Zagubieni książęta - Garth Nix

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Trzy razy umarłem i trzy razy się odrodziłem, chociaż nie skończyłem nawet dwudziestu lat, odmierzanych według czasu ziemskiego zgodnie z nadal obowiązującym zwyczajem.

Oto historia moich trzech śmierci i życia między nimi.

Mam na imię Kemri, chociaż nie tak nazwali mnie rodzice. Nie wiem, kim oni są, i nigdy się tego nie dowiem, ponieważ zostałem im odebrany wkrótce po narodzinach.

To jedna z pilnie strzeżonych tajemnic Imperium. Żaden Książę ani żadna Księżniczka nie może poznać prawdy o swoich rodzicach ani o świecie, z którego pochodzi. Nie wolno im nawet próbować zdobyć takich informacji, ponieważ to zabronione, co w pewnej mierze oddaje paradoks książęcego istnienia. Mamy na pozór nieograniczoną władzę - ale tylko w ściśle określonych granicach.

To jednak i tak milion razy lepsze od życia zwykłego obywatela Imperium. Po prostu rzeczywistość nie spełniła wszystkich oczekiwań, które miałem w dzieciństwie, kiedy jako kandydat na Księcia dorastałem w położonej na uboczu świątyni, pozbawiony wielu istotnych informacji.

Jestem więc jednym z dziesięciu milionów Książąt, którzy władają Imperium - największą jednostką polityczną znaną w historii. Imperium tworzy szeroki pierścień w galaktyce, obejmując ponad siedemnaście milionów systemów, dziesiątki milionów zamieszkanych światów i biliony czujących istot, w większości ludzi wywodzących się ze starej Ziemi.

Polityka Imperium zakłada, że wszyscy ci prowincjusze, przeważnie niewyściubiający nosa poza swoją planetę, powinni wiedzieć jak najmniej o pozornie nieśmiertelnych, boskich istotach, które nimi rządzą. Nawet nasi wrogowie - obcy Smutnoocy, enigmatyczni Umarlacy i zbuntowani Naknukowie - znają nas lepiej niż właśni poddani.

Prości ludzie sądzą, że żyjemy wiecznie. Co nie powinno nikogo dziwić, skoro raczej nie umyka im to, że przystojny, młody Książę, którego widują, powiedzmy, na corocznym święcie zbiorów, jak wręcza nagrody dla rolnika miesiąca, wygląda dokładnie tak samo jak te pamiątkowe stereorzeźby zdobiące ich kominki od dziada pradziada.

Niewykluczone, że to istotnie ten sam Książę, bo chociaż nie jesteśmy nieśmiertelni, nawet jeśli zginiemy, możemy odrodzić się w niezmienionej postaci. Ale to właściwie szczegół techniczny.

Poza tym nie zawsze wracamy do świata żywych, o czym wiedzą nasi wrogowie. Dla Księcia Imperium umrzeć trzy razy, tak jak ja, to nic wielkiego. Niektórzy dokonali tego wyczynu dziewięć, dwanaście, a nawet dwadzieścia razy i nadal prężnie działają w naszych szeregach. Istnieją nawet stowarzyszenia, takie jak Skazani na Dziewiąte Życie, do których można dołączyć, jeśli wyzionęło się ducha odpowiednią liczbę razy. Moim zdaniem ich członkowie to banda idiotów. Najpierw osiem razy popełniają samobójstwo, a potem podejmują wzmożone środki ostrożności, żeby tylko nie zginąć. Kto w ogóle ma na to ochotę?

Zwłaszcza że nigdy nie wiadomo, czy rzeczywiście się odrodzisz. Decyzja należy do Imperatora. W efekcie od czasu do czasu imię zmarłego Księcia po prostu bez wyjaśnienia znika ze spisów. Jeśli jesteś na tyle głupi, żeby drążyć ten temat, napotkasz jedynie puste spojrzenia kapłanów, którzy nic nie wiedzą, a także zastanawiający brak danych o zmarłym, jeśli zwrócisz się bezpośrednio do Imperialnego Umysłu.

Zanim opowiem o całym swoim życiu, przedstawię suche fakty z dzieciństwa. Zakładam, że nie mam do czynienia z Księciem Imperium. Lepiej, żebyś nim nie był, bo jeśli jesteś, tylko zmarnowałem czas, ślęcząc nad misternym systemem, który miał zniszczyć ten zapis w niedorzecznie potężnej eksplozji antymaterii, gdy tylko wyczuje obecność jakichkolwiek usprawnień potęgujących książęce zmysły.

Przypuszczam, że bezpieczniej byłoby w ogóle nie tworzyć takiego zapisu. Ale mam swoje powody, by postąpić inaczej.

A zatem zabrano mnie od rodziców niedługo przed pierwszymi urodzinami. Chociaż nie pamiętam nic z okresu, który z nimi spędziłem, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyszedłem na świat w typowym imperialnym świecie, gdzieś na obrzeżach, na planecie pierwotnie nieistotnej dla gatunku ludzkiego, którą z czasem do jego potrzeb dostosowała trójca imperialnej technologii. Mam tutaj na myśli: maszyny mechtechu, czynniki biologiczne i formy życia biotechu oraz szeroki wachlarz potężnych sił mentalnych psychotechu.

Właśnie te trzy techy nadały Imperium jego obecny kształt. To prawda, że Smutnoocy mają lepszy psychotech, ale my dajemy popalić tym małym pasożytom dzięki naszemu mechtechowi i biotechowi. Naknukowie posunęli się w pracach nad biotechem dalej niż my, więc pokonujemy ich za pomocą psychotechu i mechtechu. Ciężko stwierdzić, w którym techu specjalizują się Umarlacy, w razie porażki zawsze bowiem wysadzają się w powietrze, ale bez wątpienia nasza trójca radzi sobie także z nimi.

Każdy imperialny tech jest zarządzany i kontrolowany przez kapłanów, podzielonych na zakony, które czczą różne wymiary Imperatora. Służą Książętom wsparciem technicznym, ale warto zapamiętać, że otrzymują rozkazy także bezpośrednio od Imperialnego Umysłu. Książęta czasem o tym zapominają i zwykle przychodzi im za to słono zapłacić.

Ale na czym to ja stanąłem? Ach tak, na chwili, gdy odebrano mnie rodzicom. Kontynuujmy zatem.

Tego dnia, który niczym nie różnił się od pozostałych, ani moja matka, ani mój ojciec nie mieli pojęcia, że do zachodu słońca stracą swojego synka.

Pierwszym tego sygnałem był gęstniejący mrok, gdy na niebie pojawił się cień o zbyt wyrazistych kształtach, by można go pomylić z chmurą. Jeśli moi rodzice unieśli głowy, ujrzeli sunący w górze okręt wojenny Imperium, ogromną, wyszczerbioną górę, usianą konstrukcjami wzniesionymi według widzimisię dowodzącego Księcia.

Pod statkiem rozbłysły nagle jasne punkty, tysiące świateł, które chwilę później skąpały ziemię niczym lśniący deszcz.

Przypuszczam, że do tej pory moi rodzice z dawien dawna zdążyli się zorientować w sytuacji. W końcu okręty wojenne Imperium nie zrzucają na wsie tysięcy kawalerzystów mechbio bez powodu.

Czasami się zastanawiam, jak zareagowali w obliczu tej potężnej armii, kiedy wirujące statki osy podchodziły do lądowania, żeby otoczyć teren i nie dać żadnej szansy tym, którzy mogliby chcieć ocalić swoje dzieci przed mackami Imperium.

Prawdopodobnie nic nie zrobili, ponieważ nic nie dało się zrobić. Nie mogę mieć jednak pewności. Widywałem bowiem rodziców z dziećmi. Miałem okazję ich obserwować, kiedy nie czuli się onieśmieleni ani przerażeni obecnością Księcia. Dlatego w przeciwieństwie do większości Książąt - którym nie wolno zakładać rodzin - wiem, jak silna więź łączy matkę i ojca ze swoim potomstwem i dopuszczam ewentualność, że moi rodzice mimo wszystko podjęli desperacką próbę, aby uciec albo się ukryć.

Ale gdy tylko utworzono blokadę, a oddziały rewizyjne ze swoim zaawansowanym techem skanującym zajęły pozycje, nie było dla nich ratunku. Ostatecznie musieli dołączyć do ludzi czekających w kolejkach, aż kawalerzyści sprawdzą wszystkich na podstawie spisu ludności, a kapłani Wymiaru Ważnego Decydenta wnikną do umysłów zebranych w poszukiwaniu wszelkich anomalii. W tłumie mógł ukrywać się przecież pasożytujący w czyimś ciele dywersant Smutnookich albo szpiegujący Naknuk, czy nawet lokalny terrorysta albo drobny przestępca. Rzadko jednak dochodziło do tak ekscytujących odkryć, więc najczęściej cała procedura przebiegała rutynowo.

I kiedy wreszcie moi rodzice dotarli na początek kolejki, spotkali przedstawicieli Wymiaru Ważnego Decydenta, kapłanów o świecących oczach. Niebieski płyn krążył pod przeźroczystymi płytkami w ich ogolonych czaszkach, kiedy całą uwagę koncentrowali na parze z dzieckiem.

Wystarczyło kilka minut na przeprowadzenie testów genetycznych przy wykorzystaniu biotechowych prób wirusowych i psychotechowego skanera ultraskopowego, po czym zapadł potworny wyrok, ogłoszony tak, jakby stanowił powód do świętowania. Skoro nadarzyła się okazja, by służyć Imperium, należało wszak tryskać szczęściem.

- Wasze dziecko spełnia wymogi, by zostać kandydatem na Księcia.

Czasami się zastanawiam, co czuli moi rodzice, kiedy usłyszeli te słowa. Ciekawi mnie także, co postanowili, kiedy wielce miłosierne Imperium dało im wybór.

Oczywiście nie mogli mnie zatrzymać. Imperium potrzebuje Książąt, więc musi zabierać kandydatów. Przewiduje jednak niewielką łaskę dla rodziców. Może sprawić, że zapomną o dziecku. Wystarczy, że Kapłani Wymiaru Kochającego Serca Imperatora odpowiednio zamieszają w ich wspomnieniach. Ci, którzy się na to decydują, zostają następnie przetransportowani do innego świata, gdzie zaczynają od nowa.

Można też wybrać śmierć. Wymiar Sprawiedliwości Imperium przewiduje wykonanie egzekucji na miejscu. Wszystko dzieje się szybko, szybciej, niż dokonujący wyboru ludzie mogliby się spodziewać. W chwili gdy ogłaszają decyzję, stają za nimi kawalerzyści mechbio. Pracujące niezwykle szybko mięśnie i monofilamentowe ostrza reagują na telepatyczny rozkaz dowodzącego Księcia i w okamgnieniu jest po wszystkim.

Nie myślę o rodzicach zbyt często, ponieważ to bez sensu. Żywię jednak nadzieję, że pozwolili wymazać sobie wspomnienia, zaczęli nowe życie gdzieś wśród odległych gwiazd, nadal cieszą się dobrym zdrowiem i mają nowe dzieci, których nie odebrało im Imperium.

W ten oto sposób zostałem kandydatem na Księcia. Począwszy od tej chwili, byłem transportowany z jednej świątyni do drugiej na kolejnych etapach transformacji, która przebiegała pomyślnie.

Nikt nie rodzi się Księciem. Każdego z osobna trzeba stworzyć. Testy genetyczne mają jedynie wykazać, które z dzieci nadaje się do całego tego gmerania w organizmie i ma spore szanse to przeżyć.

Tak naprawdę nie pamiętam pierwszej dekady swojej kandydatury. Wiem tylko tyle, ile opowiedziano mi o niej później. Kilka lat spędziłem zanurzony w biotechowej brei, pogrążony w nieprzerwanym głębokim śnie. W tym czasie stymulowano mój umysł za pomocą programowania edukacyjnego i rozwojowego, a wirusy przetwarzały moje DNA, by zmienić oraz udoskonalić każdą część mojej powłoki cielesnej.

Nawet po tym okresie często byłem wprowadzany w stan uśpienia, żeby wspomóc proces rekonwalescencji po operacjach, które miały za zadanie spoić mechtechowe wzmocnienia z kośćmi i ciałem.

Kiedy mój organizm spełniał już wymogi, zacząłem spędzać większość czasu w przestrzeni mentalnej, momentami przypominającej miejsce z najgorszych koszmarów. Właśnie tam nabyłem psychotechowych umiejętności, które są zarezerwowane wyłącznie dla Książąt, poznałem sztukę dominacji i dowodzenia, a także mało skomplikowane techniki komunikacji telepatycznej czy osłaniania się.

Teraz kiedy o tym myślę, mam wątpliwości, czy tamten okres w ogóle można nazwać dzieciństwem.

Od dziesiątego do szesnastego roku życia nie byłem już pozbawiany przytomności. W tym czasie kapłani uczyli mnie przyziemnych rzeczy. Poza tym bawiłem się z holograficznymi przyjaciółmi i zaprogramowanymi dziećmi służących, zawsze w to, na co ja miałem ochotę. Od bardzo młodego wieku wiedziałem, że jestem Księciem, kimś wyjątkowym, i miałem absolutną pewność, że wzniosę się jeszcze wyżej i pewnego dnia zostanę Imperatorem. Wszystko potęgowało to przekonanie. Przez pewien czas sądziłem nawet, że jestem jedynym Księciem w całej galaktyce. Chociaż błędna, ta myśl była na tyle uporczywa, że czasem odżywała w mojej głowie nawet po tym, jak poinformowano mnie, że Imperium zamieszkują miliony podobnych do mnie.

Pewnie działo się tak, bo chociaż zapewniono mnie o istnieniu innych Książąt, nigdy żadnego nie poznałem. Nie wiedziałem także, kiedy będę miał ku temu okazję, aż pewnego dnia zbudził mnie znajomy głos mojego opiekuna, wuja Koleporta, rozbrzmiewający łagodnie w zakamarkach mojego umysłu. (Nazwałem go wujem, ponieważ tak zwracamy się do wszystkich kapłanów płci męskiej. Z kolei kobiety to ciotki, choć oczywiście nie ma mowy o jakimkolwiek pokrewieństwie).

"Książę Kemri, szesnaście lat temu wybrano cię na kandydata. Nadszedł dzień twojej inwestytury. Twój mistrz skrytobójców czeka na audiencję".

Otworzyłem oczy z uśmiechem na twarzy. Pierwszy raz w życiu nie zostałem nazwany kandydatem na Księcia, tylko Księciem. Moja transformacja i szkolenie dobiegły końca. Zamierzałem zarekwirować niszczycielski okręt wojenny o smukłej linii, najlepiej jakąś korwetę Verrent albo coś w tym stylu, i zacząć rozbijać się nim po Imperium, żeby bezzwłocznie zaznaczyć swoją obecność.

Jeszcze wtedy święcie wierzyłem, że to możliwe.

Kiedy ubierał mnie służący, zniewolony wskutek programowania umysłu, analizowałem dane dotyczące inwestytury Księcia. Zgromadziłem ich zaskakująco niewiele. Pierwszy etap polegał na przydzieleniu osobistej świty, której najważniejszym członkiem był mistrz skrytobójców. Desygnowany przez sam Imperialny Umysł, zasługiwał na całkowite zaufanie i to on miał mi pomóc wybrać pozostałą część personelu, a także zweryfikować jej przydatność, co było niezwykle istotne. Książę, który nie mógł polegać na swojej świcie, nie miał szans cieszyć się długim żywotem.

Mistrz skrytobójców czekał na mnie w jednej z sal recepcyjnych świątyni. Grzmiące tutaj wodospady oddawały hołd dawnemu Imperatorowi, który miłował żywioł wody. Właśnie w tym miejscu nowicjusze najczęściej odbywali kary. Nierzadko mieli za zadanie uciszać szum kaskad. Stali wtedy po pas zanurzeni w wodzie, a ich pulsujące na niebiesko skronie świadczyły o wytężonym psychotechowym wysiłku. Pewnego razu, kiedy tam byłem, ryk wodospadu nagle ustał, a ja ujrzałem dryfującego nieprzytomnego nowicjusza, który po chwili zniknął pod powierzchnią w miejscu, gdzie rwąca rzeka spotykała się z grodzią. Kapłani także odbywali ciężkie szkolenie, które czasem kończyło się dla nich tragicznie.

"Mam na imię Haddad "identyfikator". Zostałem przysłany przez "pieczęć Imperialnego Umysłu", żeby ci służyć, Książę Kemri".

Haddad był również kapłanem. Wszyscy skrytobójcy są kapłanami Imperatora, należącymi do Wymiaru Zacienionego Ostrza. W przeciwieństwie do członków innych wymiarów skrytobójcy nie specjalizują się w żadnym z trzech imperialnych techów. Mają wiedzę ogólną, której używają w służbie Książętom.

"Witaj, wuju Haddadzie. Akceptuję cię i przyjmuję na służbę".

- To dobrze, Wasza Wysokość - przemówił Haddad. - Proszę wypowiadać myśli na głos. Jaką broń nosi przy sobie Wasza Wysokość?

- Żadnej - odparłem zaskoczony. - Jesteśmy w świątyni...

- Przebywamy w sali recepcyjnej świątyni, Wasza Wysokość - uściślił Haddad - gdzie nie obowiązują zasady rozejmu. Czy kapłani nauczyli Waszą Wysokość władać biotechową bronią?

- Nie.

- A jakąkolwiek inną?

- Podstawową, do pojedynków: mieczem, sztyletem, ręcznym miotaczem i biczem paraliżującym - wyjaśniłem.

Haddad zaczął mnie okrążać i rozglądał się wokół, ściskając w dłoni jakiś jajowaty przedmiot. Chociaż go nie rozpoznałem, uznałem, że służy do obrony.

Pierwszy raz w życiu zacząłem się denerwować, a euforia wynikająca z tego, że zostałem Księciem, powoli ustępowała miejsca emocji, której nigdy wcześniej nie poznałem.

Ogarniał mnie strach.

- Proszę wycofać się wolno w kierunku centralnych drzwi, Wasza Wysokość - polecił Haddad. Przystanął i całą uwagę skupił na jednym z wodospadów, gdzie tkwił nowicjusz rzekomo chroniący nas przed szumem wody.

Zawahałem się. Skoro już zostałem Księciem, czułem opór przed wykonywaniem poleceń kapłana. Zaniepokoił mnie jednak ton głosu Haddada. Poza tym był moim mistrzem skrytobójców. Dlatego ostatecznie zacząłem się wycofywać we wskazanym kierunku.

Nowicjusz przy wodospadzie się poruszył. Wyciągnął rękę spod przemoczonej szaty i wykonał zamach, gotowy cisnąć we mnie małym, srebrnym pudełkiem. Ale zanim wypuścił przedmiot, Haddad wypalił ze swojej broni. Oślepiająca błyskawica energetyczna przemknęła przez salę i przepołowiła nowicjusza.

- Do tyłu! - wrzasnął Haddad, kiedy stałem kilka metrów od drzwi, z niedowierzaniem obserwując całą scenę. Jego słowa przedarły się nawet przez nagły ryk wodospadu. - Do tyłu!

Srebrne pudełko wystrzeliło z wody zabarwionej krwią, zawisło w powietrzu i otworzyło się niczym kwiat, ujawniając ukryty w środku pulsujący czerwony pręcik, wycelowany prosto we mnie. Haddad strzelił ponownie, ale pudełko umknęło przed wiązką energii, która ostatecznie minęła je o włos.

Odwróciłem się i rzuciłem do drzwi. One jednak eksplodowały rażone ładunkiem, który śmignął wcześniej tuż nad moją głową. Przeturlałem się jak najdalej od dymiących, stopionych szczątków, po czym wykonałem obrót, sądząc, że ujrzę srebrne pudełko szykujące się do kolejnego ataku.

Zamiast tego zobaczyłem, jak dosięga je trzeci strzał Haddada. Rozbłysk nanofuzyjnej implozji, będącej efektem przeciążenia źródła mocy pudełka, nie oślepił mnie tylko dlatego, że moje dodatkowe powieki i filtr optyczny automatycznie dostosowały się do sytuacji.

Haddad podniósł mnie z ziemi, po czym razem podbiegliśmy do jednych z ocalałych drzwi i wkroczyliśmy do świątyni. Nadchodzący z naprzeciwka kapłan Wymiaru Uzdrawiającej Ręki skłonił się przede mną, zanim puścił przodem swoją grupę akolitów, którzy mieli naprawić szkody wyrządzone przez niedoszłego skrytobójcę.

- Jak... kto... - zacząłem, ale nie mogłem znaleźć odpowiednich słów pomimo wytężonej pracy wewnętrznych systemów autonomicznych, które próbowały wyrównać bicie serca i przywrócić mi spokój.

- Porozmawiamy w kwaterach Waszej Wysokości - odparł Haddad. - Tam jest bezpiecznie, przynajmniej na razie.

Moje komnaty w świątyni były jedną z tych rzeczy, z którymi chętnie bym się rozstał. Wszak planowałem przeprowadzkę do znacznie przestronniejszego i bardziej luksusowego apartamentu. Wiedziałem, że jako Książę, mogę zwyczajnie go zarekwirować, pod warunkiem że nie należy do innego Księcia, czy też samego Imperatora, ani nie podlega administracji żadnego z nich.

Ale tamtego dnia z radością przekroczyłem próg skromnego salonu. Usiadłem na jedynym krześle, podczas gdy Haddad stanął przede mną. Patrzyłem prosto na niego, ale miał spuszczony wzrok, jako że nie wypadało inaczej.

Nigdy wcześniej nie spotkałem żadnego skrytobójcy, a nawet jeśli tak było, nie miałem o tym pojęcia. Haddad niczym się nie wyróżniał. Kapłani rzadko nosili ceremonialne szaty charakterystyczne dla konkretnych wymiarów. Zwykle decydowali się na proste jasnobrązowe tuniki albo jednoczęściowe kombinezony, takie jak ten, który miał na sobie Haddad.

Mój mistrz był wysoki, szczupły i wyglądał na mniej więcej czterdzieści albo pięćdziesiąt lat. Miał cerę jaśniejszą niż ja, raczej żółtą niż brązową. Na jego ogolonej na łyso głowie dostrzegłem przeźroczyste płytki biegnące od skroni za uszy - atrybuty pełnoprawnego kapłana. Wyraźnie widziałem także lśniący niebieski płyn chłodzący, który krążył po jego mózgu, sygnalizując trwanie jakiejś psychotechowej czynności. Miał jedno prawdziwe oko z piwną tęczówką i jeden biotechowy zamiennik, całkowicie zielony, bez źrenicy, którego przeznaczenie pozostawało dla mnie zagadką.

Zastanawiałem się, co o mnie sądzi i czy sprostałem jego oczekiwaniom. Na pewno służył już innym Książętom, gdyż Imperator co dziesięć lat każdemu z nas przydzielał innego mistrza skrytobójców. Równie dobrze Haddad mógłby dołączyć do świty innego świeżo upieczonego Księcia.

Chociaż wzrostem, szybkością i siłą przewyższałem kapłanów, nowicjuszy oraz zaprogramowanych służących, wśród których dorastałem, przy Haddadzie zaczęły dręczyć mnie wątpliwości. Być może nie byłem takim wspaniałym Księciem, jak mi się wydawało. Może nie okażę się równie szybki, silny ani wysoki jak pozostali. Albo nawet zostanę uznany za brzydkiego. W końcu musiałem żyć z twarzą, z którą się urodziłem, skoro Książętom nie było wolno modyfikować wyglądu. Nigdy wcześniej nie miałem podobnych dylematów, ponieważ nie obracałem się w towarzystwie istot o takim samym statusie społecznym jak mój, które mogły wygłaszać obiektywne opinie pod moim adresem.

"Czym było to srebrne pudełko?"

Zacząłem komunikować się z Haddadem w myślach, ale kapłan mi przerwał.

"Odradzam kontakt telepatyczny".

- W świątyni i na jej obrzeżach przebywa zbyt wiele osób mogących podsłuchiwać naszą telepatyczną rozmowę - wyjaśnił Haddad. - Blokuję receptory dźwiękowe i inne urządzenia w tym pomieszczeniu, więc najlepiej rozmawiać na głos.

- Dobrze - powiedziałem, próbując zachowywać się tak, jakbym to ja dowodził, a Haddad stosował się jedynie do moich instrukcji. Wiedziałem jednak, że marnie sobie radzę.

- Wasza Wysokość doskonale się spisał, unikając wiązki kwiatowej pułapki - oświadczył kapłan. - Jednakże Wasza Wysokość musi potraktować to jako ostrzeżenie. Niejeden Książę ma świadomość, że Wasza Wysokość zajął należne mu miejsce, i spróbuje usunąć Waszą Wysokość, zanim Wasza Wysokość stanie się potencjalnym zagrożeniem.

- Co takiego? Tak szybko? - zdziwiłem się. Chociaż wiedziałem o współzawodnictwie między Książętami, sądziłem, że odbywało się ono na bardziej rycerskich zasadach. - Jeszcze nic nie zrobiłem! Nie skontaktowałem się nawet z Imperialnym Umysłem!

- I właśnie o to chodzi, że Wasza Wysokość nie skontaktował się z Imperialnym Umysłem - kontynuował Haddad. - Gdyby teraz Wasza Wysokość został skutecznie unicestwiony, przepadłby na zawsze, bez szansy na odrodzenie. Jeden Książę mniej, a Imperator abdykuje już za dwa lata.

- Więc zachowują się tym bardziej nierozsądnie - skwitowałem. - Kiedy zostanę Imperatorem, z pewnością nie zapomnę ani nie wybaczę żadnej próby zamachu na moje życie!

Haddadowi nawet nie drgnęła powieka, gdy wypowiedziałem te jakże naiwne słowa.

- Przypuszczam, że na tym etapie nie zdają sobie sprawy z prawdziwego potencjału Waszej Wysokości - odparł. - Po prostu tak działa powszechna i ogólnie akceptowalna strategia polegająca na usuwaniu świeżo upieczonych Książąt.

- Żałosne - mruknąłem. - Ja bym tak nie postąpił. Jaki to honor uśmiercić nowego Księcia?

Haddad milczał. Bez wątpienia miał mnie za głupiego mięczaka albo uważał, że wkrótce zmienię zdanie.

Tymczasem dusiłem w sobie nagłą złość. Była wymierzona w kapłanów, którzy nie uświadomili mi, że mogę zostać od razu zabity, ani nie kwapili się poinformować mnie, że abdykacja Imperatora zbliżała się wielkimi krokami. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że Imperator zmieniał się co dwadzieścia lat i każdy z dziesięciu milionów Książąt mógł wstąpić na tron. Nie miałem tylko pojęcia, jak do tego dochodziło, chociaż przypuszczałem, że panujący władca po prostu wybierał swojego następcę. Musiałem więc działać szybko, jeśli chciałem zasłynąć chwalebnymi czynami i zyskać przychylność Imperatora. Pomyślałem z irytacją, że nie tak to sobie planowałem. Chciałem najpierw pozwiedzać Imperium na pokładzie własnego statku. Ostatecznie uznałem jednak, że tak czy inaczej mogę przeżyć jakąś przygodę.

- Kapłani powinni byli mnie uprzedzić - odezwałem się po chwili milczenia.

- To część zamierzonej edukacji... czy też może jej zamierzonego braku, Wasza Wysokość - powiedział Haddad. - Selekcjonowanie dotyczy każdego Księcia od pierwszych chwil inwestytury. Mniej więcej trzydzieści dwa procent wszystkich świeżo upieczonych Książąt nie przeżywa pierwszej godziny poza murami świątyni swojego dzieciństwa.

Według mojego wewnętrznego chronometru byłem Księciem od trzydziestu dwóch minut. Nasuwał się więc wniosek, że jeśli przetrwam kolejne dwadzieścia osiem, moje notowania wzrosną.

- Przede wszystkim musimy dołożyć wszelkich starań, żeby Wasza Wysokość skontaktował się z Imperialnym Umysłem. W ten sposób osiągniemy trzy korzyści. Po pierwsze, zniwelujemy możliwość permanentnej śmierci, co w konsekwencji znacznie zredukuje zyski wynikające z zamordowania Waszej Wysokości, prawdopodobnie do tego stopnia, że wszelkie opracowane już plany zostaną odroczone. Po drugie, zapewnimy Waszej Wysokości dostęp do zasobów i informacji niezbędnych do ochrony oraz opracowania dalszej strategii. I po trzecie, Wasza Wysokość będzie mógł wzywać Umysł na świadka, co zmniejszy ryzyko rażących naruszeń prawa w stosunku do Waszej Wysokości.

- Słucham?! - wybuchłem. Sprawy przybierały coraz gorszy obrót. - Ryzyko rażących naruszeń? Chcesz mi powiedzieć, że Książęta mogą działać wbrew prawu Imperium?

- Wszystko zależy od tego, co można w ten sposób zyskać i jaka grozi za to kara - odparł Haddad. - Poza tym istnieją sposoby na zaćmienie widoków Umysłu i przechwycenie informacji, tak żeby nie było całkiem jasne, czy istotnie doszło do naruszenia...

- Zamierzam udać się do wuja Koleporta i zadać mu kilka istotnych pytań - przerwałem. - Ale najpierw wezmę nóż.

- Nie ma na to czasu, Wasza Wysokość - podjął Haddad, jak zawsze niewzruszony. - Czy Wasza Wysokość posiada dobra, które trzeba spakować?

- Co takiego?

Nie mogłem przestać myśleć o tym, co właśnie usłyszałem. Uczono mnie, że Imperialny Umysł nad wszystkim czuwa i wszystko wie, a imperialne prawo zawsze jest przestrzegane. Oczywiście, żadne przepisy nie dotyczyły zwykłych obywateli; oni musieli wykonywać rozkazy panującego Księcia. Imperialne prawo, które stworzono wyłącznie z myślą o Książętach, określało między innymi, jak powinni dzielić się oni władzą i jaka jest hierarchia książęcych rozkazów.

- Dobra - powtórzyłem wolno. Chociaż mój umysł był podobno równie szybki jak moje ciało, nie potrafiłem zebrać myśli.

Rozejrzałem się po salonie, a potem zerknąłem do łazienki przez otwarte drzwi. Czyste, nowe ubrania przynoszono mi każdego dnia rano. Informacje przekazywano bezpośrednio do mojego umysłu, a czasami za pośrednictwem bezpiecznych kapsuł, które także dostarczano do moich komnat. Broń ćwiczebna pochodziła ze zbrojowni, dokąd wracała po zakończeniu każdej sesji.

- Nie. Nie mam niczego. Hm... dokąd się wybieramy... i dlaczego? Z pewnością lepiej zostać tutaj i... opracować plan.

Zamilkłem. Chociaż od dawna wyobrażałem sobie dzień, w którym zostanę pełnoprawnym Księciem, nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl, że znajdę się o włos od śmierci i będę musiał uciekać. Większość moich marzeń skupiała się wokół specyfikacji wyjątkowo szybkich i śmiercionośnych statków kosmicznych.

- Nie możemy tutaj zostać - wyjaśnił Haddad. - Ta świątynia nie zapewni Waszej Wysokości schronienia dłużej niż przez pierwszą godzinę. Musimy więc znaleźć stosunkowo bezpieczne miejsce, skąd Wasza Wysokość zyska dostęp do Imperialnego Umysłu. Czy Wasza Wysokość zastanawiał się już, do jakich służb dołączy?

Książęta zajmowali oficerskie stanowiska we wszystkich kluczowych służbach Imperium: Marynarce Wojennej, Piechocie Morskiej, Korpusie Dyplomatycznym, Biurze Geodezji, Rządzie Imperialnym i Rządzie Kolonialnym. I chociaż przypuszczałem, że prędzej czy później zwiążę z nimi swój los, chwilowo nie miałem ochoty na kolejne szkolenie. Nie dość, że musiałbym ciężko pracować, to jeszcze znalazłbym się na najniższym szczeblu drabiny hierarchii. Zdecydowanie bardziej wolałem się rozerwać, pozwiedzać ciekawe zakątki wszechświata i do woli korzystać z książęcych przywilejów, najlepiej w jakimś miejscu, gdzie nie będę miał konkurencji. Wtedy mógłbym robić wszystko, co by mi się żywnie podobało.

- Ech, nie chcę się decydować na żadną służbę ani całe to bzdurne szkolenie - oświadczyłem. - Najpierw zamierzam się zabawić. Zdobędę statek, może korwetę albo coś odrobinę mniejszego, oczywiście wysoce zautomatyzowanego, i ruszę w kierunku jakiejś odległej gwiazdy, zobaczę coś więcej poza starą, zatęchłą świątynią, puszczę z dymem kilka statków Naknuków... - Spojrzałem na swojego mistrza skrytobójców. - Zły plan?

- Zdecydowanie go odradzam - odparł rzeczowo Haddad. - Najbliższa stocznia, w której moglibyśmy znaleźć okręty nieprzeznaczone jeszcze dla żadnego Księcia, znajduje się na Dżaran Sześć. Musielibyśmy skorzystać z usług przewoźników, podróżować kilkoma liniami... Ryzyko byłoby niezwykle wysokie. Poza tym to opóźniłoby połączenie Waszej Wysokości z Umysłem.

- Nie mogę połączyć się stąd, zanim wyruszymy? - zapytałem. Znałem procedurę. Chociaż później miałem mieć możliwość komunikowania się z Imperialnym Umysłem zawsze, gdy umożliwią mi to kapłani, pierwszy kontakt musiał zostać zainicjowany w sanktuarium świątyni.

- Jeśli Imperator nie rozkaże inaczej, Książętom nie wolno przekroczyć progu żadnego sanktuarium niezwiązanego z jednostką, w której służą.

- Ale do tutejszego sanktuarium chodzę dość często... ach... chodziłem, kiedy byłem kandydatem...

- Właśnie tak, Wasza Wysokość. Optymalnym dla nas celem jest aktualnie Świątynia Wymiaru Szlachetnego Wojownika na Kwanantil Dziewięć, która działa pod egidą Imperialnej Akademii Marynarki Wojennej Królestwa Kwanantil.

- Ale sam powiedziałeś, że Książę nie może wejść do sanktuarium świątyni podlegającej służbom, z którymi nie jest związany, jeśli nie otrzymał rozkazów nakazujących inne działanie - przypomniałem. Mimo że mogłem korzystać z dobrodziejstw rzekomo ulepszonego mózgu, dość wolno kojarzyłem fakty.

- Tak, Wasza Wysokość - zgodził się Haddad.

- Chodzi ci o to, że muszę wstąpić do Marynarki Wojennej?

- Tak, Wasza Wysokość.

- Cholera.

Moje marzenie o smukłym statku kosmicznym, który przydzielono by mi wraz z odpowiednio atrakcyjnym zaprogramowanym personelem, bledło wobec wciąż żywego wspomnienia wiązki kwietnej pułapki przecinającej powietrze tuż nad moją głową. W końcu następnym razem mogłem mieć do czynienia z kilkoma takimi wiązkami i więcej niż jednym skrytobójcą.

- Oprócz możliwości łączenia się z Imperialnym Umysłem Marynarka Wojenna zapewni Waszej Wysokości wysoki poziom bezpieczeństwa. Poza okresem urlopowym kadeci Akademii Marynarki Wojennej i oficerowie na służbie nie bywają mordowani. Oczywiście nie legalnie, ale wypadki się zdarzają. Nigdy nie wolno tracić czujności.

- Brzmi coraz lepiej.

Haddad skinął głową. Nie byłem pewien, czy przyznał mi w ten sposób rację, czy może był to tylko jakiś tik.

- Jakie są inne możliwości i prawdopodobieństwo sukcesu? - zapytałem tak lakonicznie, jak tylko potrafiłem. Cytat ten pochodził z jednej z moich ulubionych biografii, zatytułowanej Triumfy Księcia Garikma. Wielokrotnie odtwarzałem ten psychotechowy zapis, podzielony na czterdzieści odcinków, przeżywając kolejne przygody. Garikm często wykrzykiwał przytoczone przeze mnie zdanie w tej czy innej formie, często skróconej do dwóch słów: "Możliwości! Prawdopodobieństwo!".

- Bez pomocy kapłana, który dokonałby dokładnych obliczeń, nie jestem w stanie tego stwierdzić, Wasza Wysokość.

No tak. Zapomniałem, że Garikm mógł liczyć na mniej więcej pięćdziesięciu oddanych kapłanów gotowych wykonać rachunek prawdopodobieństwa. Ja miałem za to jednego mistrza skrytobójców i mnóstwo problemów. Ponadto właśnie zaczęło do mnie docierać, że "oparty na faktach" psychotechowy zapis był prawdopodobnie stekiem bzdur. Nie było w nim mowy o polujących na siebie Książętach ani o zorganizowanych morderstwach. Uwzględniał natomiast oficjalne pojedynki i sprytne manewry, które z przeciwników mojego bohatera czyniły głupców. Ale żaden z nich nie kończył bez głowy i z wypaloną raną w miejscu szyi.

- Chociaż nie dysponuję dokładną analizą, wierzę, że szybki tranzyt do Akademii Marynarki Wojennej Królestwa Kwanantil i wstąpienie do Marynarki Wojennej to optymalny sposób, żeby zachować Waszą Wysokość przy życiu.

- Jasne - burknąłem. Na moment przyjąłem pozę "zadumanego Księcia Garikma", którą doskonaliłem podczas psychotechowych symulacji, ale poczułem się głupio. Opieranie brody na zaciśniętych pięściach musiało wyglądać nienaturalnie. Zamiast tego zacząłem więc krążyć po pokoju, nerwowo strzelając palcami, z czego nawet nie zdawałem sobie sprawy. W pewnej chwili uderzyłem się w nogę i wykrzywiłem twarz w grymasie.

Co ja, do cholery, miałem począć? Haddad znacznie lepiej ode mnie orientował się w sytuacji. Czy miałem zatem zdać się w pełni na niego? Może istniały inne rozwiązania. Ale jak miałem się tego dowiedzieć w ciągu mniej więcej dwudziestu minut, które nam zostały, zanim zostaniemy wyrzuceni ze świątyni? Chociaż nigdy nie nazwałbym tego miejsca domem, nie znałem świata poza nim.

- Wkrótce musimy ruszać, Wasza Wysokość - ponaglił Haddad, kiedy ja wciąż krążyłem po pokoju.

Przystanąwszy, spojrzałem na niego. Ocalił mnie już raz, a może nawet dwa razy.

- Niech to szlag, w porządku - odparłem. - Wstąpię do marynarki. Lećmy więc na Kwanantil Dziewięć. - Zamilkłem, po czym dodałem: - A jak się tam dostaniemy?

- Mam pewien pomysł, Wasza Wysokość - zapewnił Haddad. - Ale obawiam się, że to nie będzie komfortowa podróż.

Szybko przedstawił swój plan, który oczywiście zatwierdziłem, bo nie miałem innych pomysłów. Potem wręczył mi dwie ze swoich licznych broni: trzystrzałową różdżkę dezintegracyjną, którą wsunął w dwie pętelki znajdujące się wewnątrz mojego lewego rękawa, od zawsze budzące moją ciekawość, oraz jajowaty emiter fagocytów. Ten ostatni musiałem polizać, żeby ukryte w środku biotechowe czynniki nie zaczęły działać na moją szkodę. Ostatecznie emiter spoczął w kieszeni buta, którą zawsze uważałem za nieistotną ozdóbkę. Moje ubrania miały wiele takich zakamarków, ale jak dotąd nie zastanawiałem się nad ich przeznaczeniem.

- Jestem gotowy - oświadczyłem.

Ale nie byłem, w najmniejszym stopniu.