Zagrywki - Zuzanna Wólczyńska

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Aria

Trzy czwarte dziewczyn uczących się w George Washington High School chciałoby być teraz na moim miejscu. Austin Sullivan jest superprzystojny, superzabawny, a przede wszystkim superwysportowany. On oraz jego dwaj bracia Aiden i Alexander. Wszyscy trzej są częścią drużyny zapaśniczej, a co za tym idzie - mają bicepsy większe od mojej głowy. Nigdy nie pomyślałabym jednak, że którykolwiek z nich postanowi pocałować mnie na oczach całej szkoły. I to nie dlatego, że śmierdzę lub jestem brzydka, ale przez to, że moim ojcem jest Frank Parker - największy autorytet oraz wódz całego plemienia zapaśników w George Washington High School. To zabawne, że ich trenerem jest mój tata, bo ja z całego serca nienawidzę tego sportu.

Ciepłe wargi Austina Sullivana smakują słodko, jakby przed chwilą zjadł waniliową muffinkę. Kiedy przejeżdża dłonią po moim policzku, z zaskoczeniem zauważam, że jego skóra jest miększa, niż zakładałam. Jasne kosmyki łaskoczą mi twarz. Ten pocałunek mógłby mi się podobać. Mógłby, gdybym nie wyczuła od niego kwaśnej woni piwa. Fakt, że Austin nie jest trzeźwy, skutecznie mnie od niego odstrasza.

Dociskam dłonie do jego twardej jak skała klatki piersiowej, po czym go od siebie odpycham. Z przerażeniem zauważam kilkanaście par wlepionych we mnie oczu. Nikt nawet nie próbuje ukryć zainteresowania. Ludzie stojący na ganku oraz przed domem Zacha zachowują się tak, jakby w ziemię przed chwilą uderzył meteoryt, a oni cudem przetrwali katastrofę.

Z wyrzutem przenoszę wzrok na zamroczonego Austina.

- Jadłaś czereśnie? - mamrocze, zbijając mnie tym z pantałyku.

Krzywię się, bo nie są to słowa, których od niego oczekiwałam. Poza tym mamy końcówkę września. Gdzie niby o tej porze roku miałabym wynaleźć czereśnie?

Zaprzeczam ruchem głowy, po czym robię krok w tył. Aura Sullivana potrafi przytłoczyć każdego. W Austinie jest coś elektryzującego. Można się sparzyć, jeżeli nie będzie się wystarczająco ostrożnym w jego towarzystwie. Chłopak oblizuje w zamyśleniu usta, a we mnie bucha gorąco.

- Smakujesz jak Dr Pepper - stwierdza z dziwnym wyrazem twarzy, którego nie umiem zinterpretować.

W tym samym czasie kątem oka rejestruję ruch od strony drzwi. Na zewnątrz wypływa grupa roześmianych chłopaków, którzy tak jak Austin są częścią drużyny zapaśniczej. Dzisiaj jest dla nich wielki dzień, bo wygrali turniej regionalny, dzięki czemu zakwalifikowali się do zawodów stanowych. Dlatego w domu Zacha zgromadzili się niemal wszyscy uczniowie naszej szkoły. Każdy, kto chodzi do George Washington High School, zdaje sobie sprawę z rangi tego wydarzenia. Nasze liceum żyje tylko dwoma sportami: lacrosse'em i zapasami, więc zwycięstwo Orłów to poważny powód do świętowania.

- Tutaj jesteś, stary! - wykrzykuje podekscytowany Matt, uwieszając się na barkach Austina. - Wszędzie cię szukaliśmy.

Na werandzie zatrzymują się także Jackson i Maverick. Wszyscy mają na sobie granatowo-srebrne koszulki drużyny, a na ich piersiach dumnie pręży się orzeł, który jest maskotką naszej szkoły.

- Cześć, Aria - wita się wesoło Maverick, ściągając na mnie uwagę pozostałych.

Unoszę dłoń w geście przywitania. Na mój widok Matt przybiera śmieszną minę.

- O! Nie wiedziałem, że też wpadniesz na imprezę - oznajmia, a ja kwituję to wzruszeniem ramionami.

- Aria nigdy nie przegapiłaby tak wspaniałej okazji do świętowania - odpowiada za mnie Austin, a mnie nachodzi paląca ochota, by kopnąć go za to w kostkę.

On oraz pozostali chłopcy z drużyny mojego taty doskonale wiedzą, jak bardzo nie cierpię tego sportu. Nigdy nie chodzę na ich treningi i rzadko pojawiam się na zawodach. A jednak dzisiaj zostałam podstępnie wyciągnięta z domu i przez to pocałowałam się z jednym z braci Sullivan. Zatem to wszystko wina Chase'a oraz Dakoty, którzy w kryzysowym momencie zostawili mnie zupełnie samą.

- Fajnie, że jednak przyszłaś - wtrąca się z uśmiechem Jackson.

- Taaaak, fajnie, że przyszłaś - przytakuje Maverick, szturchając Jacksona w żebra. - Jackson na pewno bardzo się z tego powodu cieszy.

- Och, odczep się... - jęczy Jackson, który pomimo postawnej budowy jest naprawdę uroczy. W innej rzeczywistości, gdybym tak ochoczo nie unikała sali gimnastycznej, moglibyśmy się nawet polubić.

Chociaż usta wciąż mrowią mnie od pocałunku Austina, chłopaki wydają się nie zauważać rumieńców na mojej twarzy.

- Gdzie Aiden i Alex? - zagaduje Austin, gdy ja niezręcznie przestępuję z nogi na nogę, marząc, aby ziemia się pode mną rozstąpiła.

Muszę stąd uciec, zanim unoszący się w powietrzu testosteron całkowicie zamroczy mój umysł.

- Bardzo chcielibyśmy to wiedzieć, bo w jednym momencie wszyscy troje przepadliście jak kamień w wodę - odpiera Matt. - Ciebie jednak szybko znaleźliśmy. Ich jeszcze nie.

- Aiden pewnie siedzi gdzieś w kącie i analizuje nasze walki, a Alex... - Maverick zawiesza głos. - To Alex. Może być wszędzie.

Austin chwieje się na nogach i gdyby nie refleks Matta, runąłby na ziemię prosto na moje stopy. Marszczę brwi.

- Wow, ktoś tu chyba nieźle popłynął - rzuca rozbawiony Maverick.

- Daj mu spokój, stary. Nasz malutki Austinek pokonał dziś wszystkich do zera. Na jego miejscu też sikałbyś w majtki ze szczęścia. - Matt ze śmiechem stawia Austina do pionu.

- Austin, jak mogłeś nie założyć dziś pampersa? - Austin mierzy Mavericka groźnym wzrokiem. - Chodź, przebierzemy cię.

- Ale z was łajzy...

- Jesteś dokładnie taki sam jak my - oznajmia niewzruszony Matt.

Wycofuję się, nim którykolwiek z nich sobie o mnie przypomni, i prędko wchodzę do domu. W środku uderza mnie duchota, która tak mocno kontrastuje z rześkim jesiennym powietrzem. To przez to piętnaście minut temu wyszłam na zewnątrz - potrzebowałam odetchnąć. Nie spodziewałam się jednak, że gdy samotnie wyprawię się na werandę, Austin Sullivan postanowi mnie pocałować. Do tej pory raczej nie zwracał na mnie uwagi, więc nie wiem, dlaczego akurat dzisiaj uznał, że świetnym pomysłem będzie to zmienić.

Rozglądam się po domu, bo jestem pewna, że jeśli za chwilę nie znajdę Chase'a i Dakoty, oszaleję. Moje usta wciąż pamiętają smak Austina i dotyk jego ciepłych warg.

W domu panuje straszny tłok, przez który ciężko mi się przecisnąć. Na szczęście już kilka minut później znajduję Chase'a i Dakotę. Stoją przy wyspie kuchennej i wyglądają, jakby dobrze się bawili. Zupełnie inaczej niż ja.

- Nienawidzę was... To oficjalny koniec naszej przyjaźni!!!! - piszę na telefonie, po czym podstawiam go Chase'owi pod nos. Ten ze skupieniem odczytuje wiadomość, jego jasnoniebieskie oczy błyszczą w świetle ekranu. Dakota tylko się śmieje.

- Powinniśmy się na ciebie obrazić za ten ostentacyjny brak szacunku - mówi Chase, a jego głos miesza się z dudniącą z głośników muzyką, przez co trudno mi go zrozumieć. Przyjaciel musiał to zauważyć, bo natychmiast zwalnia. - Napisała "was" małą literą - zwraca się do Dakoty. - I wciąż się nie nauczyła, że maksymalna ilość znaków interpunkcyjnych w jednym zdaniu to trzy.

- Czy możesz być przez sekundę poważny? - Pokazuję mu kolejną wiadomość i posyłam wściekłe spojrzenie.

- Jasne, że tak, ale to nie sprawi, że nagle zacznę ci wierzyć.

Prycham, po czym zaglądam Dakocie do kubeczka. Podsuwam go sobie pod nos. Nie wyczuwam alkoholu, więc upijam kilka łyków schłodzonej lemoniady z kartonu.

- Co się stało, że wyglądasz, jakbyś chciała wyrwać sobie wszystkie włosy z głowy wraz z cebulkami? A przy okazji i nam? - pyta Dakota, a ja zerkam na jej bujne brązowe loki.

- Austin Sullivan mnie pocałował.

Chase krztusi się dopiero co upitym napojem, a Dakota wytrzeszcza na mnie oczy.

- To wasza wina!

- Skoro tak, to powinnaś nam raczej podziękować, a nie się wściekać - mówi Chase, niedbale odstawiając kubeczek za siebie. Kilka kropel napoju ląduje na blacie.

- Jak to cię pocałował? - dopytuje Dakota, a na jej twarz wypływa podekscytowany i nieco szalony uśmiech.

- Dakoto, nie zadawaj głupich pytań. Najpierw dotknął jej ust swoimi, a dalej już samo poszło.

- NIE ODWZAJEMNIŁAM JEGO POCAŁUNKU.

- Co? - wyrzucają oboje w tym samym czasie.

- Miał nieświeży oddech? - dopytuje Dakota, a ja kręcę głową. - Całował tak źle jak Cole Brennan?

- Boże, naprawdę musiałaś nam o nim przypominać? - zrzędzi Chase. Dołączam do niego i udaję odruch wymiotny.

Cole Brennan jest z naszego rocznika i fascynuje się dwiema rzeczami: teatrem oraz Dakotą. Podczas balu na zakończenie roku zebrał się w końcu na odwagę i poprosił Dakotę do tańca, a potem niespodziewanie pocałował ją na środku parkietu. Sęk w tym, że chwilę wcześniej przyjaciółka wypiła o wiele za dużo ponczu, więc po tym, jak Cole złączył ich usta, Dakota zwymiotowała na jego lśniące czarne lakierki.

- Skoro ja muszę z tym żyć, to wy również.

- Biedny Cole... - kwituje z udawaną troską Chase, a ja uśmiecham się pod nosem.

Dakota posyła mu groźne spojrzenie.

- Wróćmy do Austina - mówi i stuka w ekran mojego telefonu. - Zdradź nam jakieś pikantne szczegóły.

- Przez niego (i przez WAS) muszę iść teraz na odczulanie. Kto wie, jak dużo zarazków się w nim gnieździ po dzisiejszych zawodach - piszę.

- Nie dramatyzuj, słońce.

- Czekałam na was na ganku, tak jak się umówiliśmy - przerywam pisanie, by unieść na nich wymowne spojrzenie - gdy nagle na zewnątrz wyszedł Austin. Najpierw zapytał mnie, czy wiem, gdzie są Aiden i Alex, a kiedy powiedziałam, że nie, oznajmił, że musi przewietrzyć głowę, więc chwilę tam ze mną postoi. - Chase zagląda mi do telefonu, zbyt ciekawy, by poczekać, aż skończę pisać. - W zasadzie nie wiem, co wydarzyło się później, bo w jednej chwili stałam i gapiłam się na księżyc, a w następnej walczyłam już z wargami Austina przyczepionymi do moich.

- Musiał być nieźle pijany, skoro cię pocałował - komentuje Chase.

- Pfff!!!

Dakota kopie go w łydkę, a on ostentacyjnie się krzywi.

- No co?

- Jajco - rzuca Dakota, po czym przenosi spojrzenie na mnie. - Austin nie pije. Zresztą Aiden i Alex też tylko okazjonalnie.

- Więc dzisiaj musiał zrobić wyjątek. Ledwo trzymał się na nogach.

- Widzisz?! Sama to przyznała! - mówi Chase, gorączkowo wymachując rękami.

- Tak, ale Aria tylko stwierdziła fakty. Ty byłeś nieuprzejmy.

Ktoś szturcha mnie w plecy, przez co muszę zrobić krok do przodu, żeby nie skończyć na ziemi jak Austin. W kuchni pojawia się coraz więcej osób i ciężko znaleźć kawałek wolnej przestrzeni.

- Byłem szczery, a to spora różnica.

- Bycie szczerym nie usprawiedliwia zachowywania się jak kretyn - kontratakuje Dakota.

Ich wzajemne docinki to norma. Nie ma dnia, żeby Dakota w pełni zgadzała się z Chase'em i na odwrót. Przyjaźnimy się od pierwszej klasy szkoły podstawowej i od tamtej pory ci dwoje regularnie toczą ze sobą przeróżne spory. Dzisiejszy jest z rodzaju tych łagodnych, dlatego nawet na niego nie reaguję.

- Wracam do domu - stukam na klawiaturze, po czym pokazuję im telefon.

- Już? Jest dopiero dziewiąta. - Dakota wydyma dolną wargę.

Do Zacha przyszłam jakieś półtorej godziny temu. Orły zakończyły turniej o szóstej, a to oznacza, że tata wrócił do domu mniej więcej w tym samym czasie, co ja z niego wyszłam. Minęliśmy się, przez co nie zdążyłam mu pogratulować. Na myśl o tym, w jakim jest teraz stanie, ściska mnie w brzuchu.

- Muszę napisać esej na angielski.

- Termin oddania eseju jest w środę. Poza tym masz jeszcze cały jutrzejszy dzień - zauważa Chase.

- Nie napisałam nawet jednego zdania - kłamię. Skończyłam pracę w ten sam dzień, w którym została zadana.

- Zawsze wyrabiasz się ze wszystkim na czas.

- Idę. Zobaczymy się w poniedziałek.

- Podwieziemy cię - proponuje Dakota, na co uśmiecham się z wdzięcznością.

- Za chwilę wpadnie Cooper. Umówiliśmy się, że zagramy rundkę w Fifę, jak przyjdzie - oponuje z niezadowoleniem Chase, ale zostaje uciszony jednym spojrzeniem przyjaciółki.

- Podwieziemy cię - powtarza Dakota, a ja śmieję się w duchu.

- Nie trzeba, przejdę się. Orzeźwiający spacer po traumatycznym spotkaniu z osiłkiem dobrze mi zrobi.

- Albo spaczy cię jeszcze bardziej. Poza tym jest już za zimno na takie wycieczki. - Dakota kątem oka zerka na Chase'a.

- Dakota ma racje. Przeziębisz się.

- Dobra, ale potem tutaj wracacie. Nie musicie cierpieć przez to, że jestem aspołeczna.

- Nie jesteś aspołeczna - oznajmia z uśmiechem przyjaciółka i bierze mnie pod rękę. Razem przepychamy się do wyjścia. - Po prostu nie lubisz nikogo oprócz nas.

Machając w kierunku odjeżdżającego sprzed domu samochodu, wzdrygam się na chłodniejszy podmuch wiatru. Dakota miała rację, robi się coraz zimniej. Początek października w Wirginii Zachodniej nie należy do najłaskawszych. Mimo wczesnej jesieni liście na drzewach są już żółte, a wieczorem i rano trawę pokrywa rosa.

Zaciągam się rześkim powietrzem i z rozdygotanym sercem podchodzę do drzwi.

Wszystkie wyjazdy na zawody kończą się w ten sam sposób. Wiem, co zastanę w domu, ale i tak za każdym razem pozwalam sobie mieć złudną nadzieję, że tego dnia będzie inaczej.

Drzwi okazują się otwarte, a w środku panuje cisza. Zdejmuję buty w korytarzu i wchodzę w głąb domu. Podobnie jak u Zacha wewnątrz panuje zaduch. W powietrzu unosi się gorzki zapach alkoholu, który jest tak znajomy, że nie wywołuje już we mnie obrzydzenia, raczej niechęć i silne kłucie w brzuchu. Przechodzę przez wysprzątaną na błysk kuchnię i kieruję się do salonu, w którym tata spędza najwięcej czasu.

Tak jak przypuszczałam, zauważam go niedbale leżącego na kanapie. Jego prawa dłoń dotyka podłogi, a lewa jest oparta o czoło. Tata wciąż ma na sobie granatowe dresy z orłem na piersi. Na stoliku obok stoi pusta butelka po whisky oraz wielki złoty puchar, który wygrali w dzisiejszych zawodach. Na ten widok dopada mnie znajome uczucie żalu.

Zgarniam z fotela koc i przykrywam nim ojca. Do rana nie podniesie się z kanapy. Zanim wyjdę, przysuwam jeszcze policzek do jego ust i dopiero kiedy czuję na nim ciepły oddech taty, odrobinę się uspokajam. Po drodze wyrzucam butelkę po whisky i uzupełniam wodę w ekspresie. Idę spać, nim koszmary z prawdziwego życia nie pozwolą mi zmrużyć oka.

Rano budzi mnie zapach bekonu i kawy. Deszcz rytmicznie uderza o szyby, a drzewa za oknem uginają się pod zimnymi podmuchami wiatru. Jest niedziela, więc nie muszę dziś wstawać z łóżka. Mimo to gramolę się na nogi, bo nie lubię zostawiać taty samego ze śniadaniem. Zawsze jemy je wspólnie. Szybko przebieram się w dresy, zakładam aparat słuchowy i schodzę na dół.

- Jest i moja śpiąca królewna! - wykrzykuje, kiedy tylko zauważa mnie na schodach, a na jego twarzy gości szeroki uśmiech, na który odpowiadam tym samym. - Już myślałem, że prześpisz dziś cały dzień.

- Wróciłam wczoraj późno do domu - oznajmiam, siadając na krześle przy wyspie kuchennej. Tata jest jedyną osobą, przy której nie wstydzę się mówić.

- Byłaś na imprezie z okazji naszej wygranej?

Przytakuję, spoglądając na jego wciąż lekko przekrwione białka. Tata jest przystojnym mężczyzną. Ma niebieskie oczy, ciemne włosy poprzetykane siwizną i pociągłą twarz. W wieku czterdziestu sześciu lat nadal sprawia, że co najmniej połowa nauczycielek w naszej szkole rzuca mu tęskne, spragnione spojrzenia. On jednak wydaje się tego w ogóle nie zauważać.

- Podobno Austin Sullivan nie stracił nawet jednego punku - zagaduję, bo wiem, że lubi, kiedy pytam go o zapasy, jednak na wspomnienie Austina przechodzi mnie dreszcz. Ten kretyn bez najmniejszych skrupułów pocałował mnie wczoraj na oczach wszystkich! Gdyby tylko tata się o tym dowiedział...

- Dzieciak ma prawdziwy talent. Jak tak dalej pójdzie, to bez żadnego problemu dostanie się na Uniwersytet Stanowy Pensylwanii z pełnym stypendium. - Mówiąc to, wygląda na dumnego.

- To kawałek drogi z Wirginii.

- Mają najlepszy program dla zapaśników w całym kraju. To tam uczył się David Taylor, który potem zdobył złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio.

- Imponujące.

Tata kiwa głową, nakładając jajka na talerze.

- Aiden i Alex też poradzili sobie całkiem nieźle - mówi. - Brakuje im jednak gibkości Austina.

- A Jackson? - rzucam, pamiętając, jak bardzo ucieszył się wczoraj na mój widok.

- Dlaczego o niego pytasz? - Tata zerka na mnie podejrzliwie.

- Tak po prostu. Spotkałam go wczoraj u Zacha.

- Jackson nie walczył. Jest w kategorii wagowej Austina i Aidena, a mogłem wystawić w każdej tylko dwóch zawodników.

Podsuwa mi talerz pod nos, a ja bez zwłoki zaczynam jeść przygotowane przez niego śniadanie.

- Dlaczego odsunąłeś od rywalizacji akurat jego?

- Przegrał sparingi. Tak było sprawiedliwie. - Tata obchodzi wyspę i siada na krześle obok mnie. Wyczuwam intensywny zapach wody kolońskiej. - Ale jest w rezerwie, gdyby Austinowi lub Aidenowi coś się stało.

- Więc co teraz? Drużynowe mistrzostwa stanowe? - Upijam łyk kawy. Krzywię się na jej gorzki smak. - Nie posłodziłeś...

Tata posyła mi przepraszające spojrzenie. Zawsze zapomina o cukrze.

- Nie. Najpierw w listopadzie odbędą się indywidualne mistrzostwa regionalne, a dopiero w grudniu drużynowe mistrzostwa stanowe. No a potem, miejmy nadzieję, awansujemy do zawodów krajowych.

Za każdym razem gdy tata mówi o zapasach, jego oczy rozbłyskują, a w głosie słychać podekscytowanie. Pomimo tego, co się wydarzyło, on nadal kocha ten sport najmocniej na świecie.

Czuję wibracje na udzie, więc wyjmuję telefon z kieszeni i odczytuję nową wiadomość od Dakoty na naszym czacie grupowym. Klikam w link do filmiku i przekręcam ekran tak, żeby tata nie był w stanie dostrzec, co się na nim znajduje.

Na środku filmu widnieje napis "Dzisiejszy trening lacrosse'a wyglądał tak. Odwdzięczymy się, dupki...". Zamiast specjalnych kijków do tego sportu widzę poupychane w szafkach dmuchane miecze, jajka zamiast piłek i plakaty z flamingami, na których widnieje nowa nazwa drużyny lacrosse'a: od teraz to Wściekłe Ptaszyska. Nagranie się kończy, a na czacie pojawia się nowa wiadomość od Chase'a.

Chase

Hahahahaha.

Chase

To im się akurat udało.

Ja

Im?

Chase

Zapaśnikom.

Dakota

Bruce do tej pory szuka swojego kija.

Ja

Czyli trening się nie odbył?????

Chase

A jak myślisz, kochanie?

Ja

Myślę, że powinieneś skończyć z tym sarkazmem.

Chase

A ja uważam, że całkiem mi z nim do twarzy.

Dakota

Trener Kyle się wkurzył.

W następną niedzielę grają mecz

ze Stormbreakersami.

Chase

Czyli już wiemy, kto zje jutro

czekoladowe ciasteczka u Travisa.

Dakota

Aria, szykuj się, bo twój tata na pewno

oszaleje ze złości, jeśli któryś z jego

zawodników zostanie zawieszony.

Chase

To więcej niż pewne, że tak się

stanie. Kyle to cięty skurczybyk.

Nie odpuści tego tematu.

Chase

Tym bardziej że wczoraj zapaśnicy

awansowali do zawodów stanowych...

Zazdrość już pewnie wżarła mu się w tyłek.

- Co tam ciekawego czytasz? - zagaduje tata, gdy od kilku minut milczę, wpatrzona w telefon.

Nie powiem mu. Nie zmarnuję wolnego dnia na rzecz zapaśniczej afery.

- Dakota pyta, czy się dziś spotykamy - kłamię, wracając wzrokiem do ekranu, a on przyjmuje to bez dalszego dopytywania o szczegóły.

Dakota

Już się nie mogę doczekać jutra.

Jeśli dobrze pójdzie, to Rodriguez

odpuści nam matmę i ruszy na zwiady.

Chase

To co? Zrywamy się z lekcji

i idziemy na sernik?

Ja

No raczej!

ROZDZIAŁ 2

Austin

Czekoladowe ciastka od Travisa smakują obrzydliwie. Są twarde jak skała i za chwilę połamię sobie na nich zęby. Zmuszam się do przełknięcia tego, co mam w buzi, po czym unoszę udręczony wzrok na siedzącego za biurkiem dyrektora.

To nie skończy się dobrze.

- Chyba nie muszę wam mówić, jak bardzo nawaliliście. Prawda, chłopaki? - pyta jak zwykle spokojnie Travis.

Kątem oka zerkam na Mavericka, który tak samo jak ja ma problemy z przełknięciem tego czekoladowego dziadostwa. Krzywi się, jakby dyrektor przed sekundą oznajmił mu, że już nigdy nie będzie mógł wejść na matę, i gdyby nie sytuacja, w której się znaleźliśmy, to pozwoliłbym sobie na głośne parsknięcie. Maverick wygląda śmiesznie. Jest ponadstukilową górą mięśni, dwa dni temu z łatwością powalił na matę postawnego gościa, a dziś pokonało go czekoladowe ciastko.

- Nie, dyrektorze - mruczę pod nosem, bo wiem, że Maverick tego nie zrobi.

Zadowolony Travis kiwa głową, po czym zaplata brązowe ręce w koszyczek i kładzie je na blacie. Coś mi podpowiada, że pomimo jego wyluzowanej postawy tym razem lepiej nie liczyć na łaskę.

- Przez wasze wygłupy trener Kyle musiał odwołać wczorajszy trening.

Przytakuję mu z takim samym entuzjazmem jak poprzednio, nie przestając obserwować Mavericka. Tylko cudem udaje mi się zdusić śmiech. Gość do końca życia będzie straumatyzowany przez ciasteczka z czekoladą zrobione z wora cementu. Dyskretnie kopię go w kostkę, a Maverick mruży oczy.

- Nie taki był nasz plan, dyrektorze - odzywa się po raz pierwszy, odkąd zostaliśmy wyrwani z lekcji i zaproszeni do gabinetu Travisa.

- A jaki?

Maverick wzrusza ramionami, a ja widzę, jak zawzięcie próbuje przełknąć czekoladową papkę, która rośnie mu w buzi.

- Tylko sobie żartowaliśmy...

- Doceniam wasze poczucie humoru, ale okres przedstartowy nie jest dobrym czasem na tak wyszukane żarty jak ten. - Robi przerwę chyba tylko po to, abyśmy mogli sobie jeszcze dobitniej uświadomić, jak wielkimi głąbami jesteśmy. - Kto jak kto, ale akurat wy powinniście doskonale zdawać sobie z tego sprawę.

- Może trochę za bardzo daliśmy się ponieść emocjom po sobotnich walkach - tłumaczę pokornie, bo tylko w ten sposób będę w stanie go udobruchać.

W tym samym momencie z gardła Mavericka wydobywa się paskudny dźwięk, któremu towarzyszy odruch wymiotny.

- Wszystko dobrze, Mavericku?

- To z nerwów - bełkocze, a ja przykładam pięść do ust, by zatuszować uśmiech.

- Może jeszcze jedno ciastko?

Maverick robi się cały zielony.

- Po zrzuceniu czterech kilogramów na zawody jego żołądek nie przyzwyczaił się jeszcze do takiej ilości cukru - wtrącam się, bo ten gamoń nie zasługuje na tak okrutne tortury, jakim poddaje go Travis. W chwilach największych kryzysów bywa naprawdę bezlitosny.

- Och, racja... W weekend daliście czadu. Trener Parker powiedział mi, że był to wasz najlepszy występ w karierze. - Obaj zgodnie z dumą kiwamy głowami. Tym razem nam się upiecze. - I chociaż doceniam wasze zaangażowanie w treningi oraz godne reprezentowanie naszej szkoły, to muszę być sprawiedliwy. - Albo jednak nie... - Narozrabialiście, i to porządnie.

- To już się więcej nie powtórzy - wypalam, bo dopada mnie strach.

- Tak, już nigdy więcej nie tkniemy sprzętu Grabarzy - dodaje Maverick. - Proszę mi wybaczyć, dyrektorze. - Chrząka.

- Maverick musi uzupełnić żelazo po zawodach. Bredzi od ostatniej walki.

Dyrektor wzdycha. Jego bezsilne spojrzenie ląduje najpierw na mnie, a potem na Mavericku i już wiem, że mamy przerąbane. Travis jest wyluzowanym gościem, który kocha sport tak samo mocno jak my, ale gdy chodzi o zasady, automatycznie staje się stanowczy jak diabli i nawet słodkie oczy Jacksona w niczym by nam w tym momencie nie pomogły.

- Chłopaki - rzuca cierpiętniczo, jakby to on miał być za chwilę ukarany, a nie my - chciałbym wam pomóc, ale sami zgotowaliście sobie ten los.

Robi mi się gorąco do tego stopnia, że muszę odchylić kołnierzyk bluzy. Wlepiam zdesperowany wzrok w twarz Travisa, modląc się, aby nie powiedział tego, co błąka mi się po głowie. Ciemne oczy dyrektora odpowiadają na moje spojrzenie, jednak nie dostrzegam w nich tego, co miałem nadzieję zobaczyć.

- Niech pan tego nie mówi... - Maverick zaraz zemdleje. Ja też. A potem, kiedy się obudzę, Aiden i Alex skopią mi tyłek.

- Przykro mi. Jesteście jednymi z najlepszych zapaśników w naszej drużynie, ale skoro lekceważycie innych sportowców, moja sympatia do was schodzi na dalszy plan.

Tak bardzo kręci mi się w głowie, że gdybym teraz nie siedział, to z pewnością runąłbym na ziemię.

- Nie może pan. Za miesiąc są indywidualne mistrzostwa regionalne. Jeśli w nich nie wystartujemy, to z automatu zostaniemy odsunięci od dalszej rywalizacji i stracimy szansę na stypendium. - Na czole Mavericka pojawiają się pierwsze kropelki potu.

Próbuję się odezwać, ale nie jestem w stanie otworzyć ust. Mam całkowicie zdrętwiałe wargi, a serce już dawno przestało mi bić.

- Rozumiem wasz żal, ale tym razem złamaliście najważniejszą zasadę tej szkoły. Stanęliście przeciwko osobom, które tak jak wy całe życie poświęciły swojej pasji. Wasz niewinny żart w niedzielę może pozbawić ich zwycięstwa.

- Chłopaki mają twarde tyłki. Jeden trening nie odbierze im wygranej - kontynuuje Maverick, ale po napiętych przedramionach Travisa orientuję się, że nic, co powiemy, nie zmieni jego zdania. Decyzja zapadła.

- Jesteście zawieszeni w treningach do końca sezonu - oznajmia brutalnie dyrektor. - Od dzisiaj będziecie chodzić tylko na zajęcia obowiązkowe, a w godzinach waszych treningów możecie się uczyć w bibliotece lub zapisać się na coś innego.

- Baseball jest do kitu - oburza się Maverick.

- Do wyboru masz cały wachlarz innych dyscyplin. Możesz iść na koszykówkę, pływanie lub tenis - odpowiada natychmiast Travis, chwytając leżący na biurku talerz. - No chyba że wolisz lekkoatletykę. - Maverick jest tak wielki, że nawet gdyby chciał, nigdy nie będzie w stanie wypracować takiej szybkości, jaką ma Neve, który biega na krótkie dystanse. I wszyscy trzej doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Nasza nadzieja umarła bezpowrotnie... - Weźcie po ciastku i wracajcie na lekcje - oznajmia dyrektor z naciskiem, a ja, chociaż nie mam na to ochoty, wgryzam się w czekoladowy głaz i mozolnie gramolę się z krzesła.

To, co aktualnie rozgrywa się w mojej głowie, jest trudne do określenia. Wychodząc z gabinetu, czuję przede wszystkim ból, tak silny, że odbiera mi dech, ale także przerażenie na myśl o kolejnych dniach bez zapasów. Travis ukarał nas w najgorszy możliwy sposób - przez jego decyzję ucierpi cała sekcja, bo razem z Maverickiem byliśmy sparingpartnerami chłopaków. Trener Parker, gdy tylko się o tym dowie, najpierw się wścieknie, a potem udusi nas gołymi rękami.

Nie wracam na lekcje, tak jak polecił nam Travis. Idę do stołówki, która o tej godzinie świeci pustkami, i siadam jak zwykle przy naszym stoliku pod oknem. Po drodze gubię gdzieś Mavericka. Opieram głowę o blat i ślęczę w tej pozycji do momentu, w którym rozlega się raniący uszy dźwięk dzwonka, a z klas strumieniami wypływają ludzie.

- Zawiesił cię - słyszę, po czym podnoszę głowę i wlepiam wzrok w Aidena.

Jak zwykle ma na sobie szkolny mundurek, chociaż wcale nie musi go nosić, a w rękach trzyma książki do biologii.

- Na jak długo? - pyta stojący obok Aidena Alex.

- Do końca sezonu.

Cały czas desperacko żywię nadzieję, że Travis wycofa swoje słowa.

- Jak masz wystartować w zawodach, skoro nie możesz trenować?

Wracam wzrokiem do Aidena i wyłapuję w jego oczach pretensję. Jest zły, jak zawsze, gdy coś idzie nie po jego myśli.

- Nie wystartuję. Parker nie dopuści mnie do rywalizacji, jeśli nie będę codziennie stawiał się na macie. Dobrze wiecie, że ma bzika na punkcie systematyczności.

- Pogadam z nim - mówi stanowczo Aiden, a ja marszczę brwi.

- Z trenerem czy z dyrektorem?

- Z oboma, jeśli będę musiał.

- Nie musisz.

Alex opada na ławkę obok mnie i chociaż milczy, to wyczuwam bijące od niego wkurzenie. Stołówka zapełnia się coraz bardziej i za chwilę dołączy do nas reszta chłopaków z drużyny.

- Zamierzasz to tak zostawić?

Nieoczekiwanie zalewa mnie złość.

- Kurde, nie wiem. Możesz na mnie nie naskakiwać? - wypalam ostro, nie spuszczając wzroku z brata. - Ja też jestem wściekły.

- Nie naskakuję na ciebie, tylko próbuję ratować twój bezmyślny tyłek, a to spora różnica.

- Skoro już bawisz się w moją niańkę, to może powinieneś był zadbać o mnie w sobotę.

- Zostawiłem cię tylko na godzinę.

- Najwidoczniej bez twojej pomocy nie jestem w stanie normalnie funkcjonować.

- Boże, zamkniecie się w końcu? - rzuca Alex i kiwa głową na Aidena, żeby ten wreszcie usiadł. - Nawet nie wiecie, o co się kłócicie.

Niewiele pamiętam z sobotniego wieczoru. Po zawodach całą drużyną pojechaliśmy do Zacha, a potem wypiłem kilka piw. Z reguły nie sięgam po alkohol, bo smakuje obrzydliwie i przeszkadza mi w treningach, ale tym razem coś mnie pokusiło. Nie dość, że wygrałem zawody w swojej kategorii wagowej bez straty żadnego punktu, to na dodatek zostałem najlepszym zawodnikiem turnieju... Następnego dnia obudziłem się jednak z okropnym bólem głowy i setkami powiadomień na Instagramie. Razem z Maverickiem odwaliliśmy niezły cyrk.

- Gdzie jest Maverick? - zagaduje Aiden już o wiele spokojniej, choć wciąż odrobinę trzęsie się ze złości.

- Pewnie wymiotuje po ciastkach Travisa. - Zerkam na wejście do stołówki. - Trener Parker nas zabije.

- Na pewno. Na twoim miejscu już zacząłbym się modlić, żeby zrobił to szybko... Idę po gofry, chcecie? - pyta Alex i nie czekając na naszą reakcję, ustawia się w kolejce po jedzenie.

Odprowadzamy go wzrokiem, a przy stoliku pojawia się reszta chłopaków. Każdy zajmuje swoje miejsce; jest nas tak dużo, że część osób siada na sąsiednich ławkach. Nie muszę nic mówić, wszyscy się domyślają, jak potoczyła się rozmowa z dyrektorem.

- Wykopałeś już sobie grób? - pyta siedzący naprzeciwko Matt, wsypując białko do shakera.

- Maverick ma się tym zająć. Możecie pochować nas razem.

- Jak myślicie, za ile wpadnie tu Parker, żeby urwać im głowy? - rzuca Jackson, który z nas wszystkich wyszedł na tym najlepiej.

Do tej pory nie wygrał żadnego oficjalnego sparingu ze mną ani z Aidenem, przez co zawsze okupował ławkę rezerwowych. Dzisiaj nareszcie dostał szansę, by wskoczyć na moje miejsce.

- Zrobi to jeszcze przed zakończeniem lekcji, a potem wyżyje się na nas na treningu - odpowiada mu Matt.

- Hej, Sullivan, wziąłeś kilka ciasteczek na wynos?! - drze się z drugiego końca stołówki Mark, który jest kapitanem drużyny lacrosse'a, a wszystkie ciekawskie spojrzenia lądują na mojej twarzy.

Aiden się spina, ale nic nie mówi. Zamiast mnie odzywa się Maverick, który właśnie wkracza do środka. W końcu po wizycie u Travisa jego twarz odzyskała naturalny kolor.

- Jasne! Chętnie poczęstujemy was nimi w ramach pocieszenia po przegranym meczu.

- Gramy dopiero w niedzielę.

- Ale już wszyscy wiemy, jak to się skończy.

Gdzieniegdzie słychać szmer rozbawienia, a Mark nagle przypomina mi pomidora, którego zjadłem na śniadanie. Do stolika wraca Alex i sekundę później na blacie przede mną ląduje talerz z goframi. Aiden dostaje taki sam.

- Dobra, jaki macie plan? - pyta Matt, gdy Alex i Maverick siadają na ławce, a ja biorę gryz gofra.

- Jaki mamy plan? - bełkoczę do Mavericka.

- Taki, który nie pozbawi nas stypendium na pierwszym roku.

- Parker jakoś to ogarnie - wtrąca się Aiden, bo wciąż nieco go nosi. Mój brat jest zupełnym przeciwieństwem mnie czy Alexa. Czasem zachowuje się tak, jakby to on był adoptowany i odziedziczył cechy charakteru po obcych ludziach. - Nie wierzę, że tak po prostu pogodzi się ze stratą dwóch zawodników.

- Nie ma szans w starciu z Travisem - mówi Matt. - Poza tym on i Kyle od początku roku walczą ze sobą o dofinansowanie na sprzęt, a więc Parker zrobi wszystko, byleby tylko dostać trochę kasy i móc w końcu kupić nam więcej manekinów. Nie pokłóci się z dyrektorem, nawet jeśli będzie go to kosztowało stratę Austina i Mavericka.

Mruczę pod nosem coś, czego sam nie rozumiem, i zirytowany wlepiam wzrok w trzy wchodzące do stołówki osoby. Jestem idiotą - jednym głupim żartem przekreśliłem swoją szansę na studia w college'u z najlepszym programem dla zapaśników w całych Stanach.

W oczy rzucają mi się wiśniowe włosy Arii Parker, na których widok krew uderza mi do głowy. Nie do końca rozumiem reakcję własnego ciała na widok dziewczyny, ale nie mam czasu się nad tym zastanowić, bo niespodziewanie umysł zajmuje mi pewna szalona myśl.

- Nie zachowuj się jak psychol, Austin, bo ucieknie od ciebie z krzykiem, jeszcze zanim otworzysz usta - rzuca ze śmiechem Matt, a ja posyłam mu krótkie spojrzenie.

- No i Jackson ci tego nie wybaczy - dodaje Maverick.

- Lecisz na Arię? - pytam zaskoczony. Nigdy nie widziałem nic, co wskazywałoby na to, że Jacksonowi podoba się córka naszego trenera.

- Nie lecę, bo wiem, że nienawidzi zapasów, a skoro nienawidzi zapasów, to równanie jest proste i wychodzi na to, że nie mam u niej szans.

- Nie poddawaj się, stary. - Alex klepie go w plecy, wymieniając z Mattem porozumiewawcze uśmieszki. - To tak, jakbyś rzucił ręcznik przed rozpoczęciem walki.

- Nie podpuścicie mnie.

- Szkoda.

Dalej już ich nie słucham, bo odkąd Aria Parker wkroczyła do stołówki, moje ciało jest napięte do granic możliwości, a mięśnie palą mnie, jakbym za sekundę miał wejść na matę. Obecnie mam dwie możliwości: zrezygnować z pojedynku i pogodzić się z porażką lub podjąć rzuconą rękawicę i powalczyć o zwycięstwo. Na szczęście wybór jest prosty, a decyzja, co powinienem zrobić, zajmuje mi zaledwie dwie sekundy.

Ario Parker, czy ci się to podoba, czy nie, nadchodzę i nie zamierzam dać ci spokoju, dopóki mi nie pomożesz.

ROZDZIAŁ 3

Aria

Chowam książki do szafki, zatrzaskuję drzwiczki i prawie dostaję zawału. Łapię się za pierś na widok uśmiechniętego od ucha do ucha Austina Sullivana. Przez to, że od rana mży, jego blond loki kręcą się jeszcze bardziej niż zwykle. Niebieskie oczy błyszczą z podekscytowania. Austin ma lekko garbaty nos, który dodaje mu charakteru, oraz smakujące jak babeczki pełne usta. Z powodu wygranej na sobotnich zawodach budzi jeszcze większe zainteresowanie niż zwykle. Zamiast mnie nękać, powinien teraz siedzieć w stołówce i rozdawać autografy.

- Cześć - rzuca i tyle wystarcza, by przechodzący korytarzem ludzie posłali nam zaciekawione spojrzenia.

Gapię się na niego bez słowa, bo nie chcę, żeby przez sytuację w domu Zacha ktoś z moich znajomych wysnuł fałszywe wnioski.

- Jak ci minął weekend? - pyta niezrażony moją bierną postawą, a kiedy nie odpowiadam, wyciąga z kieszeni telefon i wciska mi go w dłoń. Odruchowo zerkam na wyświetlacz, zauważając włączoną aplikację do robienia notatek. - I gdzie zgubiłaś przyjaciół?

- Dakota i Chase nie są szczeniakami, żebym trzymała ich na smyczy - piszę, a potem niemal wciskam mu komórkę w twarz.

Austin uśmiecha się jeszcze szerzej.

- Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że nie chcesz ze mną rozmawiać.

Mrużę oczy. Czy on zamierza poruszyć temat sobotniej imprezy?

- Nie znasz mnie.

- Nie bądźmy już tacy drobiazgowi... - Nonszalancko opiera się barkiem o szafkę. Jego pewność siebie jest zabójcza. - Bardzo dobrze znam twojego tatę, a to prawie tak, jakbym znał ciebie. - Nie reaguję, bo nie widzę żadnej logiki w jego słowach. - Zajmę ci tylko dwie minutki - zapewnia, ale jakoś mu nie wierzę.

- Muszę iść na zajęcia, bo Rodriguez wstawi mi kolejną uwagę za spóźnienie.

Pośpiesznie oddaję mu telefon, by następnie, jak przystało na tchórza, zacząć się od niego oddalać. Austin jednak błyskawicznie uniemożliwia mi ucieczkę: łapie mnie za nadgarstek i z powrotem obraca w swoją stronę. Staję jak wryta, odurzona jego słodkim zapachem. Zawsze wydawało mi się, że zapaśnicy pachną potem i wyciskanym na siłowni żelastwem. Nie mogłam się bardziej pomylić.

- Potrzebuję twojej pomocy - oznajmia bez ogródek, gdy ja wciąż próbuję zebrać myśli po ostatnim odkryciu. - Travis zawiesił mnie w treningach.

Posyłam mu pytające spojrzenie, a on wzdycha. Wyrywam rękę z jego uścisku, po czym rozglądam się dookoła, mając nadzieję, że nikt nie zauważył naszego zbliżenia.

- Twój tata nie wstawi się za mną u Travisa, bo walczy z trenerem Kyle'em o dofinansowanie na sprzęt do treningów.

Poirytowana jego natarczywością, sięgam do kieszeni po telefon.

- I co ja mam z tym wszystkim wspólnego?

- Jesteś moją ostatnią nadzieją - rzuca z desperacją w oczach, która sprawia, że prawie robi mi się go szkoda. Prawie.

- Nie przekonam taty, żeby stanął w twojej obronie.

- Chociaż spróbuj. Proszę.

- Mogłabym to zrobić, ale nie chcę - piszę, po czym pokazuję mu wiadomość.

Austin wygląda, jakbym sprzedała mu kopniaka w brzuch, i, o dziwo, jest to zaskakująco satysfakcjonujący widok. Przed chwilą powaliłam na kolana ponad osiemdziesięciokilowego zapaśnika.

Wzruszam przepraszająco ramionami, chociaż wcale nie czuję się winna z powodu jego zbolałej miny.

- Coś przegapiłem? - pyta zmieszany. - Nie lubimy się? Uraziłem cię czymś?

Nie przeszkadza mi, że Austin zamierza udawać, że do niczego między nami nie doszło. Tamten pocałunek i tak był... dziwny, zły, nie na miejscu. Lepiej, żeby pozostał tylko efektem zbyt dużej ilości alkoholu w organizmie Sullivana.

- Jeśli mi powiesz, to przynajmniej będę mógł spróbować to naprawić.

Potrząsam głową.

- Wszystko między nami okej.

- Więc dlaczego nie chcesz mi pomóc?

Bo jesteś chłopakiem tego rodzaju, którego unikałam przez całe życie, a twoje imię brzmi jak darmowe kłopoty, myślę, a w zamian piszę:

- Nie mam wpływu na zachowanie mojego taty.

- Nie umiesz kłamać, Ario. - Cmoka. - Jesteś jego oczkiem w głowie. Zrobi dla ciebie wszystko.

To prawda. Mój tata naprawdę się stara. Zawsze był bardzo opiekuńczy i troskliwy, a odkąd umarła mama, dodatkowo próbuje wynagrodzić mi jej brak. Nie zmienia to jednak faktu, że zapasy to odrębny temat, z którym nie chcę mieć nic wspólnego.

- I vice versa. - Austin ściąga brwi. - Jesteś jego najlepszym zawodnikiem. Przy odrobinie samozaparcia i skruchy na pewno przywróci cię do treningów.

- Oprócz mnie ma jeszcze Aidena, Alexa, Matta, Jacksona i pozostałych chłopaków.

- Oj, przestań się tak nisko cenić, mięśniaku.

- Mięśniaku? - Śmieje się głośno, aż trzęsą mu się ramiona, i choćbym chciała, już nigdy nie wyprę się naszej rozmowy. Zauważyli nas wszyscy znajdujący się w korytarzu. - Źle mnie zrozumiałaś, cenię się bardzo wysoko. Alex powiedziałby nawet, że nigdy nie będę w stanie dosięgnąć swojego ego. Tym razem chodzi jednak o coś, na co nie mam wpływu. Razem z Maverickiem złamaliśmy regulamin szkoły.

- Przykro mi.

- Wcale nie jest ci przykro.

- No nie, ale chciałam być miła.

Kolejny zawadiacki uśmiech.

- Czy jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić w ramach wymiany? - pyta, a ja ciężko wzdycham. Austin Sullivan jest dokładnie tak męczący, jak się spodziewałam.

- Tak - odpisuję, a na jego twarz powraca entuzjazm. - Mógł­byś dać mi spokój.

Austin nie ma czasu odpowiedzieć, bo ktoś z drugiego końca korytarza przykuwa jego uwagę. Odwracam się, a mój wzrok pada na jego braci. Aiden i Alex wyróżniają się specyficzną urodą: mają ciemne włosy i bursztynowe oczy. Do tego są naprawdę silni. Kiedy się poruszają, mam wrażenie, jakby ziemia pod nimi się trzęsła, a ich wyraźnie zarysowane mięśnie przyciągają wzrok. Bracia Sullivan urodzili się po to, by walczyć. Alexander jest najmłodszy i na moje oko nieco zbyt gburowaty. Austin i Aiden są niemal w tym samym wieku, ten pierwszy został adoptowany, gdy miał dwa lata.

Nie kłamię, gdy mówię, że nie cierpię wszystkiego, co jest związane z zapasami. Z jednym małym wyjątkiem: poza Aidenem Sullivanem, który skradł moje dziecięce serce, kiedy oboje mieliśmy po dwanaście lat, i chociaż okropnie się tego wstydzę, nie wypuścił go z garści do dzisiaj.

Zażenowana własnymi myślami odwracam oczy od Aidena i wlepiam je w drugiego z braci Sullivan. Austin mierzy mnie wzrokiem.

- Co????? - piszę na telefonie, a on nie przestaje mi się przyglądać.

- Wrócimy do tego później - mówi po chwili, podnosi leżący przy jego stopach plecak i zarzuca go na prawe ramię.

Zaczynam pisać kolejną wiadomość, żeby przekazać mu, że to koniec tej rozmowy, ale gdy unoszę wzrok, jego już przy mnie nie ma.

Świetnie.

Dzisiejszy temat na matematyce jest tak nudny, że gdyby Dakota średnio co dwie minuty nie szturchała mnie w bok, żeby powiedzieć mi coś ważnego, to za nic nie zdołałabym utrzymać powiek w górze. Gdy jestem śpiąca, zrozumienie tego, co mówi Rodriguez, staje się jeszcze trudniejsze. Dzięki aparatowi słuchowemu potrafię wychwycić wypowiadane słowa, ale radzę sobie najlepiej, kiedy mogę też czytać z ruchu warg. Sprawa się więc komplikuje, kiedy dopada mnie zmęczenie.

Tak naprawdę nigdy nie powinnam się uczyć w tej szkole. Niepełnosprawność wyklucza mnie z wielu rzeczy i gdyby mój ojciec nie był utytułowanym trenerem zapasów, dyrektor by się nie zgodził, żebym rozpoczęła naukę w jego placówce. Tata jednak bardzo się przy tym upierał, a Travis w końcu mu uległ, mimo że dla takich jak ja są specjalne miejsca, do których nie chodzą uczniowie bez niepełnosprawności.

"Austin ciągle się na ciebie gapi", pisze na kartce Dakota, a ja od razu po przeczytaniu jej wiadomości zerkam do tyłu. Niebieskie tęczówki Sullivana przeszywają mnie na wylot. Obok niego siedzi Aiden, a w ławce przed nimi Chase. Przypadkowo nawiązuję kontakt wzrokowy z przyjacielem, który od razu wyłapuje, gdzie początkowo powędrował mój wzrok.

"Według mnie totalnie się w tobie zabujał". "Kto?", piszę i przesuwam kartkę w stronę Dakoty. Dziewczyna przewraca oczami.

Austin.

Daj spokój. Nawet przez sekundę nie wspomniał o pocałunku. Chce tylko, żebym mu pomogła.

Rozmawialiście ze sobą????? Dzisiaj?????

Co się stało z zasadą maksymalnie trzech znaków interpunkcyjnych na końcu zdania??????

Co ci powiedział?

Kompletnie ignoruje mój przytyk i prawie podskakuje na krześle z podekscytowania. Unoszę wzrok na nauczycielkę, ale ta jest zbyt zajęta pisaniem na tablicy, by była w stanie zauważyć moją rozmowę z Dakotą.

Travis zawiesił go w treningach, a Austin chce, żebym pogadała z tatą o przywróceniu go do drużyny.

I zrobisz to?

NIE. Co to w ogóle za pytanie?

Normalne.

Zerkam na nią z ukosa. Dakota wzrusza ramionami, po czym tężeje, jakby przyłapano ją na gorącym uczynku. Spoglądam przed siebie i dostrzegam Rodriguez z markerem wyciągniętym w stronę mojej przyjaciółki. Nie wiem, co powiedziała, zanim Dakota zwróciła na nią uwagę, ale domyślam się, że wezwała ją do odpowiedzi.

Dyskretnie oddycham z ulgą, że tym razem mi się upiekło, i zaglądam do książki, jakbym cały czas była skupiona wyłącznie na zajęciach. W rzeczywistości kompletnie nie rozumiem dzisiejszego tematu. Dakota jest za to umysłem ścisłym, więc bez problemu poradzi sobie z zadaniem.

Chowam zapisaną kartkę do plecaka, gdy przy mojej ławce ląduje zwinięty w kulkę liścik. Oblizuję usta i prostuję się na krześle. Kontrolnie przesuwam wzrokiem po osobach siedzących w ławkach, jednak większość z nich jest zajęta własnymi sprawami. Tylko jedna odpowiada na moje zagubione spojrzenie. Austin.

Mam dla ciebie propozycję i zanim odpiszesz "nie", przeczytaj tę wiadomość do końca. Powiedziałaś, że nie ma takiej rzeczy, którą mógłbym dla ciebie zrobić, ale myślę, że ta ci się spodoba. Ty pójdziesz do swojego taty i poprosisz go, żeby wstawił się za mną i Maverickiem u Travisa, a ja pomogę ci zdobyć serce mojego brata.

Prawie spadam z krzesła, czytając liścik od Austina. Nikt nie wie o mojej słabości do Aidena. Nikt. Nawet Chase i Dakota, którzy są moimi najlepszymi przyjaciółmi. To, że Sullivan odkrył mój sekret, sprawia, że czuję się obnażona, jakby przed chwilą cała klasa zobaczyła mnie nago.

Zdenerwowana pośpiesznie gryzmolę odpowiedź na czystej kartce. Tę, którą podrzucił mi Austin, drę na milion kawałków, żeby już nikt nie był w stanie jej przeczytać.

Nie mógłbyś wpaść na bardziej idiotyczny pomysł.

Zgniatam kartkę i odchylam się na krześle. Kiwam głową na Austina, po czym podaję liścik Chase'owi, który patrzy na mnie tak, jakby wyrosła mi druga głowa. Odpowiadam mu bezradnym spojrzeniem i z powrotem spoglądam na tablicę. Dakota cały czas męczy się z zadaniem od Rodriguez.

Nie mija nawet minuta, gdy kolejna papierowa kulka uderza mnie w tył głowy. Odwracam się i wbijam morderczy wzrok w Austina. Ten w odpowiedzi posyła mi niewinny uśmiech, przez który krew w moich żyłach zaczyna wrzeć.

To, że kochasz się w moim bracie, nie jest powodem do wstydu (a przynajmniej nie aż tak wielkiego). Każdy ma swoje fantazje, doskonale to rozumiem. Tak że głowa do góry! Zmiękczymy jego serce w mniej niż trzy tygodnie.

PS Nie martw się. Jeszcze nic mu o tym nie powiedziałem.

Serce wali mi tak szybko, że za chwilę pozostanie z niego już tylko miazga.

Jeszcze?

Tym razem zamiast podać kartkę Chase'owi, aby ten przekazał ją dalej, celuję prosto w Austina, który obrywa nią w czoło. Aiden marszczy w konsternacji brwi i szepcze coś do brata. Przez sekundę boję się, że Austin przeczyta przy nim liścik, ale on otwiera go dopiero, gdy Aiden się od niego odsuwa.

Tak, jeszcze. Wchodzisz w to czy nie? Taka oferta może się więcej nie powtórzyć. No chyba że Aiden przypadkiem dowie się o twoich uczuciach. Wtedy będzie już pozamiatane.

Czytam te niechlujnie nagryzmolone zdania dokładnie dziesięć razy, zanim mój mózg wróci do swojej standardowej sprawności. Przełykam ciężko ślinę, po czym wciąż delikatnie oszołomiona zezuję na wracającą do ławki Dakotę. Dłonie pocą mi się do tego stopnia, że muszę wytrzeć je o jeansy, a umysł zalewa strach.

Ten gnojek mnie szantażuje.