2
TERAZ
BOWERY, NOWY JORK
Światło późnego poranka wpadało do środka przez sięgające od podłogi do sufitu okna, rozjaśniało moją paletę i oparte o ścianę pracowni na Bowery niedokończone obrazy - nowe prace na nadchodzącą wystawę, pierwszą od czterech lat, którą przygotowywałem dla Mattia Beuhler Gallery, jednej z najlepszych galerii w Nowym Jorku. Druga szansa, o której jeszcze niedawno nawet nie śmiałbym marzyć. Udało się jednak, dzięki mojemu przyjacielowi Jude'owi, krytykowi sztuki i ekspertowi od aukcji, który znał wszystkich w świecie sztuki i osobiście przyprowadził do mojej pracowni właściciela galerii Mattię Beuhlera, a do tego mocno mnie reklamował.
Moje nowe obrazy ukazywały mieszankę ludzkich postaci, wnętrz i widocznych z moich okien fragmentów miasta, co było sporą zmianą w stosunku do abstrakcji, z których byłem znany. Ciągle jeszcze jednak szukałem czegoś, co wyniosłoby moje malarstwo na inną płaszczyznę i wyraźnie oddzieliło je od poprzedniego okresu.
Nabrałem na pędzel czerwieni kadmowej i zrobiłem kontur nagiej postaci, która wypełniła niemal całe dwumetrowe płótno. Nie miałem pojęcia, co Alex na to powie. Choć pozowała do obrazu, przerabiałem go wiele razy, aż zaczęła się skarżyć, że mogłem użyć jako modela dowolnej osoby. Nie było to jednak prawdą - dla mnie nie istniał nikt taki jak ona.
Minął rok, odkąd poznaliśmy się we Włoszech. Był to szalony czas i z radością wróciłem do Nowego Jorku - powrót do domu cieszył mnie nawet bardziej niż fakt, że mieszkamy razem. No, może nie do końca. Spędzała większość nocy u mnie, ale zachowała mieszkanie w Murray Hill[1] jako wyjście awaryjne.
Popatrzyłem na obraz, na sposób, w jaki narzuciłem farbę na twarz, aby była nie do rozpoznania i tajemnicza, i na chwilę naszła mnie myśl, czy istnieje jeszcze coś dotyczącego Alex, o czym nie mam pojęcia. Sam nie byłem otwartą księgą i niewiele osób miało dostęp do mojego wnętrza, co wytykała mi praktycznie każda z byłych dziewczyn, o Alex chciałem jednak wiedzieć wszystko, być z nią cały czas. Ledwie znikała, już za nią tęskniłem. Tak jak teraz, gdy pojechała do matki - do ośrodka opiekuńczego dla osób z zaburzeniami pamięci w Stanfordville, dwie godziny jazdy samochodem na północ od Nowego Jorku - co robiła co drugi tydzień.
Po kolejnej godzinie malowania ściągnąłem plastikowe rękawiczki, włożyłem pędzle w puszki po kawie, w których była benzyna lakowa, i przebrałem się. Ledwie zdążyłem się umyć i założyć czystą koszulę, gdy zazgrzytały drzwi windy towarowej.
- Jestem w domu! - zawołała Alex.
Na te słowa zawsze przechodził mnie miły dreszcz. Objąłem ją, a ona położyła mi głowę na piersi.
- Tęskniłem za tobą - powiedziałem na widok jej zmęczonej twarzy. - Wszystko w porządku?
- Moja matka... Czasami nie wie, gdzie jest ani kim ja jestem.
Przytuliłem ją mocniej, na co pozwoliła, po mniej więcej minucie cofnęła się jednak, uwolniła z moich objęć i zmusiła do uśmiechu.
- Sharon przesyła pozdrowienia najprzystojniejszemu mężczyźnie w Nowym Jorku - powiedziała, a ja spytałem, czy widuje kogokolwiek poza mną.
Alex roześmiała się, zaczęła się rozwodzić nad tym, że jej przyjaciółka Sharon jest zbyt młoda na samotne życie w "tym odciętym od świata starym domu", i zapytała, czy mam może kogoś, z kim dałoby się ją umówić.
- Może z Ronem?
- Chcesz ją umówić z egocentrycznym, narcystycznym malarzem?
- A kto byłby na tyle szalony, by się na coś podobnego zgodzić? - powiedziała i poklepała mnie po policzku.
- Ha!
W tym momencie zauważyłem stojące obok jej walizki rzeczy i spytałem, co to jest. Alex uniosła lampę i wyjaśniła, że została zrobiona ze starego wazonu McCoya i zdaniem sprzedawcy w antykwariacie - starego hipisa, który do wszystkiego miał jakąś historię - jest czymś poszukiwanym przez zbieraczy.
- A to?
Alex uklękła, aby odwinąć z obrazu papier i folię, po czym zaniosła go do salonu i ustawiła na naszym długim stole w jadalni. Był to niewielkiego formatu portret młodej kobiety, z połową twarzy namalowaną bielą na niemal czarnym tle.
- Co o tym sądzisz? - spytała Alex.
Pociągnięcia pędzlem świadczyły o pewnej ręce, a błysk w oku modelki był wiarygodny. Odwróciłem obraz. Nie było podpisu, jedynie data: 1944, choć z wyglądu sprawiał wrażenie dużo starszego. Blejtram był w wielu miejscach pęknięty, płótno - mocno poplamione.
- Właściciel hipisowskiego sklepu nie chciał zdradzić nazwiska autora?
Alex odparła, że nie znał go i wiedział jedynie, że obraz był częścią dobytku pozostałego po likwidacji czyjejś posiadłości.
- No i kosztował tylko dwadzieścia pięć dolarów, a podoba mi się odwaga w oczach kobiety.
- Jest w porządku - stwierdziłem.
- To duża pochwała - odparła i dodała, że Sharon musiała ją powstrzymać od kupienia mi garnituru Zoot[2].
- Niech jej Bóg błogosławi - stwierdziłem, robiąc znak krzyża, co było jedną z niewielu pozostałości mojego katolickiego wychowania.
Rytuał wywołał w mojej pamięci scenę z Cmentarza Imienia Pańskiego w Jersey City, jaka rozegrała się deszczowego wiosennego dnia niecały rok temu - stałem przy grobie ojca, obejmując ramieniem matkę, malutką i kruchą, która wtulała się w moją liczącą ponad metr osiemdziesiąt postać, a nowy pastor z kościoła Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Morza klepał dwuminutową mowę pogrzebową, z której jednoznacznie wynikało, że nigdy nie widział na oczy mojego ojca, "pokornego człowieka, który kochał rodzinę i przyjaciół".
Przyjrzałem się bliżej obrazowi i stwierdziwszy, że jest niezwykle mocno spękany, zasugerowałem Alex, że jeżeli naprawdę jej na nim zależy, powinna go dać do konserwacji.
- Zanim w niego zainwestuję, chętnie bym się o nim dowiedziała więcej - odparła, po czym spytała, jak mi szło malowanie, gdy była na północy stanu.
Poszliśmy do mojej pracowni i zaczęła wskazywać na to, co jej się podoba i co jej się podoba mniej. Wszystko bardzo taktownie, ale słuchałem. Miała dobre oko i była profesjonalistką, dwa kroki przed doktoratem z historii sztuki.
Potem zjedliśmy moją sławną parmigianę z bakłażanami - jedną z niewielu rzeczy, jakie gotowałem. Alex popijała ją kieliszkiem wina, ja Pellegrino. Po kolacji Alex przyniosła kupiony obraz do sypialni, jakimś sposobem ustawiła go na telewizorze i poszliśmy do łóżka. Włączyliśmy Criterion Channel i oglądaliśmy stary film noir, z listy moich ulubionych: Człowiek z przeszłością - historię o tym, w jaki sposób przeszłość może powrócić, aby zniszczyć teraźniejszość.
Po filmie Alex opowiedziała o wizycie u matki i znowu ogarnął ją smutek. Zaczęła dźgać palcem tatuaż z mostem Bayonne na moim ramieniu, na co napiąłem biceps i most się powiększył, na co się roześmiała - choć byliśmy ze sobą już ponad rok, ciągle jeszcze to na nią działało. Zrobiłem sobie ten tatuaż, mając piętnaście lat - razem z napisem "Kill van Kull", którą to nazwę ukradłem z kumplami zatoce rozciągającej się pod mostem, gdzie piliśmy piwo, paliliśmy trawę i wymyślaliśmy, jak popaść w kłopoty.
Objąłem Alex, pocałowałem ją i wyślizgnęliśmy się z ubrań. Wpadające przez zasłony światło oświetlało jej włosy i złoty meszek na policzkach, które pieściłem, podczas gdy ona, bawiąc się moimi lokami na karku, stwierdziła, że powinienem iść do fryzjera. Potem, nie spiesząc się, kochaliśmy się i zasnęliśmy w swoich ramionach.
Nie mam pojęcia, czy minęły dwie minuty, czy dwie godziny, gdy Alex mnie obudziła, mówiąc przez sen. Zdarzało jej się to w chwilach zdenerwowania. Bez dwóch zdań czas spędzony z matką był ciężki. Zacząłem ją głaskać po policzku i szeptać: "Wszystko już dobrze", a kiedy się odwróciła, głaskałem ją po plecach, aż jej oddech ponownie się wyrównał. Spojrzałem na zegarek, okazało się, że zaraz będzie trzecia, wstałem, poszedłem do toalety i w drodze powrotnej niechcący musnąłem telewizor i zrzuciłem obraz na podłogę.
Alex gwałtownie usiadła.
- Nic się nie stało - szepnąłem.
Położyła się, by za chwilę spać dalej, ja jednak nie byłem w stanie. Podniosłem płótno z podłogi, zaniosłem je do salonu i ustawiłem na stole. Na Bowery jak zwykle o tej porze panowała cisza, bez miejskich hałasów: syren, łomotu śmieciarek, klaksonów i alarmów samochodów.
Znowu rzuciło mi się w oczy, jak bardzo spękany jest obraz, a gdy dotknąłem dolnego rogu, odpadł płat farby. Pochyliłem się i mrużąc oczy, spróbowałem dojrzeć, co jest pod spodem.