Zaginiony metal - Brandon Sanderson

Kup ebooka

49.50 zł
42.08 zł (38,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Marasi przy­glą­dała się odci­skom stóp w pyle. Wyglą­dały, jakby powstały przed paroma tygo­dniami i już zebrał się w nich kurz. Pode­szła do Wayne'a, który badał tunel nieco dalej, w miej­scu, gdzie zaczy­nał opa­dać ostro w dół i wyma­gałby mozol­nej wspi­naczki. Męż­czy­zna popa­trzył na nią.

- Skoro tak łatwo wśli­zgują się do mia­sta i je opusz­czają, to musieli zna­leźć inną drogę - powie­dział. - Tędy nie cho­dzą regu­lar­nie.

- Zgoda. I tak powin­ni­śmy zacho­wać ostroż­ność, na wypa­dek gdyby zosta­wili czujki.

W odpo­wie­dzi Wayne przy­ga­sił latar­nię i szep­nął:

- Chcesz iść dalej bez wspar­cia?

- Na razie. Prze­pro­wa­dzimy zwiad i zoba­czymy, co się nam uda zna­leźć. Wola­ła­bym nie mobi­li­zo­wać wszyst­kich, jeśli to ślepa uliczka.

Razem ruszyli tune­lem. Fakt, że szlak był trudny i na pierw­szy rzut oka mało uczęsz­czany, uspo­ka­jał ją. Jeśli wróg prze­by­wał na dole, ale korzy­stał z innej drogi, to było mniej praw­do­po­dobne, że ona i Wayne zostaną dostrze­żeni.

Ostroż­nie scho­dzili kory­ta­rzem. Na rdzę... całe szczę­ście wło­żyła spodnie. Jeśli miała się pośli­zgnąć i roz­wa­lić głowę, mogła zro­bić to z god­no­ścią. A przy­naj­mniej z tą resztką god­no­ści, która pozo­sta­wała kobie­cie po godzin­nej wędrówce przez kanały ście­kowe.

Pró­bo­wała prze­stać roz­my­ślać o tej kwe­stii, wyobra­ża­jąc sobie, że jaski­nie musiały być rów­nie sta­ro­żytne, jak Wojow­niczka Wstą­pie­nia - a może nawet star­sze. Te tunele prze­spały znisz­cze­nie świata, Kata­cen­dre, roz­kwit i upa­dek Ostat­niego Impe­rium. Czy te kamie­nie, po któ­rych teraz kro­czyli, spa­dły ze skle­pie­nia w cza­sach Popiel­nych Gór?

Nie mogła się nie zasta­na­wiać, czy nie natra­fią na mityczną Koły­skę Oca­la­łego - Cze­lu­ście Hath­sin - choć wie­działa, że to głu­pota. Wax powie­dział, że je odwie­dził i nie natra­fił na magiczne metale z legend.

W końcu dotarli do wyjąt­kowo głę­bo­kiego szybu pro­wa­dzą­cego w dół. Był wła­ści­wie pio­nowy, choć miał dużo wystę­pów i pęk­nięć w skale, które umoż­li­wiały wspi­naczkę. Wayne znów roz­ja­śnił ich latar­nię i spoj­rzał z powąt­pie­wa­niem.

- Jeste­śmy pewni, że stąd przy­szli? - spy­tał szep­tem.

- A kto inny zosta­wiłby tamte odci­ski stóp?

- Odci­ski stóp?

- W kurzu? A w pobliżu wej­ścia były jesz­cze zaschnięte ślady błocka z kana­łów? Naprawdę, Wayne, jak na detek­tywa bywasz zadzi­wia­jąco mało spo­strze­gaw­czy.

- Ty i Wax jeste­ście detek­ty­wami. Nie ja.

- To kim jesteś?

- Barierą dla kul. Gościem, który wali w czaszki. I cza­sami wybu­cha.

- Dziś nie będziemy robić nic takiego - szep­nęła Marasi. - Zaj­rzymy do środka, spraw­dzimy, czy mam rację, a póź­niej wyj­dziemy, żeby uzy­skać zezwo­le­nie i wspar­cie.

- To pew­nie też będziemy wra­cać tą drogą. - Wes­tchnął i wycią­gnął z płó­cien­nego ple­caka zwój liny. Zna­lazł sta­bilny kawał skały, obwią­zał wokół niego sznur, a drugi koniec wrzu­cił w ciem­ność.

Zaczął scho­dzić jako pierw­szy, Marasi podą­żała za nim z kara­bi­nem prze­rzu­co­nym przez ramię. Zej­ście oka­zało się łatwiej­sze, niż się spo­dzie­wała, bo na linie były węzły. I tak roz­bo­lały ją ręce.

- No więc... - zaczął cicho Wayne, który wisiał poni­żej. Dotrzy­my­wał jej kroku, zamiast ruszyć przo­dem. - Chcesz poznać moją listę spo­so­bów, na jakie kobiety łamią prawa fizyki?

- To zależy. Jak bar­dzo mizo­gi­niczna jest? Podasz mi liczbę na jakiejś skali?

- Yyy... trzy­na­ście?

- Na ile?

- Sie­dem­na­ście?

- Co to w ogóle za zwa­rio­wana skala? - szep­nęła Marasi, zatrzy­mała się na gła­zie i spoj­rzała na niego z góry. - Dla­czego wybra­łeś taką skalę? Dla­czego nie, cho­ciażby, szes­na­ście?

- Nie wiem! To ty spy­ta­łaś mnie o skalę. Posłu­chaj, to jest dobre. Kobiety. Łamią prawa fizyki. Od dawna nad tym roz­my­śla­łem. Co naj­mniej od paru dni. Spodoba ci się.

- Jestem pewna.

- Pierw­szy spo­sób. - Wayne zsu­nął się na kolejny występ. - Kiedy zdej­mują ubra­nia, robią się goręt­sze. Dziwne, co nie? Nor­malni ludzie robią się chłod­niejsi, kiedy zdej­mują...

- Nor­malni ludzie? - powtó­rzyła, idąc za nim. - Kiedy mówisz "nor­malni", masz na myśli męż­czyzn?

- Yyy... no tak.

- Czyli połowa świata nie jest nor­malna? Kobiety nie są nor­malne?

- To brzmi tro­chę śmiesz­nie, kiedy tak to uję­łaś.

- Tak myślisz?

- Zro­zum, chcia­łem tylko zwró­cić uwagę na coś inte­re­su­ją­cego. Uży­teczne obser­wa­cjo­no­wa­nie o natu­rze cosmere i rela­cji mię­dzy płciami.

- Sądzę, że wymy­śli­łeś coś, co cię roz­ba­wiło, i szu­ka­łeś pre­tek­stu, by powie­dzieć to na głos. - Wylą­do­wała na nie­wiel­kiej półce obok niego i w końcu zoba­czyła dno. Znaj­do­wali się mniej wię­cej w poło­wie szybu.

Spoj­rzał jej w oczy.

- Więc... no... czter­na­ście? Na sie­dem­na­ście?

- I rośnie. I to nawet nie jest prawda, Way­nie. Wielu męż­czyzn robi się goręt­szych, kiedy zdej­mują ubra­nia. Zależy od męż­czyzny.

Uśmiech­nął się sze­roko.

- A co z Alli­kiem?

- W przy­padku Allika cho­dzi raczej o maskę.

- Tak czę­sto pod­nosi tę zardze­wiałą maskę, że można się zacząć zasta­na­wiać, po co w ogóle ją nosi.

- Dla Mal­wian poru­sza­nie maski to jak... emfaza. Pozwo­le­nie, by inni ludzie zaj­rzeli pod maskę, nie jest niczym nie­wła­ści­wym, choć udają, że to tabu... i może kie­dyś nim było. Teraz lubią spo­sób, w jaki pozwala im wyra­żać uczu­cia.

Wayne prze­rzu­cił nogi przez kra­wędź i zaczął scho­dzić dalej. Zosta­wiła mu tro­chę prze­strzeni i ruszyła za nim.

- Więc... Chcesz usły­szeć numer dwa?

- Wła­ści­wie... w pew­nym sen­sie tak.

- Ha! Tak myśla­łem. Wax by odmó­wił.

- Wax miał całe lata, by przy­zwy­czaić się do głębi two­jego zepsu­cia, Way­nie. Mnie wciąż zadzi­wia, jak bar­dzo potra­fisz się pogrą­żyć za każ­dym razem.

- W porządku. Numer dwa. Spy­taj kobietę, ile waży. A póź­niej ją pod­nieś. Okaże się, że przy­brała na wadze. Feru­che­miczki, co do jed­nej.

- Wayne, ten żart jest tak stary, że ma brodę.

- Poważ­nie?

- Abso­lut­nie. Kiedy byłam dziec­kiem, mój ojciec żar­to­wał sobie na temat kobiet, które nie przy­znają się do swo­jej wagi.

- Niech to. Sta­ru­szek Harms znał ten dow­cip? - Popa­trzył na nią sze­roko otwar­tymi oczami. - Do dia­bła, Marasi. Czy ja się sta­rzeję? Czy to był dow­cip sta­ruszka?

- Bez komen­ta­rza.

- Prze­klęci konsi i ich mało­mów­ność. - Wayne dotarł na dno i ostroż­nie, z cichym sze­le­stem ubra­nia i butów na kamie­niu, zesko­czył z liny i przy­trzy­mał ją dla Marasi.

Zeszła na sam dół i dołą­czyła do niego.

- To jaki jest numer trzeci na liście?

- Jesz­cze go nie mam.

- To lista z dwóch ele­men­tów, z któ­rych jeden jest głupi?

- Z któ­rych dwa są głu­pie - mruk­nął ponuro. - A jeden naj­wy­raź­niej rów­nież geria­tryczny. Te same dow­cipy, co lord Harms. Tracę styl i tyle. - Spoj­rzał jej w oczy i wyszcze­rzył zęby. - Czy to zna­czy, że w tej parze mogę być tym zrzę­dli­wym star­szym gościem? Ty możesz być tym mło­dym ener­gicz­nym, który cały czas prze­klina i podej­muje błędne decy­zje życiowe.

Uśmiech­nęła się sze­roko.

- Czy będę miała przy­no­szący szczę­ście kape­lusz?

- Tylko jeśli będziesz dobrze go trak­to­wać. - Przy­ci­snął dłoń do serca. - I zdej­mo­wać go, zanim wyda­rzy się coś pecho­wego, żeby nie psuć mu repu­ta­cji.

- Zapa­mię­tam. - Wpa­trzyła się w głąb tunelu pro­wa­dzą­cego od szybu. - Ale skończmy z gada­niem... choć uwiel­biam się dowia­dy­wać, co wypącz­ko­wało ostat­nio w twoim mózgu, nie możemy sobie pozwo­lić, żeby nas usły­szeli.

Znów przy­ga­sił latar­nię i ruszyli tune­lem. Ludzie na komen­dach cza­sem posy­łali jej współ­czu­jące spoj­rze­nia, bo była part­nerką Wayne'a - ale tak naprawdę on potra­fił być dobrym kon­sta­blem, kiedy mu się chciało. A zwy­kle mu się chciało.

Na przy­kład teraz na jej prośbę zamknął się i sku­pił na pracy. Wayne'owi bra­ko­wało ogłady i cza­sami był bole­śnie zado­wo­lony z sie­bie, ale był też dobrym part­ne­rem. Nawet dosko­na­łym. Jeśli tylko dostało się do wnę­trza jego bańki - nie Allo­man­tycz­nej, ale oso­bi­stej. Wayne był jak fort, z zewnętrz­nymi murami i umoc­nie­niami. Jeśli byłeś jed­nym z nie­licz­nych szczę­ścia­rzy, któ­rych wpu­ścił do środka, mia­łeś przy­ja­ciela na całe życie. Takiego, który sta­nie u two­jego boku prze­ciwko dosłow­nym bogom.

Znaj­dziemy cię, Trellu, pomy­ślała Marasi, skra­da­jąc się. Pierw­szy raz usły­szała to imię z ust umie­ra­ją­cego, przed laty - i była coraz bar­dziej prze­ko­nana, że Trell był bogiem o ogrom­nej mocy, jak Har­mo­nia. Nie możesz ukry­wać się bez końca. Nie, jeśli chcesz wciąż wpły­wać na świat.

Wayne zła­pał ją za ramię i zatrzy­mał bez słowa. Następ­nie wska­zał malut­kie świa­tełko daleko w tunelu przed nimi. Ostroż­nie prze­byli tę odle­głość, a kiedy wyj­rzeli za róg, zoba­czyli dokład­nie to, na co Marasi miała nadzieję - w odle­gło­ści zale­d­wie kilku stóp para męż­czyzn w kami­zel­kach i kape­lu­szach grała w karty na odwró­co­nej skrzynce. Na ich pro­wi­zo­rycz­nym sto­liku migo­tała nie­duża lampka.

Marasi ski­nęła do tyłu. Wyco­fali się oboje, na tyle daleko, by nikt nie pod­słu­chał ich szep­tów. Spoj­rzała w ciem­no­ści na męż­czy­znę, zasta­na­wia­jąc się, jakiej rady udzieli. Powinni dalej się roz­glą­dać czy to było wystar­cza­jące potwier­dze­nie, by pójść po wspar­cie?

- To tra­ge­dia - szep­nął Wayne.

- Co?

- Biedny sukin­syn ma wspa­niałe karty na rękach - szep­nął Wayne. - Układ jeden na milion. A gra ze spłu­ka­nym kum­plem na war­cie? Rdzawe mar­no­traw­stwo peł­nego koloru Oca­la­łego...

Marasi prze­wró­ciła oczami i wska­zała na nie­wielki ciemny tunel odcho­dzący od głów­nego.

- Zobaczmy, dokąd pro­wa­dzi ten.

Za nimi w tunelu odbiło się echem gło­śne prze­kleń­stwo - naj­wy­raź­niej gość z dobrymi kar­tami wła­śnie je poka­zał. Nie­duży tunel zawra­cał w stronę straż­ni­ków, ale wkrótce zorien­to­wali się, dla­czego nie był pil­no­wany - oka­zał się ślepą uliczką. Choć przez sze­roki na dwie stopy otwór w ska­łach do środka wpa­dało tro­chę świa­tła.

Przy­su­nęli się do niego i wyj­rzeli na śred­niej wiel­ko­ści jaski­nię - roz­mia­rów prze­cięt­nego maga­zynu w dokach - pełną męż­czyzn i kobiet paku­ją­cych towary lub wyle­gu­ją­cych się na zaim­pro­wi­zo­wa­nych meblach. Otwór robił wra­że­nie czę­ści natu­ral­nej for­ma­cji skal­nej - woda kapiąca ze skle­pie­nia spra­wiła, że ścianę pokryły dziwne naro­śle i występy, zasła­nia­jące coś, co kie­dyś mogło być więk­szym przej­ściem. Marasi i Wayne znaj­do­wali się jakieś pięt­na­ście stóp od dna jaskini.

Ode­tchnęła głę­boko i przyj­rzała się temu, co się działo. Było tutaj. Mie­siące pracy. Mie­siące obie­cy­wa­nia Red­diemu, że jest na dobrym tro­pie. Mie­siące łącze­nia donie­sień o kra­dzie­żach, zeznań świad­ków i doku­men­ta­cji prze­pły­wów pie­nięż­nych. I oto było. Duża baza prze­myt­ni­ków umiesz­czona pod samym mia­stem, a ufun­do­wana - na ile mogła to oce­nić - przez grupy wpły­wów z zewnętrz­nych miast i Krąg.

Rze­czy­wi­ście tu było. Na Praw­dziwe Imię Har­mo­nii... udało jej się.

Wayne spoj­rzał na nią z sze­ro­kim uśmie­chem i sprze­dał jej kuk­sańca.

- Nie­źle - szep­nął. - Naprawdę nie­źle.

- Dzięki - odszep­nęła.

- Kiedy opo­wiesz o tym kon­sta­blowi-gene­ra­łowi, pomiń moje narze­ka­nia na ścieki.

- A kiep­skie dow­cipy?

- E, je możesz zosta­wić. Musisz dać ludziom to, czego ocze­kują, bo ina­czej nie uwie­rzą w twoje kłam­stwa.

Marasi rozej­rzała się. Trzy­dzie­ścioro sied­mioro ludzi, wli­cza­jąc dwóch war­tow­ni­ków, wszy­scy uzbro­jeni. Nawet robot­nicy mieli kabury. Zgod­nie z uzy­ska­nymi infor­ma­cjami w tych skrzy­niach było pełno wypo­sa­że­nia woj­sko­wego - w tym prze­ra­ża­jące ilo­ści mate­ria­łów wybu­cho­wych. Gang pró­bo­wał zacie­rać ślady, dopusz­cza­jąc się rów­nież bar­dziej przy­ziem­nych kra­dzieży, ale była prze­ko­nana, że wie, co się tu naprawdę dzieje.

Elen­del wywie­rało nacisk na zewnętrzne mia­sta, odma­wia­jąc wywo­że­nia pew­nych towa­rów - w tym broni - ze sto­licy, która była cen­tral­nym węzłem wszyst­kich linii kole­jo­wych. Ta grupa dzia­łała jak zwy­czajny gang, zaj­mo­wała się wymu­sze­niami i innymi tego rodzaju rze­czami, ale Marasi była nie­mal w stu pro­cen­tach prze­ko­nana, że ich celem było wysy­ła­nie broni do Bil­ming, obec­nej sto­licy inte­re­sów zewnętrz­nych miast.

Nie podo­bało jej się, że zewnętrzne mia­sta zmu­szano do dzia­ła­nia w taki spo­sób - ale człon­ko­wie tego gangu zabi­jali nie­win­nych ludzi na uli­cach. Poza tym naj­pew­niej współ­pra­co­wali ze złym bogiem, któ­rego celem było pod­po­rząd­ko­wa­nie lub znisz­cze­nie świata.

- No dobra - szep­nął Wayne i poka­zał pal­cem. - Widzisz tego gościa tam, na tyłach, w ele­ganc­kich ciu­chach? To nie­mal z całą pew­no­ścią czło­nek Kręgu. Może nowy Cykl.

Marasi poki­wała głową. Cykl był naj­niż­szym pozio­mem, który naprawdę liczył się w Kręgu. Byli to miej­scowi przy­wódcy, któ­rzy wyda­wali roz­kazy wyna­ję­tym mię­śnia­kom. Miles Sto­ży­wo­tów był Cyklem i odpo­wia­dał przed Gar­ni­tu­rem, który był jego zwierzch­ni­kiem. Ten męż­czy­zna był ubrany ele­gancko - bar­dziej stroj­nie niż pozo­stali w jaskini. Był rów­nież szczu­pły, umię­śniony i wysoki. Jako Cykl mógł być Meta­licz­nym. Lepiej więc nie lek­ce­wa­żyć go w walce.

- Strzel temu gościowi w głowę z tego swo­jego kara­binu - powie­dział Wayne. - Założę się, że podda się nam cała grupa.

- W praw­dzi­wym świe­cie to tak nie działa - szep­nęła.

- Oczy­wi­ście, że tak. Jeśli ten gość im płaci, reszta sukin­sy­nów nie będzie miała powodu, żeby wal­czyć dalej.

- Nawet gdy­byś miał rację... a szcze­rze w to wąt­pię... nie tak to zro­bimy. Potwier­dze­nie, koor­dy­na­cja, wspar­cie i odpo­wied­nia auto­ry­za­cja. Pamię­tasz?

- Sta­ram się nie - mruk­nął. - Nie możemy tego zro­bić na mój spo­sób? Nie mam nic prze­ciwko paru gościom, któ­rzy robią swoje, ale wolał­bym nie leźć znowu przez to błocko, a póź­niej wró­cić tutaj i odkryć, że banda znik­nęła. Zwińmy ich teraz.

- Nie. Twój spo­sób wiąże się ze zbyt wiel­kim cha­osem.

- A to coś złego, bo...

- Wiesz, jest ta cała sprawa zwią­zana z byciem stró­żem prawa.

- Jasne, jasne. - Się­gnął do płasz­cza i wyjął błysz­czącą odznakę. W mie­ście z nich nie korzy­stali, woleli papie­rowe doku­menty.

- Czy to... stara odznaka Waxa z Dzi­czy? - spy­tała.

- Wymie­nił się ze mną.

- Na co?

- Pół pasz­te­cika z mie­lo­nym mię­sem. - Wayne uśmiech­nął się sze­roko. - W końcu go znaj­dzie. Po pew­nym cza­sie bar­dzo trudno je zigno­ro­wać.

Pokrę­ciła głową i mach­nęła w głąb tunelu. Musieli jed­nak przy­ga­sić latar­nię - a przez to nie­wiele widzieli. I dla­tego, mimo że byli ostrożni, kiedy wró­cili do głów­nego tunelu, zasko­czyli straż­nika, który wszedł do niego, żeby sobie ulżyć.

Spoj­rzał na nich w ciem­no­ści i krzyk­nął. Wayne pół sekundy póź­niej pozba­wił go przy­tom­no­ści, ale od strony głów­nej jaskini dobie­gły ostrze­gaw­cze okrzyki.

Sto­jąc wciąż nad nie­ru­cho­mym cia­łem, Wayne spoj­rzał na nią i znów się uśmiech­nął.

- Mój spo­sób!

Rozdział 4

Marasi i Wayne nie mogli uciec trudną drogą, którą dotarli do jaskini - nie, kiedy po pię­tach dep­tał im cały gang. Poza tym chciała zła­pać tego Cykla, który z pew­no­ścią ulot­niłby się po wszyst­kim.

Nie­stety zna­czyło to, że Wayne miał rację. I tyle w tema­cie pro­to­kołu.

Czas zro­bić to na jego spo­sób.

Wypa­dli do głów­nego tunelu, w któ­rym drugi ze straż­ni­ków mie­rzył do nich z pisto­letu. Wayne stwo­rzył bańkę pręd­ko­ści, co dało im obojgu szansę odsu­nię­cia się i oto­cze­nia straż­nika.

Kiedy bańka znik­nęła, gang­ster wystrze­lił w pustą prze­strzeń. Wayne dopadł go po krót­kiej chwili i zaczął tłuc laskami poje­dyn­ko­wymi. Marasi zosta­wiła go przy tym i wybrała sobie odpo­wied­nie miej­sce. Za sto­li­kiem do gry znaj­do­wał się sze­roki tunel, naj­pew­niej pro­wa­dzący do głów­nej jaskini. Przy­klęk­nęła, unio­sła kara­bin, wyce­lo­wała i pró­bo­wała się uspo­koić w ocze­ki­wa­niu...

Wystrze­liła w chwili, kiedy ktoś się poja­wił. Jedy­nie szko­le­nie na strzel­nicy powstrzy­mało ją przed próbą natych­mia­sto­wego prze­ła­do­wa­nia. To był nowy kara­bin pół­au­to­ma­tyczny Bastion, więc pozo­sta­wiła go na ramie­niu i zastrze­liła kolejną osobę, która potknęła się o leżące ciało. Ci z tyłu zawo­łali ostrze­gaw­czo i nikt inny nie odwa­żył się wbiec do środka.

Wayne otarł czoło, pozo­sta­wia­jąc nie­przy­tom­nego gang­stera na ziemi.

- Masz magiczne pudełka?

- To nie magia, Wayne. Mal­wiań­ska tech­nika różni się, ale...

- Magiczne pudełka od two­jego chło­paka. Ile?

- Mam trzy Allo­man­tyczne gra­naty. Nowy pro­jekt. I dwa hukowo-bły­skowe. Wax nała­do­wał dla mnie jeden z gra­na­tów, zanim wyru­szy­li­śmy.

- Zmyślne. Masz plan?

- Ty utrzy­maj ten tunel. Ja wrócę do tam­tego otworu i rzucę parę Allo­man­tycz­nych gra­na­tów, żeby zasko­czyć grupy wro­gów, a póź­niej będę cię osła­niać, kiedy wej­dziesz do środka. Jak już znaj­dziesz się poza linią ognia, podążę za tobą.

- Masz to jak w banku!

Roz­dzie­lili się, męż­czy­zna skie­ro­wał się w stronę dwóch ludzi, któ­rych zastrze­liła. Pod­niósł jeden z ich pisto­le­tów i wystrze­lił kilka razy w stronę głów­nej jaskini - nie po to, by kogoś tra­fić, ale żeby zmu­sić ich do ukry­cia się. Ręka tro­chę mu drżała i odrzu­cił broń natych­miast po tym, jak opróż­nił maga­zy­nek, ale i tak zro­bił ogromne postępy. Choć z dru­giej strony, jak sądziła, nie musiał być jesz­cze bar­dziej mor­der­czy.

Zosta­wiła go i wró­ciła do otworu, który oka­zał się nie­złym sta­no­wi­skiem dla strzelca. Dostrze­gła kilka grup gang­ste­rów kry­ją­cych się za pobli­skimi skrzy­niami i patrzą­cych, jak Wayne strzela z dru­giego pisto­letu.

Marasi ostroż­nie wyjęła nie­duże meta­lowe pudełko z woreczka u pasa. Przez całe życie cier­piała z powodu roz­cza­ro­wa­nia i nawet lek­ce­wa­że­nia ze względu na swój bez­u­ży­teczny talent Allo­man­tyczny. Mogła spo­wol­nić upływ czasu wokół sie­bie, co było... cóż, nie­zbyt przy­datne. Zasad­ni­czo spra­wiało, że z punktu widze­nia wszyst­kich dookoła zamie­rała - nie brała udziału w walce, co dawało prze­wagę jej wro­gom.

Cza­sami znaj­do­wała dla niego zasto­so­wa­nie, ale wła­ści­wie przy­swo­iła sobie rze­komą prawdę, że jej umie­jęt­no­ści były słabe.

I wtedy poznała Allika.

Jego rodacy sza­no­wali wszyst­kich Meta­licz­nych, czy to Allo­man­tów, czy to Feru­che­mi­ków. Choć Allik czuł podziw dla Waxa i jego wido­wi­sko­wych mocy, jej umie­jęt­no­ści zro­biły na nim rów­nie wiel­kie wra­że­nie. Twier­dził, że miała jedną z naj­bar­dziej przy­dat­nych zdol­no­ści Allo­man­tycz­nych. Trudno jej było to zaak­cep­to­wać, ale efekt był taki, że jeśli miało się dostęp do pew­nych dość wyspe­cja­li­zo­wa­nych tech­no­lo­gii, można było posta­wić świat na gło­wie.

Allo­man­tyczny gra­nat miał jakieś pół­tora cala śred­nicy i buczał, kiedy spa­lała kadm - absor­bu­jąc jej ener­gię. Nie oto­czyła jej bańka spo­wol­nie­nia - ten nowy pro­jekt spra­wiał, że cała moc szła do skrzy­neczki. Nała­do­wała go wcze­śniej, ale od tego czasu minęło kilka godzin i chciała go uzu­peł­nić.

Sta­ran­nie oce­niła odle­głość i rzu­ciła go w stronę grupy wro­gów, któ­rzy ukry­wali się za stertą skrzyń. Mie­siące ćwi­czeń się opła­ciły, bo udało jej się umie­ścić urzą­dze­nie dokład­nie pośrodku gang­ste­rów, któ­rzy tak sku­piali się na Way­nie, że led­wie zauwa­żyli, kiedy poto­czyło się mię­dzy nimi.

Gra­nat wyko­rzy­sty­wał ett­me­tal, któ­rego uży­cie było ści­śle ogra­ni­czone przez Mal­wian, więc nie miała pre­ten­sji do gang­ste­rów, że nie wie­dzieli, do czego służy. Wśród samych Mal­wian też nie były czę­ste. Nawet jeśli ci ludzie sły­szeli o urzą­dze­niach - a mogli, Krąg z nich korzy­stał - naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy żad­nego nie widzieli.

Sekundę póź­niej wokół urzą­dze­nia poja­wiła się bańka spo­wol­nio­nego czasu, wię­żąc około dzie­się­ciorga męż­czyzn i kobiet. Szybko doła­do­wała i rzu­ciła drugi z trzech gra­na­tów - ten wyce­lo­wany w nieco bar­dziej odda­loną grupkę wro­gów. Dobrze wyce­lo­wała i uwię­ziła kolejną ósemkę.

W jaskini roz­le­gły się okrzyki "Meta­liczny!", kiedy reszta gang­ste­rów zauwa­żyła, że ponad połowa z nich zamarła. Ci poru­szali się nie­zmier­nie powoli, pró­bu­jąc uciec z bańki - ale Marasi spo­dzie­wała się, że wcze­śniej wyczer­pie się dzie­się­cio­mi­nu­towy ładu­nek gra­na­tów.

Zdjęła kara­bin i zaczęła osła­niać Wayne'a, który wśli­zgnął się do głów­nej jaskini - i nawet udało jej się tra­fić dwóch z tych, któ­rzy pozo­stali. Męż­czy­zna przez chwilę poru­szał się tak szybko, że aż się roz­my­wał, po czym wypadł z bańki pręd­ko­ści i prze­sko­czył pęk­nię­cie w ska­łach. Potrze­bo­wał tro­chę czasu, żeby odzy­skać talent i stwo­rzyć kolejną bańkę, ale mogła przy­siąc, że ten czas się kur­czył.

Omi­nął uwię­zio­nych ludzi - będą musieli się nimi zająć póź­niej. Na razie wyko­rzy­stał zamie­sza­nie, żeby zbli­żyć się do paru wro­gów. Zauwa­żyli go, ale znów się roz­mył - i zaata­ko­wał ich z góry, z wysoko unie­sio­nymi laskami poje­dyn­ko­wymi.

Ich okrzyki bólu zwró­ciły uwagę innych, co pozwo­liło Marasi postrze­lić kolej­nych dwóch. Póź­niej wró­ciła do głów­nego tunelu. Zaj­rzała z niego do jaskini z maga­zy­nem i wbie­gła pochy­lona do środka - sta­ran­nie omi­ja­jąc lekko migo­czące gra­nice baniek ota­cza­ją­cych gra­naty. Aż za dobrze wie­działa, jakie to uczu­cie być oto­czo­nym przez to powie­trze lep­kie jak melasa, kiedy wszystko wokół poru­szało się jak bły­ska­wica.

Zna­la­zła osłonę w pobliżu urzą­dzeń do pako­wa­nia, a gdy pozo­stali gang­ste­rzy się zorien­to­wali, od skał i metalu wokół niej zaczęły się odbi­jać poci­ski. Jako dziew­czynka czy­tała o wyczy­nach Waxa w Dzi­czy - a im dłu­żej była kon­sta­blem, tym wię­cej nie­do­kład­no­ści dostrze­gała. Jasne, histo­rie wspo­mi­nały o ostrzale. Zwy­kle jed­nak pomi­jały to, z jakim hała­sem kule tra­fiały w cel. Kiedy zasy­py­wały ota­cza­jące ją urzą­dze­nia, miała wra­że­nie, że dała małemu Maxowi pałeczki i puściła go luzem w skle­pie z naczy­niami.

Chwilę póź­niej dźwięki spo­wol­niły - jak fono­graf dzia­ła­jący z ułam­kiem zwy­kłej mocy. Powie­trze wokół niej zami­go­tało, a Wayne oparł się o urzą­dze­nia. Na twa­rzy miał sze­roki uśmiech - a na ramie­niu krwawą ranę.

- Robisz się nie­dbały. - Ski­nęła w stronę rany.

- Daj spo­kój. Każdy gość może się dać cza­sem przy­pad­kiem postrze­lić. A zwłasz­cza jeśli gania z dwoma kijasz­kami w sali peł­nej spluw.

- Ile stopu bizmu­to­wego ci zostało?

- Mnó­stwo.

- Pewien jesteś?

- Jasne.

- Wayne, jestem z cie­bie dumna. Naprawdę go nie mar­nu­jesz, jesteś oszczędny, jak cię pro­si­łam.

Wzru­szył ramio­nami, jakby to nie było nic spe­cjal­nego, ale ona była z niego szcze­rze dumna. Dosta­wał przy­dział z komendy i na początku ich współ­pracy metal zawsze mu się koń­czył w trak­cie misji. Pla­no­wała poroz­ma­wiać z kapi­ta­nem Red­dim o zwięk­sze­niu przy­działu, ale odkryła, że Wayne wyko­rzy­sty­wał stop bizmu­towy do wszel­kiego rodzaju celów nie­zwią­za­nych z walką ani pracą detek­tywa. Robie­nia dow­ci­pów, prze­bie­ra­nia się, żeby roz­ba­wić dzieci, od czasu do czasu kra­dzieży.

Miło było widzieć, że radzi sobie lepiej.

- Ilu idio­tów zostało? - spy­tał.

- Jede­na­ścioro.

- To wię­cej, niż umiem zli­czyć.

- Chyba że cho­dzi o kie­liszki w kon­kur­sie picia.

- Święta prawda.

Razem wyj­rzeli zza urzą­dzeń, które słu­żyły do przy­bi­ja­nia wiek do skrzyń. Wayne natych­miast pocią­gnął ją z powro­tem. Kula poru­sza­jąca się w zwol­nio­nym tem­pie dotarła do gra­nicy bańki, śmi­gnęła w powie­trzu nad nimi, ude­rzyła w drugą stronę i znów spo­wol­niła. Poci­ski zacho­wy­wały się nie­prze­wi­dy­wal­nie, kiedy tra­fiały w bańki pręd­ko­ści i ni­gdy nie było wia­domo, w którą stronę polecą, kiedy do niej dotrą.

- Gość w gar­ni­tu­rze ucieka tyłem - stwier­dził Wayne. - Chcesz go zła­pać czy wolisz zostać tutaj i wal­czyć z pozo­sta­łymi?

Przy­gry­zła z namy­słem wargę.

- Musimy się roz­dzie­lić. Ty jesteś lep­szy w walce z gru­pami. Pora­dzisz sobie z tymi?

- Czy więk­szość z tych skrzyń nie jest pełna rze­czy, co to robią bum?

- Tak...

- Zapo­wiada się nie­zła zabawa!

- Gra­na­tom zostało jesz­cze jakieś osiem minut.

- Świet­nie. Zoba­czę, czy uda mi się zła­pać tych sukin­sy­nów żyw­cem. Mogę wycią­gać ich jed­nego po dru­gim z baniek, wyko­rzy­stu­jąc moje wła­sne bańki, żeby je zneu­tra­li­zo­wać. Widzisz, ćwi­czy­łem i coraz lepiej sobie radzę z robie­niem mniej­szych i więk­szych. Jak dobrze pój­dzie, podejdę do gra­nicy jed­nej z two­ich baniek, posta­wię swoją tak, żeby objęła jedną osobę, i ją wycią­gnę.

- Wayne! To nie­sa­mo­wite. Powie­dzia­łeś Waxowi? Kon­tro­lo­wa­nie roz­mia­rów baniek jest bar­dzo trudne.

Wzru­szył ramio­nami.

- Gotowa?

Wyjęła z torebki gra­naty hukowo-bły­skowe i podała mu jeden. Następ­nie wycią­gnęła zawleczkę z dru­giego, żeby pod­pa­lić lont.

- Gotowa.

Nawet jeśli powie­dział, że miał "mnó­stwo", stop bizmu­towy był rzadki i drogi. Musieli zacho­wać ostroż­ność.

Wayne opu­ścił bańkę, a ona rzu­ciła gra­nat. Kiedy wybuchł, wyło­nili się po obu stro­nach maszyny. Wayne rzu­cił się na ostat­nią grupę gang­ste­rów, a ona pobie­gła za Cyklem, który znik­nął za meta­lo­wymi drzwiami na tyłach jaskini. Po chwili do nich dotarła i bez trudu otwo­rzyła zamek wytry­chem. Posłała spoj­rze­nie Wayne'owi, któ­rego szybko ota­czali wro­go­wie. Ukrył się za skrzy­nią ozna­czoną MATE­RIAŁY WYBU­CHOWE. Mru­gnął do niej, wycią­gnął zawleczkę swo­jego gra­natu hukowo-bły­sko­wego i wrzu­cił go do środka.

Cudow­nie. Miała nadzieję, że wie­dział, co robi. Wayne miał nie­zwy­kłe wręcz zdol­no­ści uzdra­wia­nia - ale wciąż mógł odnieść obra­że­nia zbyt duże, by je ule­czyć. A każdy wybuch, który oddzie­liłby jego metal­my­śli od więk­szej czę­ści ciała, dopro­wa­dziłby go do śmierci, jak to się stało przed wie­kami z Ostat­nim Impe­ra­to­rem i Żałob­nymi Opa­skami.

Cóż, nie mogła przez cały czas pil­no­wać Wayne'a. I z całą pew­no­ścią ona nie prze­ży­łaby wybu­chu... cóż, dowol­nych roz­mia­rów. Prze­śli­zgnęła się przez drzwi i zamknęła je z gło­śnym hukiem. Kilka chwil póź­niej cały kom­pleks jaskiń się zatrzą­snął, ale ona sku­piła się na swoim zada­niu - bie­gnię­ciu ciem­nym tune­lem za Cyklem, który - spo­śród wszyst­kich w jaskini - miał naj­więk­sze szanse udzie­lić jej odpo­wie­dzi.

Rozdział 5

Wax wlókł się przez salę Senatu, a inni scho­dzili mu z drogi. Nie chcieli spoj­rzeć mu w oczy - nawet ci, któ­rzy gło­so­wali za nim. Odwra­cali się, kiedy ich mijał, prze­cią­gali i roz­ma­wiali.

W kory­ta­rzu skie­ro­wał się w stronę swo­jego biura, idąc po ozdob­nej moza­ice na pod­ło­dze i pod sze­re­giem żyran­doli. Krysz­tał i mar­mur. Takie było teraz jego życie. Wszystko, przed czym uciekł jako młody chło­pak, ozda­biało każdy jego krok, a cie­nie wyda­wały się głęb­sze, mimo migo­czą­cych świa­te­łek nad głową.

Wie­rzył, że jego osią­gnię­cia jako sena­tora mogły przy­ćmić jego doko­na­nia jako stróża prawa, jeśli liczyć korzyść przy­nie­sioną jak naj­więk­szej licz­bie ludzi. A to zna­czyło, że porażki miały znacz­nie więk­szą stawkę. W Dzi­czy pole­gało się na swoim pisto­le­cie, instynk­tach i umie­jęt­no­ści zada­wa­nia wła­ści­wych pytań. Tutaj musiał liczyć, że inni postą­pią wła­ści­wie. A na razie nie było więk­szej próby dla jego wiary w ludz­kość - wziąw­szy pod uwagę seryj­nych zabój­ców - od współ­pracy z poli­ty­kami.

Wszedł do swo­jego gabi­netu i odkrył, że czeka na niego cała rodzina, włą­cza­jąc w to guwer­nantkę Kath. Pró­bo­wał nie poka­zać po sobie nie­za­do­wo­le­nia, ale Max i tak wyczuł jego nastrój, został z Kath i bawił się swoim szcze­niacz­kiem Soonie.

- Tak zmar­no­wa­li­śmy rok pracy - wark­nął Wax, opa­da­jąc na krze­sło.

- Zro­bi­li­śmy wszystko, co się dało. - Ste­ris usia­dła obok niego.

- Naprawdę? - Spoj­rzał na stertę jej notat­ni­ków. - Wiem, że zapi­sa­łaś sześć z nich nowymi spo­so­bami na prze­ko­na­nie poje­dyn­czych sena­to­rów. Gdy­by­śmy mieli wię­cej czasu...

- Zro­bi­li­śmy wszystko, co roz­sąd­nie dało się zro­bić, bio­rąc pod uwagę nasze inne zobo­wią­za­nia. - Zawa­hała się. - Prawda, Waxie?

Spoj­rzał jej w oczy i zoba­czył, że się trzę­sie. Na rdzę. Dla niej to było rów­nie trudne, czyż nie? Skup się, ty zardze­wiały idioto. Ujął jej dło­nie i je ści­snął.

- Tak. Sta­ra­li­śmy się ze wszyst­kich sił, Ste­ris. Ale w osta­tecz­nym roz­li­cze­niu to nie była nasza decy­zja.

Wciąż mocno ści­skał jej dło­nie. Ste­ris była nie­wia­ry­god­nie opa­no­wana - towa­rzy­szyła mu od jego powrotu do Elen­del, choć ni­gdy by się nie spo­dzie­wał, że sta­nie się dla niego tak ważna. W tej chwili jed­nak czuł jej drże­nie. I... niech go rdza, jeśli on nie robił tego samego. Tak wiele poświę­cili, by powstrzy­mać tę ustawę. A każdy zardze­wiały sena­tor, z któ­rym roz­ma­wiał, powie­dział, że potrze­buje wię­cej czasu. A teraz zagło­so­wali w taki spo­sób? Teraz...

Nie. Doko­nało się, pomy­ślał.

- Musimy myśleć o przy­szło­ści - powie­dział.

- Tak. Przy­szłość. - Ski­nęła głową i rozej­rzała się. - I może na chwilę opu­ścić ten budy­nek. Na razie myślę jedy­nie o róż­nych spo­so­bach, w jakie dogodna kata­strofa natu­ralna mogłaby obró­cić go w ruinę.

Wax chrząk­nął i pomógł jej zebrać ich rze­czy. Kiedy to robili, dostrzegł kopertę w naroż­niku biurka. Nie było jej wcze­śniej, prawda? Pod­niósł ją i poczuł, że prze­suwa się w niej coś cięż­kiego. Kula?

Nie, odkrył, kiedy ją otwo­rzył. Kol­czyk. Towa­rzy­szyła mu krótka wia­do­mość. "Będziesz musiał stwo­rzyć drugi, kiedy przy­bę­dzie wła­ściwy metal".

Nie miał poję­cia, co to zna­czyło. I nie obcho­dziło go to. Nie dzi­siaj, Har­mo­nio, pomy­ślał. Daj mi spo­kój.

- Co to? - spy­tała Ste­ris.

- Coś od Har­mo­nii - odparł Wax.

Zawa­hała się i popa­trzyła na niego.

- Czyli naj­pew­niej coś bez­u­ży­tecz­nego - dodał.

Zaci­snęła wargi. Była oca­litką i nie do końca odda­wała cześć Har­mo­nii, któ­rego uwa­żano za boga Ścieżki - osob­nej, choć kom­ple­men­tar­nej reli­gii. Jed­nakże po wszyst­kim, co zro­bili i co widzieli, Ste­ris przy­jęła nieco... syn­kre­tyczny punkt widze­nia Boga. W każ­dym razie wie­działa, że kie­dyś wyzna­wał Har­mo­nię.

Obec­nie... cóż, jego i Boga łączyła skom­pli­ko­wana prze­szłość. Wax czuł, że pora­dził sobie z naj­gor­szymi pro­ble­mami, jakie miał z Har­mo­nią, w czym pomo­gła ich roz­mowa tuż przed tym, jak zało­żył Żałobne Opa­ski. Ale to nie powstrzy­my­wało Waxa przed wygła­sza­niem zło­śli­wych uwag. Tego dnia wci­snął kopertę do kie­szeni z tyłu i zapo­mniał o niej.

Spa­ko­wali się - na rdzę, przy dzie­ciach cią­gnęli ze sobą tyle rze­czy. Ste­ris myślała o kolej­nym dziecku, ale Wax się tym mar­twił. Wolał, żeby nie miały prze­wagi liczeb­nej.

Z dru­giej strony... nie mógł powstrzy­mać uśmie­chu, kiedy Max biegł kory­ta­rzem, pil­nu­jąc, by jego szcze­nia­czek Soonie ska­kał po płyt­kach z czar­nego mar­muru, omi­ja­jąc białe. Wax nie widy­wał innych sena­to­rów z rodzi­nami. Twier­dzili, że obec­ność dzieci w budynku była oznaką braku sza­cunku. Ale skoro tak bar­dzo sza­no­wali ten budy­nek, dla­czego zaszy­dzili z niego tym gło­so­wa­niem?

Duża część zagło­so­wała tak, jak chcia­łeś, przy­po­mniał sobie Wax. A pozo­stali się boją. Że zostaną uznani za sła­bych. Inte­re­sów zewnętrz­nych. Nie wszy­scy są żuż­lem dla­tego, że zagło­so­wali prze­ciwko tobie. Pamię­taj o tym. Są wśród nich dobrzy ludzie. Jak w każ­dym zawo­dzie. Po pro­stu... nie chciał teraz o tym myśleć.

Na zewnątrz flota zmo­to­ry­zo­wa­nych powo­zów przy­była po sena­to­rów. Odjeż­dżali na przy­ję­cia, wystą­pie­nia albo nie­for­malne spo­tka­nia. Nawet ci, któ­rzy współ­pra­co­wali z Waxem, rzadko go zapra­szali, chyba że cho­dziło o wspólne pla­no­wa­nie. Zupeł­nie jakby uwa­żali, że jest ponad zwy­czajne spo­tka­nia towa­rzy­skie. Albo może spra­wiał, że czuli się nie­zręcz­nie.

Kiedy rodzina zebrała się, by zacze­kać na kie­rowcę, Max pocią­gnął go za mary­narkę.

- Tatuś ma smu­tasa? - spy­tał gło­śno. - Ja nie lubiem smu­tasa. Bar­dzo jest zły, on.

Spo­sób, w jaki to powie­dział, spra­wił, że kilku sena­to­rów par­sk­nęło. Wax uniósł brew.

- Wujek Wayne znów uczył cię akcen­tów?

- Aha - powie­dział Max nieco ciszej. - Ale mówi, że nie powi­nie­nem ci tego mówić, żebyś pomy­ślał, że jestem geniu­szem i dosze­dłem do tego sam. - Uśmiech­nął się. - Powie­dział mi, że mam tak mówić w obec­no­ści sena­to­rów, bo to ich zde­ner­wuje. A dzi­siaj oni muszą się zde­ner­wo­wać, prawda? Bo zasmu­cili cie­bie i matkę.

Wax poki­wał głową i ukląkł.

- Ale nie musisz się tym przej­mo­wać.

- Wiesz, co spra­wia, że czuję się lepiej, kiedy jest mi smutno? - spy­tał Max.

- Przy­tu­la­nie Tenny'ego? - Wax pokle­pał plu­szo­wego kan­drę po łebku.

- To też. No... i... lata­nie? - Spoj­rzał na ojca wiel­kimi, peł­nymi nadziei oczami.

Ich auto­mo­bil pod­je­chał do kra­węż­nika i wysiadł z niego Hoid, ich kie­rowca.

- Pań­ski powóz, sir. - Otwo­rzył drzwi pasa­żera.

Na rdzę, kto mógł odmó­wić dziecku, kiedy tak patrzyło?

- Dzię­kuję, Hoidzie. Pro­szę, zabierz moją żonę, dokąd­kol­wiek zechce się udać. Kath, masz uprząż?

- Tak, milor­dzie. - Podała Ste­ris nie­mowlę, po czym się­gnęła w głąb ogrom­nej torby z zapa­so­wymi ubra­niami i ręcz­ni­kami. Rzu­ciła uprząż Waxowi, który w zamian oddał jej mary­narkę i kami­zelkę.

Poczuł ukłu­cie szel­mow­skiej rado­ści, kiedy w obec­no­ści wszyst­kich zało­żył skó­rzaną uprząż i zamo­co­wał Maxa na ple­cach. Następ­nie uca­ło­wał czule Ste­ris i obie­caw­szy jej, że spo­tkają się w domu, upu­ścił łuskę po kuli i odwró­cił się w stronę tłumu.

- Nie bądź­cie zazdro­śni ani nic! - krzyk­nął Max. - Pozwoli się wam prze­je­chać cał­kiem nie­drogo, jeśli tylko grzecz­nie popro­si­cie i prze­sta­nie­cie być bandą sukin­sy­nów!

Tak... może powi­nien poroz­ma­wiać z Wayne'em. Na razie jed­nak poma­chał tłu­mom i wzniósł się w powie­trze, a Max wykrzyk­nął rado­śnie.

Rozdział 6

Tunel, do któ­rego weszła Marasi, nosił ślady sta­ro­żyt­nej cywi­li­za­cji - pozo­sta­ło­ści cegla­nych ścian zasła­nia­jące szorstką natu­ralną skałę. Gładka pod­łoga, wykuta i wyrów­nana. Kin­kiety na ścia­nach, teraz pokryte rdzą, jakby cier­piały na jakąś straszną cho­robę.

Wyjęła ostatni z gra­na­tów, który nała­do­wał dla niej Wax. Te now­sze utrzy­my­wały ładu­nek przez wiele godzin - choć po takim cza­sie dzia­łały kró­cej. Trzy, naj­wy­żej cztery minuty. I tak czuła się lepiej, trzy­ma­jąc go, i dla­tego nie­chęt­nie odło­żyła kara­bin na zie­mię i wycią­gnęła pisto­let. Do tego było w nim mniej metalu niż w kara­binie, co ozna­czało, że był nieco lep­szym narzę­dziem w walce z poten­cjal­nym Allo­mantą. Z tego samego powodu zosta­wiła torebkę z zapa­sem metali, choć zatrzy­mała pas i kilka nie­zro­bio­nych z metalu narzę­dzi przy­dat­nych w walce z Allo­man­tami.

Z gra­na­tem i pisto­le­tem w ręku skra­dała się ciem­nym tune­lem. Człon­ko­wie gangu zamon­to­wali elek­tryczne świa­tła wzdłuż ściany po pra­wej, obwią­zu­jąc prze­wody wokół sta­ro­żyt­nych kin­kie­tów, one jed­nak migo­tały sen­nie, jakby za chwilę miały zga­snąć. Wkrótce dotarła do kolej­nej dużej jaskini. Zatrzy­mała się przed wej­ściem, przy­kuc­nęła i przyj­rzała dro­dze. Cykl tędy prze­szedł i czę­ściowo chciała ruszyć za nim naj­szyb­ciej, jak się dało. Jed­nak ostroż­niej­sza część jej osoby zacho­wała spo­kój, cze­ka­jąc na zasadzkę.

W tej jaskini znaj­do­wała się długa, wąska roz­pa­dlina bie­gnąca od jej lewej do pra­wej. Nie­gdyś wzno­sił się nad nią sta­ro­żytny most, który jed­nak zawa­lił się przed laty - i brzegi szcze­liny o sze­ro­ko­ści około szes­na­stu stóp łączyła teraz now­sza kon­struk­cja z lin i desek. Od roz­pa­dliny i mostu dzie­liło ją jakieś trzy­dzie­ści stóp ska­li­stego pod­łoża - a po dru­giej stro­nie w ścia­nie znaj­do­wał się otwór kolej­nego tunelu.

Nie ruszyła w stronę mostu. Zawa­hała się, wciąż w wej­ściu do jaskini. Te ceglane ściany były takie stare. Kto je wybu­do­wał przed stu­le­ciami? Czy to było coś jak Gro­bo­wiec Począt­ko­wych w sercu Elen­del? Czy ludzie kulili się w tej jaskini, wśród walą­cych się ścian i mostów, gdy Har­mo­nia two­rzył świat na nowo?

Tak czy ina­czej, nie­po­ko­iła się. Cykl ją zoba­czył, a instynkt pod­po­wia­dał jej, że nie uciekł tak po pro­stu, wysta­wia­jąc plecy na cios. Przy­go­to­wał pułapkę. Rozej­rzała się uważ­nie i dostrze­gła ciemny kształt za ska­łami mię­dzy nią a roz­pa­dliną. Pew­nie miał nadzieję, że Marasi wbie­gnie na most, a wtedy strzeli jej w plecy.

Nie­stety, kiedy go zauwa­żyła, wstał i uniósł broń. Marasi odru­chowo uru­cho­miła gra­nat - który przy­ci­skała do piersi. Wypu­ścił potężne Odpy­cha­nie Stali, wyrwał pisto­let z jej dłoni i wyrzu­cił go do przodu. Broń wpa­dła pro­sto do szcze­liny.

Zare­ago­wała w ostat­niej chwili, bo Cykl wyce­lo­wał w nią i wystrze­lił cały maga­zy­nek - i żaden pocisk nie tra­fił, kule skrę­ciły na boki i wbiły się z trza­skiem w kamień. Marasi pobie­gła pro­sto w stronę męż­czy­zny, w sła­bym świe­tle dostrze­gła jego ele­gancki gar­ni­tur. Cykl miał bar­dziej surowe rysy, niż się spo­dzie­wała. Masywny kark, zarost na bro­dzie.

Miała nadzieję, że nosił metal, a zbli­ża­jąc się z gra­na­tem, wytrąci go z rów­no­wagi. Tym­cza­sem męż­czy­zna jedy­nie stra­cił pisto­let, który został Ode­pchnięty na drugą stronę roz­pa­dliny, ude­rzył w ścianę i spadł w pobliżu ścieżki.

Poza tym wyda­wało się, że - podob­nie jak Marasi - jest dość mądry, by nie nosić przy sobie zbyt dużo metalu.

- Z upo­waż­nie­nia komendy głów­nej kon­sta­bli 4. Oktantu... - zatrzy­mała się dzie­sięć stóp od męż­czy­zny - ...zosta­jesz aresz­to­wany za uni­ka­nie ceł, wymu­sze­nia i nie­le­galny trans­port broni. Zosta­łeś roz­bro­jony i nie masz dokąd ucie­kać. Zacho­waj się roz­sąd­nie i pod­daj.

Męż­czy­zna jedy­nie wyszcze­rzył zęby. I zaczął rosnąć.

Jego gar­ni­tur miał guziki na ręka­wach, które roz­pięły się, zapew­nia­jąc miej­sce jego absur­dal­nie roz­ro­śnię­tym mię­śniom. Mary­narka pozo­stała na miej­scu, ale rów­nież się powięk­szyła dzięki spryt­nie roz­miesz­czo­nym wzdłuż boków drew­nia­nym guzi­kom.

Do dia­bła. Feru­che­mik. Nie wyglą­dał na Ter­ri­sa­nina - ale Wayne też nie. Nie zawsze dawało się to oce­nić.

Marasi się wyco­fała. Walka na pię­ści z kimś się­ga­ją­cym do siły szybko skut­ko­wała zmiaż­dże­niem twa­rzy. Dla­tego jedy­nie wyłą­czyła gra­nat, by zacho­wać resztę ładunku, i pobie­gła w stronę mostu oraz pisto­letu po dru­giej stro­nie. Cykl rzu­cił się naprzód i sta­nął mię­dzy nią a mostem, po czym ze śmie­chem roze­rwał liny pod­trzy­mu­jące kon­struk­cję.

W porządku. Feru­che­micy róż­nili się od Allo­man­tów. Nie mogli po pro­stu wrzu­cić do ust kolej­nego kawałka metalu i dzia­łać dalej. Może uda jej się ucie­kać dość długo, by skoń­czyła mu się siła.

Męż­czy­zna puścił linę i pozwo­lił, by cała drew­niana kon­struk­cja się zawa­liła.

- Trell był tobą szcze­gól­nie zain­te­re­so­wany, stróżu prawa - powie­dział gło­sem, który wyda­wał się zbyt wysoki jak na tak ogromne ciało. - Jakże to miło z two­jej strony, że odda­łaś się w moje ręce.

Marasi odwró­ciła się i pobie­gła po kara­bin. Sły­szała za sobą dud­niące kroki, zbli­ża­jące się, zmu­sza­jące ją, by rzu­ciła się na zie­mię tuż przed tym, jak dotarła do broni. Dzięki temu udało jej się o włos unik­nąć wycią­gnię­tej ręki.

Prze­to­czyła się, kiedy Cykl ude­rzył pię­ścią, sap­nął i uniósł zakrwa­wioną rękę. Feru­che­miczna siła mogła być nie­bez­pieczna - wiele z Meta­licz­nych Sztuk mogło zaszko­dzić użyt­kow­ni­kowi. Marasi udało się uchy­lić rów­nież przed kolej­nymi cio­sami. Na szczę­ście dla niej, męż­czy­zna nie miał oka­zji ćwi­czyć swo­ich mocy. Mimo przy­go­to­wa­nego ubra­nia miał pro­blemy ze zgrab­nym poru­sza­niem tego masyw­nego ciała.

Jaki Feru­che­mik nie ćwi­czył swo­ich umie­jęt­no­ści? Ruszyła w stronę kara­binu, unio­sła się na kolana i na wpół rzu­ciła się, na wpół upa­dła, żeby go zła­pać. Męż­czy­zna ruszył jako pierw­szy, prze­sko­czył nad nią i zła­pał broń. Następ­nie zła­mał ją na dwie czę­ści i cisnął lufą w Marasi.

W ostat­niej chwili uru­cho­miła gra­nat, co spra­wiło, że lufa odsko­czyła w stronę Cykla - ale nie­zgrab­nie trzy­mała urzą­dze­nie, które pra­wie wyśli­zgnęło się z jej pal­ców pod wpły­wem odrzutu.

Odpy­cha­nie Stali. Prze­nie­sie­nie siły. Nie tylko Cykl korzy­stał z mocy, z któ­rymi nie ćwi­czył.

Wyłą­czyła skrzy­neczkę, kiedy męż­czy­zna się uchy­lił. Lufa jej kara­binu odbiła się od ściany z tyłu i poto­czyła w jej stronę. Marasi się­gnęła po nią, żeby użyć jej jako pałki.

Nie­stety, męż­czy­zna zła­pał ją za lewą rękę - tę, w któ­rej trzy­mała gra­nat. Jego potężny uścisk miaż­dżył ciało i, na rdzę, miała wra­że­nie, że mógłby poła­mać jej kości. Prze­kli­na­jąc z bólu, się­gnęła do pasa i wiszą­cej na nim pochwy. Ze łzami w oczach unio­sła nie­wielką błysz­czącą broń i wbiła ją w rękę męż­czy­zny.

Zawył i puścił ją, a póź­niej wyrwał zakrwa­wione ostrze.

- Szklany szty­let - powie­działa. - Kla­syka.

Spio­ru­no­wał ją wzro­kiem i uniósł rękę. Krwa­wiąca rana zaczy­nała się zaskle­piać.

Do dia­bła. Feru­che­miczne uzdra­wia­nie? To był dowód. Ni­gdy nie spo­tkała nikogo, kto miałby natu­ral­nie dwie Feru­che­miczne moce. Wyko­rzy­sty­wał zaka­zaną wie­dzę. Hema­lur­gię.

Marasi zła­pała lufę kara­binu i cof­nęła się, ale ich usta­wie­nie spra­wiło, że w ten spo­sób zbli­żała się do roz­pa­dliny. Każdy krok spra­wiał, że odda­lała się od drzwi, przez które weszła i przez które mogłaby uciec. Na rdzę.

Cofała się krok za kro­kiem, w jed­nej ręce trzy­mała lufę kara­binu, a w dru­giej gra­nat. Ile ładunku pozo­stało? W cha­osie nie pil­no­wała, ile zużyła.

Cykl podą­żył za nią, jej szty­let wci­snął za pas. Nagle jego oczy zaczęły ema­no­wać sła­bym czer­wo­nym bla­skiem.

- Trell wybiera sobie gospo­da­rzy - powie­dział. - Awa­tary napeł­nione jego mocą. Chcia­ła­byś być osią­gnię­ciem, które potwier­dzi, że jestem godny nie­śmier­tel­no­ści, stróżu prawa? Wystar­czy, że umrzesz.

Nie prze­sta­wała się cofać, a jej umysł pra­co­wał gorącz­kowo. Męż­czy­zna nie wyglą­dał, jakby się przej­mo­wał, że wkrótce straci siłę. Za chwilę przy­prze ją do kra­wę­dzi roz­pa­dliny, w pobliżu sterty gła­zów, za którą wcze­śniej się ukry­wał. Sta­nęła za nimi, ale nie były dość wyso­kie.

Szybko obej­rzała się i zorien­to­wała, że szcze­lina, od któ­rej dzie­liło ją teraz zale­d­wie kilka cali, miała co naj­mniej pięć­dzie­siąt stóp głę­bo­ko­ści. Nie mogła ucie­kać w tamtą stronę.

- Sto­isz na skraju prze­pa­ści. - Pod­szedł bli­żej. - I co teraz? Może czas... Jak to brzmiało? Zacho­wać się roz­sąd­nie i pod­dać?

Marasi usta­wiła gra­nat, by uru­cho­mił się z kil­ku­se­kun­do­wym opóź­nie­niem, i wci­snęła go w szcze­linę mię­dzy ska­łami. Następ­nie zacze­piła lufę kara­binu pod pachami i przy­ci­snęła ją mocno do piersi.

Cykl zmarsz­czył czoło. I wtedy uru­cho­mił się gra­nat.

Prze­nie­sie­nie siły. Każde Odpy­cha­nie wywo­łuje rów­no­ważne Odpy­cha­nie zwró­cone w prze­ciw­nym kie­runku. Gra­nat popchnął lufę kara­binu, która z ogromną siłą rzu­ciła Marasi do tyłu - pro­sto na drugą stronę roz­pa­dliny.

Ude­rzyła ple­cami w ścianę. To wystar­czyło, by ją oszo­ło­mić, ale wtedy gra­nat się wyczer­pał. Opa­dła na zie­mię. Zna­la­zła się bez­piecz­nie po dru­giej stro­nie szcze­liny, jak zapla­no­wała, ale była zdy­szana i oszo­ło­miona.

Przez łzy w oczach widziała, jak Cykl bie­gnie i prze­ska­kuje roz­pa­dlinę. Pod­nio­sła się nie­zgrab­nie, na wpół ośle­piona bólem, i zaczęła się roz­glą­dać, despe­racko szu­ka­jąc pisto­letu...

Tam!

Męż­czy­zna wzno­sił się nad nią jak prze­ra­ża­jący cień, uno­sił rękę, by zmiaż­dżyć jej czaszkę. W odpo­wie­dzi wpa­ko­wała trzy kule pro­sto w jego twarz. Upadł na zie­mię.

Do dia­bła, pomy­ślała i mimo bólu pod­nio­sła się do pozy­cji sie­dzą­cej. Wax cią­gle robił takie rze­czy. Zeska­ki­wał z urwisk, ska­kał we wszyst­kie strony i ude­rzał w różne rze­czy. Jak to moż­liwe, że jego ciało nie zostało przez to znisz­czone?

Obma­cała żebra z nadzieją, że nic nie zła­mała. Jej lewe ramię pro­te­sto­wało naj­gło­śniej. Skrzy­wiła się. Ból tak ją roz­pra­szał, że z wiel­kim tru­dem zmu­siła się do sku­pie­nia. Strzał w głowę powi­nien powstrzy­mać Krwio­twórcę przed uzdra­wia­niem, ale coś kazało jej się upew­nić.

Powlo­kła się, by obej­rzeć trupa. I odkryła, że rany od kul na gło­wie męż­czy­zny się goją, rany w czaszce zaskle­piają.

Do zardze­wia­łego dia­bła.

Prze­wró­ciła bez­władne ciało na plecy i wycią­gnęła zza pasa męż­czy­zny swój nóż. Uzdra­wiał się, mimo że został tra­fiony w głowę? Coś było bar­dzo nie tak. Znów do niego strze­liła, ale to było tym­cza­sowe roz­wią­za­nie.

Dla­tego roze­rwała koszulę męż­czy­zny - uka­zu­jąc cztery kolce wbite głę­boko mię­dzy jego żebrami. Jak podej­rze­wała. Z nożem w dłoni zabrała się do wydo­by­wa­nia kol­ców. Zaczęła pra­co­wać szyb­ciej, kiedy się zorien­to­wała, że co naj­mniej jeden z nich wykuto z dziw­nego metalu, pokry­tego ciem­no­czer­wo­nymi pla­mami niczym rdzą. Takiego, któ­rego poszu­ki­wali od lat.

Cykl nagle otwo­rzył oczy, mimo poła­ma­nej szczęki i otwo­rów w czaszce. Marasi zaklęła i pra­co­wała szyb­ciej, naprę­żała zakrwa­wione palce, by wycią­gnąć pierw­szy z czte­rech kol­ców, które były tak mocno wci­śnięte mię­dzy żebra, że trudno je było wyrwać.

Te oczy. Świe­ciły teraz na czer­wono.

- Znów nad­cho­dzi popiół - powie­dział męż­czy­zna zakrwa­wio­nymi ustami, a jego głos brzmiał dziw­nie zgrzy­tli­wie. - Świat pad­nie jego ofiarą. Dosta­nie­cie to, na co zasłu­gu­je­cie, i wszy­scy zmar­nie­je­cie pod chmurą czerni i dywa­nem spa­lo­nych ciał obró­co­nych w popiół.

Marasi zaci­snęła zęby, pró­bu­jąc wydo­być śli­ski od krwi kolec z rdza­wego metalu.

- Wasz koniec - szep­nął. - Wasz koniec nad­cho­dzi. Albo w popiele, albo z rąk ludzi złota i czer­wieni. Złoto i...

Marasi wyrwała kolec. Czer­wony blask przy­gasł, ciało osu­nęło się, a uzdra­wia­nie zakoń­czyło. I tak poma­cała szyję męż­czy­zny, a nawet kiedy nie wyczuła pulsu, wydo­była pozo­stałe trzy kolce.

I wtedy w końcu oparła się o ścianę, jęcząc cicho. Lepiej, żeby Wayne zna­lazł jakiś spo­sób na tych pozo­sta­łych zło­dziei - bo Marasi wąt­piła, by udało jej się teraz pod­nieść pisto­let. Zamknęła oczy i pró­bo­wała nie myśleć o tym strasz­li­wym gło­sie.

Rozdział 7

Max wołał do Waxa, by ten ska­kał wyżej, szyb­ciej. Okrzyki rado­ści chłopca nio­sły się ponad szu­mem wia­tru i łopo­tem ubrań. Na rdzę, to było zaraź­liwe. Wax był poważ­nym dziec­kiem, co nie zmie­niło się, kiedy dorósł. Nawet on jed­nak potra­fił doce­nić unie­sie­nie, jakie wywo­ły­wało dobrze wyko­nane Odpy­cha­nie Stali.

Nagła pręd­kość, chwila bez­ru­chu w zeni­cie. Żołą­dek pod­jeż­dża­jący do gar­dła, kiedy zaczy­nało się opa­da­nie. Nie przy­po­mi­nało to żad­nego innego doświad­cze­nia, jakie mógł mieć czło­wiek - a przy­naj­mniej mieć je i prze­żyć.

Do mia­sta zbli­żał się mal­wiań­ski sta­tek han­dlowy, lecący z wyko­rzy­sta­niem tych ich dzi­wacz­nych urzą­dzeń z ett­me­talu. Wax i jego syn ska­kali nad mia­stem, a ich per­spek­tywa była jed­no­cze­śnie uprosz­czona i roz­le­gła. Z takiej wyso­ko­ści można było dostrzec podział na oktanty wzdłuż głów­nych ulic. Zro­zu­mieć i poczuć różne dziel­nice, ści­śnięte slumsy z ich wymu­szoną bli­sko­ścią, obszerne, a jed­no­cze­śnie odizo­lo­wane tereny rezy­den­cji.

Kie­dyś Wax sądził, że tego rodzaju doświad­cze­nie - nie tylko wyso­kość, ale rów­nież ruch, prze­miesz­cza­nie się wysoko nad mia­stem - zawsze będzie domeną Mone­to­strzel­nych. A póź­niej mal­wiań­skie statki powietrzne wzięły to zało­że­nie i wyrzu­ciły je przez okno z wyso­ko­ści trzech tysięcy stóp.

Tak czy ina­czej, wciąż miał wra­że­nie, że ta per­spek­tywa należy do niego. To było jego mia­sto. Wró­cił do niego i przez lata nauczył się je kochać. Sym­bo­li­zo­wało wszystko, co naj­lep­sze w ludz­ko­ści - pomnik pomy­sło­wo­ści, dom tysięcy róż­nych idei, typów ludzi i doświad­czeń.

Na prośbę Maxa wzniósł ich wyżej, wyko­rzy­stu­jąc dra­pa­cze chmur jako kotwice, od któ­rych mógł się Odpy­chać, w jedną i drugą stronę, aż wylą­do­wali w pobliżu szczytu jed­nego okre­ślo­nego budynku - Wieży Ahl­stroma. Miesz­kali w apar­ta­men­cie na ostat­nim pię­trze, który Wax wybrał nie bez powodu. Dotar­cie na szczyt prze­sad­nie wyso­kiego budynku za pomocą Odpy­cha­nia Stali było trudne, bo zaczy­nało bra­ko­wać kotwic. Na szczę­ście w pobliżu tego dra­pa­cza chmur znaj­do­wało się kilka wyso­kich budyn­ków, co zapew­niało mu kotwice pozwa­la­jące Odpy­chać się do środka.

Tego dnia Wax nie zatrzy­mał się w apar­ta­men­cie. Wzniósł ich na dach, gdzie znaj­do­wał się nie­duży wbu­do­wany pomost, z któ­rego robot­nik mógł opusz­czać urzą­dze­nia do mycia okien. Wax wylą­do­wał na nim, a Max się odpiął, choć wciąż był przy­mo­co­wany do uprzęży mocną linką. Wax nie oba­wiał się, że okaże się zbyt słaba - zapro­jek­to­wała ją Ste­ris.

Max wyjął torebkę wiro­na­sion i zaczął zrzu­cać je wzdłuż ściany budynku, patrząc, jak, wiru­jąc, opa­dają w stronę ruchli­wej ulicy poni­żej. Mimo wyso­ko­ści Wax sły­szał klak­sony samo­cho­dów na dro­dze. Sześć lat i konne powozy stały się rzad­ko­ścią. Postęp był jak ekipa wybu­rze­niowa. Albo dotrzy­my­wało się mu kroku, albo zmie­niało się w stertę gruzu.

Pomost był zwró­cony na pół­noc. Po jego lewej migo­czące wody Zatoki Ham­mon­dara były jak sze­roka arte­ria pro­wa­dząca do... Wła­ści­wie nie wie­dział do czego. Miesz­kańcy Kotliny nie byli bada­czami. Mimo swej miło­ści do opo­wie­ści o mło­dym Waxie albo, co gor­sza, tym głupcu Jaku, więk­szo­ści wystar­czało mia­sto. Na tym pole­gał pro­blem z Elen­del - było w nim wszystko, co potrzebne, więc po co wyru­szać na poszu­ki­wa­nia gdzie indziej? O ist­nie­niu całego Połu­dnio­wego Kon­ty­nentu dowie­dzieli się dopiero, kiedy przy­le­ciał sta­tek powietrzny, żeby zba­dać Kotlinę.

Ow­szem, od tego czasu odby­wały się wyprawy. Ale więk­szość ludzi była zado­wo­lona z życia tutaj, a on nie mógł mieć do nich pre­ten­sji. Jego naj­więk­sze wysiłki mające na celu poprawę warun­ków życia sku­piały się na Kotli­nie. Nie wie­dział, co zro­bić z Mal­wia­nami. Sześć lat, a wciąż przy­tła­czał go nagły ogrom świata.

Max pod­ska­ki­wał wesoło i wyrzu­cił całą garść wiro­na­sion. Jego fascy­na­cja dużymi wyso­ko­ściami spra­wiała, że Kath czuła się nie­swojo - ale tak to już jest, kiedy chło­piec od nie­mow­lęc­twa spę­dzał wiele czasu na ple­cach ojca, który zwy­kłe środki trans­portu uwa­żał za zbyt cza­so­chłonne.

Wax spoj­rzał na pół­noc w stronę Dzi­czy. W stronę nie­zwy­kło­ści, tajem­nic i życia, które kochał. Poczuł...

Na rdzę. Nie poczuł smutku.

Zamru­gał i prze­chy­lił głowę. Od czasu powrotu miał wra­że­nie, że Elen­del jest obo­wiąz­kiem. Przy­goda i swo­bodna znaj­do­wały się poza mia­stem i przy­wo­ły­wały go. Choć przez lata wszystko zmie­niło się na lep­sze, wciąż to czuł. To wezwa­nie. Aż...

Aż do dziś. Dzi­siaj przy­po­mi­nał sobie te ele­menty życia, które kochał na pół­nocy - ale nie pra­gnął ich odzy­skać. Miał tu życie, które na równi kochał. Może bar­dziej, jeśli wziąć pod uwagę cie­pło, jakie go prze­peł­niało, kiedy Max się śmiał. To... to było jego miej­sce. Co wię­cej, chciał, żeby to było jego miej­sce.

Ta świa­do­mość go uspo­ko­iła. W końcu... prze­stał czuć żałobę, czyż nie?

Wax uśmiech­nął się sze­roko, pod­niósł Maxa i uści­snął go mocno - choć chło­piec nawet jako nie­mowlę za bar­dzo się krę­cił, żeby dłu­żej zno­sić coś takiego. Wkrótce, na prośbę syna, zaczęli grać w grę "przy­nieś", którą chło­piec wymy­ślił przed kil­koma mie­sią­cami. Max rzu­cał wikli­nową piłeczkę z małym kawał­kiem metalu w środku, a Wax pró­bo­wał prze­nieść ją na dach pobli­skiego budynku. Wiklina spra­wiała, że gdyby spa­dła, nie spo­wo­do­wa­łaby więk­szych szkód, ale metal pozwa­lał mu celo­wać. Kiedy tra­fiła na miej­sce na dachu, prze­ska­ki­wali, żeby ją zabrać.

Max rzu­cił, ale Wax miał pro­blemy z popchnię­ciem piłki wystar­cza­jąco daleko.

- Rzuć ją wyżej - pora­dził chłopcu, kiedy ją odzy­skali.

- Jeśli ją pod­rzucę, spad­nie nam na głowy - poskar­żył się jego syn. - Chcę, żeby pole­ciała na tam­ten budy­nek.

- Naj­pierw wyso­kość. Zaufaj mi. Im wyżej ją rzu­cisz, tym dalej mogę ją popchnąć.

Max znów spró­bo­wał, a więk­sza począt­kowa wyso­kość spra­wiła, że Waxowi udało się umie­ścić piłkę na dachu wybra­nym przez chłopca. Póź­niej sko­czyli za nią. Zasta­na­wiał się, co ludzie w sąsied­nich dra­pa­czach chmur myśleli o sena­to­rze prze­la­tu­ją­cym obok ich okien z dziec­kiem przy­pię­tym na ple­cach.

Nie­stety, gra odwró­ciła jego uwagę jedy­nie na krótki czas. Bawili się od pół godziny, kiedy wylą­do­wał na dachu i ujrzał osza­ła­mia­jący widok. Mal­wiań­ski sta­tek, który widział wcze­śniej, zbli­żył się.

Drew­niana kon­struk­cja, poru­szana ogrom­nymi śmi­głami, uno­siła się w powie­trzu nad Elen­del. Wax wie­dział, że Kotlina pró­bo­wała zapro­jek­to­wać wła­sne statki powietrzne z wyko­rzy­sta­niem helu lub gorą­cego powie­trza. Ale roz­miar kabiny, którą mogłyby unieść takie statki - według naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nych prze­wi­dy­wań - był niczym w porów­na­niu z tym, czym dys­po­no­wali Mal­wia­nie. Ich sta­tek szy­bo­wał i był jak for­teca na nie­bie.

To nie był sta­tek han­dlowy, jak sądził wcze­śniej. To był okręt wojenny. Pokaz siły, choć nie­szcze­gól­nie wrogi, ponie­waż zbli­żał się powoli i nisko na nie­bie. To miała być dekla­ra­cja, nie groźba.

Dla­tego Wax ponow­nie sta­ran­nie zapiął Maxa i wzniósł się w powie­trze w stronę statku, zde­cy­do­wany dowie­dzieć się, co się dzieje.

Rozdział 8

Marasi w końcu udało się zna­leźć dra­binkę tech­niczną, po któ­rej zeszła na dno roz­pa­dliny, i drugą, pro­wa­dzącą z powro­tem na górę. Wyczer­pana dotarła do głów­nej jaskini, wstrzą­śnięta tym, co widziała i co musiała zro­bić. Ale miała przy sobie nie­dużą ksią­żeczkę z licz­bami i datami wysyłki, którą zna­la­zła przy tru­pie, a to wyglą­dało obie­cu­jąco.

Nio­sła rów­nież coś o wiele bar­dziej nie­bez­piecz­nego. Cztery kolce. Co cie­kawe, ten z czer­wo­nymi pla­mami nie lubił doty­kać pozo­sta­łych - odsu­wał się. Dla­tego zawi­nęła go w kawa­łek mate­riału i trzy­mała je w osob­nych kie­sze­niach.

Zato­czyła się przez meta­lowe drzwi i ujrzała chaos. Duży wybuch wywo­łał serię mniej­szych eks­plo­zji, o czym świad­czyły ślady na ziemi. Na dnie jaskini leżały odłamki, kawałki urzą­dzeń i nie­po­ko­jąco dużo ciał.

Wayne kuc­nął na samym środku w porwa­nym ubra­niu i grał w karty z całą grupą zwią­za­nych gang­ste­rów. Roz­ło­żył ich karty na ziemi przed nimi - choć wszy­scy mieli ręce zwią­zane za ple­cami.

- Jesteś pewien, że chcesz zacząć od tej, stary? - spy­tał Wayne, wska­zu­jąc kartę, którą jeden z męż­czyzn postu­kał pal­cem u nogi.

- Jest naj­wyż­sza - stwier­dził męż­czy­zna.

- Aha, ale czy jesteś pewien? - Wayne spoj­rzał na swoje karty.

- No... tak myślę.

- Niech to. - Wayne wyło­żył swoje karty. - Zagry­wam trzy ósemki na dzie­wiąt­kach. Wygry­wasz.

- Ale... - ode­zwał się inny męż­czy­zna - ...ty znasz nasze karty... Dla­czego grasz w taki spo­sób?

- Muszę uda­wać, że nie widzę waszych kart, przy­ja­ciele. Ina­czej co to za zabawa? Oszu­ki­wa­nie to jedno, ale jeśli po pro­stu mogę zoba­czyć, co zro­bi­cie, to... cóż, rów­nie dobrze mógł­bym zaba­wiać się sam ze sobą. A to można robić w znacz­nie przy­jem­niej­szy spo­sób.

Marasi zato­czyła się w jego stronę. Miał ich pięt­na­ścioro, w róż­nych stop­niach uwię­zie­nia. Dokład­nie tak jak mówił, wyko­rzy­stał swoją bańkę pręd­ko­ści, by prze­ciw­dzia­łać jej bańce spo­wol­nie­nia i wycią­gać ich, jedno po dru­gim. Jego pano­wa­nie nad wła­snymi mocami było coraz bar­dziej impo­nu­jące.

Nie zasko­czyło jej, że tak wielu wziął do nie­woli - Wayne nie lubił zabi­jać. W tej kwe­stii oboje byli zgodni. Co się zaś tyczy gry w karty... cóż, w tej chwili jego wyczyny wła­ści­wie już jej nie zaska­ki­wały. Usia­dła na reszt­kach poła­ma­nej skrzyni.

- Wayne, przy­da­łaby mi się twoja pomoc.

- Zanim zwią­za­łem tych wszyst­kich gości, ty już zabi­łaś tam­tego kole­sia w gar­niaku. Widzia­łem, że odpo­czy­wasz, więc posta­no­wi­łem dać ci tro­chę czasu.

Nawet tego nie zauwa­żyła. Na rdzę, ramię wciąż ją bolało. Skrzy­wiła się i rozej­rzała po jaskini.

- No więc... - ode­zwał się Wayne. - Niech to. Prze­szłaś na kani­ba­lizm czy coś?

Marasi spoj­rzała na swój mun­dur, który był zalany krwią.

- Kani­ba­lizm? W tę stronę poszły twoje myśli?

- Kiedy czło­wiek widzi damę zalaną krwią, od razu natu­ral­nie przy­cho­dzi mu na myśl, że może uczto­wała na wątro­bach ludzi, któ­rych poko­nała. Nikogo nie oce­niam.

- Nie oce­niasz? Wayne, to jest coś, co abso­lut­nie powi­nie­neś oce­niać.

- Racja. Wstydź się.

Wes­tchnęła.

- A ja myśla­łam, że w końcu przy­zwy­cza­iłam się do two­jej way­ne­owa­to­ści. - Poka­zała kolce, z któ­rych każdy miał sześć cali dłu­go­ści i dużą główkę... Z wyjąt­kiem naj­mniej­szego, naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cego, który był wąski i długi na nie­całe cztery cale. - Wydo­by­łam je z ciała Cykla. Gdy­bym zosta­wiła je w środku, wró­ciłby do życia, uzdra­wia­jąc się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Wayne sły­szał o łóż­kach. Inne dzie­ciaki w Osa­dzie Cyno­wagi je miały. Łóżko brzmiało znacz­nie lepiej niż mata na ziemi - zwłasz­cza taka, którą musiał dzie­lić z mamą, kiedy noce były zimne, bo nie mieli węgla.

Poza tym pod łóż­kami były potwory.

Ano, sły­szał o mgiel­nych upio­rach. Ukry­wały się pod łóż­kiem i kra­dły twa­rze ludzi, któ­rych zna­łeś. Co zna­czyło, że łóżka były mięk­kie na górze, a pod spodem był ktoś, z kim można było poga­dać. To było zardze­wiałe niebo.

Inne dzie­ciaki bały się mgiel­nych upio­rów, ale Wayne doszedł do wnio­sku, że po pro­stu nie umiały nego­cjo­wać. On mógł się zaprzy­jaź­nić z czymś, co miesz­kało pod łóż­kiem. Trzeba mu tylko było dać coś, czego chciało, na przy­kład kogoś innego do zje­dze­nia.

Tak czy siak, nie miał łóżka. Ani krze­seł. Mieli stół. Zro­biony przez wujka Gre­gra. Zanim zmiaż­dżył go milion kamieni i zmie­nił w mia­zgę, co to już nie mogła tłuc ludzi. Wayne cza­sami kopał w stół, na wypa­dek gdyby duch Gre­gra patrzył i lubił mebel. Rdza jedna wie, w całym domku z jed­nym oknem nie było poza nim niczego, czym wujek Gregr się przej­mo­wał.

Ale Wayne miał sto­łek, więc usiadł na nim i bawił się kar­tami - roz­da­wał i cho­wał je w ręka­wie - kiedy cze­kał. To była ner­wowa pora dnia. Każ­dego wie­czoru bał się, że ona nie wróci do domu. Nie żeby go nie kochała. Mama była jak bukiet słod­kich kwia­tów w szam­bie świata. Ale dla­tego, że pew­nego dnia tato nie wró­cił do domu. Pew­nego dnia wujek Gregr - Wayne kop­nął w stół - nie wró­cił do domu. Więc mama...

Nie myśl o tym, pomy­ślał Wayne. Sfu­sze­ro­wał taso­wa­nie i karty pole­ciały na stół i zie­mię. I nie patrz. Dopóki nie zoba­czysz świa­tła.

Czuł kopal­nię. Nikt nie chciał miesz­kać obok, więc Wayne i mama miesz­kali.

Celowo pomy­ślał o czymś innym. Ster­cie rze­czy pod ścianą, które wcze­śniej uprał. To była stara robota mamy, co to nie dawała dużo pie­nię­dzy. Teraz on to robił, kiedy ona pchała wózki w kopalni.

Robota mu nie prze­szka­dzała. Mie­rzył różne ciu­chy - czy to sta­rusz­ków, czy mło­dych kobiet - i uda­wał, że nimi jest. Mama przy­ła­pała go parę razy i się zezło­ściła. Jej iry­ta­cja wciąż go dzi­wiła. Dla­czego miałby ich nie przy­mie­rzyć? Po to są ubra­nia. Nie było w tym nic dzi­wacz­nego.

Poza tym cza­sami ludzie zosta­wiali rze­czy po kie­sze­niach. Jak talia kart.

Znów sfu­sze­ro­wał taso­wa­nie, a kiedy zbie­rał karty, nie wyj­rzał przez okno, cho­ciaż czuł kopal­nię. Ta zie­jąca tęt­nica, jak dziura w szyi, czer­wona od środka, z któ­rej wyle­wało się świa­tło jak krew i ogień. Mama musiała grze­bać we wnętrz­no­ściach bestii, szu­ka­jąc metali, a póź­niej ucie­kać przed jej gnie­wem. Ale czło­wie­kowi w końcu zawsze zabra­kło szczę­ścia.

I wtedy je zauwa­żył. Świa­tło. Z ulgą wyj­rzał przez okno i zoba­czył kogoś idą­cego ścieżką i trzy­ma­ją­cego latar­nię, żeby oświe­tlić sobie drogę. Wayne pośpiesz­nie scho­wał karty pod matą i poło­żył się na niej. Kiedy drzwi się otwo­rzyły, uda­wał, że śpi. Oczy­wi­ście, widziała, jak zga­sił świa­tło, ale doce­niała wysi­łek, jaki wkła­dał w uda­wa­nie.

Usia­dła na stołku, a Wayne ostroż­nie uniósł powieki. Mama nosiła spodnie i koszulę zapi­naną na guziki, upi­nała włosy w kok, a jej ubra­nie i twarz były zabru­dzone. Sie­działa wpa­trzona w pło­mień latarni, przy­glą­dała się, jak tań­czy, a jej twarz wyda­wała się bar­dziej wychu­dzona niż wcze­śniej. Jakby ktoś wydrą­żył jej policzki kilo­fem.

Ta kopal­nia ją zżera, pomy­ślał. Nie pochło­nęła jej tak jak tatę, ale ją pod­gryza.

Mama zamru­gała i sku­piła wzrok na czymś innym. Na kar­cie, którą zosta­wił na stole. Ech, do dia­ska.

Pod­nio­sła ją i spoj­rzała na niego. Prze­stał uda­wać, że śpi. Ina­czej obla­łaby go wodą.

- Wayne, skąd wzią­łeś te karty?

- Nie pamię­tam.

- Wayne...

- Zna­la­złem.

Wycią­gnęła rękę, a on nie­chęt­nie wyjął talię i ją oddał. Scho­wała zna­le­zioną kartę do pudełka. Do dia­ska. Cały dzień będzie cho­dziła po Cyno­wa­dze, szu­ka­jąc kogoś, kto je "zgu­bił". Nie pozwoli, żeby przez niego mar­no­wała czas.

- Tark Vesting­dow - mruk­nął Wayne. - Były w kie­szeni jego kom­bi­ne­zonu.

- Dzię­kuję - odparła cicho.

- Mamo, muszę się nauczyć kart. W ten spo­sób zaro­bię na nas dwoje.

- Zaro­bisz? Kar­tami?

- Nie martw się - powie­dział szybko. - Będę oszu­ki­wał! Nie da się zaro­bić, jeśli się nie wygrywa, sama wiesz.

Wes­tchnęła i roz­ma­so­wała skro­nie.

Wayne spoj­rzał na karty.

- Tark. On jest Ter­ri­sa­ni­nem. Jak tato.

- Tak.

- Ter­ri­sa­nie zawsze robią to, co im się każe. To co jest ze mną nie w porządku?

- Nic nie jest z tobą nie w porządku, kocha­nie. Po pro­stu nie mia­łeś dobrego rodzica, który by tobą pokie­ro­wał.

- Mamo. - Zsu­nął się z maty i wziął ją za rękę. - Nie mów tak. Jesteś wspa­niałą mamą.

Przy­tu­liła go, ale czuł jej napię­cie.

- Wayne, zabra­łeś scy­zo­ryk Demmy'ego?

- Wyga­dał? Niech go rdza weź­mie, tego zardze­wia­łego sukin­syna!

- Wayne, nie prze­kli­naj.

- Niech rdza porwie tego zardze­wia­łego sukin­syna! - powie­dział z akcen­tem robot­nika kole­jo­wego.

Uśmiech­nął się do niej nie­win­nie i został nagro­dzony uśmie­chem, któ­rego nie umiała ukryć. Naśla­do­wa­nie gło­sów zawsze ją uszczę­śli­wiało. Tato był w tym dobry, ale Wayne był lep­szy. Szcze­gól­nie teraz, kiedy tato nie żył i nie mógł już mówić.

Po chwili jej uśmiech znik­nął.

- Nie możesz zabie­rać rze­czy, które do cie­bie nie należą, Wayne. Tak robią zło­dzieje.

- Nie chcę być zło­dzie­jem - powie­dział cicho Wayne i poło­żył scy­zo­ryk na stole obok kart. - Chcę być grzecz­nym chłop­cem. To się po pro­stu... zda­rza.

Przy­tu­liła go moc­niej.

- Jesteś grzecz­nym chłop­cem. Zawsze byłeś grzecz­nym chłop­cem.

Kiedy to mówiła, wie­rzył jej.

- Chcesz usły­szeć histo­rię, kocha­nie? - spy­tała.

- Jestem za stary na histo­rie - skła­mał, choć roz­pacz­li­wie pra­gnął, by ją opo­wie­działa. - Mam jede­na­ście lat. Jesz­cze rok i będę mógł pić w gospo­dzie.

- Co? Kto ci to powie­dział?!

- Dug.

- Dug ma dzie­więć lat.

- Dug wie różne rze­czy.

- Dug ma dzie­więć lat.

- Zna­czy się za rok będę zwi­jał dla niego gorzałę, bo sam jesz­cze nie będzie mógł jej kupić? - Spoj­rzał jej w oczy i zaczął chi­cho­tać.

Pomógł jej przy­go­to­wać kola­cję - zimną owsiankę z fasolą. Przy­naj­mniej nie była to sama fasola. Póź­niej zwi­nął się pod kocem na macie, uda­jąc, że znów jest dziec­kiem, żeby wysłu­chać histo­rii. Łatwo było mu uda­wać. Wciąż miał odpo­wied­nie ubra­nie.

- Oto histo­ria o Bez­czel­nym Bar­mie, Nie­my­tym Ban­dy­cie.

- Ooch... Nowa?

Matka pochy­liła się i gesty­ku­lo­wała łyżką.

- Był naj­gor­szy z nich wszyst­kich, Wayne. Naj­pa­skud­niej­szy, naj­wred­niej­szy, naj­bar­dziej śmier­dzący z ban­dy­tów. Ni­gdy się nie mył.

- Bo porządne zabru­dze­nie się wymaga kupy roboty?

- Nie, bo on... Zaraz, żeby się pobru­dzić, trzeba się naro­bić?

- No wiesz, trzeba się wyta­rzać.

- Na Har­mo­nię, dla­czego miał­byś to zro­bić?

- Żeby myśleć jak zie­mia.

- Żeby... - Uśmiech­nęła się. - Och, Wayne. Jesteś taki uro­czy.

- Dzięki. Dla­czego mi wcze­śniej nie opo­wia­da­łaś o tym Bez­czel­nym Bar­mie? Skoro był taki zły, dla­czego nie opo­wie­dzia­łaś mi jego histo­rii na samym początku?

- Byłeś za mały. - Odchy­liła się do tyłu. - A histo­ria jest zbyt prze­ra­ża­jąca.

Ooooch... Ta będzie dobra. Wayne aż pod­sko­czył.

- Kto go dopadł? Stróż prawa?

- Allo­manta Jak.

- On? - jęk­nął Wayne.

- Myśla­łam, że go lubisz.

No, wszyst­kie dzie­ciaki go lubiły. Jak był nowy, inte­re­su­jący i przez ostatni rok roz­wią­zy­wał różne skom­pli­ko­wane sprawy kry­mi­nalne. Przy­naj­mniej tak mówił Dug.

- Ale Jak zawsze dopro­wa­dza złych gości pod sąd - jęk­nął Wayne. - Żad­nego nie zastrze­lił.

- Nie tym razem. - Mama zabrała się za owsiankę. - Wie­dział, że Bez­czelny Barm był naj­gor­szy. Zabójca do szpiku kości. Nawet towa­rzy­sze Barma, Gud Zabójca i Nie­moż­liwy Joe, byli dzie­sięć razy gorsi niż jaki­kol­wiek inny ban­dyta, który kie­dy­kol­wiek włó­czył się po Dzi­czy.

- Dzie­sięć razy? - powtó­rzył Wayne.

- Aha.

- To dużo! Pra­wie podwój­nie!

Mama zmarsz­czyła na chwilę czoło, ale póź­niej znów się pochy­liła.

- Ukra­dli wypłaty. Zabrali pie­nią­dze nie tylko tłu­ścio­chom z Elen­del, ale wypłaty zwy­kłych ludzi.

- Sukin­syny!

- Wayne!

- Dobra! Zwy­kłe psy w takim razie!

Znów się zawa­hała.

- Czy ty... wiesz, co zna­czy słowo "sukin­syn"?

- To taki bar­dzo wredny, wście­kły pies.

- A wiesz to, bo...

- Dug mi powie­dział.

- Oczy­wi­ście, że tak. W każ­dym razie Jak nie mógł znieść okra­da­nia zwy­kłych ludzi z Dzi­czy. Bycie ban­dytą to jedno, ale wszy­scy wie­dzą, że krad­nie się pie­nią­dze, które idą do mia­sta. Nie­stety Bez­czelny Barm dobrze znał oko­licę. Więc poje­chał w naj­trud­niej­sze tereny Dzi­czy i zosta­wił swo­ich dwóch towa­rzy­szy, żeby pil­no­wali klu­czo­wych punk­tów na dro­dze. Całe szczę­ście Jak był naj­dziel­niej­szym z ludzi. I naj­sil­niej­szym.

- Jeśli był naj­dziel­niej­szy i naj­sil­niej­szy, to czemu był stró­żem prawa? Mógł zostać ban­dytą i nikt by go nie powstrzy­mał!

- Co jest trud­niej­sze, kocha­nie? Postę­po­wa­nie wła­ściwe czy niewła­ściwe?

- Wła­ściwe.

- To kto jest sil­niej­szy? Gość, który robi to, co łatwe, czy ten, co robi to, co trudne?

Hm. Poki­wał głową. Ano. Ano, rozu­miał.

Mama przy­su­nęła latar­nię bli­żej, aż jej twarz zaświe­ciła.

- Pierw­szą próbą Jaka był Czło­wiek, potężna rzeka na gra­nicy daw­nego tery­to­rium kolos­sów. Woda pły­nęła szybko jak pociąg, to była naj­szyb­sza rzeka na całym świe­cie... i pełna kamieni. Roz­ło­żył się tam Gud Zabójca, na dru­gim brzegu, i wyglą­dał stró­żów prawa. Miał takie dobre oko i pewną rękę, że z odle­gło­ści trzy­stu kro­ków potra­fił zestrze­lić z czło­wieka muchę.

- A po co miałby to robić? Lepiej strze­lić czło­wie­kowi pro­sto w muchę. To musi bar­dzo boleć.

- Nie taką muchę, kocha­nie.

- To co zro­bił Jak? Pod­kradł się? Stró­żo­wie prawa się nie pod­kra­dają. A w każ­dym razie myślę, że tego nie robią. Założę się, że się nie pod­kradł.

- No więc...

Wayne ści­skał koc i cze­kał.

- Jak strze­lał jesz­cze lepiej - szep­nęła. - Kiedy Gud Zabójca wyce­lo­wał w niego, Jak strze­lił pierw­szy... pro­sto nad rzeką.

- Jak zgi­nął Gud? - szep­nął Wayne.

- Od kuli, kocha­nie.

- W oko?

- Pew­nie tak.

- Więc Gud wymie­rzył i Jak też, ale Jak strze­lił pierw­szy i tra­fił Guda pro­sto przez celow­nik w oko! Tak, mamo?!

- Aha.

- I jego głowa wybu­chła, jak owoc, jeden z tych kru­chych, co to mają twardą sko­rupę, ale w środku mają maź. Tak to się stało?

- Abso­lut­nie.

- Niech to, mamo. To kosz­marne. Naprawdę powin­naś mi opo­wia­dać tę histo­rię?

- Mam prze­stać?

- Do dia­ska, nie! Jak Jak prze­do­stał się na drugą stronę rzeki?

- Prze­le­ciał. - Mama odsta­wiła pustą miskę i mach­nęła rękami. - Wyko­rzy­stu­jąc moce Allo­man­cji. Jak lata, roz­ma­wia z pta­kami i zjada kamie­nie.

- Rany. Zjada kamie­nie?

- Aha. Więc prze­le­ciał nad rzeką. Ale następne wyzwa­nie było jesz­cze gor­sze. Kanion Śmierci.

- Ooooch... Założę się, że jest ładny.

- Dla­czego tak mówisz?

- Bo nikt by nie odwie­dził miej­sca nazwa­nego "Kanion Śmierci", gdyby nie było ładne. Ale ktoś je odwie­dził, bo znamy nazwę. Więc musi być ładne.

- Piękne. Kanion wijący się mię­dzy roz­pa­da­ją­cymi się skal­nymi igli­cami. Popę­kane szczyty są wie­lo­barwne, jakby ktoś je poma­lo­wał. Ale to miej­sce jest rów­nie nie­bez­pieczne, jak piękne.

- Ano. Ma sens.

- Jak nie mógł nad nim prze­le­cieć, bo drugi z ban­dy­tów ukrył się w kanio­nie. Nie­moż­liwy Joe. Był mistrzem pisto­le­tów i też umiał latać, i zmie­niać się w smoka, i jeść kamie­nie. Gdyby Jak pró­bo­wał się prze­śli­zgnąć, Joe strze­liłby mu w plecy.

- To sprytny spo­sób, żeby do kogoś strze­lać. Bo ten ktoś nie może odpo­wie­dzieć tym samym.

- Fakt. Dla­tego Jak do tego nie dopu­ścił. Musiał zejść do kanionu... ale w nim było pełno węży.

- Niech to prze­klęta rdza porwie!

- Wayne...

- No to zwy­kła nudna rdza! Ile węży?

- Milion węży.

- Niech to prze­klęta rdza porwie!

- Ale Jak był sprytny. I pomy­ślał, by zabrać ze sobą jedze­nie dla węży.

- Milion kawał­ków jedze­nia dla węży?

- E tam, tylko jeden. Ale węże się o niego pobiły, więc poza­bi­jały się nawza­jem. A ten, który został, był oczy­wi­ście naj­sil­niej­szy.

- Oczy­wi­ście.

- Więc Jak prze­ko­nał go do ugry­zie­nia Nie­moż­li­wego Joego.

- A Joe zro­bił się cały fio­le­towy! I krwa­wił z uszu! I kości mu się roz­to­piły, a taki sto­piony sok z kości popły­nął mu z nosa! I zmie­nił się w kupkę sfla­cza­łej skóry, ale przez cały czas syczał i beczał, bo zęby mu się topiły!

- Dokład­nie.

- Niech to, mamo, ty to opo­wia­dasz naj­lep­sze histo­rie.

- Jest jesz­cze lepiej - powie­działa cicho i pochy­liła się. Ich lampa już doga­sała. - Bo zakoń­cze­nie jest nie­spo­dzianką.

- Jaką nie­spo­dzianką?

- Kiedy Jak prze­był kanion, który śmier­dział teraz mar­twymi wężami i sto­pio­nymi zębami, dostrzegł ostat­nie wyzwa­nie: Samotną Mesę. Ogromny pła­sko­wyż pośrodku rów­niny, która poza nim była cał­kiem pła­ska.

- To żadne wyzwa­nie. Mógł pofru­nąć na szczyt.

- No i spró­bo­wał - szep­nęła. - Ale mesa była Bez­czel­nym Bar­mem.

- CO?!

- Zga­dza się. Barm doga­dał się z kolos­sami, tymi, co to zmie­niają się w wiel­kie potwory, nie tymi nor­mal­nymi, jak star­sza pani Nock. A one poka­zały mu, jak zmie­nić się w ogrom­nego potwora. Więc kiedy Jak pró­bo­wał na niej wylą­do­wać, mesa go połknęła.

Wayne sap­nął.

- A póź­niej zmiaż­dżyła go zębami, łamiąc jego kości jak...

- Nie. Pró­bo­wała go połknąć. Ale Jak był nie tylko sprytny i nie tylko dobrze strze­lał. Był czymś jesz­cze.

- Czym?

- Wiel­kim wrzo­dem na dupie.

- Mamo! To prze­kli­na­nie.

- W histo­riach można. Posłu­chaj, Jack był wrzo­dem. Zawsze robił dobre rze­czy. Poma­gał ludziom. Utrud­niał życie złym ludziom. Zada­wał pyta­nia. Dosko­nale wie­dział, jak zepsuć dzień ban­dy­tom. Więc kiedy został połknięty, wycią­gnął ręce i nogi, a póź­niej popchnął... i sta­nął Bez­czel­nemu Bar­mowi w gar­dle tak, że potwór nie mógł oddy­chać. Wiesz, takie potwory to potrze­bują kupę powie­trza. A Allo­manta Jak udu­sił Barma od środka. Póź­niej, kiedy potwór leżał mar­twy na ziemi, Jak wyszedł spo­koj­nie po jego języku, jakby to był dywan uło­żony przed powo­zem dla jakie­goś boga­cza.

A niech to.

- To była dobra histo­ria, mamo.

Uśmiech­nęła się.

- Mamo. Czy to histo­ria... o kopalni?

- No, pew­nie my wszy­scy od czasu do czasu musimy wejść do pyska bestii. Więc... może i tak.

- No to jesteś jak stróż prawda.

- Każdy może być.

Zdmuch­nęła latar­nię.

- Nawet ja?

- Zwłasz­cza ty. - Poca­ło­wała go w czoło. - Jesteś tym, kim zechcesz, Wayne. Jesteś wia­trem. Jesteś gwiaz­dami. Jesteś wszyst­kimi nie­skoń­czo­nymi rze­czami.

To był wiersz, który lubiła. On też go lubił. Bo kiedy to mówiła, wie­rzył jej. Nie mógł ina­czej. Mama nie kła­mała. Dla­tego zwi­nął się pod kocem i usnął. Na świe­cie działo się wiele złych rze­czy, ale kilka było w porządku. A jak długo ona była przy nim, histo­rie coś zna­czyły. Były praw­dziwe.

Aż do następ­nego dnia, kiedy w kopalni był kolejny zawał. Tego wie­czoru jego mama nie wró­ciła do domu.

Rozdział 1

Dzie­więt­na­ście lat póź­niej

Marasi ni­gdy wcze­śniej nie zeszła do kana­łów, ale było dokład­nie tak kosz­mar­nie, jak sobie wyobra­żała. Nie­wia­ry­godny smród, rzecz jasna. Co jesz­cze gor­sze, cza­sami pode­szwy jej butów śli­zgały się na czymś, przez krótką chwilę gro­żąc prze­wró­ce­niem się w "błoto".

Przy­naj­mniej zacho­wała dość roz­sądku, by wło­żyć mun­dur ze spodniami, jak rów­nież wyso­kie do kolan buty robo­cze ze skóry. Ale nic nie chro­niło przed smro­dem, odczu­ciami i - nie­stety - dźwię­kami. Kiedy robiła krok - z mapą w jed­nej ręce, a kara­bi­nem w dru­giej - jej pode­szwy odry­wały się od pod­łoża z chlu­po­tem nie­mal mitycz­nych roz­mia­rów. Byłby to naj­gor­szy dźwięk na świe­cie, gdyby nie dorów­ny­wało mu narze­ka­nie Wayne'a.

- Wax ni­gdy nie zapro­wa­dził mnie do zardze­wia­łego kanału - mruk­nął, uno­sząc latar­nię.

- W Dzi­czy są kanały?

- No nie - przy­znał. - Pastwi­ska śmier­dzą nie­mal rów­nie paskud­nie, a on zmu­sił mnie, żeby­śmy przez nie cho­dzili. Ale, Marasi, tam przy­naj­mniej nie ma pają­ków.

- Pew­nie są. - Unio­sła mapę do jego latarni. - Po pro­stu ich nie widzia­łeś.

- Moż­liwe - jęk­nął. - Ale kiedy widać paję­czyny, jest gorzej. No i jesz­cze są, no wiesz, ścieki.

Marasi ski­nęła w stronę bocz­nego tunelu i oboje skrę­cili w tę stronę.

- Chcesz o tym poroz­ma­wiać?

- O czym? - spy­tał ostro.

- Twoim nastroju.

- Z moim zardze­wia­łym nastro­jem wszystko w porządku. To dokład­nie taki nastrój, jaki powi­nien mieć czło­wiek, kiedy part­ner zmu­sza go do wepchnię­cia nosa w te wszyst­kie rze­czy, które wycho­dzą z zadka.

- A tydzień temu? Kiedy pro­wa­dzi­li­śmy śledz­two w skle­pie z per­fu­mami?

- Zardze­wiali per­fu­mia­rze. - Wayne zmru­żył oczy. - Ni­gdy nie wia­domo, co ukry­wają za tymi wyszu­ka­nymi zapa­chami. Nie można zaufać męż­czyź­nie, który nie pach­nie tak, jak powi­nien męż­czy­zna.

- Potem i gorzałą?

- Potem i tanią gorzałą.

- Wayne, jak ty możesz mieć pre­ten­sje, że ktoś udaje lep­szego? Ty zmie­niasz oso­bo­wość za każ­dym razem, kiedy zmie­niasz czapkę.

- Czy mój zapach się zmie­nia?

- Pew­nie nie.

- Wygra­łem dys­ku­sję. W moich argu­men­tach nie ma dosłow­nie żad­nych dziur. Koniec roz­mowy.

Popa­trzyli po sobie.

- Powi­nie­nem sobie kupić jakieś per­fumy, co? Ktoś przej­rzy moje prze­bra­nie, jeśli zawsze będzie mnie czuć potem i tanią gorzałą.

- Jesteś bez­na­dziejny.

- Tym, co jest bez­na­dziejne, są moje biedne pan­to­fle.

- Mogłeś wło­żyć cięż­kie buty, jak ci radzi­łam.

- Nie mam cięż­kich butów. Wax mi je ukradł.

- Wax ukradł ci buty. Naprawdę.

- No, są w jego sza­fie. Zamiast trzech par jego naj­bar­dziej ele­ganc­kich pan­to­fli. Które jakimś cudem tra­fiły do mojej szafy, zupeł­nym przy­pad­kiem. - Spoj­rzał na nią. - To była uczciwa wymiana. Lubi­łem te buty.

Marasi się uśmiech­nęła. Pra­co­wali razem od pra­wie sze­ściu lat, od kiedy Wax prze­szedł na eme­ry­turę po odkry­ciu Żałob­nych Opa­sek. Wayne był ofi­cjal­nie kon­sta­blem, nie jakimś oby­wa­te­lem z upraw­nie­niami, dzia­ła­ją­cym led­wie w gra­ni­cach prawa. Nawet od czasu do czasu nosił mun­dur. I...

...i Marasi znów się pośli­zgnęła. Zardze­wiałe pie­kło. Gdyby się prze­wró­ciła, on nie prze­stałby się śmiać. Ale wyda­wało się, że to naj­lep­sza droga. Trwała budowa sieci pod­ziem­nej kolei obej­mu­ją­cej całe mia­sto, a przed dwoma dniami jeden z robot­ni­ków zło­żył inte­re­su­jący raport. Nie chciał wysa­dzić kolej­nego odcinka, bo odczyty sej­smiczne wska­zy­wały, że znaj­dują się w pobliżu jaskini, któ­rej nie było na mapach.

W tych oko­li­cach pod Elen­del pełno było sta­ro­żyt­nych jaskiń. Jed­no­cze­śnie w tym rejo­nie czę­sto poja­wiali się i zni­kali człon­ko­wie jed­nego z lokal­nych gan­gów. Jakby mieli ukryte wej­ście do nie­zna­nej, nie­wi­dzial­nej kry­jówki.

Przyj­rzała się mapie, na któ­rej znaj­do­wały się uwagi inży­nie­rów - jak rów­nież star­sze notatki wska­zu­jące na pobli­ską oso­bli­wość dostrze­żoną przed laty przez budow­ni­czych kana­łów, która jed­nak ni­gdy nie została zba­dana.

- Myślę, że MeLaan zamie­rza ze mną zerwać - powie­dział cicho Wayne. - Może dla­tego ostat­nio moje ogólne uspo­so­bie­nie bywa nie­ty­powo przy­ga­szone.

- Dla­czego myślisz, że ona to zrobi?

- Bo powie­działa mi "Wayne, pew­nie za parę tygo­dni z tobą zerwę".

- To uprzejme z jej strony.

- Myślę, że dostała nową robotę od gościa na górze. Ale to nie w porządku, że robi to tak powoli. To nie jest wła­ściwy spo­sób, żeby zerwać z chło­pa­kiem.

- A jaki jest wła­ściwy spo­sób, żeby zerwać z chło­pa­kiem?

- Wal­nąć go czymś w głowę. Sprze­dać jego rze­czy. Powie­dzieć jego kum­plom, że jest dup­kiem.

- Mia­łeś inte­re­su­jące związki.

- Nie, prze­waż­nie kiep­skie. Spy­ta­łem Jammi Walls, co jej zda­niem powi­nie­nem zro­bić... Znasz ją? Pra­wie co wie­czór można ją spo­tkać w gospo­dzie.

- Znam ją. To kobieta o... złej repu­ta­cji.

- Co takiego? Kto tak mówi? Jammi ma dosko­nałą repu­ta­cję. Ze wszyst­kich dzi­wek w oko­licy, ona naj­le­piej robi...

- Nie muszę sły­szeć dal­szego ciągu. Dzię­kuję.

- Zła repu­ta­cja. - Zaśmiał się. - Powiem Jammi, że tak powie­dzia­łaś, Marasi. Ona ciężko zapra­co­wała na swoją repu­ta­cję. Liczy sobie cztery razy wię­cej niż wszyst­kie inne! Zła repu­ta­cja, naprawdę.

- I co ona powie­działa?

- Powie­działa, że MeLaan chce, żebym bar­dziej się posta­rał w naszym związku. Ale myślę, że w tym przy­padku Jammi się pomy­liła. Bo MeLaan się nie bawi w gierki. Kiedy coś mówi, naprawdę tak myśli. Czyli to... no wiesz...

- Przy­kro mi, Wayne. - Marasi wsu­nęła mapę pod pachę i poło­żyła mu dłoń na ramie­niu.

- Wie­dzia­łem, że to nie będzie trwało wiecz­nie. Na rdzę, wie­dzia­łem, wiesz? Ona ma... Ile? Tysiąc lat?

- Jakieś dwie trze­cie tego.

- A ja nie mam nawet czter­dziestki. Bli­żej szes­na­stu, jeśli wziąć pod uwagę moją dziar­ską mło­dzień­czą kon­sty­tu­cję.

- I poczu­cie humoru.

- Święta prawda. - Wes­tchnął. - Ostat­nio było... ciężko. Wax się zro­bił ele­gancki i w ogóle, a MeLaan zni­kała na całe mie­siące. Mam wra­że­nie, że nikt mnie nie chce. Może moje miej­sce jest w kana­łach, wiesz?

- Wcale nie. Jesteś naj­lep­szym part­ne­rem, jakiego kie­dy­kol­wiek mia­łam.

- Jedy­nym part­ne­rem.

- Jedy­nym? Gor­glen się nie liczy?

- Nie. Nie jest czło­wie­kiem. Mam papiery potwier­dza­jące, że jest żyrafą w prze­bra­niu. - Uśmiech­nął się. - Ale... dzięki, że spy­ta­łaś. Dzięki, że się przej­mu­jesz.

Poki­wała głową i ruszyła naprzód. Kiedy wyobra­żała sobie swoje życie jako detek­tywa i stróża prawa, nie prze­wi­działa tego. Przy­naj­mniej już tak nie śmier­działo. A może się przy­zwy­cza­iła?

Z ogromną satys­fak­cją zna­la­zła, dokład­nie w miej­scu zazna­czo­nym na mapie, stare meta­lowe drzwi w ścia­nie kanału. Wayne uniósł latar­nię i nie potrze­bo­wali wyczu­lo­nego wzroku detek­ty­wów, by dostrzec, że nie­dawno z nich korzy­stano. Sre­brzy­ste zadra­pa­nia po jed­nej stro­nie futryny, klamka wytarta z wszech­obec­nego brudu i paję­czyn.

Ludzie, któ­rzy wybu­do­wali kanały, odkryli je i ozna­czyli jako miej­sce o poten­cjal­nym zna­cze­niu histo­rycz­nym. Ale notatka zagi­nęła ze względu na non­sensy biu­ro­kra­cji.

- Nie­źle. - Wayne pochy­lił się obok niej. - Robota detek­ty­wi­styczna pierw­sza klasa, Marasi. Jak wiele sta­rych map musia­łaś przej­rzeć, żeby to zna­leźć?

- Za wiele. Ludzie byliby zasko­czeni, wie­dząc, ile czasu spę­dzam w archi­wach.

- W histo­riach pomi­jają zbie­ra­nie infor­ma­cji.

- Robi­łeś to w Dzi­czy?

- Odmianę typową dla Dzi­czy. Zwy­kle trzeba było wci­snąć jakie­goś gościa twa­rzą do koryta, aż przy­po­mniał sobie, komu pod­kradł prawa do poszu­ki­wań, ale zasada jest taka sama. Tylko wię­cej prze­kleństw.

Podała mu kara­bin, a sama przyj­rzała się drzwiom. Wayne nie robił z tego wiel­kiej sprawy, ale ostat­nimi czasy trzy­mał broń i ręce mu nie drżały. Ni­gdy nie widziała, by strze­lał, ale powie­dział, że zro­biłby to, gdyby to było konieczne.

Drzwi zostały zatrza­śnięte, a po tej stro­nie nie było zamka. Naj­wy­raź­niej ludzie, na któ­rych polo­wała, też zna­leźli je zamknięte - wzdłuż jed­nej kra­wę­dzi było sporo zadra­pań. I dość miej­sca, by wsu­nąć coś mię­dzy drzwi i futrynę.

- Potrze­buję noża, żeby się przez to prze­do­stać - powie­działa.

- Możesz wyko­rzy­stać mój ostry jak brzy­twa umysł.

- Nie­stety, Wayne, nie jesteś typem narzę­dzia, któ­rego teraz potrze­buję.

- Ha! Podoba mi się.

Podał jej nóż z ple­caka, w któ­rym trzy­mali mię­dzy innymi linę i zapas metali, na wypa­dek gdyby mieli sta­wić czoło Meta­licz­nym. W takim gangu nie powinno być Allo­manty - to byli goście z rodzaju "potrzą­snąć skle­pi­ka­rzami, żeby dostać pie­nią­dze za ochronę". Jed­nak nie­które raporty wzbu­dzały jej nie­po­kój i była coraz bar­dziej prze­ko­nana, że za tą grupą stał Krąg.

Minęły lata, a ona wciąż szu­kała odpo­wie­dzi na pyta­nia, które drę­czyły ją od samego początku jej kariery jako stróża prawa. Grupą znaną jako Krąg nie­gdyś kie­ro­wał wuj Waxa, Edwarn, a póź­niej oka­zało się, że nale­żała do niej rów­nież jego sio­stra Tel­sin. Grupa ta wyzna­wała mroczną postać zwaną Trel­lem, odda­wała jej cześć, a może nawet poma­gała jej reali­zo­wać plany. To był bóg, tak myślała. Ze sta­ro­żyt­nych cza­sów.

Gdyby udało jej się zła­pać wła­ści­wych ludzi, może w końcu uzy­ska­łaby odpo­wie­dzi. Ale nie­ustan­nie jej się nie uda­wało. Naj­bli­żej odpo­wie­dzi była przed sze­ścioma laty, ale wtedy wszy­scy, któ­rych poj­mali - w tym wuj Waxa - zgi­nęli w wybu­chu. I tak oto ona wciąż goniła za cie­niami, a reszta elity Elen­del pra­co­wi­cie igno­ro­wała zagro­że­nie. Bez dowo­dów ona i Wax nie mieli jak potwier­dzić, że Krąg w ogóle ist­niał, poza słu­gu­sami Edwarna.

Za pomocą noża udało jej się unieść sztabę, która zamy­kała drzwi z dru­giej strony. Kawał metalu spadł z cichym brzę­kiem, a Marasi ostroż­nie otwo­rzyła wej­ście, za któ­rym znaj­do­wał się pry­mi­tywny tunel pro­wa­dzący w dół. Jeden z wielu w tym rejo­nie, pocho­dzący z cza­sów sta­ro­żyt­nych przed Kata­cen­dre. Z cza­sów mitów i boha­te­rów, opa­dów popiołu i tyra­nów.

Ona i Wayne wśli­zgnęli się do środka i zamknęli za sobą drzwi. Na wszelki wypa­dek przy­ga­sili latar­nię i ruszyli w głąb.

Rozdział 2

- Fular? - Ste­ris odczy­ty­wała z listy.

- Zawią­zany i spięty. - Wax go popra­wił.

- Buty?

- Wypa­sto­wane.

- Pierw­szy dowód?

Wax wyrzu­cił w powie­trze sre­brzy­sty meda­lion i zła­pał go.

- Drugi dowód? - Ste­ris zazna­czyła punkt na liście.

Wyjął z kie­szeni nie­wielki plik doku­men­tów.

- Tutaj.

- Trzeci dowód?

Wax spraw­dził kolejną kie­szeń, zatrzy­mał się i rozej­rzał po nie­wiel­kim gabi­ne­cie - jego biu­rze sena­tora w Domu Obrad. Zosta­wił je...

- Na biurku w domu. - Ude­rzył się w czoło.

- Przy­nio­słam zapas. - Ste­ris się­gnęła do torebki.

Wax uśmiech­nął się sze­roko.

- Oczy­wi­ście, że tak.

- A nawet dwa. - Ste­ris podała mu kartkę papieru, którą scho­wał. Następ­nie znów przyj­rzała się liście.

Mały Maxil­lium pod­szedł do matki i z powagą wpa­trzył się w swoją listę bazgro­łów. W wieku pię­ciu lat znał litery, ale wolał two­rzyć wła­sne.

- Rysu­nek psa - powie­dział Max, jakby czy­ta­jąc z listy.

- Może się przy­dać - zgo­dził się ojciec. - Są cał­kiem uży­teczne.

Chło­piec podał go z poważną miną i powie­dział:

- Rysu­nek kota.

- Też mi się jeden przyda.

- Nie radzę sobie z kotami. - Max podał mu kolejną kartkę. - Dla­tego wygląda jak wie­wiórka.

Wax uści­skał syna i z sza­cun­kiem odło­żył kartki razem z innymi. Sio­stra chłopca - Tin­dwyl, bo Ste­ris lubiła tra­dy­cyjne imiona - gawo­rzyła w kącie pod opieką guwer­nantki Kath.

W końcu żona podała mu pisto­lety, jeden po dru­gim. Wypo­sa­żone w dłu­gie lufy i cięż­kie, zostały zapro­jek­to­wane przez Ranette, by robić groźne wra­że­nie - ale miały dwa bez­piecz­niki i nie były nała­do­wane. Od dłuż­szego czasu nie musiał do nikogo strze­lać, ale wciąż wyko­rzy­sty­wał swoją repu­ta­cję "Sena­tora Stróża Prawa z Dzi­czy". Ludzie z mia­sta, szcze­gól­nie poli­tycy, łatwo dawali się zastra­szyć bro­nią palną. Woleli zabi­jać ludzi nowo­cze­śniej­szymi bro­niami - ubó­stwem i roz­pa­czą.

- Czy poca­łu­nek od żony jest na tej liście? - spy­tał Wax.

- Wła­ści­wie to nie - odparła zasko­czona.

- Rzad­kie prze­ocze­nie. - Cało­wał ją przez dłuż­szą chwilę. - To ty powin­naś tam wyjść, Ste­ris. Zaj­mo­wa­łaś się przy­go­to­wa­niami bar­dziej niż ja.

- Ty jesteś głową rodu.

- Mógł­bym wyzna­czyć cię jako przed­sta­wi­cielkę wypo­wia­da­jącą się w naszym imie­niu.

- Pro­szę, nie. Wiesz, jak się czuję w obec­no­ści ludzi.

- Czu­jesz się dobrze w obec­no­ści wła­ści­wych ludzi.

- A czy poli­tycy kie­dy­kol­wiek zacho­wują się wła­ści­wie?

- Mam nadzieję. - Obcią­gnął mary­narkę i odwró­cił się w stronę drzwi. - Bo się do nich zali­czam.

Wyszedł ze swo­jej kom­naty i ruszył do sali obrad Senatu. Ste­ris miała patrzeć ze swo­jego miej­sca na bal­ko­nie dla widzów - wszy­scy już się nauczyli, jak bar­dzo zale­żało jej na tym, by zawsze sie­dzieć na tym samym krze­śle.

Kiedy Wax zna­lazł się w ogrom­nej sali - w któ­rej pano­wał gwar, kiedy sena­to­ro­wie wró­cili po krót­kiej prze­rwie - nie udał się na swoje miej­sce. Sena­to­ro­wie przez ostat­nie kilka dni deba­to­wali nad obecną ustawą, a jego prze­mowa była ostat­nia w kolejce. Zdo­był to miej­sce dzięki wielu obiet­ni­com i wymia­nom przy­sług, bo liczył, że pomoże to jego argu­men­tom, da mu naj­więk­szą szansę na zapo­bie­że­nie kosz­mar­nej decy­zji.

Sta­nął z boku pod­wyż­sze­nia dla mów­ców i cze­kał, aż wszy­scy usiądą. Zało­żył kciuk za pas z pisto­le­tami i góro­wał. W Dzi­czy trzeba było nauczyć się dobrze góro­wać, kiedy prze­słu­chi­wało się więź­niów - a Wax był wstrzą­śnięty, jak wiele z tych umie­jęt­no­ści dzia­łało rów­nież tutaj.

Guber­na­tor Var­lance nie patrzył na niego. Popra­wił fular i spraw­dził puder - z jakie­goś tajem­ni­czego powodu wid­mowo blada cera była ostat­nio bar­dzo modna. Póź­niej wyło­żył medale na biurko, jeden po dru­gim.

Na rdzę, tęsk­nię za Ara­de­lem, pomy­ślał Wax. Kom­pe­tentny guber­na­tor był miłą odmianą. Jak... zamó­wie­nie jedze­nia w hotelu i odkry­cie, że nie jest naj­gor­sze, albo spę­dze­nie czasu z Wayne'em i zorien­to­wa­nie się, że wciąż ma się zega­rek.

Jed­nakże cha­rak­ter pracy guber­na­tora był taki, że nisz­czył dobrych ludzi, złym zaś pozwa­lał rado­śnie uno­sić się z prą­dem. Ara­del odszedł przed dwoma laty. A wybór woj­sko­wego jako kolej­nego guber­na­tora miał sens, ze względu na napięte kon­takty z Połu­dnio­wym Kon­ty­nen­tem. Wielu miesz­kań­ców nie­dawno odkry­tych krain - tam, gdzie mieli statki powietrzne i dziwne maski - nie było zado­wo­lo­nych z prze­biegu wyda­rzeń przed sze­ścioma laty. A dokład­niej z faktu, że Żałobne Opa­ski tra­fiły do Kotliny Elen­del.

Obec­nie Elen­del musiało sta­wić czoło dwóm pod­sta­wo­wym pro­ble­mom. Pierw­szym byli miesz­kańcy Połu­dnio­wego Kon­ty­nentu, z któ­rych naj­waż­niej­szą nację zwano Mal­wia­nami. Nie­mal bez ustanku powta­rzali, że Kotlina jest mała i słaba. Byli agre­sywni, wyma­chi­wali sza­bel­kami. Var­lance miał być pło­tem, który przed tym ochroni, choć Wax zasta­na­wiał się, gdzie zdo­był te wszyst­kie medale. O ile Wax się orien­to­wał, nie­dawno powstała armia nie uczest­ni­czyła jesz­cze w żad­nych potycz­kach.

Drugi pro­blem był znacz­nie bliż­szy. Cho­dziło o czę­ści Kotliny znaj­du­jące się poza sto­licą, ludzi miesz­ka­ją­cych w tym, co nazy­wano zbior­czo zewnętrz­nymi mia­stami. Od lat, może dzie­się­cio­leci, napię­cia mię­dzy sto­licą i całą resztą nara­stały.

Zagro­że­nie ze strony innego kon­ty­nentu było wystar­cza­jąco dużym pro­ble­mem. Ale w oczach Waxa było bar­dziej odle­głe. Tym, które uwa­żał za bez­po­śred­nie i które wzbu­dzało jego naj­więk­szy nie­po­kój, była per­spek­tywa wojny domo­wej mię­dzy jego wła­snymi roda­kami. On i Ste­ris od lat pró­bo­wali jej zapo­biec.

Var­lance w końcu ski­nął na wice­gu­ber­na­torkę, Ter­ri­sankę. Miała krę­cone ciemne włosy i nosiła tra­dy­cyjną szatę. Waxowi wyda­wało się, że znał ją w Wio­sce, ale to mogła być jej sio­stra, a nie miał pomy­słu, jak o to spy­tać. Tak czy ina­czej, posia­da­nie Ter­ri­sa­nina wśród per­so­nelu było dobrze widziane. Więk­szość guber­na­to­rów miała przy­naj­mniej jedno z nich w swoim gabi­ne­cie - zupeł­nie jakby Ter­ri­sa­nie byli kolej­nym meda­lem, któ­rym można się było pochwa­lić.

Ada­wa­th­wyn pod­nio­sła się i ogło­siła:

- Guber­na­tor wysłu­cha sena­tora z rodu Ladria­nów.

Choć Wax na to cze­kał, nie­śpiesz­nie wkro­czył na pod­wyż­sze­nie - oświe­tlane od góry potęż­nym elek­trycz­nym reflek­to­rem. Obró­cił się powoli, roz­glą­da­jąc się po okrą­głej sali. Z jed­nej strony sie­dzieli urzęd­nicy obie­ralni - sena­to­ro­wie, któ­rzy zostali wybrani na sta­no­wi­sko, by repre­zen­to­wać gil­dię, zawód lub histo­ryczną grupę. Po dru­giej sie­dzieli lor­do­wie - sena­to­ro­wie, któ­rzy uzy­skali swoje sta­no­wi­sko dzięki uro­dze­niu.

- Ta ustawa... - ogło­sił Wax, a jego głos odbi­jał się echem w całej sali - ...to bez­na­dziej­nie głupi pomysł.

Nie­gdyś, na początku jego kariery poli­tycz­nej, mówie­nie tak otwar­cie ścią­gało na niego gniew. Teraz dostrzegł uśmie­chy na twa­rzach nie­któ­rych sena­to­rów. Spo­dzie­wali się tego po nim - a nawet to doce­niali. Wie­dzieli, jak wiele pro­ble­mów miała Kotlina, i cie­szyli się, że był wśród nich ktoś gotów mówić o nich gło­śno.

- Kon­takty z Mal­wia­nami są bar­dziej napięte niż kie­dy­kol­wiek dotąd. To czas, by zjed­no­czyć Kotlinę, a nie wbi­jać klin pomię­dzy naszymi mia­stami!

- Tu cho­dzi o zjed­no­cze­nie! - zawo­łał ktoś. Sena­tor doke­rów, Mel­strom. Był mario­netką Hastin­gów i Eri­kel­lów, szla­chet­nych rodów, które kon­se­kwent­nie były cier­niem w oku Waxa. - Potrze­bu­jemy jed­nego przy­wódcy całej Kotliny. Ofi­cjal­nie!

- Zgoda. Ale w jaki spo­sób wynie­sie­nie guber­na­tora Elen­del, sta­no­wi­ska, na które nie może gło­so­wać nikt spoza mia­sta, zjed­no­czy ludzi?

- Da im kogoś, kto będzie dla nich auto­ry­te­tem. Sil­nego, kom­pe­tent­nego przy­wódcę.

A to, pomy­ślał Wax, spo­glą­da­jąc na Var­lance'a, jest kom­pe­tentny przy­wódca? Mamy szczę­ście, że w ogóle przy­słu­chuje się tym nara­dom, zamiast prze­glą­dać har­mo­no­gram spo­tkań pro­mo­cyj­nych. Na razie, w cza­sie dwóch pierw­szych lat urzę­do­wa­nia, Var­lance ponow­nie otwo­rzył sie­dem­na­ście miej­skich par­ków. Lubił kwiaty.

Wax trzy­mał się planu, wycią­gnął meda­lion i pod­rzu­cił go w powie­trze.

- Przed sze­ścioma laty mia­łem małą przy­godę. Wszy­scy o tym wie­cie. Zna­la­złem roz­bity mal­wiań­ski sta­tek powietrzny i pokrzy­żo­wa­łem plany zewnętrz­nych miast, by wyko­rzy­stać jego tajem­nice prze­ciwko Elen­del. Powstrzy­ma­łem to. Przy­wio­złem ze sobą Żałobne Opa­ski, by zostały bez­piecz­nie prze­cho­wane.

- I pra­wie zaczą­łeś wojnę - mruk­nął ktoś z sali.

- Wole­li­by­ście, żebym pozwo­lił, by spi­sek doszedł do skutku?! - odkrzyk­nął Wax. Nie było żad­nej odpo­wie­dzi, więc pod­rzu­cił meda­lion i znów go zła­pał. To był jeden z wpły­wa­ją­cych na cię­żar meda­lionów, dzięki któ­rym statki Mal­wian mogły latać. - Czy ktoś na tej sali odważy się zakwe­stio­no­wać moją lojal­ność wobec Elen­del? Możemy się poje­dyn­ko­wać. Nawet pozwolę, żeby ten ktoś strze­lił jako pierw­szy.

Cisza. Zasłu­żył na to. Wielu obec­nych na sali go nie lubiło, ale go sza­no­wali. I wie­dzieli, że nie był agen­tem zewnętrz­nych miast.

Pod­rzu­cił meda­lion i Pchnął go wyżej, aż do skle­pie­nia. Kawa­łek metalu opadł, migo­cząc w świe­tle reflek­tora. Kiedy go zła­pał, spoj­rzał na admi­rał Jon­nes, obecną amba­sa­dorkę Mal­wian. Sie­działa na spe­cjal­nie wyzna­czo­nym miej­scu w sali Senatu, gdzie zasia­dali rów­nież bur­mi­strzo­wie zewnętrz­nych miast, kiedy odwie­dzali sto­licę. Żadne nie przy­było na to posie­dze­nie. Widoczna oznaka ich zło­ści.

Ta ustawa, gdyby została przy­jęta, wynio­słaby guber­na­tora Elen­del ponad wszyst­kich bur­mi­strzów zewnętrz­nych miast, pozwa­la­jąc jemu lub jej inter­we­nio­wać w lokal­nych spo­rach. Aż do etapu usu­nię­cia bur­mi­strza, ogło­sze­nia wybo­rów nad­zwy­czaj­nych i apro­bo­wa­nia kan­dy­da­tów. Choć Wax zga­dzał się, że jeden przy­wódca byłby waż­nym kro­kiem do zjed­no­cze­nia Kotliny, ta ustawa była jawną obe­lgą wobec wszyst­kich ludzi miesz­ka­ją­cych poza sto­licą.

- Znam wasze sta­no­wi­sko lepiej niż kto­kol­wiek. - Wax obra­cał meda­lion w pal­cach. - Chce­cie zade­mon­stro­wać siłę wobec Mal­wian. Udo­wod­nić, że potra­fimy zmu­sić nasze mia­sta, by ustą­piły wobec naszych zasad. Dla­tego przed­sta­wi­li­ście tę ustawę. Ale to jedy­nie poka­zuje, dla­czego tak fru­stru­jemy wszyst­kich spoza Elen­del! Rewo­lu­cjo­ni­ści w innych mia­stach nie zaszliby tak daleko, gdyby nie mieli popar­cia miesz­kań­ców. Gdyby prze­ciętna osoba żyjąca poza Elen­del nie była tak rdzawo wście­kła na naszą poli­tykę han­dlową i ogólną aro­gan­cję, nie zna­leź­li­by­śmy się w tej sytu­acji.

- Ta ustawa ich nie udo­bru­cha! To nie jest "pokaz siły". Została opra­co­wana, żeby wzbu­dzić obu­rze­nie ludzi. Jeśli ją uchwa­limy, to tak, jak­by­śmy wręcz doma­gali się wojny domo­wej.

Pozwo­lił, by to do nich dotarło. Pozo­stali byli zde­ter­mi­no­wani, by robić wra­że­nie sil­nych wobec wro­gów zewnętrz­nych. Ale gdyby pozwo­lić im swo­bod­nie dzia­łać, zmu­si­liby samych sie­bie do wojny kon­flik­tami wewnętrz­nymi. Pro­blemy z Mal­wia­nami były realne, ale nie tak pilne. Z dru­giej strony wojna domowa byłaby nisz­czy­ciel­ska.

Co naj­gor­sze, ktoś w tajem­nicy ich do niej popy­chał. Wax był prze­ko­nany, że Krąg znów wtrą­cał się do poli­tyki Elen­del. Jego... sio­stra była zamie­szana. Nie był pewien, dla­czego chcieli wojny domo­wej, ale sta­rali się od lat. Gdyby pozwo­lił, by trwało to dalej, tylko przy­słu­ży­liby się praw­dzi­wym wro­gom, a ota­cza­jąca go teraz elita i rewo­lu­cjo­ni­ści w zewnętrz­nych mia­stach mie­liby powód do pła­czu.

Wax wyjął plik doku­men­tów z lewej kie­szeni. Scho­wał rysunki psa i kota, a resztę uniósł, poka­zu­jąc ją zgro­ma­dzo­nym.

- Mam tu sześć­dzie­siąt listów od poli­ty­ków z zewnętrz­nych miast. Repre­zen­tują dużą frak­cję, która nie chce kon­fliktu. To są roz­sądni ludzie. Chęt­nie, wręcz z zapa­łem współ­pra­co­wa­liby z Elen­del. Ale są też prze­ra­żeni na myśl o tym, co ich ludzie zro­bią, jeśli wciąż będziemy im narzu­cać tyrań­ską, impe­ria­li­styczną poli­tykę. Pro­po­nuję, byśmy odrzu­cili tę ustawę i zaczęli pracę nad czymś lep­szym. Czymś, co rze­czy­wi­ście będzie dzia­łać na rzecz pokoju i jed­no­ści. Zgro­ma­dze­nie naro­dowe, z przed­sta­wi­cie­lami każ­dego z zewnętrz­nych miast... i obie­ral­nym naj­wyż­szym urzęd­ni­kiem wybie­ra­nym przez to ciało.

Spo­dzie­wał się gwiz­dów i kilka usły­szał. Ale więk­szość zebra­nych mil­czała i patrzyła, jak unosi te listy. Nie chcieli pozwo­lić, by wła­dza opu­ściła sto­licę. Bali się, że wpływ zewnętrz­nych miast zmieni ich kul­turę. Byli tchó­rzami.

Może on też, bo wizja, że Krąg pocią­gał za sznurki, go prze­ra­żała. Kto z tych, któ­rzy patrzyli teraz na niego, był w tajem­nicy jed­nym z ich agen­tów? Na rdzę, nawet nie rozu­miał ich moty­wa­cji. Chcieli wojny - jako drogi do zyska­nia wła­dzy, z całą pew­no­ścią. Ale kryło się w tym coś wię­cej.

Słu­chali roz­ka­zów cze­goś zna­nego jako Trell.

Wax obró­cił się powoli, wciąż uno­sząc listy, i poczuł ukłu­cie nie­po­koju, kiedy sta­nął ple­cami do Mel­stroma. On strzeli, pomy­ślał.

- Z całym sza­cun­kiem, lor­dzie Ladria­nie - powie­dział Mel­strom. - Nie­dawno został pan ojcem i wyraź­nie nie wie pan, jak należy wycho­wy­wać dzieci. Nie może się pan pod­da­wać ich żąda­niom, musi pan zacho­wać sta­now­czość, wie­dząc, że pań­skie decy­zje są dla nich naj­lep­sze. W końcu to zro­zu­mieją. A Elen­del jest jak ojciec dla dzieci, zewnętrz­nych miast.

Pro­sto w plecy, pomy­ślał Wax, odwra­ca­jąc się.

Nie odpo­wie­dział od razu. Zanim odpo­wie­działo się ogniem, trzeba było sta­ran­nie wyce­lo­wać. Już wcze­śniej dys­ku­to­wał na ten temat - głów­nie pry­wat­nie - z wie­loma z sena­to­rów na tej sali. Robił postępy, ale potrze­bo­wał czasu. Z tymi listami mógł wró­cić do każ­dego waha­ją­cego się sena­tora i podzie­lić się sło­wami. Ide­ami. Prze­ko­nać ich.

Instynkt pod­po­wia­dał mu, że gdyby do gło­so­wa­nia doszło tego dnia, ustawa zosta­łaby uchwa­lona. Dla­tego nie przy­szedł tu, by powta­rzać argu­menty. Przy­szedł z kulą w komo­rze, gotów, by strze­lić.

Zło­żył listy i scho­wał je do kie­szeni. Następ­nie wyjął mniej­szy plik - dwie kartki - z dru­giej kie­szeni. Te, które przy­nio­sła Ste­ris, na wypa­dek gdyby zapo­mniał. Pew­nie sko­pio­wała wszyst­kie doku­menty z dru­giego pliku. I sie­dem innych rze­czy, któ­rych wcale nie potrze­bo­wał - ale czuła się lepiej, gdy miała je w torebce, na wszelki wypa­dek. Na rdzę, ta kobieta była zachwy­ca­jąca.

Wax uniósł kartki i osten­ta­cyj­nie prze­krę­cił je do świa­tła.

- Drogi Mel­stro­mie... - czy­tał na głos - ...cie­szy nas, że jesteś gotów wysłu­chać głosu roz­sądku i wciąż popie­rać prze­wagę han­dlową Elen­del w Kotli­nie. To mądra decy­zja. Przez następne trzy lata będziemy ci prze­ka­zy­wać pół pro­centa naszych docho­dów z prze­wozu towa­rów w zamian za oso­bi­ste popar­cie tej ustawy. Rody Hasting i Eri­kell.

Na sali zapa­no­wał chaos. Wax wsu­nął kciuk za pas z bro­nią i cze­kał, aż ucichną okrzyki obu­rze­nia. Spoj­rzał w oczy Mel­stro­mowi, kiedy męż­czy­zna osu­nął się na krze­śle. Ten zardze­wiały idiota wła­śnie dostał ważną lek­cję - nie zosta­wiaj doku­men­tów potwier­dza­ją­cych twoją korup­cję, kiedy twój prze­ciw­nik poli­tyczny jest wyszko­lo­nym detek­ty­wem. Idiota.

Kiedy okrzyki w końcu uci­chły, Wax znów się ode­zwał, tym razem gło­śniej.

- Żądam, by odbyło się posie­dze­nie w spra­wie nie­pra­wi­dło­wo­ści i sprze­da­nia głosu przez sena­tora Mel­stroma, co jest jaw­nym pogwał­ce­niem zasad anty­ko­rup­cyj­nych.

- I w ten spo­sób opóźni się gło­so­wa­nie nad ustawą o zwierzch­nic­twie Elen­del? - ode­zwał się guber­na­tor.

- Jak możemy nad nią gło­so­wać, skoro nie możemy być pewni, czy głosy są odda­wane w dobrej wie­rze? - zauwa­żył Wax.

Kolejne okrzyki obu­rze­nia. Wax zno­sił je, patrząc, jak guber­na­tor nara­dza się z wiceguber­na­torką. Ona była bystra. Wszystko, co osią­gnął Var­lance, a co nie wyma­gało prze­cię­cia wstęgi ani uca­ło­wa­nia nie­mow­lę­cia, było naj­pew­niej jej dzie­łem.

Kiedy zebrani się uspo­ko­ili, guber­na­tor spoj­rzał na Waxa.

- Ufam, że może pan potwier­dzić auten­tycz­ność tego listu, Ladria­nie.

- Mam zło­żone pod przy­sięgą pisemne oświad­cze­nia trojga eks­per­tów od pisma ręcz­nego, które potwier­dzają, że list nie został sfał­szo­wany. A przy­go­to­wany przez moją żonę szcze­gó­łowy opis uzy­ska­nia listu jest wyczer­pu­jący i nie do zakwe­stio­no­wa­nia.

- W takim razie suge­ruję zor­ga­ni­zo­wa­nie posie­dze­nia w spra­wie nie­pra­wi­dło­wo­ści - stwier­dził guber­na­tor. - Po gło­so­wa­niu nad ustawą o zwierzch­nic­twie.

- Ale... - zaczął Wax.

- Zażą­damy... - prze­rwał mu guber­na­tor - ...by Mel­strom, Hasting i Eri­kell wstrzy­mali się od gło­so­wa­nia. Dzięki czemu nie będzie ryzyka korup­cji.

Niech to.

Niech to. Niech to. Niech to.

Zanim zdą­żył się sprze­ci­wić, wice­gu­ber­na­torka stuk­nęła młot­kiem.

- Gło­so­wa­nie za dal­szymi pra­cami?

Więk­szość sena­to­rów pod­nio­sła ręce. W takim przy­padku wystar­czała prost­sza metoda z pod­nie­sie­niem ręki - chyba że liczba gło­sów była wyrów­nana. Nie była.

Praw­dziwe gło­so­wa­nie, nad ustawą, miało się odbyć.

- Masz pan jesz­cze w pla­nach jakieś eks­plo­zje, Ladria­nie? - spy­tał guber­na­tor. - Czy możemy przejść do rze­czy?

- Żad­nych eks­plo­zji, Wasza Eks­ce­len­cjo. - Wax wes­tchnął. - One były spe­cjal­no­ścią mojego byłego part­nera. Chciał­bym tylko zwró­cić się do izby z ostat­nią prośbą. - Jego manewr się nie powiódł. Miał teraz ostat­nią kartę do roze­gra­nia. Prośbę nie Waxil­liuma Ladriana. Ale Świ­to­strzel­nego, stróża prawa.

- Wszy­scy mnie zna­cie. - Zaczął się obra­cać, patrząc im w oczy. - Jestem pro­stym czło­wie­kiem z Dzi­czy. Nie radzę sobie z poli­tyką, ale rozu­miem wście­kłych ludzi i cięż­kie życie pra­cu­ją­cych kobiet i męż­czyzn. Jeśli mamy przy­jąć rolę rodzica, powin­ni­śmy dobrze trak­to­wać nasze dzieci. Dać im szansę, by wypo­wie­działy się w swoim imie­niu. Jeśli na­dal będziemy uda­wać, że są malu­chami, zaczną nas igno­ro­wać... w naj­lep­szym wypadku. Chce­cie wysłać im wia­do­mość? Wyślij­cie wia­do­mość, że się przej­mu­jemy i chcemy ich wysłu­chać.

W końcu wró­cił na swoje miej­sce obok Yan­ceya Yaceczki, dobro­dusz­nego i cier­pli­wego męż­czy­zny - i jed­nego z sena­to­rów, któ­rzy rze­czy­wi­ście go słu­chali.

- Nie­zła robota, Wax - szep­nął, pochy­la­jąc się w jego stronę. - Naprawdę nie­zła robota. To zawsze czy­sta przy­jem­ność.

Yan­cey zagło­suje tak jak on. Wła­ści­wie spora część szla­chet­nie uro­dzo­nych popie­rała Waxa. Choć wiele z tego, co ostat­nio mówiła Marasi spra­wiło, że Wax czuł się nie­zręcz­nie ze swoją odzie­dzi­czoną rolą, w tym przy­padku lor­do­wie mogli się oka­zać odro­binę mniej sko­rum­po­wani niż ich odpo­wied­nicy. Sena­to­ro­wie obie­ralni musieli wal­czyć o zacho­wa­nie swo­jego sta­no­wi­ska, a zagło­so­wa­nie za tą ustawą mogło popra­wić sytu­ację ich wybor­ców.

I na tym pole­gał pro­blem. Według naj­now­szego spisu wię­cej ludzi miesz­kało teraz poza mia­stem niż w nim. Więk­szość praw pocho­dziła z cza­sów, gdy było jedno mia­sto i garstka wsi. Teraz, kiedy z tych wsi wyro­sły mia­sta, ich miesz­kańcy chcieli mieć więk­szy wpływ na poli­tykę Kotliny.

Elen­del nie było już mizerną osadą pod­no­szącą się po apo­ka­lip­sie. Stało się naro­dem - nawet Dzicz się zmie­niała, rosła, uno­wo­cze­śniała. Na rdzę, bio­rąc pod uwagę obszar Dzi­czy, mógł sobie wyobra­zić czasy, kiedy wię­cej ludzi będzie miesz­kać tam niż w samej Kotli­nie.

Musieli dać tym ludziom prawa poli­tyczne, nie igno­ro­wać ich. Wciąż miał nadzieję. On, Ste­ris i ich sojusz­nicy od wielu mie­sięcy sta­rali się osła­bić popar­cie dla ustawy. Nie­zli­czone kola­cje, przy­ję­cia, a nawet - co zaczął robić dla nie­któ­rych przed­sta­wi­cieli miej­skiej elity - lek­cje na strzel­nicy.

Wszystko po to, by zmie­nić świat. Głos po gło­sie.

Guber­na­tor roz­po­czął gło­so­wa­nie i lady Mi'Chelle Yomen oddała pierw­szy głos - prze­ciwko usta­wie. W jego trak­cie Wax czuł taki sam nie­po­kój, jak przed kon­fron­ta­cją z grupą ban­dy­tów. Na rdzę... to było jesz­cze gor­sze. Każdy głos był jak wystrzał. Lady Faula i sena­tor Vin­del. Jak zde­cy­dują? Pomy­ślał. I Maraya? Została prze­kona czy...

Dwoje z nich zagło­so­wało za ustawą, razem z wie­loma innymi, co do któ­rych nie był pewien. W miarę upływu czasu Wax czuł coraz więk­szy nie­po­kój, gor­szy, niż kiedy został postrze­lony. Osta­teczny wynik - sto dwa­dzie­ścia dwa głosy za, sto osiem­na­ście prze­ciw.

Ustawa została uchwa­lona. Poczuł jesz­cze więk­szy nie­po­kój. Jeśli miał powstrzy­mać wybuch wojny domo­wej, musiał zna­leźć inny spo­sób .