Rozdział 3
Marasi przyglądała się odciskom stóp w pyle. Wyglądały, jakby powstały
przed paroma tygodniami i już zebrał się w nich kurz. Podeszła do
Wayne'a, który badał tunel nieco dalej, w miejscu, gdzie zaczynał opadać
ostro w dół i wymagałby mozolnej wspinaczki. Mężczyzna popatrzył na nią.
- Skoro tak łatwo wślizgują się do miasta i je opuszczają, to musieli
znaleźć inną drogę - powiedział. - Tędy nie chodzą regularnie.
- Zgoda. I tak powinniśmy zachować ostrożność, na wypadek gdyby
zostawili czujki.
W odpowiedzi Wayne przygasił latarnię i szepnął:
- Chcesz iść dalej bez wsparcia?
- Na razie. Przeprowadzimy zwiad i zobaczymy, co się nam uda znaleźć.
Wolałabym nie mobilizować wszystkich, jeśli to ślepa uliczka.
Razem ruszyli tunelem. Fakt, że szlak był trudny i na pierwszy rzut oka
mało uczęszczany, uspokajał ją. Jeśli wróg przebywał na dole, ale
korzystał z innej drogi, to było mniej prawdopodobne, że ona i Wayne
zostaną dostrzeżeni.
Ostrożnie schodzili korytarzem. Na rdzę... całe szczęście włożyła spodnie.
Jeśli miała się poślizgnąć i rozwalić głowę, mogła zrobić to z godnością. A przynajmniej z tą resztką godności, która pozostawała
kobiecie po godzinnej wędrówce przez kanały ściekowe.
Próbowała przestać rozmyślać o tej kwestii, wyobrażając sobie, że
jaskinie musiały być równie starożytne, jak Wojowniczka Wstąpienia - a może nawet starsze. Te tunele przespały zniszczenie świata, Katacendre,
rozkwit i upadek Ostatniego Imperium. Czy te kamienie, po których teraz
kroczyli, spadły ze sklepienia w czasach Popielnych Gór?
Nie mogła się nie zastanawiać, czy nie natrafią na mityczną Kołyskę
Ocalałego - Czeluście Hathsin - choć wiedziała, że to głupota. Wax
powiedział, że je odwiedził i nie natrafił na magiczne metale z legend.
W końcu dotarli do wyjątkowo głębokiego szybu prowadzącego w dół. Był
właściwie pionowy, choć miał dużo występów i pęknięć w skale, które
umożliwiały wspinaczkę. Wayne znów rozjaśnił ich latarnię i spojrzał z powątpiewaniem.
- Jesteśmy pewni, że stąd przyszli? - spytał szeptem.
- A kto inny zostawiłby tamte odciski stóp?
- Odciski stóp?
- W kurzu? A w pobliżu wejścia były jeszcze zaschnięte ślady błocka z kanałów? Naprawdę, Wayne, jak na detektywa bywasz zadziwiająco mało
spostrzegawczy.
- Ty i Wax jesteście detektywami. Nie ja.
- To kim jesteś?
- Barierą dla kul. Gościem, który wali w czaszki. I czasami wybucha.
- Dziś nie będziemy robić nic takiego - szepnęła Marasi. - Zajrzymy do
środka, sprawdzimy, czy mam rację, a później wyjdziemy, żeby uzyskać
zezwolenie i wsparcie.
- To pewnie też będziemy wracać tą drogą. - Westchnął i wyciągnął z płóciennego plecaka zwój liny. Znalazł stabilny kawał skały, obwiązał
wokół niego sznur, a drugi koniec wrzucił w ciemność.
Zaczął schodzić jako pierwszy, Marasi podążała za nim z karabinem
przerzuconym przez ramię. Zejście okazało się łatwiejsze, niż się
spodziewała, bo na linie były węzły. I tak rozbolały ją ręce.
- No więc... - zaczął cicho Wayne, który wisiał poniżej. Dotrzymywał jej
kroku, zamiast ruszyć przodem. - Chcesz poznać moją listę sposobów, na
jakie kobiety łamią prawa fizyki?
- To zależy. Jak bardzo mizoginiczna jest? Podasz mi liczbę na jakiejś
skali?
- Yyy... trzynaście?
- Na ile?
- Siedemnaście?
- Co to w ogóle za zwariowana skala? - szepnęła Marasi, zatrzymała się
na głazie i spojrzała na niego z góry. - Dlaczego wybrałeś taką skalę?
Dlaczego nie, chociażby, szesnaście?
- Nie wiem! To ty spytałaś mnie o skalę. Posłuchaj, to jest dobre.
Kobiety. Łamią prawa fizyki. Od dawna nad tym rozmyślałem. Co najmniej
od paru dni. Spodoba ci się.
- Jestem pewna.
- Pierwszy sposób. - Wayne zsunął się na kolejny występ. - Kiedy
zdejmują ubrania, robią się gorętsze. Dziwne, co nie? Normalni ludzie
robią się chłodniejsi, kiedy zdejmują...
- Normalni ludzie? - powtórzyła, idąc za nim. - Kiedy mówisz "normalni",
masz na myśli mężczyzn?
- Yyy... no tak.
- Czyli połowa świata nie jest normalna? Kobiety nie są normalne?
- To brzmi trochę śmiesznie, kiedy tak to ujęłaś.
- Tak myślisz?
- Zrozum, chciałem tylko zwrócić uwagę na coś interesującego. Użyteczne
obserwacjonowanie o naturze cosmere i relacji między płciami.
- Sądzę, że wymyśliłeś coś, co cię rozbawiło, i szukałeś pretekstu, by
powiedzieć to na głos. - Wylądowała na niewielkiej półce obok niego i w końcu zobaczyła dno. Znajdowali się mniej więcej w połowie szybu.
Spojrzał jej w oczy.
- Więc... no... czternaście? Na siedemnaście?
- I rośnie. I to nawet nie jest prawda, Waynie. Wielu mężczyzn robi się
gorętszych, kiedy zdejmują ubrania. Zależy od mężczyzny.
Uśmiechnął się szeroko.
- A co z Allikiem?
- W przypadku Allika chodzi raczej o maskę.
- Tak często podnosi tę zardzewiałą maskę, że można się zacząć
zastanawiać, po co w ogóle ją nosi.
- Dla Malwian poruszanie maski to jak... emfaza. Pozwolenie, by inni
ludzie zajrzeli pod maskę, nie jest niczym niewłaściwym, choć udają, że
to tabu... i może kiedyś nim było. Teraz lubią sposób, w jaki pozwala im
wyrażać uczucia.
Wayne przerzucił nogi przez krawędź i zaczął schodzić dalej. Zostawiła
mu trochę przestrzeni i ruszyła za nim.
- Więc... Chcesz usłyszeć numer dwa?
- Właściwie... w pewnym sensie tak.
- Ha! Tak myślałem. Wax by odmówił.
- Wax miał całe lata, by przyzwyczaić się do głębi twojego zepsucia,
Waynie. Mnie wciąż zadziwia, jak bardzo potrafisz się pogrążyć za każdym
razem.
- W porządku. Numer dwa. Spytaj kobietę, ile waży. A później ją podnieś.
Okaże się, że przybrała na wadze. Feruchemiczki, co do jednej.
- Wayne, ten żart jest tak stary, że ma brodę.
- Poważnie?
- Absolutnie. Kiedy byłam dzieckiem, mój ojciec żartował sobie na temat
kobiet, które nie przyznają się do swojej wagi.
- Niech to. Staruszek Harms znał ten dowcip? - Popatrzył na nią szeroko
otwartymi oczami. - Do diabła, Marasi. Czy ja się starzeję? Czy to był
dowcip staruszka?
- Bez komentarza.
- Przeklęci konsi i ich małomówność. - Wayne dotarł na dno i ostrożnie,
z cichym szelestem ubrania i butów na kamieniu, zeskoczył z liny i przytrzymał ją dla Marasi.
Zeszła na sam dół i dołączyła do niego.
- To jaki jest numer trzeci na liście?
- Jeszcze go nie mam.
- To lista z dwóch elementów, z których jeden jest głupi?
- Z których dwa są głupie - mruknął ponuro. - A jeden najwyraźniej
również geriatryczny. Te same dowcipy, co lord Harms. Tracę styl i tyle.
- Spojrzał jej w oczy i wyszczerzył zęby. - Czy to znaczy, że w tej
parze mogę być tym zrzędliwym starszym gościem? Ty możesz być tym młodym
energicznym, który cały czas przeklina i podejmuje błędne decyzje
życiowe.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Czy będę miała przynoszący szczęście kapelusz?
- Tylko jeśli będziesz dobrze go traktować. - Przycisnął dłoń do serca.
- I zdejmować go, zanim wydarzy się coś pechowego, żeby nie psuć mu
reputacji.
- Zapamiętam. - Wpatrzyła się w głąb tunelu prowadzącego od szybu. - Ale
skończmy z gadaniem... choć uwielbiam się dowiadywać, co wypączkowało
ostatnio w twoim mózgu, nie możemy sobie pozwolić, żeby nas usłyszeli.
Znów przygasił latarnię i ruszyli tunelem. Ludzie na komendach czasem
posyłali jej współczujące spojrzenia, bo była partnerką Wayne'a - ale
tak naprawdę on potrafił być dobrym konstablem, kiedy mu się chciało. A zwykle mu się chciało.
Na przykład teraz na jej prośbę zamknął się i skupił na pracy. Wayne'owi
brakowało ogłady i czasami był boleśnie zadowolony z siebie, ale był też
dobrym partnerem. Nawet doskonałym. Jeśli tylko dostało się do wnętrza
jego bańki - nie Allomantycznej, ale osobistej. Wayne był jak fort, z zewnętrznymi murami i umocnieniami. Jeśli byłeś jednym z nielicznych
szczęściarzy, których wpuścił do środka, miałeś przyjaciela na całe
życie. Takiego, który stanie u twojego boku przeciwko dosłownym bogom.
Znajdziemy cię, Trellu, pomyślała Marasi, skradając się. Pierwszy raz
usłyszała to imię z ust umierającego, przed laty - i była coraz bardziej
przekonana, że Trell był bogiem o ogromnej mocy, jak Harmonia. Nie
możesz ukrywać się bez końca. Nie, jeśli chcesz wciąż wpływać na świat.
Wayne złapał ją za ramię i zatrzymał bez słowa. Następnie wskazał
malutkie światełko daleko w tunelu przed nimi. Ostrożnie przebyli tę
odległość, a kiedy wyjrzeli za róg, zobaczyli dokładnie to, na co Marasi
miała nadzieję - w odległości zaledwie kilku stóp para mężczyzn w kamizelkach i kapeluszach grała w karty na odwróconej skrzynce. Na ich
prowizorycznym stoliku migotała nieduża lampka.
Marasi skinęła do tyłu. Wycofali się oboje, na tyle daleko, by nikt nie
podsłuchał ich szeptów. Spojrzała w ciemności na mężczyznę,
zastanawiając się, jakiej rady udzieli. Powinni dalej się rozglądać czy
to było wystarczające potwierdzenie, by pójść po wsparcie?
- To tragedia - szepnął Wayne.
- Co?
- Biedny sukinsyn ma wspaniałe karty na rękach - szepnął Wayne. - Układ
jeden na milion. A gra ze spłukanym kumplem na warcie? Rdzawe
marnotrawstwo pełnego koloru Ocalałego...
Marasi przewróciła oczami i wskazała na niewielki ciemny tunel
odchodzący od głównego.
- Zobaczmy, dokąd prowadzi ten.
Za nimi w tunelu odbiło się echem głośne przekleństwo - najwyraźniej
gość z dobrymi kartami właśnie je pokazał. Nieduży tunel zawracał w stronę strażników, ale wkrótce zorientowali się, dlaczego nie był
pilnowany - okazał się ślepą uliczką. Choć przez szeroki na dwie stopy
otwór w skałach do środka wpadało trochę światła.
Przysunęli się do niego i wyjrzeli na średniej wielkości jaskinię -
rozmiarów przeciętnego magazynu w dokach - pełną mężczyzn i kobiet
pakujących towary lub wylegujących się na zaimprowizowanych meblach.
Otwór robił wrażenie części naturalnej formacji skalnej - woda kapiąca
ze sklepienia sprawiła, że ścianę pokryły dziwne narośle i występy,
zasłaniające coś, co kiedyś mogło być większym przejściem. Marasi i Wayne znajdowali się jakieś piętnaście stóp od dna jaskini.
Odetchnęła głęboko i przyjrzała się temu, co się działo. Było tutaj.
Miesiące pracy. Miesiące obiecywania Reddiemu, że jest na dobrym tropie.
Miesiące łączenia doniesień o kradzieżach, zeznań świadków i dokumentacji przepływów pieniężnych. I oto było. Duża baza przemytników
umieszczona pod samym miastem, a ufundowana - na ile mogła to ocenić -
przez grupy wpływów z zewnętrznych miast i Krąg.
Rzeczywiście tu było. Na Prawdziwe Imię Harmonii... udało jej się.
Wayne spojrzał na nią z szerokim uśmiechem i sprzedał jej kuksańca.
- Nieźle - szepnął. - Naprawdę nieźle.
- Dzięki - odszepnęła.
- Kiedy opowiesz o tym konstablowi-generałowi, pomiń moje narzekania na
ścieki.
- A kiepskie dowcipy?
- E, je możesz zostawić. Musisz dać ludziom to, czego oczekują, bo
inaczej nie uwierzą w twoje kłamstwa.
Marasi rozejrzała się. Trzydzieścioro siedmioro ludzi, wliczając dwóch
wartowników, wszyscy uzbrojeni. Nawet robotnicy mieli kabury. Zgodnie z uzyskanymi informacjami w tych skrzyniach było pełno wyposażenia
wojskowego - w tym przerażające ilości materiałów wybuchowych. Gang
próbował zacierać ślady, dopuszczając się również bardziej przyziemnych
kradzieży, ale była przekonana, że wie, co się tu naprawdę dzieje.
Elendel wywierało nacisk na zewnętrzne miasta, odmawiając wywożenia
pewnych towarów - w tym broni - ze stolicy, która była centralnym węzłem
wszystkich linii kolejowych. Ta grupa działała jak zwyczajny gang,
zajmowała się wymuszeniami i innymi tego rodzaju rzeczami, ale Marasi
była niemal w stu procentach przekonana, że ich celem było wysyłanie
broni do Bilming, obecnej stolicy interesów zewnętrznych miast.
Nie podobało jej się, że zewnętrzne miasta zmuszano do działania w taki
sposób - ale członkowie tego gangu zabijali niewinnych ludzi na ulicach.
Poza tym najpewniej współpracowali ze złym bogiem, którego celem było
podporządkowanie lub zniszczenie świata.
- No dobra - szepnął Wayne i pokazał palcem. - Widzisz tego gościa tam,
na tyłach, w eleganckich ciuchach? To niemal z całą pewnością członek
Kręgu. Może nowy Cykl.
Marasi pokiwała głową. Cykl był najniższym poziomem, który naprawdę
liczył się w Kręgu. Byli to miejscowi przywódcy, którzy wydawali rozkazy
wynajętym mięśniakom. Miles Stożywotów był Cyklem i odpowiadał przed
Garniturem, który był jego zwierzchnikiem. Ten mężczyzna był ubrany
elegancko - bardziej strojnie niż pozostali w jaskini. Był również
szczupły, umięśniony i wysoki. Jako Cykl mógł być Metalicznym. Lepiej
więc nie lekceważyć go w walce.
- Strzel temu gościowi w głowę z tego swojego karabinu - powiedział
Wayne. - Założę się, że podda się nam cała grupa.
- W prawdziwym świecie to tak nie działa - szepnęła.
- Oczywiście, że tak. Jeśli ten gość im płaci, reszta sukinsynów nie
będzie miała powodu, żeby walczyć dalej.
- Nawet gdybyś miał rację... a szczerze w to wątpię... nie tak to zrobimy.
Potwierdzenie, koordynacja, wsparcie i odpowiednia autoryzacja.
Pamiętasz?
- Staram się nie - mruknął. - Nie możemy tego zrobić na mój sposób? Nie
mam nic przeciwko paru gościom, którzy robią swoje, ale wolałbym nie
leźć znowu przez to błocko, a później wrócić tutaj i odkryć, że banda
zniknęła. Zwińmy ich teraz.
- Nie. Twój sposób wiąże się ze zbyt wielkim chaosem.
- A to coś złego, bo...
- Wiesz, jest ta cała sprawa związana z byciem stróżem prawa.
- Jasne, jasne. - Sięgnął do płaszcza i wyjął błyszczącą odznakę. W mieście z nich nie korzystali, woleli papierowe dokumenty.
- Czy to... stara odznaka Waxa z Dziczy? - spytała.
- Wymienił się ze mną.
- Na co?
- Pół pasztecika z mielonym mięsem. - Wayne uśmiechnął się szeroko. - W końcu go znajdzie. Po pewnym czasie bardzo trudno je zignorować.
Pokręciła głową i machnęła w głąb tunelu. Musieli jednak przygasić
latarnię - a przez to niewiele widzieli. I dlatego, mimo że byli
ostrożni, kiedy wrócili do głównego tunelu, zaskoczyli strażnika, który
wszedł do niego, żeby sobie ulżyć.
Spojrzał na nich w ciemności i krzyknął. Wayne pół sekundy później
pozbawił go przytomności, ale od strony głównej jaskini dobiegły
ostrzegawcze okrzyki.
Stojąc wciąż nad nieruchomym ciałem, Wayne spojrzał na nią i znów się
uśmiechnął.
- Mój sposób!
Rozdział 4
Marasi i Wayne nie mogli uciec trudną drogą, którą dotarli do jaskini -
nie, kiedy po piętach deptał im cały gang. Poza tym chciała złapać tego
Cykla, który z pewnością ulotniłby się po wszystkim.
Niestety znaczyło to, że Wayne miał rację. I tyle w temacie protokołu.
Czas zrobić to na jego sposób.
Wypadli do głównego tunelu, w którym drugi ze strażników mierzył do nich
z pistoletu. Wayne stworzył bańkę prędkości, co dało im obojgu szansę
odsunięcia się i otoczenia strażnika.
Kiedy bańka zniknęła, gangster wystrzelił w pustą przestrzeń. Wayne
dopadł go po krótkiej chwili i zaczął tłuc laskami pojedynkowymi. Marasi
zostawiła go przy tym i wybrała sobie odpowiednie miejsce. Za stolikiem
do gry znajdował się szeroki tunel, najpewniej prowadzący do głównej
jaskini. Przyklęknęła, uniosła karabin, wycelowała i próbowała się
uspokoić w oczekiwaniu...
Wystrzeliła w chwili, kiedy ktoś się pojawił. Jedynie szkolenie na
strzelnicy powstrzymało ją przed próbą natychmiastowego przeładowania.
To był nowy karabin półautomatyczny Bastion, więc pozostawiła go na
ramieniu i zastrzeliła kolejną osobę, która potknęła się o leżące ciało.
Ci z tyłu zawołali ostrzegawczo i nikt inny nie odważył się wbiec do
środka.
Wayne otarł czoło, pozostawiając nieprzytomnego gangstera na ziemi.
- Masz magiczne pudełka?
- To nie magia, Wayne. Malwiańska technika różni się, ale...
- Magiczne pudełka od twojego chłopaka. Ile?
- Mam trzy Allomantyczne granaty. Nowy projekt. I dwa hukowo-błyskowe.
Wax naładował dla mnie jeden z granatów, zanim wyruszyliśmy.
- Zmyślne. Masz plan?
- Ty utrzymaj ten tunel. Ja wrócę do tamtego otworu i rzucę parę
Allomantycznych granatów, żeby zaskoczyć grupy wrogów, a później będę
cię osłaniać, kiedy wejdziesz do środka. Jak już znajdziesz się poza
linią ognia, podążę za tobą.
- Masz to jak w banku!
Rozdzielili się, mężczyzna skierował się w stronę dwóch ludzi, których
zastrzeliła. Podniósł jeden z ich pistoletów i wystrzelił kilka razy w stronę głównej jaskini - nie po to, by kogoś trafić, ale żeby zmusić ich
do ukrycia się. Ręka trochę mu drżała i odrzucił broń natychmiast po
tym, jak opróżnił magazynek, ale i tak zrobił ogromne postępy. Choć z drugiej strony, jak sądziła, nie musiał być jeszcze bardziej morderczy.
Zostawiła go i wróciła do otworu, który okazał się niezłym stanowiskiem
dla strzelca. Dostrzegła kilka grup gangsterów kryjących się za
pobliskimi skrzyniami i patrzących, jak Wayne strzela z drugiego
pistoletu.
Marasi ostrożnie wyjęła nieduże metalowe pudełko z woreczka u pasa.
Przez całe życie cierpiała z powodu rozczarowania i nawet lekceważenia
ze względu na swój bezużyteczny talent Allomantyczny. Mogła spowolnić
upływ czasu wokół siebie, co było... cóż, niezbyt przydatne. Zasadniczo
sprawiało, że z punktu widzenia wszystkich dookoła zamierała - nie brała
udziału w walce, co dawało przewagę jej wrogom.
Czasami znajdowała dla niego zastosowanie, ale właściwie przyswoiła
sobie rzekomą prawdę, że jej umiejętności były słabe.
I wtedy poznała Allika.
Jego rodacy szanowali wszystkich Metalicznych, czy to Allomantów, czy to
Feruchemików. Choć Allik czuł podziw dla Waxa i jego widowiskowych mocy,
jej umiejętności zrobiły na nim równie wielkie wrażenie. Twierdził, że
miała jedną z najbardziej przydatnych zdolności Allomantycznych. Trudno
jej było to zaakceptować, ale efekt był taki, że jeśli miało się dostęp
do pewnych dość wyspecjalizowanych technologii, można było postawić
świat na głowie.
Allomantyczny granat miał jakieś półtora cala średnicy i buczał, kiedy
spalała kadm - absorbując jej energię. Nie otoczyła jej bańka
spowolnienia - ten nowy projekt sprawiał, że cała moc szła do
skrzyneczki. Naładowała go wcześniej, ale od tego czasu minęło kilka
godzin i chciała go uzupełnić.
Starannie oceniła odległość i rzuciła go w stronę grupy wrogów, którzy
ukrywali się za stertą skrzyń. Miesiące ćwiczeń się opłaciły, bo udało
jej się umieścić urządzenie dokładnie pośrodku gangsterów, którzy tak
skupiali się na Waynie, że ledwie zauważyli, kiedy potoczyło się między
nimi.
Granat wykorzystywał ettmetal, którego użycie było ściśle ograniczone
przez Malwian, więc nie miała pretensji do gangsterów, że nie wiedzieli,
do czego służy. Wśród samych Malwian też nie były częste. Nawet jeśli ci
ludzie słyszeli o urządzeniach - a mogli, Krąg z nich korzystał -
najprawdopodobniej nigdy żadnego nie widzieli.
Sekundę później wokół urządzenia pojawiła się bańka spowolnionego czasu,
więżąc około dziesięciorga mężczyzn i kobiet. Szybko doładowała i rzuciła drugi z trzech granatów - ten wycelowany w nieco bardziej
oddaloną grupkę wrogów. Dobrze wycelowała i uwięziła kolejną ósemkę.
W jaskini rozległy się okrzyki "Metaliczny!", kiedy reszta gangsterów
zauważyła, że ponad połowa z nich zamarła. Ci poruszali się niezmiernie
powoli, próbując uciec z bańki - ale Marasi spodziewała się, że
wcześniej wyczerpie się dziesięciominutowy ładunek granatów.
Zdjęła karabin i zaczęła osłaniać Wayne'a, który wślizgnął się do
głównej jaskini - i nawet udało jej się trafić dwóch z tych, którzy
pozostali. Mężczyzna przez chwilę poruszał się tak szybko, że aż się
rozmywał, po czym wypadł z bańki prędkości i przeskoczył pęknięcie w skałach. Potrzebował trochę czasu, żeby odzyskać talent i stworzyć
kolejną bańkę, ale mogła przysiąc, że ten czas się kurczył.
Ominął uwięzionych ludzi - będą musieli się nimi zająć później. Na razie
wykorzystał zamieszanie, żeby zbliżyć się do paru wrogów. Zauważyli go,
ale znów się rozmył - i zaatakował ich z góry, z wysoko uniesionymi
laskami pojedynkowymi.
Ich okrzyki bólu zwróciły uwagę innych, co pozwoliło Marasi postrzelić
kolejnych dwóch. Później wróciła do głównego tunelu. Zajrzała z niego do
jaskini z magazynem i wbiegła pochylona do środka - starannie omijając
lekko migoczące granice baniek otaczających granaty. Aż za dobrze
wiedziała, jakie to uczucie być otoczonym przez to powietrze lepkie jak
melasa, kiedy wszystko wokół poruszało się jak błyskawica.
Znalazła osłonę w pobliżu urządzeń do pakowania, a gdy pozostali
gangsterzy się zorientowali, od skał i metalu wokół niej zaczęły się
odbijać pociski. Jako dziewczynka czytała o wyczynach Waxa w Dziczy - a im dłużej była konstablem, tym więcej niedokładności dostrzegała. Jasne,
historie wspominały o ostrzale. Zwykle jednak pomijały to, z jakim
hałasem kule trafiały w cel. Kiedy zasypywały otaczające ją urządzenia,
miała wrażenie, że dała małemu Maxowi pałeczki i puściła go luzem w sklepie z naczyniami.
Chwilę później dźwięki spowolniły - jak fonograf działający z ułamkiem
zwykłej mocy. Powietrze wokół niej zamigotało, a Wayne oparł się o urządzenia. Na twarzy miał szeroki uśmiech - a na ramieniu krwawą ranę.
- Robisz się niedbały. - Skinęła w stronę rany.
- Daj spokój. Każdy gość może się dać czasem przypadkiem postrzelić. A zwłaszcza jeśli gania z dwoma kijaszkami w sali pełnej spluw.
- Ile stopu bizmutowego ci zostało?
- Mnóstwo.
- Pewien jesteś?
- Jasne.
- Wayne, jestem z ciebie dumna. Naprawdę go nie marnujesz, jesteś
oszczędny, jak cię prosiłam.
Wzruszył ramionami, jakby to nie było nic specjalnego, ale ona była z niego szczerze dumna. Dostawał przydział z komendy i na początku ich
współpracy metal zawsze mu się kończył w trakcie misji. Planowała
porozmawiać z kapitanem Reddim o zwiększeniu przydziału, ale odkryła, że
Wayne wykorzystywał stop bizmutowy do wszelkiego rodzaju celów
niezwiązanych z walką ani pracą detektywa. Robienia dowcipów,
przebierania się, żeby rozbawić dzieci, od czasu do czasu kradzieży.
Miło było widzieć, że radzi sobie lepiej.
- Ilu idiotów zostało? - spytał.
- Jedenaścioro.
- To więcej, niż umiem zliczyć.
- Chyba że chodzi o kieliszki w konkursie picia.
- Święta prawda.
Razem wyjrzeli zza urządzeń, które służyły do przybijania wiek do
skrzyń. Wayne natychmiast pociągnął ją z powrotem. Kula poruszająca się
w zwolnionym tempie dotarła do granicy bańki, śmignęła w powietrzu nad
nimi, uderzyła w drugą stronę i znów spowolniła. Pociski zachowywały się
nieprzewidywalnie, kiedy trafiały w bańki prędkości i nigdy nie było
wiadomo, w którą stronę polecą, kiedy do niej dotrą.
- Gość w garniturze ucieka tyłem - stwierdził Wayne. - Chcesz go złapać
czy wolisz zostać tutaj i walczyć z pozostałymi?
Przygryzła z namysłem wargę.
- Musimy się rozdzielić. Ty jesteś lepszy w walce z grupami. Poradzisz
sobie z tymi?
- Czy większość z tych skrzyń nie jest pełna rzeczy, co to robią bum?
- Tak...
- Zapowiada się niezła zabawa!
- Granatom zostało jeszcze jakieś osiem minut.
- Świetnie. Zobaczę, czy uda mi się złapać tych sukinsynów żywcem. Mogę
wyciągać ich jednego po drugim z baniek, wykorzystując moje własne
bańki, żeby je zneutralizować. Widzisz, ćwiczyłem i coraz lepiej sobie
radzę z robieniem mniejszych i większych. Jak dobrze pójdzie, podejdę do
granicy jednej z twoich baniek, postawię swoją tak, żeby objęła jedną
osobę, i ją wyciągnę.
- Wayne! To niesamowite. Powiedziałeś Waxowi? Kontrolowanie rozmiarów
baniek jest bardzo trudne.
Wzruszył ramionami.
- Gotowa?
Wyjęła z torebki granaty hukowo-błyskowe i podała mu jeden. Następnie
wyciągnęła zawleczkę z drugiego, żeby podpalić lont.
- Gotowa.
Nawet jeśli powiedział, że miał "mnóstwo", stop bizmutowy był rzadki i drogi. Musieli zachować ostrożność.
Wayne opuścił bańkę, a ona rzuciła granat. Kiedy wybuchł, wyłonili się
po obu stronach maszyny. Wayne rzucił się na ostatnią grupę gangsterów,
a ona pobiegła za Cyklem, który zniknął za metalowymi drzwiami na tyłach
jaskini. Po chwili do nich dotarła i bez trudu otworzyła zamek
wytrychem. Posłała spojrzenie Wayne'owi, którego szybko otaczali
wrogowie. Ukrył się za skrzynią oznaczoną MATERIAŁY WYBUCHOWE. Mrugnął
do niej, wyciągnął zawleczkę swojego granatu hukowo-błyskowego i wrzucił
go do środka.
Cudownie. Miała nadzieję, że wiedział, co robi. Wayne miał niezwykłe
wręcz zdolności uzdrawiania - ale wciąż mógł odnieść obrażenia zbyt
duże, by je uleczyć. A każdy wybuch, który oddzieliłby jego metalmyśli
od większej części ciała, doprowadziłby go do śmierci, jak to się stało
przed wiekami z Ostatnim Imperatorem i Żałobnymi Opaskami.
Cóż, nie mogła przez cały czas pilnować Wayne'a. I z całą pewnością ona
nie przeżyłaby wybuchu... cóż, dowolnych rozmiarów. Prześlizgnęła się
przez drzwi i zamknęła je z głośnym hukiem. Kilka chwil później cały
kompleks jaskiń się zatrząsnął, ale ona skupiła się na swoim zadaniu -
biegnięciu ciemnym tunelem za Cyklem, który - spośród wszystkich w jaskini - miał największe szanse udzielić jej odpowiedzi.
Rozdział 5
Wax wlókł się przez salę Senatu, a inni schodzili mu z drogi. Nie
chcieli spojrzeć mu w oczy - nawet ci, którzy głosowali za nim.
Odwracali się, kiedy ich mijał, przeciągali i rozmawiali.
W korytarzu skierował się w stronę swojego biura, idąc po ozdobnej
mozaice na podłodze i pod szeregiem żyrandoli. Kryształ i marmur. Takie
było teraz jego życie. Wszystko, przed czym uciekł jako młody chłopak,
ozdabiało każdy jego krok, a cienie wydawały się głębsze, mimo
migoczących światełek nad głową.
Wierzył, że jego osiągnięcia jako senatora mogły przyćmić jego dokonania
jako stróża prawa, jeśli liczyć korzyść przyniesioną jak największej
liczbie ludzi. A to znaczyło, że porażki miały znacznie większą stawkę.
W Dziczy polegało się na swoim pistolecie, instynktach i umiejętności
zadawania właściwych pytań. Tutaj musiał liczyć, że inni postąpią
właściwie. A na razie nie było większej próby dla jego wiary w ludzkość
- wziąwszy pod uwagę seryjnych zabójców - od współpracy z politykami.
Wszedł do swojego gabinetu i odkrył, że czeka na niego cała rodzina,
włączając w to guwernantkę Kath. Próbował nie pokazać po sobie
niezadowolenia, ale Max i tak wyczuł jego nastrój, został z Kath i bawił
się swoim szczeniaczkiem Soonie.
- Tak zmarnowaliśmy rok pracy - warknął Wax, opadając na krzesło.
- Zrobiliśmy wszystko, co się dało. - Steris usiadła obok niego.
- Naprawdę? - Spojrzał na stertę jej notatników. - Wiem, że zapisałaś
sześć z nich nowymi sposobami na przekonanie pojedynczych senatorów.
Gdybyśmy mieli więcej czasu...
- Zrobiliśmy wszystko, co rozsądnie dało się zrobić, biorąc pod uwagę
nasze inne zobowiązania. - Zawahała się. - Prawda, Waxie?
Spojrzał jej w oczy i zobaczył, że się trzęsie. Na rdzę. Dla niej to
było równie trudne, czyż nie? Skup się, ty zardzewiały idioto. Ujął jej
dłonie i je ścisnął.
- Tak. Staraliśmy się ze wszystkich sił, Steris. Ale w ostatecznym
rozliczeniu to nie była nasza decyzja.
Wciąż mocno ściskał jej dłonie. Steris była niewiarygodnie opanowana -
towarzyszyła mu od jego powrotu do Elendel, choć nigdy by się nie
spodziewał, że stanie się dla niego tak ważna. W tej chwili jednak czuł
jej drżenie. I... niech go rdza, jeśli on nie robił tego samego. Tak wiele
poświęcili, by powstrzymać tę ustawę. A każdy zardzewiały senator, z którym rozmawiał, powiedział, że potrzebuje więcej czasu. A teraz
zagłosowali w taki sposób? Teraz...
Nie. Dokonało się, pomyślał.
- Musimy myśleć o przyszłości - powiedział.
- Tak. Przyszłość. - Skinęła głową i rozejrzała się. - I może na chwilę
opuścić ten budynek. Na razie myślę jedynie o różnych sposobach, w jakie
dogodna katastrofa naturalna mogłaby obrócić go w ruinę.
Wax chrząknął i pomógł jej zebrać ich rzeczy. Kiedy to robili, dostrzegł
kopertę w narożniku biurka. Nie było jej wcześniej, prawda? Podniósł ją
i poczuł, że przesuwa się w niej coś ciężkiego. Kula?
Nie, odkrył, kiedy ją otworzył. Kolczyk. Towarzyszyła mu krótka
wiadomość. "Będziesz musiał stworzyć drugi, kiedy przybędzie właściwy
metal".
Nie miał pojęcia, co to znaczyło. I nie obchodziło go to. Nie dzisiaj,
Harmonio, pomyślał. Daj mi spokój.
- Co to? - spytała Steris.
- Coś od Harmonii - odparł Wax.
Zawahała się i popatrzyła na niego.
- Czyli najpewniej coś bezużytecznego - dodał.
Zacisnęła wargi. Była ocalitką i nie do końca oddawała cześć Harmonii,
którego uważano za boga Ścieżki - osobnej, choć komplementarnej religii.
Jednakże po wszystkim, co zrobili i co widzieli, Steris przyjęła nieco...
synkretyczny punkt widzenia Boga. W każdym razie wiedziała, że kiedyś
wyznawał Harmonię.
Obecnie... cóż, jego i Boga łączyła skomplikowana przeszłość. Wax czuł, że
poradził sobie z najgorszymi problemami, jakie miał z Harmonią, w czym
pomogła ich rozmowa tuż przed tym, jak założył Żałobne Opaski. Ale to
nie powstrzymywało Waxa przed wygłaszaniem złośliwych uwag. Tego dnia
wcisnął kopertę do kieszeni z tyłu i zapomniał o niej.
Spakowali się - na rdzę, przy dzieciach ciągnęli ze sobą tyle rzeczy.
Steris myślała o kolejnym dziecku, ale Wax się tym martwił. Wolał, żeby
nie miały przewagi liczebnej.
Z drugiej strony... nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy Max biegł
korytarzem, pilnując, by jego szczeniaczek Soonie skakał po płytkach z czarnego marmuru, omijając białe. Wax nie widywał innych senatorów z rodzinami. Twierdzili, że obecność dzieci w budynku była oznaką braku
szacunku. Ale skoro tak bardzo szanowali ten budynek, dlaczego
zaszydzili z niego tym głosowaniem?
Duża część zagłosowała tak, jak chciałeś, przypomniał sobie Wax. A pozostali się boją. Że zostaną uznani za słabych. Interesów
zewnętrznych. Nie wszyscy są żużlem dlatego, że zagłosowali przeciwko
tobie. Pamiętaj o tym. Są wśród nich dobrzy ludzie. Jak w każdym
zawodzie. Po prostu... nie chciał teraz o tym myśleć.
Na zewnątrz flota zmotoryzowanych powozów przybyła po senatorów.
Odjeżdżali na przyjęcia, wystąpienia albo nieformalne spotkania. Nawet
ci, którzy współpracowali z Waxem, rzadko go zapraszali, chyba że
chodziło o wspólne planowanie. Zupełnie jakby uważali, że jest ponad
zwyczajne spotkania towarzyskie. Albo może sprawiał, że czuli się
niezręcznie.
Kiedy rodzina zebrała się, by zaczekać na kierowcę, Max pociągnął go za
marynarkę.
- Tatuś ma smutasa? - spytał głośno. - Ja nie lubiem smutasa. Bardzo
jest zły, on.
Sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że kilku senatorów parsknęło. Wax
uniósł brew.
- Wujek Wayne znów uczył cię akcentów?
- Aha - powiedział Max nieco ciszej. - Ale mówi, że nie powinienem ci
tego mówić, żebyś pomyślał, że jestem geniuszem i doszedłem do tego sam.
- Uśmiechnął się. - Powiedział mi, że mam tak mówić w obecności
senatorów, bo to ich zdenerwuje. A dzisiaj oni muszą się zdenerwować,
prawda? Bo zasmucili ciebie i matkę.
Wax pokiwał głową i ukląkł.
- Ale nie musisz się tym przejmować.
- Wiesz, co sprawia, że czuję się lepiej, kiedy jest mi smutno? - spytał
Max.
- Przytulanie Tenny'ego? - Wax poklepał pluszowego kandrę po łebku.
- To też. No... i... latanie? - Spojrzał na ojca wielkimi, pełnymi nadziei
oczami.
Ich automobil podjechał do krawężnika i wysiadł z niego Hoid, ich
kierowca.
- Pański powóz, sir. - Otworzył drzwi pasażera.
Na rdzę, kto mógł odmówić dziecku, kiedy tak patrzyło?
- Dziękuję, Hoidzie. Proszę, zabierz moją żonę, dokądkolwiek zechce się
udać. Kath, masz uprząż?
- Tak, milordzie. - Podała Steris niemowlę, po czym sięgnęła w głąb
ogromnej torby z zapasowymi ubraniami i ręcznikami. Rzuciła uprząż
Waxowi, który w zamian oddał jej marynarkę i kamizelkę.
Poczuł ukłucie szelmowskiej radości, kiedy w obecności wszystkich
założył skórzaną uprząż i zamocował Maxa na plecach. Następnie ucałował
czule Steris i obiecawszy jej, że spotkają się w domu, upuścił łuskę po
kuli i odwrócił się w stronę tłumu.
- Nie bądźcie zazdrośni ani nic! - krzyknął Max. - Pozwoli się wam
przejechać całkiem niedrogo, jeśli tylko grzecznie poprosicie i przestaniecie być bandą sukinsynów!
Tak... może powinien porozmawiać z Wayne'em. Na razie jednak pomachał
tłumom i wzniósł się w powietrze, a Max wykrzyknął radośnie.
Rozdział 6
Tunel, do którego weszła Marasi, nosił ślady starożytnej cywilizacji -
pozostałości ceglanych ścian zasłaniające szorstką naturalną skałę.
Gładka podłoga, wykuta i wyrównana. Kinkiety na ścianach, teraz pokryte
rdzą, jakby cierpiały na jakąś straszną chorobę.
Wyjęła ostatni z granatów, który naładował dla niej Wax. Te nowsze
utrzymywały ładunek przez wiele godzin - choć po takim czasie działały
krócej. Trzy, najwyżej cztery minuty. I tak czuła się lepiej, trzymając
go, i dlatego niechętnie odłożyła karabin na ziemię i wyciągnęła
pistolet. Do tego było w nim mniej metalu niż w karabinie, co oznaczało,
że był nieco lepszym narzędziem w walce z potencjalnym Allomantą. Z tego
samego powodu zostawiła torebkę z zapasem metali, choć zatrzymała pas i kilka niezrobionych z metalu narzędzi przydatnych w walce z Allomantami.
Z granatem i pistoletem w ręku skradała się ciemnym tunelem. Członkowie
gangu zamontowali elektryczne światła wzdłuż ściany po prawej,
obwiązując przewody wokół starożytnych kinkietów, one jednak migotały
sennie, jakby za chwilę miały zgasnąć. Wkrótce dotarła do kolejnej dużej
jaskini. Zatrzymała się przed wejściem, przykucnęła i przyjrzała drodze.
Cykl tędy przeszedł i częściowo chciała ruszyć za nim najszybciej, jak
się dało. Jednak ostrożniejsza część jej osoby zachowała spokój,
czekając na zasadzkę.
W tej jaskini znajdowała się długa, wąska rozpadlina biegnąca od jej
lewej do prawej. Niegdyś wznosił się nad nią starożytny most, który
jednak zawalił się przed laty - i brzegi szczeliny o szerokości około
szesnastu stóp łączyła teraz nowsza konstrukcja z lin i desek. Od
rozpadliny i mostu dzieliło ją jakieś trzydzieści stóp skalistego
podłoża - a po drugiej stronie w ścianie znajdował się otwór kolejnego
tunelu.
Nie ruszyła w stronę mostu. Zawahała się, wciąż w wejściu do jaskini. Te
ceglane ściany były takie stare. Kto je wybudował przed stuleciami? Czy
to było coś jak Grobowiec Początkowych w sercu Elendel? Czy ludzie
kulili się w tej jaskini, wśród walących się ścian i mostów, gdy
Harmonia tworzył świat na nowo?
Tak czy inaczej, niepokoiła się. Cykl ją zobaczył, a instynkt
podpowiadał jej, że nie uciekł tak po prostu, wystawiając plecy na cios.
Przygotował pułapkę. Rozejrzała się uważnie i dostrzegła ciemny kształt
za skałami między nią a rozpadliną. Pewnie miał nadzieję, że Marasi
wbiegnie na most, a wtedy strzeli jej w plecy.
Niestety, kiedy go zauważyła, wstał i uniósł broń. Marasi odruchowo
uruchomiła granat - który przyciskała do piersi. Wypuścił potężne
Odpychanie Stali, wyrwał pistolet z jej dłoni i wyrzucił go do przodu.
Broń wpadła prosto do szczeliny.
Zareagowała w ostatniej chwili, bo Cykl wycelował w nią i wystrzelił
cały magazynek - i żaden pocisk nie trafił, kule skręciły na boki i wbiły się z trzaskiem w kamień. Marasi pobiegła prosto w stronę
mężczyzny, w słabym świetle dostrzegła jego elegancki garnitur. Cykl
miał bardziej surowe rysy, niż się spodziewała. Masywny kark, zarost na
brodzie.
Miała nadzieję, że nosił metal, a zbliżając się z granatem, wytrąci go z równowagi. Tymczasem mężczyzna jedynie stracił pistolet, który został
Odepchnięty na drugą stronę rozpadliny, uderzył w ścianę i spadł w pobliżu ścieżki.
Poza tym wydawało się, że - podobnie jak Marasi - jest dość mądry, by
nie nosić przy sobie zbyt dużo metalu.
- Z upoważnienia komendy głównej konstabli 4. Oktantu... - zatrzymała się
dziesięć stóp od mężczyzny - ...zostajesz aresztowany za unikanie ceł,
wymuszenia i nielegalny transport broni. Zostałeś rozbrojony i nie masz
dokąd uciekać. Zachowaj się rozsądnie i poddaj.
Mężczyzna jedynie wyszczerzył zęby. I zaczął rosnąć.
Jego garnitur miał guziki na rękawach, które rozpięły się, zapewniając
miejsce jego absurdalnie rozrośniętym mięśniom. Marynarka pozostała na
miejscu, ale również się powiększyła dzięki sprytnie rozmieszczonym
wzdłuż boków drewnianym guzikom.
Do diabła. Feruchemik. Nie wyglądał na Terrisanina - ale Wayne też nie.
Nie zawsze dawało się to ocenić.
Marasi się wycofała. Walka na pięści z kimś sięgającym do siły szybko
skutkowała zmiażdżeniem twarzy. Dlatego jedynie wyłączyła granat, by
zachować resztę ładunku, i pobiegła w stronę mostu oraz pistoletu po
drugiej stronie. Cykl rzucił się naprzód i stanął między nią a mostem,
po czym ze śmiechem rozerwał liny podtrzymujące konstrukcję.
W porządku. Feruchemicy różnili się od Allomantów. Nie mogli po prostu
wrzucić do ust kolejnego kawałka metalu i działać dalej. Może uda jej
się uciekać dość długo, by skończyła mu się siła.
Mężczyzna puścił linę i pozwolił, by cała drewniana konstrukcja się
zawaliła.
- Trell był tobą szczególnie zainteresowany, stróżu prawa - powiedział
głosem, który wydawał się zbyt wysoki jak na tak ogromne ciało. - Jakże
to miło z twojej strony, że oddałaś się w moje ręce.
Marasi odwróciła się i pobiegła po karabin. Słyszała za sobą dudniące
kroki, zbliżające się, zmuszające ją, by rzuciła się na ziemię tuż przed
tym, jak dotarła do broni. Dzięki temu udało jej się o włos uniknąć
wyciągniętej ręki.
Przetoczyła się, kiedy Cykl uderzył pięścią, sapnął i uniósł zakrwawioną
rękę. Feruchemiczna siła mogła być niebezpieczna - wiele z Metalicznych
Sztuk mogło zaszkodzić użytkownikowi. Marasi udało się uchylić również
przed kolejnymi ciosami. Na szczęście dla niej, mężczyzna nie miał
okazji ćwiczyć swoich mocy. Mimo przygotowanego ubrania miał problemy ze
zgrabnym poruszaniem tego masywnego ciała.
Jaki Feruchemik nie ćwiczył swoich umiejętności? Ruszyła w stronę
karabinu, uniosła się na kolana i na wpół rzuciła się, na wpół upadła,
żeby go złapać. Mężczyzna ruszył jako pierwszy, przeskoczył nad nią i złapał broń. Następnie złamał ją na dwie części i cisnął lufą w Marasi.
W ostatniej chwili uruchomiła granat, co sprawiło, że lufa odskoczyła w stronę Cykla - ale niezgrabnie trzymała urządzenie, które prawie
wyślizgnęło się z jej palców pod wpływem odrzutu.
Odpychanie Stali. Przeniesienie siły. Nie tylko Cykl korzystał z mocy, z którymi nie ćwiczył.
Wyłączyła skrzyneczkę, kiedy mężczyzna się uchylił. Lufa jej karabinu
odbiła się od ściany z tyłu i potoczyła w jej stronę. Marasi sięgnęła po
nią, żeby użyć jej jako pałki.
Niestety, mężczyzna złapał ją za lewą rękę - tę, w której trzymała
granat. Jego potężny uścisk miażdżył ciało i, na rdzę, miała wrażenie,
że mógłby połamać jej kości. Przeklinając z bólu, sięgnęła do pasa i wiszącej na nim pochwy. Ze łzami w oczach uniosła niewielką błyszczącą
broń i wbiła ją w rękę mężczyzny.
Zawył i puścił ją, a później wyrwał zakrwawione ostrze.
- Szklany sztylet - powiedziała. - Klasyka.
Spiorunował ją wzrokiem i uniósł rękę. Krwawiąca rana zaczynała się
zasklepiać.
Do diabła. Feruchemiczne uzdrawianie? To był dowód. Nigdy nie spotkała
nikogo, kto miałby naturalnie dwie Feruchemiczne moce. Wykorzystywał
zakazaną wiedzę. Hemalurgię.
Marasi złapała lufę karabinu i cofnęła się, ale ich ustawienie sprawiło,
że w ten sposób zbliżała się do rozpadliny. Każdy krok sprawiał, że
oddalała się od drzwi, przez które weszła i przez które mogłaby uciec.
Na rdzę.
Cofała się krok za krokiem, w jednej ręce trzymała lufę karabinu, a w drugiej granat. Ile ładunku pozostało? W chaosie nie pilnowała, ile
zużyła.
Cykl podążył za nią, jej sztylet wcisnął za pas. Nagle jego oczy zaczęły
emanować słabym czerwonym blaskiem.
- Trell wybiera sobie gospodarzy - powiedział. - Awatary napełnione jego
mocą. Chciałabyś być osiągnięciem, które potwierdzi, że jestem godny
nieśmiertelności, stróżu prawa? Wystarczy, że umrzesz.
Nie przestawała się cofać, a jej umysł pracował gorączkowo. Mężczyzna
nie wyglądał, jakby się przejmował, że wkrótce straci siłę. Za chwilę
przyprze ją do krawędzi rozpadliny, w pobliżu sterty głazów, za którą
wcześniej się ukrywał. Stanęła za nimi, ale nie były dość wysokie.
Szybko obejrzała się i zorientowała, że szczelina, od której dzieliło ją
teraz zaledwie kilka cali, miała co najmniej pięćdziesiąt stóp
głębokości. Nie mogła uciekać w tamtą stronę.
- Stoisz na skraju przepaści. - Podszedł bliżej. - I co teraz? Może
czas... Jak to brzmiało? Zachować się rozsądnie i poddać?
Marasi ustawiła granat, by uruchomił się z kilkusekundowym opóźnieniem,
i wcisnęła go w szczelinę między skałami. Następnie zaczepiła lufę
karabinu pod pachami i przycisnęła ją mocno do piersi.
Cykl zmarszczył czoło. I wtedy uruchomił się granat.
Przeniesienie siły. Każde Odpychanie wywołuje równoważne Odpychanie
zwrócone w przeciwnym kierunku. Granat popchnął lufę karabinu, która z ogromną siłą rzuciła Marasi do tyłu - prosto na drugą stronę rozpadliny.
Uderzyła plecami w ścianę. To wystarczyło, by ją oszołomić, ale wtedy
granat się wyczerpał. Opadła na ziemię. Znalazła się bezpiecznie po
drugiej stronie szczeliny, jak zaplanowała, ale była zdyszana i oszołomiona.
Przez łzy w oczach widziała, jak Cykl biegnie i przeskakuje rozpadlinę.
Podniosła się niezgrabnie, na wpół oślepiona bólem, i zaczęła się
rozglądać, desperacko szukając pistoletu...
Tam!
Mężczyzna wznosił się nad nią jak przerażający cień, unosił rękę, by
zmiażdżyć jej czaszkę. W odpowiedzi wpakowała trzy kule prosto w jego
twarz. Upadł na ziemię.
Do diabła, pomyślała i mimo bólu podniosła się do pozycji siedzącej. Wax
ciągle robił takie rzeczy. Zeskakiwał z urwisk, skakał we wszystkie
strony i uderzał w różne rzeczy. Jak to możliwe, że jego ciało nie
zostało przez to zniszczone?
Obmacała żebra z nadzieją, że nic nie złamała. Jej lewe ramię
protestowało najgłośniej. Skrzywiła się. Ból tak ją rozpraszał, że z wielkim trudem zmusiła się do skupienia. Strzał w głowę powinien
powstrzymać Krwiotwórcę przed uzdrawianiem, ale coś kazało jej się
upewnić.
Powlokła się, by obejrzeć trupa. I odkryła, że rany od kul na głowie
mężczyzny się goją, rany w czaszce zasklepiają.
Do zardzewiałego diabła.
Przewróciła bezwładne ciało na plecy i wyciągnęła zza pasa mężczyzny
swój nóż. Uzdrawiał się, mimo że został trafiony w głowę? Coś było
bardzo nie tak. Znów do niego strzeliła, ale to było tymczasowe
rozwiązanie.
Dlatego rozerwała koszulę mężczyzny - ukazując cztery kolce wbite
głęboko między jego żebrami. Jak podejrzewała. Z nożem w dłoni zabrała
się do wydobywania kolców. Zaczęła pracować szybciej, kiedy się
zorientowała, że co najmniej jeden z nich wykuto z dziwnego metalu,
pokrytego ciemnoczerwonymi plamami niczym rdzą. Takiego, którego
poszukiwali od lat.
Cykl nagle otworzył oczy, mimo połamanej szczęki i otworów w czaszce.
Marasi zaklęła i pracowała szybciej, naprężała zakrwawione palce, by
wyciągnąć pierwszy z czterech kolców, które były tak mocno wciśnięte
między żebra, że trudno je było wyrwać.
Te oczy. Świeciły teraz na czerwono.
- Znów nadchodzi popiół - powiedział mężczyzna zakrwawionymi ustami, a jego głos brzmiał dziwnie zgrzytliwie. - Świat padnie jego ofiarą.
Dostaniecie to, na co zasługujecie, i wszyscy zmarniejecie pod chmurą
czerni i dywanem spalonych ciał obróconych w popiół.
Marasi zacisnęła zęby, próbując wydobyć śliski od krwi kolec z rdzawego
metalu.
- Wasz koniec - szepnął. - Wasz koniec nadchodzi. Albo w popiele, albo z rąk ludzi złota i czerwieni. Złoto i...
Marasi wyrwała kolec. Czerwony blask przygasł, ciało osunęło się, a uzdrawianie zakończyło. I tak pomacała szyję mężczyzny, a nawet kiedy
nie wyczuła pulsu, wydobyła pozostałe trzy kolce.
I wtedy w końcu oparła się o ścianę, jęcząc cicho. Lepiej, żeby Wayne
znalazł jakiś sposób na tych pozostałych złodziei - bo Marasi wątpiła,
by udało jej się teraz podnieść pistolet. Zamknęła oczy i próbowała nie
myśleć o tym straszliwym głosie.
Rozdział 7
Max wołał do Waxa, by ten skakał wyżej, szybciej. Okrzyki radości
chłopca niosły się ponad szumem wiatru i łopotem ubrań. Na rdzę, to było
zaraźliwe. Wax był poważnym dzieckiem, co nie zmieniło się, kiedy
dorósł. Nawet on jednak potrafił docenić uniesienie, jakie wywoływało
dobrze wykonane Odpychanie Stali.
Nagła prędkość, chwila bezruchu w zenicie. Żołądek podjeżdżający do
gardła, kiedy zaczynało się opadanie. Nie przypominało to żadnego innego
doświadczenia, jakie mógł mieć człowiek - a przynajmniej mieć je i przeżyć.
Do miasta zbliżał się malwiański statek handlowy, lecący z wykorzystaniem tych ich dziwacznych urządzeń z ettmetalu. Wax i jego syn
skakali nad miastem, a ich perspektywa była jednocześnie uproszczona i rozległa. Z takiej wysokości można było dostrzec podział na oktanty
wzdłuż głównych ulic. Zrozumieć i poczuć różne dzielnice, ściśnięte
slumsy z ich wymuszoną bliskością, obszerne, a jednocześnie odizolowane
tereny rezydencji.
Kiedyś Wax sądził, że tego rodzaju doświadczenie - nie tylko wysokość,
ale również ruch, przemieszczanie się wysoko nad miastem - zawsze będzie
domeną Monetostrzelnych. A później malwiańskie statki powietrzne wzięły
to założenie i wyrzuciły je przez okno z wysokości trzech tysięcy stóp.
Tak czy inaczej, wciąż miał wrażenie, że ta perspektywa należy do niego.
To było jego miasto. Wrócił do niego i przez lata nauczył się je kochać.
Symbolizowało wszystko, co najlepsze w ludzkości - pomnik pomysłowości,
dom tysięcy różnych idei, typów ludzi i doświadczeń.
Na prośbę Maxa wzniósł ich wyżej, wykorzystując drapacze chmur jako
kotwice, od których mógł się Odpychać, w jedną i drugą stronę, aż
wylądowali w pobliżu szczytu jednego określonego budynku - Wieży
Ahlstroma. Mieszkali w apartamencie na ostatnim piętrze, który Wax
wybrał nie bez powodu. Dotarcie na szczyt przesadnie wysokiego budynku
za pomocą Odpychania Stali było trudne, bo zaczynało brakować kotwic. Na
szczęście w pobliżu tego drapacza chmur znajdowało się kilka wysokich
budynków, co zapewniało mu kotwice pozwalające Odpychać się do środka.
Tego dnia Wax nie zatrzymał się w apartamencie. Wzniósł ich na dach,
gdzie znajdował się nieduży wbudowany pomost, z którego robotnik mógł
opuszczać urządzenia do mycia okien. Wax wylądował na nim, a Max się
odpiął, choć wciąż był przymocowany do uprzęży mocną linką. Wax nie
obawiał się, że okaże się zbyt słaba - zaprojektowała ją Steris.
Max wyjął torebkę wironasion i zaczął zrzucać je wzdłuż ściany budynku,
patrząc, jak, wirując, opadają w stronę ruchliwej ulicy poniżej. Mimo
wysokości Wax słyszał klaksony samochodów na drodze. Sześć lat i konne
powozy stały się rzadkością. Postęp był jak ekipa wyburzeniowa. Albo
dotrzymywało się mu kroku, albo zmieniało się w stertę gruzu.
Pomost był zwrócony na północ. Po jego lewej migoczące wody Zatoki
Hammondara były jak szeroka arteria prowadząca do... Właściwie nie
wiedział do czego. Mieszkańcy Kotliny nie byli badaczami. Mimo swej
miłości do opowieści o młodym Waxie albo, co gorsza, tym głupcu Jaku,
większości wystarczało miasto. Na tym polegał problem z Elendel - było w nim wszystko, co potrzebne, więc po co wyruszać na poszukiwania gdzie
indziej? O istnieniu całego Południowego Kontynentu dowiedzieli się
dopiero, kiedy przyleciał statek powietrzny, żeby zbadać Kotlinę.
Owszem, od tego czasu odbywały się wyprawy. Ale większość ludzi była
zadowolona z życia tutaj, a on nie mógł mieć do nich pretensji. Jego
największe wysiłki mające na celu poprawę warunków życia skupiały się na
Kotlinie. Nie wiedział, co zrobić z Malwianami. Sześć lat, a wciąż
przytłaczał go nagły ogrom świata.
Max podskakiwał wesoło i wyrzucił całą garść wironasion. Jego fascynacja
dużymi wysokościami sprawiała, że Kath czuła się nieswojo - ale tak to
już jest, kiedy chłopiec od niemowlęctwa spędzał wiele czasu na plecach
ojca, który zwykłe środki transportu uważał za zbyt czasochłonne.
Wax spojrzał na północ w stronę Dziczy. W stronę niezwykłości, tajemnic
i życia, które kochał. Poczuł...
Na rdzę. Nie poczuł smutku.
Zamrugał i przechylił głowę. Od czasu powrotu miał wrażenie, że Elendel
jest obowiązkiem. Przygoda i swobodna znajdowały się poza miastem i przywoływały go. Choć przez lata wszystko zmieniło się na lepsze, wciąż
to czuł. To wezwanie. Aż...
Aż do dziś. Dzisiaj przypominał sobie te elementy życia, które kochał na
północy - ale nie pragnął ich odzyskać. Miał tu życie, które na równi
kochał. Może bardziej, jeśli wziąć pod uwagę ciepło, jakie go
przepełniało, kiedy Max się śmiał. To... to było jego miejsce. Co więcej,
chciał, żeby to było jego miejsce.
Ta świadomość go uspokoiła. W końcu... przestał czuć żałobę, czyż nie?
Wax uśmiechnął się szeroko, podniósł Maxa i uścisnął go mocno - choć
chłopiec nawet jako niemowlę za bardzo się kręcił, żeby dłużej znosić
coś takiego. Wkrótce, na prośbę syna, zaczęli grać w grę "przynieś",
którą chłopiec wymyślił przed kilkoma miesiącami. Max rzucał wiklinową
piłeczkę z małym kawałkiem metalu w środku, a Wax próbował przenieść ją
na dach pobliskiego budynku. Wiklina sprawiała, że gdyby spadła, nie
spowodowałaby większych szkód, ale metal pozwalał mu celować. Kiedy
trafiła na miejsce na dachu, przeskakiwali, żeby ją zabrać.
Max rzucił, ale Wax miał problemy z popchnięciem piłki wystarczająco
daleko.
- Rzuć ją wyżej - poradził chłopcu, kiedy ją odzyskali.
- Jeśli ją podrzucę, spadnie nam na głowy - poskarżył się jego syn. -
Chcę, żeby poleciała na tamten budynek.
- Najpierw wysokość. Zaufaj mi. Im wyżej ją rzucisz, tym dalej mogę ją
popchnąć.
Max znów spróbował, a większa początkowa wysokość sprawiła, że Waxowi
udało się umieścić piłkę na dachu wybranym przez chłopca. Później
skoczyli za nią. Zastanawiał się, co ludzie w sąsiednich drapaczach
chmur myśleli o senatorze przelatującym obok ich okien z dzieckiem
przypiętym na plecach.
Niestety, gra odwróciła jego uwagę jedynie na krótki czas. Bawili się od
pół godziny, kiedy wylądował na dachu i ujrzał oszałamiający widok.
Malwiański statek, który widział wcześniej, zbliżył się.
Drewniana konstrukcja, poruszana ogromnymi śmigłami, unosiła się w powietrzu nad Elendel. Wax wiedział, że Kotlina próbowała zaprojektować
własne statki powietrzne z wykorzystaniem helu lub gorącego powietrza.
Ale rozmiar kabiny, którą mogłyby unieść takie statki - według
najbardziej optymistycznych przewidywań - był niczym w porównaniu z tym,
czym dysponowali Malwianie. Ich statek szybował i był jak forteca na
niebie.
To nie był statek handlowy, jak sądził wcześniej. To był okręt wojenny.
Pokaz siły, choć nieszczególnie wrogi, ponieważ zbliżał się powoli i nisko na niebie. To miała być deklaracja, nie groźba.
Dlatego Wax ponownie starannie zapiął Maxa i wzniósł się w powietrze w stronę statku, zdecydowany dowiedzieć się, co się dzieje.
Rozdział 8
Marasi w końcu udało się znaleźć drabinkę techniczną, po której zeszła
na dno rozpadliny, i drugą, prowadzącą z powrotem na górę. Wyczerpana
dotarła do głównej jaskini, wstrząśnięta tym, co widziała i co musiała
zrobić. Ale miała przy sobie niedużą książeczkę z liczbami i datami
wysyłki, którą znalazła przy trupie, a to wyglądało obiecująco.
Niosła również coś o wiele bardziej niebezpiecznego. Cztery kolce. Co
ciekawe, ten z czerwonymi plamami nie lubił dotykać pozostałych -
odsuwał się. Dlatego zawinęła go w kawałek materiału i trzymała je w osobnych kieszeniach.
Zatoczyła się przez metalowe drzwi i ujrzała chaos. Duży wybuch wywołał
serię mniejszych eksplozji, o czym świadczyły ślady na ziemi. Na dnie
jaskini leżały odłamki, kawałki urządzeń i niepokojąco dużo ciał.
Wayne kucnął na samym środku w porwanym ubraniu i grał w karty z całą
grupą związanych gangsterów. Rozłożył ich karty na ziemi przed nimi -
choć wszyscy mieli ręce związane za plecami.
- Jesteś pewien, że chcesz zacząć od tej, stary? - spytał Wayne,
wskazując kartę, którą jeden z mężczyzn postukał palcem u nogi.
- Jest najwyższa - stwierdził mężczyzna.
- Aha, ale czy jesteś pewien? - Wayne spojrzał na swoje karty.
- No... tak myślę.
- Niech to. - Wayne wyłożył swoje karty. - Zagrywam trzy ósemki na
dziewiątkach. Wygrywasz.
- Ale... - odezwał się inny mężczyzna - ...ty znasz nasze karty... Dlaczego
grasz w taki sposób?
- Muszę udawać, że nie widzę waszych kart, przyjaciele. Inaczej co to za
zabawa? Oszukiwanie to jedno, ale jeśli po prostu mogę zobaczyć, co
zrobicie, to... cóż, równie dobrze mógłbym zabawiać się sam ze sobą. A to
można robić w znacznie przyjemniejszy sposób.
Marasi zatoczyła się w jego stronę. Miał ich piętnaścioro, w różnych
stopniach uwięzienia. Dokładnie tak jak mówił, wykorzystał swoją bańkę
prędkości, by przeciwdziałać jej bańce spowolnienia i wyciągać ich,
jedno po drugim. Jego panowanie nad własnymi mocami było coraz bardziej
imponujące.
Nie zaskoczyło jej, że tak wielu wziął do niewoli - Wayne nie lubił
zabijać. W tej kwestii oboje byli zgodni. Co się zaś tyczy gry w karty...
cóż, w tej chwili jego wyczyny właściwie już jej nie zaskakiwały.
Usiadła na resztkach połamanej skrzyni.
- Wayne, przydałaby mi się twoja pomoc.
- Zanim związałem tych wszystkich gości, ty już zabiłaś tamtego kolesia
w garniaku. Widziałem, że odpoczywasz, więc postanowiłem dać ci trochę
czasu.
Nawet tego nie zauważyła. Na rdzę, ramię wciąż ją bolało. Skrzywiła się
i rozejrzała po jaskini.
- No więc... - odezwał się Wayne. - Niech to. Przeszłaś na kanibalizm czy
coś?
Marasi spojrzała na swój mundur, który był zalany krwią.
- Kanibalizm? W tę stronę poszły twoje myśli?
- Kiedy człowiek widzi damę zalaną krwią, od razu naturalnie przychodzi
mu na myśl, że może ucztowała na wątrobach ludzi, których pokonała.
Nikogo nie oceniam.
- Nie oceniasz? Wayne, to jest coś, co absolutnie powinieneś oceniać.
- Racja. Wstydź się.
Westchnęła.
- A ja myślałam, że w końcu przyzwyczaiłam się do twojej wayneowatości.
- Pokazała kolce, z których każdy miał sześć cali długości i dużą
główkę... Z wyjątkiem najmniejszego, najbardziej interesującego, który był
wąski i długi na niecałe cztery cale. - Wydobyłam je z ciała Cykla.
Gdybym zostawiła je w środku, wróciłby do życia, uzdrawiając się.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Wayne słyszał o łóżkach. Inne dzieciaki w Osadzie Cynowagi je miały.
Łóżko brzmiało znacznie lepiej niż mata na ziemi - zwłaszcza taka, którą
musiał dzielić z mamą, kiedy noce były zimne, bo nie mieli węgla.
Poza tym pod łóżkami były potwory.
Ano, słyszał o mgielnych upiorach. Ukrywały się pod łóżkiem i kradły
twarze ludzi, których znałeś. Co znaczyło, że łóżka były miękkie na
górze, a pod spodem był ktoś, z kim można było pogadać. To było
zardzewiałe niebo.
Inne dzieciaki bały się mgielnych upiorów, ale Wayne doszedł do wniosku,
że po prostu nie umiały negocjować. On mógł się zaprzyjaźnić z czymś, co
mieszkało pod łóżkiem. Trzeba mu tylko było dać coś, czego chciało, na
przykład kogoś innego do zjedzenia.
Tak czy siak, nie miał łóżka. Ani krzeseł. Mieli stół. Zrobiony przez
wujka Gregra. Zanim zmiażdżył go milion kamieni i zmienił w miazgę, co
to już nie mogła tłuc ludzi. Wayne czasami kopał w stół, na wypadek
gdyby duch Gregra patrzył i lubił mebel. Rdza jedna wie, w całym domku z jednym oknem nie było poza nim niczego, czym wujek Gregr się przejmował.
Ale Wayne miał stołek, więc usiadł na nim i bawił się kartami - rozdawał
i chował je w rękawie - kiedy czekał. To była nerwowa pora dnia. Każdego
wieczoru bał się, że ona nie wróci do domu. Nie żeby go nie kochała.
Mama była jak bukiet słodkich kwiatów w szambie świata. Ale dlatego, że
pewnego dnia tato nie wrócił do domu. Pewnego dnia wujek Gregr - Wayne
kopnął w stół - nie wrócił do domu. Więc mama...
Nie myśl o tym, pomyślał Wayne. Sfuszerował tasowanie i karty poleciały
na stół i ziemię. I nie patrz. Dopóki nie zobaczysz światła.
Czuł kopalnię. Nikt nie chciał mieszkać obok, więc Wayne i mama
mieszkali.
Celowo pomyślał o czymś innym. Stercie rzeczy pod ścianą, które
wcześniej uprał. To była stara robota mamy, co to nie dawała dużo
pieniędzy. Teraz on to robił, kiedy ona pchała wózki w kopalni.
Robota mu nie przeszkadzała. Mierzył różne ciuchy - czy to staruszków,
czy młodych kobiet - i udawał, że nimi jest. Mama przyłapała go parę
razy i się zezłościła. Jej irytacja wciąż go dziwiła. Dlaczego miałby
ich nie przymierzyć? Po to są ubrania. Nie było w tym nic dziwacznego.
Poza tym czasami ludzie zostawiali rzeczy po kieszeniach. Jak talia
kart.
Znów sfuszerował tasowanie, a kiedy zbierał karty, nie wyjrzał przez
okno, chociaż czuł kopalnię. Ta ziejąca tętnica, jak dziura w szyi,
czerwona od środka, z której wylewało się światło jak krew i ogień. Mama
musiała grzebać we wnętrznościach bestii, szukając metali, a później
uciekać przed jej gniewem. Ale człowiekowi w końcu zawsze zabrakło
szczęścia.
I wtedy je zauważył. Światło. Z ulgą wyjrzał przez okno i zobaczył kogoś
idącego ścieżką i trzymającego latarnię, żeby oświetlić sobie drogę.
Wayne pośpiesznie schował karty pod matą i położył się na niej. Kiedy
drzwi się otworzyły, udawał, że śpi. Oczywiście, widziała, jak zgasił
światło, ale doceniała wysiłek, jaki wkładał w udawanie.
Usiadła na stołku, a Wayne ostrożnie uniósł powieki. Mama nosiła spodnie
i koszulę zapinaną na guziki, upinała włosy w kok, a jej ubranie i twarz
były zabrudzone. Siedziała wpatrzona w płomień latarni, przyglądała się,
jak tańczy, a jej twarz wydawała się bardziej wychudzona niż wcześniej.
Jakby ktoś wydrążył jej policzki kilofem.
Ta kopalnia ją zżera, pomyślał. Nie pochłonęła jej tak jak tatę, ale ją
podgryza.
Mama zamrugała i skupiła wzrok na czymś innym. Na karcie, którą zostawił
na stole. Ech, do diaska.
Podniosła ją i spojrzała na niego. Przestał udawać, że śpi. Inaczej
oblałaby go wodą.
- Wayne, skąd wziąłeś te karty?
- Nie pamiętam.
- Wayne...
- Znalazłem.
Wyciągnęła rękę, a on niechętnie wyjął talię i ją oddał. Schowała
znalezioną kartę do pudełka. Do diaska. Cały dzień będzie chodziła po
Cynowadze, szukając kogoś, kto je "zgubił". Nie pozwoli, żeby przez
niego marnowała czas.
- Tark Vestingdow - mruknął Wayne. - Były w kieszeni jego kombinezonu.
- Dziękuję - odparła cicho.
- Mamo, muszę się nauczyć kart. W ten sposób zarobię na nas dwoje.
- Zarobisz? Kartami?
- Nie martw się - powiedział szybko. - Będę oszukiwał! Nie da się
zarobić, jeśli się nie wygrywa, sama wiesz.
Westchnęła i rozmasowała skronie.
Wayne spojrzał na karty.
- Tark. On jest Terrisaninem. Jak tato.
- Tak.
- Terrisanie zawsze robią to, co im się każe. To co jest ze mną nie w porządku?
- Nic nie jest z tobą nie w porządku, kochanie. Po prostu nie miałeś
dobrego rodzica, który by tobą pokierował.
- Mamo. - Zsunął się z maty i wziął ją za rękę. - Nie mów tak. Jesteś
wspaniałą mamą.
Przytuliła go, ale czuł jej napięcie.
- Wayne, zabrałeś scyzoryk Demmy'ego?
- Wygadał? Niech go rdza weźmie, tego zardzewiałego sukinsyna!
- Wayne, nie przeklinaj.
- Niech rdza porwie tego zardzewiałego sukinsyna! - powiedział z akcentem robotnika kolejowego.
Uśmiechnął się do niej niewinnie i został nagrodzony uśmiechem, którego
nie umiała ukryć. Naśladowanie głosów zawsze ją uszczęśliwiało. Tato był
w tym dobry, ale Wayne był lepszy. Szczególnie teraz, kiedy tato nie żył
i nie mógł już mówić.
Po chwili jej uśmiech zniknął.
- Nie możesz zabierać rzeczy, które do ciebie nie należą, Wayne. Tak
robią złodzieje.
- Nie chcę być złodziejem - powiedział cicho Wayne i położył scyzoryk na
stole obok kart. - Chcę być grzecznym chłopcem. To się po prostu...
zdarza.
Przytuliła go mocniej.
- Jesteś grzecznym chłopcem. Zawsze byłeś grzecznym chłopcem.
Kiedy to mówiła, wierzył jej.
- Chcesz usłyszeć historię, kochanie? - spytała.
- Jestem za stary na historie - skłamał, choć rozpaczliwie pragnął, by
ją opowiedziała. - Mam jedenaście lat. Jeszcze rok i będę mógł pić w gospodzie.
- Co? Kto ci to powiedział?!
- Dug.
- Dug ma dziewięć lat.
- Dug wie różne rzeczy.
- Dug ma dziewięć lat.
- Znaczy się za rok będę zwijał dla niego gorzałę, bo sam jeszcze nie
będzie mógł jej kupić? - Spojrzał jej w oczy i zaczął chichotać.
Pomógł jej przygotować kolację - zimną owsiankę z fasolą. Przynajmniej
nie była to sama fasola. Później zwinął się pod kocem na macie, udając,
że znów jest dzieckiem, żeby wysłuchać historii. Łatwo było mu udawać.
Wciąż miał odpowiednie ubranie.
- Oto historia o Bezczelnym Barmie, Niemytym Bandycie.
- Ooch... Nowa?
Matka pochyliła się i gestykulowała łyżką.
- Był najgorszy z nich wszystkich, Wayne. Najpaskudniejszy,
najwredniejszy, najbardziej śmierdzący z bandytów. Nigdy się nie mył.
- Bo porządne zabrudzenie się wymaga kupy roboty?
- Nie, bo on... Zaraz, żeby się pobrudzić, trzeba się narobić?
- No wiesz, trzeba się wytarzać.
- Na Harmonię, dlaczego miałbyś to zrobić?
- Żeby myśleć jak ziemia.
- Żeby... - Uśmiechnęła się. - Och, Wayne. Jesteś taki uroczy.
- Dzięki. Dlaczego mi wcześniej nie opowiadałaś o tym Bezczelnym Barmie?
Skoro był taki zły, dlaczego nie opowiedziałaś mi jego historii na samym
początku?
- Byłeś za mały. - Odchyliła się do tyłu. - A historia jest zbyt
przerażająca.
Ooooch... Ta będzie dobra. Wayne aż podskoczył.
- Kto go dopadł? Stróż prawa?
- Allomanta Jak.
- On? - jęknął Wayne.
- Myślałam, że go lubisz.
No, wszystkie dzieciaki go lubiły. Jak był nowy, interesujący i przez
ostatni rok rozwiązywał różne skomplikowane sprawy kryminalne.
Przynajmniej tak mówił Dug.
- Ale Jak zawsze doprowadza złych gości pod sąd - jęknął Wayne. -
Żadnego nie zastrzelił.
- Nie tym razem. - Mama zabrała się za owsiankę. - Wiedział, że
Bezczelny Barm był najgorszy. Zabójca do szpiku kości. Nawet towarzysze
Barma, Gud Zabójca i Niemożliwy Joe, byli dziesięć razy gorsi niż
jakikolwiek inny bandyta, który kiedykolwiek włóczył się po Dziczy.
- Dziesięć razy? - powtórzył Wayne.
- Aha.
- To dużo! Prawie podwójnie!
Mama zmarszczyła na chwilę czoło, ale później znów się pochyliła.
- Ukradli wypłaty. Zabrali pieniądze nie tylko tłuściochom z Elendel,
ale wypłaty zwykłych ludzi.
- Sukinsyny!
- Wayne!
- Dobra! Zwykłe psy w takim razie!
Znów się zawahała.
- Czy ty... wiesz, co znaczy słowo "sukinsyn"?
- To taki bardzo wredny, wściekły pies.
- A wiesz to, bo...
- Dug mi powiedział.
- Oczywiście, że tak. W każdym razie Jak nie mógł znieść okradania
zwykłych ludzi z Dziczy. Bycie bandytą to jedno, ale wszyscy wiedzą, że
kradnie się pieniądze, które idą do miasta. Niestety Bezczelny Barm
dobrze znał okolicę. Więc pojechał w najtrudniejsze tereny Dziczy i zostawił swoich dwóch towarzyszy, żeby pilnowali kluczowych punktów na
drodze. Całe szczęście Jak był najdzielniejszym z ludzi. I najsilniejszym.
- Jeśli był najdzielniejszy i najsilniejszy, to czemu był stróżem prawa?
Mógł zostać bandytą i nikt by go nie powstrzymał!
- Co jest trudniejsze, kochanie? Postępowanie właściwe czy niewłaściwe?
- Właściwe.
- To kto jest silniejszy? Gość, który robi to, co łatwe, czy ten, co
robi to, co trudne?
Hm. Pokiwał głową. Ano. Ano, rozumiał.
Mama przysunęła latarnię bliżej, aż jej twarz zaświeciła.
- Pierwszą próbą Jaka był Człowiek, potężna rzeka na granicy dawnego
terytorium kolossów. Woda płynęła szybko jak pociąg, to była najszybsza
rzeka na całym świecie... i pełna kamieni. Rozłożył się tam Gud Zabójca,
na drugim brzegu, i wyglądał stróżów prawa. Miał takie dobre oko i pewną
rękę, że z odległości trzystu kroków potrafił zestrzelić z człowieka
muchę.
- A po co miałby to robić? Lepiej strzelić człowiekowi prosto w muchę.
To musi bardzo boleć.
- Nie taką muchę, kochanie.
- To co zrobił Jak? Podkradł się? Stróżowie prawa się nie podkradają. A w każdym razie myślę, że tego nie robią. Założę się, że się nie
podkradł.
- No więc...
Wayne ściskał koc i czekał.
- Jak strzelał jeszcze lepiej - szepnęła. - Kiedy Gud Zabójca wycelował
w niego, Jak strzelił pierwszy... prosto nad rzeką.
- Jak zginął Gud? - szepnął Wayne.
- Od kuli, kochanie.
- W oko?
- Pewnie tak.
- Więc Gud wymierzył i Jak też, ale Jak strzelił pierwszy i trafił Guda
prosto przez celownik w oko! Tak, mamo?!
- Aha.
- I jego głowa wybuchła, jak owoc, jeden z tych kruchych, co to mają
twardą skorupę, ale w środku mają maź. Tak to się stało?
- Absolutnie.
- Niech to, mamo. To koszmarne. Naprawdę powinnaś mi opowiadać tę
historię?
- Mam przestać?
- Do diaska, nie! Jak Jak przedostał się na drugą stronę rzeki?
- Przeleciał. - Mama odstawiła pustą miskę i machnęła rękami. -
Wykorzystując moce Allomancji. Jak lata, rozmawia z ptakami i zjada
kamienie.
- Rany. Zjada kamienie?
- Aha. Więc przeleciał nad rzeką. Ale następne wyzwanie było jeszcze
gorsze. Kanion Śmierci.
- Ooooch... Założę się, że jest ładny.
- Dlaczego tak mówisz?
- Bo nikt by nie odwiedził miejsca nazwanego "Kanion Śmierci", gdyby nie
było ładne. Ale ktoś je odwiedził, bo znamy nazwę. Więc musi być ładne.
- Piękne. Kanion wijący się między rozpadającymi się skalnymi iglicami.
Popękane szczyty są wielobarwne, jakby ktoś je pomalował. Ale to miejsce
jest równie niebezpieczne, jak piękne.
- Ano. Ma sens.
- Jak nie mógł nad nim przelecieć, bo drugi z bandytów ukrył się w kanionie. Niemożliwy Joe. Był mistrzem pistoletów i też umiał latać, i zmieniać się w smoka, i jeść kamienie. Gdyby Jak próbował się
prześlizgnąć, Joe strzeliłby mu w plecy.
- To sprytny sposób, żeby do kogoś strzelać. Bo ten ktoś nie może
odpowiedzieć tym samym.
- Fakt. Dlatego Jak do tego nie dopuścił. Musiał zejść do kanionu... ale w nim było pełno węży.
- Niech to przeklęta rdza porwie!
- Wayne...
- No to zwykła nudna rdza! Ile węży?
- Milion węży.
- Niech to przeklęta rdza porwie!
- Ale Jak był sprytny. I pomyślał, by zabrać ze sobą jedzenie dla węży.
- Milion kawałków jedzenia dla węży?
- E tam, tylko jeden. Ale węże się o niego pobiły, więc pozabijały się
nawzajem. A ten, który został, był oczywiście najsilniejszy.
- Oczywiście.
- Więc Jak przekonał go do ugryzienia Niemożliwego Joego.
- A Joe zrobił się cały fioletowy! I krwawił z uszu! I kości mu się
roztopiły, a taki stopiony sok z kości popłynął mu z nosa! I zmienił się
w kupkę sflaczałej skóry, ale przez cały czas syczał i beczał, bo zęby
mu się topiły!
- Dokładnie.
- Niech to, mamo, ty to opowiadasz najlepsze historie.
- Jest jeszcze lepiej - powiedziała cicho i pochyliła się. Ich lampa już
dogasała. - Bo zakończenie jest niespodzianką.
- Jaką niespodzianką?
- Kiedy Jak przebył kanion, który śmierdział teraz martwymi wężami i stopionymi zębami, dostrzegł ostatnie wyzwanie: Samotną Mesę. Ogromny
płaskowyż pośrodku równiny, która poza nim była całkiem płaska.
- To żadne wyzwanie. Mógł pofrunąć na szczyt.
- No i spróbował - szepnęła. - Ale mesa była Bezczelnym Barmem.
- CO?!
- Zgadza się. Barm dogadał się z kolossami, tymi, co to zmieniają się w wielkie potwory, nie tymi normalnymi, jak starsza pani Nock. A one
pokazały mu, jak zmienić się w ogromnego potwora. Więc kiedy Jak
próbował na niej wylądować, mesa go połknęła.
Wayne sapnął.
- A później zmiażdżyła go zębami, łamiąc jego kości jak...
- Nie. Próbowała go połknąć. Ale Jak był nie tylko sprytny i nie tylko
dobrze strzelał. Był czymś jeszcze.
- Czym?
- Wielkim wrzodem na dupie.
- Mamo! To przeklinanie.
- W historiach można. Posłuchaj, Jack był wrzodem. Zawsze robił dobre
rzeczy. Pomagał ludziom. Utrudniał życie złym ludziom. Zadawał pytania.
Doskonale wiedział, jak zepsuć dzień bandytom. Więc kiedy został
połknięty, wyciągnął ręce i nogi, a później popchnął... i stanął
Bezczelnemu Barmowi w gardle tak, że potwór nie mógł oddychać. Wiesz,
takie potwory to potrzebują kupę powietrza. A Allomanta Jak udusił Barma
od środka. Później, kiedy potwór leżał martwy na ziemi, Jak wyszedł
spokojnie po jego języku, jakby to był dywan ułożony przed powozem dla
jakiegoś bogacza.
A niech to.
- To była dobra historia, mamo.
Uśmiechnęła się.
- Mamo. Czy to historia... o kopalni?
- No, pewnie my wszyscy od czasu do czasu musimy wejść do pyska bestii.
Więc... może i tak.
- No to jesteś jak stróż prawda.
- Każdy może być.
Zdmuchnęła latarnię.
- Nawet ja?
- Zwłaszcza ty. - Pocałowała go w czoło. - Jesteś tym, kim zechcesz,
Wayne. Jesteś wiatrem. Jesteś gwiazdami. Jesteś wszystkimi
nieskończonymi rzeczami.
To był wiersz, który lubiła. On też go lubił. Bo kiedy to mówiła,
wierzył jej. Nie mógł inaczej. Mama nie kłamała. Dlatego zwinął się pod
kocem i usnął. Na świecie działo się wiele złych rzeczy, ale kilka było
w porządku. A jak długo ona była przy nim, historie coś znaczyły. Były
prawdziwe.
Aż do następnego dnia, kiedy w kopalni był kolejny zawał. Tego wieczoru
jego mama nie wróciła do domu.
Rozdział 1
Dziewiętnaście lat później
Marasi nigdy wcześniej nie zeszła do kanałów, ale było dokładnie tak
koszmarnie, jak sobie wyobrażała. Niewiarygodny smród, rzecz jasna. Co
jeszcze gorsze, czasami podeszwy jej butów ślizgały się na czymś, przez
krótką chwilę grożąc przewróceniem się w "błoto".
Przynajmniej zachowała dość rozsądku, by włożyć mundur ze spodniami, jak
również wysokie do kolan buty robocze ze skóry. Ale nic nie chroniło
przed smrodem, odczuciami i - niestety - dźwiękami. Kiedy robiła krok -
z mapą w jednej ręce, a karabinem w drugiej - jej podeszwy odrywały się
od podłoża z chlupotem niemal mitycznych rozmiarów. Byłby to najgorszy
dźwięk na świecie, gdyby nie dorównywało mu narzekanie Wayne'a.
- Wax nigdy nie zaprowadził mnie do zardzewiałego kanału - mruknął,
unosząc latarnię.
- W Dziczy są kanały?
- No nie - przyznał. - Pastwiska śmierdzą niemal równie paskudnie, a on
zmusił mnie, żebyśmy przez nie chodzili. Ale, Marasi, tam przynajmniej
nie ma pająków.
- Pewnie są. - Uniosła mapę do jego latarni. - Po prostu ich nie
widziałeś.
- Możliwe - jęknął. - Ale kiedy widać pajęczyny, jest gorzej. No i jeszcze są, no wiesz, ścieki.
Marasi skinęła w stronę bocznego tunelu i oboje skręcili w tę stronę.
- Chcesz o tym porozmawiać?
- O czym? - spytał ostro.
- Twoim nastroju.
- Z moim zardzewiałym nastrojem wszystko w porządku. To dokładnie taki
nastrój, jaki powinien mieć człowiek, kiedy partner zmusza go do
wepchnięcia nosa w te wszystkie rzeczy, które wychodzą z zadka.
- A tydzień temu? Kiedy prowadziliśmy śledztwo w sklepie z perfumami?
- Zardzewiali perfumiarze. - Wayne zmrużył oczy. - Nigdy nie wiadomo, co
ukrywają za tymi wyszukanymi zapachami. Nie można zaufać mężczyźnie,
który nie pachnie tak, jak powinien mężczyzna.
- Potem i gorzałą?
- Potem i tanią gorzałą.
- Wayne, jak ty możesz mieć pretensje, że ktoś udaje lepszego? Ty
zmieniasz osobowość za każdym razem, kiedy zmieniasz czapkę.
- Czy mój zapach się zmienia?
- Pewnie nie.
- Wygrałem dyskusję. W moich argumentach nie ma dosłownie żadnych dziur.
Koniec rozmowy.
Popatrzyli po sobie.
- Powinienem sobie kupić jakieś perfumy, co? Ktoś przejrzy moje
przebranie, jeśli zawsze będzie mnie czuć potem i tanią gorzałą.
- Jesteś beznadziejny.
- Tym, co jest beznadziejne, są moje biedne pantofle.
- Mogłeś włożyć ciężkie buty, jak ci radziłam.
- Nie mam ciężkich butów. Wax mi je ukradł.
- Wax ukradł ci buty. Naprawdę.
- No, są w jego szafie. Zamiast trzech par jego najbardziej eleganckich
pantofli. Które jakimś cudem trafiły do mojej szafy, zupełnym
przypadkiem. - Spojrzał na nią. - To była uczciwa wymiana. Lubiłem te
buty.
Marasi się uśmiechnęła. Pracowali razem od prawie sześciu lat, od kiedy
Wax przeszedł na emeryturę po odkryciu Żałobnych Opasek. Wayne był
oficjalnie konstablem, nie jakimś obywatelem z uprawnieniami,
działającym ledwie w granicach prawa. Nawet od czasu do czasu nosił
mundur. I...
...i Marasi znów się poślizgnęła. Zardzewiałe piekło. Gdyby się
przewróciła, on nie przestałby się śmiać. Ale wydawało się, że to
najlepsza droga. Trwała budowa sieci podziemnej kolei obejmującej całe
miasto, a przed dwoma dniami jeden z robotników złożył interesujący
raport. Nie chciał wysadzić kolejnego odcinka, bo odczyty sejsmiczne
wskazywały, że znajdują się w pobliżu jaskini, której nie było na
mapach.
W tych okolicach pod Elendel pełno było starożytnych jaskiń.
Jednocześnie w tym rejonie często pojawiali się i znikali członkowie
jednego z lokalnych gangów. Jakby mieli ukryte wejście do nieznanej,
niewidzialnej kryjówki.
Przyjrzała się mapie, na której znajdowały się uwagi inżynierów - jak
również starsze notatki wskazujące na pobliską osobliwość dostrzeżoną
przed laty przez budowniczych kanałów, która jednak nigdy nie została
zbadana.
- Myślę, że MeLaan zamierza ze mną zerwać - powiedział cicho Wayne. -
Może dlatego ostatnio moje ogólne usposobienie bywa nietypowo
przygaszone.
- Dlaczego myślisz, że ona to zrobi?
- Bo powiedziała mi "Wayne, pewnie za parę tygodni z tobą zerwę".
- To uprzejme z jej strony.
- Myślę, że dostała nową robotę od gościa na górze. Ale to nie w porządku, że robi to tak powoli. To nie jest właściwy sposób, żeby
zerwać z chłopakiem.
- A jaki jest właściwy sposób, żeby zerwać z chłopakiem?
- Walnąć go czymś w głowę. Sprzedać jego rzeczy. Powiedzieć jego
kumplom, że jest dupkiem.
- Miałeś interesujące związki.
- Nie, przeważnie kiepskie. Spytałem Jammi Walls, co jej zdaniem
powinienem zrobić... Znasz ją? Prawie co wieczór można ją spotkać w gospodzie.
- Znam ją. To kobieta o... złej reputacji.
- Co takiego? Kto tak mówi? Jammi ma doskonałą reputację. Ze wszystkich
dziwek w okolicy, ona najlepiej robi...
- Nie muszę słyszeć dalszego ciągu. Dziękuję.
- Zła reputacja. - Zaśmiał się. - Powiem Jammi, że tak powiedziałaś,
Marasi. Ona ciężko zapracowała na swoją reputację. Liczy sobie cztery
razy więcej niż wszystkie inne! Zła reputacja, naprawdę.
- I co ona powiedziała?
- Powiedziała, że MeLaan chce, żebym bardziej się postarał w naszym
związku. Ale myślę, że w tym przypadku Jammi się pomyliła. Bo MeLaan się
nie bawi w gierki. Kiedy coś mówi, naprawdę tak myśli. Czyli to... no
wiesz...
- Przykro mi, Wayne. - Marasi wsunęła mapę pod pachę i położyła mu dłoń
na ramieniu.
- Wiedziałem, że to nie będzie trwało wiecznie. Na rdzę, wiedziałem,
wiesz? Ona ma... Ile? Tysiąc lat?
- Jakieś dwie trzecie tego.
- A ja nie mam nawet czterdziestki. Bliżej szesnastu, jeśli wziąć pod
uwagę moją dziarską młodzieńczą konstytucję.
- I poczucie humoru.
- Święta prawda. - Westchnął. - Ostatnio było... ciężko. Wax się zrobił
elegancki i w ogóle, a MeLaan znikała na całe miesiące. Mam wrażenie, że
nikt mnie nie chce. Może moje miejsce jest w kanałach, wiesz?
- Wcale nie. Jesteś najlepszym partnerem, jakiego kiedykolwiek miałam.
- Jedynym partnerem.
- Jedynym? Gorglen się nie liczy?
- Nie. Nie jest człowiekiem. Mam papiery potwierdzające, że jest żyrafą
w przebraniu. - Uśmiechnął się. - Ale... dzięki, że spytałaś. Dzięki, że
się przejmujesz.
Pokiwała głową i ruszyła naprzód. Kiedy wyobrażała sobie swoje życie
jako detektywa i stróża prawa, nie przewidziała tego. Przynajmniej już
tak nie śmierdziało. A może się przyzwyczaiła?
Z ogromną satysfakcją znalazła, dokładnie w miejscu zaznaczonym na
mapie, stare metalowe drzwi w ścianie kanału. Wayne uniósł latarnię i nie potrzebowali wyczulonego wzroku detektywów, by dostrzec, że niedawno
z nich korzystano. Srebrzyste zadrapania po jednej stronie futryny,
klamka wytarta z wszechobecnego brudu i pajęczyn.
Ludzie, którzy wybudowali kanały, odkryli je i oznaczyli jako miejsce o potencjalnym znaczeniu historycznym. Ale notatka zaginęła ze względu na
nonsensy biurokracji.
- Nieźle. - Wayne pochylił się obok niej. - Robota detektywistyczna
pierwsza klasa, Marasi. Jak wiele starych map musiałaś przejrzeć, żeby
to znaleźć?
- Za wiele. Ludzie byliby zaskoczeni, wiedząc, ile czasu spędzam w archiwach.
- W historiach pomijają zbieranie informacji.
- Robiłeś to w Dziczy?
- Odmianę typową dla Dziczy. Zwykle trzeba było wcisnąć jakiegoś gościa
twarzą do koryta, aż przypomniał sobie, komu podkradł prawa do
poszukiwań, ale zasada jest taka sama. Tylko więcej przekleństw.
Podała mu karabin, a sama przyjrzała się drzwiom. Wayne nie robił z tego
wielkiej sprawy, ale ostatnimi czasy trzymał broń i ręce mu nie drżały.
Nigdy nie widziała, by strzelał, ale powiedział, że zrobiłby to, gdyby
to było konieczne.
Drzwi zostały zatrzaśnięte, a po tej stronie nie było zamka.
Najwyraźniej ludzie, na których polowała, też znaleźli je zamknięte -
wzdłuż jednej krawędzi było sporo zadrapań. I dość miejsca, by wsunąć
coś między drzwi i futrynę.
- Potrzebuję noża, żeby się przez to przedostać - powiedziała.
- Możesz wykorzystać mój ostry jak brzytwa umysł.
- Niestety, Wayne, nie jesteś typem narzędzia, którego teraz potrzebuję.
- Ha! Podoba mi się.
Podał jej nóż z plecaka, w którym trzymali między innymi linę i zapas
metali, na wypadek gdyby mieli stawić czoło Metalicznym. W takim gangu
nie powinno być Allomanty - to byli goście z rodzaju "potrząsnąć
sklepikarzami, żeby dostać pieniądze za ochronę". Jednak niektóre
raporty wzbudzały jej niepokój i była coraz bardziej przekonana, że za
tą grupą stał Krąg.
Minęły lata, a ona wciąż szukała odpowiedzi na pytania, które dręczyły
ją od samego początku jej kariery jako stróża prawa. Grupą znaną jako
Krąg niegdyś kierował wuj Waxa, Edwarn, a później okazało się, że
należała do niej również jego siostra Telsin. Grupa ta wyznawała mroczną
postać zwaną Trellem, oddawała jej cześć, a może nawet pomagała jej
realizować plany. To był bóg, tak myślała. Ze starożytnych czasów.
Gdyby udało jej się złapać właściwych ludzi, może w końcu uzyskałaby
odpowiedzi. Ale nieustannie jej się nie udawało. Najbliżej odpowiedzi
była przed sześcioma laty, ale wtedy wszyscy, których pojmali - w tym
wuj Waxa - zginęli w wybuchu. I tak oto ona wciąż goniła za cieniami, a reszta elity Elendel pracowicie ignorowała zagrożenie. Bez dowodów ona i Wax nie mieli jak potwierdzić, że Krąg w ogóle istniał, poza sługusami
Edwarna.
Za pomocą noża udało jej się unieść sztabę, która zamykała drzwi z drugiej strony. Kawał metalu spadł z cichym brzękiem, a Marasi ostrożnie
otworzyła wejście, za którym znajdował się prymitywny tunel prowadzący w dół. Jeden z wielu w tym rejonie, pochodzący z czasów starożytnych przed
Katacendre. Z czasów mitów i bohaterów, opadów popiołu i tyranów.
Ona i Wayne wślizgnęli się do środka i zamknęli za sobą drzwi. Na
wszelki wypadek przygasili latarnię i ruszyli w głąb.
Rozdział 2
- Fular? - Steris odczytywała z listy.
- Zawiązany i spięty. - Wax go poprawił.
- Buty?
- Wypastowane.
- Pierwszy dowód?
Wax wyrzucił w powietrze srebrzysty medalion i złapał go.
- Drugi dowód? - Steris zaznaczyła punkt na liście.
Wyjął z kieszeni niewielki plik dokumentów.
- Tutaj.
- Trzeci dowód?
Wax sprawdził kolejną kieszeń, zatrzymał się i rozejrzał po niewielkim
gabinecie - jego biurze senatora w Domu Obrad. Zostawił je...
- Na biurku w domu. - Uderzył się w czoło.
- Przyniosłam zapas. - Steris sięgnęła do torebki.
Wax uśmiechnął się szeroko.
- Oczywiście, że tak.
- A nawet dwa. - Steris podała mu kartkę papieru, którą schował.
Następnie znów przyjrzała się liście.
Mały Maxillium podszedł do matki i z powagą wpatrzył się w swoją listę
bazgrołów. W wieku pięciu lat znał litery, ale wolał tworzyć własne.
- Rysunek psa - powiedział Max, jakby czytając z listy.
- Może się przydać - zgodził się ojciec. - Są całkiem użyteczne.
Chłopiec podał go z poważną miną i powiedział:
- Rysunek kota.
- Też mi się jeden przyda.
- Nie radzę sobie z kotami. - Max podał mu kolejną kartkę. - Dlatego
wygląda jak wiewiórka.
Wax uściskał syna i z szacunkiem odłożył kartki razem z innymi. Siostra
chłopca - Tindwyl, bo Steris lubiła tradycyjne imiona - gaworzyła w kącie pod opieką guwernantki Kath.
W końcu żona podała mu pistolety, jeden po drugim. Wyposażone w długie
lufy i ciężkie, zostały zaprojektowane przez Ranette, by robić groźne
wrażenie - ale miały dwa bezpieczniki i nie były naładowane. Od
dłuższego czasu nie musiał do nikogo strzelać, ale wciąż wykorzystywał
swoją reputację "Senatora Stróża Prawa z Dziczy". Ludzie z miasta,
szczególnie politycy, łatwo dawali się zastraszyć bronią palną. Woleli
zabijać ludzi nowocześniejszymi broniami - ubóstwem i rozpaczą.
- Czy pocałunek od żony jest na tej liście? - spytał Wax.
- Właściwie to nie - odparła zaskoczona.
- Rzadkie przeoczenie. - Całował ją przez dłuższą chwilę. - To ty
powinnaś tam wyjść, Steris. Zajmowałaś się przygotowaniami bardziej niż
ja.
- Ty jesteś głową rodu.
- Mógłbym wyznaczyć cię jako przedstawicielkę wypowiadającą się w naszym
imieniu.
- Proszę, nie. Wiesz, jak się czuję w obecności ludzi.
- Czujesz się dobrze w obecności właściwych ludzi.
- A czy politycy kiedykolwiek zachowują się właściwie?
- Mam nadzieję. - Obciągnął marynarkę i odwrócił się w stronę drzwi. -
Bo się do nich zaliczam.
Wyszedł ze swojej komnaty i ruszył do sali obrad Senatu. Steris miała
patrzeć ze swojego miejsca na balkonie dla widzów - wszyscy już się
nauczyli, jak bardzo zależało jej na tym, by zawsze siedzieć na tym
samym krześle.
Kiedy Wax znalazł się w ogromnej sali - w której panował gwar, kiedy
senatorowie wrócili po krótkiej przerwie - nie udał się na swoje
miejsce. Senatorowie przez ostatnie kilka dni debatowali nad obecną
ustawą, a jego przemowa była ostatnia w kolejce. Zdobył to miejsce
dzięki wielu obietnicom i wymianom przysług, bo liczył, że pomoże to
jego argumentom, da mu największą szansę na zapobieżenie koszmarnej
decyzji.
Stanął z boku podwyższenia dla mówców i czekał, aż wszyscy usiądą.
Założył kciuk za pas z pistoletami i górował. W Dziczy trzeba było
nauczyć się dobrze górować, kiedy przesłuchiwało się więźniów - a Wax
był wstrząśnięty, jak wiele z tych umiejętności działało również tutaj.
Gubernator Varlance nie patrzył na niego. Poprawił fular i sprawdził
puder - z jakiegoś tajemniczego powodu widmowo blada cera była ostatnio
bardzo modna. Później wyłożył medale na biurko, jeden po drugim.
Na rdzę, tęsknię za Aradelem, pomyślał Wax. Kompetentny gubernator był
miłą odmianą. Jak... zamówienie jedzenia w hotelu i odkrycie, że nie jest
najgorsze, albo spędzenie czasu z Wayne'em i zorientowanie się, że wciąż
ma się zegarek.
Jednakże charakter pracy gubernatora był taki, że niszczył dobrych
ludzi, złym zaś pozwalał radośnie unosić się z prądem. Aradel odszedł
przed dwoma laty. A wybór wojskowego jako kolejnego gubernatora miał
sens, ze względu na napięte kontakty z Południowym Kontynentem. Wielu
mieszkańców niedawno odkrytych krain - tam, gdzie mieli statki
powietrzne i dziwne maski - nie było zadowolonych z przebiegu wydarzeń
przed sześcioma laty. A dokładniej z faktu, że Żałobne Opaski trafiły do
Kotliny Elendel.
Obecnie Elendel musiało stawić czoło dwóm podstawowym problemom.
Pierwszym byli mieszkańcy Południowego Kontynentu, z których
najważniejszą nację zwano Malwianami. Niemal bez ustanku powtarzali, że
Kotlina jest mała i słaba. Byli agresywni, wymachiwali szabelkami.
Varlance miał być płotem, który przed tym ochroni, choć Wax zastanawiał
się, gdzie zdobył te wszystkie medale. O ile Wax się orientował,
niedawno powstała armia nie uczestniczyła jeszcze w żadnych potyczkach.
Drugi problem był znacznie bliższy. Chodziło o części Kotliny znajdujące
się poza stolicą, ludzi mieszkających w tym, co nazywano zbiorczo
zewnętrznymi miastami. Od lat, może dziesięcioleci, napięcia między
stolicą i całą resztą narastały.
Zagrożenie ze strony innego kontynentu było wystarczająco dużym
problemem. Ale w oczach Waxa było bardziej odległe. Tym, które uważał za
bezpośrednie i które wzbudzało jego największy niepokój, była
perspektywa wojny domowej między jego własnymi rodakami. On i Steris od
lat próbowali jej zapobiec.
Varlance w końcu skinął na wicegubernatorkę, Terrisankę. Miała kręcone
ciemne włosy i nosiła tradycyjną szatę. Waxowi wydawało się, że znał ją
w Wiosce, ale to mogła być jej siostra, a nie miał pomysłu, jak o to
spytać. Tak czy inaczej, posiadanie Terrisanina wśród personelu było
dobrze widziane. Większość gubernatorów miała przynajmniej jedno z nich
w swoim gabinecie - zupełnie jakby Terrisanie byli kolejnym medalem,
którym można się było pochwalić.
Adawathwyn podniosła się i ogłosiła:
- Gubernator wysłucha senatora z rodu Ladrianów.
Choć Wax na to czekał, nieśpiesznie wkroczył na podwyższenie -
oświetlane od góry potężnym elektrycznym reflektorem. Obrócił się
powoli, rozglądając się po okrągłej sali. Z jednej strony siedzieli
urzędnicy obieralni - senatorowie, którzy zostali wybrani na stanowisko,
by reprezentować gildię, zawód lub historyczną grupę. Po drugiej
siedzieli lordowie - senatorowie, którzy uzyskali swoje stanowisko
dzięki urodzeniu.
- Ta ustawa... - ogłosił Wax, a jego głos odbijał się echem w całej sali -
...to beznadziejnie głupi pomysł.
Niegdyś, na początku jego kariery politycznej, mówienie tak otwarcie
ściągało na niego gniew. Teraz dostrzegł uśmiechy na twarzach niektórych
senatorów. Spodziewali się tego po nim - a nawet to doceniali.
Wiedzieli, jak wiele problemów miała Kotlina, i cieszyli się, że był
wśród nich ktoś gotów mówić o nich głośno.
- Kontakty z Malwianami są bardziej napięte niż kiedykolwiek dotąd. To
czas, by zjednoczyć Kotlinę, a nie wbijać klin pomiędzy naszymi
miastami!
- Tu chodzi o zjednoczenie! - zawołał ktoś. Senator dokerów, Melstrom.
Był marionetką Hastingów i Erikellów, szlachetnych rodów, które
konsekwentnie były cierniem w oku Waxa. - Potrzebujemy jednego przywódcy
całej Kotliny. Oficjalnie!
- Zgoda. Ale w jaki sposób wyniesienie gubernatora Elendel, stanowiska,
na które nie może głosować nikt spoza miasta, zjednoczy ludzi?
- Da im kogoś, kto będzie dla nich autorytetem. Silnego, kompetentnego
przywódcę.
A to, pomyślał Wax, spoglądając na Varlance'a, jest kompetentny
przywódca? Mamy szczęście, że w ogóle przysłuchuje się tym naradom,
zamiast przeglądać harmonogram spotkań promocyjnych. Na razie, w czasie
dwóch pierwszych lat urzędowania, Varlance ponownie otworzył
siedemnaście miejskich parków. Lubił kwiaty.
Wax trzymał się planu, wyciągnął medalion i podrzucił go w powietrze.
- Przed sześcioma laty miałem małą przygodę. Wszyscy o tym wiecie.
Znalazłem rozbity malwiański statek powietrzny i pokrzyżowałem plany
zewnętrznych miast, by wykorzystać jego tajemnice przeciwko Elendel.
Powstrzymałem to. Przywiozłem ze sobą Żałobne Opaski, by zostały
bezpiecznie przechowane.
- I prawie zacząłeś wojnę - mruknął ktoś z sali.
- Wolelibyście, żebym pozwolił, by spisek doszedł do skutku?! -
odkrzyknął Wax. Nie było żadnej odpowiedzi, więc podrzucił medalion i znów go złapał. To był jeden z wpływających na ciężar medalionów, dzięki
którym statki Malwian mogły latać. - Czy ktoś na tej sali odważy się
zakwestionować moją lojalność wobec Elendel? Możemy się pojedynkować.
Nawet pozwolę, żeby ten ktoś strzelił jako pierwszy.
Cisza. Zasłużył na to. Wielu obecnych na sali go nie lubiło, ale go
szanowali. I wiedzieli, że nie był agentem zewnętrznych miast.
Podrzucił medalion i Pchnął go wyżej, aż do sklepienia. Kawałek metalu
opadł, migocząc w świetle reflektora. Kiedy go złapał, spojrzał na
admirał Jonnes, obecną ambasadorkę Malwian. Siedziała na specjalnie
wyznaczonym miejscu w sali Senatu, gdzie zasiadali również burmistrzowie
zewnętrznych miast, kiedy odwiedzali stolicę. Żadne nie przybyło na to
posiedzenie. Widoczna oznaka ich złości.
Ta ustawa, gdyby została przyjęta, wyniosłaby gubernatora Elendel ponad
wszystkich burmistrzów zewnętrznych miast, pozwalając jemu lub jej
interweniować w lokalnych sporach. Aż do etapu usunięcia burmistrza,
ogłoszenia wyborów nadzwyczajnych i aprobowania kandydatów. Choć Wax
zgadzał się, że jeden przywódca byłby ważnym krokiem do zjednoczenia
Kotliny, ta ustawa była jawną obelgą wobec wszystkich ludzi
mieszkających poza stolicą.
- Znam wasze stanowisko lepiej niż ktokolwiek. - Wax obracał medalion w palcach. - Chcecie zademonstrować siłę wobec Malwian. Udowodnić, że
potrafimy zmusić nasze miasta, by ustąpiły wobec naszych zasad. Dlatego
przedstawiliście tę ustawę. Ale to jedynie pokazuje, dlaczego tak
frustrujemy wszystkich spoza Elendel! Rewolucjoniści w innych miastach
nie zaszliby tak daleko, gdyby nie mieli poparcia mieszkańców. Gdyby
przeciętna osoba żyjąca poza Elendel nie była tak rdzawo wściekła na
naszą politykę handlową i ogólną arogancję, nie znaleźlibyśmy się w tej
sytuacji.
- Ta ustawa ich nie udobrucha! To nie jest "pokaz siły". Została
opracowana, żeby wzbudzić oburzenie ludzi. Jeśli ją uchwalimy, to tak,
jakbyśmy wręcz domagali się wojny domowej.
Pozwolił, by to do nich dotarło. Pozostali byli zdeterminowani, by robić
wrażenie silnych wobec wrogów zewnętrznych. Ale gdyby pozwolić im
swobodnie działać, zmusiliby samych siebie do wojny konfliktami
wewnętrznymi. Problemy z Malwianami były realne, ale nie tak pilne. Z drugiej strony wojna domowa byłaby niszczycielska.
Co najgorsze, ktoś w tajemnicy ich do niej popychał. Wax był przekonany,
że Krąg znów wtrącał się do polityki Elendel. Jego... siostra była
zamieszana. Nie był pewien, dlaczego chcieli wojny domowej, ale starali
się od lat. Gdyby pozwolił, by trwało to dalej, tylko przysłużyliby się
prawdziwym wrogom, a otaczająca go teraz elita i rewolucjoniści w zewnętrznych miastach mieliby powód do płaczu.
Wax wyjął plik dokumentów z lewej kieszeni. Schował rysunki psa i kota,
a resztę uniósł, pokazując ją zgromadzonym.
- Mam tu sześćdziesiąt listów od polityków z zewnętrznych miast.
Reprezentują dużą frakcję, która nie chce konfliktu. To są rozsądni
ludzie. Chętnie, wręcz z zapałem współpracowaliby z Elendel. Ale są też
przerażeni na myśl o tym, co ich ludzie zrobią, jeśli wciąż będziemy im
narzucać tyrańską, imperialistyczną politykę. Proponuję, byśmy odrzucili
tę ustawę i zaczęli pracę nad czymś lepszym. Czymś, co rzeczywiście
będzie działać na rzecz pokoju i jedności. Zgromadzenie narodowe, z przedstawicielami każdego z zewnętrznych miast... i obieralnym najwyższym
urzędnikiem wybieranym przez to ciało.
Spodziewał się gwizdów i kilka usłyszał. Ale większość zebranych
milczała i patrzyła, jak unosi te listy. Nie chcieli pozwolić, by władza
opuściła stolicę. Bali się, że wpływ zewnętrznych miast zmieni ich
kulturę. Byli tchórzami.
Może on też, bo wizja, że Krąg pociągał za sznurki, go przerażała. Kto z tych, którzy patrzyli teraz na niego, był w tajemnicy jednym z ich
agentów? Na rdzę, nawet nie rozumiał ich motywacji. Chcieli wojny - jako
drogi do zyskania władzy, z całą pewnością. Ale kryło się w tym coś
więcej.
Słuchali rozkazów czegoś znanego jako Trell.
Wax obrócił się powoli, wciąż unosząc listy, i poczuł ukłucie niepokoju,
kiedy stanął plecami do Melstroma. On strzeli, pomyślał.
- Z całym szacunkiem, lordzie Ladrianie - powiedział Melstrom. -
Niedawno został pan ojcem i wyraźnie nie wie pan, jak należy wychowywać
dzieci. Nie może się pan poddawać ich żądaniom, musi pan zachować
stanowczość, wiedząc, że pańskie decyzje są dla nich najlepsze. W końcu
to zrozumieją. A Elendel jest jak ojciec dla dzieci, zewnętrznych miast.
Prosto w plecy, pomyślał Wax, odwracając się.
Nie odpowiedział od razu. Zanim odpowiedziało się ogniem, trzeba było
starannie wycelować. Już wcześniej dyskutował na ten temat - głównie
prywatnie - z wieloma z senatorów na tej sali. Robił postępy, ale
potrzebował czasu. Z tymi listami mógł wrócić do każdego wahającego się
senatora i podzielić się słowami. Ideami. Przekonać ich.
Instynkt podpowiadał mu, że gdyby do głosowania doszło tego dnia, ustawa
zostałaby uchwalona. Dlatego nie przyszedł tu, by powtarzać argumenty.
Przyszedł z kulą w komorze, gotów, by strzelić.
Złożył listy i schował je do kieszeni. Następnie wyjął mniejszy plik -
dwie kartki - z drugiej kieszeni. Te, które przyniosła Steris, na
wypadek gdyby zapomniał. Pewnie skopiowała wszystkie dokumenty z drugiego pliku. I siedem innych rzeczy, których wcale nie potrzebował -
ale czuła się lepiej, gdy miała je w torebce, na wszelki wypadek. Na
rdzę, ta kobieta była zachwycająca.
Wax uniósł kartki i ostentacyjnie przekręcił je do światła.
- Drogi Melstromie... - czytał na głos - ...cieszy nas, że jesteś gotów
wysłuchać głosu rozsądku i wciąż popierać przewagę handlową Elendel w Kotlinie. To mądra decyzja. Przez następne trzy lata będziemy ci
przekazywać pół procenta naszych dochodów z przewozu towarów w zamian za
osobiste poparcie tej ustawy. Rody Hasting i Erikell.
Na sali zapanował chaos. Wax wsunął kciuk za pas z bronią i czekał, aż
ucichną okrzyki oburzenia. Spojrzał w oczy Melstromowi, kiedy mężczyzna
osunął się na krześle. Ten zardzewiały idiota właśnie dostał ważną
lekcję - nie zostawiaj dokumentów potwierdzających twoją korupcję, kiedy
twój przeciwnik polityczny jest wyszkolonym detektywem. Idiota.
Kiedy okrzyki w końcu ucichły, Wax znów się odezwał, tym razem głośniej.
- Żądam, by odbyło się posiedzenie w sprawie nieprawidłowości i sprzedania głosu przez senatora Melstroma, co jest jawnym pogwałceniem
zasad antykorupcyjnych.
- I w ten sposób opóźni się głosowanie nad ustawą o zwierzchnictwie
Elendel? - odezwał się gubernator.
- Jak możemy nad nią głosować, skoro nie możemy być pewni, czy głosy są
oddawane w dobrej wierze? - zauważył Wax.
Kolejne okrzyki oburzenia. Wax znosił je, patrząc, jak gubernator
naradza się z wicegubernatorką. Ona była bystra. Wszystko, co osiągnął
Varlance, a co nie wymagało przecięcia wstęgi ani ucałowania
niemowlęcia, było najpewniej jej dziełem.
Kiedy zebrani się uspokoili, gubernator spojrzał na Waxa.
- Ufam, że może pan potwierdzić autentyczność tego listu, Ladrianie.
- Mam złożone pod przysięgą pisemne oświadczenia trojga ekspertów od
pisma ręcznego, które potwierdzają, że list nie został sfałszowany. A przygotowany przez moją żonę szczegółowy opis uzyskania listu jest
wyczerpujący i nie do zakwestionowania.
- W takim razie sugeruję zorganizowanie posiedzenia w sprawie
nieprawidłowości - stwierdził gubernator. - Po głosowaniu nad ustawą o zwierzchnictwie.
- Ale... - zaczął Wax.
- Zażądamy... - przerwał mu gubernator - ...by Melstrom, Hasting i Erikell
wstrzymali się od głosowania. Dzięki czemu nie będzie ryzyka korupcji.
Niech to.
Niech to. Niech to. Niech to.
Zanim zdążył się sprzeciwić, wicegubernatorka stuknęła młotkiem.
- Głosowanie za dalszymi pracami?
Większość senatorów podniosła ręce. W takim przypadku wystarczała
prostsza metoda z podniesieniem ręki - chyba że liczba głosów była
wyrównana. Nie była.
Prawdziwe głosowanie, nad ustawą, miało się odbyć.
- Masz pan jeszcze w planach jakieś eksplozje, Ladrianie? - spytał
gubernator. - Czy możemy przejść do rzeczy?
- Żadnych eksplozji, Wasza Ekscelencjo. - Wax westchnął. - One były
specjalnością mojego byłego partnera. Chciałbym tylko zwrócić się do
izby z ostatnią prośbą. - Jego manewr się nie powiódł. Miał teraz
ostatnią kartę do rozegrania. Prośbę nie Waxilliuma Ladriana. Ale
Świtostrzelnego, stróża prawa.
- Wszyscy mnie znacie. - Zaczął się obracać, patrząc im w oczy. - Jestem
prostym człowiekiem z Dziczy. Nie radzę sobie z polityką, ale rozumiem
wściekłych ludzi i ciężkie życie pracujących kobiet i mężczyzn. Jeśli
mamy przyjąć rolę rodzica, powinniśmy dobrze traktować nasze dzieci. Dać
im szansę, by wypowiedziały się w swoim imieniu. Jeśli nadal będziemy
udawać, że są maluchami, zaczną nas ignorować... w najlepszym wypadku.
Chcecie wysłać im wiadomość? Wyślijcie wiadomość, że się przejmujemy i chcemy ich wysłuchać.
W końcu wrócił na swoje miejsce obok Yanceya Yaceczki, dobrodusznego i cierpliwego mężczyzny - i jednego z senatorów, którzy rzeczywiście go
słuchali.
- Niezła robota, Wax - szepnął, pochylając się w jego stronę. - Naprawdę
niezła robota. To zawsze czysta przyjemność.
Yancey zagłosuje tak jak on. Właściwie spora część szlachetnie
urodzonych popierała Waxa. Choć wiele z tego, co ostatnio mówiła Marasi
sprawiło, że Wax czuł się niezręcznie ze swoją odziedziczoną rolą, w tym
przypadku lordowie mogli się okazać odrobinę mniej skorumpowani niż ich
odpowiednicy. Senatorowie obieralni musieli walczyć o zachowanie swojego
stanowiska, a zagłosowanie za tą ustawą mogło poprawić sytuację ich
wyborców.
I na tym polegał problem. Według najnowszego spisu więcej ludzi
mieszkało teraz poza miastem niż w nim. Większość praw pochodziła z czasów, gdy było jedno miasto i garstka wsi. Teraz, kiedy z tych wsi
wyrosły miasta, ich mieszkańcy chcieli mieć większy wpływ na politykę
Kotliny.
Elendel nie było już mizerną osadą podnoszącą się po apokalipsie. Stało
się narodem - nawet Dzicz się zmieniała, rosła, unowocześniała. Na rdzę,
biorąc pod uwagę obszar Dziczy, mógł sobie wyobrazić czasy, kiedy więcej
ludzi będzie mieszkać tam niż w samej Kotlinie.
Musieli dać tym ludziom prawa polityczne, nie ignorować ich. Wciąż miał
nadzieję. On, Steris i ich sojusznicy od wielu miesięcy starali się
osłabić poparcie dla ustawy. Niezliczone kolacje, przyjęcia, a nawet -
co zaczął robić dla niektórych przedstawicieli miejskiej elity - lekcje
na strzelnicy.
Wszystko po to, by zmienić świat. Głos po głosie.
Gubernator rozpoczął głosowanie i lady Mi'Chelle Yomen oddała pierwszy
głos - przeciwko ustawie. W jego trakcie Wax czuł taki sam niepokój, jak
przed konfrontacją z grupą bandytów. Na rdzę... to było jeszcze gorsze.
Każdy głos był jak wystrzał. Lady Faula i senator Vindel. Jak zdecydują?
Pomyślał. I Maraya? Została przekona czy...
Dwoje z nich zagłosowało za ustawą, razem z wieloma innymi, co do
których nie był pewien. W miarę upływu czasu Wax czuł coraz większy
niepokój, gorszy, niż kiedy został postrzelony. Ostateczny wynik - sto
dwadzieścia dwa głosy za, sto osiemnaście przeciw.
Ustawa została uchwalona. Poczuł jeszcze większy niepokój. Jeśli miał
powstrzymać wybuch wojny domowej, musiał znaleźć inny sposób .