Znikający punkt
I
Magdalena Kalenik, jedna z wiodących postaci warszawskiej załogi punkowej: Mieszkałam koło Jaśka Rołta. To było to samo podwórko. Nie kolegowaliśmy się specjalnie, był ode mnie o kilka lat starszy, a kiedy jest się dzieckiem czy nastolatkiem, taka różnica ma duże znaczenie. Mimo to wiedziałam, kim jest. Wyróżniał się. Był inny.
Kiedy miał szesnaście lat, matka go zostawiła i wyjechała do pracy w Brukseli. Podsyłała mu tylko pieniądze. Został sam. I tak się plątał.
Tomasz Jaworski, Kciuk, basista, artysta solowy i członek wielu projektów jazzowych, związany między innymi z grupami Apogeum, Madame i Oddział Zamknięty, Tadeuszem Nalepą i Johnem Porterem: Poznaliśmy się w 1980 albo 1981 roku. Nie był moim kolegą. Nie byliśmy sobie bliscy, ale znaliśmy się, spotykaliśmy i graliśmy razem przez chwilę.
Beata Pater, wokalistka jazzowa, członkini między innymi grupy Deuter: Nawet nie jestem w stanie określić, w którym momencie to się zaczęło. Od siódmego roku życia uczyłam się w klasie skrzypiec w szkole muzycznej na Krasińskiego. Do szkoły muzycznej na Miodową trafiłam dopiero pod koniec nauki. Przeszłam tam za moim profesorem. Szkoła na Krasińskiego to klasyczna edukacja muzyczna w starym stylu. Najważniejsza była dyscyplina - porządek i właściwe odgrywanie nut. Grało się "pod linijkę", nie było miejsca na poszukiwania, indywidualizm. Własne pomysły interpretacyjne nie były mile widziane. Liczyły się tylko nienaganna technika i dokładność wykonania. Stąd całe dnie monotonnych, morderczych, zwłaszcza dla dziecka, ćwiczeń i szlifowania warsztatu. To była taka fabryka doskonałych wykonawców. Po lekcjach padało się ze zmęczenia - i fizycznego, i psychicznego. Nie było już na nic siły. Zwłaszcza że miało się świadomość, że jutro czeka cię to samo. Miodowa to było coś innego. Tam panował luz, czuło się wolność. Żeby się dostać, nie trzeba było mieć zaliczonej podstawowej szkoły muzycznej. Dlatego namówiłam na naukę na Miodowej mojego ówczesnego chłopaka, Tomka, znanego dzisiaj jako Kciuk. Oczywiście grał wcześniej na gitarze basowej, ale był samoukiem. Zdał egzamin i zaczął naukę w klasie kontrabasu.
Magdalena Kalenik: Na pewno bardzo ważną rolę w życiu Jasia odgrywała muzyka, bo od rana do wieczora z tej jego kawalerki słychać było walenie, głównie bębny. Ale ze względu na fakt, że to było u Jasia, nikomu ten łomot nie przeszkadzał.
Kciuk: To były czasy szkoły na Miodowej. Zresztą właśnie tam go poznałem, bo należał do tego środowiska. Nie wiem, czy się tam uczył, jakoś tego nie kojarzę, ale grał i spędzał dużo czasu z Piotrem Malakiem, saksofonistą, który uczył się na Miodowej. On też mocno dragował, pewnie zresztą robili to razem. Fajni ludzie, bardzo sympatyczni, wrażliwi i niestety już zniszczeni. Ale to było ich życie, oni się z niego cieszyli. Potem w ich towarzystwie pojawił się kolejny ćpun, też saksofonista, Henryk Wasążnik. Ale jego przynajmniej pilnował brat.
Beata Pater: Janka poznałam właśnie na Miodowej. Nie pamiętam jak, pewnie przez Henryka Wasążnika albo Piotra Malaka. Ale na pewno Janek się tam wtedy nie uczył. Może wcześniej? A może po prostu kręcił się, bo mieszkał niedaleko? Nie wiem. Zresztą w ogóle nie wiedziałam o nim zbyt wiele. Po prostu byliśmy w tej samej grupie towarzyskiej. Spotykaliśmy się w większym gronie w różnych miejscach - najczęściej w Kmicicu albo innej knajpie na Starym Mieście - rozmawialiśmy, ale nie wiem, czy mogę powiedzieć, że byliśmy blisko. Nawet chyba trudno powiedzieć, że się kolegowaliśmy. To była dość luźna znajomość. Po prostu znajomość. Zwróciłam uwagę tylko na jego niesamowitą wrażliwość. Nie tylko muzyczną. To bardzo mnie w nim ujęło.
Magdalena Kalenik: Moja mama[2] i te wszystkie panie sąsiadki bardzo go lubiły i martwiły się o niego. Wszyscy wiedzieli, że jest heroinistą. Mama często pytała: "Co u Jasia?", "A co z Jasiem?". Nie przeszkadzało im, że Jaś ciągle chodzi najebany. Najczęściej ze swoim kumplem, Kalinowskim, zresztą bardzo zdolnym chłopakiem, który potem się zaćpał.
Kciuk: W tamtym czasie nie przypalałem nawet trawki, dlatego zachowanie chłopaków sprawiało, że nie najlepiej się w ich towarzystwie czułem i niespecjalnie chciałem się z nimi spotykać. Palenie zioła mi nie przeszkadzało, ale strzykawki nie tolerowałem i nie toleruję do dzisiaj. Tyle że byłem od nich kilka lat młodszy, trochę nimi onieśmielony, dlatego kiedy Malak mi powiedział: "No chodź, pogramy", nie potrafiłem odmówić. Ale robiłem to bardzo niechętnie.
Beata Pater: Janek świetnie swingował. Jego gra robiła na mnie wielkie wrażenie. W szkole uczyli nas czegoś zupełnie innego. To było coś więcej niż gra. On opowiadał na tych bębnach historie. Słychać w tym było i cierpienie, i radość. Jako muzyk był naprawdę niezwykły.
Magdalena Kalenik: Pamiętam, jak kiedyś - byłam wtedy w siódmej klasie - Jasio i Kalinowski zdobyli skądś kolorowe farby olejne. Namalowali nimi koło piaskownic gigantyczną pacyfę i dłoń pokazującą wiktorię w kolorach amerykańskiej flagi. Zrobili to bardzo porządnie. Żadnego mazania - mocny obrys, wypełnienie kolorami, bardziej graffiti niż podwórkowe bazgroły, jakie się wtedy wszędzie widziało. Było to naprawdę ładne. Nikt się nie pieklił, że pomazali chodnik. Żadnych doniesień do dzielnicowego ani nic w tym stylu. Wręcz przeciwnie - wszystkim się podobało, że kolorowo, że ożywia i takie tam.
Kciuk: Spotykałem się wtedy z Beatą Pater. Pamiętam, że parę razy wychodziliśmy ze szkoły, a przed drzwiami stał Janek i mówił: "Chodź, pogramy na Starówce". Wówczas takie granie było zakazane. Ale graliśmy. Janek rozstawiał zestaw gdzieś na winklu Rynku Starego Miasta, przychodził Malak, Beata śpiewała jakieś wokalizy, a ja grałem na kontrabasie. I parę złotych zarabialiśmy. To nie były jakieś wielkie pieniądze, ale na herbatę starczyło. Graliśmy tak kilka razy.
Beata Pater: Janek rozstawiał bębny na Rynku Starego Miasta, w tym narożniku przy poczcie. Parę razy tam zaśpiewałam, Kciuk grał na kontrabasie, Piotrek na saksofonie. Czasami Henio. Talent Janka, bo on na pewno miał talent, ujmował mnie, ale widziałam, że coś się z facetem dzieje. Coś niedobrego. Chociaż wciąż bardzo młody, był już bardzo zniszczony.
Kciuk: Janek już wtedy nie miał zębów, a przecież to był młody chłopak. Wyglądał jak stara babcia. Jego wygląd mnie przerażał.
Beata Pater: Widać było, że przyjmuje różne substancje. Zresztą nie on jeden. To była norma w tym środowisku. Przerażało mnie to. Ale nikt mnie do niczego nie namawiał ani do niczego nie zmuszał. To było bardzo fajne towarzystwo. Tyle że było widać, że jest tam problem.
Kciuk: Od przypadku do przypadku spotykaliśmy się też u Janka w domu. Parę razy. Dla chłopaczka, który leciał dwa przystanki z Miodowej, z kontrabasem na plecach, żeby pograć free jazz, stanowiło to jednak wydarzenie.
Beata Pater: Śpiewałam z nimi nie tylko na ulicy. Zrobiliśmy też parę jamów u Janka w domu na Wałowej. Pamiętam chyba pierwszy. Ktoś puścił na cały regulator płytę Franka Zappy na zwolnionych obrotach, a Janek gotował kompot. Do dziś czuję dokładnie ten zapach. Nikt przy mnie nie dawał w żyłę, nigdy tego nie widziałam - żadnych rozrzuconych strzykawek, niczego w tym stylu, ale miałam świadomość, że to nie jest dobre miejsce.
Kciuk: Mieszkanie Janka to była melina. Jak się nie narąbali, to trochę graliśmy. Trudno to jakoś przyporządkować gatunkowo. Malak potrafił zagrać jakąś fajną frazę, ja też coś grałem, ale rzadko wychodziły z tego interesujące rzeczy, które można by nazwać improwizacją, wolnością. Najczęściej po prostu wydawaliśmy dźwięki. Mogło się z tego coś narodzić, ale oni snuli się cały czas nieprzytomni.
Beata Pater: To mieszkanie nie przypominało meliny. Wręcz przeciwnie - robiło wrażenie. I to nie tylko dlatego, że były tam - wówczas bardzo rzadko spotykane - zagraniczne winyle. Dużo winyli. Widać było, że to zamożny dom. No ale rodzice Janka mieszkali na Zachodzie. Wszyscy lubili tam spędzać czas. Ciągle się słyszało: "Idziemy do Janka", "Chodźmy do Janka".
Kciuk: Wrażliwi i utalentowani ludzie. Grali z sercem, ale jednocześnie byli bardzo pogubieni. Niszczyli się na własne życzenie. Nie mogliśmy się porozumieć, także muzycznie. Dlatego to trwało dość krótko. Zrezygnowałem. Nie chciałem w czymś takim uczestniczyć. Zresztą byli bardzo niezorganizowani, często trudni do zlokalizowania. Z takimi ludźmi trudno coś postanowić, a zbudowanie czegokolwiek jest niemożliwe. To się rozpadło, zanim na dobre powstało.
Od: 531... (Lada): Dzień dobry. Piszę o Janku Rołcie. Czy zgodzi się Pan opowiedzieć o nim i tamtych czasach? Pozdrawiam
Od: 507... (Malak): 2000 zł. Na rękę.
II
Tomasz Lipiński, wokalista, gitarzysta, kompozytor i autor tekstów, lider Brygady Kryzys: Od początku działalności zespołu mieliśmy problem z perkusistami. To był czas, kiedy tych naprawdę dobrych było niewielu. Ludzie grający na bębnach w zespołach rockowych mieli dość ograniczony wachlarz stylistyczny. Jasne, byli jazzmani, ale oni granie rocka uważali za deklasację. A ja od wczesnej młodości słuchałem najróżniejszej muzyki - etnicznej, jazzu, wyłamującej się ze schematów, takiej, gdzie w rytmie chodzi o coś więcej niż o prostą organizację utworu. I ta rytmiczna siermięga ówczesnego rocka mi nie wystarczała. Dlatego wciąż szukaliśmy perkusisty, który byłby w stanie ogarnąć naszą muzykę w bardziej wyrafinowany sposób.
Irek Wereński, basista zespołów Kryzys, Brygada Kryzys i Kult: Był jednym z muzyków grających w warszawskich zespołach. A ponieważ przed nagraniem płyty zabrakło nam perkusisty, koledzy, jacyś wspólni znajomi, skontaktowali nas ze sobą. Nie znałem go wcześniej. Poznaliśmy się dopiero przed nagraniem płyty.
Tomasz Lipiński: Na przełomie zimy i wiosny 1982 roku, to był sam początek stanu wojennego, przygotowywaliśmy się do sesji nagraniowych. Mieliśmy wejść do zbudowanego właśnie studia na Wawrzyszewie pod pretekstem testowania jego urządzeń i możliwości. To był spisek zawarty pomiędzy nami i naszym menadżerem Jackiem Olechowskim a Markiem Proniewiczem, który był wówczas szefem programowym Tonpressu. Postanowiliśmy, że za plecami władz firmy - jej szefową była pani Kempowa, żona warszawskiego czy wojewódzkiego szefa partii, pana Józefa Kempy - nagramy materiał na płytę. Pomyśleliśmy, że jak będzie gotowy, to może uda się go wydać. Był jednak problem. Nie mieliśmy perkusisty, który by sprostał naszym oczekiwaniom.
Robert Brylewski, gitarzysta, wokalista, realizator nagrań, lider grup Brygada Kryzys, Izrael i Armia: Jasio Rołt pojawił się wraz z wybuchem stanu wojennego, całe szczęście, że przed nagraniem płyty. Ktoś dał nam jego adres, na Wałową. Mieszkanie niedaleko Starego Miasta, przy chińskiej ambasadzie, na parterze, kompletny bajzel[3].
Tomasz Lipiński: Któregoś dnia ktoś - nie pamiętam kto i kiedy - powiedział: "Jest taki perkusista, Janek Rołt. On gra jazz w zespole Tlenek Jazzawy. Może byście spróbowali". I rzeczywiście, okazało się, że jest świetny.
Robert Brylewski: Jasio okazał się postacią wyjątkową. Chodził w ciuchach robotniczych: berecie, kurtce, niemalże kufajce, wyglądał jak kierowca nysy z lubelskiego i w ogóle się nie odzywał. Na bębnach miał napisane Tlenek Jezzawy. Nie "jazzowy", "jezzawy". Grał w takim zespole.
Irek Wereński: To był bardzo wybitny muzyk. Grało się dobrze, bo umiał to robić. Wiedział, jak się spotkać i jak sprostać oczekiwaniom liderów.
Robert Brylewski: Tak byliśmy zajęci naszym projektem, że nawet nie pytaliśmy, skąd się Jasio wziął. Wiedzieliśmy tylko, że ma problem z kompotem, i to tak potężny, że sprawiał wrażenie człowieka właściwie niezdolnego do działania. Ale kiedy siadał za bębny, wyprawiał cuda. Chłopak, który coś tam sobie podgrzewa, ładuje w żyłę i leży nieprzytomny, a równocześnie jest takim człowiekiem, że nie bałbym się zostawić mu na pół dnia córki pod opieką. Bo na cały dzień to może już nie. Wiedziałem, że to jest choroba, ale gościu ma dobre serce, a jak trzeba - poczucie odpowiedzialności. Nauczył się z tym żyć. Pierwsze próby grał z nami w domu kultury na Piaskach i w Ceramosie[4] na Żoliborzu.
Tomasz Lipiński: Przyjechał do studia, posłuchał utworów, które wcześniej przygotowaliśmy z innymi perkusistami, i - praktycznie bez prób - zaczął grać.
Robert Brylewski: Kiedy wyłożyliśmy Jasiowi nasze teorie, był zdziwiony, czego my od niego chcemy. A nam chodziło o niego, nie o bity. W ogóle był bardzo nieśmiały.
Tomasz Lipiński: Mieliśmy taką metodę pracy, że podkłady nagrywaliśmy na sto procent - jednocześnie perkusję, bas i moją gitarę rytmiczną. Wszystkie utwory nagraliśmy podczas jednej sesji. Na następnej słuchamy tego, co nagraliśmy. Jesteśmy bardzo zadowoleni, ale Janek nieśmiało mówi: "Wiecie, mogę zrobić to lepiej, bo ja jestem leworęczny". A perkusja w studiu była ustawiona dla praworęcznego perkusisty. Nic wcześniej nie powiedział. Co było robić? Postanowiliśmy przestawić mu bębny i żeby nie nagrywać wszystkiego od nowa, puszczaliśmy mu nagrane partie basu i gitary, a on do nich drugi raz nagrywał ścieżkę bębnów, która ostatecznie znalazła się na płycie.
Robert Brylewski: Na nowo dograli całe bębny do gotowego materiału. Jakie niesamowite podziały zrobił w Travelling Stranger!
Józef B. Nowakowski, realizator nagrań i współproducent muzyczny "czarnej" płyty Brygady Kryzys: Przychodziłem do studia kilka godzin przed sesjami. Często spotykałem Janka. Pojawiał się jeszcze wcześniej i siedział na schodkach w korytarzyku łączącym studio z reżyserką. Dobrze pamiętam jedno z takich naszych pierwszych spotkań. Idę do reżyserki, a na schodkach siedzi Janek z zieloną torbą albo plecakiem. Wchodzę do reżyserki, zamykam drzwi i puszczam sobie muzykę przed sesją. W pewnym momencie zauważyłem, że drzwi się delikatnie uchylają - Janek je lekko otworzył, żeby siedząc na schodkach, słyszeć, co sobie puszczam. Kiedy to zobaczyłem, zawołałem go do reżyserki. Słuchałem akurat Agharty[5]. Ta muzyka bardzo kojarzyła mi się z Brygadą. Kiedy ich usłyszałem po raz pierwszy, na próbie w Remoncie, od razu pomyślałem, że to ekspresja podobna do tej z albumu Davisa. Dlatego postanowiłem, że spróbujemy, żeby ich płyta była tak grana.
Posłuchaliśmy sobie z Jankiem Agharty i zapytałem, czyby nie spróbował zagrać w ten sposób. Odpowiedział, że by spróbował, tylko musimy przestawić bębny na drugą stronę, bo on jest leworęczny, a do tej pory siedział za zestawem ustawionym dla praworęcznego muzyka. Odpowiedziałem, że oczywiście, że mu przestawimy, dlaczego nie mówił wcześniej. No ale on wydawał z siebie trzy słowa na tydzień, więc aż tak się nie zdziwiłem, że nie wspomniał o problemie z ustawieniem bębnów. Kiedy już mu przestawiliśmy zestaw, zaczął grać z ekspresją Ala Fostera i Jamesa Mtumego z Agharty.
Tomasz Szczeciński, Rastek, basista między innymi grup Tilt, Kryzys i Brygada Kryzys: Początkowo na sesjach Brygady Kryzys pojawiałem się towarzysko. To byli moi koledzy, grałem z nimi w Tilcie i Kryzysie, a przecież Brygada wyłoniła się z gruzów tych zespołów. Jednak wówczas basistą zespołu był Irek Wereński. Ja przychodziłem na sesje i tylko przyglądałem się, jak wygląda praca w studiu, bo nigdy wcześniej nie byłem w takim miejscu. Siłą rzeczy obserwowałem też Janka. Wcześniej go nie znałem. Był skromnym, cichym chłopakiem. Robił swoje, w ogóle się nie wcinał. Siedział za bębnami i jakby go nie było. W pewnym momencie ktoś, chyba nawet kilka osób powiedziało: "Chodź, Rastek, weź gitarę, przecież to też twoje kawałki". No to pożyczyłem białego fendera od basisty Oddziału Zamkniętego[6] i miałem okazję zagrać z Jankiem.
Tomasz Lipiński: To, co Janek zagrał, nie miało praktycznie nic wspólnego z rockiem. To w zasadzie był jazz - te łupinki na talerzach, połamane rytmy - ale też dokładnie to, na czym mi zależało.
Józef B. Nowakowski: Potem jeszcze kilka razy spotykaliśmy się przed sesjami i słuchaliśmy razem różnych rzeczy - jakichś Davisów i Electric Ladyland Hendrixa, żeby uczulić Janka na sposób gry Mitcha Mitchella. Mówiłem, żeby nie wystukiwał rytmu, tylko ciągle grał melodię, żeby przebitki trwały cztery takty, a nie pół. Z rytmem musi sobie poradzić słuchacz, a z melodią - perkusista. Odpowiadało mu to. Na Czarnej Brygadzie słychać, że gra melodycznie, a nie rytmicznie. Na całej płycie.
Rastek: Gra z nim była zaszczytem. Był perfekcyjną maszyną, potężną lokomotywą, która to wszystko ciągnęła. Jako basista mogłem się tylko do niego podłączyć, wejść w jego puls i niezwykły muzyczny świat, który kreował. Był znakomity, ale nie popisywał się, nie był egoistą, grał zespołowo. Dawał ci miejsce. Od ciebie zależało, jak to wykorzystasz. Był zajebisty i zajebiście się z nim grało.
Robert Brylewski: Jasio odwoływał się do muzyki latynoskiej, można to wychwycić, słuchając, jak robi zagęszczenia na talerzach. Latynoskie rytmy dają znakomitą szkołę koordynacji i on to przełożył na punk, zmienił akcenty.
Józef B. Nowakowski: Mówił niewiele. To ja zaczynałem wszystkie rozmowy. Ale po jakimkolwiek zwróceniu uwagi, propozycji, że może zagrałby to tak, uderzył inaczej lub coś w tym stylu, natychmiast był z jego strony muzyczny odzew. Próbował i jeżeli nam to pasowało, później tak grał. Bardzo dobrze nam się współpracowało. Zupełnie bezkonfliktowo.
Rastek: Już wcześniej, obserwując jego pracę w studiu, widziałem, że to wysokiej klasy zawodowiec. Był bardzo skupiony. Starał się. Ale zdarzało się, że nie dawał rady i znikał. Czasami też było widać, że przychodzi na bani. Inna sprawa, że był perkusistą tej klasy, że - bania nie bania - zawsze grał świetnie. Chociaż i tak czasem miałem wrażenie, że jego stan nie pozwala mu do końca rozwinąć skrzydeł. Był świetny, ale myślę - choć trudno to sobie wyobrazić - że mógł być jeszcze lepszy. Ciężkie dragi to jednak straszna niewola.
Józef B. Nowakowski: Dało się po nim poznać, że poważnie używa, ale nie był chory. Widziałem wielu chłopaków, którzy używali ponad miarę. Po nich często było widać, że są chorzy. Nie dawali rady - kondycyjnie i intelektualnie - bo ich myśli biegły w innym kierunku. A Janek był w świetnej kondycji. Mógł grać kilka godzin bez przerwy, i to myśląc tylko o graniu. A sposób gry, który wymyśliliśmy - nie tylko figury rytmiczne, ale i podejście melodyczne - wymaga siły fizycznej, skupienia i otwartego umysłu. Janek to wszystko miał. A przecież były jeszcze momenty, że oprócz Janka w bębny stukało kilka osób - Brylewski i inni koledzy. Wtedy musiał być otwarty nie tylko na gitary i swoją grę, ale także na ich uderzenia. To już wymagało bardzo podzielnej uwagi i wyjątkowego skupienia. Parę razy w studiu było nawet dwadzieścia osób. Na dodatek sesje trwały godzinami, bo mam taką metodę pracy, że nagrywam wszystko i czekam, aż muzycy zagrają to, co najlepiej potrafią, a nie to, do czego ich się namawia lub co im się każe zagrać. Osiąga się wtedy najwięcej. Uważam, że jeśli stworzy się odpowiednie warunki i nie będzie się przeszkadzać zespołowi, z muzyków wychodzi wszystko, co najlepsze. Magnetofon kręci się cały czas, a kapela gra. W końcu gra tak, że nawet nie podejrzewała, że tak potrafi. Z Brygadą pracowałem podobnie. Nagrywaliśmy kolejne szpulki i dopiero potem wybierałem odpowiednie fragmenty. Puszczałem je kapeli i prosiłem, żeby zagrała jeszcze raz - tym razem dokładnie to, co na danym fragmencie. Tak było między innymi ze wszystkimi solówkami Brylewskiego i saksofonu, które brzmią jak z Agharty. Janek dawał sobie z tym wszystkim radę. Tak że nie był chory. A jeżeli był, to nie było tego po nim widać. Na pewno nikt mi o tym nie mówił. Zresztą rozmawialiśmy tylko o grze na perkusji.
Rastek: Grałem w trzech utworach: Fallen, Fallen Is Babylon, który był przecież sztandarowym kawałkiem Tiltu, Ganji i Przestań śnić, też zresztą kawałku Tiltu, który graliśmy wcześniej pod tytułem Obudź się. Najpoważniejszym wyzwaniem była dla mnie Ganja. Robert powiedział, żebym to zagrał triolami, a ja nie wiedziałem, co to znaczy. Musiał mi pokazać. Przy Przestań śnić, które było robione jako ostatnie, nie mieliśmy czasu na kombinowanie. Zostały nam już tylko dwie godziny na nagrania, bo o dziewiątej jacyś Rosjanie mieli przyjść zwiedzać studio. Ale ponieważ dobrze znałem ten utwór, nie było problemu. Nie pamiętam, czy nagraliśmy go za pierwszym razem, czy podchodziliśmy kilka razy, ale kiedy wyciągaliśmy kable ze wzmacniaczy, już było słychać, że na górze ktoś mówi po rosyjsku. W zasadzie zagraliśmy go na setkę.
Pojawiam się na Czarnej Brygadzie w trzech utworach, ale - patrząc na czas ich trwania - to blisko połowa płyty. To, że gra tu dwóch basistów, jest łatwe do wychwycenia, wystarczy się wsłuchać. Irek i ja mamy zupełnie inny styl grania, te basy brzmią inaczej. Nie ma mnie w opisach, ponieważ projekt okładki i wszystkie opisy były już zaakceptowane i ostemplowane. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby to zmienić.
Tomasz Lipiński: Blisko byliśmy tak naprawdę tylko przez ten krótki okres pracy w studiu. To był intensywny i fajny czas, bo Janek był szalenie miłym, uroczym człowiekiem. Sprawiał wrażenie wycofanego, onieśmielonego, skrytego. Jakby go nie było. Rozkwitał dopiero za bębnami. Grając, zaczynał żyć. Dopiero później się okazało, że był taki cichy i zgaszony, bo w grę wchodziła heroina.
Irek Wereński: Po nagraniu płyty wycofałem się, schowałem się do szafy. To była smutna zima stanu wojennego, wolałem siedzieć w domu. Nie zagrałem wtedy z Brygadą żadnego koncertu. A z Jankiem spotkałem się dopiero po kilku latach.
Rastek: Po sesjach kontakt się urwał. Janek znów znikł.
Tomasz Lipiński: Potem gdzieś się pojawiał, ale kontakt był bardzo sporadyczny i ograniczony. Spotykaliśmy się przypadkowo. Pamiętam, że kiedyś natknąłem się na niego niedaleko jego domu. To było nasze ostatnie spotkanie.
Rastek: Wiosną 1982 roku reżim trochę rozluźnił obostrzenia i można było chodzić po mieście. Załoga znów zaczęła się spotykać. A Janek był jej częścią, więc naturalnie zaczęliśmy się widywać. Także u niego w domu. To nie była żadna narkomańska melina, tylko fajne, dość zadbane mieszkanie. Wszystko stało na swoim miejscu. Tu płyty, a miał ich sporo, tu perkusja, tam kontrabas, bo Janek się nim interesował. Nie graliśmy wtedy razem. Raczej piliśmy piwo, paliliśmy, słuchaliśmy i rozmawialiśmy, choć Janek do najrozmowniejszych nie należał.
Tomasz Lipiński: Koniec końców brak Janka był jednym z powodów, dla których we wrześniu 1982 roku zdecydowaliśmy się zawiesić działalność. Jasne, że była ona źle widziana i początkowo nie mieliśmy szans na koncerty, ale jesienią sytuacja zaczęła się przejaśniać.
Rastek: Latem pojechaliśmy z Brygadą na wieś, ale Janka z nami nie było. Nie pamiętam dlaczego, pewnie znowu znikł. I to chyba na dłużej, bo na wrześniowych koncertach w Remoncie nie było go z nami, zagrał Gogo Szulc[7].
Tomasz Lipiński: Nasz menadżer umówił kilka koncertów i była szansa na następne. Tyle że nie mogliśmy znaleźć człowieka, który poruszałby się w tych dziwnych przestrzeniach Janka. Nikt w naszym polu widzenia nie był w stanie wypełnić tej luki. Próbowaliśmy jakichś kombinacji. Zagraliśmy cztery koncerty - w czterech pierwszych dniach września - w Remoncie, z Gogo Szulcem. Rozważaliśmy też możliwość gry bez perkusji - z kongami Słomy[8] i wielkim bębnem, na którym grał Kuba Radomski - ale to pasowało tylko do niektórych utworów, w innych się nie sprawdzało. Dlatego, nie mając kluczowego elementu muzyki, którą udało nam się nagrać na Czarnej Brygadzie, zawiesiliśmy zespół. Dopiero po dziesięciu latach, w nowym ustroju, przygotowując się do nagrania albumu Cosmopolis, którego część stanowiły utwory z tamtego okresu, znaleźliśmy Stopę[9], znakomitego perkusistę, który mógł zastąpić Janka. Wcześniej nikt nie był w stanie sprostać temu zadaniu.
Rastek: Po rozpadzie Brygady wyjechałem na dłuższy czas z Warszawy i moje kontakty z Jankiem się urwały.
Magdalena Kalenik: Kiedy Jasio pojechał na odwyk[10], wszystkie panie sąsiadki bardzo się cieszyły, że się leczy. On zresztą w ogóle miał dobry kontakt z kobietami. Szukał go, lgnął do nich. Chyba ze względu na to, że tak naprawdę wychowywał się bez matki.