Rozdział I
Matematyk minister
SELDON, HARI - (...) Chociaż biografia autorstwa Gaala Dornicka to obecnie
najlepsze źródło informacji dotyczących szczegółów życia Seldona, nie
można jej do końca zawierzyć, jeśli chodzi o okres jego dojścia do
władzy. Dornick, jako młody człowiek, poznał wielkiego matematyka
zaledwie dwa lata przed jego śmiercią. Już wtedy krążyło o Seldonie
mnóstwo plotek, a nawet legend. Dotyczyły one zwłaszcza okrytego mgłą
tajemnicy okresu jego działalności na dworze imperatora, gdy Imperium
zaczęło się już chylić ku upadkowi.
To, jak Seldon został jedynym w historii Galaktyki matematykiem, który
sięgnął po jedno z najwyższych stanowisk w Imperium, jest dla badaczy
jego życia najbardziej intrygującą i najtrudniejszą zagadką. Nigdy
bowiem nie przejawiał żadnych ambicji politycznych, a najbardziej
interesowało go stworzenie naukowej teorii historii, i to nie w aspekcie
przeszłości, lecz by na jej podstawie móc przewidywać przyszłość. (Jak
sam zauważył w rozmowie z Dornickiem: "To raczej pragnienie zapobieżenia
rozwojowi pewnych rodzajów przyszłości").
Jest oczywiste, że tajemnicze i dość nieoczekiwane zniknięcie Eto
Demerzela, wszechwładnego Pierwszego Ministra, było preludium do gry
obliczonej na szeroką skalę. Nie ulega również wątpliwości, że skoro
Cleon I natychmiast zwrócił się do Seldona, Demerzel musiał wyznaczyć
swojego następcę. Ale dlaczego właśnie Seldon? Historycy nie są zgodni
co do motywów, którymi kierowali się w tym kluczowym momencie
najważniejsi gracze na politycznej scenie. Imperium weszło właśnie w trudny okres wyzwań i poważnych zakłóceń, który Seldon nazwał "światami
chaosu". To, jak Hari Seldon zręcznie manewrował pośród wielu knowań
swych potężnych przeciwników, nie mając przy tym politycznego
doświadczenia, o którym byłoby wiadomo ze źródeł, stanowi intrygujące i drażliwe pole do badań i dociekań (...).
Encyklopedia Galaktyczna1
1
Mam już z pewnością tylu wrogów, by zdobyć przezwisko, pomyślał Hari
Seldon, ale zbyt mało przyjaciół, by się dowiedzieć, jak ono brzmi.
Wiedział, że tak jest, poznawał to po rosnącym napięciu tłumu. Szedł do
swojego biura, przemierzając niespokojnie szerokie place Uniwersytetu
Streelinga.
- Nie lubią mnie - powiedział.
Dors Venabili szła obok niego spokojnym krokiem, patrząc uważnie w napotkane twarze.
- Nie wyczuwam żadnego niebezpieczeństwa.
- Nie zaprzątaj sobie tej ślicznej główki prawdopodobieństwem dokonania
zamachu na mnie. Przynajmniej nie w tej chwili i nie tutaj.
- Widzę, że jesteś dziś w dobrym nastroju.
- Nie cierpię tych ekranów bezpieczeństwa. Zresztą kto by je lubił.
Imperialne siły specjalne roztoczyły nad Harim i Dors parasol ochronny,
nazywany przez kapitana tych sił "sprzężonym systemem zabezpieczeń".
Niektórzy funkcjonariusze wyposażeni byli w osobiste ekrany ochronne,
zdolne zatrzymać pocisk każdej broni ręcznej. Inni zaś wyglądali
wystarczająco groźnie nawet nieuzbrojeni. Ich szkarłatno-niebieskie
mundury wyraźnie zaznaczały linię bezpieczeństwa oddzielającą
napierający tłum od Hariego, który szedł przez główny plac miasteczka
uniwersyteckiego. W miejscu, gdzie tłum był gęstszy, owa
szkarłatno-niebieska linia rozdzielała go, torując drogę. Ów spektakl
bardzo męczył Seldona. Siły specjalne nie słynęły bynajmniej z łagodności, a cały ten teren to przecież spokojne miasteczko
uniwersyteckie, miejsce poświęcone nauce. Albo przynajmniej kiedyś nim
było.
Dors złożyła dłonie i spojrzała na Hariego.
- Pierwszy Minister nie może tak po prostu chodzić sobie bez...
- Nie jestem Pierwszym Ministrem!
- Imperator desygnował cię na to stanowisko, a to wystarczy tłumowi.
- Ale Rada Najwyższa jeszcze tego nie zatwierdziła. Dopóki tego nie
zrobią...
- Twoi przyjaciele spodziewają się najlepszego. Nie może być inaczej -
powiedziała łagodnie Dors.
- To są niby moi przyjaciele? - odparł Hari, spoglądając nieufnie na
otaczający ich tłum.
- Uśmiechają się do ciebie.
I rzeczywiście, twarze rozjaśniały uśmiechy. Ktoś z tłumu krzyknął:
"Cześć profesorowi ministrowi!", i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Czy tak teraz brzmi moje przezwisko?
- No cóż, mogłoby być gorzej.
- Dlaczego jest tu ich aż tylu? Tak się pchają...
- Ludziom zawsze imponowała władza.
- Jestem tylko profesorem!
By rozładować napięcie malujące się na jego twarzy, Dors zachichotała
beztrosko, po czym powiedziała:
- Jest takie stare przysłowie: "Jak się pojawisz na patelni, to cię
usmażą".
- We wszystko potrafisz wpleść historyczną mądrość.
- To są uboczne korzyści bycia historykiem.
Ktoś krzyknął:
- Hej, matministrze!
- I to też ma mi się podobać? - skrzywił się Hari.
- Przyzwyczaisz się. Prawdopodobnie będzie jeszcze gorzej.
Minęli właśnie ogromną fontannę; kaskady wody biły w niebo, a potem
spadały wielkim łukiem. Ściana wody oddzieliła ich od tłumu i przez tę
jedną chwilę Hari poczuł się, jakby znów był wolny, wiódł beztroskie i spokojne życie. Wtedy zajmowała go tylko praca nad psychohistorią i wewnętrzne sprawy Uniwersytetu Streelinga. Ale z chwilą gdy imperator
Cleon podjął decyzję i mianował go jednym z imperialnych urzędników
najwyższego szczebla, ten cichy i przytulny świat odszedł - być może już
na zawsze.
Fontanna była wspaniała, ale nawet to przypominało mu o ogromie i złożoności leżących u podstaw prostoty tego piękna. Na jego oczach
melodyjnie szumiące strumienie zdawały się tryskać wolnością
nieujarzmionej siły, ale to był tylko moment. Wody Trantora, uwięzione w ponurych czarnych rurach, przemierzały głębokie kanały wydrążone jeszcze
przez starożytnych inżynierów. We wnętrzu globu tkwił potężny labirynt
arterii świeżej wody i kanalizacji ściekowej. Te życiodajne płyny
planety przechodziły przez tryliony nerek i gardeł, zmywały grzechy,
towarzyszyły małżeństwom i narodzinom, niosły krew zamordowanych i wymiociny konających. Płynęły zawsze w mrokach nocy, nie znając radości
parowania, tworzenia chmur, szaleństwa nieposkromionej pogody i błękitu
nieba.
Były uwięzione w pułapce, tak jak i Hari.
Doszli w końcu do budynku Wydziału Matematyki. Dors weszła za Harim, a podmuch powietrza rozwiał jej włosy. Gwar tłumu ucichł, funkcjonariusze
sił specjalnych zajęli pozycje na zewnątrz.
Hari po raz kolejny w tym tygodniu próbował coś wskórać u kapitana
swojej gwardii przybocznej.
- Proszę posłuchać. Naprawdę nie musi pan tu trzymać tuzina swoich
ludzi...
- Z całym szacunkiem - przerwał mu oficer - ale o tym ja decyduję, jeśli
pan pozwoli.
Hari westchnął z rezygnacją, sfrustrowany brakiem rezultatów. Zauważył
też, że jeden z członków ochrony z zainteresowaniem przygląda się Dors,
której strój podkreślał jej zgrabne kształty.
- Więc przynajmniej proszę dopilnować, by pańscy ludzie obserwowali to,
co mają obserwować!
Kapitan był zaskoczony. Rozejrzał się bystro, spostrzegł namiętnego
obserwatora i udzielił mu ostrej reprymendy. Hari odczuł coś w rodzaju
satysfakcji. Gdy wchodzili do gmachu, Dors powiedziała:
- Postaram się ubierać bardziej oficjalnie.
- Nie, nie. To było głupie. Nie powinienem zwracać uwagi na takie
błahostki.
Dors uśmiechnęła się wesoło, z figlarnym błyskiem w oku.
- Właściwie całkiem mi się to podobało.
- Naprawdę? Moja głupota?
- Twoja troskliwość.
Wiele lat temu Eto Demerzel przydzielił Dors do ochrony Hariego. Seldon
przyzwyczaił się już do tego, ale czasami stało to w nieuchwytnej
sprzeczności z jej rolą jako kobiety. Dors ufała sobie, ale były też
pewne okoliczności, które nie ułatwiały jej zadania. Na przykład to, że
była jego żoną.
- Będę musiał to robić znacznie częściej - powiedział Hari swobodnym
tonem.
Miał jednak wyrzuty sumienia wobec członków ochrony. Z pewnością byli tu
wbrew własnej woli. Tak rozkazał imperator Cleon. Seldon był przekonany,
że żołnierze woleliby stacjonować zupełnie gdzie indziej, niosąc na
orężu chwałę swego Imperium.
Pokonali przestronny, zwieńczony wysokimi, ostrymi łukami przedsionek
Wydziału Matematyki, a Hari kłaniał się po drodze pracownikom katedry.
Dors poszła do swojego biura, a on z ogromną ulgą pospieszył do swojego.
Tylko tam mógł się czuć bezpiecznie, jak ptak powracający do gniazda.
Opadł na fotel, ignorując pilną wiadomość holograficzną, która świeciła
metr od jego twarzy.
Obraz zniknął, gdy pojawił się Yugo Amaryl. Matematyk przeszedł przez
portal elektrostatyczny - kolejny element systemu zabezpieczeń
zainstalowany na rozkaz Cleona. Wszędzie były też neutralizujące ekrany
ochronne, które założyły siły specjalne. Ekrany wytwarzały specyficzną,
dość nieprzyjemną woń ozonu. Jeszcze jeden intruz rzeczywistości pod
maską polityki.
- Mam nowe wyniki - odezwał się Yugo z grymasem na szerokiej twarzy.
- To balsam dla moich uszu - uśmiechnął się Hari. - Daj mi coś, zrób na
mnie wrażenie.
Yugo przysiadł na skraju biurka i zaczął machać nogą.
- Dobra matematyka jest zawsze prawdziwa i piękna.
- Na pewno - powiedział Seldon. - Ale nie musi być prawdziwa w tym
sensie, w jakim odbiera ją większość ludzi. Im matematyka nie mówi nic o świecie.
- Takim gadaniem sprawiasz, że czuję się jak jakiś palacz.
- Byłeś nim kiedyś, pamiętasz? - zaśmiał się Hari.
- A nie?!
- A może nadal wolałbyś się pocić jako pracownik ciepłowni?
Osiem lat wcześniej przypadek sprawił, że Hari spotkał Yugo w dahlijskiej ciepłowni. Zdarzyło się to krótko po tym, jak przybył na
Trantor i wraz z Dors uciekali przed imperialnymi agentami. Wtedy
Hariemu wystarczyła godzina rozmowy, by zorientować się, że Yugo jest
utalentowanym samoukiem, geniuszem transreprezentatywnej analizy. Yugo
miał prawdziwy dar i łatwo było z nim nawiązać kontakt. Od tamtej pory
już zawsze pracowali razem. Hari przyznawał, że to on nauczył się więcej
od Yugo niż ten od niego.
- Ha! - Amaryl klasnął głośno trzy razy, jak to robią Dahlijczycy, by
zażegnać spór. - Możesz sobie psioczyć na brudną robotę, którą odwalamy
dla tego świata, ale póki mogę to robić w wygodnym biurze, czuję się jak
w raju.
- Obawiam się, że większość tej roboty będę musiał zrzucić na ciebie -
powiedział Hari, kładąc nogi na stół tak, aby wyglądało to na naturalny
odruch. Zazdrościł przyjacielowi jego swobody i komfortu psychicznego.
- Chodzi o te wszystkie rzeczy związane z nowym urzędem?
- Gorzej. Znowu muszę się zobaczyć z imperatorem.
- Ten człowiek cię potrzebuje. Pewnie chodzi o twój srogi i nieprzystępny wygląd.
- Dors też tak sądzi. Mnie się wydaje, że potrzebuje mojego
rozbrajającego uśmiechu. Tak czy owak, nie może mnie dostać.
- Ale dostanie.
- Jeśli się uprze i obarczy mnie tą funkcją, nie będzie zachwycony moją
robotą. Nie znam się na tym i nie interesuje mnie to. Cleon w końcu sam
to zrozumie i wyleje mnie.
Yugo pokręcił głową.
- To niezbyt rozsądne. Ministrów, którzy zawiodą, zwykle sądzi się, a potem traci.
Hari spojrzał uważnie na przyjaciela.
- Znowu rozmawiałeś z Dors.
- Ona jest historykiem.
- Tak, a my jesteśmy psychohistorykami. Szukamy sposobu przepowiadania
przyszłości. - Rozłożył ręce w geście rozdrażnienia. - Czy to się w ogóle nie liczy?
- Pewnie nie, bo jeszcze nikt z góry nie widział, jak to działa.
- I nie zobaczy. Jeśli ludzie pomyślą, że potrafimy przewidywać
przyszłość, to nigdy nie uwolnimy się od polityki.
- Teraz też nie jesteś od niej wolny - zauważył Yugo.
- Ach, przyjacielu... Zawsze musisz mi to mówić takim miłym głosem? Nie
cierpię tego.
- Tak, bo wtedy nie muszę ci tego wbijać do głowy. Trwałoby to znacznie
dłużej.
Seldon westchnął.
- Gdyby mięśnie pomagały w matematyce... Wtedy byłbyś jeszcze lepszy.
Amaryl machnął ręką.
- To ty jesteś kluczem. Ty jesteś pomysłodawcą.
- Takie źródło pomysłów nie zaprowadzi mnie dalej.
- Pomysły przyjdą same.
- Już nigdy nie będę mógł pracować nad psychohistorią!
- Ale jako Pierwszy Minister...
- To jeszcze gorzej. Psychohistoria sama podąży...
- Bez ciebie donikąd.
- Może jednak nie, Yugo. Będą jakieś postępy. Nie jestem tak próżny, by
twierdzić, że wszystko zależy ode mnie.
- Ależ wszystko zależy od ciebie - odparł Yugo.
- Nonsens! Przecież jesteś ty, są chłopcy z Imperium i cały zespół.
- Potrzebujemy przywódcy, Hari. I to myślącego.
- No cóż, mogę spróbować. Będę musiał to pogodzić, dzieląc czas między...
Hari zamilkł i rozejrzał się po przestronnym biurze, w którym spędzał
tyle czasu, otoczony swymi narzędziami, niezliczonymi książkami i przyjaciółmi. I cóż z tego, że jako Pierwszy Minister będzie mieszkał i urzędował w pałacu? Wydało mu się, że to pozbawiona znaczenia,
niepotrzebna ekstrawagancja.
Yugo spojrzał na niego, mrużąc lekko oczy.
- Pierwszy Minister nie pracuje na pół etatu, Hari. Powiadają, że to
czasochłonne zajęcie.
- Tak, wiem - westchnął Seldon. - Ale może jest jakiś sposób...
Tuż przed nim błysnął sygnał holografu. Ten kod był zarezerwowany tylko
dla najpilniejszych spraw. Gdy Hari nacisnął włącznik przy biurku,
pojawiło się czerwone obramowanie - sygnał, że włączony jest jego
filtrator, urządzenie kontrolujące obraz hologramu.
- Tak?
Pojawiła się postać osobistego adiutanta imperatora Cleona, kobiety
ubranej w czerwoną tunikę ostro odznaczającą się na błękitnym tle.
- Imperator wzywa - zabrzmiała lakoniczna wiadomość.
- Och, jestem zaszczycony. Kiedy?
Kobieta przekazała szczegóły i matematyk natychmiast podziękował losowi,
że wcześniej włączył filtrator. Adiutantka imperatora wyglądała
imponująco, a Hari nie chciał, by widziała w nim tylko roztargnionego
profesora, którym w istocie był. Jego filtrator miał pełne menu form
etykiety. Seldon odruchowo dobrał odpowiednią wersję, zwyczajowe przy
tego typu rozmowie formy gestów, mimiki i tonu głosu, znakomicie
maskujące prawdziwe uczucia.
- Doskonale, będę za dwie godziny - zakończył z nieznacznym ukłonem.
Filtrator działał rewelacyjnie, dostosowując się do dworskiej etykiety.
- A bodajby to! - Hari uderzył w przycisk i hologram zniknął. - Cały
dzień szlag trafił!
- I co o tym sądzisz?
- Kłopoty. Za każdym razem, gdy spotykam się z Cleonem, oznacza to
jakieś kłopoty.
- No nie wiem, ale to może być szansa, by załagodzić...
- Po prostu - Hari mówił coraz głośniej - chciałbym, żeby mnie zostawili
w spokoju!
- Ale Pierwszy Minister...
- Wiesz co, Yugo, ty bądź Pierwszym Ministrem! Ja zatrudnię się jako
specjalista od komputerów, zmienię nazwisko... - Hari urwał nagle, a po
chwili zaśmiał się gorzko. - Ale to też by mi się nie udało.
- Posłuchaj, po pierwsze, musisz zmienić nastawienie. Nie dasz sobie
rady z imperatorem, jeśli będziesz ciągle narzekał.
- Pewnie tak. No dobrze, pociesz mnie. Mówiłeś, zdaje się, że masz jakąś
dobrą wiadomość.
- Udało mi się natrafić na pewne zbiory starożytnych postaci.
- Naprawdę? Myślałem, że to jest nielegalne.
- Bo jest. - Yugo uśmiechnął się szelmowsko. - Ale prawo nie zawsze
działa perfekcyjnie.
- I naprawdę są starożytne? Potrzebne mi były do oznaczenia
wartościowości psychohistorycznych. Muszą więc pochodzić z wczesnego
Imperium.
Amaryl uśmiechnął się promiennie.
- Są z okresu przedimperialnego!
- Przed... niemożliwe!
- Ale ja je mam! I to nietknięte!
- Kim oni są?
- To jacyś sławni goście. Nie wiem, czego takiego dokonali.
- Można stwierdzić, jaką mieli pozycję?
Yugo wzruszył ramionami.
- Nie ma żadnych współczesnych im zapisków.
- Czy te zapisy postaci są autentyczne?
- Mogą być. Zapisano je w jakimś starym języku komputerowym. To musiał
być naprawdę prymitywny sprzęt. Trudno powiedzieć.
- A więc... mogą to być symy.
- Mogą. Możliwe też, że zostały zapisane na jakiejś bazie podstawowej, a potem dodano inne elementy...
- Zdołasz jakoś doprowadzić je do poziomu wrażliwości na bodźce
zmysłowe?
- Jeśli trochę nad tym popracuję, to czemu nie. Trzeba pogrzebać w pewnych danych, a to jest, no wiesz...
- Nielegalne. - Hari zamyślił się. - To pogwałcenie Zasad Zmysłowości.
- Właśnie. Faceci, od których to mam, są z Sarka, z tego świata Nowego
Odrodzenia. Powiadają, że nikt już nie przestrzega tych dawnych zasad.
- No dobrze, czas już chyba, żebyśmy dali sobie spokój z tymi
starożytnymi przeszkodami.
- Jasne, szefie. - Yugo uśmiechnął się. - Te zbiory są starsze od
wszystkich, jakie kiedykolwiek znaleziono.
- A ty jak je znalazłeś? - Hari zadał to pytanie wolno, patrząc uważnie
na przyjaciela. Yugo miał mnóstwo tajemniczych powiązań z Dahlijczykami.
- No wiesz, trzeba było posmarować tu i tam.
- Tak myślałem. Lepiej nawet, że nie znam szczegółów.
- Właśnie. Jako Pierwszy Minister musisz mieć czyste ręce.
- Nie nazywaj mnie tak!
- Dobrze już, dobrze. Jesteś tylko profesorem podróżnikiem. I to takim,
który spóźni się na spotkanie z imperatorem, jeśli się nie pospieszy.
2
Idąc przez ogrody imperialne, Hari żałował, że nie towarzyszyła mu Dors.
Przypomniał sobie jej obawy przed kolejnym spotkaniem z Cleonem.
- Często odnoszę wrażenie, że oni nie są przy zdrowych zmysłach -
powiedziała cichym, spokojnym głosem. - To zamknięty światek
ekscentryków, pod których wpływem imperatorzy także stają się dziwakami.
- Chyba trochę przesadzasz - odparł Seldon.
- Dadrian Oszczędny zawsze oddawał mocz w ogrodach imperialnych.
Twierdził, że tym samym oddaje przysługę poddanym i oszczędza wodę.
Hari zdusił uśmiech; służba pałacowa z pewnością obserwowała go
ukradkiem. Przybrał poważny wyraz twarzy i udawał, że przygląda się
strzelistym drzewom, zdobnie przyciętym w stylu imperatora Spindleriana,
który panował trzy tysiące lat wcześniej. Mimo tylu lat spędzonych na
Trantorze wciąż czuł siłę tego naturalnego piękna, które bogactwem
zieleni wznosiło swe ramiona ku życiodajnemu blaskowi słońca. Ogrody
imperialne wraz z kompleksem pałacowym były jedynym otwartym terenem na
całej planecie. Przypominało to Hariemu jego rodzinny Helikon, na którym
wszystko się zaczęło.
Zawsze był marzycielem, któremu przyszło się urodzić w robotniczej
części Helikonu. Praca na farmie lub w fabryce nie była skomplikowana,
więc mógł się oddawać rozmyślaniom i kontemplacji. Zanim jeszcze
egzaminy w administracji państwowej zmieniły jego życie, opracował kilka
prostych twierdzeń z teorii liczb, by potem - ku swemu zdziwieniu -
odkryć, że już dawno zostały opracowane. Nocami, leżąc w łóżku, myślał o płaszczyznach i wektorach, starając się wyobrazić sobie więcej niż trzy
wymiary. Słuchał odległych porykiwań smoków, które schodziły z gór w poszukiwaniu zwierzyny. Stworzone w odległych czasach przez
bioinżynierów, przeznaczone były prawdopodobnie do polowań. Teraz te
dzikie zwierzęta żyły na wolności, otoczone szacunkiem i lękiem. Jakże
dawno nie widział ani jednego z nich...
Helikon, dziki i nieujarzmiony Helikon - za tym właśnie tęsknił. Ale
wszystko wskazywało na to, że jego przeznaczeniem jest przykryte stalą
gigantycznych kopuł wnętrze Trantora.
Hari zerknął do tyłu, a funkcjonariusze sił specjalnych, myśląc, że chce
ich przywołać, przyspieszyli kroku. Seldon wysunął ręce do przodu, jakby
chciał ich od siebie odepchnąć. Ostatnimi czasy wykonywał ten gest
mnóstwo razy.
- Nie!
Nawet tu, w ogrodach imperialnych, jego ochrona zachowywała się tak,
jakby każdy ogrodnik był potencjalnym zamachowcem. Ale Hari wolał iść
właśnie tędy, zamiast skorzystać z windy grawitacyjnej, bo ogrody
uwielbiał ponad wszystko. W oddali wznosiła się ściana strzelistych
drzew wypieszczonych misterną sztuką inżynierii genetycznej. Szeroki pas
drzew ginął za mglistym horyzontem, gdzie zaczynała się stalowa ściana
kopuł Trantora. Na całej planecie tylko tu można było doświadczyć
czegoś, co przypominało przebywanie na otwartej przestrzeni, na
zewnątrz.
Cóż za zuchwały termin, pomyślał Hari. Określić istotę stworzenia jako
coś "na zewnątrz", za "drzwiami" ludzkości.
Jego buty, specjalnie włożone na tę okazję i dostosowane do dworskiej
etykiety, chrzęściły na żwirze ścieżki. Po chwili Hari szedł już aleją
prowadzącą do pałacu. Zza ściany drzew wznosił się słup czarnego dymu.
Seldon zwolnił nieco i ocenił odległość. Musiało się tam wydarzyć coś
poważnego.
Idąc między wielkimi białymi kolumnami, Hari coraz bardziej odczuwał
doniosłość chwili. Kilka osób ze służby pałacowej wyszło mu na
powitanie, a członkowie ochrony skupili się wokół niego. Cała ta
procesja ruszyła długimi korytarzami prowadzącymi do sali audiencyjnej.
Zgromadzono w niej wielkie dzieła sztuki minionych tysiącleci; stały tu,
w niemym oczekiwaniu, by współczesność ponownie je doceniła i tchnęła w nie życie.
Ciężka dłoń Imperium odciskała swe piętno na oficjalnej sztuce. Imperium
postrzegało istotę swego bytu w trwałości i kontynuacji przeszłości. I takie właśnie cechy tworzyły kanon piękna: atmosfera solidności i przeszłości, wielkości i powagi. Imperatorzy lubowali się w prostych,
wznoszących się liniach brył, w jasności i czystości kształtów, w krystalicznych i purpurowych łukach fontann, w klasycznych kolumnach i łukowatych przyporach. Kwitła rzeźba heroiczna - szlachetne rysy postaci
wpatrzonych w nieskończoną dal, wielkie bitwy w najgorętszych momentach,
zastygłe w polerowanym kamieniu i krysztale. Wszystko było poprawne,
pozbawione niepokojącego wyzwania. Nic nie zakłócało nostalgii; nic, co
zatrważałoby ludzi, nie stało w miejscach, które mógł odwiedzić
imperator. Wszystko, co wiązało się z prozą i zapachem życia, odsyłane
było na krańce Imperium, które tu, w centrum, tworzyło wrażenie stanu
spokojnej doskonałości.
Hari nie był miłośnikiem takiej atmosfery w sztuce, ale wiedział, że
może być jeszcze gorzej. Miał świadomość, że pod powierzchnią pozornego
spokoju, integracji i doniosłości oficjalnej sztuki imperialnej kipi
żywioł dwudziestu pięciu milionów zamieszkanych światów. Tam w sztuce
obowiązywały zupełnie inne zasady.
Szczególnie na tych planetach, które Hari określał mianem "światów
chaosu", zadowolona z siebie awangarda podążała ku doskonałości,
zastępując utarte kanony piękna umiłowaniem terroru, szoku i przyprawiającej o mdłości groteski. Używano tam nieprawdopodobnej skali,
rażących dysproporcji, odwołań skatologicznych i dysonansu kształtów.
Oba te podejścia zdawały się Hariemu nudne i w każdym z nich na próżno
starał się odnaleźć elementy czystej, prostej radości.
Ściana przed nimi rozpłynęła się z cichym trzaskiem, ukazując wnętrze
sali audiencyjnej. Służba pałacowa wraz z członkami ochrony pozostała na
zewnątrz. Nagle Hari został sam. Przeszedł kilka kroków po miękkiej,
sprężystej podłodze i rozejrzał się. Wokół panował barokowy przepych
widoczny w każdym gzymsie, ornamencie, w przebogatych boazeriach.
Cisza. Imperator Cleon nigdy na nikogo nie czekał. W wielkiej, dość
ponurej mimo przepychu sali nie było nawet echa, jak gdyby ściany
pochłaniały każdy dźwięk.
I prawdopodobnie tak właśnie było. Bez wątpienia każda rozmowa
imperialnych urzędników wychwytywana była przez wiele uszu. Jak
Galaktyka długa i szeroka, przed podsłuchiwaczami zabezpieczano się
wszędzie.
Nagle zabłysło światło, coś się poruszyło. W kolumnie światła windy
grawitacyjnej zjechał imperator Cleon.
- Hari! Cieszę się, że przyszedłeś.
Seldon z trudem powstrzymał kwaśny uśmiech. Wiadomo było, że odrzucenie
wezwania na audiencję mogło zakończyć się śmiercią.
- Do usług Waszej Wysokości.
- Siadaj, proszę.
Cleon też usiadł, gdyż poruszanie się sprawiało mu coraz więcej
kłopotów. Plotki mówiły, że jego legendarny apetyt przekraczał już
możliwości imperatorskich kucharzy i medyków.
- Mamy wiele do omówienia.
Delikatny blask spowijający imperatora miał podkreślać jego nimb i kontrast z ponurym otoczeniem. Pomieszczenie wypełniały inteligentne
urządzenia elektroniczne, które śledziły wzrok Cleona. Tam gdzie
spoglądał, kładła się dodatkowa plama światła, bardzo delikatna, ledwo
zauważana przez gości, którzy dostąpili zaszczytu audiencji. Sztuczka ze
światłem działała na podświadomość, wzmagając szacunek. Dzięki niej
Cleon wciąż wyglądał władczo, dostojnie.
- Obawiam się, że mamy problem.
- Jestem pewien, że znakomicie sobie z tym poradzisz, panie.
Cleon energicznie pokręcił głową.
- Wszyscy mi mówią, jakie to cuda mogę. Nie przeceniaj i ty moich
możliwości. - Cleon zamilkł na moment, a potem ciągnął z wyraźną
niechęcią: - Są pewne osoby i sprawy... dlatego cię wezwałem.
- Rozumiem, Wasza Wysokość. - Seldon przybrał kamienny wyraz twarzy,
lecz jego serce zabiło szybciej.
- Nie bądź taki ponury, Hari. Ja naprawdę chcę, żebyś był moim Pierwszym
Ministrem.
- Tak, panie.
- Ale, wbrew powszechnej opinii, nie mogę działać z całkowitą swobodą.
- Zdaję sobie sprawę, panie, że są osoby znacznie bardziej kompetentne...
- W ich mniemaniu, owszem.
- ...i znacznie bardziej doświadczone, i...
- I które nic nie wiedzą o psychohistorii.
- Jestem przekonany, panie, że Demerzel znacznie przecenił użyteczność
psychohistorii.
- Nonsens. To on podsunął mi twoją kandydaturę.
- Panie, wiesz przecież równie dobrze jak ja, że Demerzel nie był już w najlepszej formie, że był przemęczony...
- Przez dziesięciolecia jego opinie i sądy były bez zarzutu. - Cleon
bacznie przyglądał się Hariemu. - Można odnieść wrażenie, że chcesz
uniknąć tej nominacji.
- Nie, panie, ale...
- Wierz mi, że mężczyźni i kobiety, jeśli już o to chodzi, zabijali w walce o znacznie mniejszą stawkę.
- I zabijano ich, kiedy już osiągnęli to, za co sami mordowali.
Cleon zachichotał.
- To prawda. Byli też Pierwsi Ministrowie, którzy knuli za plecami swych
imperatorów... ale nie rozmawiajmy teraz o tych ciemnych stronach naszego
systemu.
Hari przypomniał sobie, jak Demerzel powiedział: "Byłem tu za długo, a następstwa kryzysu osiągnęły taki stopień, że uwzględnienie Trzech Praw
paraliżowało mnie". Demerzel nie potrafił już podejmować stosownych
decyzji, bo sytuacja zapędziła go w ślepą uliczkę. Żaden wybór nie był
dobry. Każde posunięcie komuś szkodziło. Tak więc Demerzel, najwyższa
forma sztucznej inteligencji, humanoidalny robot skryty pod ludzką
postacią wysokiego urzędnika Imperium, nagle opuścił scenę. A jakie
szanse miał Hari?
- Przyjmę oczywiście na siebie ten zaszczytny obowiązek, panie. Jeśli to
konieczne.
- Tak, to konieczne. Ale sądzę, że chciałeś powiedzieć: Jeśli to
możliwe. Niektóre frakcje w Radzie Najwyższej są przeciwne twojej
nominacji. Domagają się otwartej debaty na ten temat.
Hari zamrugał, zaniepokojony.
- Czy będę musiał podjąć polemikę...?
- A potem chcą głosować.
- Nie miałem pojęcia, że rada może podejmować takie kroki.
- Poczytaj sobie Kodeks. Tak, mają takie prawo. Rzadko z niego
korzystają, zdając się na mądrość imperatora. - Cleon zaśmiał się
ironicznie. - Ale nie tym razem.
- Jeśli miałoby to ci w czymś pomóc, panie, to nie będę się pojawiał w pałacu, zanim debata...
- O nie. To byłby błąd. Mam zamiar posłużyć się tobą, by pokrzyżować im
plany.
- Ale nie przychodzi mi do głowy, jak...
- Będę wiedział, o co chodzi. Ty poradzisz mi, jak mam postępować.
Podział pracy, po prostu.
Hari myślał intensywnie. Demerzel powiedział mu kiedyś w zaufaniu:
"Skoro on wierzy, że znalazłeś psychohistoryczną odpowiedź, chętnie
będzie słuchał twoich rad, a to wystarczy, byś był dobrym Pierwszym
Ministrem". Ale teraz, pomyślał Hari, spoglądając na imperatora, wydaje
się to niemożliwe.
- Będziemy musieli jakoś zneutralizować twych oponentów, nastawić ich
przeciw sobie.
- Zupełnie nie wiem, jak to zrobić, panie.
- Oczywiście, że nie wiesz. Ale ja wiem! Ty jednak potrafisz patrzeć na
to z szerszej perspektywy. Dla ciebie historia Imperium to krzywa
zależności i zdarzeń. Ty masz teorię.
Cleon lubował się w zawiłościach gry politycznej i rządzenie miał we
krwi. Hari czuł, że jest mu to obce tak dalece, jak bliskie było
Cleonowi. Jako Pierwszy Minister jednym słowem mógł określić losy
milionów ludzi. Pod tym ugiął się nawet Demerzel.
Gdy widzieli się ostatni raz, Demerzel powiedział: "Jest jeszcze Prawo
Zerowe".
Prawo Zerowe przedkładało dobro całej ludzkości nad dobro jednostki.
Dlatego też, analogicznie, Pierwsze Prawo brzmiało: "Robot nie może
wyrządzić krzywdy człowiekowi lub przez zaniechanie dopuścić, by
człowiekowi stała się krzywda, z wyjątkiem sytuacji, kiedy byłoby to
sprzeczne z Prawem Zerowym".
Wszystko bardzo logiczne, pomyślał Hari, ale jak sobie poradzę z czymś,
czego nie potrafił dokonać nawet Demerzel?
Seldon zdał sobie sprawę, że milczy już zbyt długo, a Cleon czeka. Co
mógł powiedzieć?
- A kto, panie, występuje przeciw mnie?
- Kilka frakcji skupionych wokół Betana Lamurka.
- Jakie są jego argumenty?
Hari był zaskoczony, gdy Cleon wybuchnął głośnym śmiechem.
- Że nie jesteś Betanem Lamurkiem.
- Panie, czy nie możesz po prostu...?
- Odrzucić sprzeciwu rady? Pójść z Lamurkiem na ugodę? Przekupić go?
- Nie chodziło mi o to, byś miał się uginać...
- Oczywiście, że ugiąłbym się przed nim, jak to ująłeś. Problemem jest
tu jednak sam Lamurk. Żąda zbyt wiele za swą zgodę, byś został Pierwszym
Ministrem. Stanowczo zbyt wiele.
- Chodzi o stanowisko?
- O to i o posiadłości. Prawdopodobnie całą strefę.
Hari nie spodziewał się tak wygórowanych żądań. Władza w całej strefie
galaktycznej skupiona w rękach jednego człowieka.
- Żąda bardzo wiele - powiedział po chwili.
Cleon westchnął.
- W dzisiejszych czasach nie stać nas na taką hojność. Za panowania
Fletcha Gniewnego stosowano wręcz handel wymienny: strefa za fotel w radzie.
- A twoi zwolennicy, panie? Czy rojaliści nie mogą zneutralizować
Lamurka?
- Ach, Seldon... Rzeczywiście musisz poznać niuanse współczesnej sceny
politycznej. Choć, jak przypuszczam, dla kogoś takiego jak ty, żyjącego
historią i patrzącego na wszystko przez jej pryzmat, te polityczne gry
muszą się wydawać nieco banalne.
Jeśli o to chodzi, pomyślał Hari, to żyję raczej matematyką. To Dors
albo czasami Yugo dostarczali mu tyle historii, ile potrzebował.
- Tak, panie. Zajmę się tym. A jeśli chodzi o rojalistów...
- Stracili Dahlijczyków, więc koalicja większościowa nie wchodzi w grę.
- To Dahlijczycy są tak potężni?
- Ich argumenty znajdują poklask mas, a poza tym jest ich wielu.
- Nie wiedziałem, że są tak silni. Mój bliski współpracownik, Yugo...
- Wiem. To Dahlijczyk. Uważaj na niego.
Hari drgnął i zamrugał.
- To prawda, panie, że Yugo jest Dahlijczykiem z krwi i kości, ale to
lojalny, oddany mi, wspaniały matematyk. Skąd, panie...
- To rutynowe działania, Hari. - Imperator machnął ręką. - Trzeba chyba
wiedzieć co nieco o swoim Pierwszym Ministrze, prawda?
Hariemu nie podobało się to, że był pod imperialnym mikroskopem, ale nie
dał nic po sobie poznać.
- Yugo jest wobec mnie lojalny, panie.
- Znam tę historię, Seldon. Wiem, że dzięki tobie nie będzie do końca
życia pracował w ciepłowni, że wziąłeś go ze sobą. Wiem też, że
pominąłeś wszystkie szczeble weryfikacyjne w administracji państwowej.
To bardzo szlachetne z twojej strony. Ale nie mogę zapominać, że gorąca
krew i ostre słowa Dahlijczyków zawsze znajdują posłuch. Mają wielkie
wpływy w Radzie Najwyższej, również w Izbie Niższej, i mogą tam mocno
narozrabiać. - Cleon wymierzył w Hariego palec wskazujący i powiedział
stanowczo: - Uważaj na niego, Seldon.
- Tak, panie.
Hari wiedział, że jeśli chodzi o Yugo, obawy Cleona były bezzasadne, ale
nie zamierzał się z nim o to spierać.
- Musisz być tak roztropny i przezorny jak żona imperatora. Zwłaszcza
teraz, podczas tego, no, okresu przejściowego.
Helikończyk znał to starożytne określenie mówiące, że żona imperatora
(albo żony - w zależności od epoki) zawsze musi mieć czyste szaty,
choćby przeszła przez najgorsze błoto. Analogii tej używano zawsze,
nawet gdy imperator był homoseksualistą lub gdy na imperialnym tronie
zasiadała kobieta.
- Oczywiście, panie - przytaknął Hari. - Przepraszam... podczas okresu
przejściowego...?
Seldon ze zdumieniem dostrzegł zakłopotanie w oczach Cleona, gdy ten
patrzył na otaczające ich, stojące w półmroku dzieła sztuki. Zdał sobie
sprawę, że właśnie teraz Cleon zamierza przejść do sedna.
- Trochę potrwa, zanim zostaniesz oficjalnie mianowany na swe
stanowisko... zanim Rada Najwyższa nieco ochłonie. A w tym czasie możesz
mi doradzać...
- Bez przyznania mi władzy...?
- Cóż, tak.
Hari nie czuł się zawiedziony.
- A więc mogę nadal pracować w swoim biurze na Uniwersytecie Streelinga?
- Odnoszę wrażenie, że na to właśnie liczyłeś.
- A jeśli chodzi o moją ochronę...
- Oni muszą pozostać z tobą. Trantor jest daleko bardziej niebezpieczny,
niż się to wydaje uniwersyteckim profesorom.
Seldon westchnął.
- Tak, panie.
Cleon oparł się wygodnie, a powietrzny fotel natychmiast dostosował się
do jego ciała.
- A teraz chciałbym, żebyś doradził mi coś na temat ruchu Renegatum.
- Renegatum?
Po raz pierwszy Hari zauważył, że Cleon jest szczerze zdziwiony.
- Nie śledziłeś tej sprawy? Rozejrzyj się, wszędzie to widać, wszędzie o tym słychać.
- Przyznaję, panie, że obecnie jestem jakby... poza głównym nurtem.
- Renegatum. Związek Renegatów. Zabijają i niszczą.
- Dlaczego?
- Dla przyjemności zabijania i niszczenia! - Cleon uderzył gniewnie w poręcz fotela, a oparcie natychmiast zaczęło masować mu plecy. Widocznie
była to standardowa odpowiedź urządzenia. - Ostatnio pojawiła się wśród
nich pewna kobieta zwana Kutonin - kontynuował po chwili Cleon. - By
zademonstrować swą pogardę dla społeczeństwa, wtargnęła do Galerii
Imperialnej, zniszczyła dzieła sztuki mające po kilka tysiącleci i zabiła dwóch strażników. A potem bez walki oddała się w ręce przybyłej
na miejsce Gwardii Imperialnej.
- Nakażesz ją stracić, panie?
- Oczywiście. Sąd uznał, że jest winna. Nie trwało to długo, sama się
przyznała.
- Bez oporów?
- Tak, natychmiast.
Seldon wiedział, że po przesłuchaniach służb imperialnych każdy szybko
się przyznaje. Nie chodziło tu o tortury fizyczne. Oficerowie tych służb
łamali psychikę podejrzanego.
- Czyli wyrok brzmi: zbrodnia przeciw Imperium - powiedział Hari.
- Tak, to stare prawo. Wandalizm i zbrodnia przeciw Imperium.
- Podlega to karze śmierci i wyszukanym mękom fizycznym.
- Owszem, ale śmierć tu nie wystarczy! Nie, jeśli chodzi o renegatów. I dlatego zwracam się do swojego psychohistoryka.
- Czy oczekujesz, panie...?
- Podsuń mi jakiś pomysł. Ci ludzie opowiadają, że robią to, by
zniszczyć ustalony porządek. Zależy im na tym, żeby w każdym zakątku
planety było o nich głośno, żeby wszyscy znali ich jako niszczycieli
uświęconej tradycją sztuki. Giną, ale stają się sławni. Wszyscy moi
psychologowie twierdzą, że to ich jedyny motyw. Mogę ich zabić, ale jak
dotąd wcale się tym nie przejmują.
Hari westchnął ciężko. Nigdy nie mógł zrozumieć takich ludzi.
- Podsuń mi więc jakiś pomysł. Może psychohistoria coś podpowiada.
Helikończyk był zaintrygowany tą sprawą, ale nic nie przychodziło mu
akurat do głowy. Dawno jednak nauczył się, że nie należy się cały czas
koncentrować na jakimś problemie, lecz dać czas podświadomości, a w pewnej chwili rozwiązanie przyjdzie samo. Zadał więc pytanie, by zyskać
nieco czasu.
- Panie, czy widziałeś ten dym unoszący się za ogrodami?
- Umm? Nie.
Cleon dał znak ręką niewidocznym obserwatorom i jedna ze ścian
natychmiast zapłonęła blaskiem. Sekundę później pojawił się na niej
holograficzny obraz ogrodów imperialnych. Tłusty czarny dym wciąż bił w szare niebo, wijąc się jak gruby wąż.
Rozległ się bezosobowy, ale ciepły głos: "Zakłócenia porządku
wewnętrznego spowodowane awarią maszyn przy jednoczesnej insurekcji
urządzeń mechanicznych".
- Bunt tiktoków? - Hari słyszał już kiedyś o tym.
Cleon wstał i podszedł do hologramu.
- Tak, to kolejna, niełatwa do rozwiązania sprawa. Z jakiegoś powodu
tego typu urządzenia buntują się. Spójrz na to! Ile poziomów jest w ogniu?
- Dwanaście poziomów w płomieniach - odpowiedział głos. - Wstępna
analiza podaje czterysta trzydzieści siedem ofiar śmiertelnych, z błędem
w granicach osiemdziesięciu siedmiu.
- Straty imperialne? - Cleon zażądał informacji.
- Niewielkie. Kilku członków Gwardii Imperialnej odniosło rany, gdy
starali się opanować sytuację.
- Ach, więc to nie takie groźne. - Imperator patrzył na hologram
ukazujący w zbliżeniu sceny pożaru. Widać było płonące i sypiące
tysiącami iskier przewody, kłęby dymu i płomienie. Poszczególne piętra
tworzyły teraz jedną stopioną żarem masę, niczym warstwy tortu
urodzinowego. Urządzenia gaśnicze pracowały pełną parą, ale bez efektu.
Po chwili obraz oddalił się, ukazując pogorzelisko z orbity. Cleon,
zwany przez niektórych Spokojnym, obserwował ten straszny spektakl z niewzruszoną miną, jakby był wręcz znudzony. A przed nim roztaczał się
obraz, który poruszyłby niejednego człowieka.
Z przestrzeni kosmicznej widać było tereny pałacowe, jedyną na planecie
zieloną plamę pośród szarości i brązu kopuł. Wszędzie dalej widać już
było tylko wielkie kopuły i czarne pola baterii słonecznych. Lodowych
czap polarnych od dawna nie było, a oceany ujarzmiono, zamykając je w wielkich podziemnych zbiornikach.
Trantor był jednym wielkim miastem, które żywiło czterdzieści miliardów
ludzi. Rzadko kiedy ten podziemny moloch zagłębiał się mniej niż pół
kilometra w planetę. Miliardy ludzi przyzwyczaiły się do uzdatnianego
wciąż na nowo powietrza i ograniczonej perspektywy i bały się otwartych
przestrzeni, ku którym prowadziły nieliczne windy.
Po chwili znów pojawiło się zbliżenie terenów pokrytych czarnym dymem.
Seldon widział małe figurki uciekające z morza ognia. Poczuł skurcz
żołądka, gdy przypomniał sobie słowa wypowiadane przez beznamiętny głos
w sali - "setki zabitych". W tak stłoczonych społeczeństwach wszelkie
tego typu awarie zbierały krwawe żniwo.
Jednak, kalkulował Hari, na kilometrze kwadratowym żyło około stu osób.
Ludzie gnieździli się w popularnych sektorach z wyboru i upodobania, a nie z konieczności. Wielkie zbiorniki z wodą oceaniczną umieszczano
głęboko pod ziemią, więc wciąż było dużo miejsca na zautomatyzowane
fabryki, wielkie laboratoria rolnicze, które dostarczały nieprzetworzone
produkty na żywność. Były tam też głębokie kopalnie i przepastne hodowle
zwierząt morskich. Nad wszystkim tym czuwały tiktoki, półinteligentne
automaty. Ale teraz tiktoki niszczyły złożoną materię Trantora, a Cleon
kipiał z wściekłości, obserwując, jak zachłanna paszcza ognia pochłania
coraz więcej zabudowań i nagromadzonych tam dóbr.
Coraz więcej ludzi ginęło w ogniu. To nie były liczby w statystykach,
lecz żywi ludzie. Hari czuł, jak ściska mu się gardło. Przywódca musi
czasami zachować zimną krew wbrew wszelkim tragediom i strasznym
obrazom. Czy on potrafiłby tego dokonać?
- Następna zagadka, mój drogi Seldonie - odezwał się nagle Cleon. -
Dlaczego te tiktoki naruszają porządek wewnętrzny, o czym często
informują mnie moi doradcy? No?! Jak myślisz?
- Panie, ja nie...
- Musi być jakieś psychohistoryczne wyjaśnienie!
- Takie niewielkie zjawiska mogą znajdować się poza...
- Popracuj nad tym! Dowiedz się!
- Oczywiście, panie.
Hari obserwował, jak Cleon chodzi po sali, marszcząc brwi za każdym
razem, gdy patrzy na hologram. Ale władca cały czas milczał. Być może,
pomyślał Hari, imperator jest spokojny, bo widział już tyle nieszczęść i musiał stawić czoło tylu przeciwnościom, że jest to dla niego czymś
powszednim. Czy i ja taki się stanę?
Cleon miał już sprawdzoną metodę postępowania w takich sytuacjach. Dał
znak ręką i holograficzny obraz natychmiast zniknął. Salę wypełniła
cicha, spokojna muzyka, pojawiły się stonowane światła. Weszła służba,
niosąc tace i półmiski z przekąskami. Jeden ze służących zaoferował
Hariemu popularny stymulant, ale Helikończyk odmówił. Niespodziewana
zmiana nastroju była wystarczająco szokująca. Widocznie tak właśnie
postępowano na imperialnym dworze w podobnych sytuacjach.
Od pewnego czasu Hariemu chodziło coś po głowie, a dłuższa chwila
milczenia pozwoliła mu się na tym skoncentrować. Gdy Cleon wziął od
służącego zapachową tabletkę stymulującą, Seldon zaczął z wahaniem:
- Panie, ja...
- Tak? Poczęstujesz się?
- Nie, dziękuję bardzo. Panie, ja... myślałem o renegatach i o tej
kobiecie, Kutonin.
- Och, musimy teraz o tym mówić? Wolałbym...
- Przypuśćmy, panie, że wymazałbyś jej tożsamość.
Ręka Cleona ze stymulantem zatrzymała się w pół drogi do nosa.
- Taak? I...?
- Oni gotowi są umrzeć, gdy osiągną już swój cel, to znaczy gdy zwrócą
na siebie powszechną uwagę. Prawdopodobnie sądzą, że w ten sposób staną
się nieśmiertelni, że będą sławni. Trzeba im to odebrać. Zabroń, panie,
podawania ich prawdziwych nazwisk. Każ we wszystkich oficjalnych mediach
i dokumentach nadawać im jakieś obraźliwe przezwiska.
- Jeszcze jedno imię...? - Cleon zmarszczył brwi.
- Każ nazwać tę Kutonin Głupkiem Jeden. A następnego renegata Głupkiem
Dwa. I tak dalej. Wydaj dekret, na mocy którego nie wolno będzie nazywać
ich inaczej niż właśnie tak. Wtedy ona i jej podobni, jako osoby, na
zawsze znikną z historii. Żadnego imienia, żadnej osobowości, żadnej
sławy.
Cleon uśmiechnął się.
- Tak, to dobry pomysł. Tak zrobię. Nie tylko odbiorę im życie. Odbiorę
im też ich tożsamość.
Hari uśmiechnął się, gdy Cleon wydawał polecenia swemu adiutantowi. Oto
powstawał najnowszy dekret imperialny. Seldon miał nadzieję, że jego
pomysł się sprawdzi, ale i tak miał to już za sobą. Cleon zdawał się nie
zauważać, że ten pomysł nie miał nic wspólnego z psychohistorią.
Zadowolony z siebie sięgnął po przekąskę. Była wspaniała.
Cleon skinął na niego palcem.
- Pozwól, Pierwszy Ministrze. Chcę, żebyś poznał kilka osób. Mogą się
okazać przydatne, nawet matematykowi.
- Jestem zaszczycony - odpowiedział natychmiast Helikończyk.
Dors nauczyła go kilku zwrotów grzecznościowych, przydatnych w sytuacji,
gdy nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Jeśli tylko mogę okazać się w czymś pomocny naszemu ludowi... - dodał po
chwili.
- Aach, tak, ludowi - podjął Cleon. - Tyle ostatnio o tym słyszę...
Patrząc w poważne oczy Cleona, Seldon zdał sobie poniewczasie sprawę, że
imperator przez całe życie słyszy tego typu wypowiedzi.
- Przepraszam, panie, ja...
- Przypomina mi to o wynikach sondaży opracowywanych przez moich
trantorskich specjalistów. - Cleon sięgnął po przekąskę ku stojącej obok
kobiecie, która była dwa razy niższa od niego. - Jedno z pytań brzmiało:
"Czemu przypisujesz ignorancję i apatię ogarniającą lud Trantora?".
Najczęściej odpowiadano: "Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi".
Dopiero gdy Cleon wybuchnął głośnym śmiechem, Hari zdał sobie sprawę, że
imperator żartował.
3
Gdy się obudził, w głowie huczało mu od myśli. Hari nauczył się leżeć
nieruchomo twarzą w dół w delikatnej jak nici babiego lata sieci pola
elektrostatycznego. Tworzyło ono wygodną kołyskę dla szyi i głowy,
zapewniając maksimum wypoczynku kręgosłupowi. Seldon lubił spoczywać w tym polu, pozwalając myślom krążyć i nabierać intensywności.
Nauczył się tego, odkąd zaczął tworzyć swój Projekt. W nocy jego
podświadomość wciąż pracowała, a rano wiele problemów się klarowało.
Najbardziej lubił analizować delikatną materię różnych spraw w półśnie,
zanim się jeszcze zupełnie obudził.
Hari usiadł gwałtownie i zrobił parę notatek. Te notatki trafią do jego
głównego komputera, a później, już w biurze, będzie się mógł nimi
ponownie zająć.
Dors również się obudziła i przeciągnęła leniwie.
- Uuuuaaau, nasz mózg już na pełnych obrotach?
- Hmmm - mruknął Hari, patrząc gdzieś w dal.
- No dalej, Hari, czas dla ciała przed śniadaniem.
- Chciałbym, żebyś mi coś powiedziała. Ciekawe, czy zgodzisz się z pomysłem, na który właśnie wpadłem. Przypuśćmy, że...
- Och, nie mam teraz ochoty na dysputy, profesorze Seldon.
Hari ocknął się z zamyślenia, gdyż Dors zrzuciła z siebie nocną koszulę.
Spojrzał na jej smukłe, długie nogi. Ciało Dors zostało stworzone do
szybkości i siły, ale nie kolidowało to z jego gładkością i elastycznością. Hari poczuł przypływ energii i dopiero teraz dotarło do
niego, co powiedziała przed chwilą Dors.
- Ach, tak, czas dla ciała. To na to masz teraz ochotę.
- Tak, zaufajmy instynktowi naukowca.
W ich namiętnych zapasach były radosny śmiech, pasja, porywy uniesienia,
ale przede wszystkim pozwalały one oderwać się od problemów. Hari
wiedział, że właśnie tego potrzebował po napięciach i stresach minionego
dnia. Dors również o tym wiedziała, może nawet lepiej.
Gdy opary miłości opadły nieco, Helikończyk pomyślał o zapachu kawy i śniadania podanego do łóżka przez automat. Na ścianie naprzeciw łóżka
błyskały już hologramy wiadomości, lecz Hariemu udało się zignorować
większość z nich.
Dors, przyczesując włosy, w skupieniu oglądała wiadomości.
- Rada Najwyższa najwyraźniej wciąż się spiera, ale coś tu nie gra -
powiedziała po chwili. - Rezygnują z tak drogiego ich sercom tematu jak
dodatkowe fundusze, a radzą nad suwerennością sektora. Jeśli
Dahlijczycy...
- Dors, chciałbym najpierw wchłonąć nieco kalorii.
- Ale to są sprawy, w których powinieneś się orientować.
- Nie, jeśli nie będę musiał.
- Wiesz, że uważam, żebyś nie wplątywał się w nic niepotrzebnego, ale
teraz... to głupota. Musisz oglądać takie rzeczy.
- Te wszystkie gierki? Kto u góry, a kto na dole? Dors, oszczędź mi
tego. Ja chcę się zajmować faktami.
- Jesteś zainteresowany wyłącznie faktami, tak?
- Oczywiście.
- Fakty mogą być brutalne.
- Ale czasami to wszystko, co mamy. - Hari zamyślił się na chwilę, a potem dodał, ujmując Dors za rękę: - Fakty... i miłość.
- Miłość też jest faktem.
- Tak, moja tak. Ale nieustająca popularność wszelkich form rozrywki
poświęconych romansom wskazuje, że dla wielu ludzi miłość nie jest
faktem, lecz celem.
- To hipoteza, jak to wy, matematycy, mawiacie.
- Zgoda. No, powiedzmy, przypuszczenie, jeśli chodzi o ścisłość.
- Darujmy sobie tym razem ścisłość.
Nagle Hari chwycił Dors wpół i, nie bez wysiłku, podniósł ją.
- Ale to jest fakt, moja droga.
- Och, ty... - Dors pocałowała go namiętnie. - Człowiek to nie tylko
umysł.
Słuchając wiadomości, Seldon zabrał się do śniadania. Wychowywał się na
farmie, więc uwielbiał obfite posiłki. Dors natomiast jadała raczej
skromnie. Jej dwiema religiami, jak mawiała, były ćwiczenia i Hari
Seldon; pierwsza miała zapewnić sprawność i siłę, by mogła podołać
drugiej.
Hari przełączył na kanał wiadomości gospodarczych i wsłuchiwał się w drobiazgowe notowania rynku. Zawsze był przekonany, że da mu to znacznie
lepszy wgląd w to, jak radzi sobie Trantor, niż buńczuczne pohukiwania
Rady Najwyższej.
Jako matematyka interesowały go szczegóły. Ale po pięciu minutach z rozdrażnieniem uderzył dłonią w stół.
- Ludzie chyba zaczynają tracić zmysły. I żaden Pierwszy Minister ich
przed tym nie ochroni.
- Mnie obchodzi tylko to, żeby ciebie ochronić przed nimi.
Hari wyłączył swoje holo i skoncentrował się na holo Dors, zdobnym i trójwymiarowym, na którym był program o frakcjach Rady Najwyższej.
Czerwone linie wskazywały podziały frakcji z zaznaczeniem ich
przeciwników i stronników w Izbie Niższej. Linie przypominały pajęczą
sieć-pułapkę.
- Chyba nie sądzisz, że ta sprawa z Pierwszym Ministrem przejdzie? -
zapytał Hari.
- Mogłaby.
- Oni mają rację: ja się do tego nie nadaję.
- A myślisz, że Cleon się nadaje?
- No cóż, Dors, jego przygotowywano do tego przez całe życie.
- Unikasz odpowiedzi, Hari.
- A owszem, unikam.
Hari skończył właśnie stek i zabrał się do sufletu jajecznego. Włączał
na całą noc swój elektrostatyczny stymulator, by poprawić jędrność i gibkość mięśni, więc rano miał wilczy apetyt. A do tego ulubioną formą
porannych ćwiczeń Dors był seks.
- Myślę, że strategia, którą przyjąłeś, jest najlepsza - powiedziała
zamyślona Dors. - Pozostajesz sobą, matematykiem, zachowując godny
dystans do wszelkich walk i rozgrywek.
- Właśnie. Nikt nie dokonuje zamachu na kogoś, kto nie ma władzy.
- Ale mogą postarać się wyeliminować kogoś, kto przeszkadza im w osiąganiu władzy.
Hari nie znosił rozmawiać o takich sprawach wcześnie rano, więc ponownie
zajął się sufletem. Łatwo było zapomnieć o wszystkim, gdy jadało się
potrawy specjalnie dobrane do swojego gustu, a wytwarzane przez zakłady
produkujące jedzenie z odpadów. Jajka, które nigdy nie widziały brzucha
ptaka; mięso nigdy nieoddzielane od skóry i kości, bez odrobiny tłuszczu
i chrząstek. Marchewki bez natki. Zakłady produkowały żywność, by
zadowolić wszelkie gusta, ale nie potrafiły wyhodować żywej marchewki.
Dla Hariego nie miało znaczenia, czy jego suflet smakował tak, jakby był
prawdziwy i przyrządzony przez szefa ekskluzywnej kuchni, skoro mu
smakował. To było najważniejsze.
Hari zorientował się, że Dors już od dobrej chwili mówi coś o rozgrywkach w Radzie Najwyższej, a on nie pamięta ani słowa. Radziła mu,
jak ma rozmawiać z mediami, jak postępować z urzędnikami.
Helikończyk przełknął ostatni kęs, popił kawą i dopiero wtedy poczuł, że
jest gotowy stawić czoło problemom dość mile rozpoczętego dnia. Stawić
czoło jako matematyk, nie jako minister.
- Przypomniało mi się, co mówiła moja matka: "Czy wiesz, jak rozśmieszyć
Boga?".
Dors popatrzyła na niego zdezorientowana, wytrącona ze swoich myśli.
- Jak... och, to żart, tak?
- Tak. Trzeba mu opowiedzieć o swoich planach.
Dors roześmiała się szczerze.
Gdy wyszli z mieszkania, znowu natknęli się na członków sił specjalnych.
Hari czuł, że nie są im potrzebni; Dors zupełnie wystarczała. Ale nie
udało mu się ich o tym przekonać. Jego ochrona zajmowała także piętra
powyżej i poniżej ich mieszkania. Była wszechobecna. Idąc przez
miasteczko uniwersyteckie, Seldon pomachał w stronę swych przyjaciół,
ale ochroniarze trzymali ich zbyt daleko, by mogli porozmawiać.
Hari miał mnóstwo zajęć związanych z Wydziałem Matematyki, ale idąc za
głosem instynktu, zabrał się do swoich obliczeń. Wydobył pomysły z pamięci swego elektronicznego notatnika i ponad godzinę przyglądał się
im, kreśląc z wielką wprawą na holoekranie różne symbole.
Gdy był nastolatkiem, wielka dyscyplina pracy sprawiła, że myślał o matematyce jako systemie trafnego doboru charakteryzującym się
szczególną drobiazgowością i znajomością rzeczy; była dla niego czymś w rodzaju wysublimowanego kolekcjonowania monet. Uczysz się zależności,
relacji i twierdzeń, a potem odpowiednio je łączysz.
Powoli jednak zaczynał rozumieć ogromną złożoność tej dyscypliny wiedzy.
Odkrywał zawiłości rachunku różniczkowego, skomplikowane modele teorii
liczb i ruchome piaski analizy matematycznej. Wtedy właśnie zaczął
dostrzegać, że matematyka to piękna kraina, którą można przemierzać i badać.
By pokonać te wielkie przestrzenie, pracował długo w skupieniu,
analizując kolejne problemy matematyczne, które zastygały w jego umyśle
niczym owady w bursztynie. Obracał je na wszystkie strony w silnym
świetle swego wnikliwego umysłu, aż ujawniły mu wszelkie sekrety.
Telefony, ludzie, polityka - wszystko to odciągało go od pracy, burząc
spokój i koncentrację. Dlatego też pozwolił, by Yugo, Dors i kilku
innych ludzi odgrodziło go tego ranka od bieżących problemów.
Ale dziś Yugo sam nie pozwolił mu się skoncentrować.
- Tylko chwilkę - powiedział, wchodząc z charakterystycznym trzaskiem
przez pole siłowe w drzwiach. - Czy to opracowanie jest w porządku?
Yugo i Hari stworzyli wiarygodną przykrywkę dla Projektu Psychohistorii.
Regularnie publikowali prace badawcze z zakresu nieliniowej analizy
samorodnych i sformalizowanych grup społecznych, dziedziny wiedzy o tyleż szacownej, co i nudnej historii. Ich analiza dotyczyła pewnych
podgrup społecznych i frakcji na Trantorze, a czasami także na innych
światach.
Te opracowania były w gruncie rzeczy przydatne w ich badaniach
psychohistorycznych; tworzyły ciąg równań, które Yugo uparł się nazywać
równaniami Seldona. Z początku Hari irytował się, gdy słyszał tę nazwę,
potem jednak dał za wygraną, chociaż zależało mu, by zachować osobisty
dystans wobec tej teorii. Mimo że rzadko się zdarzało, by budził się,
nie myśląc o psychohistorii, nie chciał też, żeby przesłoniła mu ona
cały świat.
- Widzisz - powiedział Yugo, kreśląc linie znaków i wzorów na
holoekranie Hariego. - Mam całą analizę kryzysu dahlijskiego. Porządna
robota, tak jak lubisz, nieprawdaż?
- O co chodzi z tym kryzysem?
Zdziwienie Yugo było ogromne.
- Nie jesteśmy reprezentowani!
- Mieszkasz na terenie Uniwersytetu Streelinga.
- Jak jesteś Dahlijczykiem, to jesteś nim na zawsze. Tak jak ty jesteś z Helikonii.
- Z Helikonu. Rozumiem. Chodzi ci o to, że nie macie wystarczającej
liczby delegatów w Izbie Niższej?
- Ani w Radzie Najwyższej!
- Ale Kodeks umożliwia...
- Jest przestarzały.
- Dahlijczycy mają proporcjonalny udział...
- A nasi sąsiedzi, Ratannanahowie i Quipponowie, wciąż intrygują przeciw
nam.
- Więc o co konkretnie chodzi?
- W wielu różnych sektorach mieszka mnóstwo Dahlijczyków. Nie są
odpowiednio reprezentowani.
- Patrzysz na to z perspektywy Streelinga.
- Hari, jesteś Helikończykiem. Nie rozumiesz tego. Te sektory, w których
jest tylu Dahlijczyków, to tylko wielkie sypialnie. A Dahl to przede
wszystkim ludzie.
- Kodeks ustanawia prawa w celu pogodzenia oddzielnych społeczności,
grup etnicznych...
- Ale to nie działa.
Seldon widział zaciśnięte szczęki Yugo; zrozumiał, że on traktuje to
bardzo poważnie. Było jasne, że Yugo wie coś o narastającym powoli
kryzysie ustrojowym. Kodeks utrzymywał równowagę sił przez całe
tysiąclecia, ale tylko dzięki ciągłym modyfikacjom. A teraz wydawało
się, że proces ten się zatrzymał.
- No dobrze. Więc jak nasze badania mają się do problemu z Dahlem?
- Widzisz, przeprowadziłem analizę czynnika społecznego...
Yugo rozumiał intuicyjnie wzory nieliniowe. Przyjemnie było patrzeć, jak
jego duże dłonie tną powietrze, kreśląc wzory i symbole. Całość obliczeń
wydawała się bez zarzutu, choć były nieco uproszczone.
Badania samorodnych i sformalizowanych grup społecznych nie wzbudzały
zaciekawienia. Dzięki temu otoczenie zaszeregowało go do kategorii
młodych i zdolnych matematyków, którzy jednak nigdy nie zdołają
wykorzystać swojego potencjału. Hariemu w ogóle to nie przeszkadzało.
Niektórzy matematycy podejrzewali, że najważniejsze badania Yugo nigdy
nie zostały opublikowane. Tych uczonych Hari traktował z szacunkiem, ale
nigdy nie potwierdzał ich podejrzeń.
- ...i wynika z niej, że w Dahlu narasta napięcie. Możesz być tego pewien
- zakończył Yugo.
- Oczywiście. Wystarczy obejrzeć holowiadomości.
- Tak, ale ja... udowodniłem, że są ku temu podstawy, i wskazałem je.
Hari panował nad mimiką. Yugo naprawdę się tym emocjonował.
- Wskazałeś na jeden z czynników. Ale w równaniach węzłowych widać, że
są jeszcze inne.
- Pewnie, ale każdy wie...
- To, co każdy wie, nie wymaga dowodu. Chyba że się nie ma racji.
Z twarzy Yugo można było czytać jak z otwartej księgi: zaskoczenie,
troska, gniew, ból, zafrapowanie.
- Nie jesteś po stronie Dahlijczyków, Hari?
- Ależ oczywiście, że jestem, Yugo.
Prawda była taka, że Seldonowi było wszystko jedno. Ale nie mógł tego
otwarcie przyznać przed przyjacielem. Wiedział, jak bardzo by go to
zabolało.
- Słuchaj, Yugo, praca jest bardzo dobra. Opublikuj ją.
- Jeśli chodzi o te trzy podstawowe równania węzłowe... są twoje.
- Nie ma potrzeby tak ich nazywać, nieprawdaż? - Hari uśmiechnął się.
- Ale twoje nazwisko zostanie umieszczone.
Hari wiedział, że aby uspokoić Yugo, najprościej będzie wyrazić zgodę.
- Dobrze, jeśli chcesz.
Gdy Yugo omawiał szczegóły dotyczące publikacji, Helikończyk przebiegał
wzrokiem równania. Wyrażenia, symbole modeli trantorskiej demokracji,
tabele wartości napięć społecznych i systemów sprawowania władzy. Trochę
to nudne, pomyślał. Ale jako przykrywka działało znakomicie. Upewniało
wszystkich, że jest to istota ich pracy i że niczego nie ukrywają - choć
oczywiście prawda była zupełnie inna.
Hari westchnął. Dahl był ropiejącą polityczną raną. Dahlijczycy na
Trantorze byli żywym odzwierciedleniem społeczności Dahlijskiej Strefy
Galaktycznej. Każda licząca się strefa miała swój sektor na Trantorze.
Chodziło oczywiście o sferę wpływów gospodarczych i naciski społeczne.
Ale Dahl zajmował podrzędne miejsce w badawczych planach Seldona -
proste, wręcz banalne. Równania węzłowe, które opisywały reprezentacje w Radzie Najwyższej, były skróconymi formami znacznie bardziej
skomplikowanej zagadki, jaką krył Trantor.
Cały Trantor - wielki, bogaty świat zaskakujący swą zawiłością stosunków
i systemów, zbiegami okoliczności i przypadkowością zestawień,
wrażliwością na różne wahania i wypadki. A równania Seldona wciąż były
niepokojąco niewspółmierne do złożoności tej skorupy dającej schronienie
czterdziestu miliardom zaprzątniętych swymi sprawami ludzi.
A o ile bardziej złożone było całe Imperium!
Ludzie, którzy musieli stawiać czoło tej ogromnej złożoności, starali
się w niej odnaleźć; próbowali wpływać na nieskomplikowane połączenia i zależności, lokalne związki i praktyczne zasady. Ale zdarzało się też,
że natrafiali na mur nie do przejścia, na zbyt trudne złożoności. Wtedy
stosowali taktykę podgryzania, plotki, knowania - a w końcu polityczne
rozgrywki.
Czasami łatwiej było zrozumieć cały wszechświat niż złożoność Imperium
składającego się z dwudziestu pięciu milionów światów. W leżących dalej
galaktykach nie było przynajmniej ludzi. Stała wędrówka gwiazd, ich
blask, próżnia kosmiczna były dziecinną igraszką w porównaniu z krętą
trajektorią rodzaju ludzkiego.
Bywało, że Hari Seldon czuł się tym wyczerpany. Już sam Trantor stanowił
nie lada wyzwanie; osiemset sektorów i czterdzieści miliardów ludzi. A co z Imperium z jego dwudziestoma pięcioma milionami zamieszkanych
światów, z których każdy to przeciętnie cztery miliardy ludzi? Sto
tysięcy bilionów istnień ludzkich!
Kontakt między światami umożliwiały wąskie tunele czasoprzestrzenne,
które znacznie uprościły wiele spraw, przynajmniej w zakresie
gospodarki. A kultura i informacja poruszały się w tunelach z prędkością
światła, czyniąc z Galaktyki globalną wioskę. Farmer z Oskatoon
dowiadywał się o przewrocie pałacowym w jakimś księstwie na drugim końcu
Galaktyki, zanim jeszcze książęca krew zdążyła zaschnąć na ścianie.
Jak to uwzględnić?
Było oczywiste, że Imperium wykraczało swą złożonością poza możliwości
jakiegokolwiek komputera czy człowieka. Tylko sekwencje równań, które
nie starałyby się ujmować szczegółów, mogły tutaj coś zdziałać. To zaś
oznaczało, że jednostka nic nie znaczyła na skali zdarzeń - nie mogła
być uwzględniona. Nawet milion znaczył tu tyle, ile kropla deszczu
wpadająca do jeziora.
W pewnej chwili Hari uświadomił sobie jaśniej niż kiedykolwiek, jak
dobrze się stało, że trzymał swoją psychohistorię w tajemnicy. Jak
ludzie zareagowaliby, gdyby wiedzieli, że jego zdaniem nie mają
znaczenia?
- Hari? Hari?
Znów się zamyślił, a Yugo wciąż przecież był w biurze.
- Przepraszam... myślałem o czymś innym.
- Zebranie wydziału.
- Co takiego?
- Zwołałeś je na dzisiaj.
- Och, nie! - Hari był dopiero w połowie swych obliczeń. - Czy nie można
tego jakoś przełożyć?
- Cały wydział? Czekają na ciebie.
Hari wstał i poszedł posłusznie za Amarylem do sali konferencyjnej.
Wszystkie miejsca na tradycyjnych trzech poziomach były zajęte.
Oficjalny patronat Cleona sprawił, że na wydział ściągali licznie
różnorodni naukowcy. Wydział i tak chlubił się już bardzo wysokim, jeśli
nie najwyższym na Trantorze poziomem badań i nauczania (chociaż kto
potrafiłby to dokładnie zmierzyć?). Byli tu specjaliści z takich
dziedzin, o których Hari miał ledwie mgliste pojęcie.
Seldon zajął swoje miejsce na środku najwyższego poziomu, dokładnie w centrum sali. Matematycy lubowali się w geometrycznym porządku, który
odzwierciedlał rzeczywistość. Tak więc profesorowie siedzieli na
okrągłej, podwyższonej platformie, w powietrznych fotelach o szerokich
oparciach, z kompletnym osprzętem komputerowym.
Formując szeroki pierścień wokół nich, kilka stopni niżej usadowieni
byli profesorowie kontraktowi, o określonej pozycji, ale ciągle jeszcze
mający przed sobą szczyt swych możliwości. Siedzieli na wygodnych, ale
nie tak dobrze wyposażonych fotelach. Poniżej, niemal na dole, na
prostych krzesłach siedzieli profesorowie kontraktowi bez określonej
kadencji. Najstarsi z nich zajmowali miejsca w centrum. Po bokach, na
prostych ławach, czekali asystenci, wykładowcy i instruktorzy. Tam
właśnie z pochmurną miną zasiadł Yugo, wyraźnie dając do zrozumienia, że
nie jest na swoim miejscu.
Hariego zawsze, w zależności od humoru, denerwowało lub rozśmieszało, że
jeden z najbardziej produktywnych członków wydziału zajmuje tak
poślednie miejsce. Taka była prawdziwa cena utrzymywania psychohistorii
w sekrecie. Starał się to zrekompensować przyjacielowi, dając mu
przestronne biuro i zapewniając różne korzyści, w tym także finansowe.
Na szczęście sam Yugo zdawał się nie przywiązywać aż tak wielkiej wagi
do oficjalnego statusu. I tak zaszedł już bardzo wysoko, a wszystko to
osiągnął przecież bez egzaminów w administracji państwowej.
Tego dnia Hari zdecydował się na spłatanie małego figla.
- Dziękuję szanownym kolegom za tak liczne przybycie. Mamy dziś wiele
pracy administracyjnej. Yugo?
Na sali zaszumiało. Yugo też był zaskoczony, ale szybko wstał i wspiął
się na mównicę.
Helikończyk zawsze powierzał komuś innemu prowadzenie obrad, choć jako
główny przewodniczący to on wybierał osoby, czas i porządek dyskusji.
Wiedział też, że niektórzy uważali go za silną osobowość po prostu ze
względu na dogłębną znajomość analizy porządku obrad.
Mylenie wiedzy z umiejętnością zarządzania było powszechnym błędem. Hari
zauważył, że rzadko się z nim nie zgadzano, gdy przewodniczył obradom.
Jeśli zależało mu na szczerej i otwartej dyskusji, musiał siadać gdzieś
z tyłu, robić tylko notatki i wtrącać się jedynie w kluczowych
momentach. Kilka lat wcześniej Yugo zastanawiał się, dlaczego Hari tak
robi, ale on zignorował problem.
- Nie jestem przywódcą - powiedział wtedy.
Yugo spojrzał na niego ironicznie, jakby mówił: "I kogo ty chcesz
nabrać?".
Seldon uśmiechnął się do swoich myśli. Niektórzy z profesorów siedzących
wokół niego wymieniali po cichu uwagi, rzucając znaczące spojrzenia.
Yugo przeszedł do porządku obrad, przemawiając swym czystym, donośnym
głosem.
Hari opadł na oparcie i obserwował swoich szacownych kolegów, gdy
kręcili głowami, słysząc silny dahlijski akcent Yugo. Jeden z nich
mruknął do drugiego: "Dahlijczyk!". Odpowiedź brzmiała: "Parweniusz!".
Dla każdego jednak było to coś w rodzaju lekcji. Szacowne grono
profesorskie "dostało trochę za swoje", jak mawiał ojciec Seldona, a Yugo posmakował, co znaczy kierować wydziałem.
W końcu przecież, jeśli sprawa z Pierwszym Ministrem obierze zły obrót,
ktoś będzie musiał go zastąpić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie zamieszczone tutaj cytaty z Encyklopedii Galaktycznej zaczerpnięte zostały za zgodą wydawcy z jej 116. wydania opublikowanego w 1020 roku e.F. przez Encyclopedia Galactica Publishing Co. na Terminusie. [wróć]