Finał
Zegary wybiły północ. Czas biegnie naprzód i choć całą Europę zalega
jeszcze ciemność, rozpoczyna się już nowy dzień.
Dzień ten wchodzi do historii. To 9 maja 1945 roku.
W budynku dowództwa wojsk radzieckich, na berlińskim przedmieściu
Karlshorst, dokonuje się akt kapitulacji sił zbrojnych hitlerowskich
Niemiec.
Piętnaście minut po godzinie 00.00 marszałek lotnictwa Arthur Tedder,
reprezentujący Wielką Brytanię, zwraca się tymi słowy do feldmarszałka
Wilhelma Keitla, szefa naczelnego dowództwa zdruzgotanego Wehrmachtu, a zarazem szefa delegacji niemieckiej:
- Zapytuję pana, czy przeczytał pan dokument bezwarunkowej kapitulacji i czy jest pan gotów go podpisać?
Keitel stoi sztywno w swym marszałkowskim mundurze, ozdobionym
najwyższymi hitlerowskimi odznaczeniami, z monoklem w oku. Słuchając
słów tłumacza rzuca na sojuszniczych dowódców spojrzenia pełne
nienawiści. Jego odpowiedź jest krótka:
- Tak, jestem gotów.
Teraz odzywa się marszałek Związku Radzieckiego, Grigorij Żukow. Na jego
wezwanie Keitel podchodzi do stołu i podpisuje swe nazwisko pod
dokumentem kapitulacji.
Jeszcze raz spogląda na twarze Rosjanina, Anglika, Amerykanina i Francuza. Ach, gdyby wilk mógł jeszcze kąsać!... Keitel pochyla głowę,
zaciska wargi i powraca na swe miejsce.
Z kolei zbliża się do stołu generał pułkownik Paul Stumpff. Na jego
stalowym mundurze ostro odcinają się białe generalskie wyłogi lotnictwa.
Stumpff reprezentuje Luftwaffe, wojska lotnicze Rzeszy, oddzielny rodzaj
wojsk, zajmujący w Wehrmachcie szczególne miejsce. Ma on swym podpisem
stwierdzić, że również Luftwaffe kapituluje bezwarunkowo i zdaje się na
łaskę i niełaskę zwycięzców.
Stumpff pochyla się nad stołem, ujmuje pióro i naciskając je silnie,
wyraźnie wypisuje swe nazwisko.
W tym samym czasie, kilkaset kilometrów na południe od Berlina, wśród
gór Austrii, chorobliwie tęgi mężczyzna, odziany w jedwabną haftowaną
pidżamę, podnosi się z szerokiego łóżka, choć spoczął na nim dopiero
przed godziną. Nie może zasnąć tej nocy. W jego życiu zdarzało się to
dotąd na ogół rzadko, gdyż nade wszystko cenił wygody. Tylko wówczas,
gdy nadchodziły chwile powzięcia niezmiernie trudnych decyzji,
rezygnował z nocnego wypoczynku.
Czyżby i teraz było to konieczne?
Tak, ale tym razem człowiek ów ma zadecydować o swej przyszłości, o swym
własnym życiu. A taka decyzja jest znacznie trudniejsza nawet od wydania
rozkazu posyłającego na śmierć tysiące ludzi. W tej chwili widzi to
najlepiej sam i dlatego właśnie nie może spłynąć na niego upragniony
sen.
Mężczyzna zapala światło i woła kogoś, o kim wie, że czuwa w sąsiednim
pokoju. Za chwilę w drzwiach pojawia się oficer w pełnym mundurze
pułkownika.
- Niech pan siada, Brauchitsch - mówi człowiek w pidżamie. - Nie mogę
jakoś zasnąć. Przydałby się pewnie dobry lekarz, ale na razie nic z tego
nie wyjdzie...
Pułkownik grzecznie potakuje.
- Niech mi pan powie, Brauchitsch - ciągnie otyły mężczyzna - czy jest
pan pewien, że te samoloty po południu były maszynami amerykańskimi?
- Tak, jestem tego pewien - odpowiada oficer. - Doskonale widziałem
białe gwiazdy. Zresztą potwierdza to całkowicie feldfebel Kohnle, a ten
ma świetny wzrok.
- Białe gwiazdy. To dobrze. Znacznie lepiej, niż mogłoby być. Czy nadal
nie ma żadnych wiadomości od Kesselringa?
- Niestety, nie - odpowiada krótko pułkownik.
Mężczyzna w pidżamie marszczy czoło w zamyśleniu. Już po raz któryś z rzędu rozważa te same możliwości i ciągle widzi siebie samego między
dwoma ostrzami kleszczy zbliżającymi się ku nieuchronnemu zetknięciu.
Kilkaset kilometrów na północ generał pułkownik Luftwaffe Paul Stumpff
staje teraz po prawej ręce Keitla. Po drugiej stronie feldmarszałka
przedstawiciel Kriegsmarine, admirał Friedeburg. Wszyscy trzej słyszą
słowa radzieckiego marszałka, powtórzone szybko przez tłumacza:
- Delegacja niemiecka może odejść.
Wszyscy trzej salutują i oddalają się. Kapitulacja hitlerowskich wojsk
wchodzi w życie natychmiast.
W tym samym czasie kilkaset kilometrów na południe od Berlina otyły
człowiek woła z uniesieniem do swego jedynego słuchacza:
- Nic innego tylko moja Luftwaffe okazała się najskuteczniejszą bronią w walce. Ja ją stworzyłem i sam prowadziłem od zwycięstwa do zwycięstwa. I dlatego mój tytuł naczelnego dowódcy Luftwaffe przedkładam nad wszystkie
inne. Jestem pewien, że gdybym dziś wezwał moje orły do boju,
wzleciałyby one przeciw każdemu wrogowi...
Pułkownik słucha tych słów i zastanawia się, jakie resztki Luftwaffe
mogły jeszcze pozostać. Być może kilkadziesiąt maszyn w Czechach i kilkanaście we Flensburgu, gdzie usadowił się następca Hitlera, Dönitz.
Wszystko to równało się zeru. Ale pułkownik Bernd Brauchitsch jest
oficerem wychowanym na najlepszych pruskich wzorach i wie, że
podzielanie zdania przełożonego jest obowiązkiem. Dlatego z wyraźnym
szacunkiem pochyla na moment głowę.
- Tak, mój drogi - słyszy - gdyby Hitler był wierny danemu przez siebie
słowu, wszystko wzięłoby inny obrót. Ja potrafiłbym znaleźć wspólny
język z Amerykanami. Oni mogą zrozumieć mnie i moje posłannictwo. Nie
wszystko zresztą jest stracone...
Dłuższa chwila milczenia. Brauchitsch czuje się bardzo zmęczony. Już od
paru dni wysłuchuje podobnych tyrad. Czeka jednak cierpliwie i wie, że
potok wymowy zbliża się ku końcowi. Mówca niebawem się wyczerpie.
Jeszcze minuta, dwie...
- Dziękuję, pułkowniku - słychać wreszcie. - Niech pan idzie do łóżka.
Oficer posłusznie wstaje i z życzeniami dobrej nocy opuszcza pokój. Wie,
że teraz jego zwierzchnik zrobi sobie zastrzyk morfiny, która przywróci
mu nadwątlone siły, energię, nadzieję.
Spoczynek pułkownika nie trwa długo. Skoro świt wychodzi wraz z przełożonym na przechadzkę. Brauchitsch dziwi się, że go tak wcześnie
zbudzono, i ukradkiem spogląda na zmęczone oblicze narkomana. Konstatuje
z całą pewnością, że przełożony nie zmrużył w nocy oka.
- Brauchitsch, dłużej czekać nie możemy! Wiemy obecnie tyle tylko, że
znajdujemy się w górnej Austrii, ale to jeszcze za mało, aby
przewidzieć, w czyich znajdziemy się rękach... W Austrii są teraz
wszyscy: Niemcy, Amerykanie i Rosjanie.
Pułkownik nastawił uszu. Interesują go te słowa.
- Jesteśmy odcięci od świata i nikt z nas, prawdę mówiąc, nie wie, czy o pewnej godzinie nie zastukają w nasze drzwi czerwoni. Potrafią rozwijać
piekielne tempo i są od nas wcale nie tak daleko. Nie wątpię, że mnie
powitaliby szczególnie... gorąco. Przed nimi nie obroni mnie nic.
Zresztą tak samo możemy się obawiać Brausego i jego bandy. Póki Bormann
żyje, może w każdej chwili nasłać tutaj z powrotem SS. Bormann, mój
śmiertelny wróg, pozbawił mnie zaufania Führera. Nie mogę dłużej
czekać. Niemcom grozi zupełna katastrofa, jeśli nie zacznę działać, a stąd przecież nic nie mogę przedsięwziąć. Jestem jedynym człowiekiem,
który potrafi obecnie kierować Niemcami. Brauchitsch, zlecam panu
nadzwyczajną misję. Uda się pan dziś jeszcze w kierunku zachodnim. Gdy
dotrze pan do najbliższego oddziału amerykańskiego, wezwie pan tutaj
natychmiast jego dowódcę. Albo nie! Wtedy może przybyć tu nie wiadomo
kto... Zgłosi się pan lepiej do najbliższego generała i przedstawi mu
pan moją propozycję oddania się do dyspozycji wojsk amerykańskich dla
ratowania cywilizacji. Powie mu pan, że nie chcę prowadzić dalej walki i przychodzę jako przyjaciel. Tylko ze mną będzie można ukształtować
przyszłość Niemiec i Europy, tylko wespół ze mną... Powie pan dalej, aby
potraktowano mnie odpowiednio do mego stopnia i stanowiska...
Pułkownik notuje w myśli wszystkie polecenia. Jest ich jeszcze kilka; w końcu zapytuje o termin wyjazdu.
Odpowiedź otrzymuje ze zwłoką - nieoczekiwanie od wschodu daje się
słyszeć coraz silniejszy warkot silników i wkrótce, wprost ze słońca,
wyskakuje na niebo para samolotów myśliwskich. Obaj poranni spacerowicze
mrużąc oczy spoglądają w górę.
Myśliwce zataczają krąg, by wziąć powrotny kurs. Widać je teraz
doskonale.
Pułkownik zna te sylwetki i z wrażenia zatrzymuje się. To samo czyni
jego towarzysz. Uniesione głowy obracają się w ślad za pędzącymi w górze
maszynami jak głowy nakręcanych kukieł. Na obu twarzach maluje się jedno
i to samo uczucie - strach.
Mijają długie minuty. Myśliwce już gdzieś zniknęły za wałem Alp
Austriackich, lecz obaj mężczyźni stoją, nieporuszeni. Wreszcie
spoglądają na siebie.
- Teraz nie powie mi pan, że te samoloty miały białe gwiazdy, mój
Brauchitsch! - słyszy pułkownik. - To bolszewicy! Wyjedzie pan zaraz,
natychmiast i... niech pan już nie szuka generała... Wyjedziemy razem!
Kiedy kapral James Morey z 36 Dywizji amerykańskiej ujrzał idącego w jego kierunku niemieckiego oficera, nie raczył nawet ująć za karabin.
Niemiec dawał zresztą wyraźne znaki białą płachtą, a Morey zdążył się
już przyzwyczaić do tego rodzaju widoków. W ostatnich dniach uciekający
przed Rosjanami Niemcy poddawali się masowo i nierzadko całe pułki
maszerowały do obozów jenieckich jedynie pod ochroną własnych dowódców.
Podawano im tylko kierunek marszu i to wystarczało. Eskorta była zbędna.
- Co nowego, stary łotrze? - odezwał się kapral Morey do Niemca.
Amerykanin spodziewał się, że przybysz, jako że nadchodził ze wschodu,
zgłosi natychmiast chęć udania się na tyły wojsk amerykańskich.
- Pułkownik Bernd von Brauchitsch - przedstawił się oficer.
- Świetnie - odpowiedział Morey. - A teraz idź do tamtego domu - kapral
wskazał ręką grupkę zabudowań - a tam powiedzą ci, co będziesz robił
dalej.
Brauchitsch zasalutował, na co Morey zareagował jedynie lekceważącym
wzruszeniem ramion. Gdyby jednak mógł spodziewać się, z kim rozmawia...
Przegapił okazję i później nie mógł sobie tego wybaczyć.
Pułkownik zbliżył się do wskazanego domu. Wartownik ruchem głowy
zaprosił go do środka. W pierwszym z brzegu pokoju Brauchitsch znalazł
młodego człowieka, sądząc po dystynkcjach, oficera.
- Jestem pułkownik Bernd von Brauchitsch - powiedział Niemiec.
Oficer zwrócił ku niemu głowę. To nazwisko wydało mu się znajome.
Brauchitsch? Tak, znał je z pewnością. Czyżby krewny hitlerowskiego
marszałka?
- Przybywam tu z polecenia marszałka Rzeszy, Hermanna Göringa, jako jego
przedstawiciel.
To wystarczyło, aby młody oficer natychmiast zerwał się na równe nogi i ujął za słuchawkę telefonu. Poczęstowany odpowiednim doborem epitetów,
telefonista w ciągu pół minuty uzyskał połączenie ze sztabem dywizji.
Następne 30 sekund szybkiej wymiany zdań pozwoliło w końcu oficerowi
usłyszeć dobrze znajomy głos dowódcy dywizji.
- Słuchaj, mój mały! - wołał generał. - Dawaj go tutaj w ciągu minuty,
jeśli cenisz honor swej dywizji.
W rezultacie Brauchitsch miał okazję zakosztować niebywałych emocji.
Jazda willisem po krętych górskich drogach w wykonaniu amerykańskiego
kierowcy była przeżyciem rzeczywiście niecodziennym. Pułkownik otworzył
oczy dopiero wówczas, gdy samochód stanął przed hotelem w Kitzbühel.
Brauchitscha przyjęli dwaj generałowie bardzo grzecznie, co pułkownik po
doświadczeniach z Honestem odczuł ze szczególną przyjemnością.
Pułkownik wyjaśnił raz jeszcze, w jakiej przybywa sprawie. Jako adiutant
Göringa przedstawić ma jego polecenia i zawieźć mu odpowiedź
amerykańskiego dowództwa.
- Wszystko będzie o'key - rzekł dowódca 36 Dywizji, generał John
Dahlquist. - Niech tylko mister Göring zechce tu przybyć. A gdzie
właściwie znajduje się teraz?
- Umówiliśmy się w pewnym miejscu koło Zell am See.
- Świetnie! Robert - zwrócił się Dahlquist do swego zastępcy, generała
Stacka - pojedziesz razem z pułkownikiem,
- Tak jest! - wesoło zawołał Stack. - Zawiadom tylko sztab armii, że to
my mamy Göringa.
Generałowie nie taili swej radości. 36 dywizja dystansowała oto
wszystkie inne jednostki armii amerykańskiej. Któż był po śmierci
Hitlera najważniejszym dygnitarzem Trzeciej Rzeszy, jak nie osławiony
Reichsmarschall? Dahlquist promieniał takim zadowoleniem, jakby co
najmniej wziął Göringa osobiście do niewoli po stoczeniu z nim zaciętej
bitwy.
Gdy Dahlquist zajął się obwieszczeniem swego triumfu w sztabie 7 Armii,
a nadto wezwaniem do swej siedziby jak największej liczby korespondentów
wojennych, którzy mieli rozsławić 36 Dywizję na cały świat, generał
Stack usadowił się wraz z Brauchitschem w ozdobionym gwiazdą generała
brygady jeepie i ruszył na oznaczone miejsce. Po pewnym czasie zza
zakrętu wyłonił się potężny czarny mercedes. Na nieme pytanie
Amerykanina adiutant Göringa skinął głową. Samochody zatrzymały się.
Stack wyskoczył na drogę.
Drzwiczki limuzyny otworzyły się i generał ujrzał przed sobą zwaliste
cielsko Reichsmarschalla obleczone w jeden z okazów słynnej na cały
świat kolekcji mundurów. Wszystkie dystynkcje były na miejscu, ale z dziesiątków odznaczeń, którymi tak chętnie ozdabiał się Göring, pozostał
tylko żelazny krzyż i jakieś dwie podlejsze blaszki. Marszałkowską
buławę dzierżył za to niezmiennie w dłoni. Ujrzawszy Amerykanina, uniósł
ją w górę salutując.
Generał Robert Stack przyłożył rękę do czapki. Po wymianie tych
wojskowych ukłonów obaj panowie podeszli bliżej i uścisnęli sobie ręce.
Jeszcze parę grzecznych zdań i oba samochody ruszyły w tym samym
kierunku.
Generał Dahlquist przyjął nadzwyczajnego gościa z uszanowaniem, które
Göring uznał za dobry znak i potwierdzenie swych przewidywań. W rozmowie, która się potoczyła, jął więc przedstawiać się Amerykanom w najlepszym świetle.
- Całe moje życie poświęcałem sprawie zbudowania jedności Zachodu, ale
moje wysiłki brutalnie przerwano, a ostatecznie, jeszcze w kwietniu tego
roku, skazano mnie na śmierć. Wpadłem już w ręce SS i gdyby nie
żołnierze mojej wiernej Luftwaffe, rozstałbym się już z życiem.
Dahlquist pokiwał głową.
- Hitler był ograniczony. W gruncie rzeczy był dyletantem w każdej
dziedzinie - mówił Göring. - Hess to ekscentryk. Ribbentrop znów to
zwyczajny łobuz. Dlaczego on właśnie został ministrem spraw
zagranicznych? Domagałem się tego stanowiska dla siebie, lecz Hitler był
nieubłagany. A szkoda. Myślę że nie doszłoby wówczas do wojny. Powiem
panu, że któregoś dnia przekazano mi taką uwagę Churchilla: "Po co
przysyła się nam tutaj wciąż tego Ribbentropa, a nie takiego zdolnego
chłopca, jakim jest Göring?" No więc jestem wreszcie u was. Kiedy każe
mnie pan zawieźć do głównej kwatery Eisenhowera? Najwyższy czas
rozpocząć pertraktacje.
Dahlquist spoglądał teraz na Göringa z wyraźnym zdziwieniem. Ten grubas
najwidoczniej nie zdawał sobie sprawy z ogólnej sytuacji i ze swego
własnego położenia.
- Wspomniał pan o swym pragnieniu zostania ministrem spraw
zagranicznych. A jakie stanowiska zajmował pan w Niemczech? - zapytał.
- Byłem naczelnym dowódcą Luftwaffe, ministrem lotnictwa, premierem
Prus, przewodniczącym Reichstagu i ministrem leśnictwa. Mój stopień
wojskowy Reichsmarschall. Jedyny w historii Niemiec.
- Zajmował pan te stanowiska jednocześnie?
- Tak, jednocześnie, ale przede wszystkim byłem żołnierzem. I zawsze
pozostanę. W ciągu kilku zaledwie lat zorganizowałem niemieckie
lotnictwo wojskowe, które decydowało o zwycięstwach Niemiec dopóty,
dopóki Hitler i jego źli doradcy nie przynieśli mu zguby. Luftwaffe była
nie do pokonania. Moi myśliwcy stoją na czele asów lotniczych całego
świata. Moje lotnictwo bombowe utrzymywało w szachu całą Europę. Dziś
jeszcze jest ono poważną siłą, której nie może lekceważyć ani wróg, ani
przyjaciel przyszłych Niemiec. A ja nadal pozostaję na jego czele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki