Zagubiony w mroku - Urszula Gajdowska

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Lon­dyn,ma­rzec 1822 roku

- Zejdź mi z drogi! - krzyk­nął z po­gardą męż­czy­zna w ele­ganc­kim płasz­czu, błysz­czą­cych bu­tach i wy­so­kim ka­pe­lu­szu. Ode­pchnął la­ską drobne, wy­chu­dzone dziecko w po­dar­tym ubranku, z bu­rzą czar­nych, splą­ta­nych lo­ków. - Że­bracy! - prych­nął.

Chło­piec za­to­czył się i upadł na brudny chod­nik mię­dzy prze­chod­niów, przez co roz­darł już i tak po­strzę­pione spodnie i bo­le­śnie stłukł so­bie ko­lano. Za­ci­snął zęby, pró­bu­jąc nie krzy­czeć z bólu i stra­chu. Spoj­rzał na męż­czy­znę, który od­wró­cił się od niego z nie­sma­kiem i po­szedł da­lej, nie zwra­ca­jąc uwagi na jego cier­pie­nie. Chło­piec po­czuł się sa­motny i bez­bronny. Zimny wiatr ciął mu w twarz, ale krzyki woź­ni­ców i od­głosy po­wo­zów za­głu­szały jego płacz.

- Prze­suń się, bo cię roz­jadę! - ostrzegł go je­go­mość cią­gnący ciężki i skrzy­piący wó­zek z wę­glem. - Idź le­piej gdzie in­dziej - po­ra­dził współ­czu­ją­cym to­nem. - Za ro­giem wi­dzia­łem kon­sta­bli. Za­raz cię aresz­tują.

Dziecko spoj­rzało na niego, po­tem na swoje ocie­ka­jące krwią ko­lano, kiw­nęło główką i po­kuś­ty­kało w stronę dziury w bra­mie mię­dzy sta­rymi, znisz­czo­nymi ka­mie­ni­cami. Prze­mknęło na tyły ulicy, a po­tem wą­skimi przej­ściami mię­dzy bu­dyn­kami do swo­jego domu.

- Wra­casz z ni­czym? - spy­tała oskar­ży­ciel­skim to­nem wy­soka ko­bieta o pięk­nej twa­rzy i sro­gim spoj­rze­niu.

Chło­piec nie od­po­wie­dział. Po­krę­cił de­li­kat­nie głową, po­chy­lił ją i wy­cią­gnął przed sie­bie dło­nie w ocze­ki­wa­niu na karę.

- I co ja mam z tobą zro­bić, Will? Nie stać mnie na to, żeby cię kar­mić i ubie­rać - po­wie­działa ze spo­ko­jem, więc dziecko na­tych­miast zro­zu­miało, że nie była sama. Do ich domu, czy ra­czej wy­naj­mo­wa­nego po­koju w ka­mie­nicy czyn­szo­wej, za­wi­tał na kilka dni ma­ry­narz, który od kilku lat spo­ty­kał się z matką chłopca. Nie był jego oj­cem, co mu wie­lo­krot­nie wy­po­mniał, ale Wil­liam wcale się tym nie mar­twił, bo ni­gdy nie chciałby mieć ta­kiego ojca. Po­dej­rze­wał, że nie był on uczci­wie pra­cu­ją­cym czło­wie­kiem, lecz pa­rał się pi­rac­twem, za które gro­ziła kara śmierci.

- To nie jego wina. - Szczer­baty męż­czy­zna wsta­wił się za nim, uno­sząc zło­wiesz­czo brew. - Nie wzbu­dza już ta­kiej li­to­ści, jak po­wi­nien. Ile on ma lat?

- Ze trzy albo cztery - od­rze­kła ko­bieta.

- Sześć. Mam sześć lat, mamo. Za ty­dzień są moje uro­dziny - przy­po­mniał chło­piec.

- Szcze­niak umie li­czyć - za­re­cho­tał męż­czy­zna. - A to ci do­piero!

- Na­uczy­łam, żeby nie dał się oszu­kać na forsę - stwier­dziła ko­bieta, wzru­sza­jąc ra­mio­nami, jakby to była je­dyna rzecz, którą zro­biła dla niego. - Rze­czy­wi­ście może mieć sześć. Cho­ciaż nie wy­gląda. - Spoj­rzała na dziecko, prze­chy­la­jąc głowę na bok. - Ależ ten czas leci.

- Wy­gląda. Wy­soki jest, dla­tego nic nie wy­że­brał. Ale ja znam do­bry spo­sób na to, żeby go tro­chę prze­ro­bić - oznaj­mił męż­czy­zna z za­do­wo­le­niem, pa­trząc na chłopca jak na ka­wa­łek mięsa.

Wil­liam za­drżał na te słowa, ale dziel­nie stał w miej­scu i wpa­try­wał się w matkę. Nie miał do­kąd uciec i li­czył na to, że mimo iż ni­gdy nie oka­zy­wała mu czu­ło­ści, jak ro­biły to inne matki, które ob­ser­wo­wał, to nie po­zwoli na to, by jej gach, jak to okre­ślali są­sie­dzi, zro­bił mu aż tak wielką krzywdę. Ow­szem, tłukł go cza­sami i wy­sta­wiał na noc na ze­wnątrz, gdzie mo­gły za­ata­ko­wać go po­twory, ale do tej pory ni­czego mu nie ob­ciął.

- Nie obe­tnę dzie­cia­kowi nóg - za­pew­niła ko­bieta, na co Wil­liam ode­tchnął z ulgą. - Nie to, że­bym ja­koś go spe­cjal­nie ża­ło­wała, ale kto mi bę­dzie po wodę bie­gał?

- No tak - mruk­nął męż­czy­zna i po­dra­pał się w brodę.

- I nie będę go no­sić! Durny po­mysł. I tak mam z nim same kło­poty. Ska­ra­nie bo­skie.

- Do fa­bryki go nie we­zmą. Na to jest za młody.

- Mo­żemy po­wie­dzieć, że ma już dzie­więć lat.

- Aż tacy głupi to nie są. Na tyle nie wy­gląda.

- Nie będę go też sprze­da­wać na go­dziny - za­strze­gła. - Tego mi Bóg nie da­ruje.

- O Bogu mó­wisz? Ty?! Ta­nia dziwka z ta­werny.

- By­łam bar­manką!

- A dzie­ciak to ci się sam zmaj­stro­wał? - za­kpił.

- My­śla­łam, że nie ży­jesz. Nie od­zy­wa­łeś się przez dwa lata, a oj­ciec chło­paka wy­pły­nął, za­nim się spo­strze­głam, i ni­gdy nie wró­cił. Zgi­nął na mo­rzu. Mó­wi­łam to już, Mor­ti­me­rze.

- Ta. Mó­wi­łaś.

- Nie ka­za­łeś mi się go po­zby­wać - przy­po­mniała.

- Nie ka­za­łem - po­twier­dził.

- A może go weź­miesz na sta­tek?

- Za mały jest, na majtka za chudy, do kam­buza za słaby. - Się­gnął po sto­jącą na stole bu­telkę wina, od­kor­ko­wał ją zę­bami, wy­pluł ko­rek i upił tro­chę. - A jakby go tak ośle­pić? - Otarł usta wierz­chem dłoni.

- Nie trafi, gdzie trzeba - od­rze­kła ze spo­ko­jem. - A poza tym na co mi się zda ślepy?

- Na jedno oko tylko.

- Po co?

- Żeby wzbu­dzał li­tość. Jedno ślepe, dru­gie bę­dzie za­le­piał, że niby mu ro­pieje. Ja jed­nego nie mam i żyję - do­dał Mor­ti­mer i wy­szcze­rzył się w dziu­ra­wym uśmie­chu. - I tak się składa, że wiem już, kto mi to zro­bił.

Ko­bieta sku­liła się na te słowa.

- On nie zna chłopca. Nie wie na­wet, że ist­nieje. Za­bro­ni­łeś mi mu po­wie­dzieć.

- Może zmie­ni­łem zda­nie - wy­mru­czał. - Wiesz, co mówi Pi­smo: oko za oko.

- I?

- Co to za róż­nica, czy to bę­dzie jego oko, czy jego bę­karta?

- Nie strasz dzie­ciaka, Mor­ti­me­rze - po­pro­siła ko­bieta. - Jesz­cze mi się zmo­czy i kto to bę­dzie sprzą­tał?

- Nie stra­szę, ale sły­sza­łem, że w ciem­no­ści czają się ślepe stwory, co to lu­bią upo­dab­niać dzieci do sa­mych sie­bie. A dziś zdaje się, wi­dzia­łem jed­nego z nich.

Wil­liam sku­lił się na te słowa. Nie miał po­ję­cia, jak się ko­goś ośle­pia, ale po­dej­rze­wał, że nie jest to przy­jemne. Od za­wsze bał się ciem­no­ści, co i matka, i Mor­ti­mer czę­sto wy­ko­rzy­sty­wali, wy­rzu­ca­jąc go nocą za drzwi za karę.

Czy by­liby jed­nak zdolni do ta­kiego okru­cień­stwa?

2

Port w Lon­dy­nie,luty 1824 roku

Ka­pi­tan Za­dar Fo­glar ro­zej­rzał się po lon­dyń­skim por­cie, do któ­rego wpły­wał i z któ­rego wy­pły­wał wie­lo­krot­nie przez nie­mal dwie de­kady, a i wcze­śniej to stąd wy­ru­szał wraz z matką i braćmi w po­dróże mię­dzy An­glią, miej­scem uro­dze­nia ich matki, a obec­nym Kró­le­stwem Pol­skim, z któ­rego wy­wo­dził się ich oj­ciec.

Port w Lon­dy­nie był jed­nym z naj­więk­szych i naj­bar­dziej ru­chli­wych na świe­cie. Za­dar nie­zmien­nie po­zo­sta­wał pod wra­że­niem wiel­ko­ści i zróż­ni­co­wa­nia tego miej­sca. Z jed­nej strony wi­dział ogromne statki han­dlowe, które przy­wo­ziły to­wary z róż­nych za­kąt­ków globu: przy­prawy z In­dii, her­batę z Chin, ba­wełnę z Ame­ryki, wino z Fran­cji, drewno z Ro­sji. Z dru­giej strony cu­mo­wały tu małe ło­dzie ry­bac­kie, z któ­rych sprze­da­wano świeże ryby na na­brzeżu. Spo­glą­dał też na statki pa­sa­żer­skie, które za­bie­rały lu­dzi do da­le­kich kra­jów lub przy­wo­ziły imi­gran­tów szu­ka­ją­cych lep­szego ży­cia w An­glii.

Port sta­no­wił miej­sce spo­tkań i wy­miany kul­tu­ro­wej. Można było tu usły­szeć różne ję­zyki i ak­centy, zo­ba­czyć barwne stroje i po­znać zwy­czaje od­mienne od ro­dzi­mych, po­czuć roz­ma­ite za­pa­chy i smaki, ofe­ro­wane przez liczne kramy i ta­werny. Był pe­łen ży­cia i ko­lo­rów, ale też ha­łasu i brudu. Ka­pi­tan wie­lo­krot­nie był świad­kiem kra­dzieży i bó­jek, sam też nie­jed­no­krot­nie brał w tra­ko­wych udział, choć zwy­kle nie dla­tego, że je pro­wo­ko­wał, ale po­nie­waż nie po­tra­fił przejść obo­jęt­nie, kiedy ko­muś działa się krzywda. Choć Bo­giem a prawdą, to nie mógł po­wie­dzieć, że ro­bił to bez przy­jem­no­ści... Na­pra­nie ja­kie­goś ło­buza wcale nie było dla niego przy­krym obo­wiąz­kiem, cho­ciaż jego pod­władni uwa­żali go za czło­wieka sta­now­czego, ale nie­zmier­nie ła­god­nego w po­rów­na­niu do in­nych ka­pi­ta­nów stat­ków.

W por­cie nie­trudno było nie­stety o cho­roby, które sze­rzyły się wśród ubo­giej oko­licz­nej lud­no­ści. Miej­sce to było więc fa­scy­nu­jące i prze­ra­ża­jące za­ra­zem, od­zwier­cie­dlało kon­tra­sty i na­pię­cia epoki.

Za­dar wszedł na po­kład statku, który od paru dni cu­mo­wał przy na­brzeżu, po­da­ro­wa­nego mu przed kil­koma mie­sią­cami, tuż przed śmier­cią przez ojca. Obaj byli ludźmi mo­rza i zmarły hra­bia do­sko­nale wie­dział, ja­kiego masz­towca trzeba jego sy­nowi. Po­przedni sta­tek Za­dara był zde­cy­do­wa­nie skrom­niej­szy, choć lata cięż­kiej pracy wresz­cie przy­nio­sły mu do­chody na tyle przy­zwo­ite, by mógł sam za­ku­pić łajbę po­dob­nych roz­mia­rów do tej, którą za­pi­sał mu w te­sta­men­cie oj­ciec.

Nie li­czył na spa­dek, nie spo­dzie­wał się, że stary hra­bia zo­stawi po so­bie co­kol­wiek, poza roz­licz­nym po­tom­stwem, a jed­nak oj­ciec nie za­po­mniał o nim, mało tego, jemu i resz­cie swo­ich dzieci zo­sta­wił wska­zówki, które mo­gły do­pro­wa­dzić ich do skarbu ukry­tego przed laty u wy­brzeży Ame­ryki Po­łu­dnio­wej.

"The Ad­ven­ture" był pięk­nym trzy­masz­tow­cem z dwu­na­stoma dzia­łami na bur­tach. Po­dróż, która ich cze­kała, za­po­wia­dała się nie­bez­piecz­nie i ry­zy­kow­nie, ale ka­pi­tan Fo­glar miał spore do­świad­cze­nie i ochotę na to, by mie­rzyć się z prze­ciw­no­ściami, nie tylko z po­tęgą ży­wio­łów, lecz także z pi­ra­tami, cho­ro­bami, bun­tem za­łogi albo czym­kol­wiek in­nym, co za­ję­łoby mu my­śli po tym, jak ko­bieta, któ­rej się oświad­czył, wy­brała jego star­szego brata.

Przed oczami na­dal miał ob­raz Fry­de­ryka i panny Thomp­son przy­tu­lo­nych przed ko­min­kiem za­raz po tym, jak Za­dar wrę­czył ko­bie­cie pier­ścio­nek i dał jej czas do na­my­słu.

Może nie był do sza­leń­stwa za­ko­chany we Flo­rence Thomp­son, ale ubo­dło go do ży­wego to, iż nie wspo­mniała sło­wem, że ko­cha in­nego. Jego star­szego brata, ele­ganc­kiego, przy­stoj­nego, za­dba­nego, umie­ją­cego od­na­leźć się na sa­lo­nach hra­biego. Nie było to może za­ska­ku­jące, bo Fry­de­ryk był zde­cy­do­wa­nie lep­szą par­tią od bro­da­tego, nie­okrze­sa­nego ma­ry­na­rza, ale i tak spo­wo­do­wało, że Za­dar nie po­tra­fił za­cho­wać spo­koju.

* * *

- Cho­lera! - za­klął pod no­sem tego wie­czoru, kiedy na­krył ich w bi­blio­tece. Fry­de­ryk i panna Thomp­son nie ro­bili nic zdroż­nego, ale głupi by się nie do­my­ślił, że do sie­bie lgną. Za­dar wi­dział, jak ko­bieta wzdy­chała, kiedy jego brat obej­mo­wał ją z czu­ło­ścią i ca­ło­wał w czu­bek głowy.

Bez na­my­słu, wie­dziony in­stynk­tem, pod­biegł do brata, szarp­nął go za ra­mię, a kiedy ten się od­wró­cił, wy­pro­wa­dził mu cios pro­sto w szczękę.

Flo­rence od­sko­czyła prze­ra­żona.

Hra­bia zwie­sił ręce po bo­kach i nad­sta­wił drugi po­li­czek.

Ka­pi­tan nie oka­zał li­to­ści. Wy­mie­rzył mu drugi cios, tym ra­zem od dołu. A po­tem po­pra­wił sier­po­wym pro­sto w nos.

- Niech pan prze­sta­nie! - krzyk­nęła Flo­rence, pró­bu­jąc wejść po­mię­dzy męż­czyzn.

- Za­słu­ży­łem - przy­znał Fry­de­ryk, się­ga­jąc po chu­s­teczkę, aby wy­trzeć stróżkę krwi wy­cie­ka­ją­cej z nosa. - Niech się pani od­su­nie.

Za­dar spoj­rzał na nich oboje i wark­nął ze zło­ści.

- Cho­lera! - po­wtó­rzył prze­kleń­stwo. - Mo­gli­ście mi po­wie­dzieć. Nie ro­bił­bym z sie­bie po­śmie­wi­ska!

- Prze­pra­szam - wy­du­kała panna Thomp­son. - Ja nie...

- Niech się pani od­su­nie, to sprawa mię­dzy nami - syk­nął młod­szy z braci, a hra­bia wy­pro­sto­wał się i na­sta­wił na ko­lejne ude­rze­nia.

- Nie mogę po­zwo­lić na to, by pan go bił! On się na­wet nie pró­buje bro­nić - do­dała prze­ra­żona i po­now­nie sta­nęła mię­dzy nimi.

- Jak długo to trwa? - spy­tał Za­dar.

- Co trwa? - od­po­wie­dział py­ta­niem Fry­de­ryk. - Wiesz, że... To moja wina. Wró­ci­łem pod­pity, a ona tak pięk­nie wy­glą­dała, sto­jąc w pół­mroku. To miało być... Wła­ści­wie nie wiem, co to miało być. - Spoj­rzał na pannę Thomp­son.

Za­dar przyj­rzał się im obojgu i z bó­lem stwier­dził, że pa­trzą na sie­bie tak, jak pa­trzeć po­winni za­ko­chani w so­bie lu­dzie. Nie tak jak Flo­rence Thomp­son pa­trzyła na niego. Opu­ścił ręce i wes­tchnął.

- Dla­czego nie wi­dzia­łem tego wcze­śniej? - spy­tał sie­bie sa­mego.

- Ale my... To nie­moż­liwe, pan prze­cież wie, ka­pi­ta­nie.

- Dla­tego nie po­tra­fiła pani od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie - stwier­dził Za­dar, pa­trząc na pier­ścio­nek, który na­dal trzy­mała w dłoni.

Flo­rence na­tych­miast wy­cią­gnęła w jego stronę rękę. Ka­pi­tan wziął pier­ścio­nek i wes­tchnął po­now­nie.

- Prze­pra­szam - po­wtó­rzyła Flo­rence.

- Ro­zu­miem - od­parł. - Boli mnie tylko, że tak długo mnie pani zwo­dziła, choć jak się nad tym za­sta­no­wić, to nie da­wała mi pani nad­mier­nych na­dziei. To ja so­bie wy­obra­zi­łem zbyt wiele.

- Przy­kro mi.

- Chciał­bym po­roz­ma­wiać z bra­tem na osob­no­ści - stwier­dził chłod­nym to­nem.

- Na­tu­ral­nie - od­parła za­wsty­dzona. Po­tem szybko do­dała: - Ale nie po­bije go pan bar­dziej?

- Obie­cuję, że już go nie do­tknę. Ra­chu­nek wy­rów­nany.

Tylko Bóg je­den wie, jak wiele go kosz­to­wało za­cho­wa­nie spo­koju. Miał ochotę sprać brata na kwa­śne jabłko, ale prze­cież to nie Fry­de­ryk był wi­nien temu, że Flo­rence po­ko­chała jego, a nie Za­dara. Ka­pi­tan mu­siał za­ci­snąć zęby i po­stą­pić tak, jak na­leży. To, że on cier­piał, nie mu­siało wcale ozna­czać, że inni mu­szą cier­pieć ra­zem z nim.

- Dla­czego włó­czysz się po tych wszyst­kich przy­ję­ciach i uma­wiasz z róż­nymi ko­bie­tami - zwró­cił się Za­dar do star­szego brata - a te­raz ob­no­sisz się ze zna­jo­mo­ścią z wi­ceh­ra­biną, skoro ty i ona...

- Prze­cież wiesz, że szu­kam dla Evie matki i ko­biety, która ją wpro­wa­dzi do to­wa­rzy­stwa.

Evie, nie­ślubne dziecko ich ojca, o któ­rym do nie­dawna nie wie­dzieli, tra­fiła do nich z pen­sji dla dziew­cząt, gdzie do­znała okrut­nego trak­to­wa­nia. Dziew­czynka była chuda, za­nie­dbana, za­lęk­niona i nie była w sta­nie mó­wić przy ob­cych. To dzięki gu­wer­nantce, wła­śnie pan­nie Thomp­son, udało się ją uspo­koić i za­cząć oswa­jać z nową sy­tu­acją. Za­dar po­dzi­wiał Flo­rence, jej cier­pli­wość i do­bre serce. To dla­tego chciał ją po­jąć za żonę. Ona jed­nak zwle­kała z od­po­wie­dzią. W tam­tej chwili zro­zu­miał, co, a ra­czej kto był tego po­wo­dem.

- A panna Thomp­son nie mo­głaby tego uczy­nić? - drą­żył Za­dar. To, że ko­bieta od­dała pier­ścio­nek, nie mu­siało ozna­czać, że pra­gnie być sama.

- Ba­ro­nowa... - Fry­de­ryk za­czął po­wo­ły­wać się na ich kon­ser­wa­tywną ciotkę, która nie tyle po­ma­gała im w opiece nad Evan­ge­line, ile za­cho­wy­wała po­zory pa­no­wa­nia nad sy­tu­acją i pró­bo­wała swa­tać Fry­de­ryka.

- Ba­ro­nowa?! Sły­szysz sam sie­bie?! Je­żeli wy­pu­ścisz Flo­rence z rąk, to bę­dziesz skoń­czo­nym głup­cem.

- Co?! Przed chwilą roz­kwa­si­łeś mi nos.

- Za­słu­ży­łeś.

- Wiem - przy­znał po­kor­nie Fry­de­ryk i znów się­gnął po chustkę. - A co z tobą? Mia­łeś wo­bec niej po­ważne plany.

- Mia­łem. By­łem nią za­uro­czony. Je­stem - po­pra­wił się. - I mam ochotę cię stłuc jesz­cze raz.

Star­szy brat od­su­nął się na wszelki wy­pa­dek.

- Nie zro­bię tego - wy­ce­dził Za­dar, mie­rząc go groź­nym spoj­rze­niem. - Chcę tylko po­wie­dzieć, że lu­bię ją, sza­nuję i po­zo­staję pod jej uro­kiem, ale od po­czątku czuję, że nie od­wza­jem­nia mo­jego za­in­te­re­so­wa­nia.

- Tak?

- Ślepy nie je­stem. I wy­liżę się. Nie przej­muj się. Nie pierw­szy raz zo­sta­łem od­rzu­cony - po­wie­dział, choć te słowa z tru­dem prze­szły mu przez gar­dło.

Do bi­blio­teki wszedł ich młod­szy brat, Oskar, i wspól­nie z Za­da­rem za­częli prze­ko­ny­wać Fry­de­ryka, by po­biegł za Flo­rence, choć wcale nie było to ła­twe, dla­tego, że Za­dar ro­bił do­brą minę do złej gry a tam­ten był uparty jak osioł.

- Po­bi­li­ście się? O pannę Thomp­son?! - Oskar od razu od­na­lazł się w sy­tu­acji.

Spoj­rzeli na niego z za­cie­ka­wie­niem.

- No co? Prze­cież sami mó­wi­li­ście, że plot­kuję z po­ko­jów­kami. Ro­zu­miem, że Za­dar wy­grał po­je­dy­nek, ale chyba pier­ścionka nie przy­jęła?

- Chcesz i ty obe­rwać po no­sie? - spy­tał Za­dar.

- Nie, ale co te­raz?

- Ten idiota są­dzi, że nie może się z nią oże­nić, a wi­dać, że mają się ku so­bie - po­wie­dział ka­pi­tan i po­dał star­szemu bratu swoją chustkę.

Fry­de­ryk przy­jął ją i przy­ło­żył so­bie do nosa, który na­dal krwa­wił.

- Jak to nie może? - zdzi­wił się Oskar. - A kto ci za­broni? - rzu­cił do Fry­de­ryka ze zło­ścią.

- Znasz za­sady? No tak - zre­flek­to­wał się hra­bia. - Ty i za­sady...

- A ty mu­sisz się wszyst­kich trzy­mać?

- Nie mu­szę, ale...

- Sam mu za­raz przy­łożę - po­wie­dział Oskar, pa­trząc na Za­dara.

- Nie krę­puj się. Przyda mu się jesz­cze. A ja obie­ca­łem, że go nie tknę.

- Wła­ści­wie - stwier­dził Fry­de­ryk, który już ich nie słu­chał, za­my­ślony nad wła­snym po­ło­że­niem. - Wła­ści­wie to mogę. Prze­cież za­nim Evie za­cznie by­wać w to­wa­rzy­stwie, to Flo­rence i ja zdą­żymy... - Za­ci­snął usta, stwier­dziw­szy, że się za­ga­lo­po­wał.

- Idź do niej, dur­niu! - wy­krzyk­nął Oskar. - Prze­cież ci na niej za­leży. Co może być lep­szym po­wo­dem do ślubu?

- Po­trze­bu­jesz pier­ścionka? - do­dał Za­dar, zer­ka­jąc po­dejrz­liwe na Oskara. - Ro­man­tyzm w twoim wy­ko­na­niu?

Naj­młod­szy z braci tylko wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie po­trze­buję - wy­mru­czał Fry­de­ryk, po czym pod­szedł do skrytki w biurku, w któ­rej trzy­mał dość skromny pier­ścio­nek ich matki.

Za­dar we­pchnął pu­de­łeczko z pier­ścion­kiem prze­zna­czo­nym dla Flo­rence jesz­cze głę­biej do kie­szeni, po­dob­nie jak swoją dumę, i kiw­nął bratu na znak, żeby się po­śpie­szył.

* * *

Może z boku wy­glą­dało to tak, jakby zwy­czaj­nie zro­zu­miał, że on i panna Thomp­son nie są so­bie pi­sani, od­pu­ścił i po­mógł bratu w od­kry­ciu jego prze­zna­cze­nia, ale choć Za­dar po­wta­rzał so­bie, że za­cho­wał się jak na­leży, że tak na­prawdę nic strasz­nego się nie stało, bo prze­cież nie zdą­żył się za­an­ga­żo­wać, to gdzieś na skraju świa­do­mo­ści ma­ja­czyła mu myśl o zbyt ła­twym pod­da­niu się. Już raz kie­dyś ła­two zre­zy­gno­wał z ko­biety, w któ­rej się za­ko­chał, a po­tem przy­pła­cił to la­tami sa­mot­no­ści. Nie chciał po­paść w ma­razm, ale czarne my­śli ata­ko­wały go ze wszyst­kich stron i choć uda­wał, że cie­szy się szczę­ściem brata, to gdzieś w środku wcale nie ży­czył mu szczę­ścia, a to jesz­cze bar­dziej go przy­gnę­biało, bo jak za­czął my­śleć, ta odro­bina zła, którą po­noć każdy w so­bie po­sia­dał, u niego wcale nie była taka mała...

Naj­głup­szym, ale jed­no­cze­śnie naj­prost­szym spo­so­bem, aby choć przez chwilę prze­stać o tym my­śleć, było pój­ście do por­to­wej karczmy i spi­cie się do nie­przy­tom­no­ści. Kie­dyś już wpadł w pu­łapkę tych do­raź­nych, po­zor­nych ulg. Ży­cie po al­ko­holu sta­wało się przez chwilę lep­sze, zno­śniej­sze, ale po­tem, gdy trzeź­wiał, ro­biło się znów tak samo uciąż­liwe i pił jesz­cze wię­cej.

Nie, nie mógł znów wpaść w tę samą pu­łapkę! Po­sta­no­wił zna­leźć inny spo­sób.

Rejs mógł być do­brą me­todą na prze­wie­trze­nie umy­słu, uwol­nie­nie my­śli od za­mar­twia­nia się tym, że nie był wy­star­cza­jąco do­brym kan­dy­da­tem na męża, i po­go­dze­nie się z wy­bo­rem panny Thomp­son. Wcze­śniej nie za­le­żało mu na za­ło­że­niu ro­dziny i po­sia­da­niu miej­sca, do któ­rego mógłby wra­cać z da­le­kich po­dróży. Kiedy przed wie­loma laty zo­stał zra­niony i od­rzu­cony bez po­da­nia przy­czyny, uko­je­nie zna­lazł naj­pierw w kie­liszku, póź­niej w cięż­kiej pracy i wy­da­wało mu się, że ni­czego wię­cej mu już nie po­trzeba. Gdy jed­nak po­znał Flo­rence Thomp­son i zo­ba­czył, jak opie­kuje się jego młod­szą sio­strą, zro­zu­miał, iż pra­gnie wresz­cie się ustat­ko­wać, a przy­naj­mniej zna­leźć ko­goś, z kim mógłby dzie­lić ży­cie, stwo­rzyć praw­dziwą ro­dzinę, czuć przy­na­leż­ność do ma­łej, ko­cha­ją­cej się wspól­noty, za­pu­ścić ko­rze­nie.

W skry­to­ści du­cha był do­ma­to­rem, a nie po­dróż­ni­kiem, choć mo­rze i ułudę wol­no­ści, którą mu da­wało, po­ko­chał ca­łym ser­cem. Nie wy­ma­gał od swo­jej przy­szłej żony, aby da­rzyła go ja­kimś głę­bo­kim uczu­ciem, bo i sam nie był pe­wien, czy po­trafi ta­kie z sie­bie wy­krze­sać, ale wza­jemny sza­cu­nek, od­da­nie i wspie­ra­nie się w co­dzien­nych obo­wiąz­kach nie było jego zda­niem czymś nie­moż­li­wym do osią­gnię­cia.

Nie­stety oka­zał się ostat­nim głup­cem, są­dząc, że wy­kształ­cona, piękna i miła ko­bieta wy­bie­rze ko­goś ta­kiego jak on, kiedy do wy­boru miała jesz­cze jego star­szego brata. Fry­de­ryk był zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ele­gancki, po­tra­fił za­cho­wy­wać się, jak na dżen­tel­mena przy­stało, ni­gdy nie pi­jał, jak on, pro­sto z beczki na czas, przy aplau­zie za­łogi. Za­dar był nie­okrze­saną, mniej uło­żoną, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej dziką wer­sją brata. W dzie­ciń­stwie brano ich za bliź­nia­ków i na­wet te­raz było wi­dać ro­dzinne po­do­bień­stwo, ale Za­dar był nieco wyż­szy, po­tęż­niej zbu­do­wany, nie tyle ze względu na spo­sób od­ży­wia­nia się, ile ciężką pracę na mo­rzu. Nie ubie­rał się z taką ele­gan­cją i klasą jak Fry­de­ryk, nie po­sia­dał w swo­jej skrom­nej gar­de­ro­bie ni­czego na­wet w po­ło­wie tak kosz­tow­nego, jak fraki, sur­duty i ka­pe­lu­sze brata. Nie strzygł się zbyt re­gu­lar­nie, a brodę po pro­stu za­cze­sy­wał dło­nią i pod­ci­nał, kiedy za­czy­nała za­cze­piać o liny lub wplą­ty­wać się w gu­ziki płasz­cza. Wy­glą­dał jak nie­po­korny wilk mor­ski, nie jak dżen­tel­men.

Do nie­dawna zu­peł­nie mu to nie prze­szka­dzało, ale kiedy zdał so­bie sprawę z tego, że pra­gnie wresz­cie się ustat­ko­wać, a przy­naj­mniej zna­leźć ko­goś, z kim mógłby dzie­lić ży­cie, to uznał swój wy­gląd bar­ba­rzyńcy za po­ten­cjal­nie od­stra­sza­jący dla dam. Dla­tego przy­strzygł brodę, ucze­sał wiecz­nie roz­czo­chrane włosy i sta­rał się za­cho­wy­wać jak na­leży. Nie­stety wszystko wzięło w łeb, więc na ja­kiś czas mu­siał po­rzu­cić my­śli o żo­nie i ro­dzi­nie i za­jąć się czymś, co spra­wiało mu naj­więk­szą ra­dość, by nie po­paść w me­lan­cho­lię. Za­nim jed­nak do­szedł do tego wnio­sku, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie spił się do nie­przy­tom­no­ści, z czego wcale te­raz nie był dumny.

Za­dar spoj­rzał na swój ze­ga­rek kie­szon­kowy i za­uwa­żył, że było już pra­wie po­łu­dnie. Miał jesz­cze kilka go­dzin, za­nim sta­tek wy­pły­nie z portu. Po­sta­no­wił więc spraw­dzić, czy wszystko jest go­towe do po­dróży. Skie­ro­wał się do ka­biny pierw­szego ofi­cera, który był jego prawą ręką i za­ufa­nym przy­ja­cie­lem. Za­pu­kał do drzwi i usły­szał głos z wnę­trza.

- Kto tam?

- To ja. Mogę wejść?

- Oczy­wi­ście, pro­szę bar­dzo - po­wie­dział pierw­szy ofi­cer i otwo­rzył drzwi.

Ka­pi­tan wszedł do ka­biny. Wil­liam Joh­nes sie­dział przy biurku, na któ­rym le­żały różne do­ku­menty i mapy. Pierw­szy ofi­cer był mło­dym, przy­stoj­nym męż­czy­zną o blond wło­sach i nie­bie­skich oczach. Słu­żył pod roz­ka­zami Za­dara od kilku lat. Był lo­jalny, in­te­li­gentny i od­ważny, za co ten bar­dzo go ce­nił.

- Wi­taj, Wil­lia­mie. Jak się masz?

- Do­brze, dzię­kuję, Za­da­rze. A ty? - od­po­wie­dział ofi­cer z nie­zwy­kłą ga­lan­te­rią. Wil­liam sta­no­wił dla ka­pi­tana po­most mię­dzy świa­tem ele­ganc­kich sa­lo­nów a świa­tem por­to­wych karczm, przed któ­rymi bie­gały szczury. To dzięki jego obec­no­ści Za­dar na­dal po­tra­fił za­cho­wać się jak dżen­tel­men, choć czuł się z tym nieco sztucz­nie.

- Też do­brze - od­rzekł. - Je­steś go­towy na przy­godę?

- Tak, oczy­wi­ście. Nie mogę się do­cze­kać, by zo­ba­czyć, co nas czeka na tych ta­jem­ni­czych wy­brze­żach. Za­wsze pły­wa­li­śmy po to­wary albo z to­wa­rami, które pla­no­wa­li­śmy sprze­dać z zy­skiem. Tym ra­zem to coś zu­peł­nie in­nego.

- To prawda - wy­mam­ro­tał Za­dar. - Tak czy siak naj­pierw mu­simy się upew­nić, że wszystko jest w po­rządku. Czy masz dla mnie li­stę za­łogi, za­ła­dunku i in­for­ma­cję o sta­nie statku?

- Tak, mam. Oto ona - po­twier­dził pierw­szy ofi­cer i po­dał ka­pi­ta­nowi kilka kar­tek pa­pieru.

Za­dar wziął do­ku­menty i za­czął je prze­glą­dać. Na pierw­szej kartce wid­niały na­zwi­ska człon­ków za­łogi, która li­czyła czter­dzie­ści osób, w tym ofi­ce­rów, ma­ry­na­rzy, ku­cha­rzy, le­ka­rza, ka­pe­lana i kilku pa­sa­że­rów. Na dru­giej kartce znaj­do­wała się li­sta za­ła­dunku, obej­mu­jąca żyw­ność, wodę, broń, amu­ni­cję, na­rzę­dzia, ubra­nia, le­kar­stwa, al­ko­hol, to­wary han­dlowe i inne przed­mioty nie­zbędne do po­dróży. Na trze­ciej kartce był opis stanu statku, oce­niony jako do­bry, choć wy­ma­gał kilku drob­nych po­pra­wek. "The Ad­ven­ture" był stat­kiem z trzema masz­tami, dwoma oża­glo­wa­nymi kwa­dra­towo, a trze­cim - re­jowo. Miał za sobą tylko je­den krótki rejs, a wy­ko­nany był bar­dzo so­lid­nie.

Ka­pi­tan był za­do­wo­lony z tego, co zo­ba­czył.

- Świetna ro­bota, Wil­lia­mie. Wy­gląda na to, że je­ste­śmy go­towi do wy­pły­nię­cia.

- Dzię­kuję. Cie­szę się, że tak uwa­żasz.

- Nie ma za co. Te­raz mu­simy tylko po­cze­kać na od­po­wiedni wiatr i pływ.

- Tak jest. Mam na­dzieję, że nie bę­dziemy mu­sieli cze­kać zbyt długo.

- Ja też. A te­raz, je­śli po­zwo­lisz, mu­szę się za­jąć jesz­cze kil­koma spra­wami. Do zo­ba­cze­nia na po­kła­dzie - po­że­gnał się Za­dar.

- Oczy­wi­ście. Do zo­ba­cze­nia - od­rzekł pierw­szy ofi­cer.

Za­dar wy­szedł z ka­biny. Wró­cił na po­kład i spoj­rzał na ho­ry­zont. Czuł, że zbliża się coś wiel­kiego. Był go­towy na przy­godę, ale nie po­tra­fił wy­zbyć się wra­że­nia, że ta wy­prawa nie bę­dzie ani ła­twa, ani nudna. Nie mu­siał cze­kać długo na po­twier­dze­nie tych prze­czuć.

- Mamy pro­blem, ka­pi­ta­nie. - Pod­szedł do niego drugi ofi­cer, Jack Smith, ciem­no­włosy, wy­soki mło­dzie­niec, z któ­rym pły­wał od kilku mie­sięcy.

- Spo­dzie­wa­łem się.

- Me­dyk zre­zy­gno­wał w ostat­niej chwili. Chyba nie znaj­dziemy na dziś ni­kogo, a bez niego nie mo­żemy pły­nąć.

- Po­ślij kilku lu­dzi do mia­sta, może jed­nak uda im się ko­goś wy­na­jąć. Po­wiedz, że za­płacę po­dwójną stawkę - po­le­cił Za­dar.

* * *

Nie­stety po­słańcy dru­giego ofi­cera wró­cili ze złymi wia­do­mo­ściami. W por­cie ani w ca­łym mie­ście nie zna­lazł się kon­sy­liarz go­towy do wy­pły­nię­cia w rejs, a je­dyny, który się do tego zgło­sił, był tak pi­jany, że nie był w sta­nie utrzy­mać się na no­gach.

Za­dar wes­tchnął z za­wo­dem. Nie pla­no­wał opóź­nień. Chciał jak naj­szyb­ciej ru­szyć w rejs, by jesz­cze la­tem wró­cić do kraju. Wie­dział, że zbyt dłu­gie roz­sta­nie z nie­dawno po­znaną sio­strą nie wpły­nie szcze­gól­nie do­brze na ich re­la­cje, a dziew­czynka i tak miała pro­blemy z oswa­ja­niem się z ludźmi. Te­raz kiedy Flo­rence i Fry­de­ryk pla­no­wali ci­chy ślub i stwo­rze­nie dla Evie ro­dziny, obec­ność po­zo­sta­łych braci nie była może nie­zbędna, ale nie­ba­wem dziew­czynka znów bę­dzie po­trze­bo­wać wspar­cia, zwłasz­cza je­śli mło­dzi mał­żon­ko­wie po­sta­rają się o wła­sne po­tom­stwo, my­ślał Za­dar, choć na­dal spra­wiało mu to ból. Wy­obra­ża­nie so­bie ko­biety, którą sam za­mie­rzał po­ślu­bić, w ra­mio­nach star­szego brata, było co naj­mniej nie­kom­for­towe.

- Ka­pi­tan Za­dar? - usły­szał na­gle. Spoj­rzał, obok niego stał dziw­nie wy­glą­da­jący, drob­nej bu­dowy młody męż­czy­zna.

- To ja. O co cho­dzi? - spy­tał tak ostrym to­nem, że tam­ten nie­omal się sku­lił.

- Dzień do­bry, ka­pi­ta­nie. Na­zy­wam się Mad... Mad­dox McPher­son - za­jąk­nął się, co spra­wiło, że Za­dar po­sta­rał się o ła­god­niej­szy wy­raz twa­rzy. - Sły­sza­łem, że po­szu­ku­je­cie me­dyka?

- Ow­szem. Zna pan ko­goś ta­kiego? - spy­tał ka­pi­tan, przy­glą­da­jąc mu się z uwagą.

- Ja mogę pły­nąć.

- Pan? Jest pan le­ka­rzem?

- Nie­zu­peł­nie.

- Po­trze­bu­jemy le­ka­rza - stwier­dził, nie si­ląc się na uprzej­mość. Może i współ­czuł bie­da­kowi, ale nie miał czasu na roz­mowę z ni­kim in­nym poza le­ka­rzem.

- Stu­dio­wa­łem me­dy­cynę, ale nie mam jesz­cze sto­sow­nych do­ku­men­tów. Za­pew­niam jed­nak, że po­tra­fię za­dbać o za­łogę i pa­sa­że­rów.

- Tak? A gdzie pań­skie na­rzę­dzia do pracy, me­dy­ka­menty?

- Po­dobno ma­cie całe wy­po­sa­że­nie, a ja nie po­cho­dzę z za­moż­nej ro­dziny i chcę uczci­wie na wszystko za­pra­co­wać.

Za­dar nie był prze­ko­nany ani co do kwa­li­fi­ka­cji, ani sa­mego me­dyka, jed­nak fakt, że mło­dzie­niec po­cho­dził z ubo­giego domu, chwy­cił go za serce. Mimo swej szorst­ko­ści ka­pi­tan za­wsze miał sła­bość do po­krzyw­dzo­nych, co nie­stety wie­lo­krot­nie od­biło mu się czkawką.

- Do­brze. Mam na­dzieję, że nie do­pad­nie nas fe­bra i nie po­urywa nam rąk pod­czas sztormu. Miał pan do czy­nie­nia z cho­ro­bami ty­po­wymi dla lu­dzi mo­rza?

- Ow­szem.

- Po­trafi pan zszy­wać rany, wy­cią­gać kule i le­czyć go­rączkę?

- Jak naj­bar­dziej - od­parł młody męż­czy­zna pew­nym to­nem.

- W ta­kim ra­zie wi­tam na po­kła­dzie, pa­nie McPher­son. - Za­dar wy­cią­gnął doń rękę, ale ten, za­miast po­dać mu swoją rów­no­le­gle do jego dłoni, po­ło­żył ją jak do po­ca­łunku.

Za­dara coś tknęło, jed­nak nie dał nic po so­bie po­znać, bo męż­czy­zna szybko na­pra­wił swój błąd, ale kiedy od­cho­dził, do­kład­nie przyj­rzał się jego bio­drom i spo­so­bowi cho­dze­nia. Coś mu tu nie pa­so­wało...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki