RozdziaŁ pierwszy
Po ręce Cordelii chodziła mucha, a ona nie mogła jej odgonić.
Przyzwyczaiła się do bólu, jaki wywoływało siedzenie na twardej drewnianej ławce bez możliwości choćby przeniesienia ciężaru ciała. Nadal bolało, ale w końcu nogi jej zdrętwiały i ból zmienił się w tępe, uogólnione uczucie, które łatwiej było zignorować.
Chociaż jej zmysły były przytępione przez posłuszeństwo, zmysł dotyku pozostawał silny. Nawet gdy znalazła się już tak głęboko, że świat był pokryty na krawędziach szarą warstewką, nadal wyczuwała swoje ubranie i dotyk ręki matki. A także mrowienie wywołane muszymi odnóżami - co było okropne, a potem łaskotanie - co było jeszcze gorsze.
Od ołtarza napływała monotonna gadanina kaznodziei. Cordelia już dawno straciła wątek. Jego ulubionymi tematami były pożądanie i dziesięcina. Prawdopodobnie mówił właśnie o jednym z nich. Matka zabierała ją do kościoła w każdą niedzielę, a Cordelia była niemalże pewna, że kaznodzieja przez ostatni rok wygłaszał w kółko te same pół tuzina kazań. Mogła kontrolować jedynie mięśnie odpowiedzialne za ruchy gałek ocznych, więc nie patrzyła na kapłana, tylko w dół, tak daleko, jak mogła. Na skraju pola widzenia miała złożone na kolanach dłonie i muchę przemierzającą jej knykcie.
Matka spojrzała na nią i musiała zauważyć, że Cordelia patrzy w dół. Nagle jej broda uniosła się tak, że straciła z oczu swoje dłonie. Teraz musiała wpatrywać się w tył głowy mężczyzny siedzącego przed nią. Miał przerzedzone włosy, przygniecione po bokach, jakby przez większość czasu nosił kapelusz. Nie rozpoznała go, ale nie było w tym nic dziwnego. Ponieważ jej dni w szkole dobiegły końca, Cordelia widywała innych mieszkańców miasta tylko wtedy, gdy szła do kościoła.
Na chwilę łaskotanie na jej dłoni ustało i odważyła się mieć nadzieję, że mucha zniknęła, ale wtedy poczuła mrowienie na delikatnej skórze w zgięciu między kciukiem a palcem wskazującym.
Oczy zaczęły jej łzawić od tego uczucia, więc gwałtownie zamrugała. Płacz był niedopuszczalny. To jedna z pierwszych lekcji z bycia posłuszną. A już zdecydowanie nie byłby akceptowalny w kościele, gdzie inni ludzie by go zauważyli. Cordelia miała czternaście lat i była za stara, żeby płakać bez wyraźnego powodu - a oczywiście nikomu nie mogła powiedzieć, jaki jest powód.
Mucha przeszła na drugą rękę. Każde stąpnięcie jej odnóży Cordelia odczuwała jak nieskończenie delikatne ukłucie szpilką. Pieczenie w oczach i zbierające się w nich łzy zaczęły zapowiadać nadchodzące kichnięcie.
To byłoby okropne. Nie mogła unieść rąk ani obrócić głowy, więc kichnęłaby prosto we włosy mężczyzny przed sobą. Odwróciłby się ze zdziwieniem, a jej matka poruszałaby jej ustami, przepraszając, podczas gdy wszyscy by się na nią gapili, myśląc, że jest tak źle wychowana.
Jej matka nie byłaby z tego zadowolona. Cordelia oddałaby rok życia, żeby móc w tej chwili otrzeć oczy. Pociągnęła żałośnie nosem. Jej płuca wypełnił zapach świec, pasty do drewna i ciał innych ludzi. Pod tym wszystkim dało się jeszcze wyczuć wytrawny, ostry zapach piołunu.
A potem - na szczęście - kaznodzieja skończył. Wszyscy powiedzieli "Amen" i zgromadzeni wstali. Nikt nie zauważył, że Cordelia poruszała się równocześnie ze swoją matką. Nikt nigdy tego nie zauważał.
***
- Przypuszczam, że jesteś na mnie zła - powiedziała matka, gdy wracały do domu z kościoła. - Przepraszam. Ale mogłabyś się bardziej starać. I nie być taka buntownicza! Nie powinnam musieć ciągle ci tego robić, zwłaszcza że masz już czternaście lat!
Cordelia nic na to nie odpowiedziała. Jej język nie należał do niej. Osoba, która się uśmiechała i odpowiadała na wszystkie pozdrowienia po kazaniu - "Ach, Evangeline, czyż nie wyglądasz dziś pięknie? I Cordelio! Rośniesz szybko jak chwast!" - wcale nie była Cordelią.
W końcu dotarły do domu. Był to wąski, biały budynek z łuszczącą się farbą, położony tuż przy drodze. Evangeline otworzyła drzwi wejściowe, odprowadziła Cordelię na kanapę i kazała jej usiąść.
Cordelia poczuła, że posłuszeństwo nagle puszcza. Nie zaczęła krzyczeć.
Kiedy była mała, krzyczała, uwalniając się z posłuszeństwa, ale to tylko dawało jej matce powód, żeby ją trzymać i wydawać uspokajające dźwięki. Nauczyła się więc milczeć, kiedy płynęła w stronę świadomości, opuszczając ten sen na jawie.
Jednak wspomnienia tego, co robiła, kiedy była posłuszna, nie znikną. Leżą na dnie jej czaszki jak kamienie.
Nigdy nie było to nic takiego, co wyglądałoby z zewnątrz jakoś okropnie. Nie mogła tego nikomu wyjaśnić, bo zawsze brzmiałoby to śmiesznie. "Ona każe mi jeść. Ona każe mi pić. Ona każe mi iść do łazienki, rozebrać się i położyć spać".
Inni spojrzeliby na nią i powiedzieli: "No i co?". A Cordelia nie byłaby w stanie wytłumaczyć, jak to jest, gdy tkwi w odrętwieniu, półprzytomna, a jej ciało porusza się wbrew jej woli.
Bycie posłuszną odczuwało się jak bycie trupem.
- Moje ciało jest martwe i nie robi tego, czego chcę - wyszeptała kiedyś Cordelia do swojego jedynego przyjaciela, ich konia Falady. - Robi tylko to, czego chce ona. Ale ja nadal jestem w środku.
Gdy była młodsza, Cordelia często się moczyła, kiedy była posłuszna. Teraz matka zwykle już pamiętała, żeby kazać jej się regularnie załatwiać, ale dziewczyna i tak nigdy nie zapomniała tego uczucia.
Z wiekiem coraz rzadziej zmuszano ją do posłuszeństwa. Myślała sobie, że może było to już dla matki trudniejsze niż wtedy, gdy była mała - albo może po prostu nauczyła się unikać robienia rzeczy, które złościły matkę. Ale tym razem jej się to nie udało.
Gdy posłuszeństwo odpuściło, Cordelia wypłynęła z mroku, czując, jak jej zmysły wracają na swoje miejsce.
Matka poklepała ją po ramieniu.
- No i jesteś. I co, czy tak nie jest lepiej?
Cordelia skinęła głową, nie patrząc na nią.
- Jestem pewna, że następnym razem zachowasz się bardziej odpowiednio.
- Tak - odparła Cordelia, która nie mogła sobie przypomnieć, za co została zmuszona do posłuszeństwa. - Tak.
Gdy poczuła, że jej nogi są już wystarczająco stabilne, weszła po schodach do swojej sypialni i położyła się na łóżku.
***
Nie zamknęła drzwi. W domu, w którym dorastała, nie wolno było ich zamykać.
Czasami, gdy jej matka wychodziła na zakupy, Cordelia zamykała drzwi do swojej sypialni i opierała się o nie, przyciskając się do nich płasko, tak by czuć pod policzkiem ich twardą, drewnianą powierzchnię.
Świadomość, że jest sama i nikt jej nie widzi - że może zrobić wszystko, powiedzieć cokolwiek, pomyśleć wszystko i nikt się o tym nie dowie - sprawiała, że czuła się dzika, nieokiełznana i odważna.
Zawsze po minucie znów otwierała drzwi. Jej matka szybko wracała do domu, a widok zamkniętego pokoju przyciągał ją jak magnes. A potem była rozmowa.
Jeśli matka Cordelii była w dobrym humorze, mówiła:
- Głuptasie! Nie masz przede mną żadnych tajemnic, przecież jestem twoją matką!
A jeśli była w złym humorze, mówiła to samo, ale od innej strony, niczym odwrócona karta tarota:
- Co próbujesz przede mną ukryć? - I niezależnie od tego, jaka to była karta, zawsze kończyło się tak samo: - W tym domu nie zamyka się drzwi.
Kiedy Cordelia miała trzynaście lat i była na wpół oszalała od wszystkiego, co działo się w jej ciele, odkrzyknęła:
- To po co w ogóle w tym domu są drzwi?
Matka zawahała się, tylko na moment. Jej pociągła twarz przybrała pusty wyraz. Spojrzała na Cordelię - naprawdę wyglądała wtedy, jakby ją widziała - i dziewczyna zdała sobie sprawę, że przekroczyła granicę i za to zapłaci.
- Już tu były - odparła jej matka. - Nie bądź głupia! - Po czym skinęła głową raz lub dwa, sama do siebie, a potem odeszła.
Cordelia nie mogła sobie teraz przypomnieć, jak długo karano ją wtedy posłuszeństwem. Co najmniej dwa lub trzy dni.
Ponieważ nie wolno było zamykać drzwi, Cordelia nauczyła się nie mieć żadnych sekretów, które można by odkryć. Nie zapisywała swoich myśli w pamiętniku. Prowadziła go, ponieważ jej matka uważała, że to coś, co powinny robić młode dziewczyny - ale rzeczy, które pisała, były całkowicie poprawne i zupełnie pozbawione znaczenia. Dziś wylałam coś na swoją żółtą sukienkę. Jeździłam na Faladzie. Dziś zakwitły żonkile. Dziś są moje urodziny.
Czasami patrzyła na strony i myślała, jak by to było, gdyby zaciekle nabazgrała w nim: Nienawidzę swojej matki.
Nie zrobiła tego. Zamknięcie drzwi, kiedy była sama w domu, to jedyny akt buntu, na jaki się odważyła. Gdyby napisała coś tak strasznego, musiałaby być posłuszna przez tygodnie, może nawet miesiąc. Nie sądziła, że dałaby radę wytrzymać tak długo.
Zwariowałabym. Naprawdę, naprawdę bym zwariowała. Ale ona by tego nie zauważyła, dopóki nie pozwoliłaby mi wrócić, a ja szalałabym w środku przez całe tygodnie, zanim by to zrobiła.
Ponieważ jej matka była dziś w domu i raczej nie planowała już nigdzie wyjść, Cordelia wzięła głęboki oddech i usiadła, pocierając twarz.
Nie było sensu rozmyślać o rzeczach, których nigdy nie zrobi. Zdjęła swoją elegancką sukienkę i wyszła do stajni za domem, gdzie czekał Falada. Stajnia była stara i ponura, ale Falada lśnił niczym blask księżyca w ciemnościach swojego boksu.
Kiedy koń ruszył biegiem, Cordelia przywarła do jego pleców, czując, że teraz jest bezpieczna. To były jedyne chwile, kiedy nie starała się kontrolować każdej myśli, tak by była przyjemna, uprzejma i zwyczajna. Istniały tylko niebo, tętent kopyt i szybko poruszająca się w dole ziemia.
Przejechali nieco ponad kilometr, po czym koń zwolnił i zatrzymał się, jakby wyczuł, czego potrzebuje Cordelia. Dziewczyna zsunęła się z jego grzbietu i oparła o konia. Falada był cichy, ale był też pewny i dawał jej oparcie. Opowiedziała mu o swoich myślach, tak jak zawsze.
- Czasami śnię o tym, że uciekamy - szepnęła. - Ty i ja. Biegniemy, aż dotrzemy do morza.
Nie wiedziała, co zrobi, gdy dotrą do morza. Może je przepłyną. Gdzieś tam był inny kraj, dawna ojczyzna, o której opowiadali dorośli.
- Wiem, że to śmieszne - powiedziała Faladzie. - Konie nie potrafią pływać tak daleko. Nawet ty.
Już dawno nauczyła się nie płakać, ale przycisnęła twarz do jego ciepłego barku, a fale jego grzywy spływały po jej skórze niczym łzy. Cordelia była rozpaczliwie wdzięczna Faladzie, a także losowi - za to, że matka zachęcała ją do jazdy konnej, choć oczywiście motywy Evangeline były inne niż Cordelii.
- Nie wpadniesz z nim w żadne kłopoty - mawiała matka. - A poza tym dobrze, żeby dziewczyna umiała jeździć konno. Pewnego dnia wyjdziesz za mąż za bogatego mężczyznę, a oni lubią takie, które znają się na koniach, a nie te dziewczynki z miasta, które potrafią jeździć tylko w powozie!
Cordelia skinęła głową. Nie wątpiła, że pewnego dnia wyjdzie za mąż za bogatego mężczyznę. Jej matka zawsze przedstawiała to jako fakt.
I rzeczywiście, dziewczyny, które Cordelia widziała, gdy jeździła konno, wyraźnie jej zazdrościły tego, że ma Faladę. Jej koń był koloru śniegu i miał dumnie wyciągniętą szyję. Dziewczęta, które spotykała czasami na drodze, były różne. Te okrutne rzucały uszczypliwe uwagi na temat jej stroju, skrywając zazdrość, a te dobre patrzyły na Faladę z tęsknotą. Tak właśnie Cordelia poznała Ellen.
- On jest przepiękny - stwierdziła pewnego dnia Ellen. - Nigdy nie widziałam takiego konia.
- Dziękuję - powiedziała Cordelia. Wtedy jeszcze chodziła do szkoły i rozmowa z innymi ludźmi nie wydawała się jej aż tak trudna. - To dobry koń.
- Mieszkam tuż za wzgórzem - powiedziała nieśmiało druga dziewczyna. - Możesz kiedyś nas odwiedzić, jeśli chcesz.
- Chciałabym - odparła ostrożnie Cordelia.
I to była prawda. Ona by tego chciała.
Ale Cordelia nie poszła do Ellen, bo jej matce by się to nie spodobało. Nawet więc o to nie spytała. Czasami trudno było stwierdzić, co mogłoby rozgniewać matkę, więc nie warto było ryzykować. Przez ostatnie trzy lata regularnie jednak spotykała tę miłą dziewczynę. Ellen była córką bogatego ziemianina, który mieszkał w pobliżu. Codziennie jeździła na swoim kucyku, Penny, a kiedy spotykała się z Cordelią, ruszały dalej razem. Kucyk Ellen robił dwa kroki na każdy krok Falady.
Cordelia nie zdziwiła się więc, słysząc znajomy odgłos kopyt zbliżającego się kucyka Ellen. Podniosła głowę i spojrzała w górę, by zobaczyć, jak Ellen macha jej na powitanie. Cordelia odmachała i wsiadła z powrotem na siodło. Penny spłoszyła się, gdy się zbliżyli, ale Ellen ją powstrzymała.
Cordelia nigdy nie jeździła na żadnym innym koniu oprócz Falady, więc to od Ellen - i z obserwacji jej kucyka - dowiedziała się, że większość koni wcale nie jest tak spokojna jak Falada ani nie zapewnia tak bezpiecznej jazdy. Kiedy była bardzo mała, a wiecznie otwarte drzwi w ich domu stały się dla niej zbyt uciążliwe, kiedy nie mogła już wytrzymać w tym domu ani sekundy dłużej, zakradała się do boksu Falady i zasypiała tam zwinięta w kłębek, otoczona jego białymi nogami jak filarami. Najwyraźniej większość ludzi tak nie robiła, bojąc się, że koń na nich nadepnie. Cordelia nie wiedziała, że można się czegoś takiego bać.
- Och, Penny! Co w ciebie wstąpiło? To tylko Falada. - Ellen przewróciła oczami, patrząc na Cordelię, jakby opowiedziały sobie żart, co było jednym z powodów, dla których Cordelia ją lubiła.
- Penny to dobry kucyk - powiedziała Cordelia.
Lubiła, gdy Ellen komplementowała Faladę, więc może i Ellen spodobałoby się, gdyby ona powiedziała coś miłego o Penny. Cordelia rozmawiała z innymi ludźmi tak rzadko, że zawsze musiała niemal po omacku wyczuwać wtedy drogę. Nie zawsze była w tym dobra.
- Tak, jest - potwierdziła Ellen radośnie. - Nie jest odważna, ale jest słodka.
Ellen głównie sama prowadziła rozmowy. Swobodnie opowiadała o swoim domu, o swojej rodzinie, służbie i innych ludziach w mieście. Nie było w tym żadnej złośliwości, przynajmniej Cordelia nic takiego nie czuła. Pozwalała, by historie Ellen ją porywały, i udawała, że ma prawo jej słuchać i kiwać głową, jakby wiedziała, co się dzieje.
Cordelia nie była pewna, dlaczego Ellen tak często wyjeżdżała, by się z nią spotkać, skoro ona sama miała tak mało do powiedzenia, ale cieszyła się z jej towarzystwa. Ellen była miła, więcej - była zwyczajna. Rozmowa z nią dawała Cordelii wgląd w to, co jest normalne, a co nie. Mogła o coś Ellen zapytać, a dziewczyna po prostu odpowiadała, nie zadając żadnych dodatkowych, niezręcznych pytań. Przynajmniej w większości przypadków. Kilka lat wcześniej przyszło jej do głowy, że nie wszyscy rodzice potrafią sprawić, by ich dzieci były posłuszne w taki sam sposób, w jaki jej matka uczyła ją posłuszeństwa - ale kiedy próbowała zapytać o to Ellen, by sprawdzić, czy ma rację, wyszło to tak źle i niepokojąco, że się wycofała.
Coś jednak w tym dniu - wspomnienie posłuszeństwa, muchy, a może po prostu sposób, w jaki światło padało na liście i grzywę Falady - sprawiło, że zapragnęła zapytać o to ponownie.
- Ellen? - zaczęła. - Czy zamykasz drzwi do swojego pokoju?
Ellen, która dotąd cierpliwie podtrzymywała rozmowę za nie obie, spojrzała w górę, zdziwiona.
- Co? Tak? To znaczy, służący wchodzą do mojej garderoby i z niej wychodzą, ale ja zawsze zamykam drzwi do ubikacji, kiedy w niej jestem, bo przecież nikt by nie chciał, żeby w takich chwilach służba była w pobliżu, prawda?
Cordelia wpatrywała się w swoje dłonie na wodzach. Jej rodzina nie była wystarczająco bogata, żeby utrzymywać służących, a obok stajni znajdował się wychodek, a nie ubikacja. Naciskała jednak dalej.
- Czy twoja rodzina myśli, że masz jakieś tajemnice, skoro zamykasz drzwi?
Cisza trwała długo, więc Cordelia podniosła wzrok i zdała sobie sprawę, że Ellen patrzy na nią przenikliwie. Miała różową, sympatyczną twarz i była miła. Cordelia z ukłuciem niepokoju zdała sobie sprawę, że "miły" wcale nie oznacza "głupi", a Ellen rozmawiała z nią przecież od dawna.
- Och, Cordelio... - powiedziała w końcu Ellen.
Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć ramienia Cordelii, ale w tym momencie Falada się odsunął, a Penny zrobiła krok, żeby dać mu przestrzeń, więc nie udało jej się sięgnąć.
- Przepraszam - rzuciła szorstko Cordelia.
Chciała powiedzieć: "Proszę, nie myśl, że jestem dziwna, wiem, to było dziwne pytanie, widzę to, proszę, nie przestawaj ze mną rozmawiać" - ale wiedziała, że to tylko pogorszy sprawę, więc nic nie powiedziała.
- Nie, wszystko dobrze - zapewniła Ellen. A potem jeszcze: - Wszystko będzie dobrze.
Cordelia wiedziała, że to wcale nie znaczyło tego samego.