, że więk­szość z tych rytu­ałów działa. Ale odkry­łem także, że ci, któ­rzy uwa­żali się za mistrzów, co posie­dli tajem­nicę życia, ci, któ­rzy twier­dzili, że znają tech­niki pozwa­la­jące każ­demu czło­wie­kowi osią­gnąć, co tylko zapra­gnie, stra­cili zupeł­nie kon­takt z naukami sta­ro­żyt­nych. Przej­ście drogi do San­tiago, spo­tka­nia ze zwy­czaj­nymi ludźmi, odkry­cie, że wszech­świat mówi języ­kiem "zna­ków" i żeby go zro­zu­mieć, wystar­czy patrzeć z otwar­tym umy­słem na to, co dzieje się wokół nas, to wszystko spra­wiło, że zaczą­łem wąt­pić, czy okul­tyzm jest jedy­nym spo­so­bem dotar­cia do tajem­nicy. W książce o piel­grzymce do San­tiago zaczy­nam więc roz­wa­żać inne moż­li­wo­ści ducho­wego roz­woju i docho­dzę do takiego oto wnio­sku:

Wystar­czy być czuj­nym, lek­cje zawsze przy­cho­dzą, kiedy jeste­śmy na nie gotowi, i jeśli zwra­casz uwagę na znaki, dowiesz się wszyst­kiego, co jest ci potrzebne, aby posta­wić następny krok.

Czło­wiek ma w życiu dwa duże dyle­maty: jeden to wie­dzieć, kiedy zacząć, a drugi - wie­dzieć, kiedy skoń­czyć.

Po tygo­dniu zaczy­nam pierw­szą, drugą, trze­cią korektę. Madryt dla mnie już nie jest zabój­czy, pora wró­cić do domu - czuję, że pewien cykl został zamknięty i trzeba roz­po­cząć następny. Żegnam się z tym mia­stem tak, jak zazwy­czaj żegna­łem się w życiu, pocie­sza­jąc się w duchu, że zawsze mogę zmie­nić zda­nie i któ­re­goś dnia tu wró­cić.

Wra­cam do kraju z Ester. Roz­glą­dam się za nową pracą, ale póki nie udaje mi się nic zna­leźć (a nie udaje mi się, bo nie jest mi to widać potrzebne), dalej popra­wiam moją powieść. Wąt­pię, czy nor­malny czło­wiek zain­te­re­suje się kimś, kto prze­szedł pie­szo pewną drogę w Hisz­pa­nii, drogę roman­tyczną, acz trudną.

Cztery mie­siące póź­niej, kiedy zabie­ram się do dzie­sią­tej korekty, odkry­wam, że maszy­no­pis znik­nął. Nie ma też Ester. Gdy jestem już bli­ski obłędu, zja­wia się ona z potwier­dze­niem prze­kazu pocz­to­wego - wysłała maszy­no­pis swo­jemu daw­nemu narze­czo­nemu, który jest teraz wła­ści­cie­lem małego wydaw­nic­twa.

Były narze­czony wydaje moją powieść. W pra­sie nie poja­wia się ani jedna recen­zja, mimo to parę osób kupuje książkę. Pole­cają innym, któ­rzy rów­nież kupują i pole­cają kolej­nym. Po sze­ściu mie­sią­cach pierw­szy nakład zostaje wyczer­pany. Rok póź­niej uka­zuje się trze­cie wyda­nie książki i zaczy­nam zara­biać pie­nią­dze na tym, o czym nie śmia­łem marzyć - na lite­ra­tu­rze.

Nie wiem, jak długo to jesz­cze potrwa, ale posta­na­wiam żyć tak, jakby ta chwila była ostat­nią. I oka­zuje się, że suk­ces otwiera mi wyma­rzone od dawna drzwi: inne wydaw­nic­twa chcą opu­bli­ko­wać moją następną powieść.

Ponie­waż nie da się co roku cho­dzić do San­tiago, o czym mam teraz pisać? Czy znów ma się powtó­rzyć dra­mat nie­mocy twór­czej, bez­owoc­nego wysia­dy­wa­nia przed maszyną? Dobrze byłoby dalej dzie­lić się moją wizją świata, opo­wia­dać o moich życio­wych doświad­cze­niach. Pró­buję przez kilka kolej­nych dni, przez wiele następ­nych nocy, wresz­cie pod­daję się, docho­dzę do wnio­sku, że nie dam rady. Pew­nego wie­czoru wpada mi w ręce przy­pad­kiem (przy­pad­kiem?) cie­kawa histo­ria z Baśni tysiąca i jed­nej nocy. Roz­po­zna­łem w niej meta­forę mojej wła­snej drogi, dzięki któ­rej zro­zu­mia­łem, kim jestem i dla­czego tyle czasu zabrało mi pod­ję­cie decy­zji, choć dawno powi­nie­nem był ją pod­jąć. Ta baśń sta­nowi dla mnie inspi­ra­cję do napi­sa­nia, jak młody pasterz pod wpły­wem snu wyru­sza na poszu­ki­wa­nie skarbu ukry­tego w egip­skich pira­mi­dach. Piszę o miło­ści, która na niego czeka, tak jak Ester cze­kała na mnie, kiedy ja błą­ka­łem się po manow­cach.

Nie jestem już czło­wie­kiem, który marzył, żeby być kimś. Już jestem kimś. Jestem paste­rzem, prze­mie­rzam pusty­nię, ale gdzie jest alche­mik, który wskaże mi dal­szą drogę?

Kiedy koń­czę nową powieść, sam jestem zasko­czony koń­co­wym efek­tem. Przy­po­mina to baśń dla doro­słych, a prze­cież doro­śli wolą czy­tać o woj­nach, sek­sie i wła­dzy. Mimo to wydawca ją przyj­muje, książka wycho­dzi i dzięki czy­tel­ni­kom poja­wia się na liście naj­le­piej sprze­da­ją­cych się ksią­żek w kraju.

Trzy lata póź­niej moje mał­żeń­stwo prze­żywa roz­kwit, robię to, co zawsze chcia­łem robić, poja­wia się pierw­szy prze­kład na język obcy, potem drugi... Odno­szę kolejny suk­ces - moja książka staje się znana na całym świe­cie.

Posta­na­wiam prze­pro­wa­dzić się do Paryża, do pary­skich kawiarni, pary­skich pisa­rzy i życia kul­tu­ral­nego tego mia­sta. Odkry­wam, że to wszystko nie­stety już nie ist­nieje, kawiar­nie pełne są tury­stów i foto­gra­fii osób, które stały się sławne. Pisa­rze w więk­szo­ści zwra­cają uwagę na styl, a nie na treść, pró­bują być ory­gi­nalni i przez to stają się nudni. Żyją zamknięci w swoim małym światku. Poznaję cie­kawe fran­cu­skie wyra­że­nie, "pode­słać windę". Jego sens jest mniej wię­cej taki: ja mówię dobrze o two­jej książce, ty mówisz dobrze o mojej i w ten spo­sób two­rzymy nowy trend kul­tu­ralny, nową filo­zo­fię, robimy rewo­lu­cję, wpraw­dzie cier­pimy, bo nikt nas nie rozu­mie, ale taki był los wszyst­kich geniu­szy w prze­szło­ści, wielcy arty­ści ni­gdy nie byli doce­niani przez swo­ich współ­cze­snych.

"Pod­sy­ła­niem windy" nie­któ­rym z początku nawet coś udaje się osią­gnąć - ludzie nie mają odwagi otwar­cie kry­ty­ko­wać cze­goś, czego nie rozu­mieją. Ale wkrótce zdają sobie sprawę, że zostali oszu­kani, i prze­stają wie­rzyć w to, co piszą kry­tycy.

Inter­net ze swoim pro­stym języ­kiem zmie­nia świat. W Paryżu roz­kwita śro­do­wi­sko alter­na­tywne. Mło­dzi pisa­rze pró­bują prze­bić się do publicz­no­ści ze swo­imi tek­stami i swoim spo­so­bem odczu­wa­nia świata. Przy­łą­czam się do nich, spo­ty­kamy się w kawiar­niach, któ­rych nikt nie zna, bo ani oni, ani kawiar­nie nie są sławne. Sam pra­cuję nad swoim sty­lem, a mój wydawca udziela mi lek­cji o tym, co trzeba wie­dzieć o wza­jem­nych zależ­no­ściach mię­dzy ludźmi.

- Co to jest Bank Przy­sług?

- Wiesz prze­cież. Każdy wie.

- Być może. Wciąż jed­nak nie rozu­miem, co to zna­czy.

- Natkną­łem się na to w książce jakie­goś ame­ry­kań­skiego pisa­rza. To naj­bar­dziej wpły­wowy bank na świe­cie, obecny we wszyst­kich dzie­dzi­nach życia.

- Pocho­dzę z kraju o skrom­nych tra­dy­cjach lite­rac­kich. Nie mógł­bym nikomu się przy­słu­żyć.

- To nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia. Dam ci pro­sty przy­kład - wiem, że kie­dyś sta­niesz się bar­dzo sławny i wpły­wowy. Czuję to, bo sam byłem taki jak ty, ambitny, nie­za­leżny, uczciwy. Dziś nie mam już tyle ener­gii co daw­niej, ale pró­buję ci pomóc, bo nie mogę, czy też nie chcę sta­nąć w miej­scu, nie uśmie­cha mi się jesz­cze eme­ry­tura, mam ochotę dalej uczest­ni­czyć w tej arcy­cie­ka­wej walce o wła­dzę i sławę. Zaczy­nam więc zasi­lać twoje konto - nie cho­dzi tu o pie­nią­dze, ale o kon­takty. Przed­sta­wiam cię Iksowi czy Ygre­kowi, uła­twiam nego­cja­cje, o ile są zgodne z pra­wem. Ty wiesz, że coś mi zawdzię­czasz, choć nie pro­szę o nic w zamian.

- I pew­nego dnia...

- Wła­śnie. Pew­nego dnia pro­szę cię o coś. Możesz odmó­wić, ale wiesz, że coś jesteś mi winien. Zro­bisz to, o co cię pro­szę, a ja będę ci na­dal poma­gał. Inni zoba­czą, że jesteś lojalny, i także zasilą twoje konto - cały czas cho­dzi tylko o kon­takty, o nic innego, nasz świat opiera się na kon­tak­tach. Oni także popro­szą cię o coś pew­nego dnia, a ty nie odmó­wisz i pomo­żesz temu, kto kie­dyś ci pomógł, i tak z bie­giem czasu twoja sieć kon­tak­tów roz­prze­strzeni się na całą kulę ziem­ską, poznasz wszyst­kich, któ­rych potrze­bu­jesz znać, a twoje wpływy wciąż będą rosły.

- Mogę ci prze­cież odmó­wić, nie zro­bić tego, o co mnie pro­sisz.

- Oczy­wi­ście. Bank Przy­sług to inwe­sty­cja ryzy­kowna, tak jak każdy inny bank. Nie oddasz mi przy­sługi, o którą cię popro­si­łem, bo w twoim mnie­ma­niu pomo­głem ci, gdyż na to w pełni zasłu­gi­wa­łeś, jesteś naj­lep­szy i wszy­scy powinni chy­lić czoło przed twoim talen­tem. W porządku, podzię­kuję ci i popro­szę kogoś innego, czyje konto zasi­la­łem, lecz od tej chwili wszy­scy będą już wie­dzieć, cho­ciaż nic nie zosta­nie powie­dziane wprost, że nie zasłu­gu­jesz na zaufa­nie.

Możesz zdo­być pozy­cję, ale nie tak wysoką, jak byś chciał. W pew­nym momen­cie twoja kariera zacznie powoli przy­ga­sać, dotrzesz do pół­metka, ale nie do mety, będziesz na wpół zado­wo­lony, na wpół smutny, ani speł­niony, ani sfru­stro­wany. Ani gorący, ani zimny, będziesz letni, a ewan­ge­li­sta w świę­tej księ­dze mówi: "Skoro jesteś letni, chcę cię wyrzu­cić z mych ust".

Wydawca czę­sto zasila kon­tak­tami moje konto w Banku Przy­sług. Moje książki prze­tłu­ma­czono na fran­cu­ski i, zgod­nie z tra­dy­cją tego kraju, cudzo­zie­miec jest dobrze przy­jęty. Powiem wię­cej: cudzo­zie­miec odnosi suk­ces! Dzie­sięć lat póź­niej mam ogromne miesz­ka­nie z wido­kiem na Sekwanę, czy­tel­nicy mnie uwiel­biają, a kry­tycy nie­na­wi­dzą (podzi­wiali mnie, dopóki nie sprze­da­łem pierw­szych stu tysięcy egzem­pla­rzy, czyli prze­sta­łem być "nie­zro­zu­mia­nym geniu­szem"). Zawsze na czas spła­cam długi, a wkrótce sam zaczy­nam poży­czać - kon­takty. Moje wpływy rosną. Uczę się pro­sić i uczę się robić to, o co inni mnie popro­szą.

Ester dostaje pozwo­le­nie na pracę, pisze do fran­cu­skiej prasy. Mimo zwy­czaj­nych kon­flik­tów, jakie zda­rzają się w każ­dym mał­żeń­stwie, jestem szczę­śliwy. Pierw­szy raz w życiu dociera do mnie, że wszyst­kie moje poprzed­nie roz­cza­ro­wa­nia miło­sne i porażki mał­żeń­skie nie miały nic wspól­nego z moimi part­ner­kami, ale brały się z mojego wła­snego roz­go­ry­cze­nia. Ester zro­zu­miała i uświa­do­miła mi pro­stą sprawę: żeby ją spo­tkać, musia­łem naj­pierw spo­tkać się z samym sobą. Żyjemy razem od ośmiu lat, uwa­żam, że jest kobietą mojego życia i cho­ciaż od czasu do czasu (prawdę mówiąc, dosyć czę­sto) zda­rza mi się w kimś zadu­rzyć, ni­gdy nie zaświ­tała mi w gło­wie myśl o roz­wo­dzie. Nie pytam, czy ona wie o moich roman­sach. A ona ni­gdy nie robi mi na ten temat żad­nych wymó­wek.

Dla­tego jestem bar­dzo zasko­czony, kiedy pew­nego dnia po wyj­ściu z kina Ester oznaj­mia mi, że popro­siła w redak­cji, by wysłali ją do Afryki na repor­taż z wojny domo­wej.

- Co takiego?!

- Chcę zostać kore­spon­dentką wojenną.

- Chyba osza­la­łaś?! Po co ci to? Masz pracę, o jakiej zawsze marzy­łaś. Dobrze zara­biasz, cho­ciaż tak naprawdę nie musisz pra­co­wać. Masz wszyst­kie potrzebne kon­takty w Banku Przy­sług, masz talent i uzna­nie śro­do­wi­ska.

- Powiedzmy, że muszę tro­chę pobyć sama.

- To z mojego powodu?

- Razem budu­jemy nasze życie, kocham mojego męż­czy­znę i on mnie kocha, choć nie jest naj­wier­niej­szym z mężów.

- Ni­gdy wcze­śniej nie robi­łaś mi z tego powodu wyrzu­tów.

- Bo nie ma to dla mnie szcze­gól­nego zna­cze­nia. Co to jest wier­ność? Poczu­cie, że posia­dam na zawsze czy­jeś ciało i duszę? A ty sądzisz, że przez te wszyst­kie wspól­nie spę­dzone lata ni­gdy nie prze­spa­łam się z żad­nym innym męż­czy­zną?

- Nie obcho­dzi mnie to. Nie chcę nic o tym wie­dzieć. Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

- I ja nie chcę.

- A więc o co cho­dzi z tą wojną na zapo­mnia­nym przez Boga krańcu świata?

- Po pro­stu muszę. Powie­dzia­łam już, że muszę jechać.

- Czego ci tu bra­kuje?

- Mam wszystko, czego pra­gnie każda kobieta.

- A więc co jest nie tak?

- Wła­śnie to. Mam wszystko, ale nie jestem szczę­śliwa. I jest wielu takich jak ja. Przez te lata zro­bi­łam wywiady z tłu­mem ludzi: boga­tych i bied­nych, wpły­wo­wych i zre­zy­gno­wa­nych. W ich oczach widzia­łam nie­skoń­czoną gorycz. Smu­tek nie zawsze uświa­do­miony, ale zawsze obecny, nie­za­leż­nie od tego, co mi mówili. Słu­chasz mnie?

- Słu­cham. I zasta­na­wiam się. A więc, twoim zda­niem, nikt nie jest szczę­śliwy?

- Nie­któ­rzy wydają się szczę­śliwi, po pro­stu nie myślą o tym. Inni snują plany na przy­szłość: wyjdę za mąż, będę mieć dom, dwójkę dzieci, domek na wsi. I póki pochła­nia ich reali­za­cja tych pla­nów, są jak byki wpa­trzone w tore­adora: reagują instynk­tow­nie, prą do przodu, na oślep. Zdo­by­wają samo­chód, cza­sem nawet fer­rari, sądzą, że to jest sens życia i ni­gdy nie zadają sobie pytań. Ale pomimo wszystko w ich oczach odbija się smu­tek duszy, z któ­rego nawet nie zdają sobie sprawy. A ty jesteś szczę­śliwy?

- Nie wiem.

- Nie mogę powie­dzieć, że wszy­scy są nie­szczę­śliwi. Wiem, że są bez prze­rwy zajęci; harują po godzi­nach, wycho­wują dzieci, dbają o współ­mał­żonka, ubie­gają się o dyplomy, wal­czą o karierę, snują plany na przy­szłość, zasta­na­wiają się, co trzeba kupić, co trzeba mieć, żeby nie czuć się gor­szym, i tak dalej. Szcze­rze mówiąc, nie­wiele osób wyznało mi wprost: "Jestem nie­szczę­śliwy". Więk­szość zapew­niała: "Mam się świet­nie, osią­gną­łem wszystko, co chcia­łem". Wtedy pyta­łam: "Co takiego czyni cię szczę­śli­wym?", i sły­sza­łam w odpo­wie­dzi: "Mam wszystko, co można sobie wyma­rzyć - rodzinę, dom, pracę, zdro­wie". Drą­ży­łam więc dalej: "Czy zatrzy­ma­łeś się kie­dyś, żeby pomy­śleć, czy o to tylko w życiu cho­dzi?". "Tak, tylko o to cho­dzi" - zapew­niali. "A więc sens życia to praca, rodzina, dzieci, które uro­sną i pew­nego dnia odejdą, żona czy mąż, któ­rzy z bie­giem lat stają się bar­dziej przy­ja­ciółmi niż kochan­kami, praca, która skoń­czy się pew­nego dnia. I co wtedy zro­bisz?". Odpo­wie­dzi nie ma. Zmie­niają temat.

Tak naprawdę odpo­wia­dają: "Kiedy moje dzieci doro­sną, kiedy moja żona czy mój mąż sta­nie się bar­dziej przy­ja­cie­lem niż namięt­nym kochan­kiem, kiedy przejdę na eme­ry­turę, wresz­cie będę miał czas, żeby robić to, o czym zawsze marzy­łem: wyru­szę w podróż".

Pyta­nie: "Prze­cież powie­dzia­łeś, że jesteś teraz szczę­śliwy. Czy nie robisz tego, o czym zawsze marzy­łeś?". Wtedy mówią, że są bar­dzo zajęci, i zmie­niają temat.

Jeśli nie daję za wygraną, zawsze w końcu przy­znają, że cze­goś jed­nak im brak. Wła­ści­ciel firmy nie zro­bił jesz­cze inte­resu życia, gospo­dyni domowa chcia­łaby mieć wię­cej nie­za­leż­no­ści albo pie­nię­dzy, zako­chany boi się, że straci dziew­czynę, absol­went uczelni zadaje sobie pyta­nie, czy to on wybrał karierę, czy raczej ktoś wybrał za niego, den­ty­sta wolałby być pio­sen­ka­rzem, pio­sen­karz poli­ty­kiem, poli­tyk pisa­rzem, a pisarz rol­ni­kiem. I nawet kiedy spo­ty­ka­łam kogoś, kto robił to, co chciał, on też miał smu­tek na dnie serca. Nie zna­lazł spo­koju. A więc zapy­tam jesz­cze raz: czy ty jesteś szczę­śliwy?

- Nie. Mam uko­chaną żonę, wyma­rzoną pracę. Wol­ność, któ­rej zazdrosz­czą mi wszy­scy przy­ja­ciele. Podróże, zaszczyty, kom­ple­menty. Ale jest coś...

- Co takiego?

- Myślę, że kiedy się zatrzy­muję, to moje życie traci sens.

- Nie możesz się roz­luź­nić, spoj­rzeć na Paryż, wziąć mnie za rękę i powie­dzieć: mam to, czego chcia­łem, a teraz cieszmy się cza­sem, który nam pozo­stał?

- Mogę popa­trzeć na Paryż i wziąć cię za rękę, ale nie mogę tak powie­dzieć.

- Dam głowę, że na ulicy, którą teraz idziemy, wszy­scy czują to samo. Spójrz na tę ele­gancką panią, co wła­śnie nas minęła. Dzień za dniem pró­buje zatrzy­mać czas, wciąż pil­nuje swo­jej wagi, bo wie­rzy, że od niej zależy miłość. Popatrz na tę parę z dwójką dzieci po tam­tej stro­nie ulicy. Prze­ży­wają momenty praw­dzi­wego szczę­ścia, kiedy wycho­dzą razem na spa­cer, ale pod­świa­do­mość nie daje im spo­koju. Boją się, że mogą stra­cić posadę, zacho­ro­wać, a ubez­pie­czal­nia nie wywiąże się z umowy, że dziecko wpad­nie pod samo­chód. Gdy pró­bują się bawić, myślą jed­no­cze­śnie, jak unik­nąć tra­ge­dii, jak uchro­nić się przed świa­tem.

- A ten klo­szard na rogu?

- Nie wiem, ni­gdy nie roz­ma­wia­łam z żad­nym klo­szar­dem. On uosa­bia nie­szczę­ście, ale jego oczy, jak zresztą oczy wszyst­kich żebra­ków, wydają się coś ukry­wać. Smu­tek jest tutaj tak osten­ta­cyjny, że aż trudno w niego uwie­rzyć.

- Czego więc nam bra­kuje?

- Nie mam poję­cia. Prze­glą­dam gazety, czy­tam wywiady ze sła­wami, wszy­scy są uśmiech­nięci i zado­wo­leni. Ale ponie­waż żyję pod jed­nym dachem ze sław­nym czło­wie­kiem, wiem, że to tylko pozory. Wszy­scy są pro­mienni i roze­śmiani tylko w tej chwili, do zdję­cia, ale w nocy albo nad ranem to już zupeł­nie inna histo­ria. "Co mam zro­bić, żeby na­dal o mnie pisali?", "Jak ukryć, że nie stać mnie na dotych­cza­sowe luk­susy?", "Jak zwięk­szyć moje bogac­two i spra­wić, żeby bar­dziej rzu­cało się w oczy?", "Aktorka, z którą na tym zdję­ciu śmie­jemy się na ban­kie­cie, może jutro pod­kraść mi rolę! Czy jestem lepiej ubrana niż ona? Po co się do sie­bie wdzię­czymy, skoro tak naprawdę się nie zno­simy?", "Dla­czego sprze­da­jemy szczę­ście czy­tel­ni­kom, skoro sami jeste­śmy głę­boko nie­szczę­śli­wymi nie­wol­ni­kami sławy?".

- Nie jeste­śmy nie­wol­ni­kami sławy.

- Nie wpa­daj w para­noję, nie mówię o nas.

- Więc jak sądzisz, o co w tym wszyst­kim cho­dzi?

- Kilka lat temu prze­czy­ta­łam w książce bar­dzo cie­kawą histo­rię. Przy­pu­śćmy, że Hitler wygrał drugą wojnę świa­tową, zli­kwi­do­wał wszyst­kich Żydów i prze­ko­nał swój naród, że naprawdę należy do wyż­szej rasy. Pod­ręcz­niki histo­rii zostają napi­sane od nowa i sto lat póź­niej potom­ko­wie Hitlera wykań­czają Indian. Po trzy­stu latach dzie­siąt­kują Murzy­nów. Po pię­ciu stu­le­ciach potężna machina wojenna usuwa z powierzchni ziemi rasę żółtą. Książki histo­ryczne wspo­mi­nają wpraw­dzie o daw­nych bitwach z bar­ba­rzyń­cami, ale nikt nie czyta ich uważ­nie, bo co to kogo obcho­dzi.

Tak więc dwa tysiące lat po naro­dzi­nach faszy­zmu w pew­nym barze w Tokio - już od nie­mal pię­ciu wie­ków zamiesz­ka­nym przez wyso­kich błę­kit­no­okich blon­dy­nów - Hans i Fritz piją piwo. W pew­nym momen­cie Hans pyta Fritza: "Czy myślisz, że zawsze tak było?". "To zna­czy jak?" - dopy­tuje się Fritz. "Czy świat zawsze tak wyglą­dał?". "Pew­nie że tak. Prze­cież tego uczyli nas w szkole". "No jasne, nie wiem, po co zadaję tak idio­tyczne pyta­nia", mówi Hans. Koń­czą piwo, zaczy­nają roz­ma­wiać o czymś innym i zapo­mi­nają o tema­cie.

- Nie musisz wybie­gać w tak odle­głą przy­szłość, wystar­czy cof­nąć się o dwa tysiące lat. Czy jesteś w sta­nie ota­czać czcią gilo­tynę, szu­bie­nicę, krze­sło elek­tryczne?

- Wiem, do czego zmie­rzasz, do krzyża, naj­okrut­niej­szej tor­tury wymy­ślo­nej przez czło­wieka. Pamię­tam, prze­czy­ta­łam kie­dyś u Cyce­rona, że była to "kara potworna", powo­du­jąca śmierć w strasz­li­wych męczar­niach. A dzi­siaj ludzie noszą krzyż na szyi, wie­szają go na ścia­nach, wiel­bią jako sym­bol reli­gijny. Zapo­mnieli, że było to prze­cież narzę­dzie tor­tur.

- Albo coś takiego: potrzeba było dwu­stu pięć­dzie­się­ciu lat, nim ktoś uznał, że pora skoń­czyć z pogań­skimi obrzę­dami, które odby­wały się pod­czas zimo­wego prze­si­le­nia, kiedy Słońce jest naj­da­lej od Ziemi. Apo­sto­ło­wie i ich następcy, pochło­nięci nie­sie­niem Jezu­so­wego prze­sła­nia, nie przej­mo­wali się nata­lis invict Solis, świę­tem naro­dzin Mitry, boga słońca, które przy­pa­dało dwu­dzie­stego pią­tego grud­nia. Aż pewien biskup orzekł, że to święto jest zagro­że­niem dla wiary chrze­ści­jań­skiej, i gotowe! Dzi­siaj mamy msze, jasełka, pre­zenty, kaza­nia, pla­sti­kowe dzie­ciątka w drew­nia­nych żłob­kach i jeste­śmy prze­ko­nani, świę­cie prze­ko­nani, że tego dnia naro­dził się Chry­stus!

- Mamy też cho­inkę. Czy wiesz, skąd się wzięła?

- Nie mam poję­cia.

- Święty Boni­facy posta­no­wił "schry­stia­ni­zo­wać" rytuał odpra­wiany ku czci małego Odyna. Raz do roku ple­miona ger­mań­skie kła­dły wokół dębu pre­zenty, które dzieci musiały odna­leźć. Wie­rzono, że w ten spo­sób spra­wią radość pogań­skiemu bóstwu.

- Wróćmy do histo­rii Hansa i Fritza. A więc uwa­żasz, że nasza kul­tura, sto­sunki mię­dzy ludźmi, nasze pra­gnie­nia, zdo­by­cze cywi­li­za­cji, to wszystko jest owo­cem źle opo­wie­dzia­nej histo­rii?

- Prze­cież kiedy pisa­łeś o dro­dze do San­tiago, dosze­dłeś do tego samego wnio­sku. Wcze­śniej sądzi­łeś, że tylko garstka wybrań­ców ma dostęp do magicz­nych sym­boli. Dzi­siaj już wiesz, że ich zna­cze­nie znamy wszy­scy - nawet jeśli je zapo­mnie­li­śmy.

- Cóż z tego, że to wiemy? Ludzie robią wszystko, żeby sobie nie przy­po­mnieć, żeby nie przy­jąć do wia­do­mo­ści ogrom­nego poten­cjału magii, który w nich drze­mie. Bo to by zachwiało rów­no­wagą ich upo­rząd­ko­wa­nego świata.

- Mimo to wszy­scy prze­cież mamy tę zdol­ność, nie sądzisz?

- Oczy­wi­ście. Tylko bra­kuje nam odwagi, żeby podą­żać za marze­niami, za zna­kami. Może stąd bie­rze się ten smu­tek?

- Nie wiem. I nie twier­dzę, że cały czas jestem nie­szczę­śliwa. Kocham cie­bie, uwiel­biam moją pracę, dobrze się bawię. Ale od czasu do czasu czuję głę­boki smu­tek, pomie­szany nie­kiedy z poczu­ciem winy albo ze stra­chem. To wra­że­nie mija, powraca i znów mija. Tak jak nasz Hans, zadaję sobie pyta­nie, a nie znaj­du­jąc odpo­wie­dzi, po pro­stu zapo­mi­nam. Mogła­bym rato­wać gło­du­jące dzieci, zało­żyć towa­rzy­stwo ochrony del­fi­nów, pró­bo­wać zba­wiać świat w imię Jezusa, robić cokol­wiek, co dałoby mi poczu­cie, że jestem uży­teczna, ale nie chcę.

- To skąd ten pomysł, żeby jechać na wojnę?

- Bo myślę, że na woj­nie czło­wiek dotyka jakiejś gra­nicy. Naza­jutrz może zgi­nąć. A kto żyje na gra­nicy, staje się innym czło­wiekiem.

- Chcesz odpo­wie­dzieć na pyta­nie Hansa?

- No wła­śnie.

Dzi­siaj, w tym pięk­nym apar­ta­men­cie Bri­stolu, z wieżą Eif­fla roz­bły­sku­jącą na pięć minut za każ­dym razem, kiedy zegar wybije kolejną godzinę, z zakor­ko­waną butelką wina, z pustą paczką po papie­ro­sach, z ludźmi wita­ją­cymi mnie, jak gdyby nic się nie stało, sam sobie zadaję pyta­nie: Czy to wszystko zaczęło się tam­tego wła­śnie dnia, po wyj­ściu z kina? Czy musia­łem pozwo­lić jej wyje­chać na poszu­ki­wa­nie źle opo­wie­dzia­nej histo­rii? Czy raczej powi­nie­nem był być bar­dziej sta­now­czy, kazać jej zapo­mnieć o całej spra­wie, bo prze­cież była moją żoną, a ja potrze­bo­wa­łem jej obec­no­ści i wspar­cia?

Bzdury! Tak samo wie­dzia­łem wtedy, jak wiem teraz, że mogłem tylko pogo­dzić się z jej decy­zją. Gdy­bym posta­wił sprawę na ostrzu noża i powie­dział: "Wybie­raj, albo ja, albo twój sza­lony pomysł z wyjaz­dem na wojnę", zaprze­pa­ścił­bym wszystko, co Ester dla mnie zro­biła. Nawet jeśli nie prze­ko­nała mnie do swo­ich racji - do tego, że trzeba jechać na poszu­ki­wa­nie "źle opo­wie­dzia­nej histo­rii" - dosze­dłem do wnio­sku, że potrze­bo­wała tro­chę wol­no­ści, prze­strzeni, sil­nych wra­żeń. Cóż w tym złego?

Tak więc zgo­dzi­łem się - zazna­cza­jąc przy tym, że zaciąga ogromny dług w Banku Przy­sług (jeśli się nad tym zasta­no­wić, było to gro­te­skowe). Przez dwa lata Ester śle­dziła z bli­ska różne kon­flikty zbrojne, zmie­nia­jąc kon­ty­nenty czę­ściej niż buty. Za każ­dym razem kiedy wra­cała, sądzi­łem, że da sobie z tym spo­kój. Prze­cież w końcu zatę­skni za przy­zwo­itym jedze­niem, za łazienką, kinem czy teatrem. Pyta­łem, czy zna­la­zła wresz­cie odpo­wiedź na pyta­nie Hansa, ale zawsze odpo­wia­dała, że jest już na dobrej dro­dze - a ja musia­łem się tym zado­wo­lić. Cza­sem spę­dzała wiele mie­sięcy daleko od domu i wbrew temu, co mówi "urzę­dowa histo­ria mał­żeń­stwa" (zaczy­nam już uży­wać jej ter­mi­no­lo­gii), dłu­gie roz­łąki wzmac­niały naszą miłość, uzmy­sła­wiały nam, jak bar­dzo jeste­śmy dla sie­bie ważni. Nasz zwią­zek, który, jak mi się wyda­wało, osią­gnął swój punkt ide­alny w chwili, gdy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Paryża, teraz był świetny.

Jeśli dobrze zro­zu­mia­łem, Micha­iła poznała, kiedy szu­kała tłu­ma­cza, który jeź­dziłby z nią po Azji Środ­ko­wej. Na początku mówiła o nim z wiel­kim entu­zja­zmem: ktoś wraż­liwy, kto widział świat taki, jaki jest naprawdę, a nie taki, jak nam wma­wiano, że być powi­nien. Był o pięć lat młod­szy od niej, ale miał doświad­cze­nia, które Ester nazy­wała "magicz­nymi". Słu­cha­łem cier­pli­wie i uprzej­mie, jak gdyby ten młody czło­wiek i jego pomy­sły bar­dzo mnie inte­re­so­wały, ale tak naprawdę byłem myślami gdzie indziej, mia­łem głowę wypeł­nioną robotą, pomy­słami na nową powieść, ripo­stami dla dzien­ni­ka­rzy i wydaw­ców, spo­so­bami na uwie­dze­nie kobiety, która wyda­wała się mną aku­rat zain­te­re­so­wana, pla­nami podróży zwią­za­nych z pro­mo­cją moich ksią­żek.

Nie wiem, czy ona to zauwa­żyła, ale ja nie zauwa­ży­łem, że Michaił stop­niowo zacie­rał się w naszych roz­mo­wach, a wresz­cie znik­nął z nich zupeł­nie. Nato­miast Ester zaczęła się zacho­wy­wać coraz bar­dziej osten­ta­cyj­nie. Kiedy była w Paryżu, coraz czę­ściej wycho­dziła z domu wie­czo­rami, twier­dząc za każ­dym razem, że przy­go­to­wuje repor­taż o klo­szar­dach.

Przy­szło mi do głowy, że ma romans. Przez tydzień biłem się z myślami, czy powi­nie­nem wyra­zić podej­rze­nia, czy raczej uda­wać, że nic się nie dzieje. Posta­no­wi­łem to zigno­ro­wać, wycho­dząc z zało­że­nia, że "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal". Wyda­wało mi się abso­lut­nie nie­moż­liwe, żeby mogła mnie opu­ścić - wło­żyła wiele trudu, by pomóc mi stać się tym, kim jestem, nie wyrzek­nie się tego wszyst­kiego dla jakiejś prze­lot­nej namięt­no­ści.

Gdyby tak naprawdę obcho­dził mnie świat Ester, powi­nie­nem był zapy­tać cho­ciaż raz, co się stało z jej tłu­ma­czem, jego "magiczną" wraż­li­wo­ścią. Powi­nie­nem był zanie­po­koić się tą ciszą, tym bra­kiem infor­ma­cji. Powi­nie­nem był ją popro­sić, żeby choć raz zabrała mnie na swój "repor­taż o klo­szar­dach".

Kiedy od czasu do czasu pytała, czy inte­re­suje mnie jej praca, mia­łem zawsze jedną odpo­wiedź: "Oczy­wi­ście, że mnie inte­re­suje, ale nie chcę się wtrą­cać. Chcę, żebyś swo­bod­nie speł­niała swoje marze­nia zgod­nie z twoim wybo­rem, tak jak ty pomo­głaś mi zre­ali­zo­wać moje".

Co było w grun­cie rze­czy obja­wem total­nego braku zain­te­re­so­wa­nia. Ale ponie­waż ludzie zawsze wie­rzą w to, w co chcą wie­rzyć, Ester zado­wa­lała się moją odpo­wie­dzią.

Znowu przy­po­mi­nają mi się słowa inspek­tora poli­cji, kiedy wypusz­czał mnie z aresztu: Jest pan wolny. Co to jest wol­ność? Co zna­czyła wol­ność dla Ester? Wie­dzieć, że twój mąż nie inte­re­suje się tym, co robisz? Czuć się samotną, nie mieć się z kim podzie­lić naj­in­tym­niej­szymi uczu­ciami, bo męż­czy­zna, któ­rego poślu­bi­łaś, jest skon­cen­tro­wany tylko i wyłącz­nie na swo­jej pracy, na swo­jej waż­nej, wspa­nia­łej, trud­nej karie­rze?

Spo­glą­dam znowu na wieżę Eif­fla. Minęła kolejna godzina, bo wieża znowu błysz­czy, jakby była wysa­dzana dia­men­tami. Nie wiem, ile razy już roz­bły­sła, odkąd tu sie­dzę przy oknie. Wiem tylko, że w imię wol­no­ści naszego mał­żeń­stwa nie zro­zu­mia­łem, że Michaił znik­nął z opo­wie­ści mojej żony...

...by poja­wić się w jakimś barze i znik­nąć znowu, tym razem zabie­ra­jąc Ester ze sobą, a ze sław­nego pisa­rza zro­bić typa podej­rza­nego o zbrod­nię.

Albo, co gor­sza, porzu­co­nego męż­czy­znę.

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji książki

Pytanie Hansa

Nić Ariadny

Powrót do Itaki