Zagubieni w mroku dusz. Tom 1 - Susan Hill

Reflow text when sidebars are open.
W sali nie słychać było nawet brzęczenia muchy - a powinno. Bo to właśnie taka sala. Szare linoleum. Chropowate ściany. Krzesła i stoły na metalowych nogach. W takich miejscach zawsze jest mucha, która brzęczy i lata w górę i w dół okiennej szyby. W górę i w dół. W górę i w dół. W górę.
Ścianę na drugim krańcu pomieszczenia zawieszono białymi i korkowymi tablicami. Na nich zaś przyczepiono nazwiska, daty, miejsca. A niżej:
Świadkowie (obok puste miejsce).
Podejrzani (puste miejsce).
Badania kryminalistyczne (puste miejsce).
I tak przy każdej sprawie.
W sali konferencyjnej komendy policji North Riding siedziało pięć osób. Wszyscy już od ponad godziny wpatrywali się uważnie w te tablice. Starszy detektyw inspektor Simon Serrailler czuł się, jakby pół życia strawił na oglądaniu jednej fotografii. Pogodna dziecinna buzia. Odstające uszy. Szkolny krawat. Świeżo przystrzyżone włosy. Ciekawość w oczach. Czujny wyraz twarzy.
David Angus. Osiem miesięcy mijało od poranka, kiedy chłopiec o godzinie ósmej trzydzieści zniknął sprzed wejścia do swojego domu.
David Angus.
Simon chciał, żeby była tu jakaś mucha i żeby to ona go hipnotyzowała, a nie twarz małego chłopca.
Nadinspektor Jim Chapman zadzwonił do niego kilka dni temu, w samym środku pięknego niedzielnego popołudnia. Simon siedział na ławce rezerwowych. Czekał na swoje wejście do gry w meczu krykieta między policją z Lafferton a szpitalem w Bevham. Na razie było dwieście dwadzieścia osiem do pięciu, lekarze grali jakoś bez przekonania. Serrailler pomyślał, że jego drużyna może zwyciężyć, zanim on sam zdąży włączyć się do akcji. Właściwie nawet nie wiedział, czy tego chce. Lubił gry zespołowe, ale średnio radził sobie z krykietem. W takie popołudnie, w tak miłym miejscu czułby się dobrze, niezależnie od tego, czy był przy piłce.
Jerzyki szybowały i poćwierkiwały gdzieś wysoko nad pawilonem, nieopodal ścian przemykały jaskółki. Przez ostatnich kilka tygodni bez żadnego konkretnego powodu Simon chodził przygnębiony i zniecierpliwiony. Teraz humor mu się poprawił dzięki grze, która sprawiała mu przyjemność, oraz na myśl o planowanym spotkaniu przy herbacie w miłym towarzystwie. Wieczorem wybierał się na kolację z siostrą i jej rodziną. Przypomniał sobie to, co w zeszłym tygodniu znienacka powiedział mu siostrzeniec Sam, gdy razem poszli na pływalnię. Zatrzymał się w połowie basenu i wyskoczył z wody, krzycząc: "Dzisiaj jest fajny dzień".
Simon uśmiechnął się do siebie. Tak niewiele trzeba do szczęścia.
- Cojeeeeeeeees?
Okrzyk ucichł. Odbijający był już bezpieczny i ruszał po swoją setkę.
- Hej, wujku Simonie!
- Cześć, Sam!
Siostrzeniec podbiegł ku ławce. Trzymał komórkę, którą Serrailler dał mu do popilnowania, na wypadek gdyby włączył się do gry.
- Jest do ciebie telefon. Nadinspektor Chapman z wydziału kryminalnego North Riding. - Sam aż pobladł z wrażenia. - No bo pomyślałem, że powinienem zapytać, kto to...
- Wszystko w porządku. Dobra robota, Sam.
Wstał i odszedł na bok.
- Serrailler, słucham.
- Tu Jim Chapman. Macie nowego pracownika, co?
- To mój siostrzeniec. Gramy w krykieta, siedzę na ławce rezerwowych i czekam na swoją kolej.
- Fajny chłopak. Przepraszam, że zawracam ci głowę w niedzielne popołudnie. Jest jakaś szansa, żebyś tu przyjechał za kilka dni?
- Zaginął dzieciak?
- Minęły już trzy tygodnie i ani śladu.
- Mogę przyjechać jutro wieczorem i być we wtorek i środę, jeśli będziecie mnie tak długo potrzebować, tylko załatwię tu wszystkie sprawy.
- Już ci załatwiłem. Twój szef dużo o tobie myśli.
Od strony widzów dobiegły go wiwaty i oklaski.
- Jim, odszedł zawodnik. Muszę biec.
Sam już czekał. Warował jak mały piesek, z ręką wyciągniętą po komórkę.
- Co mam zrobić, jak zadzwoni, kiedy będziesz grać?
- Zapytaj o nazwisko i numer telefonu i powiedz, że oddzwonię.
- Dobrze, wujku.
Simon pochylił się i poprawił sprzączkę na ochraniaczu. Chciał w ten sposób ukryć uśmiech.
Kiedy jednak szedł na boisko, zmartwienie osnuło go już cieniutką mgłą, odcinając jasność dnia, psując przyjemność. Sprawa uprowadzenia tamtego chłopca wciąż w nim tkwiła, była skazą w zakamarkach umysłu. I nie chodziło tylko o fakt, że wciąż pozostawała nierozwiązana, lecz o to, że porywacz mógł uderzyć ponownie. Nikt nie lubi zostawiać niezakończonych spraw, zwłaszcza takich. Telefon od Jima Chapmana skierował myśli Simona z powrotem ku Angusowi, policji, pracy... I tego, jak czuł się w pracy przez ostatnich kilka tygodni. I dlaczego.
Musiał zmierzyć się z kardiologiem wybijającym trudną, podkręconą piłkę, więc na chwilę skupił się na czymś innym. Przejął pierwszą piłkę i pobiegł.
Rżenie kucyka na padoku wyrwało Cat Deerbon z dwugodzinnego snu. Leżała zesztywniała i obolała, przez chwilę zastanawiając się, gdzie jest. Wezwano ją dziś do starszego pacjenta, który spadł ze schodów i złamał miednicę. Wracając do domu, trzaśnięciem drzwi obudziła najmłodsze dziecko. Felix był głodny, zdenerwowany, chciało mu się pić i koniec końców, nie wiedzieć kiedy, zasnęła przy jego łóżeczku.
Teraz wyprostowała się z trudem, ciepłe ciałko śpiącego syna nawet nie drgnęło. Przez szczelinę między zasłonami przenikały promienie słońca, oświetlając jej twarz.
Było dopiero dziesięć po szóstej.
Szary kucyk pasł się obok płotu. Ale zarżał, gdy zobaczył idącą w jego stronę Cat z marchewką w ręku.
Jak mogłabym to wszystko porzucić, pomyślała. Kucyk trącał ją pyskiem. Jak mogłabym znieść rozstanie z domem na wsi, miejscowością?
W powietrzu unosił się słodkawy zapach, w zagłębieniach gruntu zebrała się mgła. Dzięcioł zastukał i zanurkował ku jednemu z dębów rosnących z drugiej strony.
Jej mąż Chris znów był rozdrażniony, źle się czuł, pracując jako lekarz ogólny, wściekały go obciążenia związane z papierkową robotą, która odciągała go od pacjentów, irytowały całe stosy nowych celów, kontroli i obliczeń. W ciągu ostatniego miesiąca kilkakrotnie mówił o wyjeździe do Australii na pięć lat - co, jak sądziła Cat, równie dobrze mogło oznaczać wyjazd na zawsze. Wiedziała, że wymyślił te pięć lat na jej użytek, na odczepnego. Była tam już kiedyś, w odwiedzinach u brata, Iva, jednego z trojaczków. Nie cierpiała Australii - zdaniem Chrisa jako jedyna.
Wytarła o szlafrok dłoń pobrudzoną śliną kucyka. Zadowolone zwierzę spokojnie podreptało padokiem.
Mieszkali niedaleko Lafferton i przychodni. Blisko rodziców i Simona, i katedry. A to wszystko wiele dla niej znaczyło. Jednocześnie dom stał w środku wsi, po drugiej stronie szosy znajdowało się prawdziwe gospodarstwo, gdzie dzieci mogły oglądać jagnięta, cielaki i pomagały karmić kurczęta. Uwielbiały swoje szkoły, w pobliżu mieszkali ich koledzy. Nie, pomyślała, czując, jak słońce grzeje jej plecy. Nie.
Z domu dobiegł ją wrzask Feliksa. Teraz mógł się nim zająć Sam. Właśnie on, jego brat i prawdziwy fan - a nie Hannah, która wolała kucyka i była zazdrosna o niespełna rocznego niemowlaka.
Cat poszła wzdłuż padoku, wiedziała, że później poczuje się zmęczona, ale nie żałowała zarwanej nocy - odwiedziny u pacjentów, wtedy gdy najbardziej jej potrzebowali, zwłaszcza starzy i wystraszeni, zawsze były dla niej najwartościowszym elementem jej pracy lekarza. Gdy zawrze w końcu nowy kontrakt, nie ma zamiaru przekazywać tej nocnej pracy swojemu zastępcy. Chris jednak nie zgadzał się z nią. Już wiele razy starli się z tego powodu i teraz po prostu omijali sporny temat.
Jedna ze starych jabłoni okryła się białym kwieciem, przykrywało jej sękate konary niczym welon panny młodej. Cat poczuła przyjemny zapach.
Nie, pomyślała jeszcze raz.
Przez ostatnich kilka lat przeżyła zbyt wiele złych dni, zbyt wiele strachu i napięcia; ale teraz, jeśli nie brać pod uwagę zwyczajnego zdenerwowania sprawami, którymi zajmował się brat, wszystko było w porządku - oprócz niezadowolenia Chrisa, jego irytacji, nieodpartego pragnienia zmiany, odsunięcia tych wszystkich rzeczy, zniszczenia ich... Bose stopy miała wilgotne od rosy.
- Mamoooooo. Telefooooooon!
Hannah niebezpiecznie wychylała się z okna na piętrze.
Cat pobiegła.
Ten ranek pamiętano długo dzięki srebrzystobłękitnemu, czystemu niebu, wczesnemu porannemu słońcu i temu, że wszystko wokół było takie świeże. Czuli się odprężeni i nagle przestali myśleć o kłopotach. Obcy ludzie zagadywali się na ulicy.
Natalie Coombs też miała zapamiętać ten dzień.
- Słyszę samochód. To Ed.
- Nie, nie słyszysz, to pan Hardisty i chodź na dół, bo się spóźnimy.
- To Ed! Chcę pomachać.
- Nie, ja...
- Zejdź na dół! Już!
Potargane po nocy włosy Kyry opadały jej na twarz. Była boso.
- Kyra, do cholery, nie potrafisz się sobą zająć?... Gdzie jest szczotka do włosów, gdzie masz buty?
Ale Kyra pobiegła już do frontowego pokoju, żeby wyglądać przez okno i czekać.
Natalie wsypała czekoladowe płatki do niebieskiej miseczki. Miała jedenaście minut - w tym czasie musiała przygotować córkę do wyjścia, sama się umalować i jeszcze nakarmić oraz napoić tę cholerną świnkę morską. Co ona kiedyś myślała? Że chce tego dziecka?
- Jest Ed! To Ed!
Wiedziała, że teraz lepiej nie przeszkadzać Kyrze. Ta rzecz należała do porannego rytuału.
- Pa, pa, Ed... - Kyra zastukała w okno.
Samochód skręcił w stronę drzwi frontowych. Kyra pomachała ręką.
- Pa, pa, Kyro...
- Ed, mogę przyjść do ciebie dzisiaj wieczorem?
Ale samochód już ruszył. Dziewczynka zaczęła płakać.
- Kyro, nie bądź taka męcząca!
- Ed mówi, że nic nie szkodzi.
- Słuchaj, co ja mówię. Jedz płatki.
Ale Kyra ciągle machała i machała w stronę samochodu, aż skręcił za róg i zniknął jej z oczu. Ed. O co tu do cholery chodzi? Natalie nie mogła tego zrozumieć. Ale z drugiej strony to jej dawało dzisiaj wieczorem pół godziny tylko dla niej - jeśli Kyra pójdzie do sąsiedniego domu, tam, gdzie mieszka Ed, żeby pomagać w podlewaniu kwiatków albo zjeść marsa przed telewizorem.
- Kyra, nie wylewaj mleka, a teraz słuchaj.
Kyra westchnęła.
Natalie pomyślała, że jak na sześciolatkę jej córka ma bogaty zestaw westchnień, niczym diwa operowa.
Świeciło słońce. Ludzie zaczęli się nawoływać i wsiadać do samochodów.
- Spójrz! - powiedziała Kyra, ciągnąc Natalie za ramię. - Popatrz w okna, tam gdzie mieszka Ed, tam się obraca takie tęczowe coś. I te kolory się ruszają.
Natalie trzasnęła drzwiczkami auta, otworzyła je, potem trzasnęła jeszcze raz. Zawsze tak robiła, inaczej nie chciały się domknąć.
- Możemy też mieć w oknie coś takiego, co robi tęczę? To wygląda jak z bajki.
- Cholera. - Natalie z piskiem zahamowała na skrzyżowaniu. - Patrz, gdzie leziesz, baranie.
Kyra westchnęła. Ciekawe, co teraz robi Ed. Nigdy nie krzyczy i nigdy nie przeklina. Pomyślała, że chciałaby pójść dziś wieczorem tam, gdzie mieszka Ed, i zapytać się, czy mogą razem zrobić naleśniki.
Słońce przenikające przez szyby i odbijające się od białej ściany zbudziło Maksa Jamesona. Przez to światło kupił mieszkanie na poddaszu. Nawet w pochmurny dzień wszędzie było pełno blasku. Kiedy pierwszy raz przyprowadził tutaj Lizzie, rozejrzała się wokół oczarowana.
- Stara Fabryka Wstążek - powiedziała. - Skąd taka nazwa?
- Bo produkowali tutaj wstążki. Lafferton słynęło ze wstążek.
Lizzie przeszła kilka kroków, a potem zawirowała pośrodku pokoju.
To było wielkie poddasze, urządzone w opuszczonej hali fabrycznej: salon ze schodkami prowadzącymi do sypialni i łazienki. Jeden wielki salon.
- Tu jest jak na statku - stwierdziła.
Max zamknął oczy i zobaczył ją w myślach, z głową odchyloną do tyłu, z długimi czarnymi włosami.
Jedna ze ścian była cała ze szkła. Bez żaluzji, bez zasłon. Nocą lampy oświetlały wąską uliczkę na dole. Za Fabryką Wstążek nie stały już żadne budynki, ciągnęła się tylko nadbrzeżna ścieżka, a potem kanał. Za drugim razem przyprowadził tutaj Lizzie nocą. Od razu podeszła do okna.
- To wiktoriańska Anglia.
- E tam.
- Nie, naprawdę. Tak to wygląda.
Na przeciwległej ścianie pokoju widniał jej portret. Max zrobił Lizzie zdjęcie, kiedy stała samotnie na brzegu jeziora, w ślubnej sukni, z głową odchyloną do tyłu, jak teraz, włosy też jej opadały, ale wówczas miała w nie wplecione kwiaty. Fotografię powiększył do czterech metrów wysokości, ponad trzech szerokości i ozdobił nią białą ścianę. Kiedy Lizzie zobaczyła to po raz pierwszy, nie była ani zaskoczona, ani zakłopotana, tylko się zamyśliła.
- To będzie najlepsze wspomnienie - powiedziała wreszcie.
Max otworzył oczy, światło słońca zaczęło go razić. Słyszał ją.
- Lizzie? - Rozrzucił posłanie, przerażony jej nieobecnością. - Lizzie?
Była w połowie schodów, wymiotowała.
Próbował jej pomóc, odprowadzić w spokojne miejsce, ale zwisała bezwładnie i obawiał się, że oboje upadną. Wtedy spojrzała na niego, oczami szeroko otwartymi i pełnymi przerażenia. Krzyknęła.
- Lizzie, wszystko w porządku, jestem tutaj, to ja. Nie zrobię ci krzywdy, nie. Lizzie...
Jakoś dowlókł ją do łóżka i zdołał położyć. Skuliła się i odsunęła od niego, wydawała przy tym z siebie ciche, pełne złości odgłosy jak rozeźlony kot. Max pobiegł do łazienki, pochlapał zimną wodą głowę i kark, umył zęby. Drzwi zostawił otwarte. Łóżko widział w lustrze. Nie poruszyła się już. Włożył dżinsy i koszulę, zbiegł do zalanego słońcem pokoju, nastawił wodę w czajniku. Cały czas w ustach i gardle czuł gorzki smak strachu.
Rozległ się rumor. Odwrócił się, akurat by zobaczyć, jak Lizzie w straszliwie zwolnionym tempie zsuwa się po schodach, z jedną nogą zgiętą, wyciągniętymi przed siebie rękoma, krzycząc z bólu i strachu jak zirytowane dziecko.
Czajnik wypluwał z siebie parę, a światło słońca niczym ogień jarzyło się w szklanych drzwiczkach kredensu.
Max poczuł, jak po twarzy spływają mu łzy. Czajnik był przepełniony, kiedy z niego nalał, woda prysnęła mu na rękę.
Lizzie leżała spokojnie u stóp schodów, a dźwięk, jaki z siebie wydawała, brzmiał jak ryk zwierzęcia. To nie może być Lizzie, jego żona.
Cat Deerbon usłyszała ten krzyk przez telefon.
- Mów wolniej, Max... Co się stało?
Zdołała wyłowić z hałasu rozbrzmiewającego w tle tylko kilka nieskładnych, wypowiedzianych zduszonym głosem słów.
- Max, wytrzymaj... Już jadę. Wytrzymaj...
Felix raczkował po podeście ku schodom, czuć było, że ma brudną pieluchę. Cat wzięła go na ręce i zaniosła do łazienki, gdzie Chris się golił.
- Dzwonił Max Jameson - oznajmiła. - Coś z Lizzie... Muszę jechać. Niech Hannah ci pomoże.
Zbiegła po schodach, po drodze zapięła zamek błyskawiczny spódnicy, unikając spojrzenia męża.
Na zewnątrz powietrze pachniało sianem, biały kucyk kłusował po padoku, machając ogonem z zadowolenia. Cat zjechała z podjazdu i pomknęła drogą, planując, co ma zrobić, jak ma sprawić, by Max Jameson zrozumiał wreszcie, że nie może trzymać Lizzie w domu, bo umrze.
Serrailler wciąż znajdował się w pokoju, gdzie brakowało muchy, a wraz z nim kilku funkcjonariuszy zespołu zajmującego się sprawą uprowadzeń dzieci.
Zespołem kierował nadinspektor Jim Chapman. Zostało mu tylko kilka lat do emerytury, był uprzejmy, doświadczony i sprytny, całe życie przepracował jako policjant w północnej Anglii, w tym większość czasu w różnych miejscach w Yorkshire. Reszta ekipy była znacznie młodsza. Detektyw sierżant Sally Nelmes, drobna, schludna, poważna i ambitna. Podobna do niej detektyw Marion Coopey, ulepiona z tej samej gliny, niedawno przeniesiona z hrabstwa Thomas Valley. W trakcie narady odzywała się najrzadziej, ale gdy już coś powiedziała, były to przenikliwe i trafne uwagi. Inny policjant z Yorkshire, Lester Hicks, od dawna przyjaźnił się z Jimem Chapmanem - i ożenił z jego córką.
Wszyscy życzliwie przywitali gościa, funkcjonariusza z innego regionu, choć przecież mogli traktować go podejrzliwie albo z dystansem. Skupiali się na swojej pracy, przepełniała ich energia. Zrobili duże wrażenie na Serraillerze, ale jednocześnie dostrzegł u nich pierwsze oznaki frustracji i zniechęcenia, te, które rozpoznał w zespole z Lafferton, gdy pracował przy sprawie Davida Angusa. Rozumiał ich całkowicie - ale nie mógł pozwolić, by współczucie wywołało u niego pesymizm czy bezradność.
W mieście Herwick zaginął chłopiec. Miał osiem i pół roku. W zeszły poniedziałek o godzinie trzeciej po południu, po lekcjach, w letnie popołudnie, Scott Merriman wyszedł z domu do domu kuzyna, Lewisa Tylera, mieszkającego o kilometr dalej. Niósł sportową torbę z rzeczami do pływania. Ojciec Lewisa miał zabrać ich do nowego wodnego parku rozrywki, odległego o pół godziny jazdy samochodem.
Scott nigdy nie dotarł do Tylerów. Po dwudziestu minutach czekania Ian Tyler zadzwonił do Merrimanów i na komórkę Scotta. Jedenastoletnia siostra chłopca, Lauren, powiedziała mu, że Scott wyszedł "wieki temu". Komórkę miał wyłączoną.
Przy ulicy, którą szedł, stały głównie domy jednorodzinne, choć była to jedna z najruchliwszych arterii miasta.
Nie zgłosił się nikt, kto widziałby chłopca. Nie znaleziono ciała ani sportowej torby.
Na ścianie sali konferencyjnej wisiała szkolna fotografia Scotta Merrimana, kilkadziesiąt centymetrów od zdjęcia Davida Angusa. Nie byli do siebie podobni, cechowała ich jednak ta sama świeżość, mieli na twarzach wypisaną taką samą ciekawość świata. Simona głęboko to poruszyło. Scott uśmiechał się szeroko, ukazując przerwę między zębami.
Do sali weszła detektyw z tacą herbaty. Serrailler postanowił policzyć, ile plastykowych kubków herbaty wypił od wstąpienia do policji. Chapman znowu wstał. W wyrazie jego twarzy pojawiło się coś nowego. Zawsze był zrównoważony i spokojny, teraz zdawał się jakoś szczególnie czujny, napełniony świeżą energią. Simon wyprostował się na krześle i czuł, że pozostali robią to samo, prostują plecy, zbierają się w sobie.
- Jest jedna rzecz, jakiej jeszcze nie robiłem w tym śledztwie. Myślę, że może już czas nakłonić Simona i Lafferton do skorzystania w sprawie Davida Angusa z pomocy psychologów, specjalistów od kryminalistyki?
- Żeby opracowali profil? Nie. Dyskutowaliśmy nad tym, ale sprzeciwiłem się, bo uznałem, że po prostu nie będą mieli nad czym pracować. Mogą nam najwyżej dać ogólny obraz porywacza dzieci, który i tak znamy.
- Słusznie, ale nadal sądzę, że powinniśmy o tym pomyśleć. Pobawmy się w tworzenie profilu. Zastanówmy się nad tym, jaki człowiek może być brany pod uwagę lub jakie osoby, jeśli przypadki tych dzieci będziemy rozpatrywać z osobna, podobnie jak wszystkie inne sprawy. Czy nie sądzicie, że byłoby to użyteczne ćwiczenie?
Sally Nelmes postukała ołówkiem w przednie zęby.
- Tak? - Chapman nie przeoczył niczego.
- Sądzę, że sami nie zajdziemy dalej, niżby zaszedł psycholog.
- Nie zajdziemy.
- Czyli powinniśmy stąd wyjść, a nie siedzieć i gadać.
- Mundurowi i wydział kryminalny cały czas pracują na zewnątrz. Wszyscy pracowaliśmy w terenie i będziemy pracować znowu. To spotkanie z udziałem starszego detektywa inspektora Serraillera jest po to, aby trzon zespołu miał czas pomyśleć... Namyślić się, przemyśleć, czegoś domyślić.
Umilkł na chwilę.
- Pomyśleć - powiedział jeszcze raz dobitniej. - Pomyśleć nad tym, co się słało. Dwóch chłopców zabrano z ich domów, od ich rodzin, z rodzinnego otoczenia, zostali sterroryzowani, przypuszczalnie padli ofiarą molestowania seksualnego, a potem niemal na pewno zostali zamordowani. Dwie rodziny zostały rozbite, cierpiały i cierpią, doświadczają strachu i udręki, nie śpią, nie jedzą, nie funkcjonują w normalny sposób, nie utrzymują z nikim kontaktów ani nikt z nimi się nie kontaktuje i tego nie da się już odwrócić, nigdy nie zdołają powrócić do normalności. Wiecie o tym wszystkim równie dobrze jak ja, ale to ja muszę wam o tym przypominać. A skoro do niczego nie potrafimy dojść i wszystkie nasze przemyślenia i rozmowy nie są w stanie stworzyć czegoś świeżego mam zamiar sprowadzić eksperta z zewnątrz.
Usiadł i zakręcił się na obrotowym krześle. Ustawili się przed nim w nierównym półokręgu.
- Pomyślcie, jaki człowiek mógł to zrobić.
Nastąpiła chwila pełnej napięcia ciszy. Serrailler spojrzał na nadinspektora z szacunkiem. Potem zaczęły padać słowa, sugestie, opisy, jeden po drugim, ciach, ciach, ciach, po okręgu, niczym karty wykładane na stół w jakiejś szybkiej grze.
- Pedofil.
- Samotnik.
- Mężczyzna... Silny mężczyzna.
- Młody...
- Ale nie nastolatek.
- Kierowca... No tak, oczywiście.
- Pracuje na swoim.
- Kierowca ciężarówki... Furgonetki, czegoś w tym rodzaju...
- Wycofany... Niespełniony seksualnie...
- Kawaler.
- Nie... Dlaczego?
- Nie potrafi stworzyć związków...
- Molestowany w dzieciństwie...
- Poniżany...
- Przemoc, prawda?
- Niski iloraz inteligencji... Poniżej stu...
- Brudas... niskie poczucie własnej wartości... Niechlujny...
- Sprytny.
- Nie, lekkomyślny...
- W każdym razie śmiały. Wielkie mniemanie o sobie.
- Nie, nie, całkiem przeciwnie. Niepewny. Bardzo niepewny.
- Skryty. Dobry kłamca. Umie się maskować...
Rzucano kolejne propozycje, wykładano karty, coraz szybciej i szybciej. Chapman się nie odzywał, przenosił tylko spojrzenie z twarzy na twarz, podążając za budowanym właśnie obrazem. Serrailler także nic nie mówił, jedynie patrzył tak jak nadinspektor. Robiło mu się coraz bardziej nieswojo. Coś tu było nie tak, ale nie wiedział co ani dlaczego.
Stopniowo komentarze zaczęły się stawać coraz rzadsze. Skończyły się już karty do wykładania na stół. Policjanci znowu znieruchomieli na krzesłach. Detektyw Sally Nelmes rzucała Serraillerowi krótkie, niezbyt przyjacielskie spojrzenia.
- Dosyć się już naszukaliśmy - powiedział Simon.
- Czy na pewno? - Marion Coopey schyliła się, żeby podnieść leżącą u jej stóp kartkę papieru.
- No cóż, to bardzo znajomy profil...
Już drugi raz obie kobiety zdawały się ze sobą ścierać. Simon zawahał się. Czekał na reakcję nadinspektora, ale Jim Chapman milczał.
- Jeśli można...
- Tak, Simonie?
- Myślę, że wiem, o co chodzi detektyw Coopey. Kiedy wszyscy zaczęli się przerzucać się pomysłami, ja też poczułem się nieswojo... I na tym polega cały problem... To po prostu znajomy "profil"... Jak się złoży to wszystko razem, powstaje wizerunek osoby, którą wszyscy uważają za typowego porywacza dzieci.
- A nie o to chodzi? - rzuciła mu wyzwanie Sally Nelmes.
- Może. Niektóre rzeczy tu pasują, na pewno... Zastanawiam się tylko nad jednym, a to rzecz, która zawsze mnie ciekawi przy opracowywaniu profilu, kiedy już się wszystko złoży razem: czy nie zrobimy sobie takiego portretu pamięciowego, a potem będziemy już tylko szukać osoby, która do niego pasuje. To byłoby świetnie, gdybyśmy naprawdę mieli portret pamięciowy i gdyby ten ktoś był rzeczywiście widziany przez kilka osób. Ale niczego takiego nie ma. Nie chcę, żeby ktokolwiek się zafiksował na tym "znajomym profilu" i zaczął wyłączać z kręgu podejrzanych wszystkich, którzy do niego nie pasują.
- Czyli, że w Lafferton zaszliście dalej?
Czy detektyw Nelmes zawsze tak się czepia, czy po prostu go nie lubi. Poradził sobie w przećwiczony i niemal zawsze skuteczny sposób. Odwrócił się do niej i uśmiechnął, takim intymnym, przyjacielskim uśmiechem, patrząc jej prosto w oczy.
- Sally, bardzo bym chciał, żeby tak było... - powiedział.
Kątem oka dostrzegł, że Jim Chapman zarejestrował każdy niuans tej wymiany zdań.
Sally Nelmes odwróciła się, a usta skrzywiła w nieznacznym uśmiechu.
Zrobili przerwę na lunch, a potem Serrailler i Chapman wybrali się na przechadzkę. Opuścili przykryty płaskim dachem budynek komendy, zbudowany w latach siedemdziesiątych. Ruszyli niezbyt ładną ulicą, prowadzącą do centrum. W Yorkshire nie było słońca ani najwyraźniej lata. Niebo zasnuwała szarość, w powietrzu unosiła się dziwna, chemiczna woń.
- Chyba wam nie pomogę - stwierdził Simon.
- Muszę mieć pewność, że niczego nie pominęliśmy.
- Nieprawda. Jesteście tak samo sfrustrowani, jak byliśmy my.
- Już niedługo.
- Niektórzy z nich działają ci na nerwy.
Dotarli do skrzyżowania z drogą przelotową i zawrócili.
- Zapomniałem, moja żona zaprasza cię na obiad.
Simonowi poprawił się humor. Lubił Chapmana, ale teraz chodziło o coś więcej. Nie znał tutaj nikogo innego, miasto i jego otoczenie wydawały mu się obce i nieatrakcyjne. Hotel, w którym go zakwaterowano, zbudowano w tym samym stylu co komendę policji i z równie nikłym artyzmem. Zaczynał się nawet zastanawiać, czy nie wrócić do Lafferton, zaraz gdy tylko skończy pracę - a nie zatrzymywać się tutaj i samotnie jeść niesmaczny posiłek. Zaproszenie od Chapmanów bardzo go ucieszyło.
- Chcę cię zabrać do Herwick. Nie wiem jak ty, ale ja całkiem nieźle poznałem to miejsce. Nie mamy dowodów, nic nie mamy... ale chcę poznać twoje zdanie.
Serrailler i Chapman pojechali do Herwick razem z Lesterem Hicksem, który siedział na tylnym siedzeniu. Hicks był małomównym yorkshirczykiem, niskim i krępym, miał ogoloną głowę i szowinistyczne poglądy, które Serrailler spotykał już u ludzi z północy. Choć pozbawiony wyobraźni, cieszył się opinią rozsądnego i zrównoważonego.
Herwick, miasteczko na kresach równiny York, wyglądało, jakby rozrosło się w całkiem przypadkowy sposób. Jego rogatkami była wstążka zakładów przemysłowych, magazynów oraz multipleksów, w centrum stało mnóstwo sklepów z używanymi rzeczami i tanimi pamiątkami.
- Jest tutaj jakaś praca?
- Nie bardzo... Zakład pakowania drobiu, kilka dużych telefonicznych centrów obsługi klienta, ale ograniczają działalność. Wszystko wyprowadza się teraz za granicę, tam jest taniej. Wielkie cementownie... A poza tym bezrobocie. No, jesteśmy na miejscu. To Painsley Road... Kilkanaście kilometrów stąd jest droga łącząca się z autostradą.
Powoli jechali dalej, później skręcili w lewo.
- Tu mieszkają Tylerowie... Pod numerem 202.
Ulica nie miała w sobie nic szczególnego. Bliźniaki i kilka wolnostojących, zaniedbanych domów; kilka pasaży handlowych - kiosk, bar sprzedający ryby z frytkami, bukmacher, pralnia; zakład pogrzebowy z oknami zasłoniętymi firankami, z budynkiem o płaskim dachu na tyłach.
Dom Tylerów miał dwa wejścia, z dala od ulicy. Tam, gdzie z przodu był kiedyś ogródek, ziemię wyłożono jaskrawoczerwonym chodnikiem w kształcie rybich ogonów. Usunięto też płot.
Zwolnili.
- Scott powinien podejść do domu od tej strony... Przyszedłby od skrzyżowania.
Nikt nie zwracał uwagi na samochód z wolna sunący przy krawężniku. Jakaś kobieta pchała wózek dziecięcy, starszy mężczyzna na wózku inwalidzkim jechał po chodniku. Na poboczu bawiły się dwa psy.
- Co to za ludzie? - zapytał Serrailler.
- Tylerowie? On jest hydraulikiem, jego żona pracuje jako pakowaczka w zakładzie przetwórstwa drobiu. Przyzwoici ludzie. Ich dzieci wyglądają na zadbane.
- Jak się czują?
- Ojciec wiele nie mówi, ale obwinia się, że nie zawiózł chłopaka samochodem.
- To rodzice Scotta?
- Wyglądają, jakby mieli się za chwilę pozabijać... Ale myślę, że zawsze u nich tak było. Mam wrażenie, że głową rodziny jest jego siostra.
- Która jest...
- Trzynastolatką poważną jak trzydziestolatka. O, tutaj Scott skręciłby za róg... Ta droga prowadzi do jego domu. To niewielka, jednokierunkowa uliczka, ma kilkaset metrów, odchodzi od głównej drogi.
- Tutaj po drodze nigdzie go nie widziano?
- Jak do tej pory, nie.
Kolejna ponura ulica, gdzie domy stały za ogrodzeniami albo niechlujnymi żywopłotami. Trzy duże bloki mieszkalne. Nieużywana kaplica baptystów z drzwiami i oknami zabitymi deskami. Samochody przejeżdżały ciągle, choć nie za często.
- Trudno uwierzyć, że nikt nie widział chłopca.
- Ależ widzieli go... Tylko nie zwrócili na to uwagi.
- Czyli że wszystko musiało wyglądać całkiem normalnie, nie mogło być żadnej szarpaniny, podobnie jak wtedy, kiedy zabrano Davida Angusa. Nikt nie zignorowałby dziecka siłą wciąganego do samochodu.
- To był ktoś, kogo obaj chłopcy znali?
- Nie musieli znać tej samej osoby, to też całkiem prawdopodobne. Wtedy mielibyśmy dwóch różnych porywaczy. Każdy z nich byłby wystarczająco dobrze znany dziecku i...
Simon nagle urwał. Obaj wiedzieli, że nie ma po co kończyć tego zdania.
- To Richmond Grove, numer 7... Z prawej.
Domy stały ściśnięte na niewielkiej parceli. Simon mógł się tylko domyślać, ile przenikało przez cienkie ściany działowe i jak małe były ogródki za każdym z budynków.
Chapman wyłączył silnik.
- Chcesz wysiąść?
Serrailler przytaknął.
- Wolisz zostać tutaj?
Powoli ruszył w stronę budynku. Okna pod numerem 7. zasłonięto firankami. Przed domem nie stał żaden samochód, nie widać było żadnych oznak zwyczajnego życia. Simon przez chwilę wpatrywał się w budynek, próbując sobie wyobrazić chłopca ze szparą między zębami, który wychodzi przez drzwi, na ramieniu ma torbę z kostiumem kąpielowym, idzie w stronę drogi... Skręca w lewo... Wesoło maszeruje ulicą. Oni też skręcili. Minął ich autobus, nigdzie jednak w pobliżu nie było przystanku. Serrailler spojrzał wzdłuż szarej drogi. Jak daleko dotarł Scott? Kto się obok niego zatrzymał? Co takiego mu powiedziano, że wsiadł?
Wrócił do samochodu.
- Opowiedz mi o tym chłopcu... Był wstydliwy czy śmiały? Dojrzały czy niedojrzały jak na swój wiek?
- Bezczelny. Tak mówili nauczyciele. Ale w porządku. Lubili go. Nie było z nim kłopotów. Miał mnóstwo kolegów. Był lubiany. Trochę taki przywódca. Fan piłki nożnej, kibicował miejscowej drużynie. Nazywają się Haggies. Miał ich logo na torbie, na pasku.
- Takie dziecko mogłoby wdać się w rozmowę z obcym, na przykład kimś, kto pyta o drogę?
- Bardzo możliwe.
David Angus zachowywał większą rezerwę, jednak on też mógł wdać się w rozmowę z obcą osobą, bo tego wymagałyby dobre maniery.
Rozdzwonił się telefon Hicksa. Trzy minuty później pędzili już z powrotem do komendy. Żona Hicksa, a córka Chapmana, o dwa tygodnie za wcześnie zaczęła rodzić swoje pierwsze dziecko.
Koniec wersji demonstracyjnej.