Rozdział 1
Zrozumiał, że ma kłopoty, dopiero kiedy poczuł zapach krwi. Na nabrzeżu
panował całkowity mrok. Latarnie nie działały, przez co niszczejące
magazyny stały pogrążone w ciemności jak zapomniane relikty poprzedniej
epoki. W świetle reflektorów starego saaba okolica wyglądała jak
opuszczone industrialne miasteczko. Patrząc przez przednią szybę, Jonah
przypomniał sobie po raz kolejny, że chociaż spędził w Londynie
większość życia, miasto wciąż skrywało zakamarki, o których istnieniu
nie wiedział. I nie chciał wiedzieć, jeśli wszystkie miały wyglądać jak
to miejsce.
Niełatwo było tu trafić. Nabrzeże znajdowało się na wyludnionym odcinku
Tamizy, niezagospodarowanym brzegu, którego nazwa nawet nie wyświetlała
się na mapie. Wskazówki, które otrzymał, były mętne, kilka razy musiał
wracać po swoich śladach, kiedy kolejna uliczka okazywała się prowadzić
donikąd. Teraz zaparkował na skrawku porośniętego chwastami bezdroża
naprzeciwko długiej ściany z cegieł. Po przeciwnej stronie rzeki jak
brylanty lśniły jasne światła drogich apartamentów, barów i restauracji.
Tutaj natomiast panowała ciemność. Szeroko zakrojona modernizacja objęła
resztę doków, ale z jakiegoś powodu ominęła ten podmokły ślepy zaułek.
Żadna niespodzianka, biorąc pod uwagę, jak nazywało się to miejsce.
Jonah myślał z początku, że to żart, ale nie, jednak nie. Dowód,
pordzewiała tabliczka z nazwą ulicy, wisiał tuż przed jego oczami:
"Nabrzeże Rzeźników".
Jeszcze kilka godzin wcześniej siedział przed pubem z kolegami z zespołu, ciesząc się letnim wieczorem po treningu na strzelnicy. Telefon
zadzwonił, akurat kiedy stał przy barze. Nie znał numeru i o mały włos
nie odrzucił połączenia. Ale ludzie przed nim wciąż czekali na swoją
kolejkę, więc po chwili odebrał.
- Jonah? To ja. - I wtedy, na wypadek gdyby zapomniał: - Gavin.
Chociaż ostatnio słyszał ten głos prawie dziesięć lat temu, poczuł
nagle, jakby to było wczoraj.
- Jesteś tam?
Jonah przeszedł do spokojniejszej części knajpy, zapominając o alkoholu.
- Czego chcesz?
- Potrzebuję pomocy.
Żadnego "jak się masz?", żadnego "kopę lat!". Poczuł, że mimowolnie
zaciska szczęki.
- I dlaczego dzwonisz z tym do mnie?
- Bo tylko tobie mogę zaufać.
Z zaskoczenia odebrało mu mowę.
- Chyba muszę usłyszeć nieco więcej.
Cisza.
- Spieprzyłem. Wszystko pomyliłem. Wszystko...
- O czym ty mówisz?
- Wyjaśnię ci, jak przyjedziesz.
- Jezu, nie myślisz chyba, że...
- Stary magazyn na południowym brzegu, miejsce nazywa się Nabrzeże
Rzeźników - wyrzucił z siebie jednym tchem Gavin. - Nie wyświetla się w nawigacji, prześlę ci namiary. Ostatni budynek. Będę czekał na ciebie na
zewnątrz o północy.
- O północy? Poważnie?
- Zrozumiesz, jak przyjedziesz. - I wtedy Gavin wypowiedział słowo,
którego Jonah nie słyszał od niego nigdy, nawet kiedy jeszcze się
przyjaźnili: - Proszę.
Połączenie się urwało. "Cholera".
- W porządku?
To był Khan, drugi sierżant z SCO19, jednostki kontrterrorystycznej
policji metropolitalnej. Potężne bary i kark miał nabrzmiałe od mięśni,
a ręce i klatka piersiowa niemal rozsadzały biały podkoszulek. Jonah raz
widział, jak kopniakiem wyważył drzwi, które poleciały - razem ze
stojącym za nimi nożownikiem - na drugi koniec pokoju. Poza służbą był
jednak rodzinnym człowiekiem, do którego każdy mógł przyjść ze swoimi
problemami.
Jonah schował telefon do kieszeni i pokiwał głową.
- Mhm, taki gość, z którym od dawna nie rozmawiałem.
- Kłopoty?
Nie wiedział, jak odpowiedzieć.
- To pewnie nic. Ale brzmiał jak...
Przerwał, kiedy ktoś klepnął go w plecy.
- Nie miałeś stać przy barze? Kurwa, uwarzyłabym to piwo szybciej.
Jonah obrócił się do krępej kobiety patrzącej na niego z dołu z grymasem
niezadowolenia. Nolan często się to zdarzało. Policjantka była
kilkanaście centymetrów niższa od niego i ledwie sięgała Khanowi do
ramienia, ale jeśli przyszłoby co do czego, żaden z nich raczej nie
miałby szans. Zwłaszcza kiedy wypadała ich kolej na przyniesienie
alkoholu.
- Rozmawiamy - powiedział Khan, rzucając jej spojrzenie sierżanta.
- Dobra. - Namyśliła się przez chwilę. - Daj kasę, to zamówię.
Jonah parsknął śmiechem.
- Jest okej, już idę.
- Na pewno? - dopytał Khan.
- Jasne. - Wzruszył ramionami. - To pewnie i tak nic.
W drodze do baru próbował przekonać o tym sam siebie. W cokolwiek
wpakował się Gavin, mógł załatwić to sam. Jonah nie był mu nic winien.
Absolutnie, kurwa, nic.
A jednak rozmowa nie dawała mu spokoju. Nawet kiedy już przyniósł piwa
do stolika, cały czas wracał do tego, co powiedział Gavin.
"Tylko tobie mogę zaufać".
Kiedyś to mogła być prawda. Swego czasu Jonah powiedziałby to samo. Znał
Gavina od zawsze. Najlepsi przyjaciele w szkole, razem wstąpili do
policji i razem przeszli przez akademię, po czym dostali przydział do
tego samego rejonu. Gavin zawsze był tym bardziej otwartym, łatwo
dogadywał się z ludźmi, a wiecznym uśmiechem maskował dziką potrzebę
rywalizacji. Mieszkali razem nawet po tym, jak Gavin zdał egzamin na
detektywa i dołączył do wydziału dochodzeniowo-śledczego, w którym
zajmował się sprawami związanymi ze stręczycielstwem oraz
przestępczością zorganizowaną. Przez moment Jonah również rozważał
zostanie detektywem. Przełożeni powtarzali, że ma odpowiednie zdolności,
i zachęcali go do przystąpienia do kursu. Ale z jakiegoś powodu - może
dlatego, że nie lubił, kiedy ktoś go do czegoś namawiał - przeszedł
rygorystyczne szkolenie wymagane do przyjęcia do elitarnego SCO19. Gavin
kpił z jego decyzji, twierdząc, że Jonah był uzależniony od adrenaliny.
Mimo to przyjaźnili się dalej. A kiedy Jonah zaczął umawiać się z Chrissie, a Gavin poznał Marie, cała czwórka stworzyła zżytą grupę.
Wypady na miasto, wspólne wakacje. Dobre czasy.
Ale to było lata temu. W innym życiu. Dlaczego więc Gavin wyskakiwał jak
filip z konopi i akurat teraz prosił go o pomoc? Dwie rzeczy, których
nigdy Gavinowi nie brakowało, to pewność siebie i znajomi. Musiał być
naprawdę zdesperowany, skoro zadzwonił do Jonaha - i w ostatecznym
rozrachunku to przeważyło szalę. Ponieważ nieważne, jak usilnie próbował
to zlekceważyć, wciąż wracał myślami do jednej rzeczy.
Gavin wydawał się przerażony.
I tak, po tym, jak wytłumaczył się przed wszystkimi, Jonah wyszedł z pubu i ruszył w kierunku auta.
A teraz tkwił tutaj, na opuszczonym nabrzeżu pośrodku niczego. Zgasiwszy
silnik, wyjął latarkę ze schowka saaba i wysiadł z auta. Audi - założył,
że należało do Gavina - stało niedaleko, ale poza tym nie widział śladu
życia. Zarośnięta ścieżka prowadziła do pogrążonych w ciemności
ogromnych pustych magazynów i budynków przemysłowych, zza których widać
było rzekę błyszczącą w świetle sierpu księżyca. Jonah włączył latarkę i ruszył w tamtą stronę.
Ścieżka doprowadziła go do wąskiej alejki biegnącej między budynkami
pozabijanymi dechami. Na jednym wciąż straszył duch starego szyldu:
"Garbarnia Jolleya. Najlepsze skóry". W innych mieściły się rzeźnie
prowadzące sprzedaż hurtową lub zakłady przetwórstwa mięsnego, podczas
gdy ogromna, przypominająca hangar konstrukcja okazała się ubojnią.
Nabrzeże Rzeźników jak się patrzy.
Było to niepokojące miejsce na nocną wizytę. Jonah zwykle nie miał
problemu z ciemnością, ale zdał sobie sprawę, że idąc wąską aleją,
uważnie nasłuchuje. Ulżyło mu, kiedy dotarł do jej końca i wyszedł nad
brzeg. Woda chlupotała głośniej. Obtłuczone kawałki bruku wystawały spod
popękanego asfaltu, wilgotne powietrze cuchnęło słoną wodą, gnijącymi
wodorostami i ropą. Kilka przycumowanych razem barek podskakiwało w nierównym rytmie w czarnej jak smoła toni. Ciszę przerywały głuche
uderzenia i skrzypienie, kiedy łodzie ocierały się o siebie. Największa
została przywiązana nieco z boku. Kiedy Jonah przechodził obok niej,
usłyszał nagłe syknięcie. Przestraszony poderwał latarkę, ale uspokoił
się, kiedy zobaczył kota. Brudne stworzenie tkwiło w ciemnym luku,
skulone bojowo nad resztkami burgera. Jedno oko nie otwierało się do
końca z powodu jakiegoś urazu. Drugie, w którym odbijało się światło
latarki, patrzyło na niego złowrogo. Kot parsknął ostrzegawczo.
- W porządku, jedz go sobie - mruknął Jonah, odwracając się. Snop
światła padł na ozdobny napis wymalowany na dziobie: "The Oracle". Nazwę
częściowo zasłaniała opona przywiązana do burty w roli odbijacza. Kiedy
Jonah oświetlił to miejsce, jeszcze jedno syknięcie przypomniało mu, że
wciąż nie jest tu mile widziany.
- Idę, idę.
Błoto mlaskało pod butami. Widział przed sobą koniec nabrzeża - samotny
magazyn, z dwóch stron otoczony wodą. Do połowy zasłaniał go szkielet
rusztowania, z którego zwisała postrzępiona plastikowa folia. Ogrodzenie
z powyginanej metalowej siatki blokowało dalszą drogę.
Nikogo tu nie było.
Jonah zaklął i sprawdził godzinę. Prawie dziesięć po północy. Spóźnił
się, ale nie tak bardzo. Zastanawiał się, czy Gavin mógł odpuścić i odjechać, ale wtedy przypomniał sobie o zaparkowanym niedaleko audi.
Fakt - tylko przypuszczał, że należało do Gavina, ale nie umiał sobie
wyobrazić, że ktoś inny przebywał tutaj o tej porze.
Więc gdzie on się podział?
Poświecił dookoła latarką, ale okolica pozostawała uporczywie ciemna i nieruchoma. Minuty mijały, z nerwów coś ścisnęło Jonaha w żołądku.
Dwadzieścia po wybrał numer, z którego dzwonił Gavin. "Odbierz, Gavin",
pomyślał, kiedy w słuchawce zabrzmiał sygnał połączenia. W tym samym
momencie usłyszał inny dźwięk, tym razem dużo słabszy. Za sobą.
Dochodził z magazynu.
Jonah odwrócił się i popatrzył na siatkę. Kiedy odezwała się poczta
głosowa, z nieoświetlonego budynku dobiegł ostatni dźwięk; potem nastała
cisza. To coś w żołądku ścisnęło go jeszcze bardziej, gdy ponownie
wybierał numer. Samotny dzwonek rozbrzmiał znowu i tym razem nie było
żadnych wątpliwości - dochodził ze środka magazynu.
"Jasna cholera..."
Zakończywszy połączenie, Jonah wpatrywał się w pogrążony w mroku
budynek. Niewidoczny w całości spod rusztowania masyw składał się z samych ostrych kątów i cieni. Zastanawiał się nad zgłoszeniem tego, ale
jeśli Gavin był ranny, czekanie na jakiekolwiek wsparcie trwałoby zbyt
długo. I wciąż istniała szansa, że mógłby to być fałszywy alarm. Odnosił
jednak wprost przeciwne wrażenie i w końcu doszedł do wniosku, że nie ma
wyboru.
Będzie musiał tam wejść.
- Jezu, Gavin... - wyszeptał.
Pośrodku ogrodzenia wznosiła się wysoka metalowa brama zamknięta na
solidnie wyglądającą kłódkę, ale nieco dalej Jonah znalazł dziurę w siatce na tyle dużą, że udało mu się przez nią przecisnąć. Przeszedł po
popękanym asfalcie do magazynu i odgarnął folię, która zasłaniała
potężne drzwi przypominające wejście do hangaru. Te były zamknięte, ale
z boku znajdowały się kolejne. Spróbował i otworzyły się, a nienaoliwione zawiasy zaskrzypiały.
Zaświecił latarką do środka. Światło ginęło w ogromnej przestrzeni
poprzetykanej podobnymi do dźwigarów stalowymi filarami, które znikały
gdzieś pod sufitem.
- Gavin, jesteś tu?
Głos rozszedł się echem, które zamilkło po chwili. W magazynie panowała
ciemność i wilgoć, powietrze było ciężkie od niemal kościelnej ciszy.
Sięgnął po telefon i wybrał numer Gavina. Dzwonek brzmiał zaskakująco
głośno. Źródło dźwięku znajdowało się jeszcze dalej w głębi magazynu.
Idąc w jego stronę, za jednym z filarów dostrzegł słabą poświatę.
Telefon leżał na ziemi, Jonah zobaczył na ekranie swoje imię.
Wyświetlacz zamrugał i dzwonek ucichł.
"Chryste, Gavin, w co ty się, do cholery, wpakowałeś? I mnie?"
Poświecił latarką dookoła. Chropowate drewniane belki, worki z wapnem i cementem oraz rolki przezroczystego plastiku leżały porozwalane po
jednej stronie, ale nigdzie nie widział Gavina. Nagle promień padł na
coś na ziemi. Otwarta policyjna legitymacja, obok małej fotografii
widniało nazwisko i stopień właściciela.
Sierżant Gavin McKinney.
Dostrzegł na niej ciemną smugę i poczuł, jak żołądek wywraca mu się do
góry nogami, gdy zrozumiał, co to jest. Dopiero wtedy zauważył plamy na
kamiennych płytach. Lśniły jak ropa, ale Jonah wiedział, że to nie to.
Poczuł to: słaby, ale niedający się pomylić z niczym zapach.
Metaliczna woń krwi.
Czarne rozbryzgi układały się w trop, który znikał w ciemnościach. Z walącym sercem ruszył za nim. Plamy znikały za podwójnymi drzwiami
zamontowanymi w nieotynkowanej ceglanej ścianie. Odmalowany od szablonu
napis ładownia łuszczył się na jednym ze skrzydeł. Drzwi były uchylone,
a duża niezatrzaśnięta kłódka zwisała luźno z wrzeciądza. Jonah się
zawahał. Najrozsądniej byłoby się wycofać, wezwać niebieskich i pozwolić
mundurowym oraz ratownikom sprawdzić, co znajdowało się po drugiej
stronie.
Ale do tego czasu Gavin mógł być już martwy.
Popchnięte lekko drzwi otworzyły się z jękiem. Wszedł szybko do środka,
gotowy do odparcia ataku, machając dookoła latarką. Nic się nie
wydarzyło. Promień oświetlał długie, wąskie pomieszczenie. Z podwieszonych pod sufitem pordzewiałych kołowrotów zwisały ciężkie
łańcuchy. Za nimi znajdowały się potężne, rozsuwane drzwi ze starego
drewna z czarnymi metalowymi wspornikami. Musiały wychodzić na pomost,
gdzie podpływano łodziami, by dostarczyć lub odebrać towar.
- Gavin?
Woda kapała gdzieś w ciemności z melodyjnym "kap", ale nie usłyszał
odpowiedzi. Zapach krwi był tu silniejszy, mieszał się jeszcze z czymś.
Mdląco słodkim, zwierzęcym fetorem. Jonah skierował latarkę na podłogę,
żeby zobaczyć, dokąd prowadzą ślady. Snop światła przemknął obok prętów
rusztowania i sterty pomiętej folii, po czym padł na coś innego.
Nogi.
Jonah podbiegł tam i zatrzymał się. Patrzył na ciało mężczyzny leżącego
twarzą do ziemi na dużym kawałku plastiku. Ręce miał skrępowane za
plecami trytytką, kolejną pętlę zauważył na wysokości kostek, przy
stopach. Jonah nie widział jego twarzy, ale nawet po dziesięciu latach
rozpoznał smukłą sylwetkę i ciemne kręcone włosy. Włosy, które teraz
lepiły się od krwi. Czarna w świetle latarki obfita kałuża wylewała się
z przezroczystej folii na kamienne płyty jak mroczna aureola.
Jonah odzyskał mowę.
- Gavin?
Nic. Ciało Gavina pozostawało wymownie nieruchome. Między ciemnymi
włosami dostrzegł blade odłamki kości i zmiażdżonej tkanki, ale nie
zauważył, żeby krew wciąż płynęła. Ta na plastiku i podłodze zaczęła już
krzepnąć. Mimo wszystko musiał się upewnić. Ostrożnie, by nie dotknąć
krwi, uklęknął i wymacał miejsce na szyi Gavina, tuż pod jego szczęką.
Skóra była zimna i zwiotczała, wyczuwał pod palcami jedno- lub dwudniowy
zarost, ale nie puls.
Otępiały wyprostował się i cofnął kilka kroków. Jakiś dźwięk sprawił, że
natychmiast się obrócił. Nikogo tam nie było, za chwilę o ziemię
uderzyła kolejna kropla wody. Wypuścił powietrze. Nie miał już żadnych
wątpliwości, co powinien zrobić. Był na miejscu zbrodni. Musiał się stąd
zabrać i zgłosić to, żeby nie zanieczyścić wszystkiego jeszcze bardziej.
Próbując odciąć się od tego, co zobaczył, sprawdził telefon. Brak
zasięgu. Ten należący do Gavina dzwonił w głównej hali, więc to pewnie
gruba ściana ładowni blokowała sygnał. Szedł już w stronę drzwi, kiedy
zatrzymał go kolejny odgłos. Był zbyt cichy, żeby od razu go
umiejscowić, ale tym razem miał pewność, że to nie woda. Stanął,
nasłuchując. Z początku słyszał jedynie krew pulsującą mu w uszach, ale
potem dźwięk rozległ się znowu. Tym razem wyraźniej.
Szelest plastiku.
Odwracając się w stronę sterty folii leżącej kilka metrów dalej, Jonah
poczuł, że dostaje gęsiej skórki. Dopiero teraz zobaczył, że to nie była
jedna wielka sterta, ale trzy duże zwoje. To mogły być odpady budowlane,
ale w świetle latarki przypominały coś innego.
Kokony.
Zbliżył się do nich jak w transie. Każdy rulon miał jakieś półtora do
metra osiemdziesięciu długości i oklejony był czarną taśmą naprawczą.
Były zakurzone, pokryte białym pyłem, przez który nie można było
dojrzeć, co jest w środku, ale Jonah nagle uświadomił sobie, skąd
dochodził cuchnący, zwierzęcy odór, który poczuł wcześniej.
Zwłoki Gavina nie były jedynym ciałem w tym pomieszczeniu.
"Zabieraj się stąd! Już!" Jonah zaczął się wycofywać, ale w tym samym
momencie usłyszał coś jeszcze. Łagodny, łamiący się szept. Zobaczył, że
w leżącym na wierzchu zwoju poluzował się róg folii. Pociągnął za
plastik. Dopiero wtedy dostrzegł ukrytą pod kolejnymi warstwami folii
twarz.
Kiedy Jonah wpatrywał się w znalezisko, usta otworzyły się, zasysając
plastik.
Odskoczył do tyłu. Najpierw poczuł przemożną chęć ucieczki, dopiero
potem włączył się rozsądek. Przynajmniej jedna z tych osób jeszcze żyła.
Nie na długo.
- Spokojnie, wyciągnę cię - powiedział Jonah, szarpiąc się z folią.
Kolejne warstwy zostały oklejone długimi paskami taśmy klejącej. Siłował
się z plastikiem, próbując go rozerwać albo chociaż znaleźć krawędź, za
którą mógłby złapać, ale były zbyt mocno ściśnięte. Zniekształcona twarz
wyglądała, jakby znalazła się pod wodą, przezroczysta folia to kurczyła
się, to wydymała. Ale każdy kolejny ruch był coraz słabszy. Wyciągnął
kluczyki od auta i spróbował przebić plastik ostrą krawędzią. Materiał
najpierw stawił opór, ale potem ustąpił z delikatnym trzaskiem. Jonah
rozdarł otwór palcami, a folia rozeszła się ze świstem jak rozpinany
suwak.
Zdołał odsłonić połowę twarzy. Usta były częściowo otwarte, ale nie
dostrzegł żadnego ruchu ani reakcji. "No dalej, proszę, oddychaj",
zaklinał Jonah, walcząc z kolejnymi warstwami.
Nagle usta zakasłały i otworzyły się szerzej, spazmatycznie nabierając
powietrza. Spod rozdartej folii wyłoniła się głowa otoczona gęstymi
czarnymi lokami. Młoda kobieta. "Prawie nastolatka", pomyślał Jonah,
choć trudno było mieć pewność. Krew zaschła jej na skórze, która
miejscami była podrażniona oraz pokryta pęcherzami i tym samym białym
pyłem co na folii. Twarz dziewczyny wykrzywiała się w grymasie bólu i przerażenia, ale żadne z nich, ani nawet ciemność, nie mogły ukryć
oszałamiającej urody, która czyniła ten widok jeszcze bardziej
groteskowym. Żałując, że nie może podać jej wody, Jonah dalej rozdzierał
folię, ignorując smród wydobywający się spod splątanego plastiku.
Dziewczyna kasłała, walcząc o oddech, a on odezwał się do niej:
- Nic ci nie grozi. Jestem policjantem, zabiorę cię stąd, okej?
Z jej gardła wydobył się słaby płaczliwy dźwięk, a potem powiedziała coś
w języku, którego Jonah nie rozpoznał. Brzmiał jak arabski.
- Przepraszam, ale nie rozumiem. Po prostu nie ruszaj się, żebym mógł
cię wydostać.
- ...boli...
- Wiem, staram się, jak mogę - uspokoił ją. "Niech mówi". - Jak masz na
imię?
Wymamrotała coś, ale nie usłyszał. Chryste, tracił ją.
- Na... Nadine.
- Hej, Nadine. Jestem Jonah.
Mówił ze spokojem, do którego było mu daleko. Nagle, w całym tym
pośpiechu, poczuł coś jeszcze. Skóra na dłoniach zapiekła go i dopiero
wtedy zauważył, że ma na rękach proszek z folii. Zabrudzone miejsca
pokryły się czerwonymi plamami. Przypomniał sobie worki z materiałami
budowlanymi stojące na zewnątrz i uświadomił sobie, co to jest.
Wapno palone.
"Chryste". Pył mógł wyżreć skórę i mięśnie do kości, a kobieta była nim
pokryta w całości. Musiała cierpieć męki. Do Jonaha dotarło, że
potrzebowała pomocy, której on sam nie potrafił jej udzielić. Sprawdził
telefon, ale wciąż nie miał zasięgu. Nie chciał nawet o tym myśleć, ale
wiedział, co powinien zrobić.
- Nadine, będę musiał wyjść na zewnątrz, żeby wezwać pomoc - powiedział,
choć nie był pewien, czy go rozumie. - Wrócę tak szybko jak się da,
okej? Zostawię ci latarkę.
Położył ją na podłodze; nie mógł zostawić młodej kobiety samej w ciemności. Jęknęła znowu, coraz bardziej pobudzona. Jonah zastanawiał
się, czy miała halucynacje, ale zaczerwienione oczy patrzyły przytomnie
i z przerażeniem. Na niego. Nie, nie na niego, zrozumiał.
Za niego.
Usłyszał ciche kroki i obrócił się, podnosząc ręce do gardy. Za późno.
Coś odtrąciło je i uderzyło go w głowę. Rozbłysk światła i bólu, lekkość
upadku.
A potem nic.
Rozdział 2
Zardzewiałe łańcuchy pobrzękiwały w ciemności jak stara dziecięca
huśtawka. Nieregularny, urywany dźwięk nie dawał Jonahowi spokoju.
Spróbował uciec w mrok, z dala od okropnego skrzypienia i tego, co się z nim wiązało. Ale w ten sposób trafił do tunelu pełnego martwych liści.
"Nie, nie, nie". Czuł, że ktoś z nim jest, znał go. "Gavin". W ciemności
głos brzmiał jak szept. "Kiedy raz coś stracisz, nigdy tego nie
odzyskasz".
Rytmiczny brzęk łańcuchów odbijał się echem w jego głowie. Jonah czuł,
jak zbiera mu się na wymioty, było mu niedobrze, miał wrażenie, że
wiruje. Chryste, dlaczego tak bardzo bolała go głowa? Na oczach miał coś
lepkiego, przez co nie mógł ich otworzyć. Dopiero po kilku próbach udało
mu się rozewrzeć powieki - ale i tak nic nie widział. Wszystko było
czarne. Łańcuchy umilkły, ale twarda powierzchnia, na której leżał,
zatrzeszczała, jak tylko się poruszył. Spróbował usiąść. Nie dał rady.
Ręce miał skrępowane za plecami, nogi też.
W panice zaczął się miotać. Głowa zapulsowała jeszcze mocniej, więc
osunął się bezwładnie, czując, jak ogarnia go fala mdłości. Zastanawiał
się, czy oślepł. Stopniowo docierały do niego inne nieprzyjemne
wrażenia. Pragnienie. Zimno. Ręce go piekły, cały drżał i wszystko go
bolało. W nozdrza uderzył go unoszący się w powietrzu odrażający smród i nagle wspomnienia wróciły. Magazyn. Młoda kobieta pokryta wapnem
palonym, na wpół uduszona, owinięta w plastikową folię, tak jak dwa inne
ciała. I Gavin.
Gavin.
To wtedy uświadomił sobie, co się stało. Ktoś pozbawił go przytomności,
a krew z rany zakleiła mu powieki. A teraz ze związanymi dłońmi i stopami leżał na - Jezu - płachcie folii.
Uspokoił się, skupiając na pracy przepony i biorąc długie, uspokajające
wdechy. Panika stopniowo ustąpiła. Kiedy otworzył oczy, zdał sobie
sprawę, że ciemność nie była tak absolutna, jak mu się wydawało.
Dostrzegał jej głębię, chyba nawet rozróżniał kształty. Obróciwszy głowę
- delikatnie, bo każdy ruch groził kolejnym atakiem bólu - zobaczył
bladą, pionową linię światła. Były to częściowo otwarte drzwi,
prawdopodobnie te, przez które wszedł. Wtedy dotarło do niego, że
światło robiło się coraz jaśniejsze i że towarzyszyło mu coś jeszcze.
Kroki.
Jonah zamknął oczy, kiedy drzwi się otworzyły, i poczuł na sobie promień
latarki. Leżał nieruchomo, nie śmiąc nabrać powietrza. Kroki zatrzymały
się obok niego. Przez zaciśnięte powieki światło, którym ktoś świecił mu
prosto w twarz, nabrało krwawoczerwonej barwy.
A potem snop przesunął się dalej, a pod powiekami Jonaha pojawiły się
mroczki. Kroki minęły go, po czym znowu się zatrzymały. Kolejne dźwięki:
stęknięcie z wysiłku i szelest grubego plastiku. Jonah otworzył oczy i zobaczył latarkę wycelowaną w coś na ziemi. Sylwetka, niewiele więcej
niż cień, należała do zwalistej postaci. Garbiła się nad czymś, ale
dopiero kiedy jeszcze raz usłyszał zawijanie plastiku, zrozumiał, co się
dzieje.
Postać owijała ciało Gavina w folię.
Wezbrała w nim bezsilna furia. Napiął więzy krępujące mu dłonie i stopy,
po czym zamarł, kiedy plastik, na którym sam leżał, zatrzeszczał. Bardzo
cicho, ale postać zareagowała. Jonah zacisnął powieki, kiedy światło
latarki omiotło go ponownie. Leżał nieruchomo, jak w jakiejś koszmarnej
grze w posągi. "Nie podchodź. Proszę".
Potem światło się oddaliło.
Czuł, że się trzęsie, gdy usłyszał, jak postać wróciła do zawijania
ciała Gavina w folię. Próbował leżeć w bezruchu, nie śmiąc nawet drgnąć
na zdradzieckim plastiku. Ostrożnie, tak by go nie naruszyć, sprawdził
więzy. Cokolwiek krępowało mu kostki, było założone na dżinsy i skarpetki; w nadgarstki wbijało mu się za to coś gładkiego i cienkiego.
Opaska zaciskowa, taka sama, jaką związany był Gavin. Jonah spróbował
odepchnąć od siebie ogarniającą go rozpacz. Cienkie trytytki mogły
wyglądać na słabe, ale były praktycznie niezniszczalne. Raz zaciśnięte,
nie dawały się poluzować.
Z miejsca, w którym krzątała się postać, dobiegł inny dźwięk. Przez na
wpół otwarte oczy Jonah zobaczył, jak odcina kolejny fragment folii z rolki i rozkłada go na podłodze. Latarka oświetlała sylwetkę od tyłu, a szerokie plecy zasłaniały Jonahowi widok. Postać dźwignęła z podłogi
owinięty w plastik kształt. Dźwięk odklejanej taśmy, potem kolejne
stęknięcie.
Ruchomy promień oświetlał tę część ładowni, przez którą sylwetka
ciągnęła po płytach w stronę rozsuwanych drzwi na przeciwległej ścianie
owinięte w plastik ciało Gavina. Upuściwszy je z głuchym łoskotem na
ziemię, postać położyła latarkę obok, po czym zniknęła w mroku. Najpierw
rozległ się dźwięk pociąganych łańcuchów, potem ciężki, metaliczny
zgrzyt, aż w końcu drzwi przesunęły się po szynach. Z miejsca, gdzie
Jonah leżał, dostrzegł przez otwór blady prostokąt nocnego nieba,
usłyszał też miękki plusk wody. Potem postać wytargała ciało Gavina na
zewnątrz. Dobiegł go ciężki, głuchy łomot, jakby zostało wrzucone do
łodzi, po czym postać wróciła. Łańcuchy zadzwoniły i zazgrzytały podczas
zamykania drzwi. Postać pochyliła się, by podnieść latarkę, a Jonah
zamknął oczy, zanim światło skierowało się w jego stronę.
Kroki wróciły do miejsca, w którym leżał.
Usłyszał nad sobą ciężki oddech. Choć zaciskał powieki, przed oczami
wciąż miał jaskrawą plamę światła. Coś twardego wsunęło się pod jego
ramię. Zmusił się, żeby leżeć luźno, kiedy postać sprawdzała go stopą.
"Nie ruszaj się, nie oddychaj, nie myśl".
Światło zniknęło, postać odchodziła.
"Jezu..." Jonah rozchylił powieki, by zobaczyć, jak promień faluje,
zbliżając się do drzwi. Zanim zniknął, dostrzegł na ścianie wysoki cień.
A potem znów zapadła ciemność.
Jonah nie wiedział, co stało się z jego latarką, ale nie miało to
żadnego znaczenia. Dopiero teraz odważył się nabrać powietrza i zaczął
ciągnąć za opaskę na nadgarstku. Spróbował zignorować ból głowy,
wiedząc, że jeśli nie uwolni się teraz, nie uwolni się nigdy. Opaska ani
drgnęła, więc w przypływie frustracji wściekle szarpnął nadgarstkami.
Wtedy poczuł, jak puszcza.
Jonah znieruchomiał - nie mógł w to uwierzyć. Kiedy naprężył więzy po
raz kolejny, nic się nie stało. Ale gdy spróbował wykręcić nadgarstki,
używając zarówno obrotu, jak i naprężenia...
Cienki pasek poluzował się o kolejne kilka milimetrów.
Powtórzył ruch i w nagrodę zyskał jeszcze więcej swobody. Opaska była
albo uszkodzona, albo wadliwa. Szarpiąc się z całych sił, Jonah poczuł,
jak ześlizguje się, coraz luźniejsza i luźniejsza.
Obrócił nadgarstki ostatni raz - był wolny.
Kiedy podniósł się i sięgnął do opaski na kostkach, w głowie aż mu
dudniło. Rozczarowanie dopadło go, kiedy ta nie chciała luzować się w ten sam sposób. Ale ktoś, kto go unieruchomił, musiał robić to w pośpiechu - założył trytytkę na dżinsy, zamiast na gołe kostki. Jonah
wyciągnął materiał spod opaski, ale cienka pętla wciąż była zbyt ciasna.
Ściągnął skarpetki, buty i spróbował jeszcze raz. Plastik zsunął się
dalej i zablokował na kości. "Ożeż ty chuju!" Zdesperowany, nasłuchując,
czy kroki nie wracają, chciał przepchnąć opaskę na siłę. Ta wżarła się w jego ciało jak obieraczka do ziemniaków, ale krew ułatwiła sprawę. Po
ostatniej próbie i kolejnej warstwie zdartej skóry mógł się podnieść.
Jonah wstał i praktycznie od razu upadł, bo momentalnie obezwładniły go
zawroty głowy. Skulił się, spuścił głowę, w skroniach czuł pulsowanie.
Kiedy upewnił się, że nie zwymiotuje ani nie zemdleje, wyprostował się.
Wokół panowała kompletna ciemność. Chciał sprawdzić, gdzie leżała młoda
kobieta, Nadine, i dwie pozostałe ofiary, ale nic nie widział. A wolał
nie ryzykować wołania jej. Nienawidził tej świadomości, nienawidził
tego, co musiał zrobić, ale wiedział, że nie ma wyboru. Jeśli
którekolwiek z nich miało przeżyć, Jonah musiał się stąd wydostać i wezwać pomoc.
Bosymi stopami wymacał adidasy i szybko je włożył. Nie wiedział, gdzie
dokładnie znajdowały się drzwi, którymi tu wszedł, ale gdyby dotarł do
ściany, powinien je znaleźć. Zaczął posuwać się do przodu z wyciągniętymi rękami i niemal natychmiast coś kopnął.
Zamarł, kiedy przedmiot zaszurał po podłodze. Nie na tyle głośno, żeby
ktokolwiek na zewnątrz mógł to usłyszeć, a Jonah poczuł ukłucie
ekscytacji. "Proszę. Proszę, niech to będzie to, o czym myślę". Ukląkł i zaczął szukać po omacku.
Niebieska poświata rozjaśniła mrok.
O mało się nie rozpłakał. To był jego telefon, musiał go upuścić, kiedy
został zaatakowany. Nadal nie miał zasięgu, na wszelki wypadek wolał też
nie włączać latarki, ale po tak długim czasie spędzonym w absolutnej
ciemności podświetlony ekran lśnił jak latarnia morska. Jonah podniósł
aparat i blade pomieszczenie wyłoniło się z mroku. Euforia zniknęła,
kiedy zobaczył na podłodze kałużę krwi Gavina i proste linie, tam gdzie
spływała z folii. Dalej, ledwie widoczne, leżały pozostałe ofiary,
przypominające upiornie blade kokony. Teraz, skoro miał już czym
świecić, postanowił sprawdzić, co z dziewczyną. Kiedy ruszył w jej
stronę, usłyszał na zewnątrz czyjeś kroki.
Ktoś nadchodził.
"Cholera, cholera!" Jonah rozejrzał się za czymś, czego mógłby użyć jako
broni, ale niczego nie znalazł. Kończył mu się czas. Pospieszył w stronę
drzwi i przywarł płasko do ściany. Zgasił telefon, a pomieszczenie znów
pogrążyło się w ciemności. Kroki były coraz bliżej. Jonah wziął głęboki
oddech, starając się uspokoić. "Dasz radę. Tak jak na akcji". Tylko że w ogóle nie było jak na akcji. Nie miał oddziału, który by go osłaniał,
nie mógł wezwać nikogo na pomoc. Był zdany sam na siebie. "Nie myśl o tym. Uderz mocno i szybko, zapomnij o całej reszcie". Przygotowując się,
wziął głęboki oddech.
Kroki zatrzymały się pod drzwiami.
Jonah miał wrażenie, że ogłusza go własne bicie serca. Głowa praktycznie
pękała mu z każdym uderzeniem, ale czekał. Usłyszał skrzypnięcie
otwieranych szerzej drzwi. Klin światła z latarki omiótł podłogę i oświetlił kontur wejścia.
Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł nosowy oddech. Jonah poczuł na
skórze muśnięcie wprawionego w ruch powietrza, potem dobiegł go dźwięk
przestępowania przez próg. Ale obcy nie wyłonił się zza otwartych drzwi.
Jonah zobaczył, jak promień latarki omiata ładownię - zanim zdążył paść
na pustą folię, na której jeszcze przed chwilą leżał związany, Jonah
uderzył w drzwi całym ciężarem ciała.
Ktokolwiek stał po drugiej stronie, był duży. Jonah zacisnął zęby, głowę
przeszył mu ostry ból, ale usłyszał wypuszczane powietrze. Latarka
potoczyła się po podłodze, a wirujący promień rozjaśnił ciemność.
Odepchnąwszy się od drzwi, Jonah wyprowadził kopnięcie, ale ledwie
musnął postać. Poczuł za to, jak nagle traci oddech, trafiony pięścią
napastnika. Wpadł na ścianę, wdychając kwaśny odór przepoconego ciała. W mroku posypały się na niego silne ciosy. Jonah przyjął większość z nich
na podniesione przedramiona, ale jeden trafił go w bok głowy. Udało mu
się zamachnąć łokciem i poczuł, jak trafia w kość; kiedy stojący przed
nim człowiek odsuwał się, podniósł kolano. Rąbnął w mięsiste udo,
zamiast w krocze, ale przeciwnik i tak zatoczył się do tyłu. Jonahowi
wydawało się, że tamten upada. Potem usłyszał zgrzyt metalu o kamień -
skryta w ciemności postać podniosła z ziemi kawałek rury od rusztowania.
Kopnął desperacko, zanim mężczyzna zdążył wziąć zamach, i poczuł, jak
podbicie stopy zatapia się w ciężkim brzuchu. Usłyszał bolesne
sapnięcie.
I wtedy jego rzepka eksplodowała.
Wrzasnął, ale upadając, pociągnął osiłka za sobą. Z łoskotem runęli na
kamienną podłogę. Przeciwnik był większy i cięższy od niego. Jonah
ścisnął jego rękę i zablokował ją pod sobą. Spróbował objąć nogami tułów
mężczyzny, ale lewa odmówiła posłuszeństwa. Zacisnął zęby i wykorzystał
ból jako impuls, po czym obrócił się i częściowo przydusił większego
przeciwnika. Tamten wił się jak piskorz, ale Jonah uczepił się go
kurczowo. Pięść rąbnęła go w głowę. Nie puścił, choć był bliski utraty
przytomności. Z gardła mężczyzny wydobywały się przyduszone gwizdy, on
sam szarpał się coraz bardziej gorączkowo. "Trzymaj się, jeszcze chwilę.
Trzymaj się". Powtarzane raz po raz słowa przerodziły się w mantrę, gdy
Jonah powstrzymywał kolejne próby wyswobodzenia się jego ofiary.
W którymś momencie zdał sobie sprawę, że przestała się miotać.
Przez chwilę nie puszczał. Nie mógł. Miał wrażenie, że jego ciało jest
zablokowane, sparaliżowane. Nawet kiedy próbował, kończyny go nie
słuchały. W końcu zmusił się do poluzowania chwytu. Mężczyzna osunął się
i leżał nieruchomo. Jonah przewrócił się na plecy z drżącymi mięśniami,
próbując złapać powietrze. Z bólu prawie odpłynął. W uszach słyszał
niskie buczenie i szelest, jakby w głowie trzepotały mu skrzydła.
Ciemność zdawała się nabierać głębi. Poczuł, jak się w nią zapada.
"No dalej! Ruszaj się!"
Jonah przetoczył się na bok i natychmiast zwymiotował. Dał sobie chwilę
na dojście do siebie, potem wymacał latarkę na podłodze i oświetlił
napastnika. Mężczyzna leżał wykrzywiony, z jedną ręką na twarzy, jakby
próbował zasłonić oczy przed światłem. Na głowie miał brudną kurtkę,
która podwinęła się w trakcie szarpaniny. Jonah w napięciu obrócił go na
plecy.
Mężczyzna przetoczył się, ale poza tym nie było żadnej reakcji.
Jonahowi zrobiło się słabo. Nie był w stanie stwierdzić, czy mężczyzna
oddycha, czy nie, przemknęło mu przez myśl, że mógł go zabić, ale teraz
ważniejsze było ściągnięcia pomocy. Zaczął się podnosić... Krzyknął, gdy
kolano ugięło się pod nim, i zwalił się z powrotem na ziemię. Leżał,
oddychając ciężko, po czym poświecił latarką na uszkodzoną nogę.
"O kurwa..."
Dżinsy miał przesiąknięte krwią. Kolano było zniekształcone i już
zaczęło puchnąć; Jonah zrozumiał, że nie wyjdzie z magazynu o własnych
siłach. Z trudem podparł się i usiadł, po czym sprawdził telefon. Zero
zasięgu. Przytłoczony niepokojem i strachem, skierował latarkę w stronę
okrytych plastikiem ofiar.
- Nadine, słyszysz mnie?! - zawołał, choć głowę rozdzierał mu potworny
ból. Brak odpowiedzi. - Idę po pomoc... Wytrzymaj, okej?
Świecił jeszcze przez moment, mając nadzieję, że zobaczy jakąś oznakę
życia. Kiedy nic się nie wydarzyło, zrozumiał, że nie może dłużej
czekać. Z latarką w jednej ręce odepchnął się w stronę ściany i spróbował podnieść się na nogi. Poczuł zawroty głowy i mdłości. Nie mógł
ustać przez strzaskane kolano, więc osunął się z powrotem po wilgotnym
murze.
"To by było na tyle". Spojrzał na drzwi prowadzące do głównej hali.
Walcząc, wpadli do ładowni, ale wyjście nie było aż tak daleko. Jedyne,
co musiał zrobić, to dotrzeć na drugą stronę magazynu, z dala od grubych
kamiennych ścian - wtedy uda mu się złapać sygnał. Tylko kilka metrów,
to wszystko. "Nic takiego".
Ściskając latarkę, zaczął czołgać się w stronę drzwi, ciągnąc za sobą
ranną nogę. Każdy ruch sprawiał, że kolano przeszywał obezwładniający
ból. Staw spuchł tak bardzo, że czuł, jak uciskają go dżinsy, a przez
pulsowanie w głowie prawie nic nie widział. Te kilka metrów, które
dzieliło go od drzwi, ciągnęło się w nieskończoność. Raz po raz
zatrzymywał się, powstrzymywał wymioty i czekał, aż ustąpi łomotanie w głowie. Posuwał się straszliwie wolno i dopiero kiedy uderzył ręką w coś
twardego, zdał sobie sprawę, że dotarł do drzwi. Pchnął je mocniej,
przeczołgał się przez próg, po czym wygrzebał telefon z kieszeni.
Brak zasięgu.
"No weź, no..." Jonah oparł czoło o kamienną podłogę. Kojąco zimne płyty
pachniały ziemią i pleśnią. "Nie byłoby tak najgorzej tu zostać",
pomyślał, zamykając oczy. "Tylko kilka minut. Żeby odpocząć..."
Poderwał się, pewny, że usłyszał za sobą jakiś hałas. W panice skierował
latarkę z powrotem na drzwi, spodziewając się, że zobaczy wysoką postać
zmierzającą w jego kierunku. Niczego nie dostrzegł, ładownia wciąż była
nieruchoma i cicha. Jonah odwrócił się i zaczął czołgać się dalej. Wbił
spojrzenie w filar przed sobą, zmuszając się, by tam dotrzeć. "Jeszcze
tylko kilka metrów, dasz radę".
Ale nie dał. Po kilku kolejnych ruchach zdał sobie sprawę, że dalej się
już nie posunie. Zastanawiał się, co powinien zrobić. "Wezwać pomoc, to
jasne..." Ekran telefonu unosił się przed nim, ale nie mógł nic z niego
wyczytać. Postukał w ekran zdrętwiałymi palcami, mamrocząc coś na
wypadek, gdyby ktoś mógł go usłyszeć. "Proszę. Potrzebuję pomocy".
Odpływał, szum w jego głowie zagłuszał wszystko inne. Kiedy tracił
przytomność, czuł jedynie, że musi natychmiast coś zrobić.
A potem ciemność zamknęła się wokół niego.
Rozdział 3
Coś było nie tak z niebem. Miało jednolity, przybrudzony biały kolor, a słońce świeciło nieruchomo nad jego głową. Nic się na nim nie działo,
widział też jakieś cienie, ciemniejsze miejsca w rogach. Powoli
docierało do niego, że nie powinno być żadnych rogów. To w ogóle nie
wyglądało jak niebo.
Raczej jak sufit.
Jonah zamrugał i oblizał spękane usta. Znajdował się w małym
pomieszczeniu. Leżał w łóżku. Bolała go głowa i całe ciało, ale ból
zdawał się przytłumiony, jakby przepuszczony przez watę.
"Gdzie...?"
Niczego nie pamiętał. Podniósł dłoń, zobaczył rurki i przewody
wychodzące z ciała. Spróbował podeprzeć się rękami i unieść, ale syknął,
kiedy ból przeszył mu kolano. Spojrzał w dół - lewa noga wyciągnięta
była na metalowej konstrukcji i opierała się na czymś, co wyglądało jak
skórzane poduszki. Od stopy aż po samo udo okrywał ją gruby biały
bandaż, który ograniczał jego ruchy. Nie mógł zebrać myśli. "Co, do
cholery...?" Został ranny podczas akcji? Albo w wypadku samochodowym?
Ponownie spróbował usiąść, ale noga nie chciała się poruszyć - zamiast
tego dotarł do niego jedynie kolejny spazm bólu.
- Poczekaj, kochany, nie rób tego.
Nie zauważył pielęgniarki stojącej obok łóżka, na wpół ukrytej za
kroplówką i monitorami na kółkach. Skończyła ustawiać tempo podawania
leku i stanęła tak, by mógł ją dobrze widzieć. Posłała mu profesjonalnie
wesoły uśmiech.
- Obudziliśmy się już? I jak się czujemy?
Jonah nie wiedział. Próbował coś sobie przypomnieć, ale czuł jedynie
panikę i zmieszanie.
- Gdzie...? - Zaschło mu w gardle. Przełknął, próbując zwilżyć sobie usta.
- Dlaczego...?
- W porządku, jest pan w szpitalu. Jest pan ranny. Proszę poczekać,
pójdę po panią doktor. Wszystko panu wyjaśni.
"Nie, chwileczkę..." Jonah nie chciał, żeby wychodziła, ale jej już nie
było. Leżał spocony ze strachu. W jego umyśle ziała dziura, która
pochłaniała wszystkie myśli, zanim te zdążyły się ukształtować.
Zacisnąwszy zęby, spróbował uspokoić oddech i skupić się na lekkim,
wyraźnym bólu paznokci wbijanych w spód dłoni.
Drzwi otworzyły się ponownie. Do środka weszła pielęgniarka w towarzystwie kobiety o surowej twarzy, ubranej w niebieski strój
operacyjny. Podeszła do łóżka, a siostra zdjęła kartę pacjenta wiszącą w nogach łóżka, gotowa do robienia notatek.
- Dzień dobry. Dobrze, że już się pan obudził - powiedziała nowo
przybyła. Mówiła z silnym irlandzkim akcentem. - Jestem doktor Mangham,
pracuję jako konsultantka i będę się panem opiekować. Jak się pan czuje?
Serce Jonaha wciąż waliło jak oszalałe.
- Zdezorientowany - wykrztusił.
- To całkowicie zrozumiałe. Wiem, że ma pan mnóstwo pytań, ale czy
mógłby pan najpierw odpowiedzieć na kilka moich? Tak na początek, może
powie mi pan, jak się nazywa?
Przez pełną grozy sekundę lub dwie miał w głowie kompletną pustkę,
dopiero potem pojawiła się odpowiedź.
- Jonah. Jonah Colley.
Pokiwała głową, jakby zdał jakiś test.
- A czym zajmuje się pan na co dzień, Jonah?
- Jestem... jestem policjantem. - Powoli, w miarę jak zaczął sobie
przypominać, odzyskiwał pewność siebie. - Sierżantem.
- Dobrze. A czy wie pan, gdzie jest?
Jonah rozejrzał się po pokoju. Nie pamiętał dlaczego, ale miejsce było
dość oczywiste.
- W szpitalu...
- Pamięta pan, jak się tutaj znalazł?
Na pierwsze strzępy wspomnień zareagował paniką. Jonah popatrzył na
swoje dłonie. Skóra była zaczerwieniona i obolała.
- Byłem w magazynie. Na nabrzeżu... zostałem zaatakowany. - Teraz wszystko
wracało do niego kaskadą koszmarnych obrazów. Gavin i dziewczyna. Walka.
Dotknął rękami głowy, wyczuwając szwy i odrastającą szczecinę. - Jezu,
co...?
Syknął, kiedy się poruszył, a ból przeszył kolano.
- Spokojnie - powiedziała lekarka. - Musieliśmy przeprowadzić operację
kolana, więc przez jakiś czas proszę nie wykonywać żadnych gwałtownych
ruchów. Teraz tak: domyślam się, że ma pan sporo pytań o wiele rzeczy,
więc postaram się odpowiedzieć na wszystkie dotyczące medycyny, a w tym
samym czasie zrobimy krótkie badanie. W porządku?
Pielęgniarka już krzątała się wokół niego, zapinając mu nad łokciem
rękaw ciśnieniomierza.
- Ile tu leżę? - zapytał.
- Dwa dni. Proszę spojrzeć na mój palec - powiedziała, podnosząc go i poruszając nim z boku na bok przed jego twarzą. - Pamięta pan, co się
stało wcześniej?
- Nie. - Fala paniki wezbrała w nim po raz kolejny, zamiast wspomnień
miał w pamięci tylko dziury. - Nie pamiętam nic, od kiedy... od kiedy tu
trafiłem.
- Zdarza się. Został pan raniony w głowę, rana wymagała szycia,
nastąpiło złamanie linijne czaszki, które spowodowało obrzęk mózgu.
Myśleliśmy, że będziemy musieli operować, na szczęście sam ustąpił.
Okej, teraz niech pan ściśnie moje palce. Dobrze. Druga ręka.
Jonah bezwolnie wykonywał polecenia, próbując cokolwiek z tego
zrozumieć.
- Czy będą jakieś długotrwałe skutki?
- To właśnie próbujemy ustalić. Ale skany wyglądają optymistycznie, a na
podstawie tego, co widziałam, nie martwiłabym się zbytnio. Odniósł pan
też kilka innych obrażeń: skaleczenia, stłuczenia i poparzenia chemiczne
na dłoniach, ale praktycznie wszystkie były powierzchowne. Może pan
nacisnąć prawą stopą na moją dłoń? Z całej siły. O tak. - Wyprostowała
się. - Cóż, wygląda na to, że nie ma żadnego osłabienia mięśni ani
upośledzenia ruchowego. Będziemy musieli przeprowadzić więcej badań, ale
sądzę, że może być pan dobrej myśli. Koordynacja oraz siła wydają się w porządku, a jeśli mam być szczera, to więcej, niż liczyliśmy. Złamanie
czaszki powinno zagoić się samo. Ale prawdopodobnie jeszcze jakiś czas
będzie pan odczuwał efekty wstrząśnienia mózgu: bóle głowy,
światłowstręt, być może lekkie splątanie. Może pan być nieco zamroczony,
ale powinno to być tymczasowe.
- Powinno?
- Konsekwencje urazów mózgu są trudne do przewidzenia. Niektórzy ludzie
dochodzą do siebie bardzo szybko, inni potrzebują więcej czasu. Ale
proszę spróbować się nie martwić. Jesteśmy zadowoleni z reakcji.
"Proszę spróbować się nie martwić. Taa, to na pewno zadziała". Jonah
podniósł rękę, żeby raz jeszcze dotknąć szwów na głowie, ale się
rozmyślił.
- A co z kolanem?
- No właśnie. - Lekarka zacisnęła usta, spoglądając na unieruchomioną
kończynę. - Obrażenia były poważne. Pana rzepka... Cóż, doszło do licznych
pęknięć, niektóre fragmenty kości uległy przemieszczeniu. Oprócz tego
zerwane ścięgna i więzadła. Ale dobra wiadomość jest taka, że pierwsza
operacja poszła dobrze.
Jonah popatrzył na nogę.
- Pierwsza operacja? Chce pani powiedzieć, że będzie ich więcej?
- Najlepiej by było, gdyby porozmawiał pan o tym z chirurgiem ortopedą.
Przyjdzie później, żeby omówić możliwości. Ale jest pan oczywiście
bardzo sprawny, a mięśnie wokół kolana są dobrze rozwinięte. To na pewno
pomoże w rehabilitacji.
Możliwości. Rehabilitacja. Słowa, które zdawały się w ogóle go nie
dotyczyć.
- Kiedy będę mógł wrócić do pracy?
Lekarka się uśmiechnęła. Ale był to profesjonalny uśmiech, który miał
odwrócić jego uwagę.
- Myślę, że w najbliższym czasie nie powinien się pan tym kłopotać.
Jeśli chciała go pocieszyć, odniosła przeciwny rezultat.
- Muszę sporządzić raport...
- Z pewnością, jest tu zresztą inspektor, który aż pali się, żeby z panem porozmawiać. Ale to może poczekać do jutra.
- Wolałbym nie czekać. - Jonah desperacko chciał się dowiedzieć, co
wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch dni, i zrozumieć w końcu, co stało
się w tamtym magazynie.
Uśmiech lekarki stał się bardziej kategoryczny.
- On również, ale obawiam się, że decyzja należy do mnie. Najlepsze, co
może pan teraz zrobić, to odpoczywać.
Jonah o mało nie zaczął się kłócić. W głowie kłębiły mu się pytania: o Gavina, dziewczynę i pozostałe ofiary, o nieznanego mężczyznę, z którym
walczył. Ale nagle poczuł się wycieńczony. Kiedy lekarka i pielęgniarka
wychodziły, zobaczył coś, co sprawiło, że momentalnie przestał o tym
wszystkim myśleć. Zanim zamknęły drzwi, Jonah zauważył na korytarzu
umundurowanego funkcjonariusza. Jezu, postawili mu przed salą strażnika?
To nie miało żadnego sensu. Ale w sumie nic nie miało.
Kiedy Jonah zamknął oczy, miał wrażenie, że głos Gavina podąża za nim w głąb ciemnego tunelu.
"Spieprzyłem. Wszystko pomyliłem. Wszystko..."
Rozdział 4
Dziesięć lat temu
- Tata, śpisz?
Spróbował naciągnąć pościel na głowę, ale ktoś mu ją wyrwał. Zamrugał,
kiedy słońce zakłuło go w oczy.
- Tata, budź się!
Drobna rączka uszczypnęła go w policzek.
- Au! - powiedział.
- Śpisz?
- Tak.
Usłyszał dziki śmiech.
- Wcale nie!
"Teraz już nie". Brak snu dawał mu się we znaki. Pracował do późna i wrócił do domu już po wschodzie słońca. Zamknął oczy.
- Tak, śpię. Śni mi się, że siedzi na mnie paskudne potworzysko.
Znowu śmiech.
- To nie potworzysko, to ja!
- Co za ja?
- Theo!
- Nieee, Theo jest mniejszy. To na pewno potwór. A wiesz, co spotyka
potwory, prawda? Zostają pożarte!
Theo pisnął, kiedy Jonah złapał go i udawał, że odgryza mu ramię. Kiedy
podekscytowany wymachiwał małymi rękami i nogami, nagle otworzyły się
drzwi do sypialni.
- Niedobrze mu będzie, przed chwilą zjadł śniadanie - powiedziała
Chrissie, podchodząc do szafy. Miała na sobie krótki szlafrok, więc
Jonah przez chwilę podziwiał jej nogi. Lubił na nią patrzeć, a do głowy
przyszedł mu... Ale zdążyła się już uczesać, co w słowniku Chrissie
oznaczało "łapy przy sobie". Zresztą nawet gdyby nie musieli brać pod
uwagę nadpobudliwego czterolatka, w ich małżeństwie czasy seksu w ciągu
dnia minęły już dawno.
- Okej, mistrzu, słyszałeś mamę. - Jonah zdjął Theo z łóżka i postawił
na ziemi.
- Chcę iść do wesołego miasteczka!
- Jakiego miasteczka?
- Takiego z zamkiem! Nad morzem!
Nie mogąc przypomnieć sobie żadnych fortyfikacji ani wybrzeża w północnym Londynie, Jonah stwierdził, że wcale nie chodziło o prawdziwe
wesołe miasteczko. Jednak Theo rzadko kiedy pozwalał, żeby rzeczywistość
ograniczała jego wyobraźnię, a Jonah też tego nie chciał. I tak prędzej
czy później do tego dojdzie.
- Zróbmy tak, darujmy sobie dzisiaj wesołe miasteczko. Co powiesz na
park?
Theo zastanawiał się przez chwilę.
- A będą smoki?
- Ani jednego.
- A latające dywany?
- Latających dywanów też nie będzie. Ale będą zardzewiałe huśtawki i skrzypiąca karuzela. A jeśli naprawdę ci się poszczęści, może pozwolę ci
zedrzeć kolana na zjeżdżalni.
Kolejny niepohamowany wybuch śmiechu.
- Nie!
- Aha, czyli nie chcesz iść do parku?
Theo pokiwał ochoczo głową.
- Tak!
- No to dobrze. A jeśli chcesz, możemy...
- Theo, mama musi przygotować się do pracy. Idź i pooglądaj bajki -
wtrąciła się Chrissie.
- Ale mamoo...
- No już, proszę.
Theo popatrzył na ojca z nadzieją. Jonah uśmiechnął się do niego smutno.
- Lepiej rób, co mówi mama.
Powłócząc stopami jak ostatnie nieszczęście, jego syn powlókł się do
drzwi. Jonah poczekał, aż wyjdzie z pokoju.
- Idziesz do pracy? Myślałem, że masz dzisiaj wolne?
Chrissie grzebała w szufladzie.
- Neil poprosił mnie, żebym przyszła.
Neil Waverly był starszym partnerem w kancelarii, w której Chrissie
pracowała na pół etatu. Zaczęła jako ogólna sekretarka, ale dwa miesiące
temu została przydzielona jako osobista asystentka Waverly'ego. Prawnik
był o kilka lat starszy od Jonaha i miał już na koncie sporo sukcesów.
Szyte na miarę kaszmirowe garnitury maskowały wydatny brzuch, a włosy
czesał tak, żeby zakrywać powiększającą się łysinę. Żadna z tych rzeczy
nie naruszała jednak jego ego. Od jakiegoś czasu Jonah wyobrażał sobie
twarz tego faceta, kiedy trenował z workiem.
- No tak, skoro Neil chce, żebyś przyszła, to nie ma dyskusji, prawda? -
mruknął. No i dzisiaj już sobie nie pośpi.
- Nie zaczynaj.
Nie chciał. Ale nie mógł się powstrzymać.
- Nikt inny nie może iść?
- Nie, dlatego mi płacą. Dodatkowe pieniądze jakoś ci nie przeszkadzają.
- Włożyła majtki pod szlafrok, zanim go zdjęła. Jonah spróbował zdławić
podejrzenie, że były nowe. - A zresztą, ja nie narzekam na to, że ty
pracujesz do późna, tak jak wczoraj.
"No to jedziemy". Tyle że Jonah był zbyt zmęczony, żeby przerabiać od
nowa starą kłótnię. I tak wiedział, że jej nie wygra.
- Myślałem, że spędzimy razem rodzinne popołudnie - powiedział,
kapitulując.
- Ja też, ale to musi poczekać. Skończę pewnie późno, więc spotkam się z wami od razu w restauracji. Opiekunka powinna być o siódmej.
Jonah zapomniał, że tego wieczoru mieli widzieć się z Marie i Gavinem.
- Theo będzie przykro, że nie położysz go spać.
- Tylko dzisiaj. Poza tym i tak będziecie się lepiej bawić beze mnie. -
Chrissie sięgnęła za plecy, żeby zapiąć stanik. Miał koronkowe
ramiączka. Jonah nie przypominał sobie, żeby wcześniej go widział. - I nie udawaj, że tak nie jest.
- Może powinnaś czasem z nami wyjść.
- Może powinieneś ze mnie zejść - odpowiedziała, odwracając się.
I właśnie tak kończyła się wtedy większość ich rozmów.
Jonah huśtał Theo na zardzewiałej huśtawce, dopóki ten ze śmiechu nie
nabawił się czkawki, kręcił skrzypiącą karuzelą, aż sam dostał zawrotów
głowy, i czekał, żeby złapać drobne ciałko syna, zanim znowu zedrze
sobie kolano na zjeżdżalni. Plac zabaw nie miał do zaoferowania zbyt
wielu atrakcji: małpi gaj, który powstał, gdy jeszcze nie obowiązywały
obecne przepisy dotyczące zdrowia i bezpieczeństwa, krzywy konik, który
groził katapultowaniem jeźdźca, i kręty kawałek rury, do której można
było się wczołgać, a która bardziej nadawałaby się do robót drogowych.
Ale żadna z tych rzeczy nie przeszkadzała Theo. Dla niego było to
magiczne miejsce, źródło ekscytacji i śmiechu, niezależnie od popękanego
asfaltu na ścieżkach, rozrośniętych rododendronów duszących drzewa i niekoszonego trawnika będącego jednocześnie polem minowym usłanym psimi
odchodami.
Patrząc na niczym niezmąconą radość syna, Jonah czuł, jak uchodzi z niego napięcie po sprzeczce z Chrissie. Zastanawiał się, kiedy świat to
zniszczy. Miał nadzieję, że jeszcze długo nie.
W parku nie spotkali zbyt wielu osób. Weekend był pochmurny. Ludzie
skończyli już poranne spacery z psami, więc oprócz nich na placu zabaw
siedziała jedynie młoda matka z wózkiem, zajęta otulaniem dziecka
kocykami. Byłoby fajniej, gdyby Theo miał się z kim pobawić, chociaż
chłopiec chyba nie miał z tym problemu. Większość jego kolegów była w szkole, ale ponieważ jego urodziny wypadały nieco później, rozpoczynał
naukę dopiero jesienią. Mimo to wyglądał na całkowicie zadowolonego,
mruczał coś do siebie w błękitnym skafandrze i czerwonej czapce z pomponem. Jonah cieszył się, że Theo potrafił się bawić sam. Chrissie
powtarzała, że był jak jego ojciec i nie potrzebował wiele do szczęścia.
To nie był komplement.
Jonah ziewnął. W niewielkiej odległości od placu zabaw, na parkowej
ławce siedział mężczyzna w brudnej wojskowej kurtce. Z wygoloną głową
wyglądał jak bezdomny, a w rękach trzymał potężną butlę czegoś, co
prawdopodobnie nie było pepsi. Jonah zauważył go od razu, gdyż nie ufał
nikomu - zarówno jako funkcjonariusz policji, jak i rodzic - kto spędzał
czas w pobliżu placu zabaw.
Ale mężczyzna wydawał się nie zwracać uwagi na nic poza zawartością
butelki. Ziewnąwszy jeszcze raz, Jonah uśmiechnął się do Theo. Policzki
chłopca poczerwieniały od rześkiego powietrza, a kiedy próbował zakręcić
karuzelą jeszcze szybciej, nabrały koloru zrobionej na drutach czapki.
Jonah powstrzymał się od krzyknięcia, żeby uważał. "Nie możesz cały czas
trzymać go za rękę".
- Chodź, idziemy już.
- Ooo...
- Nie chcesz nic zjeść?
Po drugiej stronie drzew znajdowała się parkowa kawiarnia, do której
zazwyczaj chodzili, malowana drewniana chatka, w której pachniało za
mocną herbatą i frytkami.
Theo się zastanowił.
- Jeszcze raz na karuzeli.
- Tylko raz.
- A potem wąż.
Tak Theo nazywał tunel. Jonah już wcześniej sprawdził, czy nie leżało
tam nic gorszego od zwiędłych liści. Ćpuny przychodziły nocami do parku
i nie byłby to pierwszy raz, gdyby znalazł porozrzucane po okolicy igły.
Jonah ugiął się, jak zwykle.
- Okej, ale tylko pięć minut.
Posadziwszy syna na karuzeli, Jonah rozpędził ją odpowiednio i wrócił na
ławkę. Wyszczerzona twarz Theo migała mu za każdym razem, kiedy ten
mijał go w smugach niebieskiego i czerwonego. Uśmiechając się do siebie,
Jonah ziewnął jeszcze raz. Chętnie zostałby w domu i położył się
wcześniej, zamiast wychodzić. Ale dobrze będzie znowu zobaczyć Marie i Gavina. Od ostatniego wyjścia we czwórkę trochę już minęło, a wszystko
wskazywało na to, że Gavin przechodził trudny okres w pracy. Nie wdawał
się w szczegóły, ale z tego, co powiedział Jonahowi, należał do grupy
prowadzącej operację wymierzoną w gang szczególnie brutalnych handlarzy
żywym towarem i przemytników narkotyków z Europy Wschodniej - Rumunii
lub Rosji. Zdaniem Gavina zbieranie dowodów miało tyle samo sensu co
łapanie dymu. Jego frustracja sprawiała, że Jonah cieszył się, że wybrał
jednostkę kontrterrorystyczną. Nie było to ani trochę mniej stresujące,
ale on przeważnie wiedział, z kim się mierzył.
Jonah przetarł oczy. Coś do jedzenia na pewno postawiłoby go na nogi.
Zupa albo kanapka w kawiarence, potem szybka wycieczka do kaczek i powrót do domu. Gdyby znalazł w telewizji coś, co zajęłoby Theo, może
nawet złapałby godzinną drzemkę przed przyjściem opiekunki. To
przypomniało mu, że Chrissie zapowiedziała, że będzie późno, a od tego
był już z kolei jeden mały krok do tego kutafona Neila Waverly'ego. Czy
faktycznie coś między nimi było, czy po prostu miał paranoję? Instynkt
podpowiadał mu coś innego. A ten z reguły go nie zawodził.
Miał nadzieję, że tym razem się mylił.
"Poradzimy sobie z tym. Jesteśmy dorośli". Zadrżał od kolejnego
ziewnięcia. Chryste, ale był zmęczony. Karuzela skrzypiała rytmicznie
przy każdym obrocie jak mechaniczny kontrapunkt do kosa śpiewającego w okolicznych drzewach. Jonah słyszał, jak przerwy między fałszywymi
dźwiękami stawały się coraz dłuższe, kiedy zwalniała...
Skrzypienie zamilkło. Podobnie kos. Jonah nagle poderwał głowę do góry.
"Cholera, zasnąłem?" Zamrugał, zdając sobie sprawę, że karuzela nie
porusza się ani nie wydaje żadnego dźwięku.
Nikogo na niej nie było.
- Theo?
Z tunelu dobiegł jakiś hałas. Jonah odetchnął z ulgą, a nagłe
przerażenie zniknęło, zanim zdążyło przybrać na sile.
- O, nie, Theo zniknął. Lepiej pójdę do kawiarenki i zjem lody bez
niego. - Jonah wstał i podszedł do rury. Z uśmiechem schylił się, by do
niej zajrzeć. - Chyba nie chowa się w...
Spanikowany kos wyfrunął z tunelu, odstraszając go nagłym poderwaniem
się do lotu. Jonah wpatrywał się w pustą rurę - na odległym drugim końcu
widział okrąg dziennego światła. Wyprostował się.
- Theo?
Plac zabaw był pusty. Theo nigdzie nie było. Ani na karuzeli, ani na
huśtawce. Jonah nie widział go również w małej klatce na górze
zjeżdżalni, ale podbiegł, żeby sprawdzić i tak.
- To nie jest śmieszne, Theo, wychodź już.
Zasłona z rododendronów i bezlistnych drzew otaczała plac zabaw, ale
pośród nich nigdzie nie widział niebieskiej kurtki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki