Zagubiona - Amity Gaige

-
Proszę czekać

Kochana Mamo!

Nazywałaś mnie Wróbelkiem.

Skąd taki pomysł? Może stąd, że w parkach jest mnóstwo wróbli, a Ty kochałaś całą przyrodę: ptaki i ich śpiew, dzikie kwiaty, wiatr. Zjawiska pogodowe interpretowałaś jak wiersz.

Ciekawi mnie tylko, czemu kojarzyłam Ci się akurat z wróblem, a nie z jakimś innym ptakiem. Nigdy nie przyszło mi do głowy Cię o to zapytać. Brunatne wróble zwyczajne, z jasnymi policzkami i szarymi brzuszkami, są dosłownie wszędzie: żebrzą o okruchy w kawiarnianych ogródkach, kręcą się przy miejskich ławkach, gnieżdżą w kominach, pod okapami dachów, a nawet w rurach wydechowych. Może nie są piękne, ale inteligencji i sprytu im nie brakuje. Przypominają armię maleńkich pierzastych żołnierzyków.

Potrafią walczyć o przetrwanie.

Chcę wierzyć, że dlatego tak mnie nazwałaś.

Jako dziecko podążałam za Tobą jak za gwiazdą przewodnią. Czepiając się Twojej nogi, ssąc rąbek Twojej spódnicy, trzymałam się jak najbliżej Ciebie, najwyraźniej przekonana, że bezpieczniej być tam, gdzie Ty. Dreptałam za Tobą krok w krok, do ogrodu i z powrotem do domu. Schodami na górę i na dół. Czasami, siedząc Ci na kolanach, przyciskałam rączkę do Twojej piersi, żeby jeszcze silniej poczuć Twoją obecność - Twoje serce, Twoją wewnętrzną istotę, która jak pień drzewa utrzymywała Cię w pionie. Kiedy Cię nie widziałam, nasłuchiwałam Twoich dźwięków. Odgłosy Twojej krzątaniny stanowiły motyw muzyczny mojego dzieciństwa. Twoje wieloznaczne westchnienia, strzelanie knykciami, zduszone: "Cholera jasna!", po którym następował łoskot spadających na podłogę blach do pieczenia.

Kiedy trochę podrosłam, stawałam obok Ciebie w kuchni, trzykrotnie obwiązana w pasie paskami fartucha, a Ty odprawiałaś swoje czary. Miałaś gadżety do wszystkiego: przyrząd do obierania jabłek; urządzenie, które pozbawiało cytrynę aromatycznej skórki, pozostawiając nietknięte gorzkawe albedo; czerpak z kawałka toczonego drewna do nabierania miodu ze słoika.

Miałam może cztery albo pięć lat, kiedy zaczęła do mnie docierać prawda o moim położeniu, a mianowicie, że nasz układ nie będzie trwał wiecznie. Uświadomiłam sobie, że w istocie nigdy nie było nam to pisane i że prędzej czy później będę zmuszona porzucić nasz dwuosobowy azyl. Ta myśl była dla mnie nieznośna. Za nic nie chciałam dorosnąć.

Naturalnie nie miałam wyboru i chcąc nie chcąc, dorastałam.

Najpierw było przedszkole, potem szkoła podstawowa i średnia.

Przetrwałam tę próbę, a pośpiech nieodłącznie towarzyszący temu "dorosłemu" życiu wręcz mi się podobał. Nowe twarze i możliwości, a przede mną szeroko otwarta, całkiem nowa droga. Nawet samotność mi się podobała.

Na przekór swoim licznym lękom zostałam pielęgniarką.

W końcu pojęłam, że moje dziecinne wyobrażenia o istocie macierzyństwa nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Żadna kobieta nie jest gwiazdą przewodnią ani boginią, ani drzewem, ani czarodziejką.

Jednak przez ten krótki czas, kiedy znajdowałam schronienie w Twoich ramionach, wszechświat miał odpowiednią wielkość, a ja wiedziałam, gdzie jest moje miejsce.

Porucznik Bev

Ktokolwiek twierdzi, że nigdy nie zgubił się w lesie, kłamie. To wręcz nieuniknione. Tutaj, w North Woods, wszyscy - nawet ci, którzy znają las od podszewki - od czasu do czasu tracą orientację w terenie. To dlatego, że tyle czasu spędzamy na świeżym powietrzu: wędkujemy pod lodem, chodzimy na polowania... Dzieci dorastają, wędrując z rodzicami po dzikich ostępach, ucząc się podstaw przetrwania z dala od cywilizacji: jak rozbić obóz, jak nawigować według słońca. Tutaj, w górach, staramy się jak najlepiej przygotować na moment, kiedy się zgubimy.

Od trzydziestu lat zajmuję się odnajdywaniem ludzi, którzy zaginęli w tutejszych lasach. Wiem, jak trudno jest zachować trzeźwość umysłu, gdy człowiek straci orientację w terenie. To druzgocące uczucie. Człowiek, który się zgubił, jest jak wierzący, który usłyszał, że Bóg nie istnieje: po czymś takim trudno się podnieść, wszystko zdaje się trącić fałszem. Brak jedzenia lub wody bywa wówczas mniej groźny niż utrata zimnej krwi. Panika zagłusza zdrowy rozsądek, sprawia, że zaginiony szuka szybkich i łatwych rozwiązań.

Spróbuj wczuć się w jej sytuację; wyobraź sobie, że to ty jesteś Valerie Gillis. Wędrujesz od dłuższego czasu - dokładnie od trzech miesięcy. Nie jesteś już młódką, chociaż masz więcej sił, niż przypuszczałaś. Jak wielu innych ludzi od dawna marzyłaś o przemierzeniu legendarnego Szlaku Appalachów. W końcu podjęłaś decyzję i odtąd brniesz przez błoto i wodę, znosząc ból i skwar. Biegnący przez Maine odcinek szlaku okazał się jednak trudniejszy, niż się spodziewałaś. Przede wszystkim lasy są tutaj znacznie gęstsze. Z obu stron masz nieprzenikniony mur z drzew. Wcześniej, ilekroć droga wiodła pod górę i szlak robił się bardziej męczący, wbijałaś wzrok w buty i po prostu skupiałaś się na tym, żeby krok za krokiem posuwać się naprzód. Teraz zadzierasz głowę. Przystajesz. Z jakiegoś powodu nagle zbaczasz ze ścieżki. Może coś zwróciło twoją uwagę - rzadko spotykany ptak albo kwiat. A może zwyczajnie zachciało ci się sikać i chcesz znaleźć ustronne miejsce. Od turystów, którzy na terenie parku stanowego chcą oddać mocz, wymaga się, aby oddalili się co najmniej sto kroków od ścieżki, a ty jesteś dobrze wychowana. A może przestraszył cię jakiś dźwięk dobiegający z lasu, głosy zbliżających się ludzi. Schodzisz więc ze szlaku i przedzierasz się przez zarośla, pomiędzy pniami młodych drzewek wysokości dorosłego człowieka. Spoglądasz w niebo, ledwie widoczne przez gęsto utkany zielony baldachim nad twoją głową.

Mija kilka minut.

Z uczuciem ulgi i opróżnionym pęcherzem rozglądasz się za ścieżką. Robisz dziesięć, dwadzieścia kroków i nic. Przecież dopiero co tutaj była. Nie wracasz po własnych śladach - ci, którzy się zgubią, rzadko to robią. Zamiast tego ruszasz naprzód, święcie przekonana, że właśnie stamtąd przyszłaś. Gdziekolwiek spojrzysz, wszystko wygląda tak samo - zielona ściana liści napiera na ciebie z każdej strony, przyprawiając o klaustrofobię. Brniesz coraz dalej w gąszcz.

W końcu zaczynasz biec. Gałęzie smagają cię po głowie. Stopami zahaczasz o pędy szakłaka, kolczaste łodygi jeżyn kaleczą ci skórę. Za wszelką cenę chcesz się wydostać na otwartą przestrzeń, odnaleźć jakiś punkt orientacyjny, zrozumieć, co się właściwie stało.

Niejednokrotnie ludzie, których odnajdujemy, są mocno poobijani, poranieni przez ciernie i suche konary. Ubranie mają brudne i poszarpane, często wręcz podarte po licznych upadkach albo po tym, jak musieli się czołgać, lub też w związku z jakąś inną niebezpieczną przygodą, której w innych okolicznościach z pewnością by uniknęli.

Wszystkiemu winna jest panika ogarniająca tych, którzy się zgubili.

Zanim dotrą do Maine, piechurzy zdążający Szlakiem Appalachów na północ mają już za sobą 1900 mil. Zaczynają ­tłumnie w Georgii, lecz pod koniec sezonu na trasie zostaje ich jedynie garstka. Ci nieliczni, którzy dojdą aż tutaj, to istne niedobitki. Mam wrażenie, że w ich przypadku bliskość celu sprzyja utracie koncentracji. Częściej zdarza im się zboczyć z drogi, załamują się fizycznie albo psychicznie.

To akurat rozumiem.

Marzenia sprawiają, że człowiek się spala. Warto za nimi gonić, choć pogoń ta nie ma końca.

Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie gorszy od poprzednich. Po wybuchu pandemii, w 2020 roku, szlak został - po raz pierwszy w historii - oficjalnie zamknięty. Dlatego w tym sezonie część piechurów zwyczajnie nie jest gotowa, aby go przejść, przynajmniej takie jest moje zdanie.

Powiadają, że na Szlaku Appalachów nie sposób się zgubić, ale straż leśna stanu Maine co sezon odbiera kilkadziesiąt zgłoszeń o zagubionych turystach. Maine to najgorsze miejsce, żeby się zgubić: tutejszy odcinek szlaku przebiega przez kompletne odludzie i wymaga od wędrowców całkiem innych umiejętności. Kawałek dalej na północ od miejsca, gdzie po raz ostatni widziano Valerie Gillis, zaczyna się tak zwana Stumilowa Puszcza. Przy wejściu na szlak wbito tablicę ostrzegawczą, na której napis głosi, cytuję: "Nie próbuj pokonywać tego odcinka, jeżeli nie masz wystarczających zapasów wody i żywności na co najmniej 10 dni i nie jesteś w pełni wyekwipowany. To najdzikszy fragment całego Szlaku Appalachów i nie należy lekceważyć jego trudności".

Nie bez powodu twórcy szlaku wytyczyli jego północny koniec w miejscu położonym po przeciwnej stronie tutejszych lasów. Wśród piechurów popularne jest powiedzenie "No Maine, no gain": "Satysfakcja nie ta sama, gdy cię w Maine ominie drama".

Poszukiwania osób zaginionych to ciągła zgadywanka. Gdy położenie takiej osoby jest znane, mamy do czynienia z akcją ratunkową, a nie z poszukiwaniem. Te zaczynają się od garści konkretów i całej masy domysłów, co brzmi jak spore wyzwanie i właśnie takie jest. Zawsze mam w pamięci fakt, że jeszcze przed stoma laty całą tę pracę wykonywało się bez wsparcia ­GPS-ów, krótkofalówek i bez broni osobistej. Paru facetów w bobrowych czapkach po prostu przedzierało się z mozołem przez zaspy śnieżne.

A oto co na razie wiemy: w poniedziałek 25 lipca Valerie Gillis zbudziła się wczesnym rankiem w schronisku Poplar Ridge, pożegnała poznane poprzedniego wieczoru dwie turystki zmierzające na południe, a sama ruszyła dalej na północ. Miała przy sobie telefon komórkowy, odpowiednie wyposażenie oraz zapasy i była w dobrym nastroju. Na tym odcinku trasy nie ma zasięgu komórkowego, ale mąż był z nią umówiony następnego dnia przy zejściu ze szlaku, gdzie miała uzupełnić prowiant. Valerie niemal ukończyła północny etap swojej wędrówki. Opuszczając schronisko, odwróciła się i uśmiechnęła do obiektywu.

Po czym przepadła jak kamień w wodę.

Mąż odczekał dzień, zanim zgłosił jej zaginięcie. Valerie nieraz zdarzało się spóźniać na umówione spotkanie, więc we wtorek jeszcze nie wpadł w panikę. To stało się dopiero w środę. Tego samego wieczoru rozesłaliśmy strażników do różnych schronisk w nadziei, że po drodze natkną się na zaginioną, jak to często bywa na wstępnym etapie poszukiwań. Zapóźnieni turyści odnajdują się zwykle na szlaku odwodnieni albo ze skręconą kostką. Jednak strażnicy wrócili z pustymi rękami.

W środę dostajemy pierwszą wskazówkę. Nastolatek, który natknął się na strażnika leśnego na parkingu położonym trzydzieści mil na północ, twierdzi, że dzień wcześniej widział kobietę w średnim wieku, siedzącą na głazie nieopodal schroniska Spaulding Mountain. Twierdzi, że "wyglądała na wycieńczoną". Z braku lepszych pomysłów wyznaczam to miejsce jako nasz punkt wyjścia: tam po raz ostatni widziano Valerie. Udaje nam się odnaleźć tamte dwie turystki idące na południe, które widziały Valerie Gillis, gdy ta opuszczała schronisko Poplar Ridge. Akurat uzupełniają zapasy w miasteczku. Dają nam zdjęcie, które pstryknęły Valerie na odchodnym. Świetnie; nareszcie coś konkretnego. Po powrocie do domu zasiadam przy kuchennym stole, żeby w świetle lampy pod sufitem przestudiować mapy obszaru poszukiwań. Poplar Ridge od następnego schroniska Spaulding Mountain, położonego przy drodze na północ, dzieli zaledwie osiem mil. Po drodze nie ma żadnej możliwości zejścia ze szlaku, obszar poszukiwań obejmuje więc tysiące akrów porośniętych lasem iglastym. Pełno tam powalonych drzew, skał, potoków i kalinowych zarośli. Bezimienne górskie grzbiety wznoszą się gęsto i opadają niczym krótkie fale. Gdziekolwiek się obrócić, na przestrzeni wielu mil nie ma żadnych ludzkich osad.

Jest już dobrze po północy, gdy wreszcie odkładam mapy najbliższej okolicy i rozkładam na stole starą mapę Szlaku Appalachów. Nazwa szlaku wzięła się od łańcucha górskiego biegnącego wzdłuż całego Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, od Niziny Zatokowej nad Zatoką Meksykańską ku północy, aż do granicy z Kanadą. Przez pasmo Appalachów wije się jedna długa ścieżka. Biegnie przez Georgię, Karolinę Północną, Tennessee, Wirginię, Wirginię Zachodnią, Maryland, Pensylwanię, New Jersey, Nowy Jork, Connecticut, Massachusetts, Vermont, New Hampshire oraz Maine. Nie podąża dolinami ani nie omija przeszkód. Przeciwnie - wspina się na niezliczone szczyty i przecina górskie strumienie. Zagląda do miast i od czasu do czasu przecina autostrady. Snuje się jak opowieść, która czasami ma sens, a czasami go jej brak. Jest jak włóczęga. Tu i ówdzie wybiera niepraktyczne rozwiązania, gdzie indziej kusi możliwościami. Ileż namysłu włożono w zaprojektowanie przebiegu tego szlaku i ilu kompromisów to wymagało! Żeby zrobić miejsce dla niepozornej ścieżki, mieszkańcy południa i północy zgodnie wytyczyli korytarz biegnący przez czternaście stanów!

Długo, bardzo długo wpatruję się w mapę.

Gdzieś tam jest Valerie; mam ją niemal przed sobą.

Gdy rozlega się poranny śpiew ptaków, pakuję torbę i wsiadam do swojego pikapa.

Kochana Mamo!

Po pierwsze, muszę Ci przyznać rację.

Nie chciałaś, żebym szła Szlakiem Appalachów.

Matki mają szósty zmysł. Ich miłość ma w sobie coś z magii.

Przekonywałaś mnie, że będę tego żałowała. Zaledwie jedna czwarta tych, którzy porywają się na ten szlak, dociera do celu. Co będzie (argumentowałaś proroczo), jeśli pod sam koniec wędrówki zdarzy się coś nieoczekiwanego, na przykład skręcę nogę w kostce albo zakażę się jakimś pasożytem i będę musiała zrezygnować? Tysiące ludzi pokonuje tę trasę etapami, każdego lata robiąc po kilkaset mil; dlaczego i ja nie miałabym tak zrobić?

Dlaczego? Bo decyzja o przejściu Szlaku Appalachów nigdy nie jest rozsądna. Każdy, kto zamierza pokonać dwa tysiące mil za jednym zamachem, robi to, ponieważ dostrzega piękno tego, co nierozsądne.

Chodzi właśnie o to, żeby cierpieć i żałować.

Tym, co nas motywuje, jest wysokie prawdopodobieństwo porażki.

Twierdziłaś, że masz złe przeczucia.

I miałaś rację!

Jak zwykle.

Większość ludzi ma romantyczne wyobrażenia na temat wędrówki Szlakiem Appalachów. Ja również je miałam. A prawda jest taka, że w tej drodze najwierniejszym towarzyszem człowieka jest wilgoć. Piechur na szlaku jest stale mokry. Głównie od potu - przesiąknięte potem, cuchnące podkoszulki to codzienność - ale także od deszczu. W czerwcu padało przez siedem dni z rzędu. Deszczowy dzień albo dwa nie stanowią problemu, raczej rzadkość, ale żeby przez tydzień lało bez przerwy? Pod pachami i na pośladkach pojawia się dziwna wysypka; stopy w mokrych butach stają się pomarszczone i wyglądają jak u trupa. Nic nie schnie. Człowiek tkwi bezczynnie w zatłoczonych schroniskach wraz z innymi przemoczonymi nieszczęśnikami.

Wilgoć występuje też pod postacią łez.

Bywałam na szlaku tak sfrustrowana i zmęczona, że po prostu siadałam i płakałam jak dziecko.

Miałam popękane pięty, kolana pulsowały mi z bólu, zwłaszcza przy schodzeniu. Kogo usiłowałam oszukać? To przecież były kolana czterdziestodwuletniej kobiety - nie powinno się ich forsować po siedem, osiem godzin każdego dnia ani zmuszać do dźwigania ciężkiego plecaka, który wydawał się tym większy i mniej poręczny, że jestem drobnej budowy ciała. Na mój widok ludzie wybuchali śmiechem, nawet gdy pozbyłam się wszystkiego, co nie było absolutnie niezbędne. Żegnajcie, książko i lokalizatorze osobisty! Żegnaj, kompasie!

Mój druh Santo przywykł do tego, że od czasu do czasu musiałam się porządnie wypłakać.

Siadał sobie wtedy, żeby coś przekąsić, albo rozglądał się po okolicy.

A kiedy się uspokajałam, podchodził, podawał mi rękę i pomagał się podnieść - on wielkolud, ja krasnoludek.

- Weź się w garść, dziewczyno - mówił.

- Próbuję! - odpowiadałam.

- Rób albo nie rób - rzucał, naśladując mistrza Yodę. - Nie ma próbowania.

Jednak ilekroć chciałam się poddać i godziłam się z myślą o rozstaniu z moją nową "rodziną" ze szlaku (byłam wręcz gotowa życzyć im powodzenia, odwrócić się na pięcie i odejść, poszukać wygodnego miejsca do spania i zapomnieć o całej sprawie), docierałam do kolejnego schroniska. Las różowiał o zmierzchu, a ktoś, komu przyświecał ten sam cel, co mnie, właśnie rozpalał ognisko. Wieczorne powietrze rozbrzmiewało cykaniem świerszczy, roje świetlików rozpraszały mrok, a ja po raz kolejny uświadamiałam sobie, że taszczenie ciężkiego plecaka wyciska ze mnie cały smutek, cały ten żal nad sobą i nad światem, a ja uwalniam się całkowicie od stresu, dezorientacji i niepokoju, stając się cudowną, nieskazitelną całością.

Szlak mnie odmienił.

I nawet teraz nie mogę powiedzieć, że czegokolwiek żałuję.

Pomimo wszystkiego, przez co przeszłam. Pomimo tego, co mnie spotkało.

Porucznik Bev

28 lipca, czwartek, godzina piąta rano.Drugi dzień poszukiwań Valerie Gillis.

Na nieutwardzonym parkingu przylegającym do terenu hotelu Sugarloaf Mountain rozlokowało się mobilne centrum dowodzenia. Silnik busa pracuje na niskich obrotach, lampy łukowe są zapalone. W ciemnościach śmigają nietoperze, w pogoni za owadami wlatują w snopy elektrycznego światła. Parkuję pikapa na wolnym miejscu. W oknie czarnego busa widzę poruszającą się sylwetkę Roba.

W naszym dystrykcie Rob Cross i ja kierujemy zespołem zarządzania kryzysowego. Od lat tworzymy zgraną ekipę. Wraz z żoną i dziećmi zapraszają mnie na niemal wszystkie rodzinne uroczystości. Rob pochodzi z Maine; jest krzepki, ma wielką głowę, zawsze mówi to, co myśli, i nigdy nie traci spokoju. Jego rozsądek i opanowanie nieraz nas ratowały w trakcie długich, trudnych akcji poszukiwawczo-ratowniczych. Niektórzy twierdzą wręcz, że w takich sytuacjach personel operacyjny odgrywa ważniejszą rolę niż lider zespołu, jednak ostatecznie to ja podejmuję decyzje, ponoszę konsekwencje i zbieram pochwały. Kiedy wsiadam do busa, Rob odwraca ku mnie wyzutą z emocji twarz; dla niego to dzień jak co dzień.

- Spałeś w ogóle? - pytam.

- Pewnie tyle, co ty - odpowiada.

Zespół zarządzania kryzysowego dysponuje następującymi uprawnieniami ustawowymi, ujętymi w rozdziale 12, sekcji numer 10105:

Otrzymawszy zgłoszenie, że ktoś udał się do lasu stanowego lub na wody śródlądowe celem polowania, połowu ryb lub z jakiegoś innego powodu, a następnie zaginął, zabłądził albo utonął, komendant korzysta ze swoich uprawnień i podejmuje uzasadnione kroki, mające w bezpieczny sposób doprowadzić do jak najszybszego odnalezienia zaginionej osoby.

Straż leśna to zasadniczo duma stanu Maine. Dbamy o zasoby wodne, stan zarybienia i przepisowe korzystanie z tutejszych lasów, opatrujemy też rannych. W prowadzeniu akcji poszukiwawczo-ratowniczych mamy znakomite wyniki, jeśli chodzi o odsetek uratowanych.

W dziewięćdziesięciu dwóch przypadkach na sto odnajdujemy osobę zaginioną w ciągu dwunastu godzin od przyjęcia zgłoszenia.

W dziewięćdziesięciu siedmiu przypadkach na sto udaje nam się tego dokonać w ciągu dwudziestu czterech godzin.

Pozostałe trzy procent stanowią historie, które na dobre wryły nam się w pamięć.

Rankiem pierwszego dnia poszukiwań tradycyjnie wybucha pandemonium - w pozytywnym sensie, o ile można tak powiedzieć. Wieści o zaginięciu rozchodzą się wśród wszystkich biorących udział w akcji poszukiwawczo-ratowniczej, tak zawodowców, jak i amatorów. Rozpoczynamy poszukiwania w rejonie Sugarloaf Mountain, czyli jak najbliżej miejsca, w którym po raz ostatni widziano Valerie Gillis. W dolinie zewsząd suną ku nam światła reflektorów; ludzie wysiadają z samochodów, rozprostowują kończyny zdrętwiałe po wielogodzinnej jeździe (szczyt Sugarloaf Mountain jest położony z dala od cywilizacji), uzupełniają kawę w termosach i zapasy żywności w plecakach. Pułkownik przysłał mi z rana trzynastu strażników, kilku aż z Allagash, z piątego okręgu. Nie mieliśmy okazji dotąd się spotkać. Są młodzi i małomówni, wyciągają do mnie na powitanie czyste dłonie, które ściskam po kolei.

Miejsce zbiórki zwykle niczym się nie wyróżnia. W tym przypadku to placyk ubitej ziemi w pobliżu zabudowań gospodarczych hotelu Sugarloaf, ze stolikiem turystycznym, z którego wiatr porywa formularze zgłoszeniowe dla ochotników, i z kilkoma kartonami kawy. Gdy tylne drzwi busa otwierają się i zaczynamy rozdzielać zadania, scena nabiera nieco jarmarcznego charakteru: ludzie wyglądają, jakby tłoczyli się w kolejce do stoiska. Zespoły formują się na bieżąco, w miarę jak przybywa chętnych (na każdego strażnika przypada od ośmiorga do dziesięciorga cywili), a następnie są wyprawiane w teren. W większości akcji biorą udział ochotnicy, mężczyźni i kobiety, którzy specjalnie zwolnili się z pracy, żeby przez dziesięć godzin przedzierać się za darmo przez dzikie lasy Maine. To, że stawiają się na każde wezwanie, zawsze robi na mnie wrażenie, podobnie jak to, ile obcy ludzie są w stanie zrobić dla siebie nawzajem. Valerie Gillis nawet nie jest stąd; nikt jej tutaj nie zna.

Pomimo całego rozgardiaszu, głośnych powitań, rozmów i chaosu przygotowań, w miejscu zbiórki panuje atmosfera powagi. Wszyscy wiedzą, że po upływie pierwszych dwudziestu czterech godzin szanse na odnalezienie zaginionej osoby drastycznie maleją. Żywimy ogromny respekt wobec tej niewidzialnej siły, która jako jedyna wie, gdzie jest ta kobieta i jak to wszystko się skończy. Słońce właśnie wschodzi ponad wielką doliną Carrabassett, ponad poszarpanymi grzbietami gór, które odcinają się ostro na tle porannego nieba, ponad połaciami drżących na zboczach orlików i na ten widok wszyscy zaczynamy gwizdać z zachwytu, zapominając na moment, co nas tutaj sprowadza.

Najtrudniejsze jest zawsze czekanie. Na razie nie ma co liczyć na jakiekolwiek nowe informacje; rejon zaginięcia Valerie Gillis jest na tyle oddalony od cywilizacji, że pierwsze ekipy dotrą na miejsce dopiero za kilka godzin. Dobrze znam ten teren położony w dystrykcie siódmym. Trafiłam tam po raz pierwszy na początku lat dziewięćdziesiątych, jako świeżo upieczona strażniczka i raptem druga kobieta w historii zatrudniona w straży leśnej stanu Maine. Nikt nie wiedział, co ze mną począć. Trzeba było mnie gdzieś umieścić i tak padło na dystrykt siódmy, jeden z najmniej zaludnionych obszarów w środkowej części stanu, zamieszkany przez niespełna czterysta osób. Całe dnie i tygodnie mijały mi tam bez jednego zgłoszenia. Czasami, patrolując leś­ne ścieżki, w skrytości ducha liczyłam, że przyłapię kogoś na kłusowaniu albo łowieniu ryb bez zezwolenia; miałabym wtedy przynajmniej z kim pogadać.

Rob odbiera telefon od pediatry którejś ze swoich pociech, więc korzystam z okazji, żeby wyjść z busa na słońce. To dobry poranek na poszukiwania, można się poczuć niemal jak na urlopie: niebo jest błękitne, usiane pierzastymi chmurkami sunącymi lekko ponad doliną. Taka pogoda jest bezpieczna, sprzyja zarówno ratownikom, jak i zaginionym.

Ratownictwo stanowiło w moim przypadku naturalny wybór. Uwielbiam rozwiązywać wszelkie zagadki; jakaś część mojego mózgu nawet we śnie stara się dopasować do siebie elementy układanki. W 2002 roku zostałam sierżantem, dwanaście lat później porucznikiem. Dzięki kilku głośnym akcjom poszukiwawczo-ratowniczym ja i mój zespół zyskaliśmy lokalną sławę. Pisali o nas w magazynie "Down East", jednak pomimo wysokiej skuteczności dowodzonej przeze mnie ekipy mój awans na porucznika porządnie wkurzył kilku moich starszych kolegów.

- Kobieta? Kobieta?! - małpował Mike, mój kumpel od zawsze, emerytowany strażnik, kiedy ostatnio wspominaliśmy tamte czasy. - To nie tak, że nienawidziliśmy cię, bo byłaś kobietą, Bev. Nienawidziliśmy cię, bo nie pochodziłaś stąd - rechotał.

W przeciwieństwie do większości moich współpracowników nie urodziłam się w Maine. Dzieciństwo spędziłam z rodzicami i dwiema siostrami w Leominster w stanie Massachusetts, gdzie mieszkałam aż do skończenia szkoły. Wyjechałam stamtąd dopiero w wieku dwudziestu pięciu lat, po tym, jak dostałam się na Wydział Ochrony Środowiska Uniwersytetu Maine. Jestem dzieckiem Nowej Anglii, a mieszkańcy Maine nadal żywią do nas urazę za to, że do momentu uzyskania w 1820 roku statusu stanu byli postrzegani jedynie jako przyczółek Massachusetts. Ze wszystkich czynników, które mogły przekreślić moje szanse na ciepłe przyjęcie mnie przez tutejszą społeczność - a należą do nich moja płeć, fakt, że jako jedyna kobieta w całej straży leśnej dowodzę własnym zespołem, w dodatku mieszkam sama i, jak twierdzą niektórzy, poza pracą świata nie widzę - nic nie przebije tego, że jestem, jak się tutaj mówi, "Masshole", czyli "dupkiem z Massachusetts".

- Siemasz, Bev! - wita mnie często Mike. - Wiesz, jaka jest kara dla polityka za jazdę po pijanemu w Massachusetts?

- Jaka, Mike?

- Reelekcja do senatu.

Pojedynczy sygnał mojej prywatnej komórki oznajmia, że mam nową wiadomość od Tanyi, jednej z moich śledczych.

Mąż zaginionej dziwnie się zachowuje, ale ma sporo informacji. Dołączysz?

Schodzę do przybudówki z pomieszczeniami administracyjnymi, którą hotel udostępnił nam na potrzeby akcji. Tanya przesłuchuje tam męża Valerie Gillis. Nie miałam jeszcze okazji go poznać, ale w pierwszym odruchu jestem gotowa mu współczuć. Bliscy zaginionych okazują stres na najdziwniejsze sposoby. Poza tym mąż Valerie z pewnością nam się przyda; przejechał tysiąc mil, towarzysząc w wędrówce swojej żonie, a naszej zaginionej.

Wchodzę do środka. Sala konferencyjna znajduje się w głębi korytarza. Jest zamknięta. Nie dobiegają stamtąd żadne odgłosy. Pukam w liche drzwi ze sklejki, słyszę szuranie kroków i skrzypienie odsuwanych krzeseł. Otwiera mi Tanya. Minę ma podejrzliwą.

- Och - mówi. - Porucznik Miller. Zapraszamy.

Wchodzę do środka. Tanya zajmuje miejsce u szczytu prostokątnego stołu konferencyjnego. Mąż zaginionej, Gregory Bouras, siedzi naprzeciwko, przy drugim krańcu stołu. Splecione dłonie trzyma między udami, głowę ma pochyloną.

Poszukiwania zawsze toczą się dwutorowo. Szukamy ciała, fizycznej osoby, ale jednocześnie staramy się poznać jej życie - kim jest, dlaczego wybrała się do lasu i z kim. Informacje zdobywane przez śledczych pomagają ustalić, gdzie należy szukać i co właściwie mogło się wydarzyć. Dzięki temu możemy uzupełnić luki w tym, co już wiemy. Moi śledczy mają specyficzne kompetencje: potrafią słuchać, ale jest w tym coś z czarnej magii. Słyszą rzeczy, których nikt poza nimi nie wyłapuje - albo nie chce wyłapać.

- Panie Bouras. - Podaję mężczyźnie rękę. - Porucznik Beverly Miller. Dowodzę poszukiwaniami.

Mąż Valerie w końcu podnosi głowę i spogląda na moją wyciągniętą dłoń. Wstaje. Mężczyźni zawsze potrzebują chwili, żeby oswoić się z moim wzrostem - równo sześć stóp w butach na grubej podeszwie. Ściskamy sobie ręce, po czym on ponownie osuwa się na krzesło. Dziwnie niedbałe jest to powitanie; większość bliskich nie może się doczekać spotkania ze mną, mają zwykle mnóstwo pytań, informacji i próśb. Apatia Bourasa to coś nowego. Tanya znacząco unosi brwi i wraca na swoje miejsce.

- No więc tak... - odzywam się. - Chciałam się tylko przedstawić, żeby w razie potrzeby mógł mnie pan odszukać.

Mężczyzna kiwa głową.

- Dzięki.

Zerkam na Tanyę.

- Właśnie wypełniam z panem kwestionariusz - informuje mnie. - Trochę to potrwa.

Na zewnątrz oślepia mnie słońce. Wychodzi zza pasma gór, akurat gdy zaczynam się wspinać po zboczu, usiłując uporządkować w myślach to, czego przed chwilą byłam świadkiem. Podziwiający widoki turyści na wyciągu krzesełkowym nikną w jaskrawym blasku. Położony w dole ośrodek przypomina tętniące życiem zabawkowe miasteczko; przed głównym wejściem kręcą się wózki golfowe, podjeżdżają i odjeżdżają.

Dostrzegam przed sobą dwie sylwetki; zbliżają się, mając za plecami słoneczną tarczę. Osłaniam oczy dłonią.

- Dzień dobry! - woła jedna, siląc się na radosny ton. - Porucznik Miller, prawda?

Teraz widzę, że to dwaj mężczyźni - jeden dźwiga na ramieniu kamerę, drugi ściska w dłoni mikrofon. Obaj szczerzą w uśmiechu białe zęby. Zalatują intensywnie wodą po goleniu.

- Wiadomo już coś o tej zaginionej turystce ze Szlaku Appalachów? - pyta ten z mikrofonem.

- Na razie nic nowego - odpowiadam.

- Nie macie żadnych tropów? - drąży reporter. - Fragmentów odzieży, czegokolwiek?

- Panowie, dopiero zaczęliśmy poszukiwania. Będę was informowała na bieżąco, obiecuję.

- Świetnie - stwierdza ten z mikrofonem. - Możemy zrobić kilka ujęć pani w terenie?

Wracam do busa, a oni idą w ślad za mną.

- I jak wypadłam? - pytam.

- Znakomicie - odpowiadają.

W wozie zajmuję swoje miejsce, ale nie mogę się wyciszyć. Rob reguluje częstotliwości krótkofalówek, w tym radia policyjnego o zasięgu ogólnostanowym, na wypadek gdyby okazało się, że Valerie Gillis wyszła jednak z lasu o własnych siłach i odnalaz­ła się gdzieś na autostradzie albo w czyimś ogródku. Otwieram laptop i przeglądam dzisiejsze raporty, przedzierając się przez zwyczajową litanię nagłych wypadków, skarg i tajemniczych zdarzeń, które spływają do nas codziennie z każdego zakątka dystryktu:

Szop pracz wyjada ziarno z karmnika dla ptaków na moim ganku.

Jakiś mężczyzna zaparkował na poboczu drogi numer 4, po czym oddalił się, ubrany tylko w kąpielówki.

Skutery wodne płoszą nury na Long Pond.

Frustrują mnie ludzie, którzy nie potrafią samodzielnie rozwiązać prozaicznego problemu. Szop pracz stołuje się w twoim karmniku dla ptaków? To zabierz ten cholerny karmnik z ganku! Zatrzaskuję laptop i zaczynam zwyczajowy rytuał strzelania knykciami.

Do busa tarabani się mój kumpel Mike. Ma na sobie bluzę z logo Disneylandu i wielkie okulary przeciwsłoneczne zatknięte na czubku głowy pokrytej bujnymi siwymi włosami. Jako emeryt jest za stary, żeby brać czynny udział w poszukiwaniach, przyjechał jednak, żeby zapewnić nam moralne wsparcie, czytaj: zdobyć najświeższe informacje, którymi będzie mógł się podzielić z innymi weteranami. Wprost uwielbiają omawiać każdą wartą uwagi sprawę, która trafia na moje biurko. Mike ma dla mnie pączka. Kładzie go przede mną na stole.

- Niech zgadnę - mówię. - Z kremem budyniowym?

Uwielbiam słuchać, jak Mike się śmieje. Przez dwie dekady naszej współpracy był jedynym człowiekiem, przy którym mog­łam się tak naprawdę powygłupiać. Zawsze był wyszczekany i arogancki; głośno mówił to, o czym inni tylko myśleli. W relacji z nim zawsze wiedziałam, na czym stoję. Wiem, że dałby wszystko, aby cofnąć czas i odrodzić się jako stażysta w nowiutkim mundurze z zielonej wełny czesankowej. Jako strażnik pod każdym względem był moim bohaterem. Cholernie go podziwiam.

A raczej podziwiałam. Ostatnimi czasy Mike zaczyna coraz bardziej przypominać bezczelnego wyrostka. Podczas pandemii najwyraźniej zatracił swoje umiejętności społeczne. Zrobił się hałaśliwy, a jego żarty stały się nieśmieszne. Kiedy mu to wytykam, stwierdza, że jestem nadwrażliwa. "Bev - rzuca - nie masz za grosz poczucia humoru". "Mike - odpowiadam - zróbmy tak: ty mi opowiesz zabawny dowcip, a ja z przyjemnością się z niego pośmieję".

- Dobra - mówi teraz Mike, sadowiąc się na fotelu pasażera. - A znasz ten o gościu spoza Maine, pogryzionym przez psa?

Zanim mam szansę mu przerwać, ciągnie:

- Spodoba ci się, to o twoich ziomkach. - Puszcza oko do Roba i poprawia okulary przeciwsłoneczne na czubku głowy. - Staruszek z Maine siedzi na werandzie. Nagle przed jego domem zatrzymuje się samochód z tablicami rejestracyjnymi spoza stanu. Kierowca chce go spytać o drogę, ale zanim wysiądzie z auta, upewnia się jeszcze: "Czy pański pies gryzie?". "Nie, proszę pana" - odpowiada staruszek. Przybysz wysiada więc, ale gdy tylko jego stopa dotyka ziemi, pies rzuca się na niego i wbija mu zęby w łydkę. Facet wyje z bólu, wyszarpuje nogę z psiego pyska i wskakuje z powrotem za kierownicę, po czym wrzeszczy przez uchyloną szybę: "Przecież mówił pan, że ten pies nie gryzie!". "Mój nie gryzie" - odpowiada staruszek. "Ale to nie jest mój pies".

Wymyka mi się stłumione parsknięcie.

- Śmiejesz się! - woła Mike. - Pani Poważnicka się śmieje!

Mike dawno zdążył sobie pójść, gdy późnym popołudniem do busa wsiada Tanya.

Odwracam się do niej na obrotowym krześle, a Rob ścisza radio.

- Faktycznie było tak dziwnie, jak mi się wydawało? - pytam ją.

- Całe mnóstwo emocji - wzdycha Tanya. - Na pewno obawy, ale i wrogość. Facet twierdzi, że nie lubi policji. Jest za cofnięciem nam rządowego dofinansowania.

Rob parska śmiechem.

- Jego żona właśnie zaginęła w North Woods. To chyba kiepski moment na utarczki z policją?

Tanya wyjmuje zza paska kajdanki, siada przy rozkładanym stole konferencyjnym na środku busa i kładzie je na blacie, jakby dorzucała się do puli. Ma na sobie mundur, ciemnozielone spodnie i koszulę ze swoim nazwiskiem wyszytym na górnej kieszonce. Na rękawie ma dwa czarne szewrony, oznaczające sześć lat służby w straży leśnej. Razem ze swoim partnerem, śledczym Codym Ouellette'em, wyglądają niemal jak rodzeństwo: oboje są rumiani i w tym samym czasie ukończyli szkolenie. Uparłam się, żeby mieć ich w zespole i postawiłam na swoim.

- Valerie Gillis boi się ciemności - oznajmia Tanya, rzucając notes na stół. Rob przyciąga krzesło, żeby do nas dołączyć. - Ma przy sobie opakowanie Lorazepamu na stany lękowe. To pielęgniarka, czyli twardzielka, sytuacje kryzysowe to dla niej chleb powszedni. Jest odważna, ale boi się ciemności.

- Wzięła urlop?

- Tak. Pięć miesięcy wolnego. Pandemia to był naprawdę trudny czas dla pielęgniarek. Ta wyprawa miała być odskocznią. Miłą odmianą.

- Miłą odmianą? Przejście pieszo dwóch tysięcy mil?

Tanya unosi brew.

- Pewnie to taki typ.

- Wielu z wędrujących szlakiem próbuje "stawić czemuś czoła" - zauważa Rob. - Z ich perspektywy właśnie o to w tym wszystkim chodzi.

- A jak mąż zareagował na ten pomysł? - pytam. - Nie miał nic przeciwko temu, żeby poszła?

- Od trzech miesięcy dowozi jej zaopatrzenie. Był gotów robić to dalej, nawet po tym, jak Valerie wdrapie się na Mount Katahdin, więc...

Wsparcie z zewnątrz to dla wędrowca długodystansowego ogromne ułatwienie. Dysponując pomocą zaufanej osoby, piechur nie musi zawracać sobie głowy łapaniem stopa albo taksówki do najbliższego miasteczka, żeby uzupełnić zapasy. W przypadku kobiety idącej w pojedynkę dodatkowo dochodzi do tego poczucie bezpieczeństwa. Naturalnie pomagający muszą mieć anielską cierpliwość; nie dla nich podziwianie widoków - godzinami czekają w samochodach zaparkowanych w umówionym miejscu, zwykle przy wejściu na kolejny odcinek szlaku. Dlaczego zatem Gregory Bouras zgodził się odgrywać rolę anioła stróża swojej żony? Takie pytanie może się wydać cyniczne, a odpowiedź, jaka zapewne nasuwa się pierwsza, brzmi: "Z miłości". Jednak równie dobrze mogłaby brzmieć: "Żeby mieć żonę na oku".

- Podał nam bardzo szczegółowe informacje - mówi Tanya. - Jaki dokładnie sprzęt ma ze sobą Valerie. Ile żywności. Dysponujemy danymi wszystkich spotkanych na szlaku turystów, o jakich mu wspominała. Z paroma z nich Cody już rozmawia. Bouras zdenerwował się jednak, gdy zapytałam, gdzie on sam był w poniedziałek i wtorek. Z miejsca przyjął postawę obronną. Raz za razem powtarzał, że siedział w swoim pokoju motelowym. A gdy spytałam, czy ktoś mógłby to potwierdzić, odparł: "A po co to pani? Co właściwie pani sugeruje?". Wyjaśniłam, że takie mamy procedury. Wszystkich o to pytamy.

W busie zapada milczenie. Prawda jest taka, że na Szlaku Appalachów rzadko dochodzi do przestępstw. Odkąd go otwarto w 1937 roku, zaledwie kilka osób padło ofiarą przemocy. To naprawdę niezły wynik, jeśli wziąć pod uwagę tysiące piechurów przemierzających samotnie te tereny. Jeśli mamy już do czynienia z czyimś nagłym zgonem, z reguły chodzi o nieszczęśliwy wypadek. O wywrócony kajak, zderzenie dwóch skuterów śnieżnych, polowanie po pijaku. Zwykle jest to śmierć wynikająca z niekompetencji, arogancji albo pecha. Szczerze mówiąc, moim zadaniem jest założyć, że Valerie się zgubiła - i tyle. Gdybym zaczęła się zastanawiać nad powodami, dla których niektórzy ludzie przepadają bez śladu na tym nieszczęsnym świecie, części z nich nawet bym nie szukała.

- A co u was? - pyta w końcu Tanya.

Spoglądamy na siebie z Robem.

- Na razie nic - odpowiadam. - Ale poszczególne ekipy sprawdzają każdy ciek wodny w rejonie poszukiwań. Istnieje szansa, że jeśli zdecydowała się pójść z biegiem potoku, to w tym momencie jedzie już czyimś quadem.

W tym momencie odzywa się moja krótkofalówka.

- Trzy-trzy-dwa-jeden zgłasza się z Caratunk. Szukam pani porucznik. Odbiór.

- Mówi porucznik Miller. Macie ją?

- No... nie. - Rozlega się seria trzasków. - Nie. Ale namierzyliśmy tego Żółwia Ninję. - Nastolatka, który zarzekał się, że we wtorek widział Valerie. Wszyscy nachylamy się, żeby lepiej słyszeć. - No więc... pokazaliśmy mu jej zdjęcie. Nie rozpoznał jej. Czyli kobieta, którą widział w pobliżu Spaulding, to nie mog­ła być Valerie Gillis. To była jakaś inna turystka.

Tanya wbija wzrok w podłogę. Rob bawi się nakrętką pustej butelki po wodzie mineralnej.

Fala gniewu, którą czuję, jest dla mnie absolutnym zaskoczeniem.

- Zrozumiałam - mówię. - Dziękuję. Odbiór.

Otwieram swój laptop i wpisuję meldunek.

Lokalizacja, w której rzekomo po raz ostatni widziano zaginioną, okazała się błędna.

Zmiana obszaru poszukiwań. Przesuwamy się na południe od schroniska.

Zatrzaskuję wieko laptopa tak gwałtownie, że Rob aż podskakuje.

- Po prostu świetnie. - Chwytam kluczyki od swojego wozu. - Że też dałam wiarę komuś o tak kretyńskiej ksywce!

Dalsza część w wersji pełnej

Rozmowa z "Santo", Bronx, Nowy Jork, 30 lipca 2022 r.,zarejestrowana przez strażnika Cody'ego Ouellette'a

Wybrałem się na trekking, nie mając zielonego pojęcia, co ze sobą zabrać. Wiedziałem, że będę potrzebował czegoś do picia, więc wziąłem litrową butelkę Sprite'a. Ledwo zacząłem iść pod górę, stwierdziłem, że zaraz wykorkuję. W myślach urągałem sobie: "Ty tłusty dupku!". Ale, jakkolwiek by na to patrzeć, musiałem pokonać szmat drogi, żeby w ogóle dotrzeć do szlaku. To prawie godzina jazdy od miasta, do tego koszty paliwa, więc powiedziałem sobie: "Po prostu dojdź do miejsca, które stąd widać, Ruben. Do tamtego drzewa". I udało się. "Okej, a teraz dojdź do tamtego miejsca, do tamtej skały". W ten sposób wlazłem na pierwszą górę.

Przenieśmy się teraz szybko do dnia, w którym podjąłem decyzję o przejściu Szlaku Appalachów. Ja! Kupiłem używany namiot, a potem odhaczałem kolejne punkty na liście niezbędnego wyposażenia: używane kijki trekkingowe, kuchenka turystyczna, karimata... Okazuje się, że dla takich jak ja producenci nie przewidzieli odzieży turystycznej. W sklepie z "dużymi rozmiarami" zaopatrzyłem się w dwie pary spodenek do golfa. Ludzie dziwią się, widząc mnie na szlaku w spodenkach do golfa i koszulkach polo. Ta akurat należy do mojego taty. Te szybkoschnące są naprawdę świetne. Nikt nie produkuje szortów trekkingowych dla grubasów, zupełnie jakby producenci się zmówili. "Chyba wszyscy zgadzamy się co do tego, że nie chcemy oglądać grubych ludzi w szortach?".

Zdarza mi się spotykać na szlaku grube dziewczyny. Od razu rzucam do nich: "Siema, siostro grubasko, szacun!". Przybijamy żółwika, mrugamy do siebie porozumiewawczo.

Nie mam problemu ze słowem "grubas". Chudzi ludzie... Nazywam ich "gazelami". Gazele śmigają po górskich zboczach, mijają cię w pędzie i znikają za horyzontem. Ale wiesz co? Wielu z nich ma ze sobą poważne problemy. "Zaliczają" Szlak Appalachów, "zaliczają" szlak Pacific Crest. Nie są w stanie się zatrzymać, mają za dużo gór do pokonania.

Żal mi ich. Ja, jak już zatargam swoje dwustusześćdziesięciofuntowe dupsko na nocleg, to od razu siadam.

Wróbelek miała tak samo. Zależało jej po prostu na tym, żeby iść przed siebie. Wędrować. Obserwować ptaki. Rozmyślać o życiu. Od czasu do czasu wysłuchać jakiejś ciekawej historii. O takich jak ona moja mamcia, która sama buja w obłokach, mówi, że mają duszę poety.

Wróbelek była zawsze tam, gdzie była, rozumiesz, co chcę powiedzieć?

(milczenie)

Sorki.

Przepraszam.

Daj mi chwilę.

(milczenie)

Co się z nią, kurwa, stało? Czy ktoś ją skrzywdził?