Rozdział pierwszy
Zapis pierwszy. Dwanaście kolonii. Dwanaście planet. Nadzieja dla ludzkości czy desperacki krok. Los tak wielu będzie wykuty przez ich własne ręce.
Port kosmiczny Akwariusa tętnił życiem, jakkolwiek można było je zdefiniować. Dookoła bujnego i zielonego światła statki przelatywały w obydwie strony prawie nieprzerwanie. Ruch z powierzchni planety był nieustający. Wszystkie pojazdy były powietrzem wdychanym do i przez płuca planety. Tysiące ludzi - jak czerwone krwinki nadawały rytm i sens istnieniu świata. Oto prawdziwa stała harmonia tego żywego organizmu, jakim była jedna z dwunastu kolonii.
Większość z podróżujących ludzi należała do ogromnych korporacji czy też przedsięwzięć handlowych. Niby lokalne, pomniejsze transportowce wyróżniały się w szczególe, ale ginęły też w całej masie pojazdów, a potem stawały się całkiem niezauważalne, gdy już straciło się je z oka. Niezbyt duże gwiezdne jachty i większe prywatne jednostki przefruwały czasem w znacznym pośpiechu. Tylko nielicznych było stać na taki komfort. Podróżowanie kosmiczne na własną rękę nie było ani proste, ani tanie.
Wszystko to jednak składało się na wspólną masę. Nieprzerwaną i nierozróżnialną. Na krwiobieg bijący i tętniący swoim rytmem. Każdy był częścią złożonego systemu. Jedni większą częścią, inni mniejszą, ale niezależnie od tego, kim się było, wąskim gardłem był kompleks portu kosmicznego COD 2 - miejsce odpowiedzialne za autoryzację poprawnych dokumentów, listów przewozowych i ewentualnych łapówek wręczanych innym odpowiednim ludziom.
Nierzadkie były opowieści o tym, jak ktoś pozostawał na tej stacji dłużej, niż trwał cały jego wcześniejszy lot.
A na każdego nierozważnego próbującego przelecieć bez kontroli celnej czy kodów dostępu - czekało całe wojsko stacjonujące w systemie, jak i uzbrojenie planetarne. Mówiono, że mogli roznieść dowolny cel w czasie krótszym, niż zajmuje wymienienie nazw wszystkich dwunastu głównych kolonii. Mówiąc inaczej, nie było to warte zbędnego ryzyka.
Istniały jednak dwa sposoby na ominięcie tej niedogodności. Pierwszy - bycie w wojsku. I drugi - praca dla wojska.
Isaac Vomisa był względnym szczęściarzem należącym do tej drugiej kategorii. Jego niebiesko-czarny statek, ozdabiany tu i ówdzie karmazynowymi ornamentami, stał w prywatnym hangarze na podstacji Salmon3. Ta część stacji była przeznaczona wyłącznie dla personelu cywilnego, kontraktowo pracującego dla Galaktycznej Armii Imperium - GAI w skrócie.
Duma przepełniała go, jako że był posiadaczem Ikry, prawie najnowszego modelu lekkiego statku zwiadowczego z miejscem dla załogi do trzech osób lub dla średniego ładunku; statku napędzanego reaktorem aero-atomowym Seldon2. Reaktor ten gwarantował doskonały współczynnik mocy wytworzonej w stosunku do rozmiarów i objętości paliwa. Pojazd ten zawierał także zmodernizowany zestaw uzbrojenia, dwie wyrzutnie rakiet oraz wysokoenergetyczny laser bojowy zasilany energią bezpośrednio z samego reaktora. Nie było przemytnika, pirata czy jakiegokolwiek awanturnika niezazdroszczącego mu takiego nabytku. Cena za posiadanie tego pojazdu nie była jednak banalna: wiele lat latania i poświęceń dla samej GAI kosztował go ten przywilej. Brał udział w najbardziej ryzykownych misjach. Nastawiał karku dla towaru, którego często nawet nie potrafił nazwać... Z czasem na szczęście stało się to dla niego codziennością i nawykiem, więc był w stanie o tym zapomnieć.
Czasem...
Jego kariera zaczęła się w bardzo młodym wieku. Jako awanturniczy syn bogatego i wpływowego handlarza był nieprzerwanie zmuszany do udowadniania swojej wartości. Ciągłe życie w pogoni za udowodnieniem bycia godnym synem wytworzyło w nim niechęć do wszystkiego: praw, ludzi, rodziny. W wieku dwudziestu lat akwariańskich ukradł jeden ze statków ojca i uciekł wraz ze przeszmuglowanymi zapasami kontrabandy. Wiedząc, że nie może już wrócić i że będzie poszukiwany, wymienił porwany statek na czarnym rynku na coś mniej rzucającego się w oczy i skorzystał ze sposobności: sam naturalnie zajął się szmuglem. Czasem zdarzały mu się również niewielkie akty piractwa.
Życie, choć wolne, nie było jednak lekkie. Dzięki naturalnym talentom dał radę szybko ustabilizować się i zdobyć wystarczającą pozycję, by stać się jednym z najlepszych młodych kurierów wśród najemników. Co jednak umykało jego świadomości - to to, że podejmując się tegoż zawodu i przyjmując parę szemranych zleceń, naruszył poważnie bezpieczeństwo i interes macierzystej kolonii. Konsekwencją tego było zwrócenie bezpośredniej uwagi samej GAI. Z czasem im bardziej rozgłos o nim rósł, tym GAI mniej mogła go ignorować i przymykać oczy na jego działalność.
Mniej więcej w okolicach dwudziestych piątych urodzin - a warto wspomnieć, że na Akwariusie jest to wiek prawnej dojrzałości - generał Huxley przygotował na niego pułapkę, w którą Isaac z łatwością wpadł. Rok planetarny na tej planecie należał do tych krótszych i jeśli odnieść by go do stosunku z pozostałymi koloniami, jego wiek sprawiał wrażenie od dawna dorosłego. Ale ci, którzy zdawali sobie sprawę z tego, wiedzieli, że jest zupełnie inaczej. Została mu złożona tak zwana propozycja nie do odrzucenia. Jako stosunkowo młody i obiecujący człowiek nie mógł w tej sytuacji odmówić. Wiedział, że to koniec jego wolnego życia. Wojsko w zamian dało mu schronienie przed prawem, płacąc przy tym bardzo hojne wynagrodzenie. Jedyną ceną za to było podjęcie udziału w bardzo ryzykownych misjach. Takich, w których sprawą najważniejszą było przemycenie czegoś albo kogoś w taki sposób, by w pełni pozostać niezauważonym. Misji, do których GAI nie mogła się nigdy oficjalnie przyznać. Misji, które oficjalnie nigdzie nie figurowały.
I takie było jego życie od tamtego czasu. Pełne wrażeń, ale z niewidzialną ręką zaciskającą się przez lata ciągle wokół jego szyi.
Norma.
*************
Dzień zapowiadał się nie tak źle, jak wstępnie zakładał. Wschodzące słońce zza dysku planetarnego obserwowane z części mieszkalnej stacji - w majestatyczny sposób podkreślało piękno samego kosmosu. Promienie przedzierały się i zakrzywiały na atmosferze Akwariusa. Linia dnia i nocy na powierzchni wydawała się niesamowicie banalna, a zarazem wspaniała. Punkty świetlne nocy ustępowały światłu dziennemu z każda następną minutą. Światełko za światełkiem umierało, by za pół doby znów wrócić do życia.
Choć ze stacji nie można było czuć za bardzo promieniowania słonecznego, Isaac czasem wracał w swoich wspomnieniach do chwil, gdy spędzał całe dnie na zabawie na dworze ojca, kiedy to był dosłownie skąpany w promieniach słońca. To było dawno. Tak dawno, że wydawało się zupełnie innym życiem. Teraz był kimś innym, a tamto wspomnienie było ledwie snem, niezaleczoną blizną.
Wstał.
Pierwsze odezwały się plecy, a zaraz po nich błędnik. Przespanie całej nocy na fotelu i zapijanie swoich wczorajszych żali nielegalną caprikańską whisky nie było mądrym posunięciem. Przez moment całe jego ciało odmówiło jakiejkolwiek współpracy z właścicielem.
Usiadł, ale wstał znów i chwiejnym, niepewnym krokiem ruszył w kierunku odświeżacza - niewielkiej klitki w rogu jego kabiny. Służyła ona za uniwersalną domową łazienkę. Na praktycznie każdym kosmicznym obiekcie, niezależnie czy był to statek, stacja kosmiczna czy cokolwiek innego, wszędzie były takie same kabiny. Ludzie teraz nie potrafili się już obyć bez tego minimalnego luksusu i potrzeby "kulturalnej" higieny.
Idąc z grubsza w linii prostej, co chwila wpadał na coś. Chyba coś złośliwie podstawiało mu nogi - oczywiście nie był tego w stanie w pełni stwierdzić. W jego mieszkaniu cały czas panował tak zwany artystyczny nieład. To znaczy byłby on artystyczny, gdyby tylko sam Isaac zainteresował się jakąkolwiek formą sztuki.
Obiecał sobie kiedyś ten bajzel ogarnąć, ale w głębi duszy nigdy nie przeszkadzał mu on. Dla Isaaca prawdziwym domem był statek. Mieszkanie było tylko tymczasowym hotelem.
Niestety póki nie dostanie od generała wyraźnego zezwolenia, nie będzie mógł opuścić tej stacji. To była też cena luksusu, bycia uprzywilejowanym niewolnikiem-najemnikiem służącym GAI.
Poranna toaleta nie była też dla niego niczym nowym.
Jako że na stacji, mimo że orbitowała wokoło planety, nie obowiązywała żadna konkretna strefa czasowa - przyjął się standardowy cykl dnia Kapitolu. W sytuacjach specjalnych jednakże - w zależności od potrzeb ten cykl mógł zmienić się dowolnie. Oficjalnie stacja była czynna nieustannie, za wyjątkiem przerw technicznych dla niektórych sektorów. Gdy ktoś miał interes, zawsze znajdowały się ręce gotowe do pracy. Chociaż z tymi chęciami bywało różnie - za drobną opłatą i te się nagle żwawo pojawiały.
To wszystko jednak nie miało znaczenia. Dostał jasną informację, że generał kazał mu się stawić osobiście w jego kwaterze, gdy tylko dojdzie do siebie. Tyle przynajmniej zrozumiał i zapamiętał, gdy w środku jego snu przyszła informacja na komunikator od asystenta swojego przełożonego, co przerwało mu wypoczynek. Oczywiście wiadomość ta zawierała też wiele epitetów, jednakże z racji silnego wpływu pewnych środków - nie potrafił przypomnieć sobie tych mało istotnych szczegółów.
Umyty, ubrany i z resztką wczorajszego udźca palanta akwariańskiego w żołądku - ruszył w kierunku wojskowej części bazy. Miał nadzieję, że nim dojdzie do generała, przestanie ziewać i nie uśnie na odprawie, tak jak ten jeden raz kiedyś.
Skrzywił się i poklepał po twarzy. Dostał lekkiej drgawki, kiedy przypomniał sobie, co musiał potem zrobić. Poklepanie jednak niewiele dało.
Interludium pierwsze
- Myślisz, że możemy mu zaufać? - Hologram tajemniczej sylwetki rzucił pytaniem.
- Nigdy jeszcze mnie nie zawiódł. Nie ma powodu, żeby zawieść i nie sądzę, by zrobił to teraz.
- Ale nigdy nie brał udziału w misji takiej jak ta.
- Nie zawiedzie - odrzekł ze spokojem drugi rozmówca. - Jest bardziej zasobny, niż myślisz.
- Przekonamy się o tym.
Hologram kiwnął w znaczący sposób głową, po czym ten rozpłynął się w powietrzu, zostawiając drugiego rozmówcę zupełnie samego.