Zagranie - Curto Chelsea

Reflow text when sidebars are open.
Madeline
Najlepszą częścią mojej pracy jest to, że mogę wydawać polecenia nadętym facetom, którzy uważają, że są lepsi ode mnie tylko dlatego, że mają fiuta.
Cała reszta - zgiełk, pośpiech, możliwość twórczego wyżycia się w przepisach, które przychodzą mi do głowy w środku nocy, to szaleńcze tempo - też ma swój urok.
Ale mieć władzę jako szefowa kuchni?
Na to harowałam całymi latami.
Po tym, jak ciągle pomijano mnie przy awansach, bo stanowisko dostawał facet gorzej wykwalifikowany ode mnie, w końcu otrzymałam stanowisko szefowej kuchni w ROSTBF - restauracji z gwiazdką Michelin serwującej steki, położonej w samym sercu Las Vegas.
To było trzy lata temu i nigdy nie kochałam gotowania bardziej.
Kuchnia to moje miejsce.
Tylko ja i jedzenie. To najdłuższy, najzdrowszy i najszczęśliwszy związek, w jakim kiedykolwiek byłam.
- Hej, Andre. - Uśmiecham się do mojego ulubionego kucharza i odkładam notes oraz długopis na stół roboczy. - Jak wygląda sytuacja na dziś?
- A jak myślisz? - Andre unosi brew, ostrząc trzymany w ręku nóż. Kiwa podbródkiem w stronę poukładanych pojemników z tradycyjnymi odmianami marchwi i czosnkiem konfitowanym, które widzę z tego miejsca, a ja przytakuję. Tak, głupie pytanie. Mamy urwanie głowy, jak zwykle. Odwraca rękojeść noża, dokładnie sprawdza ostrze, po czym odkłada go do bloku przy ścianie. - Jared chce cię widzieć w biurze, zanim zaczniemy.
- Powiedział, w jakiej sprawie?
- Nie. Jest enigmatyczny jak zwykle. - Wzrusza ramionami i sięga po nożyk do obierania. - Powodzenia.
- Dzięki.
Z lekkim niepokojem ruszam w stronę biura kierownika kuchni. Rzadko kiedy prosi o spotkanie przed rozpoczęciem pracy. Jego styl zarządzania zawsze był luźny, a fakt, że jest tu kilka godzin przed otwarciem, zanim wpuścimy gości z długiej na kilometr listy oczekujących, trochę mnie martwi.
Pukam do drzwi i kołyszę się lekko na piętach. Zanim zaprosi mnie do środka, robię w myślach listę pół tuzina rzeczy, które powinnam ogarnąć. Muszę znaleźć świeży szpinak, który przyszedł wczoraj. Przeszkolić naszych nowych kelnerów z zasad odpowiedniego ustawiania dań i prezentacji potraw. Pomóc w przygotowaniach, co oznacza również sprawdzenie, czy mamy wystarczająco dużo śmietany kremówki do dużej partii sosu pieprzowego. Steki to nasze flagowe danie i jeśli dam radę uniknąć kolejnego skreślania pozycji z karty, to zrobię wszystko, żeby tak się stało.
Do zrobienia jest mnóstwo, a szybki rzut oka na zegarek mówi mi, że czas ucieka.
ROSTBF to jedno z najpopularniejszych miejsc w mieście. Naszymi gośćmi są znani sportowcy, celebryci i milionerzy, którzy wpadają do Vegas, by obejrzeć walki UFC1 albo wyścigi Formuły 1.
Wkładam całe serce w tworzenie innowacyjnego menu, które zmienia się co tydzień i przyciąga tłumy. Spędzam całe godziny, eksperymentując ze smakami i technikami. Jestem dumna z tego, że stale się uczę i rozwijam jako szefowa kuchni, dlatego właśnie niepokoi mnie, że mój przełożony chce ze mną porozmawiać.
Jako perfekcjonistka i pracoholiczka wiem, że jeśli okaże się, że coś zrobiłam źle, to przed rozpoczęciem pracy wpadnę w totalną panikę.
- Proszę! - krzyczy w końcu Jared, a ja z uśmiechem otwieram drzwi.
- Hej, Jared. Miło cię widzieć. - Uśmiecham się jeszcze szerzej, licząc, że nie wyglądam tak sztucznie, jak mi się wydaje. - Andre wspomniał, że chciałeś pogadać, zanim zbiorę ekipę, żeby omówić dzisiejsze menu.
Wskazuje krzesła przed swoim biurkiem.
- Usiądź.
Siadam na skraju jednego z nich i dyskretnie zerkam na zegarek. Nie chcę, żeby zespół pomyślał, że zwalam na nich całą robotę.
- O co chodzi?
- Mam dla ciebie wiadomość.
- Dobrą czy złą?
Zaczyna bębnić palcami po biurku, a ja czuję, jak napięcie we mnie rośnie.
- Nie lubię się rozwlekać, więc powiem prosto z mostu. Restauracja została sprzedana. Nowi właściciele sprowadzają własny zespół kucharzy i obsługę.
Niech to szlag.
To zdecydowanie nie jest dobra wiadomość.
- Sprzedana? - powtarzam z niedowierzaniem. - Nasze marże zysku są ogromne. Prawie każdy magazyn kulinarny pisał o nas w samych superlatywach. Dlaczego mieliby...
- W tej branży to się zdarza częściej, niżbyś chciała. Wiesz, jaka jest rotacja. Ktoś wpada na pomysł, który przez dwa tygodnie świetnie się sprzedaje, a potem wszystko idzie z dymem. Ta firma zarządzająca wykupiła już dziesiątki restauracji w mieście i wybrała ROSTBF jako swój kolejny projekt. Chcą przerobić ją na bar tapas.
- Tapas? Przecież to nawet nie jest pełny posiłek.
- Nie ja o tym decyduję.
- Kiedy to wchodzi w życie?
- Natychmiast. Nie zawracaj sobie głowy dzisiejszym wydawaniem dań. Sprowadzą swoich ludzi, żeby obsłużyli gości, a potem zamykają lokal na tydzień, by przygotować nowe menu - oznajmia Jared.
Menu, nad którym spędziłam niezliczone godziny.
Menu, w które włożyłam całe swoje serce i duszę.
Nie było wystarczająco dobre.
Ja nie byłam wystarczająco dobra i to jest przerażające odkrycie.
Ręce mi drżą. Wciągam powietrze przez nos, próbując się opanować. Chciałabym się rozpłakać, ale już dawno temu nauczyłam się, że emocje nie rozwiążą problemu, z którym się mierzę.
Jared mówi coś o nowych inwestycjach i świeżych pomysłach, a w mojej głowie kotłuje się milion myśli.
Jak opłacę szkołę mojej córki, Lucy? Jak utrzymam mieszkanie, spłacę raty za samochód i za co kupię prezenty na Boże Narodzenie?
Absolutnie nie nazwałabym się bogatą, ale wiem, że w porównaniu z innymi mam szczęście. Moje sześciocyfrowe roczne przychody pozwalają nam żyć spokojnie. Opłacić rachunki, odkładać co miesiąc na fundusz studencki Lucy.
Utrata tego wszystkiego wywróci moje życie do góry nogami - i to boli najbardziej.
- Dobrze. - Wstaję i ruszam w stronę drzwi, marząc tylko o tym, by znaleźć się w miejscu, gdzie choć na chwilę mogę okazać słabość. Gdzie mogę płakać i wściekać się bez świadków. Kłuje mnie w klatce piersiowej, oczy szczypią od łez, a w gardle rośnie szloch, który z trudem powstrzymuję. - Dzięki, że mi powiedziałeś, Jared.
- Madeline - odzywa się. - Na pewno coś znajdziesz.
To bezlitosna branża, gdzie stanowiska z takim wynagrodzeniem nie pojawiają się jak grzyby po deszczu, więc nie czuję nawet krzty nadziei. Ale uśmiecham się mimo wszystko. Wzruszam ramionami w geście "co poradzisz?" i kiwam głową.
- Jeśli usłyszysz o jakimś wolnym etacie, daj znać - mówię i zamykam drzwi jego biura mocnym trzaśnięciem.
Moja empatyczna strona podpowiada, by wrócić do kuchni i spędzić kilka minut z ludźmi, z którymi lubię pracować, ale nie zamierzam być tą, która przekaże im wiadomość o nadchodzącym bezrobociu. Zamiast tego chwytam torebkę i wymykam się tylnym wyjściem na parking dla pracowników, wdzięczna za chwilę samotności.
Suchy, popołudniowy upał wita mnie jak stary znajomy - jak uścisk, do którego przez wiele lat mieszkania tutaj zdążyłam przywyknąć. Kiedy przeprowadziłam się do Vegas, narzekałam na to wieczne lato. Tęskniłam za czterema porami roku - za spadającymi liśćmi jesienią i śniegiem w Boże Narodzenie w moim Ohio.
Teraz ten żar daje mi ulgę, a po takich wiadomościach potrzebuję każdej możliwej odrobiny pociechy.
Wsiadam do samochodu i ruszam w stronę domu rodziców, dziesięć minut drogi od Stripu, gwarnego centrum Las Vegas. Zaciskam dłonie na kierownicy, a z głośników mojego Hyundaia płynie stara piosenka country. Głos George'a Straita nieznacznie koi ból po utracie czegoś, co kochałam - czegoś, w czym byłam naprawdę dobra - ale tylko nieznacznie.
Kiedy jesteś samotną matką, która musi zapewnić dziecku byt, nie masz czasu na użalanie się nad sobą. Nie możesz sobie pozwolić, by roztrząsać, co mogłaś zrobić inaczej.
Musisz wziąć to na klatę, przykleić na twarz cholerny sztuczny uśmiech i po prostu wymyślić sposób, żeby wszystko ogarnąć.
Zanim zgaszę silnik, mój umysł już pracuje na najwyższych obrotach. Myślę o wszystkich kontaktach w mieście, które mogłyby wiedzieć o wolnych etatach. Układam w głowie nową wersję swojego CV i zastanawiam się, czy mam w szafie coś, co można by nazwać "eleganckim, ale na luzie" - w sam raz na rozmowę kwalifikacyjną.
- Mamo? - wołam, wchodząc do środka. - Ktoś jest w domu?
- Madeline? - Moja mama wyłania się zza rogu z zaniepokojoną miną. - Co ty tu robisz?
Zdejmuję buty. Czuję, jak napięcie powoli ze mnie schodzi, kiedy dociera do mnie, że ktoś inny może choć na chwilę przejąć odpowiedzialność i ogarnąć rzeczywistość. Że nie zawsze wszystko musi spoczywać na moich barkach.
- Restauracja została sprzedana - mówię tak cicho, że nie jestem pewna, czy w ogóle wydobyłam z siebie głos. - Co oznacza, że właśnie straciłam pracę.
- Och, kochanie. - Mama otwiera ramiona, a ja wtulam się w jej objęcia, wdzięczna za ten uścisk, mimo tego, że mam trzydzieści trzy lata. - Opowiedz mi wszystko.
Pół godziny później siedzimy przy stole w jadalni pogrążone w burzy mózgów. Mój laptop jest otwarty, robię listę wszystkich możliwych miejsc, które mogłyby akurat kogoś zatrudniać - i im dłużej patrzę na tę listę, tym gorzej to wygląda.
- Nie wiem, co mam robić. Nie opłacę edukacji Lucy z pensji minimalnej, a nie chcę jej uczyć w domu ani posyłać do szkoły publicznej. To dla mnie ważne, żeby była wśród innych niesłyszących dzieci, które porozumiewają się tak jak ona... i teraz nie mam pojęcia, jak mam to wszystko pogodzić - mówię zrezygnowana.
- A co z alimentami, które płaci Clark? Na co idą te pieniądze? - pyta mama. - Mogłabyś porozmawiać ze swoim prawnikiem i spróbować wynegocjować wyższą kwotę, skoro twoje dochody są teraz niepewne.
- Nie chcę polegać na alimentach. - Stukam palcem w laptop i wzdycham. - Ostatnie, czego pragnę, to dać temu facetowi choć odrobinę władzy nad naszym życiem. Pieniądze trzymam na osobnym koncie i odkąd odszedł, nie ruszyłam z niego ani centa.
Nigdy nikogo nie nienawidziłam, ale pogarda, jaką żywię dla ojca Lucy, jest nie do opisania.
Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Przynajmniej zanim zaszłam w ciążę. Cholera, przeprowadziłam się tutaj właśnie dla niego. Jeździliśmy razem na Karaiby, kupiliśmy dom z dużym ogrodem, a wieczorami rozmawialiśmy o wspólnej przyszłości. Nasze życie wyglądało jak z bajki.
A potem pojawiła się Lucy. Nie przeszła badań słuchu noworodków przed wypisem ze szpitala. Potem nie przeszła kolejnych. Po wizycie u audiologa dowiedzieliśmy się, że jest głucha.
Miesiąc po diagnozie Clark nas zostawił. Powiedział, że nie pisał się na wychowywanie dziecka, które jest "inne". Nie zamierzał podejmować "wysiłku" potrzebnego do zapewnienia jej szczęścia i opieki. Dodał, że w życiu nie nauczy się języka migowego.
Od tamtej pory jesteśmy tylko we dwie i to na mnie spoczywa odpowiedzialność, by zapewnić Lucy życie, na jakie zasługuje. Wyciąganie ręki po pomoc do tego dupka, który porzucił nas wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałyśmy, nie byłoby przykładem siły, której staram się ją uczyć. Nieważne, ile on ma pieniędzy - muszę znaleźć inne wyjście.
- Jak twoje oszczędności? - pyta mama, wyrywając mnie z morderczych fantazji o tym, co powiedziałabym Clarkowi, gdybym kiedykolwiek zobaczyła go ponownie.
- Mam wystarczająco, żeby przetrwać kilka miesięcy - odpowiadam, zamykając laptop, i opieram brodę na dłoni. - W przyszłym tygodniu rozejrzę się po restauracjach, może gdzieś trafi się coś wolnego. Ale może to po prostu znak od losu.
- Znak? Co masz na myśli?
- Może to sygnał, że czas zacząć od nowa? Mieszkam w Vegas już dziesięć lat, ale nie jestem pewna, czy to właśnie tutaj chcę zapuścić korzenie.
- Jak to? Masz przecież mieszkanie, my z tatą jesteśmy tuż obok, Lucy ma niedaleko do szkoły.
- To wszystko jest wspaniałe, ale przeprowadziłam się tu dla Clarka. Nigdy tak naprawdę nie poczułam, że to moje miejsce, rozumiesz? Mogłabym przeskakiwać z jednej pracy do drugiej, żeby wiązać koniec z końcem... albo posłuchać intuicji i sprawdzić, czy gdzie indziej nie czeka na mnie coś nowego. Nawet jeśli oznaczałoby to przeprowadzkę i zaczęcie wszystkiego od zera.
Strata mojego kręgu wsparcia byłaby dla mnie naprawdę bolesna.
Moi rodzice przeprowadzili się do Vegas, żeby być bliżej mnie po rozwodzie, i to właśnie ich obecność i pomoc w opiece nad dzieckiem sprawiła, że wciąż udaje mi się utrzymywać na powierzchni.
Ale w głębi serca wiem, że muszę wreszcie postawić na siebie. Muszę wyjść poza swoją strefę komfortu, a to może oznaczać opuszczenie tego miasta - i wszystkich jego duchów - raz na zawsze.
- Tata i ja zawsze będziemy cię wspierać, Madeline - zapewnia mnie mama, a ja czuję, że zaraz się rozpłaczę.
Odstawiam kubek i sięgam przez stół, żeby ująć jej dłoń.
- Wiem.
Naszą chwilę przerywa cichy tupot stóp i śmiech. Lucy, moja mała kopia, wpada do kuchni jak burza. Oddałabym wszystko, żeby ją chronić.
- Mamusiu! - miga, a ja wyciągam do niej ręce. Wpada w moje ramiona. Obejmuję ją, mocno przyciskając do piersi. - Jesteś tutaj!
Moje ulubione miejsce na świecie będzie gdziekolwiek, byle z Lucy na moich kolanach. Jestem wdzięczna za każdą sekundę, którą z nią spędzam.
- Cześć. - Całuję ją w czubek głowy. - Dobrze się bawiłaś z babcią i dziadkiem po południu?
- Oglądaliśmy film o papużkach falistych. Możemy mieć papużkę?
Spoglądam na mamę, a ta posyła mi pełen skruchy uśmiech.
- Była zachwycona ptaszkami. Wiesz, jak trudno jej odmówić - miga mama, a ja się śmieję.
- Tak. - Przytulam Lucy jeszcze mocniej. Dałabym jej wszystko, czego tylko zapragnie. Naprawdę wszystko.
Lucy dotyka mojego policzka i marszczy brwi.
- Wyglądasz na smutną.
- Wszystko w porządku, kochanie. Zaczniemy szykować kolację?
- Możemy zrobić hot dogi?
- Oczywiście, że możemy - odpowiadam, ani trochę niedotknięta faktem, że nie ma najmniejszej ochoty na żadne z dań, które zanotowałam na ten tydzień w swoim planerze.
Córka piszczy z radości i zsuwa się z moich kolan. Pędzi do kuchni, a mama kładzie mi dłoń na ramieniu.
- Poradzisz sobie, kochanie - mówi, a ja tylko kiwam głową.
Od sześciu lat działam bez planu, na bieżąco, i zawsze jakoś wychodzę na prostą.
Mogę tak jeszcze trochę pociągnąć.
1 Ultimate Fighting Championship (UFC) - amerykańska organizacja mieszanych sztuk walki (MMA).
Hudson
- Panie Hudson, jak to jest być tym drugim najlepszym zawodnikiem w Starsach?
Podnoszę wzrok znad kija, który właśnie owijam taśmą, i mrużę oczy na widok Bustera Jenkinsa - jednego z młodych uczestników dzisiejszego obozu dla dzieci.
- Ile ci zapłacili, żebyś to powiedział, Buster? - pytam.
Chłopak wzrusza ramionami, po czym woła:
- Dziesięć dolców! Wystarczy na pięć lodów! - Odjeżdża na drugą stronę lodowiska, gdzie reszta obozowiczów ma właśnie dziesięciominutową przerwę na przekąskę.
Kątem oka dostrzegam sylwetkę w tunelu prowadzącym do naszej szatni. Od lat kierownictwo klubu udostępnia United Airlines Arena organizatorom Junior Stars Camp, ale szatnie są zarezerwowane wyłącznie dla tych, którzy noszą koszulkę NHL*1. Uśmiecham się pod nosem, gdy rozpoznaję stojącą tam osobę.
- Miesiąc miodowy na Bali był za mało atrakcyjny? - wołam, a kilka głów obraca się w jego stronę. Czekam chwilę, aż mój prawoskrzydłowy zostaje otoczony przez tuzin małych fanów. - Musiałeś wrócić do domu i przekupić dzieciaki, żeby gadały, że jesteś lepszym zawodnikiem ode mnie?
- Nie. Po prostu tęskniłem, Huddy Boy - odpowiada z szerokim uśmiechem Maverick Miller i podjeżdża do mnie na środek lodowiska. Przybija parę piątek, podrzuca kij w powietrze, zamachuje się i posyła krążek prosto do bramki u naszych stóp. - Dzięki, że mnie zastąpiłeś w ten weekend.
- Skoro obóz przygotowawczy zaczyna się w przyszłym tygodniu, pomyślałem, że przyda mi się jeszcze jeden ostatni wypad na lód bez trenera wrzeszczącego za plecami. - Prycham i odwracam czapkę tyłem na przód. Dzieciaki z obozu wróciły już do radosnego wciskania w siebie cząstek pomarańczy, więc uznaję, że mogę przedłużyć im przerwę o parę minut i pogadać z moim najlepszym kumplem. - Nie mogę uwierzyć, że lato się skończyło. Ale cóż, to chyba efekt uboczny zdobycia najbardziej pożądanego trofeum w zawodowym sporcie. Kiedy wróciliście do domu?
- No ba. - Przybija mi żółwika. - Przylecieliśmy dziś rano. Chciałbym zostać na Bali jeszcze kilka dni, ale Emmy uparła się, że musimy wracać, żeby mogła znowu wejść w rytm przed sezonem. - Na twarzy Mavericka pojawia się głupkowaty, rozmarzony uśmiech. - Boże, jak ja kocham tę kobietę.
Emmy, a właściwie Emerson Hartwell, to jego żona i jedna z moich najlepszych przyjaciółek.
Jest pierwszą kobietą w historii NHL, która wyszła na lód w męskiej lidze. Maverick zakochał się w niej po uszy, gdy grała z nami w D. C. Stars. Są żywym przykładem, że przeciwieństwa rzeczywiście się przyciągają, a on był wystarczająco uparty, żeby zdobyć choć sekundę jej uwagi.
Na skutek dziwnego zbiegu okoliczności zaczęli się spotykać, zakochali się i w zeszłym sezonie wzięli ślub w Las Vegas.
- Cały świat wie, co czujesz do tej kobiety. - Wrzucam taśmę do pustego boksu zawodników i oddaję strzał na bramkę. Krążek odbija się od lewego słupka i wpada do siatki. - A zrobiłeś jakiś trening podczas tej bajecznej podróży czy może byłeś zbyt zajęty korzystaniem z dobrodziejstw pięciogwiazdkowego hotelu all-inclusive?
- Trenowałem na całego. - Uderza kolejny krążek, który jednak mija cel z prawej. - Długie spacery po plaży, przerzucanie niezłych ciężarów głównie w postaci porcji kurczaka satay i smażonego ryżu. To się przecież liczy, nie?
- Nie mogę się doczekać, aż zobaczę, jak padasz na twarz, kiedy wrócimy do pracy. Treningi szybkościowe zrobią z ciebie miazgę. - Uśmiecham się szeroko. - Pamiętasz w ogóle, jak wiązać łyżwy, czy mam ci pomóc?
- Tak się bawimy, Hayes? - Maverick rzuca kij na lód i podwija rękawy bluzy. - Ścigajmy się od bramki do bramki, a ja wyszoruję tobą podłogę. Obaj wiemy, że jestem szybszy.
Kusi mnie, żeby przyjąć to wyzwanie. Może i jest moim najlepszym kumplem, ale uwielbiam go ostro przytemperować, kiedy tylko mogę. Patrzenie, jak przegrywa w wyścigu na jedno okrążenie wokół lodowiska - to byłby dla mnie hit tego roku.
Zwłaszcza przed bandą dzieciaków.
- Całe lato spędziłem na siłowni. Ty ledwo zipiesz, Miller, a nawet się nie ruszasz. Przyznaj w końcu, że jesteś powolny, i zakończmy tę dyskusję.
- Nigdy. - Zerka na obozowiczów i macha do nich entuzjastycznie. - Co masz w planach po zakończeniu tego wszystkiego?
- Po południu mam zamiar wpaść do księgarni, a potem znów zacznę szukać szefa kuchni, który nie zrezygnuje po dwóch tygodniach.
- Pamiętasz, jak wróciłeś do domu z naszego pięciomeczowego wyjazdu w zeszłym roku i przyłapałeś tę kobietę na robieniu zdjęć wszystkim twoim gaciom?
- Nawet mi nie przypominaj. Dostałem cały pieprzony wątek na Reddicie. - Wzdycham, zmęczony już na samą myśl. - Żadna z osób, z którymi mam dziś rozmowę, nie wygląda obiecująco. Wszyscy wydawali się zbyt podekscytowani spotkaniem ze mną. Gdzie są ludzie, których nie obchodzi, kim jestem?
- Jesteś jedną z największych gwiazd w mieście, Hud. Każdego obchodzi.
Ma rację.
Tak to już jest, gdy jest się profesjonalnym sportowcem w mieście, które żyje wyłącznie sportem.
Mamy futbol amerykański, koszykówkę i baseball, ale tutaj wszyscy żyją i oddychają hokejem.
Kiedy jesteś częścią legendarnej drużyny, która w końcu zdobyła swój pierwszy Puchar Stanleya* po dziesięcioleciach przeciętnych występów, nie da się zrobić kroku, żeby ktoś cię nie rozpoznał.
W wieku trzydziestu jeden lat wiem już, że to część tej pracy. Nasi kibice są najlepsi w lidze - nigdy nie odmówię podpisania autografu czy zrobienia zdjęcia z kimś, kto przychodzi i kibicuje mi wieczór po wieczorze.
Ale trochę prywatności i osobistej przestrzeni też by się przydało.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że wszystko, czego nie chcę zobaczyć potem w internecie, powinienem trzymać w jakimś zamkniętym pudle? - Odchylam głowę i jęczę, patrząc na światła areny. - Świetnie. Uwielbiam czuć się niekomfortowo we własnym domu.
- Nie rozumiem, czemu wciąż masz z tym problem. Przy tylu znajomościach, jakie mamy, musi znaleźć się ktoś, kto potrafi dobrze gotować.
- Ludzi, którzy dobrze gotują, jest mnóstwo. Trudniej trafić na kogoś, kto nie śledzi mnie w mediach. - Przecieram dłonią szczękę. - Dajmy temu spokój. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam ochotę żywić się ramenem do końca kariery. Co dziś robisz? Może chcesz później pobiegać ze mną i psami?
Uśmiech Mavericka gaśnie.
- Emmy ma wizytę u lekarza i chcę z nią iść.
- Wizytę u lekarza? Wszystko z nią w porządku?
- Tak, wszystko okej. Chcemy tylko dowiedzieć się, dlaczego od miesięcy staramy się o dziecko i nic z tego nie wychodzi. To siedzi mi w głowie, stary. Wiem też, że ją to przygniata. Przy tym wszystkim sezon wydaje się jakiś... bez znaczenia. Jak mam wychodzić na lód i dawać z siebie wszystko, skoro mierzę się z czymś, co jest o wiele poważniejsze niż hokej?
- Hej. - Łapię go za rękaw i wskazuję na boks kar, z dala od małych, ciekawskich uszu. Podjeżdżamy tam i siadamy na wąskiej ławce. - Czemu pozwoliłeś mi sobie dokuczać, skoro tak naprawdę coś cię gryzie?
Kiedy ja debiutowałem, Maverick był w lidze drugi sezon - od pierwszego dnia w Starsach trzymaliśmy się razem.
Z czasem przeszliśmy drogę od najmłodszych rozrabiaków w drużynie do najstarszych zawodników, od których reszta oczekuje wsparcia i wskazówek. To nas zbliżyło.
Łatwo się z nim rozmawia. Spędzamy razem wolny czas. Był ze mną w Georgii na święta, a latem wpadał tam na tydzień czy dwa. Stał u mojego boku, kiedy zmarła moja mama. Pozwolił mi wypłakać się na swoim ramieniu na pogrzebie, a potem zwyzywał reportera, który śmiał zapytać o powód mojej nieobecności - i dostał za to zawieszenie na jeden mecz.
To mój najlepszy przyjaciel, bardziej brat niż kumpel, a patrzenie na jego udrękę sprawia mi ból.
- Bo zawsze sobie dokuczamy. - Maverick schyla się i poprawia nogawkę dżinsów nad łyżwą. - Coraz częściej myślę o emeryturze. Chciałbym uciec od blasku fleszy i skupić się na Emmy.
- Mówisz poważnie?
- Może. Mam prawdziwy mętlik w głowie. - Puka się palcem w skroń. - To cholernie trudne. Nie mogę sobie wyobrazić, przez co przeszedłeś, kiedy odeszła twoja mama. To, co ja czuję, to przy tym drobiazg.
- Widziałeś, w jakim byłem stanie. Żyłem w piekle od chwili, gdy dowiedzieliśmy się, że jest chora, aż do momentu, gdy odeszła. Nawet teraz mam wrażenie, że dryfuję gdzieś pomiędzy życiem a wegetowaniem. Chciałbym ci powiedzieć, że w końcu te ciężkie dni stają się lżejsze, ale prawda jest taka, że czasem trzeba przejść przez prawdziwy syf, zanim człowiek się z tego otrząśnie.
- Co ci pomogło to przetrwać?
Nie jestem pewien, czy naprawdę to przetrwałem. I nie wiem, czy kiedykolwiek mi się uda.
Nie sądzę, że to coś, z czego można się po prostu otrząsnąć. Wydarzyło się tak nagle. Od czasu do czasu myślę, że to wszystko jest snem. Jakimś psikusem wszechświata. Bo jak to możliwe, że najpierw widzisz swoją mamę na trybunach podczas każdego meczu, a potem nagle po rutynowej wizycie u lekarza dowiadujesz się, że ma raka piersi w czwartym stadium, i pięć miesięcy później żegnasz się z nią na zawsze?
- Ty. Hokej. Ratowanie Raga i Millie - odpowiadam, wspominając moje golden retrievery. - Obcowanie z rzeczami, które mnie cieszyły. Wtedy nie dawały mi szczęścia, ale w ostatecznym rozrachunku tak. Dla każdego wygląda to inaczej. Niektórzy wolą zamknąć się w sobie. Inni uciekają w używki. Trzeba znaleźć to, co działa dla ciebie. Jeśli chcesz przejść na emeryturę, wiesz, że cię wesprę. Chłopaki też. Emmy może próbować skopać ci tyłek, ale to już wasza sprawa.
- Najbardziej pociąga mnie, gdy chce skopać mi tyłek. - Jego charakterystyczny uśmiech z dołeczkami powrócił. - Tak czy siak, zostało mi tylko kilka sezonów. Wiem, że wcześniej żartowałeś, ale tak, zwalniam tempo. Zbyt wiele lat poświęciłem temu sportowi. Może teraz nadszedł czas, żeby odpuścić.
- Rozmawiałeś z moją ulubioną rudowłosą o tym wszystkim?
- Nie. Podczas naszej podróży celowo unikaliśmy rozmów na ten temat. Uznaliśmy, że przyda nam się oderwanie od rzeczywistości. Teraz jesteśmy w domu i nie da się od niej uciec. Nie możemy się już przed nią ukrywać.
- Komunikacja jest ważna.
- Znowu te twoje rady dotyczące związków. Może kiedyś będę taki mądry jak ty.
- Jesteś teraz żonaty, Mavvy. I myślę, że jesteś też wystarczająco mądry. Wiesz, gdzie mnie szukać, jeśli kiedykolwiek będziesz chciał pogadać. Wspieram cię, tak jak ty robisz to dla mnie.
- Kurwa. - Maverick patrzy na dzieciaki wracające na środek lodowiska. - Chyba się nie spodziewałeś, że odbędziesz dziś tak cholernie poważną gadkę, kiedy wjechałeś na arenę, co?
- Myślałem, że będzie więcej żartów o fiutach. Szczerze mówiąc, jestem rozczarowany.
- I ja też, stary. A co z tą rekrutacją na kucharza? Co zrobisz?
- Pewnie po prostu trafi mnie szlag. Albo zamówię dietę pudełkową, żeby już nigdy nie musieć rozmawiać z kimkolwiek.
- Brzmisz jak Liam - mówi, a ja prycham.
Nasz bramkarz, Liam Sullivan, to najbardziej aspołeczny facet, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Jest cholernie dobrym hokeistą, ale ma awersję do rozmów z ludźmi. Mam niemal zupełną pewność, że jedyną osobą, którą lubi, jest jego dziewczyna, Piper Mitchell, nasza reporterka z lodowiska.
Stanie się takim jak on nie byłoby najgorszą rzeczą na świecie, ale wolałbym nie zamieniać się w odludka, który komunikuje się tylko za pomocą pomruków i przewracania oczu.
- Wspaniale. Wygląda na to, że wszystko zaczyna się układać. - Poprawiam gwizdek na szyi i wstaję. - Zostajesz?
- Tak. Chyba powinniśmy odpuścić ten nasz wyścig. Zróbmy sparing i zobaczymy, kto jest lepszym trenerem. Przegrany musi pogadać z nowicjuszami i mediami w pierwszy dzień obozu Starsów w przyszłym tygodniu.
- To część twojej roboty jako kapitana.
- Jesteś moim zastępcą. Mam prawo delegować obowiązki.
- Dupek. - Wskakuję z powrotem na lód i ruszam w stronę dzieciaków, które zapinają kaski i wkładają ochraniacze na zęby. - Wiedziałem, że wypadłeś z formy, kapitanie! - krzyczę.
- Dostaniesz za to sto okrążeń, Hayes! - odparowuje.
Uśmiecham się do obozowiczów.
- Kto chce zobaczyć, jak pokonuję Mavericka Millera w pojedynku na strzały? - pytam, a dzieciaki krzyczą z radości.
1 Wyjaśnienia zwrotów oznaczonych gwiazdką znajdują się w słowniczku terminów sportowych na końcu książki.
Madeline
Tydzień bezskutecznego szukania pracy sprawił, że zaczynam rozważać karierę na OnlyFans.
W każdej restauracji, którą odwiedziłam, mówiono mi, że moje CV robi wrażenie. Chwalono moje doświadczenie, ale nigdzie nie mieli wolnych etatów.
Tę samą, dobrze znaną, wypowiadaną z uśmiechem formułkę "odezwiemy się, jeśli coś się pojawi" słyszałam już chyba z tuzin razy. Z każdym dniem tracę wiarę, że znajdę coś z pensją porównywalną do mojej poprzedniej, i z każdym dniem jestem coraz bliżej sprzedawania zdjęć moich stóp w internecie.
Zmęczona i sfrustrowana zasiadam na łóżku z kieliszkiem wina po kolejnym długim popołudniu włóczenia się po Stripie i czuję, że moja resztka optymizmu nadal maleje.
Do jutrzejszego poranka Lucy będzie u moich rodziców, a mnie kusiło, żeby przynieść tu całą cholerną butelkę.
Ale jeśli naprawdę chcę ogarnąć swoją przyszłość, muszę zachować jasny umysł. Upicie się tanim pinot noir niestety w niczym tu nie pomoże.
Wyciągam nogi, kładę torebkę na kolanach i zaczynam w niej grzebać, szukając telefonu. Przewijanie LinkedIna w stanie rozpaczy brzmi jak idealny sposób na zakończenie kolejnego gównianego dnia. Wymacuję jednak nie krawędź telefonu, tylko coś sztywnego - jakiś kartonik - i marszczę brwi.
Ostawiam kieliszek na stolik nocny i wyciągam złożony kawałek papieru. To wizytówka, a sądząc po rozmazanych cyfrach i literach, musi być w mojej torebce od wieków. Prawy róg jest naderwany, ale na górze prostokąta wciąż widać logo.
- D. C. Stars. Piper Mitchell, reporterka sportowa - czytam i nagle przypominam sobie wieczór, w którym weszłam w posiadanie tej wizytówki. - Och.
Stars to ulubiona drużyna Lucy, więc kiedy grali w Vegas w zeszłym sezonie, zaszalałam i kupiłam bilety. Siedziałyśmy pięć rzędów od tafli, a po meczu Piper wyszła z tunelu z naręczem sprzętu, żeby rozdawać go czekającym fanom. Przywitała się z Lucy, nawet chwilę z nią porozmawiała w języku migowym i podarowała jej koszulkę jednego z zawodników.
Lucy była w siódmym niebie.
Koszulka śmierdziała potem i sięgała jej aż do stóp, ale nie miało to znaczenia. Nosiła ją tygodniami i do dziś wisi w jej szafie jako najcenniejsza rzecz na świecie.
Nie mam pojęcia, skąd u niej ta fascynacja hokejem. Sama ledwie potrafię wymienić dwie drużyny w całej lidze, ale staram się śledzić wyniki Starsów, żeby móc ją na bieżąco informować.
To musi być jakiś znak, prawda?
Ta wizytówka leży w mojej torebce od miesięcy. Zakopana pod paczką gumy i parą AirPodsów, zapomniana i w dodatku naddarta przez klucze i spinki do włosów - a znajduję ją dziś, akurat dziś, gdy jestem o krok od załamania?
Nie jestem wielką zwolenniczką uznawania przypadków za boskie interwencje. Nigdy nie chodziłam do kościoła, nie wierzyłam w cuda - ale teraz udaję, że to mała przysługa od jakiegoś anioła stróża, który postanowił wyciągnąć do mnie rękę.
Biorę wino i wypijam pół kieliszka dla kurażu. Kiedy rozmawiałam z Piper, powiedziała, że jeśli będę czegoś potrzebować albo znajdę się w Waszyngtonie, mam się do niej zwrócić. To szaleństwo zadzwonić teraz, po tylu miesiącach, do kobiety, której właściwie nie znam. Naprawdę nie chcę wyjść na desperatkę.
Popijając wino, rozważam za i przeciw tego pomysłu. Gdy opróżniam kieliszek, czuję, jak moje zahamowania znikają. Niepokój, który od tygodnia zalega mi w żołądku jak zaciśnięty węzeł, zaczyna się rozplątywać - i po raz pierwszy od wielu dni dostrzegam nikły promyk nadziei.
Jestem zdesperowana jak diabli. Co mam do stracenia?
- Pieprzyć to - mówię do pustego pokoju, wybierając jej numer. Po dwóch sygnałach ktoś odbiera, a ja odruchowo siadam prosto.
- Halo?
- Cześć - mówię. - Czy rozmawiam z Piper Mitchell?
- Tak, to ja.
- Cześć. To trochę dziwne, z góry przepraszam, jeśli zabrzmię idiotycznie. - Nerwowy śmiech wyrywa mi się z gardła, ale brnę dalej. - Nazywam się Madeline. Madeline Galloway. Spotkałyśmy się, kiedy Starsi grali przeciwko... - urywam i w duchu przeklinam samą siebie za to, że nie pamiętam, jak, do cholery, nazywa się lokalna drużyna hokejowa. - Kiedy byli w Vegas w zeszłym sezonie. Mam córkę, Lucy. Pamiętasz? Rozmawiałaś z nią w języku migowym.
- O mój Boże! Oczywiście, że pamiętam! Cześć! Jak się masz?
W jej głosie słychać ciepło, a w pytaniu życzliwość, jakby naprawdę chciała wiedzieć, jak się czuję.
To pomaga mi się rozluźnić. Nabieram głęboko powietrza i podciągam kolana do klatki piersiowej.
- Chcesz wersję krótką czy długą? - pytam.
- Uwielbiam długie historie - odpowiada.
- Straciłam pracę szefowej kuchni w restauracji tutaj, w Vegas, i szukam czegoś nowego. Mam wrażenie, że wyczerpałam już wszystkie możliwości w tym mieście, więc zaczynam szukać gdzie indziej. Znasz może jakieś miejsce w okolicach Waszyngtonu, które szuka ludzi do pracy? Albo gdziekolwiek indziej? Jestem gotowa się przeprowadzić.
- Czekaj. Jesteś szefową kuchni? - pyta Piper.
- Tak. A właściwie... byłam. Teraz jestem nieszczęśliwie bezrobotna. - Z gardła znowu wyrywa mi się śmiech. Gdyby nie ten kieliszek wina, pewnie bym już płakała. - Wchodzą nowi właściciele i robią czystkę. Pociesza mnie tylko to, że to nie ma nic wspólnego z jakością mojej pracy.
- Bardzo mi przykro. Niepewność zawodowa to koszmar. W jakiej restauracji pracowałaś?
- W stekowni z gwiazdką Michelin. Choć pracowałam już w najróżniejszych kuchniach i dobrze czuję się w każdym środowisku.
- W każdym? - powtarza.
- W granicach rozsądku. Nie jestem mistrzynią kuchni francuskiej, ale chętnie się uczę. Mam silną etykę pracy i potrafię zachować spokój pod presją. - Krzywię się, słysząc ostrość i uszczypliwość własnego tonu. - Przepraszam, nie chciałam brzmieć, jakbym się broniła. Po prostu jestem przyzwyczajona do udowadniania swojej wartości ludziom, mężczyznom, szczerze mówiąc, którzy są ode mnie mniej wykwalifikowani, ale zajmują wyższe stanowiska. To już odruch, nie intencja.
- Nawet nie wspominaj o nierównościach między kobietami i mężczyznami w miejscu pracy. Widzę to codziennie i mogłabym gadać godzinami o faworyzowaniu płci - mówi z pasją Piper. - Ale dość o tych dupkach, którzy nie pracują tak ciężko jak my. Powiedz mi: czy kiedykolwiek myślałaś o pracy jako prywatna szefowa kuchni?
- Prywatna szefowa kuchni? Hmm, nie, nigdy nie przyszło mi to do głowy - przyznaję szczerze. - Całe życie gotowałam dla dużych grup, w restauracjach. To środowisko, w którym czuję się najlepiej.
- Rozumiem. Wiesz, nie mam żadnych kontaktów w restauracjach - mówi Piper, a mnie opuszcza nadzieja.
Znajome już uczucie rozczarowania wraca. Maleńki promyk nadziei, który pojawił się dziesięć minut temu, gaśnie.
- Jasne, rozumiem. Dziękuję ci bardzo za...
- Ale jeśli jesteś otwarta na rozmowę o stanowisku prywatnej szefowej kuchni, to może mam coś, co by się dla ciebie nadawało.
- Serio?
- Tak. Jeden z zawodników D. C. Stars potrzebuje kogoś takiego. Naprawdę miły facet, ale nie potrafi utrzymać przy sobie żadnego kucharza dłużej niż tydzień - mówi, a ja marszczę brwi.
- Nie brzmi to zbyt obiecująco. Jest tyranem? Czy może żywi się tylko ludzką krwią?
Piper wybucha śmiechem.
- Nie, ale wtedy byłby przynajmniej ciekawszy! Problem w tym, że ludzie, których zatrudniał, nie mieli wobec niego najlepszych intencji. Ciągle trafia na złych kandydatów. Tylko nie mów mojemu chłopakowi, ale to mój ulubiony zawodnik w drużynie. - Piszczy, a potem wydaje z siebie okrzyk. - O nie, usłyszał mnie!
- Spotykasz się z jednym z zawodników? - pytam z uśmiechem, słysząc w jej głosie czułość. Pamiętam te pierwsze miesiące w związku, gdy nie można oderwać od siebie rąk, gdy wszystko jest łatwe i zabawne. - Z którym?
- Z Liamem Sullivanem. Bramkarzem. Jest uczulony na dobrą zabawę, więc robię wszystko, żeby go z tego wyleczyć. Ale wracając do ciebie: co sądzisz o gotowaniu dla jednej osoby zamiast dla całej restauracji?
- Nie mam w tym doświadczenia, ale wątpię, żeby było trudniejsze niż wydawanie ośmiuset posiłków dziennie dla pełnej sali. Jestem zdecydowanie zainteresowana, chcę dowiedzieć się więcej.
- Osiemset posiłków? Rety, ty jesteś chyba Superwoman!
- Skądże. - Uśmiecham się i przełączam telefon na głośnik, żeby otworzyć aplikację z notatkami. - Jak by to wyglądało? Mam umówić się na rozmowę kwalifikacyjną czy na spotkanie przez Zooma? Pewnie będzie chciał mnie poznać, prawda? I czy znajomość hokeja to część wymagań? Bo szczerze mówiąc, nie wiem o tym sporcie absolutnie nic. Wiem tylko, że mają kije. I to tyle.
- Brak pojęcia o hokeju to akurat ogromny plus. Potrafisz wymienić kogokolwiek z drużyny?
- Hm. Liam, oczywiście, ale tylko dlatego, że właśnie o nim wspomniałaś. I Maverick... Molder? Miller? Coś w ten deseń. Lucy go uwielbia. Jest tam też jakiś blondyn, prawda?
- Jest blondyn - potwierdza, ale nie dodaje o nim nic więcej. - To może zabrzmieć trochę wariacko, ale czy miałabyś możliwość przylecieć do Waszyngtonu na kilka dni? W poniedziałek drużyna zaczyna obóz przygotowawczy, więc przez jakiś czas zawodnicy będą w mieście, zanim ruszą w trasę przedsezonową. Przedstawiłabym cię w mniej formalnej atmosferze, tak żebyście się poznali. Jeśli się dogadacie, możecie umówić się na rozmowę kwalifikacyjną, żeby mógł ci zadać kilka pytań.
- W najbliższej przyszłości nie mam dosłownie nic w grafiku, więc mogę lecieć, kiedy tylko wam pasuje. Tylko że... - Bawię się narzutą i przygryzam dolną wargę. - Mam Lucy. Moją córkę. Może zostać z moimi rodzicami, kiedy mnie nie będzie, ale jestem samotną matką i jedyną osobą, która się nią opiekuje. Nie chcę wywracać jej życia do góry nogami, dopóki nie będę pewna, że to ma sens. Gdybym dostała tę pracę, musiałaby przeprowadzić się ze mną. Wiedząc to, myślisz, że mimo wszystko powinnam przyjechać na rozmowę?
- Tak - mówi Piper bez chwili wahania. - Będzie tu mile widziana, jeśli zdecydujesz się przyjąć tę pracę. Możesz to z nim omówić. Znam go od lat i naprawdę nie żartowałam, kiedy powiedziałam, że jest jednym z moich ulubionych facetów, nie tylko w drużynie, ale w całym moim życiu. Obiecuję, obecność Lucy nie wpłynie w żaden sposób na jego decyzję.
Rozmowa z Piper rozpaliła we mnie iskrę. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby pomyśleć o Waszyngtonie jako o miejscu, w którym mogłabym się osiedlić, ale im dłużej rozmawiamy, tym bardziej czuję, że właśnie to powinnam zrobić. Że właśnie tego potrzebuję.
Nigdy nie byłam osobą rzucającą się na głęboką wodę, ale może ta nowa, ekscytująca przygoda będzie dokładnie tym impulsem, którego mi brakowało.
- To... naprawdę miło to słyszeć. - Przełykam ślinę i spoglądam w sufit. - Taka przeprowadzka jest przerażająca, gdy się o niej pomyśli, ale może to dobrze. Zmiana nie zawsze jest czymś złym.
- Pamiętam, jak czułam się uwięziona w swojej pracy. Ale ta jedna, ogromna zmiana, która mnie wtedy przerażała, okazała się najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć. Chciałabym, żeby i tobie się to udało - mówi Piper, a ja zauważam, jak łatwo się z nią rozmawia. Jest szczera, autentyczna w swoim entuzjazmie i pełna empatii. Do licha, odebrała telefon z nieznanego numeru, to wiele mówi o jej charakterze. - Nawet jeśli nie stanie się to w Waszyngtonie.
- Myślisz, że jestem stuknięta, skoro chcę wsiąść do samolotu, żeby lecieć na rozmowę kwalifikacyjną o pracę, do której pewnie się nie nadaję? - pytam. - To przecież brzmi absurdalnie.
- Nie. - W głosie Piper słychać uśmiech. Miękkie brzmienie tego jednego słowa sprawia, że sama też się uśmiecham. - Myślę, że jesteś odważna i silna, skoro robisz coś, co tak daleko wykracza poza twoją strefę komfortu. Już teraz czuję, że się zaprzyjaźnimy, Madeline.
- Zaraz się rozkleję. - Ocieram kciukiem kąciki oczu. - Przepraszam. To był ciężki tydzień i trudno zachować optymizm, gdy muszę myśleć nie tylko o sobie.
- Chętnie pomogę, jak tylko będę mogła.
- Mogłabyś wysłać mi listę hoteli w okolicy? I jakiekolwiek inne informacje, które mogą mi się przydać?
- Hotele? Nie ma mowy. Nie będziesz wydawać pieniędzy, skoro masz dziecko na utrzymaniu. Zatrzymasz się u nas. Mamy mnóstwo miejsca i jesteś tu mile widziana.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Liam nie przepada za ludźmi, ale przywyknie.
- Dziękuję, Piper. Nie potrafię wyrazić, jak wiele to dla mnie znaczy. Dla nas. Wiem, że to może się nie udać, ale jeśli się uda... to może odmienić moje życie. Jesteś niezwykle życzliwa.
- Każdy zasługuje na szczęście. Muszę już lecieć, ale daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebować. Zaraz wyślę ci więcej szczegółów.
Kiedy odkładam telefon, jestem o krok od wybuchnięcia płaczem - ale tym razem ze szczęścia. I, na Boga, to wyjątkowo miła odmiana.
Hudson
PIPER
Cześć, mój ulubiony obrońco!
JA
Nie jestem pewien, czy Riley będzie zadowolony, słysząc, że jestem Twoim ulubieńcem, ale z chęcią przyjmę ten zaszczyt.
Co tam, Mała P?
PIPER
Masz dziś wolny wieczór?
JA
To w związku z mediami?
PIPER
Nie. To raczej osobista sprawa...
JA
Te trzy kropki wcale nie wyglądają złowieszczo.
PIPER
Nie wiem, jak inaczej to wytłumaczyć...
JA
Uważam Cię za miłą babkę, Piper. Cenię naszą przyjaźń, ale naprawdę nie chcę, żeby Liam dał mi w gębę. Niniejszym grzecznie odrzucam twoje zaloty. Nie odwzajemniam twoich uczuć, przepraszam.
PIPER
Fuj. Myślisz, że Cię podrywam?
Jesteś dla mnie jak BRAT, Hudson. Boże.
Mam pomysł, który chcę Ci przedstawić. I nie chodzi o sypianie ze tobą.
JA
Zamieniam się w słuch.
PIPER
Jak ostatnio poszły Ci rozmowy kwalifikacyjne z szefami kuchni?
JA
Fatalnie. Pierwszy facet, z którym gadałem, zasugerował, żebym pił sok z marchwi do każdego posiłku. Następna była babka, która zapytała, czy jestem na Tinderze, bo TWIERDZI, że rok temu wzajemnie się tam polubiliśmy. Potem przyznała, że skłamała na temat swojego doświadczenia w gotowaniu. Nawet nie potrafi zrobić kanapki z indykiem.
PIPER
Jesteś na Tinderze?
JA
Nie.
PIPER
Więc potrzebujesz przerwy od poszukiwań. Wpadnij na kolację. Obiecuję, że nie będzie soku z marchwi.
JA
Brzmi lepiej niż ramen, który miałem zamiar zjeść. Mam coś przynieść?
PIPER
Ty i Twój uśmiech wystarczą :)
JA
Teraz jestem jeszcze bardziej zaniepokojony...
Piper otwiera drzwi mieszkania, nim zdążę zapukać. Zawsze się uśmiecha, ale tym razem wywołuje u mnie dziwne uczucie napięcia. Wchodzę do przedpokoju, mierząc ją nieufnym wzrokiem.
- Cześć. - Staje na palcach i obejmuje mnie za szyję, mocno przytulając. Widziałem ją cztery godziny temu na treningu, ale i tak ściska mnie i klepie po plecach. - Dzięki, że wpadłeś.
- Jak mógłbym nie wpaść? Twoje tajemnicze wiadomości nic nie zdradzały, więc musiałem zobaczyć, o co ci chodzi. - Zdejmuję swoje wysokie najki i odstawiam w kąt. - Wszystko w porządku, prawda? Nie muszę chyba łapać za lampę i używać jej jako broni, co?
- Wszystko w porządku.
Piper szarpie mnie za ramię i próbuje pociągnąć do przodu. Śmieję się z jej wysiłków, bo ani drgnę. Przy moim wzroście - prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów - jestem wyższy od niej o głowę, będzie musiała się bardziej postarać, żeby mnie gdziekolwiek ruszyć.
- Na pewno wszystko okej? Bo ostatnim razem, gdy mnie wzywano tam, gdzie byliście wy oboje, chodziło o posprzątanie bałaganu po waszym pijackim ślubie. Powtórka z rozrywki, Mała P? Przysięgam, jeśli on na ciebie nakrzyczał, to ustawię go do pionu.
- Ale z ciebie słodziak. Trzymaj się tej swojej miłej strony. - Uśmiecha się promiennie, a ja niechętnie idę za nią korytarzem.
Nie lubię nie wiedzieć, w co się pakuję. Nienawidzę niespodzianek, a jeszcze bardziej nie cierpię być w centrum uwagi. Dreszcz niepokoju przebiega mi po karku, ale coś mi podpowiada, żeby jednak nie stawiać oporu.
- Jestem taka tym wszystkim podekscytowana.
- O co właściwie chodzi? Remont kuchni? Nowe zasłony? Naprawdę powinnaś zmienić oświetlenie nad wyspą. - Pociągam nosem i odchylam ramiona do tyłu. - O rany. Co tak pachnie? Czy Liam spędził przerwę między sezonami, doskonaląc swoje kulinarne umiejętności?
- Nie. - Zatrzymuje nas na środku kuchni i rozkłada ręce. - Ta-da!
Rozglądam się. Na marmurowej wyspie znajduje się stos talerzy, na kuchence - dwie patelnie. Obok zlewu złożona w kratkę ścierka do naczyń, a sztućce leżą na blacie. Nic się nie zmieniło od ostatniego wieczoru z pizzą w zeszłym tygodniu i jestem jeszcze bardziej zdezorientowany.
- Eee. - Marszczę brwi i drapię się po brodzie. - Na co właściwie patrzę?
- Gdzie ona... Madeline? Wszystko w porządku? - woła, a mój grymas się pogłębia.
- Kim, do cholery, jest Madeline? - pytam.
- Zobaczysz.
- Umówiłaś mnie na randkę w ciemno? Mam dziurę w koszulce, Piper. Tak się nie robi dobrego pierwszego wrażenia. I nie przyniosłem wina. Kwiatów. Niczego.
- To nie jest randka w ciemno. Daj jej chwilę.
- Przepraszam. - W pokoju rozbrzmiewa miękki głos, którego nie kojarzę. - Musiałam wziąć dodatkowe serwetki. Trochę się pobrudziłam.
Mrugam zaskoczony, gdy do kuchni zdecydowanym krokiem wchodzi wysoka brunetka. Kiedy podnosi wzrok znad sterty serwetek, które trzyma, zatrzymuje się w miejscu. Spotykamy się wzrokiem i przełykam ślinę.
- Cześć - mówię.
- Cześć - odpowiada, a ja przyglądam się jej uważnie.
Nigdy wcześniej jej nie widziałem, przysięgam. Zapamiętałbym ją, gdybyśmy się spotkali. Na biodrach ma zawiązany niebieski fartuch. Jej ciemne, długie włosy sięgają połowy pleców. Grzbiet nosa pokrywają piegi, a brązowe oczy są duże i szeroko otwarte. Jest ode mnie niższa, ma pewnie jakieś sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i kształty klepsydry.
Kimkolwiek jest, wygląda na zrelaksowaną. Ma na sobie legginsy, długie skarpety i różowy sweter, który zsuwa się jej z ramienia, odsłaniając kremową skórę i fragment tatuażu tuż pod obojczykiem.
- Jestem Hudson.
- Hudson. - Marszczy nos i opiera rękę na biodrze. Plama sosu na jej fartuchu pasuje do smug na palcach. Na widok jej konsternacji mimowolnie drgają mi usta. - Jesteś przyjacielem Piper?
Przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie wiedzą, kim jestem, a to miła odmiana.
Nie muszę być Hudsonem Hayesem, supergwiazdą NHL.
Mogę być Hudsonem Hayesem, psim tatą, który kładzie się spać o dwudziestej pierwszej i woli trzymać się z dala od blasku fleszy.
- Przyjaciel - powtarzam, poddając się tej wersji siebie. - Tak. Coś w tym rodzaju.
- Jestem Madeline Galloway. - Wyciera ręce o fartuch i wyciąga dłoń. Oplatam ją palcami, nie dziwiąc się, że jest gładka i ciepła. - Miło cię poznać.
- Madeline przyjechała do miasta na kilka dni i zatrzymała się u nas - mówi Piper swobodnie, ale wyczuwam w jej słowach nutkę intrygi. - I wiesz co? Jest szefową kuchni, a właśnie takiej osoby ci teraz brakuje, prawda?
Cofam się o krok i opieram o blat. Krzyżuję ramiona na piersi i kiwam głową.
- Faktycznie.
Madeline odwraca się plecami, żeby wymieszać coś w garnku na kuchence.
- Do niedawna byłam szefową kuchni w ekskluzywnej restauracji w Las Vegas.
- Szefową kuchni? Brzmi poważnie.
Spogląda na mnie przez ramię z dumnym uśmiechem.
- I tak było.
- To była restauracja z gwiazdką Michelin - wtrąca Piper, a ja dostrzegam, jak policzki Madeline czerwienieją. - Teraz szuka pracy. Pomyślałam, że skoro ty potrzebujesz pomocy w kuchni, a ona pracy, moglibyście się poznać. Jeśli znajdziecie wspólny język, możecie umówić się na rozmowę kwalifikacyjną. - Piper rzuca mi nieśmiałe spojrzenie i kontynuuje: - Niezły zbieg okoliczności, że Madeline pojawiła się akurat w tym samym czasie co ty, no nie?
- Wprost niesamowity - mówię przeciągle, od razu domyślając się podstępu.
- Wczoraj zrobiła nam grillowane kanapki z serem i zupę pomidorową. Były przepyszne - mówi Piper.
- Przepyszne to mało powiedziane - dodaje kolejny głos. Dołącza do nas Liam. Zmienił strój, który miał rano na treningu, jego ciemne włosy są mokre po prysznicu. - A wiesz, że rzadko cokolwiek chwalę.
- Wiem. Myślałem, że masz alergię na komplementy. - Przenoszę wzrok z powrotem na Madeline. Bez mrugnięcia okiem radzi sobie z trzema zadaniami jednocześnie. Przysięgam, że dziesięć sekund temu widziałem, jak obracała nóż w dłoni, nie robiąc sobie krzywdy, i chcę, żeby zrobiła to jeszcze raz. - Gotowałaś kiedyś dla zawodowego sportowca?
Odwraca głowę. Wędruje wzrokiem w dół, po mojej koszulce, a potem z powrotem w górę, i lekko rozchyla usta.
- Och, jesteś zawodowym sportowcem? - pyta. - To wiele wyjaśnia.
- Ehm, tak? Gram dla D. C. Stars - mówię.
- Faktycznie. Jesteś tym blondynem.
- No... dzięki?
- Przepraszam, szczerze mówiąc, nie jestem fanką.
- Blondynów?
- Sportu. Zawodników. Drużyn. Mógłbyś ustawić tu połowę zawodników Starsów obok ośmiu facetów zgarniętych z ulicy, a i tak nie umiałabym ich rozróżnić.
- Kręci się tu mnóstwo facetów ważących dziewięćdziesiąt kilo - mówię, a jej usta unoszą się w lekkim uśmiechu. - Na pewno jest jeszcze więcej takich, którzy mierzą sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu.
- W zeszłym roku byłam na swoim pierwszym meczu hokejowym. Chyba pokazywali cię sporo na telebimie.
- Twój pierwszy mecz? - Mój umysł próbuje ogarnąć, jaka jest rola tej kobiety w życiu Piper i Liama i co...
- Wina? - przerywa Piper z butelką cabernet sauvignon w dłoni.
- Poproszę. To mój ostatni kieliszek do następnego lata, więc z takim wypasionym winem mogę zaszaleć. - Odwracam się i otwieram szafkę za sobą, żeby wyjąć kilka kieliszków. - Madeline, chcesz trochę?
- Jasne. - Wyłącza kuchenkę i kładzie podkładkę na blacie. - Idealnie trafiłeś, bo kolacja gotowa.
Wszyscy razem kręcimy się po kuchni, rozdzielając jedzenie i podając sztućce. Liam pyta, czy widziałem skład przedsezonowy, który trener szykuje na pierwszy mecz. Piper i Madeline rozmawiają o kimś o imieniu Lucy i zastanawiam się, czy to ich jakaś wspólna znajoma.
Kiedy siadamy przy kwadratowym stole, burczy mi w brzuchu. Ryż z fasolą, który zjadłem na lunch, ledwo mi wystarczył na trening siłowy, jestem głodny jak wilk. Nabieram widelcem curry i z trudem powstrzymuję jęk.
- O jasna cholera. - Przełykam kęs i przysięgam, że łzy napływają mi do oczu. Tak musi wyglądać niebo: aromatyczny kurczak, delikatna ostrość, czyli najlepsze jedzenie, jakiego kiedykolwiek próbowałem. - Naprawdę potrafisz gotować. I nie tylko gotować. Potrafisz dobrze gotować.
Madeline ociera usta serwetką.
- Wygląda na to, że jesteś zaskoczony.
- Ostatnio ludzie próbowali mi wciskać gotowe makarony z puszki jako domowe ravioli, więc ostrożnie podchodzę do jedzenia. - Biorę kolejny kęs i wzdycham. - Nie ma jednak powodu, żeby tu być ostrożnym. To jest perfekcja. Mówiłaś, że mieszkasz w Vegas? Skąd ty i Piper się znacie?
- Poznałyśmy się, kiedy graliście w Vegas w zeszłym roku, na tym meczu, o którym wspomniałam - wyjaśnia. - Kiedy straciłam poprzednią pracę, skontaktowałam się z Piper, żeby zapytać, czy zna jakieś możliwości zatrudnienia. Wspomniała o zawodniku, pewnie o tobie, który szuka kucharza, i oto jesteśmy.
- A ta poprzednia praca, gdzie byłaś szefową kuchni? Ludzie, którzy cię zwolnili, nie mieli kubków smakowych? - pytam, a ona tłumi śmiech kolejnym łykiem wina.
- Zmienił się zarząd. Przejęła nas firma, która chciała, by każda restauracja w Vegas była niemal identyczna: małe porcje i wysokie ceny.
- Więc potrzebujesz nowej pracy.
- Tak. Szukałam wszędzie w Vegas i nie udało mi się nic znaleźć. - Madeline zakłada kosmyk włosów za ucho i poprawia sweter. Wciąż próbuję rozszyfrować, co może przedstawiać jej tatuaż. - Nie sądziłam, że kiedykolwiek rozważę pracę po drugiej stronie kraju, a jednak.
- Przepraszam, że się wtrącam, ale to może być dobra okazja dla was obojga - odzywa się Piper, a ja przypominam sobie, że tu jest. - Pomyślałam, że moglibyście się poznać, i jeśli się dogadacie, możecie porozmawiać o rozmowie kwalifikacyjnej albo o dalszych krokach.
- Rozmowa. Tak. To. - Kiwam głową i zajadam się ryżem. Pewnie wyglądam jak dzikus, ale nie obchodzi mnie to. - Jak długo będziesz w mieście? Masz czas w przyszłym tygodniu, żeby się spotkać?
- Serio? Chcesz przeprowadzić ze mną rozmowę kwalifikacyjną? Ledwo mnie znasz - oznajmia Madeline. - Mogłam zatruć jedzenie.
Prycham śmiechem. Podoba mi się jej sarkazm.
- Nie obchodzi mnie to. Niech się dzieje wola nieba.
- Jesteś zawodowym sportowcem z napiętym grafikiem. Który dzień najbardziej ci pasuje?
- Poniedziałek? W południe?
- Jestem za - mówi, uśmiechając się ponownie. - Nie mogę się doczekać.
Resztę posiłku spędzamy na luźnej rozmowie, popijając wino. Jestem przyzwyczajony do spędzania czasu z chłopakami z drużyny w głośnych i chaotycznych warunkach i podoba mi się, jak tu jest spokojnie. Podczas posiłku mogę raz dołączać do rozmowy, a za chwilę się z niej wycofać, jak mi tylko pasuje.
Kiedy kończymy jeść, wstaję pierwszy. Zbieram puste talerze i stawiam je jeden na drugim. Dokładam na wierzch sztućce i odsuwam krzesło.
- Mogę to zrobić - mówi Madeline, łapiąc nóż i widelec. - To ja nabrudziłam.
- Nie. - Zabieram jej widelec i kieruję się do kuchni, a ona drepcze za mną. - Mama zawsze mi powtarzała, że kto gotuje, ten ma wolne od sprzątania. Nie kiwnąłem dziś palcem, więc to moja robota. Ogarnę to.
- Nie mam nic przeciwko. Naprawdę.
Mruczę pod nosem, ustawiając wszystkie brudne naczynia w zlewie.
- Oszczędzaj energię na rozmowę kwalifikacyjną w przyszłym tygodniu.
- Dobrze. - Madeline opiera się o blat obok mnie i poprawia dekolt swetra. Kusi mnie ten jej cholerny tatuaż. - Cieszę się, że trucizna tym razem nie zadziałała. Jesteś pewien, że chcesz, żebym spróbowała ponownie w poniedziałek?
- Tak. - Nasze spojrzenia się spotykają i uśmiecham się szeroko. - Chcę, żebyś dała z siebie wszystko.
Dalsza część w wersji pełnej
Drogie i Drodzy,
bardzo Wam dziękuję, że sięgnęliście po Zagranie. Jeśli czytaliście którąś z pozostałych książek z serii D. C. Stars, wiecie, że lubię pisać o facetach, którzy są zakochani po uszy, i o silnych, pewnych siebie kobietach, prawdziwych wojowniczkach.
Tak jest w przypadku Hudsona i Madeline, choć są jak na razie najdelikatniejszą parą w całej serii. Ich historia to powolne narastanie uczuć. Fundament ich przyjaźni powstaje przez długie miesiące, na długo zanim narodzi się ich związek. Czuję jednak, że w ich przypadku to konieczne - i wierzę, że działa.
Madeline jest samotną matką. Po tym, co spotkało ją w przeszłości, stała się cyniczna i to mocno wpływa na jej spojrzenie na związki.
Jej córka, Lucy, jest Głucha. Korzystałam z pomocy czytelników - członków społeczności Głuchych oraz z własnych szeroko zakrojonych badań, aby oddać jej historię tak autentycznie, jak to tylko możliwe. Wiem, że nie jestem idealna. Wciąż uczę się, jak robić pewne rzeczy właściwie, i bardzo się starałam, by włożyć w jej postać jak najwięcej troski i uważności.
Zobaczycie, że wypowiedzi Lucy w ASL1 (Amerykańskim Języku Migowym) są zapisane pogrubioną kursywą. Kiedy inni bohaterowie rozmawiają z nią w języku migowym, ich wypowiedzi będą zapisane kursywą. Dodatkowo, jeśli posługują się SJM2 (systemem językowo-migowym) - techniką polegającą na jednoczesnym mówieniu i miganiu - ich dialogi będą pisane kursywą i ujęte w cudzysłów.
Skoro już mowa o robieniu rzeczy we właściwy sposób - historia Hudsona to opowieść o złamanym sercu i odnajdywaniu szczęścia po utracie kogoś ważnego. Proces żałoby nie przebiega według jednego schematu i nie wygląda tak samo u każdego. Każdy doświadcza jej inaczej i nie ma jednego "właściwego" sposobu radzenia sobie z taką sytuacją.
To romans osadzony w świecie hokeja, ale pewne elementy gry zostały zmodyfikowane, by czytało się to płynniej. Nie chcę wymieniać dwudziestu trzech zawodników (bo to byłoby strasznie mylące!) ani opisywać minuta po minucie całego meczu (są sceny ważniejsze!), jednak przez te drobne uproszczenia tylko nieznacznie odbiegam od rzeczywistości.
Jeśli chcecie pogadać ze mną dłużej, zawsze możecie pisać do mnie na socialach. Uwielbiam czytać Wasze szalone przemyślenia towarzyszące lekturze.
Bawcie się wspaniale!
Buziaki, Chelsea
1 Odpowiednikiem ASL (American Sign Language) w Polsce jest PJM (Polski Język Migowy) - to naturalny język, którym posługują się osoby Głuche w Polsce. Ma własną gramatykę, składnię i idiomy, niezależne od języka polskiego (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
2 SJM nie jest naturalnym językiem. To system sztuczny, który "przekłada" język polski na migowy, zachowując szyk zdań. Stosuje się go w niektórych szkołach do nauki polskiego pisanego lub mówionego, ale ma ograniczoną naturalność i płynność w komunikacji. W Polsce w praktyce w społeczności osób Głuchych nie używa się SJM, bo nie jest ich naturalnym językiem - jest mniej intuicyjny, może ograniczać ich rozwój językowy i społeczny, utrudniać płynną komunikację i naturalną ekspresję.
Cześć!
Staram się, żeby moje książki można było czytać jako powieści samodzielne, nawet jeśli są częścią serii, ale niektórzy bohaterowie mają własne historie. Nie chcę, by ktoś poczuł się zagubiony podczas lektury, dlatego stworzyłam krótki przegląd postaci, żebyście wiedzieli, kto jest kim, zanim zagłębicie się w lekturę.
Jeśli to Wasze pierwsze spotkanie z moją twórczością - witajcie! Bardzo się cieszę, że tu jesteście.
Jeśli jesteście wielkimi fanami D. C. Stars, mam nadzieję, że cieszycie się na powrót do chłopaków.
Maverickowi Millerowi i Emmy Hartwell poświęciłam osobną książkę Zderzenie, która jest pierwszą częścią serii D. C. Stars. To opowieść z cyklu "od niechęci do miłości" (dislike to lovers), o rywalach, których łączy łóżko (rivals with benefits), o czarnym kocie i golden retrieverze - pełna ciętych dialogów i pikantnych scen.
Piper Mitchell i Liam Sullivan też doczekali się odrębnej historii - Przewaga, drugi tom serii D. C. Stars, to opowieść z motywami: "ponurak i optymistka" (grumpy x sunshine), "bramkarz i reporterka pracująca przy lodowisku" (goalie x rinkside reporter), "naucz mnie" (teach me) i "przypadkowe małżeństwo" (accidental marriage).
Dla porządku czasowego: historia z Zagrania dzieje się po zakończeniu Przewagi, ale przed epilogiem tej książki.
Maven Lansfield, jedna z kobiet, które poznaje Madeline, jest również wspomniana w całej książce. Możecie ją bliżej poznać w innej serii - Behind the Camera - opowiadającej o samotnym ojcu i niani (single dad x nanny), współlokatorach (roommates) i NFL.
Jak zawsze zostawiłam mnóstwo wskazówek dotyczących nadchodzących książek. Jestem bardzo ciekawa, czy je odnajdziecie!