Zaginiony Van Gogh - Jonathan Santlofer

Kup ebooka

49.41 zł
43.48 zł (39,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

TERAZ

STAN­FOR­DVILLE, STAN NOWY JORK

Sto­doła z An­ty­kami skła­dała się z dwóch kon­dy­gna­cji peł­nych sta­rych me­bli, wóz­ków dla dzieci, wa­zo­nów i por­ce­lany, lamp, stert bu­twie­ją­cych ksią­żek, cza­so­pism i po­nad­gry­za­nych przez mole ubrań, co spra­wiało, że od ple­śni i ku­rzu do­sta­wało się za­wro­tów głowy. Tu­taj jed­nak - wśród tego śmie­cia - znaj­do­wał się przed­miot, do któ­rego zna­le­zie­nia Tully zo­stał za­trud­niony.

Kilka osób krą­żyło mię­dzy re­ga­łami, grze­biąc w wy­rzu­co­nych przez lu­dzi gra­tach, Tully przy­glą­dał się sto­li­kowi peł­nemu sta­rych przy­pi­na­nych na agrafkę znacz­ków, ja­kich kie­dyś uży­wano w kam­pa­niach wy­bor­czych po­li­ty­ków. Wy­jął z kie­szeni opa­ko­wa­nie gumy Ju­icy Fruit.

- Po­móc panu? - za­py­tał star­szy sprze­dawca.

Był do­brze po sie­dem­dzie­siątce, mocno prze­rze­dzone włosy zwią­zał w kitkę, a we fla­ne­lo­wej ko­szuli i dżin­so­wym kom­bi­ne­zo­nie, któ­rego górę zdo­biły me­ta­lowe em­ble­maty i ozdobne przy­pinki - Gra­te­ful Dead, Jef­fer­son Air­plane, Joan Baez, Jimi Hen­drix, tę­cze i pa­cyfy - wy­glą­dał jak żywe mu­zeum Wo­od­stock.

- Ile za to? - Tully wska­zał na okrą­głą przy­pinkę z na­pi­sem "McGo­vern/Shri­ver".

- Nooo... to do­bra rzecz - od­parł stary hi­pis. - Nie mógł­bym się z tym roz­stać za mniej niż dy­chę.

Tully za­pro­po­no­wał piątkę i sta­nęło na sze­ściu do­la­rach. Do­tknął bejs­bo­lówki i fał­szy­wych wą­sów, aby się upew­nić, że są jesz­cze na miej­scu, i po­pro­sił o to­rebkę.

- Bę­dzie pana kosz­to­wała dzie­sięć cen­tów - za­zna­czył sta­ru­szek. - Cały stan zro­bił się zie­lony, sam pan ro­zu­mie...

- Nie za­mie­rzam z tym dys­ku­to­wać - od­parł Tully, sze­roko się uśmie­cha­jąc.

- Je­stem Cal - po­wie­dział stary hi­pis i wy­cią­gnął rękę.

Pa­znok­cie miał po­ła­mane i brudne i choć Tully nie miał na to ochoty, uści­snął ją. Po­tem wy­my­ślił żonę i dom, który de­ko­rują - w stylu lat czter­dzie­stych - i za­py­tał Cala, czy ma ja­kieś ob­razy z tam­tych cza­sów.

Cal za­pro­wa­dził Tully'ego na pię­tro, gdzie wska­zał pal­cem kilka le­żą­cych na za­ku­rzo­nej pod­ło­dze land­sza­ftów w ra­mach. Nie tego Tully szu­kał.

- Żona od­dała serce por­tre­tom - po­wie­dział, a gdy Cal od­parł, że wła­śnie je­den sprze­dał, Tully mu­siał się ugryźć w ję­zyk, aby nie za­kląć, i skar­cił się w my­śli, na­ka­zu­jąc so­bie za­cho­wać spo­kój. - Jak wy­glą­dał?

- Hm... por­tret ko­biety. Prak­tycz­nie czarno-biały.

- A niech to - po­wie­dział Tully. - Wy­gląda na coś, czego szuka moja żona.

- Nie było w nim nic szcze­gól­nego - od­parł Cal - ale ko­bie­cie, która go ku­piła, się po­do­bał.

"Ko­bie­cie, która go ku­piła..."

- Zna ją pan?

Cal pod­cią­gnął kom­bi­ne­zon.

- Nie, ale znam jej ko­le­żankę. To tu­tej­sza dziew­czyna, de­ko­ra­torka, cią­gle tu przy­cho­dzi i ozdo­biła po­łowę do­mów w oko­licy sta­ro­ciami ze Sto­doły.

Tully za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób mógłby wy­cią­gnąć ze star­szego pana wię­cej in­for­ma­cji, nie wzbu­dza­jąc po­dej­rzeń, gdy Cal do­dał, że ku­piła też lampę.

- Zro­bioną z mcCoya - po­wie­dział, po czym za­głę­bił się w opo­wieść o dzia­ła­ją­cej głów­nie na po­czątku XX wieku fir­mie pro­du­ku­ją­cej w Ohio wy­roby ce­ra­miczne, o tym, jak jej to­wary za­częto na­zy­wać od na­zwi­ska wła­ści­ciela i w ja­kich ko­lo­rach się lu­bo­wała: musz­tar­do­wym, zie­lo­no­nie­bie­skim i zła­ma­nej bieli.

Tully wtrą­cił kilka ko­niecz­nych "no, no, no...", po czym spy­tał, czy mają jesz­cze ja­kieś mcCoye, a gdy Cal kilka wska­zał, ku­pił dwa wa­zony - zie­lony i żół­to­musz­tar­dowy. Gdy sta­ru­szek owi­jał mu za­kupy w pa­pier, Tully opo­wie­dział nieco wię­cej o nie­ist­nie­ją­cej żo­nie i domu, który wła­śnie ku­pili i który "wy­maga ude­ko­ro­wa­nia". Gło­śno za­sta­na­wiał się nad "miej­scową dziew­czyną, która po­mo­gła tak wielu lu­dziom w oko­licy".

Cal po­grze­bał w sto­sie le­żą­cych przy ka­sie wi­zy­tó­wek i po­dał mu jedną z nich.

Sha­ron Ma­cIn­tosh, WNĘ­TRZAR­STWO

"A niech mnie..." - po­my­ślał Tully. "Uwiel­biam małe mia­steczka".

Cal - z wy­cią­gnię­tym skądś te­le­fo­nem - na­wet się za­ofia­ro­wał, że do niej za­dzwoni.

Tully wło­żył do ust świeży li­stek gumy do żu­cia i słu­chał, jak Cal in­for­muje Sha­ron, że ma dla niej no­wego klienta.

2

TERAZ

BOWERY, NOWY JORK

Świa­tło póź­nego po­ranka wpa­dało do środka przez się­ga­jące od pod­łogi do su­fitu okna, roz­ja­śniało moją pa­letę i oparte o ścianę pra­cowni na Bo­wery nie­do­koń­czone ob­razy - nowe prace na nad­cho­dzącą wy­stawę, pierw­szą od czte­rech lat, którą przy­go­to­wy­wa­łem dla Mat­tia Beuh­ler Gal­lery, jed­nej z naj­lep­szych ga­le­rii w No­wym Jorku. Druga szansa, o któ­rej jesz­cze nie­dawno na­wet nie śmiał­bym ma­rzyć. Udało się jed­nak, dzięki mo­jemu przy­ja­cie­lowi Jude'owi, kry­ty­kowi sztuki i eks­per­towi od au­kcji, który znał wszyst­kich w świe­cie sztuki i oso­bi­ście przy­pro­wa­dził do mo­jej pra­cowni wła­ści­ciela ga­le­rii Mat­tię Beuh­lera, a do tego mocno mnie re­kla­mo­wał.

Moje nowe ob­razy uka­zy­wały mie­szankę ludz­kich po­staci, wnętrz i wi­docz­nych z mo­ich okien frag­men­tów mia­sta, co było sporą zmianą w sto­sunku do abs­trak­cji, z któ­rych by­łem znany. Cią­gle jesz­cze jed­nak szu­ka­łem cze­goś, co wy­nio­słoby moje ma­lar­stwo na inną płasz­czy­znę i wy­raź­nie od­dzie­liło je od po­przed­niego okresu.

Na­bra­łem na pę­dzel czer­wieni kad­mo­wej i zro­bi­łem kon­tur na­giej po­staci, która wy­peł­niła nie­mal całe dwu­me­trowe płótno. Nie mia­łem po­ję­cia, co Alex na to po­wie. Choć po­zo­wała do ob­razu, prze­ra­bia­łem go wiele razy, aż za­częła się skar­żyć, że mo­głem użyć jako mo­dela do­wol­nej osoby. Nie było to jed­nak prawdą - dla mnie nie ist­niał nikt taki jak ona.

Mi­nął rok, od­kąd po­zna­li­śmy się we Wło­szech. Był to sza­lony czas i z ra­do­ścią wró­ci­łem do No­wego Jorku - po­wrót do domu cie­szył mnie na­wet bar­dziej niż fakt, że miesz­kamy ra­zem. No, może nie do końca. Spę­dzała więk­szość nocy u mnie, ale za­cho­wała miesz­ka­nie w Mur­ray Hill[1] jako wyj­ście awa­ryjne.

Po­pa­trzy­łem na ob­raz, na spo­sób, w jaki na­rzu­ci­łem farbę na twarz, aby była nie do roz­po­zna­nia i ta­jem­ni­cza, i na chwilę na­szła mnie myśl, czy ist­nieje jesz­cze coś do­ty­czą­cego Alex, o czym nie mam po­ję­cia. Sam nie by­łem otwartą księgą i nie­wiele osób miało do­stęp do mo­jego wnę­trza, co wy­ty­kała mi prak­tycz­nie każda z by­łych dziew­czyn, o Alex chcia­łem jed­nak wie­dzieć wszystko, być z nią cały czas. Le­d­wie zni­kała, już za nią tę­sk­ni­łem. Tak jak te­raz, gdy po­je­chała do matki - do ośrodka opie­kuń­czego dla osób z za­bu­rze­niami pa­mięci w Stan­for­dville, dwie go­dziny jazdy sa­mo­cho­dem na pół­noc od No­wego Jorku - co ro­biła co drugi ty­dzień.

Po ko­lej­nej go­dzi­nie ma­lo­wa­nia ścią­gną­łem pla­sti­kowe rę­ka­wiczki, wło­ży­łem pędzle w puszki po ka­wie, w któ­rych była ben­zyna la­kowa, i prze­bra­łem się. Le­d­wie zdą­ży­łem się umyć i za­ło­żyć czy­stą ko­szulę, gdy za­zgrzy­tały drzwi windy to­wa­ro­wej.

- Je­stem w domu! - za­wo­łała Alex.

Na te słowa za­wsze prze­cho­dził mnie miły dreszcz. Ob­ją­łem ją, a ona po­ło­żyła mi głowę na piersi.

- Tę­sk­ni­łem za tobą - po­wie­dzia­łem na wi­dok jej zmę­czo­nej twa­rzy. - Wszystko w po­rządku?

- Moja matka... Cza­sami nie wie, gdzie jest ani kim ja je­stem.

Przy­tu­li­łem ją moc­niej, na co po­zwo­liła, po mniej wię­cej mi­nu­cie cof­nęła się jed­nak, uwol­niła z mo­ich ob­jęć i zmu­siła do uśmie­chu.

- Sha­ron prze­syła po­zdro­wie­nia naj­przy­stoj­niej­szemu męż­czyź­nie w No­wym Jorku - po­wie­działa, a ja spy­ta­łem, czy wi­duje ko­go­kol­wiek poza mną.

Alex ro­ze­śmiała się, za­częła się roz­wo­dzić nad tym, że jej przy­ja­ciółka Sha­ron jest zbyt młoda na sa­motne ży­cie w "tym od­cię­tym od świata sta­rym domu", i za­py­tała, czy mam może ko­goś, z kim da­łoby się ją umó­wić.

- Może z Ro­nem?

- Chcesz ją umó­wić z ego­cen­trycz­nym, nar­cy­stycz­nym ma­la­rzem?

- A kto byłby na tyle sza­lony, by się na coś po­dob­nego zgo­dzić? - po­wie­działa i po­kle­pała mnie po po­liczku.

- Ha!

W tym mo­men­cie za­uwa­ży­łem sto­jące obok jej wa­lizki rze­czy i spy­ta­łem, co to jest. Alex unio­sła lampę i wy­ja­śniła, że zo­stała zro­biona ze sta­rego wa­zonu McCoya i zda­niem sprze­dawcy w an­ty­kwa­ria­cie - sta­rego hi­pisa, który do wszyst­kiego miał ja­kąś hi­sto­rię - jest czymś po­szu­ki­wa­nym przez zbie­ra­czy.

- A to?

Alex uklę­kła, aby od­wi­nąć z ob­razu pa­pier i fo­lię, po czym za­nio­sła go do sa­lonu i usta­wiła na na­szym dłu­gim stole w ja­dalni. Był to nie­wiel­kiego for­matu por­tret mło­dej ko­biety, z po­łową twa­rzy na­ma­lo­waną bielą na nie­mal czar­nym tle.

- Co o tym są­dzisz? - spy­tała Alex.

Po­cią­gnię­cia pędz­lem świad­czyły o pew­nej ręce, a błysk w oku mo­delki był wia­ry­godny. Od­wró­ci­łem ob­raz. Nie było pod­pisu, je­dy­nie data: 1944, choć z wy­glądu spra­wiał wra­że­nie dużo star­szego. Blejt­ram był w wielu miej­scach pęk­nięty, płótno - mocno po­pla­mione.

- Wła­ści­ciel hi­pi­sow­skiego sklepu nie chciał zdra­dzić na­zwi­ska au­tora?

Alex od­parła, że nie znał go i wie­dział je­dy­nie, że ob­raz był czę­ścią do­bytku po­zo­sta­łego po li­kwi­da­cji czy­jejś po­sia­dło­ści.

- No i kosz­to­wał tylko dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów, a po­doba mi się od­waga w oczach ko­biety.

- Jest w po­rządku - stwier­dzi­łem.

- To duża po­chwała - od­parła i do­dała, że Sha­ron mu­siała ją po­wstrzy­mać od ku­pie­nia mi gar­ni­turu Zoot[2].

- Niech jej Bóg bło­go­sławi - stwier­dzi­łem, ro­biąc znak krzyża, co było jedną z nie­wielu po­zo­sta­ło­ści mo­jego ka­to­lic­kiego wy­cho­wa­nia.

Ry­tuał wy­wo­łał w mo­jej pa­mięci scenę z Cmen­ta­rza Imie­nia Pań­skiego w Jer­sey City, jaka ro­ze­grała się desz­czo­wego wio­sen­nego dnia nie­cały rok temu - sta­łem przy gro­bie ojca, obej­mu­jąc ra­mie­niem matkę, ma­lutką i kru­chą, która wtu­lała się w moją li­czącą po­nad metr osiem­dzie­siąt po­stać, a nowy pa­stor z ko­ścioła Naj­święt­szej Ma­rii Panny Gwiazdy Mo­rza kle­pał dwu­mi­nu­tową mowę po­grze­bową, z któ­rej jed­no­znacz­nie wy­ni­kało, że ni­gdy nie wi­dział na oczy mo­jego ojca, "po­kor­nego czło­wieka, który ko­chał ro­dzinę i przy­ja­ciół".

Przyj­rza­łem się bli­żej ob­ra­zowi i stwier­dziw­szy, że jest nie­zwy­kle mocno spę­kany, za­su­ge­ro­wa­łem Alex, że je­żeli na­prawdę jej na nim za­leży, po­winna go dać do kon­ser­wa­cji.

- Za­nim w niego za­in­we­stuję, chęt­nie bym się o nim do­wie­działa wię­cej - od­parła, po czym spy­tała, jak mi szło ma­lo­wa­nie, gdy była na pół­nocy stanu.

Po­szli­śmy do mo­jej pra­cowni i za­częła wska­zy­wać na to, co jej się po­doba i co jej się po­doba mniej. Wszystko bar­dzo tak­tow­nie, ale słu­cha­łem. Miała do­bre oko i była pro­fe­sjo­na­listką, dwa kroki przed dok­to­ra­tem z hi­sto­rii sztuki.

Po­tem zje­dli­śmy moją sławną par­mi­gianę z ba­kła­ża­nami - jedną z nie­wielu rze­czy, ja­kie go­to­wa­łem. Alex po­pi­jała ją kie­lisz­kiem wina, ja Pel­le­grino. Po ko­la­cji Alex przy­nio­sła ku­piony ob­raz do sy­pialni, ja­kimś spo­so­bem usta­wiła go na te­le­wi­zo­rze i po­szli­śmy do łóżka. Włą­czy­li­śmy Cri­te­rion Chan­nel i oglą­da­li­śmy stary film noir, z li­sty mo­ich ulu­bio­nych: Czło­wiek z prze­szło­ścią - hi­sto­rię o tym, w jaki spo­sób prze­szłość może po­wró­cić, aby znisz­czyć te­raź­niej­szość.

Po fil­mie Alex opo­wie­działa o wi­zy­cie u matki i znowu ogar­nął ją smu­tek. Za­częła dźgać pal­cem ta­tuaż z mo­stem Bay­onne na moim ra­mie­niu, na co na­pią­łem bi­ceps i most się po­więk­szył, na co się ro­ze­śmiała - choć by­li­śmy ze sobą już po­nad rok, cią­gle jesz­cze to na nią dzia­łało. Zro­bi­łem so­bie ten ta­tuaż, ma­jąc pięt­na­ście lat - ra­zem z na­pi­sem "Kill van Kull", którą to na­zwę ukra­dłem z kum­plami za­toce roz­cią­ga­ją­cej się pod mo­stem, gdzie pi­li­śmy piwo, pa­li­li­śmy trawę i wy­my­śla­li­śmy, jak po­paść w kło­poty.

Ob­ją­łem Alex, po­ca­ło­wa­łem ją i wy­śli­zgnę­li­śmy się z ubrań. Wpa­da­jące przez za­słony świa­tło oświe­tlało jej włosy i złoty me­szek na po­licz­kach, które pie­ści­łem, pod­czas gdy ona, ba­wiąc się mo­imi lo­kami na karku, stwier­dziła, że po­wi­nie­nem iść do fry­zjera. Po­tem, nie spie­sząc się, ko­cha­li­śmy się i za­snę­li­śmy w swo­ich ra­mio­nach.

Nie mam po­ję­cia, czy mi­nęły dwie mi­nuty, czy dwie go­dziny, gdy Alex mnie obu­dziła, mó­wiąc przez sen. Zda­rzało jej się to w chwi­lach zde­ner­wo­wa­nia. Bez dwóch zdań czas spę­dzony z matką był ciężki. Za­czą­łem ją gła­skać po po­liczku i szep­tać: "Wszystko już do­brze", a kiedy się od­wró­ciła, gła­ska­łem ją po ple­cach, aż jej od­dech po­now­nie się wy­rów­nał. Spoj­rza­łem na ze­ga­rek, oka­zało się, że za­raz bę­dzie trze­cia, wsta­łem, po­sze­dłem do to­a­lety i w dro­dze po­wrot­nej nie­chcący mu­sną­łem te­le­wi­zor i zrzu­ci­łem ob­raz na pod­łogę.

Alex gwał­tow­nie usia­dła.

- Nic się nie stało - szep­ną­łem.

Po­ło­żyła się, by za chwilę spać da­lej, ja jed­nak nie by­łem w sta­nie. Pod­nio­słem płótno z pod­łogi, za­nio­słem je do sa­lonu i usta­wi­łem na stole. Na Bo­wery jak zwy­kle o tej po­rze pa­no­wała ci­sza, bez miej­skich ha­ła­sów: sy­ren, ło­motu śmie­cia­rek, klak­so­nów i alar­mów sa­mo­cho­dów.

Znowu rzu­ciło mi się w oczy, jak bar­dzo spę­kany jest ob­raz, a gdy do­tkną­łem dol­nego rogu, od­padł płat farby. Po­chy­li­łem się i mru­żąc oczy, spró­bo­wa­łem doj­rzeć, co jest pod spodem.

PRO­LOG

SIER­PIEŃ 1944 ROKU

PARYŻ

Mo­gli go za to za­bić.

Mimo du­choty po­za­my­kał okna w po­koju i za­cią­gnął za­słony. Pa­liła się tylko jedna lampa, w któ­rej świe­tle na­niósł cienką war­stwę kleju na kalkę kre­ślar­ską. Na­ło­żył ją na ob­raz i do­ci­snął miękką szmatką, aby klej do­kład­nie przy­warł do po­wierzchni, two­rząc ne­ga­ty­wową ko­pię każ­dego po­cią­gnię­cia pędz­lem. Była to naj­waż­niej­sza część pracy - pa­pier se­pa­ro­wał, od­dzie­lał stare od no­wego.

Cze­ka­jąc, aż klej wy­schnie, wy­trzą­snął z po­gnie­cio­nej nie­bie­skiej paczki gi­ta­nes'a, wło­żył go do ust, za­pa­lił i za­cią­gnął się. Dym był ostry, smak gorzki.

Gorzki jak mi­nione pięć lat.

Chwilę po­krę­cił gałką ta­niego ra­dia, które wy­po­sa­żył w an­tenę, po­zwa­la­jącą zła­pać BBC, a cza­sami to, co uwiel­biał: ame­ry­kań­ską mu­zykę. Choć słu­cha­nie za­gra­nicz­nego ra­dia było cięż­kim prze­stęp­stwem, nie dbał o to, a poza tym i tak nie miało to już zna­cze­nia. Dziś wie­czór szczę­ście mu sprzy­jało: zła­pał King Cole Trio, któ­rego wio­dący wo­ka­li­sta - mimo trza­sków w ete­rze - miał głos gładki jak je­dwab. Śpie­wał ra­zem z nim, na­śla­du­jąc słowa, któ­rych nie ro­zu­miał: It's only a pa­per moon... Spraw­dził po­wierzch­nię ob­razu - cią­gle jesz­cze nie wy­schła. Z opisu pro­du­centa wy­ni­kało, że nowy ter­mo­pla­styczny klej wiąże mocno, ale da się w ra­zie po­trzeby bez trudu usu­nąć.

Spod pół­prze­zro­czy­stego pa­pieru spo­glą­dały na niego kon­tury jakby żyw­cem wy­jęte ze świata du­chów, li­nie, któ­rych ni­gdy nie za­po­mni. Ze wszyst­kich ob­ra­zów, które za­ma­lo­wał, ten był naj­waż­niej­szy.

Gdy po­now­nie do­tknął po­wierzchni, klej był su­chy. Po­krył kalkę war­stwą wod­nej bia­łej farby, two­rząc czy­ste pod­łoże, po czym po­sta­wił płótno na szta­lu­gach. Z po­czątku za­mie­rzał na­ma­lo­wać klauna w stylu Ro­uaulta albo ja­kiś pro­sty wzór, ale wy­jął z port­fela fo­to­gra­fię - por­tret żony, Jo­sette, zro­biony pięć lat wcze­śniej, za­nim świat eks­plo­do­wał, z dra­ma­tycz­nie oświe­tloną po­łową twa­rzy, a drugą po­łową skrytą w ciem­no­ści.

Z pa­pie­ro­sem w ustach wlał do ma­łej puszki nieco oleju lnia­nego i do­dał kilka kro­pli sy­ka­tywy ko­bal­to­wej. Choć poza przy­spie­sze­niem schnię­cia po­wo­duje ona pę­ka­nie farb, te­raz bar­dziej li­czył się zysk na cza­sie. Prze­glą­da­jąc po­zo­stałe tubki, wy­ci­skał małe por­cje farb na wła­snej ro­boty pa­letę: czerń Marsa, biel ty­ta­nową, um­brę pa­loną, żół­cień ne­apo­li­tań­ską, troszkę cen­nej czer­wieni we­nec­kiej z nie­mal cał­ko­wi­cie opróż­nio­nej tubki, po czym po­sy­pał je odro­biną mar­mu­ro­wego pyłu, aby jesz­cze szyb­ciej schły.

Przy­su­nął lampę i za­czął z po­śpie­chem ma­lo­wać. Swoim naj­więk­szym pędz­lem zro­bił z czerni i um­bry plamę w miej­scu za­cie­nio­nej strony twa­rzy. Do ja­snej strony zmie­szał biel z żół­cie­nią. Szybko na­ło­żył kon­tur. Spi­cza­stym pę­dzel­kiem do­dał kilka moc­nych po­cią­gnięć, za­zna­cza­jąc nos, oczy i usta, zmie­szał cy­no­ber z bielą i sta­ra­jąc się uchwy­cić pe­łen na­dziei pół­u­śmiech Jo­sette, wy­peł­nił ró­żem wargi.

Ra­dio zgu­biło sta­cję i wy­do­by­wały się z niego same trza­ski, nie prze­ry­wał jed­nak pracy, aby wy­re­gu­lo­wać od­bior­nik. Za­głę­biony w ob­ra­zie, ro­bił ko­lejne cie­nie przy no­sie i pod­bródku, le­d­wie wi­doczne kon­tury po­wiek. Pra­co­wał szybko, wie­dząc, że ko­lejna po­żoga jest nie tylko moż­liwa, lecz także bar­dzo praw­do­po­dobna, czego nie­trudno było się do­my­ślić po jesz­cze od­da­lo­nym, ale co­raz gło­śniej­szym ogniu ar­ty­le­ryj­skim.

Kilka sze­ro­kich po­cią­gnięć na czole i czubku nosa, aby je wy­do­być, po­tem ja­śniej­sze ak­centy w ką­ci­kach ust i gruba kro­pla bieli, by stwo­rzyć w oku prze­ko­nu­jącą łzę, któ­rej nie było na zdję­ciu, ale którą mógł na­ma­lo­wać z pa­mięci, tak czę­sto Jo­sette pła­kała w mi­nio­nych czte­rech la­tach.

Na tym skoń­czył. Nie było sensu mę­czyć się nad ob­ra­zem, który prę­dzej czy póź­niej miał zo­stać znisz­czony. Od­wró­cił go, na­ma­lo­wał z tyłu 1944, wy­tarł dło­nie i po­sta­wił płótno przed wen­ty­la­to­rem.

Chwilę po­krę­cił gałką ra­dia - tym ra­zem, aby zna­leźć sta­cję ru­chu oporu i ode­brać za­ko­do­wane in­struk­cje, gdzie ma do­star­czyć ob­raz.

3

Rano ob­raz stał tam, gdzie zo­sta­wi­łem go w nocy. Po­now­nie przyj­rza­łem się miej­scu, które nie­chcący wy­szczer­bi­łem. W dzien­nym świe­tle dało się pod farbą do­strzec ja­kiś ro­dzaj pa­pieru i naj­chęt­niej ode­rwał­bym jej wię­cej, ale nie­stety Alex była na uczelni. Da­łem więc ob­ra­zowi spo­kój i sku­pi­łem się na no­tat­kach do wy­kładu o Cézan­nie. Uwiel­bia­łem go jako ma­la­rza, choć był an­ty­se­mitą i sta­nął po nie­wła­ści­wej stro­nie w słyn­nej spra­wie Drey­fusa. Gdyby trzeba było wy­bie­rać ulu­bio­nych ar­ty­stów we­dle tego, co ro­bili w ży­ciu pry­wat­nym, zo­sta­łoby nie­wielu war­tych po­dziwu. Co kilka mi­nut kie­ro­wa­łem wzrok na ob­raz i na­tych­miast po po­wro­cie Alex do domu po­ka­za­łem jej od­sło­nięte miej­sce.

Po­chy­liła się nad płót­nem, żeby do­kład­niej się mu przyj­rzeć.

- Są­dzisz, że coś jest pod farbą?

Nie mia­łem po­ję­cia, więc od­po­wie­dzia­łem py­ta­niem, czy chcia­łaby się do­wie­dzieć. Chwilę się za­sta­na­wiała, za­raz jed­nak stwier­dziła, że już i tak zmar­no­wała na ob­raz dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów. Na­stęp­nie zro­biła mu - na pa­miątkę - kilka zdjęć i ka­zała mi brać się do ro­boty. Za­nie­śli­śmy płótno do mo­jej pra­cowni, gdzie wy­szu­ka­łem naj­ostrzej­szy nóż do skro­ba­nia farby z pa­let, unio­słem go nad ob­ra­zem i na mo­ment za­mar­łem, po czym wsu­ną­łem pod war­stwę farby w dol­nym rogu, z któ­rego w nocy od­padł ka­wa­łek. Bez trudu udało mi się odłu­pać ko­lejny. Zbli­ży­li­śmy głowy do płótna, chcąc do­kład­niej mu się przyj­rzeć.

- Za­cze­kaj! - po­wie­działa Alex, ode­szła i po chwili wró­ciła z lupą, by jesz­cze le­piej zba­dać wy­eks­po­no­wany frag­ment. - Bez dwóch zdań jest tam pa­pier - stwier­dziła i ka­zała mi dłu­bać da­lej.

Wsu­ną­łem nóż pod farbę i odłu­pa­łem ko­lejny ka­wa­łek. Alex zro­biła na­stępne zdję­cie, po czym kon­ty­nu­owa­łem pracę, aż od­sło­ni­łem mniej wię­cej jedną czwartą płótna.

Te­raz, gdy dolna część twa­rzy ko­biety znik­nęła, wy­raź­nie zo­ba­czy­li­śmy war­stwę pa­pieru. Był cienki jak kalka i po­ma­lo­wany na biało.

- Ktoś wło­żył sporo wy­siłku w spre­pa­ro­wa­nie tego płótna - stwier­dzi­łem i wró­ci­łem do za­ję­cia. Nieco zbyt gor­li­wie, jak się oka­zało, ze­skro­ba­łem bo­wiem nie tylko ko­lejne cen­ty­me­try farby, ale także tro­chę skóry ze swo­ich kłykci.

Alex jęk­nęła ci­cho i za­pro­wa­dziła mnie do ła­zienki, gdzie zmy­łem krew, a ona na­ło­żyła mi na rany neo­spo­rin i na­kle­iła parę pla­strów. Po­ka­zała, że mam za­krwa­wiony T-shirt, zdją­łem go. Po­kle­pała mnie po ple­cach i spy­tała: "Jak leci, Mona?", ma­jąc na my­śli ta­tuaż Mony Lisy zaj­mu­jący nie­mal całe moje plecy, który zro­bi­łem so­bie ku czci pra­dziadka i jego sła­wet­nej kra­dzieży.

Za­ło­ży­łem nową ko­szulkę i wró­ci­li­śmy do pracy. Tym ra­zem ostroż­nie omi­ja­li­śmy moją dłoń. Szło to po­woli - usu­nię­cie reszty ko­bie­cej twa­rzy za­jęło do­brze po­nad go­dzinę, ale biały pa­pier zo­stał cał­ko­wi­cie od­sło­nięty. Miał mnó­stwo zgru­bień i za­ła­mań.

- Zde­cy­do­wa­nie coś pod tym jest - stwier­dziła Alex, do­pin­gu­jąc mnie do dal­szego dzia­ła­nia.

Zna­la­złem dłuż­szy, nieco szer­szy nóż. Lekko po­ru­sza­jąc nim na boki, wsu­ną­łem go pod pa­pier i unio­słem pierw­szy ka­wa­łek.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału: The Lost Van Gogh
Co­py­ri­ght ? 2024 by Jo­na­than San­tlo­fer Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion ? Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o.,War­szawa 2024
Zdję­cie na okładce: Vin­cent van Gogh, Au­to­por­tret, 1887,The Art In­sti­tute of Chi­cago, Jo­seph Win­ter­bo­tham Col­lec­tion; do­mena pu­bliczna
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Pa­weł Wie­czo­rek
Re­dak­cja: Ad­rianna Hess
Ko­rekta: Mał­go­rzata Stal­mier­ska
Pro­jekt okładki: Lit­tle Ro­bin Do­rota Mi­cha­lec www.lit­tle­ro­bin­de­sign.com
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Szur
ISBN 978-83-213-5294-7
Wy­da­nie I, 2024. Sym­bol 5351/R
CIP Bi­blio­teka Na­ro­dowa
San­tlo­fer, Jo­na­than
Za­gi­niony van Gogh / Jo­na­than San­tlo­fer
; prze­ło­żył Pa­weł Wie­czo­rek. - Wy­da­nie I.
- War­szawa : Le­Tra, 2024
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50/51 e-mail: info@ar­kady.eu, www.ar­kady.eu Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Ar­kady, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two.ar­kadyksię­gar­nia fir­mowa tel. 22 444 86 61 e-mail: ksie­gar­nia@ar­kady.eu księ­gar­nia wy­sył­kowa: tel. 22 444 86 97 www.ar­kady.info
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.